Tryptyk z pigmentu i krwi - Ewa Karwan-Jastrzębska - ebook + audiobook
NOWOŚĆ

Tryptyk z pigmentu i krwi ebook i audiobook

Ewa Karwan-Jastrzębska

4,3

Ten tytuł dostępny jest jako synchrobook® (połączenie ebooka i audiobooka). Dzięki temu możesz naprzemiennie czytać i słuchać, kontynuując wciągającą lekturę niezależnie od okoliczności!

22 osoby interesują się tą książką

Opis

Hieronim Bosch namalował piekło. 

On je ożywił. 
 
Ktoś obserwuje mroczne życie miasta. Ktoś zabija ludzi ze środowiska hazardzistów. Ktoś przenosi tryptyk Boscha w świat sztuki współczesnej. Ofiary mordercy stają się częścią opowieści o bólu, fascynacji i uldze, którą przynosi sprawcy karanie winnych.   
Śledztwo prowadzi podinspektor Zuzanna Żak. Skuteczna, bezkompromisowa, prowokuje zło, wchodzi głęboko w świat mordercy. Granica między łowcą a ofiarą, dobrem i złem zaczyna się zacierać. 
Kto wygra ten pojedynek, zanim piekło upomni się o kolejne życie? 
 
Ogród rozkoszy ziemskich ożywa w nowych dekoracjach. Wizja niderlandzkiego artysty stanie się rzeczywistością, o której trudno będzie zapomnieć. 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows

Liczba stron: 348

Rok wydania: 2026

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 8 godz. 26 min

Rok wydania: 2026

Lektor: Jan Marczewski

Oceny
4,3 (6 ocen)
2
4
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
asiaqwert

Dobrze spędzony czas

„Tryptyk z pigmentu i krwi” to powieść, która łączy w sobie elementy literatury psychologicznej, kryminału i refleksji nad sztuką. Już sam tytuł sugeruje symbolicznie skonstruowaną opowieść, w której kolejne elementy historii odsłaniają coraz mroczniejsze warstwy ludzkiej natury. Największą siłą książki jest atmosfera. Autorka buduje ją powoli, z wyczuciem, wykorzystując motyw sztuki i malarstwa jako metaforę pamięci, winy oraz obsesji. Opisy obrazów, pracowni artystycznych i procesu twórczego są sugestywne i niemal namacalne. Nawiązania do obrazów Boscha, czy Caravaggia sprawiają, że książka staje się jeszcze bardziej interesująca i wciągająca. Fabuła koncentruje się wokół tajemnic z przeszłości bohaterów oraz serią zdarzeń, które stopniowo odsłaniają ich prawdziwe oblicze. Każdy rozdział dodaje nowy fragment historii, zmieniając perspektywę i spojrzenie na bohaterów. Na uwagę zasługują również bohaterowie. Są to postacie pełne sprzeczności, często balansujące między wrażliwości...
00
Dorotbook

Nie oderwiesz się od lektury

To mroczny kryminał, który zostaje w głowie na długo po przeczytaniu ostatniej strony i zmusza do zadania sobie niewygodnych pytań o sprawiedliwość, winę i granice kary. Jeśli lubicie mroczne historie - to książka zdecydowanie dla Was! Polecam
00
Justyna19913010

Nie oderwiesz się od lektury

Historia, która jest połączeniem kryminału ze sztuką. Mroczna, pełna napięcia, ze świetnie wykreowanymi bohaterami. Powieść, w której nie brakuje emocji, a już sam prolog powoduje że ciężko oderwać się od lektury. Trauma z dzieciństwa, śledztwo, morderca, malarz i tarot i jeszcze dużo więcej znajdziemy w treści tej książki. Bardzo polecam i czekam na kolejne historie spod pióra autorki
00
AnnaDyczko

Dobrze spędzony czas

Mroczna historia, w której obsesja zemsty splata się ze sztuką, tworząc klimat napięcia, przez który momentami ma się ochotę ostrzec bohaterów jak w dobrym horrorze. To wciągający kryminał z wyrazistą bohaterką i niepokojącym portretem ludzkich emocji🩸🎨
00
_moon_books_sun_

Dobrze spędzony czas

Mroczny obraz seryjnego mordercy - coś, co uwielbiam !
00



Ewa Karwan-Jastrzębska

Tryptyk z pigmentu i Krwi

Gra hazardowa jest dla Boscha szczytem bluźnierstwa przeciwko Bogu, ponieważ na miejsce objawionych kanonów stawia ślepy przypadek. Dla niecnej żądzy zysku zwolennicy hazardu poświęcają zbawienie duszy. Aby tę zasadniczą myśl wyrazić w zwięzłej emblematycznej formie, Bosch wyposażył demona gry na pierwszym planie w tarczę. Pośrodku tarczy umieścił przybitą nożem dłoń, składającą przysięgę na kość do gry. Dwie zwyczajowe kary dawnego prawa – obcięcie ręki i „przebicie ręki nożem” (Grimm, Deutsche Rechtsaltertümer II, 294) – łączą się w jedno: surowe ostrzeżenie przed „karami na życiu”, jakie pociąga za sobą hazard.

Hieronim Bosch, Wilhelm Fraenger,

tłum. Barbara Ostrowska

Prolog

Dotknęła stopą czegoś twardego. Przekręciła się na bok, uniosła i sięgnęła dłonią, by sprawdzić, co to jest. Patrzyła na pozostawioną na dywanie kostkę do gry, wskazywała trójkę. Obok niej postawiono żółty prostokąt z namalowanym numerem siedem. Była jednym z dowodów znalezionych w miejscu, w którym doszło do przemocy.

Obok leżały otwarty szkicownik i kilka rozrzuconych ołówków. Dowód numer jeden. Na otwartej stronie widziała nagą postać kobiety. Nie miała siły wstać.

Przesunęła się na łokciach po dywanie i dotarła do krawędzi łóżka. Złapała blok z kartkami i pochyliła się nad nim, aby przyjrzeć się nakreślonej ołówkiem postaci. Zdawało jej się, że cienie tańczą na narysowanej sylwetce, wypełzają poza krawędź kartki. Niespodziewanie dostrzegła jej ruch. Kobieta zwijała się jak ślimak, z czymś walczyła. Nogi i ręce miała spętane. Nagle ofiara znieruchomiała.

Przymknęła oczy. Wizja pojawiła się znikąd. Widziała piekło – tkwili w nim potępieni, zewsząd dobiegały jęki, krzyki i szlochy. Nad głową biegnącego diabła drżała plansza do tryktraka. Pożądliwe dłonie sięgały po nagą kobietę. I jeszcze ten nieznośny turkot toczącej się wielkiej kości. Wdzierał się w mózg, przerażał. Drżała, czując dotknięcia lodowatych palców na ciepłej skórze. Coś kazało jej wejść dalej, głębiej. Ujrzała trzy znajome postaci rysowane nieporadną kreską. Ożyły, patrzyły na nią z wyrzutem. Krzyknęła.

Leżała nieruchomo, czuła pod sobą szorstki dywan.

Ogarnął ją niespodziewany chłód, a wraz z nim nadeszła potężna fala emocji. W jednej chwili odnalazła drogę do jego umysłu, wniknęła głęboko, do końca. Już wiedziała.

Zapanował wszechobecny mrok. Znała go, był zmysłowy, kiedyś niemal ją wchłonął. Dźwignęła się z podłogi i stanęła naprzeciw wielkiego lustra. Zachwiała się, a potem wyprostowała. Za plecami miała okno. Światło wschodzącego słońca zamigotało w odbiciu. Pokój zalała jasność. Patrzyła teraz na siebie w bolesnej jaskrawości, jakby widziała się po raz pierwszy. Gdzieś zagubiła rysy własnej twarzy, pojawiły się inne, brały ją w posiadanie. Czuła na sobie jego spojrzenie.

I wtedy w przebłysku olśnienia zrozumiała, na kogo patrzy.

To nie ona była w tym lustrze.

Podinspektor Zuzanna Żak złapała krzesło i cisnęła nim z całej siły w taflę szkła.

Rozdział 1

Grzegorz Keler znał Leokadię Dydyńską od kilkunastu lat. Po raz pierwszy spotkał ją w dniu, kiedy jako osiemnastolatek wprowadził się do kamienicy.

Minął na schodach starszą panią, gdy biegł na górę z kluczami do przyznanego mu mieszkania socjalnego przy ulicy Bieniewickiej. Od razu polubił sąsiadkę zza ściany. Z czasem odkrył w niej wiele cech swojej matki. Była równie czuła, czasami nieobecna. Rozpoznawał też w zachowaniu pani Leokadii tak dobrze mu znany lęk ofiary. Dość szybko odkrył jego źródło.

Sąsiadka bała się syna, choć bardzo go kochała. W jej oczach zawsze był doskonały. Nawet to, że stał się bandziorem, nie ostudziło jej uczuć. Pomieszkiwał u matki, potem znikał na wiele dni i wracał, aby wyłudzić od niej emeryturę. I tak co miesiąc. Pewnego dnia pani Leokadia zwierzyła się Kelerowi, że Bronek regularnie odwiedza podejrzane szulernie i uwielbia wyścigi konne. Był uzależniony od hazardu. Poprosiła nawet znajomą w kiosku, żeby nie przyjmowała od niego zakładów lotto. Na nic się to zdało, Bronek okradał matkę, za każdym razem obiecując, że zwróci z nawiązką to, co jej zabrał.

Syn był bezwzględny. Gdy żądał pieniędzy, groził, krzyczał, klął i rzucał przedmiotami. Grzegorz czasem zasłaniał uszy, aby nie słyszeć awantur, które bolały go prawie tak samo, jak te z czasów dzieciństwa. Czuł narastające napięcie. Wszystkie lęki i złe emocje wracały do niego potężną falą. Jego misternie budowany, uporządkowany świat zaczynał chwiać się w posadach. Nocami budził się zlany potem. Przypominały mu się sceny z rodzinnego domu.

Wcześniej malowanie obrazów wpływało zbawiennie na jego emocje, tłumiło je i eliminowało napięcie. Trzymał się rozpaczliwie tej terapii, choć wiedział, że coś mu się wymyka. Teraz to już nie wystarczało. Miał wrażenie, że popada w obłęd. Śnił koszmary, a gdy się budził, zaciskał z bezsilności pięści.

Keler postrzegał hazard jako chaos – rzeczywistość istniejącą bez planu, z dużym stopniem ryzyka, nieprzewidywalną. Ten lęk, który towarzyszył wspomnieniom, doprowadził go do obsesyjnej potrzeby kontroli. Chciał całkowicie panować nad codziennością. Wykluczył spontaniczność ze wszystkich swoich życiowych decyzji.

W jego mieszkaniu każda rzecz – podobnie jak w domu dziecka, w którym spędził wiele lat – miała swoje miejsce. Niczego nie pozostawiał przypadkowi. Bezpieczna przestrzeń uporządkowana była w sposób perfekcyjny. Przez chorobliwą potrzebę kontroli wydawał się znajomym wręcz nieludzki. Już po studiach, gdy zaczął dobrze zarabiać, wykupił sąsiednie mieszkanie, połączył je ze starym, które też przeszło na jego własność.

Dotąd myślał, że dom będzie dla niego bezpiecznym azylem, przywróci mu równowagę. Wiedział, że tylko w sztuce może sobie pozwolić na szaleństwo. Do czasu. Bo teraz, po kolejnej awanturze u sąsiadki, Grzegorz stracił z trudem wypracowaną równowagę między życiem a tworzeniem. Napięcie nie dawało mu spać. Spokój mógł odnaleźć tylko w pracy, gdy wychodził do muzeum.

Keler pracował jako kustosz i dzięki temu mógł, niewidziany przez nikogo, godzinami wędrować po salach muzealnych. Tak naturalnie wpisywał się w pejzaż tej przestrzeni, że nawet strażnicy nie zauważali młodego, cichego mężczyzny w białym fartuchu. Przez lata lubił być sam, wtedy czuł się najlepiej.

Mówiono, że ma talent, czasem jeszcze powracały do niego słowa profesorów, którzy podczas obrony pracy dyplomowej podkreślali siłę przekazu jego dzieł, dowodzili, że w dialogu z dawnymi mistrzami stworzył współczesną reinterpretację grzechu.

Jego obrazy zaczęły się sprzedawać. Potem przez kilka lat malował nawiedzające go wizje, które teraz powracały do niego ze zdwojoną siłą. Twórczość Boscha znów wkroczyła w jego życie. Praca przy obrazach wyczerpywała go. Budził się po nocach, zrywał się i biegł do sztalugi, aby domalować kolejną postać. Ponownie wkraczał w mrok, powoływał do życia dręczące go demony.

Nie miało już dla niego większego znaczenia to, że przestał mieć problemy finansowe. Zarabiał więcej, niż mógł wydać, ale nic go nie cieszyło.

Tego feralnego wieczoru został w domu. Znajomi zapraszali go na wspólny wypad do klubu, ale odmówił. Rzadko brał udział w spotkaniach towarzyskich, zwoływanych przez absolwentów Akademii Sztuk Pięknych. Obiecał, że wpadnie później, ale tylko po to, by już do niego nie dzwonili.

Od dwóch miesięcy pracował nad kolejnym obrazem. Wizja żonglującego kośćmi do gry diabła powracała do niego w wielu snach, aż wreszcie postanowił uwiecznić ją na płótnie. W deszczu z kart, z wirującą karuzelą na tle płonącego nieba diabeł był figurą obsesji i lęków malarza. Dłonie Grzegorza Kelera, odziane w białe rękawiczki, poruszały się delikatnie nad powierzchnią płótna. Zawsze gdy malował, używał bawełnianych rękawiczek, jak jego ojciec kopista. Nieświadomie wchłonął ten zwyczaj, nabyty podczas wielogodzinnych obserwacji jego pracy. Kilka ostatnich dotknięć i kości zaczęły wirować w wiecznym ruchu, uwięzione między ramami obrazu.

Właśnie miał wieszać gotowe płótno na ścianie w salonie. Przygotował już nylonową linkę, żeby bezpiecznie przymocować ją z tyłu obrazu. I wtedy zza ściany dobiegł huk. Brzmiał tak, jakby coś ciężkiego upadło na ziemię. A potem rozległo się głośne przekleństwo.

– Kurwa, nie udawaj! Wstawaj, stara wiedźmo!

Rozpoznał zniekształcony gniewem głos pijanego Bronka.

W ułamku sekundy przez głowę przeleciały mu różne scenariusze. Nie mógł przewidzieć, co się stanie. Czuł, że nie panuje nad emocjami. Gdzieś z tyłu usłyszał grzechot kości, odwrócił się i spojrzał prosto w oczy diabłu, który otworzył pysk i wydał z siebie piekielny chichot. Jakby kpił z niego, chciał mu przypomnieć bezsilność, strach i bierność, z którą musiał żyć, bo nic nie zrobił, nie pomógł swojej matce. Wybiegł na klatkę i zobaczył, że drzwi do mieszkania pani Leokadii są uchylone. Nie wahał się, pchnął je łokciem i wpadł do środka.

Bronek stał tyłem do wejścia, pochylony nad leżącą nieruchomo matką. Keler zobaczył na podłodze krew. Nie myślał, nie oddychał, poddał się impulsowi. Coś w nim wybuchło – ten gniew, który zbierał się w nim, narastał, dusił, ten żal do ojca, ta nienawiść, ten strach. Dopadł mężczyznę i zarzucił mu linkę na szyję. Powalił na ziemię i przycisnął plecy kolanem. Ciągnął mocno i nie puszczał, mimo że Bronek walczył o życie. Alkohol jednak osłabił jego refleks, pozbawił siły. Malarz zacisnął linkę jeszcze mocniej na szyi ofiary. Dłonie paliły go żywym ogniem, choć miał na nich rękawiczki, ale nie zwalniał nacisku. Wreszcie ciało znieruchomiało. Zapadła cisza.

Grzegorz Keler wpatrywał się w nienaturalnie odwróconą głowę mężczyzny. W pokoju nadal tykał stary zegar, choć czas zmarłego skończył już bieg.

„Powinien był stanąć” – dopadła go absurdalna myśl.

I wtedy usłyszał jęk.

Sąsiadka żyła. Poruszyła się, jęk się powtórzył. Miała zamknięte oczy. I tak by go nie rozpoznała, zaćma skutecznie odcięła ją od świata. Ranna, ale ocalona.

Zerwał się na równe nogi i na chwilę zamarł, jakby w pełni dotarło do niego, co zrobił.

Wpadł w panikę, chciał krzyczeć, zacisnął pięści. W skroniach czuł narastający ucisk, zaschło mu w ustach. Zerknął na panią Leokadię. Oddychała. Uspokoiło go to.

Wymknął się na zewnątrz, nie zamykał drzwi. Wcześniej były lekko uchylone, tak je zostawił. Działał jak w transie. Gdy znalazł się we własnym mieszkaniu, usiadł na podłodze i ukrył twarz w dłoniach. Nagle poczuł spokój, jakby wszystkie lęki zniknęły. I ta ulga, tak dojmująca, doświadczona po latach od śmierci rodziców z taką niespodziewaną siłą, stała się czymś wyzwalającym, czymś, do czego będzie już zawsze dążył, choć jeszcze o tym nie wiedział.

Nie ocalił matki w dzieciństwie. Ilekroć ojciec ją bił, on zaciskał powieki, uciekał w głąb siebie, wyłączał się i znikał. Przez wiele lat żałował, że nie zrobił nic, by przerwać ten piekielny krąg przemocy. Był wtedy małym chłopcem, ale przytłaczał go wielki ciężar winy. Lecz teraz, po raz pierwszy od czasów, których już nawet nie pamiętał, poczuł lekkość. Uratował symbolicznie matkę, uczynił życie sąsiadki bezpiecznym i uleczył się z lęków. Pani Leokadia stała się figurą jego ocalenia.

Powoli odzyskiwał zdolność logicznego myślenia, wstał, przebrał się w inny strój. Wrzucił do pralki ubranie i włączył krótki program. W okienku pojawiały się kolejno koszula, spodnie, skarpetki, bokserki i białe rękawiczki. Patrzył, jak krążą, a gdy zalała je woda, odetchnął.

Wziął szybki prysznic i włożył ekstrawagancki jedwabny szlafrok, z wyszytym na plecach wielkim czerwonym smokiem. Podszedł do okna i wyjrzał na ulicę. Latarnie oświetlały szare płyty chodnika. Było pusto. Spojrzał na leżący na parapecie skalpel. I wtedy uświadomił sobie, że w mieszkaniu sąsiadki zostawił linkę. Wybiegł na klatkę w panice. Nie myślał, ogarnęła go wściekłość na samego siebie.

W kamienicy panowała kompletna cisza. Żarówka nad schodami raz zapalała się, raz gasła. Wszedł cicho przez uchylone drzwi do środka, zrobił kilka kroków. Nagle usłyszał głuchy odgłos spadającego przedmiotu. Dźwięk dobiegł z drugiego pokoju – jakby ktoś, korzystając z okazji, plądrował mieszkanie. Nie chciał sprawdzać, co się tam dzieje. Podbiegł do nieruchomego ciała. Wyciągnął jednym ruchem linkę śliską od krwi, zwinął ją i ruszył biegiem do wyjścia.

Kiedy zamknął za sobą drzwi swojego mieszkania, zorientował się, że przez cały ten czas nie oddychał. Spazmatycznie łapał powietrze, czuł łomot w skroniach, zrobiło mu się gorąco. Ściskał mocno linkę, jak linę ratunkową. Dopiero po chwili poczuł, że wpija mu się w skórę. Rozluźnił palce, wytarł krew i zalśniła w mroku czystą bielą. Rozciągnął ją jak strunę i zawiązał na uchwytach, aby powiesić na niej obraz, będący znakiem jego wyzwolenia i mrocznej wspólnoty z bohaterem dzieła.

Keler już się nie bał, już nie żałował. Zrozumiał, że tak objawia się sprawiedliwość, przecież gdyby prawda okazała się inna, nie czułby spokoju.

Nie było późno, pół godziny do północy. Mógł jeszcze – aby zapewnić sobie alibi – pojechać na spotkanie ze znajomymi. Wyszedł na klatkę i zatrzymał się na moment, widoczny w smudze światła wymykającego się przez szparę uchylonych drzwi mieszkania sąsiadki. Zaczął ostrożnie schodzić na dół, nie dotykał poręczy. Każdy krok czynił go lżejszym. Drzwi na dole zaskrzypiały. Wkroczył w ciemną noc.

Gdy spojrzał w szybę samochodu, zobaczył w niej odbicie twarzy małego chłopca. Wspomnienia z czasu dzieciństwa uderzyły go niczym fala przypływu.

Rozdział 2

Maria zaszła w ciążę. Studiowała wtedy w Akademii Sztuk Pięknych. W dniu, gdy odkryła swój stan, na zawsze porzuciła marzenia. Została żoną Krzysztofa Kelera, ojca dziecka, utalentowanego kolegi z tego samego roku.

Nie szalała za nim, ale jej się podobał. Był przystojny, czuły. Wydawał się odpowiedzialny, aż do dnia, w którym z przyjaciółmi ze studiów wybrał się do kasyna, by świętować sprzedaż pierwszego obrazu. Wygrał wtedy bardzo dużo pieniędzy.

Od tej pory przez wiele godzin dziennie grywał w ruletkę, a Maria zostawała wieczorami sama. Przez trzy miesiące leżała, aby nie poronić, i rozmyślała o życiowym pechu. Trudna ciąża i jeszcze, jakby tego było mało, odkrycie słabości męża nie tylko do hazardu, ale i do alkoholu, bo w tym samym czasie zaczął dużo pić. Pożyczał na grę od znajomych, malował kopie, sprzedawał, znów grał i znów tracił pieniądze. Próbowała coś z tym zrobić, krzyczała, rozpaczała, groziła, aż wreszcie zamilkła.

Nie wróciła na studia, choć nadal malowała. Do ostatnich dni przed porodem stawała z ogromnym brzuchem przed sztalugą i rzucała na płótno swoje lęki przed nieznaną przyszłością. Czuła się tak, jakby ciągle siedziała na walizkach w poczekalni do czegoś lepszego. Do normalnego życia.

Mieszkanie szwagierki, użyczone, nie własne, traktowała jako schronienie na chwilę, bo gdy ona na stałe wróci z Ameryki albo je sprzeda, nie będą mieli dachu nad głową. Marzyła o własnym domu. Kiedy zachorowała na serce, zrozumiała, że już nigdy się stąd nie wyprowadzi. Po porodzie przeszła dwa zawały, choć była jeszcze przed trzydziestką.

Synek od wczesnego dzieciństwa był dziwny. Gdy wychodziła z nim na spacer, przechodnie oglądali się za nimi z uśmiechem. Raz usłyszała, że jest zbyt piękny i że takie dzieci jako on przynoszą nieszczęście. Wróciła biegiem do domu i pół nocy nie spała, rozmyślając o wypowiedzianych przez obcą osobę słowach. Nie mogła się ich pozbyć, tkwiły w niej jak cierń.

Chłopiec wcześnie zainteresował się malarstwem. Nie potrafił jeszcze czytać, gdy znalazł w domu album pełen mrocznych malowideł. Zafascynował go tryptyk Ogród rozkoszy ziemskich Hieronima Boscha. Godzinami wpatrywał się prawe skrzydło dzieła, na którym malarz przedstawił obraz piekła. Przerażające sceny śniły mu się po nocach. Budził się i znów zasypiał, pewien, że piekło istnieje. Na regale stały też inne książki poświęcone historii sztuki. Z czasem poznał je wszystkie.

Grześ lubił rysować, najchętniej diabły z rogami, rzadziej anioły o białych skrzydłach. Czasem wymyślał potwory. Jego wyobraźnia nie miała ograniczeń i rozwijała się w kierunku, który niepokoił dorosłych. Robił dziesiątki rysunków. Na kartkach bloku technicznego mnożyły się zaprzęgi koni z otwartymi pyskami, rozpędzone, pokryte łuskami jak ryby – dziwaczne wytwory dziecięcej wyobraźni.

Usiłował też malować tryptyk Boscha. Jego obsesja na punkcie scen przedstawiających piekło graczy wzięła się z rozmów matki z księdzem Antonim. Zapamiętywał słowa wypowiadane przez spowiednika, który gdy ich odwiedzał, siadywał w kuchni i bez końca głosił gniewnym głosem przerażającą prawdę o ojcu. Mówił, że każdy gracz będzie potępiony i znajdzie się w piekle. A potem, gdy wychodził, mama długo płakała.

Pełne potwornych postaci prace Grzesia przerażały udręczoną matkę, jednak mimo lęku dostrzegała jego talent. Wstrząsające wizje syna i mąż, który nie potrafił porzucić nałogów. To przyniósł jej w prezencie los.

Z czasem Maria odnalazła spokój w wielogodzinnych modlitwach. Patrzyła to na krzyż, to na rysunki Grzesia, odkrywając z każdym kolejnym obcość i dziwność swojego syna. Rosło w niej uczucie niepokoju, lecz nie miała z kim o tym porozmawiać. Mąż nadal pił i grał. Związek z nim uważała za życiowy błąd, za który przyszło zapłacić. Dar od losu, który okazał się przekleństwem. Od dwóch lat nie rozmawiała już z Krzysztofem. Jedynym językiem, jakiego używał wobec niej i syna, był język przemocy. Kiedy ją bił, przynajmniej wiedziała, że ją widzi. Gdy przestawał, znikała, jakby akty przemocy udowadniały jej istnienie. Zdarzały się dni, kiedy całymi godzinami siedziała w rozgrzebanej pościeli i słuchała radia.

Grześ miał własny świat. Przyglądał się rodzicom i rozmyślał. Nie wychodził na podwórko. Bawił się sam ołowianymi żołnierzykami, układając figurki w równych rzędach na klepkach dawno niepastowanej podłogi. Przerwy między nimi poczerniały od brudu. Wyglądały jak wojenne okopy. Cierpliwie odtwarzał w głowie jedną z bitew, o której czytał w szkolnym podręczniku do historii dla klasy czwartej. Właśnie kolejny raz stawał się generałem i prowadził swoich żołnierzy ku zwycięstwu, gdy z oddali dobiegł dźwięk kościelnych dzwonów. Był przyzwyczajony do ich melodii. Zazwyczaj rozbrzmiewały w określonych godzinach, chyba że działo się coś niezwykłego.

Nie wierzył w istnienie Boga. Nikomu o tym nie powiedział, ale podczas przygotowań do komunii obiecał sobie, że nigdy nie zaufa księżom. Zdawał egzamin wiele razy, zalewał się łzami i choć dobrze odpowiadał, wypraszano go z klasy pod byle pretekstem. Ksiądz Franciszek, który prowadził religię, był kompletnie nieprzewidywalny. Jednych chłopaków chwalił i zabierał na wycieczki, innych za byle co bił linijką po rękach. Jak miał wierzyć w Boga, jeśli ksiądz zachowywał się jak zwyczajny grzeszny człowiek? Przecież tak mówił o jego ojcu. Powtarzał, że jest grzesznikiem. To kim sam był?

Zanim się więc na Boga obraził, prosił go czasem, aby ojciec przestał znikać. Bóg jednak nie reagował. Chłopiec doskonale wiedział, czemu mama nie miała dla niego czasu. Wszystko dlatego, że ciągle rozmawiała z Bogiem. Zapominała wtedy o nim, swoim jedynym synu. Gdy nagle sobie przypominała, to go całowała i przytulała, co było równie męczące, jak jej nieobecność. Wierzył w jej uczucie, ale miał konkurencję, z którą trudno było wygrać.

Kiedy za długo siedział w kościele, dostawał mdłości od zapachu kadzideł i lilii zdobiących nawy boczne. Myślał wtedy, że tak pachnie niebo i że nie jest idealne.

Matka spędziła poranek w żoliborskiej świątyni pod wezwaniem Świętego Stanisława Kostki. Pewnie modliła się za ojca. Stale powtarzała mu, że ma nadzieję, iż Bóg ją wysłucha i że liczy na zbawienny wpływ modlitwy na grzesznika, bo tak nazywała tatę. Oczywiście doskonale wiedział, że to on, Grześ, jest najważniejszy w życiu mamy. Gdy miała lepszy dzień, okazywała mu to na wiele sposobów. Był prawie szczęśliwy, kiedy chodzili do parku, wspólnie gotowali. Pod wieczór mama znów zatopiła się w modlitwach, a Grześ pogrążył w smutku, bo choć Maria siedziała obok, miał wrażenie, jakby jej nie było.

Gdy ojciec wrócił do domu, wszystko zaczęło się na nowo. Ukryty pod łóżkiem chłopiec zasłaniał uszy, aby nie słyszeć rozlegających się w mieszkaniu krzyków. Doskonale wiedział, co się dzieje. Czasem cichły i wtedy nie wiedział już co gorsze: spokój czy odgłosy awantury. Wreszcie nastąpił spokój.

W niedzielę, gdy wyszło pierwsze słońce, ojciec zerwał Grzesia z łóżka, kazał mu się ubrać i zabrał syna o świcie do kościoła. Powiedział, że musi porozmawiać z księdzem. Przed kilkoma dniami pobił matkę tak brutalnie, że lekarz założył jej gips na złamaną rękę. Kiedy sąsiedzi pytali, co się stało, powtarzała ze łzami w oczach, że spadła ze stołka w kuchni.

W świątyni wyszedł do nich ksiądz Antoni. Grześ się go trochę bał, choć jeszcze bardziej bał się ojca. A może to on coś przeskrobał? Ojciec kazał mu na siebie czekać. W kościele było pusto, słońce wpadało przez wąskie witraże, a kolorowe plamy drżały na posadzce. Światło wydobywało z mroku stojące na ołtarzu lśniące mosiądzem świeczniki. Byłoby naprawdę pięknie i zapomniałby na chwilę o swoim lęku, gdyby nie dusząca woń kwiatów. Przysiadł na ławce w pobliżu drzwi do zakrystii. Od tego zapachu kręciło mu się w głowie. Drzwi były uchylone, więc widział ojca i duchownego. Byli pogrążeni w rozmowie.

Zaczął słuchać.

– Krzysztofie, musisz przestać grać, krzywdzisz rodzinę, to się źle skończy. Poprosiłem o to spotkanie, bo twoja żona cierpi. Widzę to, bywam u niej. Niewiele mówi, ale wiem, co czynisz. – Usłyszał głos księdza. – Synu, musisz wziąć się za siebie, nie możesz tak dalej żyć.

– Jeszcze chwila, proszę księdza, odegram się i rzucam to wszystko w diabły…

– Nie oszukuj się – przerwał mu ksiądz Antoni. – Co masz zrobić jutro, zrób dzisiaj. Hazard to samo zło. Stajesz się zagniewany na cały świat, przestajesz kontrolować swoje czyny, a przecież jesteś głową rodziny. Pamiętaj, ona jest najważniejsza i o nią powinieneś zadbać.

– To dlatego, że ksiądz chciał mnie pouczyć, musiałem zerwać się o świcie? To była ta ważna sprawa?! – Grześ rozpoznał w głosie ojca znany mu gniew.

– Proszę, zawróć z tej drogi, póki nie jest za późno. – Ksiądz uniósł się z miejsca i pochylił nad Krzysztofem. W oczach Grzesia ogromniał, rósł jak anioł zemsty na obrazie.

Słońce oświetliło jego wygoloną głowę, chłopiec ujrzał wokół niej aureolę. A potem blask przygasł.

Ojciec wstał i prawie odepchnął księdza. Tego dnia Grześ zrozumiał, że Kościół nie pomoże ojcu i że jeśli piekło istnieje, to będzie on potępiony na wieki.

Rozdział 3

Śledziu stał w cieniu bramy przy Bieniewickiej i patrzył na zegarek. Ile już czekał? Ponad godzinę? Przyszli tu z Bronkiem późnym wieczorem. Zastanawiał się, czy w kamienicy jest jakieś inne wyjście. Poczuł nagły niepokój. Jak długo można gadać?

Kilka razy był z Bronkiem u jego matki. Wiedział, że to uparta cholera. Podobno kasę trzymała w wazonie na regale. Zwinięte rulony setek przepasane gumkami recepturkami. Bronek przechwalał się tym przez całą drogę. Śledziu nie mógł z nim wejść na górę, bo go nie znosiła. Dosyć tego! Był tak zdenerwowany, że postanowił coś zażyć, aby się rozluźnić. Wziął LSD, papierek zdobiła małpka z zakrytymi oczami, wiedział, że zaraz będzie dobrze. Poczeka jeszcze trochę. Tracił poczucie czasu. Niebo było czarne jak węgiel. Nagle rozbłysło tysiącami świetlnych punktów. Wirowały jak szalone, czuł ich zimny dotyk na skórze. Strząsnął je z siebie gwałtownym ruchem. Pełzały teraz po chodniku. Bał się, że wrócą. Niebo zmieniło barwę, stało się purpurowe i wtedy postanowił, że czas wejść na górę.

Zdeterminowany pstryknął niedopałek papierosa w szczelinę chodnika i ruszył w stronę drzwi do kamienicy. Na ścianie budynku ujrzał tabliczkę z napisem: „Prosimy wyprowadzać psy na smyczy” i rysunkiem wściekłego buldoga. Przybliżył do niej twarz i nagle wyskoczył na niego z jazgotem pies. Krzyknął i wpadł na klatkę schodową. Była pusta, w całym budynku panowała niezmącona cisza. Ośmielony zaczął wspinaczkę po schodach, wpatrując się w noski własnych nowych najków. Nie słyszał swoich kroków. Nie był pewien, czy to idzie on, czy ktoś inny.

Gdy wszedł na półpiętro, dostrzegł na parapecie paprotkę. Wyglądała, jakby nie była podlewana od tygodni. Zwrócił uwagę na rdzawe, podłużne liście. Zdziwił się, że wszystko usycha. Była to ostatnia trzeźwa myśl tego wieczoru. Schody zaczęły falować, uciekały mu spod stóp, wybrzuszały się i rozpadały. Złapał po omacku poręcz, była śliska i ciepła. Nagle zamieniła się w węża. Wydarł się, nie usłyszał jednak własnego głosu. Światło na klatce migotało, wydając piskliwe, upiorne dźwięki. Wytrzeszczył oczy i wpatrywał się w żarówkę, która obracała się jak bąk i zmieniała kolory. Usiadł na półpiętrze, ale poczuł pod sobą lodowate zimno. Zerwał się i pognał przed siebie. Schody uspokoiły się, lecz na ścianach zaczęły ukazywać się napisy w niezrozumiałym języku. Kiedy dotarł na pierwsze piętro, był mokry od potu.

W mieszkaniu matki Bronka ktoś zostawił uchylone drzwi. Światło w przedpokoju paliło się, wydobywając z mroku stary wieszak, na którym wisiały płaszcze. Czarny prochowiec poruszył się, jakby coś w nim siedziało. Śledziu cofnął się przestraszony, zaklął, zawahał się i wszedł do środka. Nie pamiętał, po co tu przyszedł, ale nie było odwrotu, zaraz sobie przypomni. Gdy obejrzał się za siebie, drzwi już nie było. Ujrzał gładką ścianę.

„Cicho tu jak nigdy” – to było pierwsze, o czym pomyślał, gdy wpatrywał się w czającą się ciemność.

Coś w zapachu, jakiś bezruch, gęstość powietrza sprawiło, że włosy zjeżyły mu się na głowie. Wszedł głębiej do przedpokoju, w którym znajdowały się drzwi do salonu i kuchni. Jedne z nich były zamknięte. W otwartych, prowadzących do pokoju oświetlonego lampą stojącą na stole, dostrzegł nogi. Prawa podnosiła się i opadała z łomotem na podłogę.

Tuż przy butach Śledzia przebiegł ogromny pająk. Mężczyzna otworzył szeroko usta i wybełkotał niezrozumiałe słowa. Własny głos wydał mu się obcy, jakby ktoś stanął obok niego i wyszeptał mu coś prosto do ucha. Przytrzymał się framugi drzwi. Palce ześlizgnęły się po gładkiej białej powierzchni. To jego kumpel Bronek leżał na brzuchu. Wyglądał jak duża szmaciana lalka z wykręconą nienaturalnie głową.

– Zaraz, zaraz… Po coś tu przyszedłem – rozległ się obcy głos i zaczął powtarzać jego słowa.

Zasłonił dłońmi uszy. Zrobił krok i potknął się o drugie ciało. Leżało przy komodzie. To musiała być ta skąpa jędza! Zrobił kolejny krok i poślizgnął się na czymś mokrym. Przeleciał metr, zanim wyhamował.

– Kurwa! – krzyknął rozpaczliwie.

Złapał równowagę, lecz na próżno próbował się skupić. Myśli, jak oszalałe, pojawiały się i znikały, znów widział błyski światła. Zajrzał ostrożnie do pokoju, bo usłyszał dziwny dźwięk. Odwrócił się i ujrzał wielkie wazony ze szkła, które jak mitologiczne rogi obfitości przyzywały go do siebie, wabiły. Połyskiwały i brzęczały, potem nagle spadły z regału i potoczyły się w jego stronę, gubiąc po drodze banknoty, zwinięte w rulony. To o nich mówił kumpel! Śledziu kucnął i zaczął je wrzucać do wora. Banknoty wyślizgiwały mu się z rąk, sięgał po kolejne i kolejne, śmiał się jak szaleniec. Miał wrażenie, że rozmnażają się, jest ich więcej i więcej.

Uroiło mu się, że w sypialni też odkryje złoża bogactwa. Drzwi łączące pokoje były otwarte. Zachwiał się i przeszedł tam na czworaka. Wydawało mu się, że powiew powietrza pcha go do tyłu. Zrzucił z szafki nocnej ciężką mosiężną lampę. Spadła z łomotem i uderzyła o podłogę. Rozległ się straszliwy huk. Śledziu złapał się za głowę i zaczął kołysać niczym wahadło. Kątem oka dostrzegł jakiś ruch w salonie. Przykucnął przestraszony.

Nagle ujrzał wielkiego czerwonego smoka. Stwór przysiadł przy ciele Bronka. Wyciągnął spod niego lśniącą nić, a potem zerwał się i uciekł w jęzorach ognia. Śledziu trząsł się i dygotał. Ten potwór zaraz wróci i porwie jego worek z kasą! Mężczyzna w panice zerwał się do ucieczki i gdy zrobił krok, zahaczył nogą o rękę starej kobiety. Patrzyła z wyrzutem wprost na niego. Dostrzegł bielmo na jej oczach. Wrzasnął.

Spanikowany wypadł z mieszkania i zaczął zbiegać po stopniach. Nie miał pojęcia, czy biegnie w górę, czy w dół. Ktoś na parterze uchylił drzwi, ale nawet nie spojrzał w tamtą stronę. Wyskoczył w pędzie na ulicę, starał się usunąć z pamięci koszmarny obraz ciała na dywanie. Zaczynał mieć nowe wizje. Czuł się jak na karuzeli, kolory wybuchały mu w głowie. W witrynie sklepu zobaczył swoje odbicie. Nie widział twarzy, tylko czarny otwór, usta poruszały się bezgłośnie. Zasłonił oczy i przysiadł na krawężniku. Zaczął łkać. Nie wiedział, kiedy wstał i dokąd poszedł.

Świadomość tego, kim jest i gdzie jest, wróciła kilka godzin później w jednym z barów otwartych przez całą dobę. Była czwarta nad ranem, zimny alkohol spływał po gardle, a każdy łyk stopniowo przywracał mu ostrzejsze widzenie świata. Kiedy sięgnął do kieszeni, żeby zapłacić, odkrył, że jest pusta. Zaczął potrząsać marynarką i wtedy wypadł z niej chudy rulon dwudziestozłotówek owiniętych gumką recepturką. Nie takich pieniędzy się spodziewał. Kumpel kłamał, że jest bogata. Zapłacił za wódkę, zostało mu sześćdziesiąt złotych. Sam siebie przekonał, że wszystko, co wcześniej widział, to tylko jazda na kwasie, nic więcej. Owszem, wszedł do mieszkania, zabrał pieniądze, ale Bronek i jego matka po prostu spali. Tylko smoka pamiętał. Falował i ruszał skrzydłami, czerwony jak samo piekło. Nic poza tym się nie stało.

Rozdział 4

Nad ranem żoliborska kamienica przeżywała szturm policyjnych specjalistów. Była czwarta trzydzieści, kiedy oficer dyżurny odebrał zgłoszenie o zbrodni. Sąsiadka nie mogła spać, wyszła ze śmieciami i zobaczyła uchylone drzwi do mieszkania pani Leokadii.

Zajrzała do środka, zobaczyła na podłodze krew i prawie dostała zawału. Nie weszła dalej. Przestraszyła się i zadzwoniła pod 112. Przez telefon poinformowano ją, żeby pod żadnym pozorem nie wchodziła ponownie do mieszkania i czekała na przyjazd policji.

Już po dziewięciu minutach na miejscu stawili się policjanci z Komendy Rejonowej, przyjechała też karetka pogotowia. O czwartej pięćdziesiąt pojawił się oficer śledczy z Komendy Stołecznej. Zawiadomiono go, że dwie osoby są poszkodowane: jedna poniosła śmierć, a druga nieprzytomna, z urazem głowy zabierana jest właśnie do szpitala.

Migające fioletem światła policyjnych wozów odbijały się w szybach uśpionego domu. Stojąca obok karetka, oznaczona literą S, czekała na przewóz rannej kobiety. Sanitariusze wyszli z budynku, dźwigając na noszach ofiarę napaści. W erce podano jej tlen i rozpoczęto monitorowanie funkcji życiowych. Lekarz opatrzył ranę na głowie.

Karetka ruszyła na sygnale do Szpitala Bielańskiego.

W oknach kamienicy zaczęły zapalać się światła i niebawem pod domem zaczęli zbierać się sąsiedzi, by przekazać innym przerażające wieści. Policjanci bezskutecznie prosili o rozejście się i powrót do domów, ale mieszkańcy uparcie tkwili przy drzwiach wejściowych, blokując przejście. Wreszcie rozciągnięto taśmę policyjną.

– Słyszałaś o Leokadii? – wyszeptała do swojej przyjaciółki starsza kobieta. Stała w kurtce narzuconej na koszulę nocną. – Podobno ktoś ją zabił. Tasakiem.

– Boże, strach tu mieszkać, tylu podejrzanych się kręci. Biedna sąsiadka, miała ciężkie życie z tym synem. A wiadomo już, kto zabił? Ten spod dziewiątki to recydywista, kradł w komunie, niby staruszek, ale jeszcze krzepki, może to on? – mówiła inna kobieta, bliźniaczo podobna do tej w koszuli nocnej.

– Podobno ofiar jest więcej… – Mężczyzna z parteru potrząsnął głową, jakby nie mógł uwierzyć w to, co się stało. – Może należała do jakiejś sekty?

– Proszę się rozejść, przeszkadzają nam państwo w wykonywaniu czynności. – Młody policjant torował sobie drogę do klatki, dźwigając sprzęt. Za nim szedł drugi, obładowany torbami.

– Co oni niosą? – Sąsiad z pierwszego piętra usiłował wejść za nimi do środka, ale został zablokowany przez mundurowych pilnujących wejścia.

– Proszę się natychmiast rozejść – powiedział stanowczo jeden z nich. – To nie cyrk.

Wreszcie lokatorzy kamienicy zaczęli wracać do mieszkań. Rozchodzili się niechętnie, ostentacyjnie zatrzaskiwali drzwi i w rodzinnym gronie toczyli dyskusję na temat tragicznego zdarzenia. Wiadomo było, że nikt już nie zaśnie. Zawsze, gdy w jakimś domu dochodzi do morderstwa, ludzie przez wiele dni cierpią na bezsenność. Strach jest silniejszy od zmęczenia.

Piotr Borowski zaparkował auto przed kamienicą. Zerknął na okna drugiego piętra. Iluminacja w mieszkaniu, gdzie doszło do zdarzenia, wskazała mu drogę. Zastanowiło go, że w lokalu obok okna były ciemne, jakby nikt w nim nie mieszkał. W innych paliły się światła. Hałas, głosy sąsiadów i sygnał karetki obudziłby umarłego.

Borowski szedł w górę, mijając się z technikiem ubranym w biały kombinezon. Rozpoznał Górnego. Lubił z nim pracować.

– Cześć! Zaraz będzie tu prokurator, urządzenia pracują, lekarz stwierdził zgon mężczyzny, kobieta ciężko ranna, jest już w szpitalu – technik wyrzucił z siebie słowa i zbiegł w dół.

Mieszkanie było otwarte. Zabezpieczający ślady ustawili halogeny, statywy i skaner 3D rejestrujący każdy milimetr przestrzeni. Borowski dojrzał nogi mężczyzny leżącego na podłodze. Reszta ciała kryła się w kącie pokoju niewidocznym z progu drzwi. Oficer śledczy zwrócił uwagę na sportowe buty na stopach denata.

Głębiej, w prawym rogu pomieszczenia, śledczy dostrzegł dużą czerwoną plamę. Skaner 3D migał rytmicznie, utrwalał ślady krwi na komodzie, na ścianie i na dywanie. Nie omijał żadnego szczegółu, który mógłby pomóc w ustaleniu, co się tu wydarzyło.

Dwóch kolejnych mężczyzn w butach ochronnych i białych kombinezonach weszło do środka. Jeden z nich cofnął się i wyjrzał na klatkę.

– Już prawie koniec, poczekaj, Piotr – rzucił w przestrzeń. – Zaraz pojawi się patolog. Wszędzie ta krew.

Na schodach rozległy się kroki. Szedł prokurator Malinowski.

– Co my tu mamy, Borowski? – spytał krótko i nie czekając na odpowiedź, wszedł do środka.

Technicy kończyli pracę. Pełen obraz zbrodni w modelu 3D został zapisany i teraz można było przystąpić do tradycyjnych działań. W ochraniaczach na butach i lateksowych rękawiczkach na dłoniach Malinowski i Borowski rozpoczęli oględziny zwłok. Niczego nie dotykali i nie przestawiali.

Po kilku minutach dołączył do nich patolog. Uruchomił dyktafon i zaczął mówić:

– Ciało mężczyzny w wieku około pięćdziesięciu lat, uduszony, ślady na szyi. Prawdopodobnie użyto linki, ale to potwierdzimy po badaniu szczegółowym głębokości i szerokości rany. – Na chwilę przerwał, pochylił się nad denatem i przyglądał się z bliska jego twarzy. – Zbrodni dokonano w przedziale czasowym nie większym niż sześć do siedmiu godzin, na co wskazuje temperatura ciała. Widać ślady walki ze sprawcą, napastnik musiał go zaskoczyć, otarty naskórek lewej dłoni… Zbadamy każdy centymetr…

Wyprostował się i spojrzał na Borowskiego.

– Milimetr, milimetr, Winnicki, zbadasz wszystko. I to bardzo dokładnie. A gdzie Żak? – Prokurator zwrócił się z pretensją w głosie do śledczego.

– Zuzanna Żak ma dzisiaj wolne, jutro też. Wzięła urlop, ale już do niej dzwonię. Nie chciałem budzić jej przed piątą rano, zwłoki nie uciekną. – Pozwolił sobie na ponury dowcip.

– Nie bądź taki bystry, Borowski. Dzwoń do niej i widzimy się we troje o trzynastej w Komendzie, macie się nie spóźnić. Będą pierwsze wyniki. Sprawa jest priorytetowa – Malinowski zwrócił się znów do patologa.

– Wiem, wiem, jak zawsze na wczoraj. – Lekarz burknął pod nosem, zbierając swoje rzeczy.

– Jeszcze obrys i zabierajcie zwłoki. Na dziś koniec – zarządził i wycofał się z salonu.

Śledczy Borowski nie lubił zapachu śmierci. Nie mógł się do niego przyzwyczaić.

Rozglądał się jeszcze po mieszkaniu. Patrzył na policjantów zbierających do torebek na dowody różne przedmioty, w tym niedopałki papierosów z kuchni oraz ten, zostawiony na spodeczku przy pustej szklance po herbacie. Czuł, że sprawa jest skomplikowana i trudno będzie ją rozwikłać. W takich sytuacjach przeczucie zwykle go nie myliło. Czekały ich przesłuchania lokatorów, obserwacja i to, co najważniejsze w tego typu sprawach, badanie ścieżek codzienności, zaburzeń schematu, czegoś niepasującego do reszty, co pozwoli wytypować sprawcę.

– Zuza, pobudka mamy morderstwo. Zginął facet, matka ciężko ranna. Po sąsiedzku, na Żoliborzu. – Słuchał przez chwilę głosu po drugiej stronie słuchawki. – Tak, wiem, wiem, że masz urlop, nie mam zaników pamięci. – Uśmiechnął się i odsunął nieco komórkę od ucha. – Przyjdziesz po ósmej? Świetnie! I tak tu będę.

Borowski wszedł do kuchni i usiadł na krześle. Patrzył na framugę okna, po której wędrowała ospała mucha. Wspinała się uporczywie, aby usiąść wreszcie na ramie lufcika. Przez chwilę trwała tam nieruchomo, a potem niespodziewanie zerwała się do lotu, żeby wylądować na okruszkach ciasta, rozsypanych na blacie dębowego stołu. Piotr obserwował, jak pociera odnóża i zabiera się za jedzenie. Odgłos kropel wody padających z nieszczelnego kranu odmierzał czas.

Śledczy czekał na Zuzannę Żak.

Rozdział 5

Zuzannę wychowali dziadkowie. Gdy miała dwanaście lat, rodzice zginęli w wypadku samochodowym, zabici przez pirata drogowego. Jechali na ślub przyjaciół. Tej nocy doświadczyła uczucia, z którego nigdy się potem nie wyzwoliła. Będzie powracało do niej w najmniej spodziewanych chwilach.

Był to strach odczuwany całym ciałem, ból serca, uczucie duszności, gdy nagle nie mogła zaczerpnąć powietrza.

Tamtej ciemnej nocy leżała w łóżku z zamkniętymi oczami. Nie spała. Rano dowiedziała się o wypadku.

Tak skończyły się w jej życiu beztroska i szczęście, ktoś w jednej chwili wyłączył światło i pozostawił dziewczynkę w mroku. Długo trzymała zdjęcie mamy i taty pod poduszką. Powoli płowiało, a brzegi wycierały się od przesuwania po prześcieradle. Podobnie z czasem wyblakły wspomnienia, ale jedno nie zniknęło. Widziała wyraźnie scenę pożegnania, odtwarzała ją w pamięci bez końca. Moment, kiedy rodzice odjeżdżali spod domu i mama przez uchylone okno samochodu groziła jej żartobliwie palcem, mówiąc, aby słuchała się dziadków.

Wracała do niej także wizja wypadku i śmierci. A potem znów słyszała dzwonek telefonu i widziała śmiertelną bladość babci, która osuwa się na podłogę i nie wypuszcza słuchawki z ręki. Już wtedy wiedziała, co się stało.

Ten telefon nadal wisi w przedpokoju. Nie używano go od lat, ale nikt nie potrafił go zdjąć ze ściany.

Dziadek z babcią powoli porządkowali dom. Stara willa na Żoliborzu kryła w sobie brak. W szafie mamy kołysały się puste wieszaki, a starannie złożone ubrania powędrowały do fundacji zajmującej się opieką nad bezdomnymi. Zuzannie wydawało się nieraz, że na ulicy widzi kobietę w sukience mamy.

Dziadek układał zdjęcia w albumach, jakby chciał ich życie zamknąć między okładkami, przypieczętować nieistnienie i uciszyć lęki. Nie pozwalała na to. On i babcia często znajdowali w domu fotografie powyciągane z albumów, poutykane po kątach, porozkładane na parapetach okien, a gdy w pierwsze święta po śmierci rodziców powiesiła je na choince, jak ozdoby, nie mieli serca ich zdejmować. Zuzanna nie mogła się poddać. Nie było w niej zgody na odejście najbliższych jej osób.

Dopiero w liceum pogodziła się z obecnością albumów, tylko zdjęcia ułożyła inaczej, po swojemu. I odpuściła.

Najlepszym lekarstwem na wszystko było dla niej bieganie. Kiedy wychodziła z domu i sprintem ruszała przed siebie, miała uczucie, że goni coś, co jej umyka, ale jeśli będzie biec wystarczająco szybko, pozna powód odejścia rodziców i wreszcie zrozumie, dlaczego musieli zginąć. Biegła i biegła, aż traciła siły i zatrzymywała się, aby uświadomić sobie, że nadal nie wie. Ale same próby dawały jej siłę.

Wyobrażała sobie, że gdzieś tam, na końcu drogi, czeka odpowiedź. Dlatego wygrywała wszystkie biegi w szkole, potem maratony. Drobna, śliczna nastolatka znana była z odwagi. Często broniła słabszych uczniów przed łobuzami.

Nauka przychodziła jej łatwo. Ale świadomość, że jest sierotą, stawiała ją w trudnej psychicznie sytuacji. Była samotna wśród rówieśników. Podziwiali ją, ale niektórzy czuli się od niej lepsi. Jeździli z rodzicami na wakacje, kłócili się z matką czy ojcem, a potem się do nich przytulali, aby znów kłamać i walczyć o swobodę. Mieli z kim. Zuzanna nie walczyłaby przecież z dziadkami o cokolwiek. Byli doskonali, najlepsi na świecie.

Dziadek nauczył ją miłości do przyrody, a babcia – do sztuki. Zaraziła ją także pasją do gry w brydża.

Zuzanna uwielbiała malarstwo. Godzinami mogła spacerować po muzeach, wkraczać w świat obrazów z różnych epok. Uwodził ją barok, Caravaggio był jej mistrzem. Na maturze zdawała historię sztuki jako dodatkowy przedmiot. Zdobyła sto procent, wybrała jednak inne studia, aby nauczyć się być bliżej ludzi i mieć wpływ na to, co się dzieje w jej mieście. Zamierzała pójść w ślady ojca, który był sędzią i skazywał przestępców. Wyobrażała sobie, że ona będzie ich łapać a on zamykać za popełnione czyny.

Gdy była na pierwszym roku studiów, babcia odeszła. Dopadła ją starość. Zgasła nagle, w łóżku, we własnym domu. Dziadek znów układał fotografie w albumach, lecz Zuzanna już nie wyciągała z nich żadnych zdjęć, choć cierpiała z żalu tak samo jak on. Wyjechała na dalsze studia do Anglii, zdążyła się obronić i została sama na świecie. Dziadek zmarł nagle, w dniu, kiedy wróciła do Polski. Czasem myślała, że tęsknił za babcią, marzył, by do niej dołączyć, a wytrwał tak długo, ponieważ chciał jeszcze przed śmiercią zobaczyć swoją wnuczkę.

Praca śledczej okazała się dla niej wybawieniem, była jak terapia. Zuzanna nie miała czasu na żałobę, musiała walczyć z mrokiem. Powtarzała sobie, że nikt nie będzie czuł pustki, gdy ona zginie na służbie. Nikt nie będzie cierpiał i za nią tęsknił. Kolejny powód był najważniejszy. W liceum, podczas wakacji nad morzem, przeżyła coś, co sprawiło, że po kilku latach znalazła się w zespole dochodzeniowym Komendy Stołecznej.

Rozdział 6

Tej nocy Keler przez wiele godzin pił ze znajomymi, a potem zostawił samochód pod klubem i przed trzecią zamówił taksówkę. Po raz pierwszy od dawna pozwolił sobie zaprosić do domu kochankę. I po raz pierwszy, gdy uprawiał seks, czuł wyzwalającą radość.

Noc zdawała się nie mieć końca. Malarz przyglądał się teraz dziewczynie, która spała tak mocno, że nie zareagowałaby nawet na wystrzał armatni... Dwa razy uprawiali seks, za każdym razem szczytowała, jęcząc i krzycząc, jakby ktoś obdzierał ją ze skóry. Sprawiło mu to przyjemność. W pewnym momencie powiedziała, że nie miała kochanka lepszego od niego. Ta uwaga sprawiła, że ochłonął i odsunął się od niej, jakby chciał ją ukarać za próbę nawiązania z nim więzi emocjonalnej.

Zasnęła po minucie, a on nadsłuchiwał tego, co się działo na zewnątrz. Z ulicy dobiegał gwar rozmów, a potem rozległ się warkot silnika. Keler uniósł się na łokciu i wstał cicho, aby nie obudzić dziewczyny.

Podszedł do okna i zobaczył migające niebieskie światła wozu policyjnego. Pod kamienicą stała karetka. W końcu usłyszał, że idą do mieszkania Dydyńskich. Wiedział, że ciało zostało już odkryte. Zaczął równo oddychać. Uspokoił się.

Ostatnim obrazem, który miał przed oczami, zanim zasnął, była martwa twarz syna pani Leokadii. Ostatnim uczuciem – satysfakcja i dziwny rodzaj ulgi, że naprawił świat i ocalił starszą panią przed potworem.

Tej nocy przebudził się jeszcze raz. Zrozumiał, że nareszcie uwolnił się od poczucia bezsilności. Miał policzki mokre od łez. Śnił o matce. Umierała po wielokroć, bita na jego oczach. Wcześniej nie wiedział, jak przerwać ten zaklęty krąg. To musiało być przeznaczenie, coś, co winien był światu. Ta myśl zaczęła blaknąć, nie chwytał do końca jej sensu. Znów pogrążył się w głębokim śnie.

Rano, tuż po ósmej, obudził go dzwonek do drzwi. Łóżko było puste. Usłyszał szum wody. Dziewczyna, z którą spędził noc, brała prysznic.

Keler podszedł do wejścia i spojrzał przez wizjer. Na klatce czekali dwaj mężczyźni. Jeden był w cywilu, a jednak to on zdecydowanie bardziej wyglądał na policjanta niż mundurowy. Poczuł, że robi mu się gorąco. Musiał za wszelką cenę zachować zimną krew. Otworzył drzwi.

– Dzień dobry – odezwał się grzecznie. Przygładził pospiesznie zmierzwione włosy. Ten gest go uspokoił. – Panowie do mnie?

– Do wszystkich sąsiadów po kolei – potwierdził cywil. – Oficer śledczy Piotr Borowski – przedstawił się. – Proszę okazać dowód osobisty.

– Keler, Grzegorz Keler – odpowiedział automatycznie, był maksymalnie skupiony.

Kolega w mundurze się nie przedstawił, ale Kelerowi było wszystko jedno. Cofnął się, sięgnął do kieszeni marynarki wiszącej w przedpokoju i wyjął z portfela dokument, aby wręczyć go policjantowi. Wpatrywał się teraz w podłogę, czekał, aż ten skończy spisywać jego dane. Tworzył w myślach listę możliwych pytań, szukał najlepszych odpowiedzi.

Mężczyzna zwrócił mu dowód.

– Możemy…? – spytał i nie czekając na reakcję, wszedł do mieszkania, zręcznie wymijając Kelera.

Tuż za nim wślizgnął się mundurowy. Obaj stali teraz razem pośrodku pokoju.

– Czy spędził pan noc w mieszkaniu?

– Tak, z dziewczyną. Byliśmy na imprezie z przyjaciółmi z uczelni. Coś się stało? Jakieś włamanie? – Malarz mówił tak spokojnie, jakby poranna wizyta policji była czymś normalnym i przytrafiała mu się codziennie.

– Nie jesteśmy jeszcze pewni, czy było włamanie, ale proszę po prostu odpowiadać na nasze pytania, dobrze? – poprosił policjant w cywilu. – O której godzinie wrócił pan do domu i gdzie jest ta pani?

– Odpowiadam po kolei, bo dużo tych pytań. – Keler się uśmiechnął. – Wróciłem o trzeciej nad ranem z przyjaciółką, która jest teraz w łazience.

– Czyli byli państwo cały czas razem? – Borowski nie odpuszczał.

Z łazienki dobiegał szum wody. Keler wyobraził sobie, że dziewczyna wyskoczy nago, prosto na środek pokoju, nieświadoma obecności policjantów.

– Razem, i to dość intensywnie – pozwolił sobie na dowcip.

– Czy słyszeli państwo w nocy jakieś podejrzane odgłosy? – Chciał wiedzieć Borowski.