Agata z Placu Słonecznego - Ewa Karwan-Jastrzębska - ebook

Agata z Placu Słonecznego ebook

Ewa Karwan-Jastrzębska

4,3

Opis

 

Niezwykła niania i niezwykłe dzieci. Z tego muszą wyjść niezwykłe przygody!

Bliźniaki Matylda i Piotruś oraz Nieznośne Trojaczki zostają w domu z nową nianią, gdy ich rodzice wyjeżdżają do Papui-Nowej Gwinei. Agata to postać tajemnicza. Pojawia się i znika, nie wiadomo, skąd pochodzi i kim tak naprawdę jest. Pewne jest tylko jedno – pod jej skrzydłami dzieciakom nie stanie się krzywda. Nawet gdy będą rozwiązywać Tajemnice przez duże T!

„To ona sypnie z nieba gwiazdki spełniające życzenia, pokona ciemną stronę Drzewa Czasu i wreszcie ubierze nocą miasto w girlandy białych koronek” – pisze o Agacie doradczyni metodyczna Joanna Wenek.

Zebrana po raz pierwszy w jeden tom historia Agaty oraz piątki rodzeństwa została wzbogacona o dwa niepublikowane dotąd opowiadania.

Literatura dla dzieci może też być wyzwaniem dla dorosłych. Chciałabym, aby budziła w nich naiwność i zachwyt pierwszej lektury dziecka, którym przecież gdzieś w środku każdy pozostaje” – Ewa Karwan-Jastrzębska.

 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 502

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,3 (3 oceny)
2
0
1
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.

Popularność




Przybycie Agaty

Nadchodzi moment, kiedy odkrywasz, że świat, który cię otacza, nie jest zwyczajny. Domy mają swoje sekrety, a liście spadające z drzew szeleszczą tajemnicze słowa do ucha przypadkowym przechodniom.

Jest takie miejsce na ziemi, gdzie wszystko ma swój początek i stale się odradza. Nazywa się ono plac Słoneczny. Rośnie tam stary klon – drzewo czasu. Sam plac zaś jest wielkim zegarem. Cień rzucany przez pień drzewa pokazuje kolejne godziny. Od dawna wiadomo, że zegar ten można przestawiać, czas natomiast cofać. Nie każdy jednak potrafi sprawić, aby tak się działo. Nocą w otaczających plac willach zapalają się światła. Rozbłyskują w oknach po kolei, wskazując upływające godziny.

W pobliżu parku unosi się w powietrzu słodki zapach magnolii. Mieszkańcy nazywają go szczęściem. Przechadzają się tam i oddychają głęboko, wiedząc, że nie ma na świecie zbyt wiele szczęścia i tym bardziej należy je cenić.

W starym domu położonym w jednym z promieni placu Słonecznego, przy ulicy Fortecznej, mieszka wraz z rodzicami pięcioro rodzeństwa – bliźniaki, Matylda i Piotruś, i Nieznośne Trojaczki, Adelajda, Antoni i Albert. Stanowią oni szczęśliwą, kochającą się rodzinę.

Świat dzieci dzieli się na czas przed Agatą i po jej nadejściu.

Agata to niania, która wie więcej niż inni dorośli. Nie wiadomo, skąd przybyła, ale zwiedziła chyba cały świat. Radzi sobie świetnie ze swoimi podopiecznymi i jest najbardziej tajemniczą dziewczyną na świecie.

Poszukiwanie niani idealnej

Piotruś nienawidził niań. Uczucie to dzielił z czworgiem rodzeństwa – siostrą bliźniaczką Matyldą i Nieznośnymi Trojaczkami. Nie miał pojęcia, kto wpadł na pomysł, aby znów ich uszczęśliwić kimś takim jak opiekunka do dzieci, bo sam mógł zająć się całą czwórką. Miał przecież dziewięć lat i był już dorosły. Wszystko przez to, że rodzice postanowili wyjechać do Papui-Nowej Gwinei. I teraz od rana do wieczora w ich domu pojawiały się panie w różnym wieku. Kandydatki na opiekunki zapewniały rodziców, że zdobyły najwyższe kwalifikacje.

Dzisiaj miała przybyć ostatnia w tym tygodniu niania idealna.

Od rana padał deszcz i świat za oknem wyglądał tak, jakby łkał z żalu nad losem pięciorga dzieci, które niedługo zostaną porzucone przez ukochanych rodziców. Aż na trzy miesiące! Cała piątka siedziała z twarzami przyklejonymi do szyby, wypatrując kolejnego potwora. Wiadomo było, że nadejdzie z północy.

Dom pięciorga rodzeństwa, położony na samym końcu niewielkiej uliczki Fortecznej, w pobliżu placu Słonecznego, wyglądał jak prawdziwy zamek. Na dwóch piętrach, z których każde miało dwa skrzydła, mieściło się osiem pokoi. Był jeszcze strych, ulubione miejsce zabawy dzieci, bo dorośli rzadko tam zaglądali. Jedynie raz na pół roku przypominali sobie o jego istnieniu i wtedy robili tam generalne porządki.

Na strychu stała skrzynia opatrzona napisem: „Nie dotykać pod żadnym pozorem!”. Zgromadzono w niej BARDZO WAŻNE RZECZY rodziców. Piotruś oznajmił rodzeństwu, iż z chwilą opuszczenia domu przez mamę i tatę wszystko się zmieni, więc skrzynia zacz­nie należeć do całej piątki. I że wreszcie legalnie będzie można ją otworzyć.

Tylko dlatego dzieci nie uciekły jeszcze w świat. Ciekawość była silniejsza niż złość. Chociaż ucieczka w ramach buntu wcale nie była taka głupia, bo Nieznośne Trojaczki, mimo że miały tylko po trzy lata, razem liczyły ich dziewięć, i to już było coś.

Dom na Fortecznej krył w sobie tyle zakamarków, że bawić się w nim mogło dwa razy więcej dzieci. Tak naprawdę dorośli nie zauważali, że z nimi mieszkają. Pięcioro rodzeństwa znalazło sobie przeróżne skrytki i schowki, więc mogło bezkarnie buszować po wszystkich pomieszczeniach. Sytuacja była idealna, dopóki nie pojawiały się nianie. Ich obecność wykluczała praktycznie wszystko.

– Koszmarne nianie mieszkają na północy i nic dobrego nie da się o nich powiedzieć – odezwał się Piotruś, czym niemożliwie przestraszył rodzeństwo. Dla potwierdzenia wagi wypowiadanych słów postukał palcem w szybę, co zabrzmiało niezwykle złowieszczo. – Zobaczycie, poza ich rozkazami, nakazami i wiatrem, który będzie wiać właśnie stamtąd, dopóki rodzice nie wrócą, nic ciekawego nas nie spotka.

– Nic ciekawego, same nudy, masz rację, Piotrusiu – wtórowała mu Matylda. – Dlatego już dziś powinniśmy jednak uciec z domu i zapomnieć o tej przeklętej skrzyni.

– My nie chcemy uciekać! – jęknęły Nieznośne Trojaczki. – Tu są nasze zabawki!

– Weźmiecie je ze sobą, ale tylko po jednej – zastrzegł Piotruś. – I pamiętajcie, musicie się mnie słuchać.

Nieznośne Trojaczki posmutniały, doskonale wiedząc, co to oznacza. Przynoszenie kapci, drapanie po plecach, przygotowywanie gigantycznych kanapek ze wszystkiego, co ma się pod ręką. Nikt nie wiedział lepiej niż trojaczki, z czym się wiąże złożenie takiej obietnicy.

– Nie robimy kanapek! – wrzasnęły zgodnym chórem.

– Kanapki mogę robić sobie sam – zgodził się łaskawie brat. – Ale z drapania po plecach nie zrezygnuję.

– Zobacz, Piotrusiu, zobacz! – krzyknęła Matylda, trącając go łokciem, co sprawiło, że cała piątka runęła z parapetu na podłogę.

Nieznośne Trojaczki zaniosły się płaczem.

– Widzisz, do czego doprowadziłeś? – zdenerwowała się siostra. – Znów poskarżą się rodzicom.

– To ty mnie szturchnęłaś, mądralo! – oburzył się brat.

Nie było jednak czasu na afrykański sąd, kiedy to starszyzna rozsądza w wiosce spór, a i tak wszyscy kłócą się do upadłego. Bo właśnie przed furtką pojawiła się dziewczyna z długim rudym warkoczem. Miała na sobie różową pelerynę i siedziała na rowerze w kolorze starego złota.

Piotruś zrozumiał, że tym razem nie będzie łatwo. Nie dość, że ta niania umiała jeździć na rowerze, to jeszcze jej dziwny pojazd wyglądał tak, jakby ktoś obsypał go magicznym proszkiem. Cały świecił. I choć padał deszcz, rower wydawał się suchy. Do jego bagażnika przywiązana była wielka waliza, którą zdobiły nalepki z całego świata.

Matylda skupiła wzrok na najbardziej kolorowej nalepce. Przedstawiała ona żonglera bawiącego się piłeczkami. Nagle jedna z nich wypadła z obrazka i potoczyła się po chodniku.

Dziewczynka ze zdziwieniem obserwowała piłeczkę, aż ta zniknęła z jej pola widzenia, porwana przez wartki strumień deszczu. Otworzyła usta, aby powiedzieć bratu o odkryciu, lecz w tej samej chwili kandydatka na nianię spojrzała w górę, dokładnie tam, gdzie znajdowało się okno poddasza. Chłopiec zamrugał powiekami i podjął wyzwanie. Szmaragdowe oczy nieznajomej spotkały się z błękitnymi oczami Piotrusia. Przez kilka minut mierzyli się wzrokiem.

Rozpętała się burza, lał deszcz, lecz niania nie zsiadała z roweru, tylko spokojnie wpatrywała się w dziewię­ciolatka, jakby chciała przejrzeć jego myśli. Niebo rozdarła błyskawica, huknął piorun i rozdzielił niebo na dwoje. Z pęknięcia w chmurach wysypał się deszcz kolorowych piłek.

Matylda przestraszyła się i złapała Piotrusia za rękę, lecz on strącił niecierpliwie jej dłoń. Nie wiedział, co się wokół niego dzieje, tylko wpatrywał się intensywnie w nową nianię. Wciąż nie odrywał oczu od dziewczyny, która uśmiechała się teraz lekko, jakby kpiła z jego złości. Piłki podskakiwały, tocząc się w dół ulicy, wpadając do ogrodów, na dachy domów, a potem prosto do kominów.

Wreszcie chłopiec prychnął pogardliwie i zeskoczył z parapetu, spoglądając niecierpliwie na rodzeństwo.

– Nie mam zamiaru wpatrywać się w nią jak sroka w gnat. To zabawa dla dzieciaków – oznajmił. – Mam lepsze rzeczy do roboty niż oglądanie kolejnej niani, która wyjdzie stąd za godzinę, i to z płaczem.

W tym momencie rozległ się dzwonek do drzwi, a wraz z nim dzieci poczuły, że coś się nieodwracalnie zmieniło. Po pierwsze, dziewczyna nadal stała przy furtce, bo Matylda tkwiła przy oknie i spoglądała jeszcze na walizę, z nadzieją, że zobaczy jakieś nowe sztuczki. Ktoś inny więc nacisnął dzwonek, gdyż kandydatka na nianię nie ruszyła się z miejsca. Po drugie, podłoga zaczęła inaczej skrzypieć.

Nieznośne Trojaczki przykucnęły i przechyliły głowy, jakby czegoś nadsłuchiwały.

– Inna? – zastanowiło się jedno z dzieci.

– I pachnie inaczej – dodało drugie, a trzecie, słysząc to, zaniosło się płaczem.

Płacz w życiu trojaczków był czymś tak normalnym, jak jedzenie śniadania, codzienna kąpiel albo wzajemne zabieranie sobie zabawek.

– Nie wąchałam podłogi przynajmniej od kilku lat – oznajmiła Matylda. – Ale jeśli maluchy tak mówią, coś w tym musi być.

– Nie podłoga – odpowiedziały, spoglądając z pogardą na starszą siostrę. – Niania.

– No, to już po nas – jęknęła Matylda i ukryła twarz w dłoniach.

Piotruś zawsze powtarzał, że im człowiek starszy, tym z nim gorzej, bo mniej jest w stanie wyczuć. Oboje z Matyldą czytali książkę o duchach i wyjątkowych zdolnościach małych dzieci. Znaleźli ją w bibliotece rodziców. Ich młodsze rodzeństwo było żywym dowodem przedstawionej w niej teorii. Teraz jednak Piotruś miał ważniejsze sprawy na głowie niż rozmyślanie o geniuszu trojaczków. Musiał bowiem wypędzić z domu kolejną kandydatkę na nianię.

W tej sytuacji Matylda wolała nie mówić bratu o dziwnej walizce, żonglerze i piłkach wysypujących się z nieba jak z rękawa. I tak by ją wyśmiał i stwierdził, że to sobie wymyśliła.

– Bliźniaki, trojaczki! – zawołała mama. – Chodźcie szybko na dół, przyszła wasza niania.

– Nieźle – mruknął Piotruś. – To się nazywa manipulacja. Mama próbuje nam wmówić, że mamy już nianię. Nie dajcie się, moi mili. Ruszamy do boju – dodał i podciągnął spodnie, chowając do nich koszulę.

Najważniejszy był wygląd. Każda niania zaczynała od tego, że zwracała uwagę na strój. Jeśli wypatrzyła jakieś niedociągnięcia czy niedoskonałości, typu plama lub wystająca ze spodni koszula, czepiała się, zyskiwała przewagę i nie było już rozmowy o wygraniu z nią wojny o władzę w domu. Walka stawała się nierówna. Wtedy jednak do akcji wkraczały Nieznośne Trojaczki.

Płacząc na zawołanie, w każdych okolicznościach i o każdej porze dnia, specjalizowały się w wypłaszaniu niań. Jedno z nich dostawało spazmów i zaczynało się dusić, drugie waliło je z całej siły po plecach, a trzecie tylko patrzyło. W obliczu takich scen kandydatka na nianię uciekała gdzie pieprz rośnie. Wizja rozhisteryzowanych dzieci z rodzicami w Papui-Nowej Gwinei stawała się koszmarem nie do zaakceptowania.

Dodatkowym problemem rodzeństwa było pierwsze wrażenie. Niestety, w przypadku tych dzieci było ono doskonałe. Lekko kręcone złotawe włosy bliźniaków i ich niebieskie oczy o niezwykłym odcieniu były całkowitym zaprzeczeniem wizji niepokornych i nieposłusznych podopiecznych. Podważały wiarygodność i kładły się cieniem na z trudem wypracowanej reputacji niegrzecznych dzieci. Matylda i Piotruś, drobni i delikatni, wyglądali niewinnie. W dodatku Nieznośne Trojaczki, ciemnowłose po tacie, o oczach w kolorze włoskich orzechów, były prześliczne i choć z reguły zalewały się łzami, ich uśmiech mógł pokonać całe zastępy groźnych niań.

Pięcioro dzieci stawiło się w salonie, wchodząc tam grzecznie jedno za drugim, bez przepychania się i poszturchiwań. Matylda zerknęła nieśmiało na szczupłą postać nowej niani.

Dziewczyna z burzą rudych włosów, wymykających się z rozluźnionego warkocza związanego niedbale czerwoną kokardą, rozsiadła się wygodnie w fotelu naprzeciwko mamy. Nie miała już na sobie różowej peleryny. Pewnie powiesiła ją w przedpokoju. Była nietypowo ubrana, niczym osoba nie z tego świata. Matylda interesowała się modą, więc wiedziała, że dorosłe dziewczyny mogą ubierać się, jak chcą.

Ta jednak miała na sobie wyjątkowy strój. Narzuciła ze swobodą na ramiona skórzaną kurtkę motocyklową w kolorze cynamonu. Spod niej wyglądała biała koszula z żabotem. Obrazu dopełniały czarne szorty, które jeszcze bardziej podkreślały jej długie nogi obute w czarne atłasowe pantofle na niewielkim obcasie, ozdobione kokardami. Na palcu prawej ręki tkwił pierścień z ogromnym szmaragdem.

„Ciekawe, czy jest prawdziwy” – pomyślała Matylda.

– Oto nasza piątka – oznajmiła z dumą mama, zwra­cając się do dziewczyny w cynamonowej skórze. – Wydaje się, że to dużo dzieci, ale gdyby podejść do tego naukowo, są plemiona, gdzie średnia liczba pociech w rodzinie waha się w granicach tuzina.

– Tak, to interesujące – odezwała się kandydatka na nianię. – Tuzin jest doskonałą liczbą. Szkoda.

Zapadła krępująca cisza. Nikt jeszcze w tym domu nie żałował, że jest ich za mało. Piotruś czuł rosnący niepokój. Sytuacja wymykała się spod kontroli.

– Czyli wolałaby pani, żeby dzieci było więcej? – spytała zdezorientowana mama.

– Agata – odparła krótko. – Mam na imię Agata. Liczba dzieci jest bez znaczenia.

– To doskonale. – Mama odetchnęła z ulgą. – Mówi­ła pani, że ma lat…

– Nie mówiłam, ale mam dwadzieścia cztery – odparła Agata.

– Czyli jest już pani po studiach. Pedagogicznych? – Mama sięgnęła po afrykańskie koraliki leżące na stole i zaczęła się nimi bawić.

Nie było dobrze. Wyglądało na to, że mama zaczyna się czuć niepewnie. Ostatnim razem zdarzyło się to w Papui-Nowej Gwinei, w wiosce ludożerców. Wtedy właśnie postanowiła nigdy już nie zabierać dzieci w podróż. Było to zbyt niebezpieczne. W końcu udało jej się przekonać czarownika, aby mieszkańcy wioski zmienili kulinarne zwyczaje, ale spędziła tam blisko trzy miesiące. Napisała swój najsłynniejszy artykuł o dobroczynnym wpływie czekolady na obyczaje papuaskich plemion, lecz przez cały czas musiała chodzić z pięciorgiem dzieci, przywiązując je do nadgarstka liną. Inaczej mogły się gdzieś zawieruszyć, a wtedy groziłoby im pożarcie przez ludożerców.

Mama czekała w napięciu na odpowiedź.

– Mam referencje od królowej brytyjskiej – oznajmiła z lekkim uśmiechem Agata. – A także od księżniczki Monako. I wszelkie możliwe kwalifikacje.

Piotruś westchnął głęboko, ale zaraz ucichł, szturch­nięty łokciem przez siostrę. Pierwsza zasada to nie okazywać zainteresowania. Nawet jeśli niania zaczęłaby tańczyć, śpiewać i klaskać, obowiązkiem rodzeństwa było zachować kamienne twarze.

– Tak, to dobre referencje – odpowiedziała mama z nieco nieobecnym wyrazem twarzy, wskazującym na to, że wcale nie słucha dziewczyny. – Jak już wspominałam, wyjeżdżamy z mężem do Papui-Nowej Gwinei i nie możemy zabrać ze sobą dzieci.

– To oczywiste – oznajmiła Agata. – Dzieci w Papui-Nowej Gwinei łapią dużo infekcji. Między innymi grozi im choroba „nie myję rąk, bo mi się nie chce”. – Niania zerknęła spod oka na milczącą piątkę.

Matylda szybko schowała ręce za siebie, bo rano wylała atrament z kałamarza należącego do taty, mimo iż wiedziała, że pod żadnym pozorem nie wolno go dotykać. I choć szorowała dłonie pumeksem, wyglądały teraz tak, jakby ktoś sypnął na nie garść niebieskich piegów.

– Choroba ta ma skutki uboczne w postaci łamania zakazów i sięgania po cudze atramenty, tylko po to, aby zanurzać w nich wścibskie paluszki – dodała z niespodziewanym uśmiechem niania.

Uśmiech całkowicie odmienił jej twarz. Urocze dołeczki w policzkach i delikatne zmarszczki wokół oczu uczyniły z niej najmilszą osobę pod słońcem. Nieznośne Trojaczki podbiegły do dziewczyny, wyciągając ręce. Piotruś otworzył szeroko usta i jęknął przerażony, bo przewidywał, jak to się skończy.

– Jest pani pierwszą nianią, która wzbudziła sympatię Nieznośnych Trojaczków. – Mama się wzruszyła. – Jeśli chciałaby pani zaopiekować się naszymi dziećmi, chociaż jest ich tylko piątka, to ja nie mam nic przeciwko temu – oznajmiła uroczyście.

– Dobrze. Mogę podjąć się obowiązku pracy z dziećmi, ale najpierw chciałabym zobaczyć dom – odpowiedziała Agata.

Piotruś i Matylda zacisnęli mocno powieki, mając nadzieję, że gdy otworzą oczy, niania zniknie. Pozostanie po niej jedynie wspomnienie zdrady młodszej trójki rodzeństwa.

– Chodzenie nieodłącznie wiąże się z patrzeniem. – Usłyszeli podejrzanie radosny głos nowej niani. – Dlatego proponuję otworzyć oczy, a potem pokazać mi swoje pokoje.

Matylda otworzyła ostrożnie jedno oko i ujrzała kołyszący się przed jej nosem rudy warkocz. A potem podniosła wzrok i napotkała spojrzenie szmaragdowych oczu. Nie było w nim gniewu ani zniecierpliwienia, raczej rozbawienie, więc dziewczynka niespodziewanie dla samej siebie poczuła ulgę i prawie się uśmiechnęła. Obiecała sobie jednak, że nigdy nie przyzna się do tego Piotrusiowi, który nadal stał z zamkniętymi oczami, więc pociągnęła go za rękę i popchnęła w stronę schodów.

Ruszyli na górę, za nimi Agata, potem zaś Nieznośne Trojaczki i mama, która była prawie tak wysoka jak nowa niania i równie szczupła. Ubierała się jednak zupełnie inaczej. W eleganckich wąskich spodniach w szkocką kratę, długości trzy czwarte, w męskich półbutach i czerwonym swetrze stanowiła przeciwieństwo Agaty. Jasne włosy związała w gładki koński ogon, a na jej nosie tkwiły okulary, których zapomniała zdjąć, odkładając książkę.

Dom skrzypiał i trzeszczał, jakby chciał przed czymś ostrzec albo wręcz przeciwnie, przywitać nowego mieszkańca. Na ścianach wisiały obrazy mamy, która malowała je w wolnych chwilach, oczekując kolej­nego wyjazdu. Na jednym z nich uwieczniła roześmianego czarownika z wioski ludożerców.

Gdy wspięli się po schodach na drugie piętro, niania zatrzymała się, spoglądając na stary zegar, tkwiący od niepamiętnych czasów we wnęce między pokojami dzieci. Zerknęła na jego nieruchome wskazówki i pokręciła z niezadowoleniem głową.

Drzwi pokoju bliźniaków skrzypnęły i otworzyły się na całą szerokość. Pierwsi weszli tam Matylda i Piotruś. Wcześniej zostawili w pomieszczeniu otwarte okno i teraz wszędzie fruwały rysunki dzieci, wykonane na wyrwanych z bloku kartkach. Jedna z nich opadła na ziemię, tuż przy stopach Agaty. Niania schyliła się i podniosła ją ostrożnie. Rysunek przedstawiał kobietę w koczku, z twarzą wykrzywioną grymasem przerażenia. Ubrana w żakiet w kratkę, w bluzce zawiązanej przy szyi na kokardę, wyglądała jak bohaterka filmu Uciekająca niania, który kiedyś miał zamiar nakręcić Piotruś.

– Matyldo! – zawołała mama. – Znów to zrobiłaś!

Córka bardzo lubiła rysować. Jej słabością było uwiecznianie chwili, kiedy kolejna niania ucieka gdzie pieprz rośnie. Pokaźna kolekcja takich obrazków ukryta była w szafirowej kartonowej teczce.

Każdy portret opatrzono napisem: POSZUKIWANA GROŹNA NIANIA! ZA WSKAZANIE MIEJSCA POBYTU NAGRODA MILION DOLARÓW. Był to pomysł Piotrusia. Wtedy wydawał mu się śmieszny. Teraz jednak nie był już tak bardzo o tym przekonany.

– Widzę, że prowadzicie obrazkową kartotekę niań – powiedziała spokojnym głosem Agata i rozprostowała starannie kartkę. – Ja prowadzę kartotekę dzieci.

– Przechowuje ją pani w tej walizie? – spytała Matylda i zanim wybrzmiało ostatnie słowo, już wiedziała, że popełniła największy błąd na świecie. Nie wolno było odzywać się do niań i okazywać im zainteresowania.

Piotruś miał wyraz twarzy, jakby chciał zamordować własną siostrę. Potem wbił wzrok w Agatę.

– Owszem, w tej walizie. A gdzie jest pokój Nieznośnych Trojaczków? – Niania spojrzała na mamę, lekceważąc niechętne spojrzenie chłopca.

– Zaraz obok – odparła mama. – Tylko trojaczki wszystko dziś poprzestawiały, więc może być tam trochę… – zawahała się i dodała z niespodziewaną odwagą – …trochę inaczej niż zwykle.

Pokój Nieznośnych Trojaczków przypominał kraj­obraz po bitwie. Na samym jego środku zbudowany był wigwam, a na dywanie walały się wszystkie korale mamy, jakie udało się znaleźć w domu. Łatwo zgadnąć, że były to wojenne łupy.

Pod oknem stał koń na biegunach, z grzywą ozdobioną piórami wyciągniętymi z szuflady. Tata dostał je na pamiątkę od zaprzyjaźnionego wodza dawno temu, gdy prowadził badania naukowe w Ameryce Południowej. Na nocnym stoliku leżał stos czarno-czerwonych strzał, wśród których poutykane były farby w pootwieranych słoiczkach.

Piotruś wepchnął się pierwszy, chcąc zwrócić uwagę niani na to, jak bardzo źle są wychowani. Powoli tracił nadzieję na odejście Agaty, ale zawsze warto było spróbować. Gdy tylko przekroczył próg, jego noga utknęła w nakrętce słoika i przeleciał przez pokój jak rakieta.

Próbował przytrzymać się lampy, ale runął wraz z nią na podłogę, podcinając podążające tuż za nim Nieznośne Trojaczki. Chłopiec wylądował twarzą w wigwamie, rujnując skomplikowaną budowlę wzniesioną przez młodsze rodzeństwo, które oczywiście zaniosło się płaczem.

– Mówiła pani, że mam się nimi opiekować przez trzy miesiące? – spytała spokojnie Agata. – Myślę, że to wystarczy.

– Wystarczy? – wyjęczał z podłogi Piotruś. – Wystarczy na co?

Tym razem, o dziwo, niania poświęciła mu trochę uwagi.

– Wystarczy, aby wszystko zmienić – oznajmiła poważnym tonem. – A teraz, jeśli pozwolicie, chciałabym zobaczyć mój pokój i porozmawiać, ale tylko z mamą.

Mama dała znak dzieciom, że mają zostać na piętrze, i ruszyła za nową nianią, najwyraźniej zadowolona, iż udało się wreszcie znaleźć kogoś odpowiedniego.

Agata od początku wzbudziła jej zaufanie. Była lepsza od ostatniej opiekunki, która nie mieszkała z nimi na stałe, ale gdy nie było w domu rodziców, siedziała z dziećmi i nic innego nie robiła, tylko słuchała rocka, nie zdejmując z uszu słuchawek. Nie usłyszała krzyku jednego z Nieznośnych Trojaczków, który utknął głową między prętami balustrady schodów. Trzeba było w związku z tym natychmiast jej podziękować.

Tak więc Agata była dokładnie taką osobą, o jakiej marzyła mama.

Kiedy mama i niania wyszły z pokoju, Piotruś błys­kawicznie podszedł do siostry. Zrobił uroczystą minę, jakby chciał ogłosić coś bardzo ważnego.

– Czeka nas wojna – oznajmił, zaciskając mocno zęby, a jego głos zabrzmiał tak, jakby w gardle utknęła mu ość. – Wojna wymaga odpowiedniej broni i strategii. Dlatego od dzisiaj ja jestem generałem, a wy macie się mnie słuchać. Zrozumiano?!

– Nie emocjonuj się tak, Piotrusiu, i nie przesadzaj, proszę – uspokajała go Matylda, która kiedyś usłyszała, jak mama mówiła w ten sposób do taty i rzeczywiście przestał się denerwować. – Poradzimy sobie. Dlaczego zaraz wojna?

– Nie widzieliście, jak ona patrzy? Nawet mamę zahipnotyzowała, niczym ten czarownik w dżungli. Pamiętacie?

Pamiętali doskonale, bo mama straciłaby na zawsze walizkę z ubraniami, gdyby nie tata, który podjął się negocjacji w sprawie zwrotu bagażu za opłatą.

– Ona nie chce walizki. Co innego chce – odezwały się chórem Nieznośne Trojaczki, które potrafiły jednym trafnym zdaniem podsumować sytuację.

– Słuszna uwaga – pochwalił je Piotruś. – Awansuję was na starszych szeregowych!

– Daj spokój, braciszku. – Matylda poczerwieniała ze zdenerwowania. – Wygląda na to, że zabawa w wojsko to poważna sprawa. Musimy wspólnie ustalić strategię.

Umówili się, że zrobią naradę tuż po kolacji, kiedy dorośli zasiadają przed telewizorem i denerwują się wiadomościami z całego świata. Nic wtedy do nich nie dociera. Gdy ustalili już plan, postanowili zakraść się pod drzwi pokoju niani, aby podsłuchać, o czym rozmawia ona z mamą.

W pokoju Agaty panowała cisza. Matylda z duszą na ramieniu zajrzała przez dziurkę od klucza. Na komodzie stały rzędem flakony perfum, a na półkach pojawiły się nowe książki. Łóżko zostało przykryte ciężką haftowaną kapą z frędzlami. U wezgłowia siedziała porcelanowa lalka i uśmiechała się, spoglądając w stronę dzieci ukrytych za drzwiami.

Nikogo poza nią tam nie było, ale uwagę Piotrusia, który też zerknął do pokoju przez dziurkę od klucza, zwróciła wielka waliza Agaty spięta starym skórzanym paskiem. Chłopiec był prawie pewien, że kryje się w niej coś strasznego i tylko czeka, aby wyskoczyć.

– Ojej, zaczynam się bać! – wyszeptał.

– Niania porwała naszą mamę i uciekła! – wyrecytowały zgodnym chórem Nieznośne Trojaczki i otworzyły do krzyku usta.

– Ani mi się ważcie! – wysyczał Piotruś. – Musimy odbić mamę, a nie hałasować jak stado słoni.

Nie po raz pierwszy bliźniaki i ich rodzeństwo znajdowały się w takiej sytuacji. Porwania w tej rodzinie były na porządku dziennym. Gdy Nieznośne Trojaczki skończyły rok, podczas prowadzonych przez rodziców badań terenowych nad świątecznymi obrzędami plemienia Huhu-Huhu jeden z mężczyzn postanowił uprowadzić je dla swojej żony. Nieznośne Trojaczki po dwóch godzinach odnalazły się szczęśliwie, ale kosztowało to rodziców komórkę i laptop. Całe szczęście, że tata wyjął kartę z komórki, a z laptopa twardy dysk.

Tym razem sprawa była poważniejsza. Agata wyglądała na dużo bardziej niebezpieczną niż wszyscy mieszkańcy papuaskiej wioski razem wzięci.

– Ja i Matylda sprawdzimy, czy niani i mamy nie ma na dole, a wy zobaczcie, co dzieje się na górze – wyszeptał Piotruś, zwracając się do Nieznośnych Trojaczków. – Tylko pamiętajcie, nie okazujemy litości!

– Tak jest! – odparły półgłosem trojaczki, które uwielbiały tropić i łapać wszystko, co się tylko dało, począwszy od ludzi, a skończywszy na kotach sąsiadki.

Matylda z Piotrusiem ruszyli na palcach w stronę parteru, zsuwając się bezszelestnie po poręczy. Nieznośne Trojaczki, w ulubionej pozycji pełzających węży, wspinały się już po schodach na strych.

Drzwi wejściowe do domu były otwarte. Wiatr gwizdał jak szalony i gdy Matylda i Piotruś dotarli na parter, ujrzeli frunącego w ich stronę bąka. Była to staroświecka zabawka, którą uruchamiało się, naciskając z góry pręt zakończony drewnianą kulą. Kręciła się i wirowała, wydając przeciągły dźwięk.

Bąk upadł prosto pod stopy Matyldy.

– To dla ciebie, moja droga, żebyś, zanim postanowisz zrobić coś niemądrego, zakręciła nim trzy razy – dobiegł ich głos Agaty. Pojawiła się tak nagle, że Piotruś aż podskoczył ze strachu. Miała na sobie fartuch w niezapominajki. Zawiązany w pasie odsłaniał jedynie brzeg zielonej rozkloszowanej sukienki z koronkowym kołnierzykiem.

Z kuchni dobiegł głos mamy, która włączyła właśnie mikser.

– Agata, ile szklanek cukru potrzeba? Bo zapomniałam.

– Dwie, proszę pani.

Nowa niania zerknęła na dzieci i podeszła do drzwi. Wiatr ucichł, a liście fruwające w świetle uliczki opadły posłusznie na chodnik. Na niebie pojawił się księżyc, choć było jeszcze jasno, a słońce powoli chowało się za parkiem. Przed furtką przejeżdżał na rowerze młody mężczyzna w marynarskiej bluzie. Spojrzał w stronę domu i na widok Agaty raptownie zahamował. Niania, widząc wyraz jego twarzy, skinęła głową i uśmiechnęła się z zadowoleniem. Potem zamknęła dokładnie drzwi, przekręciła klucz w zamku i z zagadkową miną odwróciła się do rodzeństwa.

– Kolacja za dwadzieścia minut – oznajmiła uro­czyście. – I pamiętajcie o umyciu rąk.

– A co masz w swojej walizce? – wyrwało się Piotrusiowi, który nie przestawał myśleć, jakie może kryć ona skarby.

– To, co powinno w niej być – odparła krótko i nie dodając już nic więcej, zniknęła w jasnym prostokącie kuchennych drzwi.

– Co Agata zrobiła z czasem? – wyszeptała Matylda, bawiąc się pasiastym bąkiem.

– Zakręć nim trzy razy, to te głupie pytania wyparują ci z głowy. I to natychmiast! – zawołał Piotruś. – Czy ty nie widzisz, co się dzieje? Ona ukradła nam kilka godzin!

Dopiero teraz Matylda zauważyła, że zegar wiszący nad jadalnią wskazuje osiemnastą i trzy godziny zniknęły tak, jakby ktoś zmiótł je jednym ruchem z tarczy zegara, niczym okruchy ze stołu w jadalni.

– Nie jest dobrze – oznajmiła bliźniaczka. – A gdzie są Nieznośne Trojaczki?

– Tata zabrał je na spacer. – Nagle usłyszeli głos mamy. – Jak się czujecie, bo jakoś dziwnie wyglądacie? Maluchy za chwilę wrócą do domu. Niedługo będzie kolacja, a na deser zapraszam na mus truskawkowy z czekoladą.

Matylda spojrzała znacząco na brata. Rozumieli się bez słów. Ich opiekunka nie wyglądała na zwykłą nianię. I pewnie nie będzie z nią nudno ani zwyczajnie. Rządziła zegarami i kto wie, czy nie czymś jeszcze. Gdy tylko o tym pomyśleli, przestali się martwić.

Nocny intruz

W nocy obudził Piotrusia łomot budzika, który spadł z nocnej szafki, odbił się od nogi stołu i wylądował pod łóżkiem chłopca. Jego ulubiony budzik R2-D2, czyli android z Gwiezdnych wojen, leżał teraz na boku, wyświetlając na ścianie godzinę drugą dziesięć nad ranem.

Piotruś zerwał się z łóżka i rozejrzał czujnie po pokoju. Jedno skrzydło okna było przymknięte, choć zostawili je otwarte, ale najgorsze było to, że ktoś przestawił krzesło i stało teraz na środku pokoju.

– Matylda! Obudź się! – przenikliwy szept Piotrusia dotarł do każdego zakamarka pomieszczenia.

Siostra otworzyła oczy i usiadła na łóżku.

– Co się stało? Musisz mnie budzić? – odezwała się z wyrzutem. – Śniły ci się potwory? A może koszmary, bo na rozkaz Agaty umyłeś ręce?

– Zobacz, tylko zobacz! – Piotruś usiłował wydostać się spod prześcieradła, w które zaplątał się we śnie tak ciasno, że wyglądał teraz jak mumia. – Widzisz to krzesło?

– Krzesło jak krzesło. – Matylda ostentacyjnie ziewnęła. – To moje krzesło. I co dalej?

– To, że ktoś je przestawił – zdenerwował się Piotruś. – Nie widzisz w tym nic dziwnego?

Przestawianie rzeczy w domu należało do ulubionych czynności jego mieszkańców. Przynajmniej dwa razy w miesiącu mama zarządzała przemeblowanie. Kanapy zamieniały się miejscami, do kuchni wędrował regał z przedpokoju, w którym z kolei ustawiano kuchenny kredens.

– Ale jesteś strachliwy. – Matylda się zaśmiała. – U nas wszystko się ciągle przemieszcza.

– Ale nie w nocy i nie wtedy, kiedy śpimy. Kto przenosiłby te rzeczy? – zauważył Piotruś.

Bliźniaki miały mocny sen, podobnie jak reszta domowników. Druga nad ranem nie była porą przemeblowań i gdy Matylda to sobie wreszcie uświadomiła, przeszył ją dreszcz niepokoju.

– Kto przestawił krzesło? – spytała szeptem.

– I kto zrzucił budzik z nocnej szafki? – dodał Piotruś.

– Myślisz, że Agata chodzi nocą po domu? – Matylda podeszła do drzwi i wychyliła głowę, zerkając w stronę ciemnych schodów.

Drzwi do pokoju niani były zamknięte. Panowała za nimi kompletna ciemność. Agata musiała spać, bo przez szeroką szparę nad progiem nie wydobywał się nawet najmniejszy promień światła. Wyglądało na to, że to nie ona.

Przy poręczy schodów stały cztery wielkie walizy rodziców, gotowe do zniesienia na dół, gdzie czekały już pozostałe bagaże. Mama lubiła być spakowana dwa tygodnie przed podróżą. Matylda i Piotruś nie znosili nierozwiązanych zagadek.

Popatrzyli jeszcze w stronę łazienki, która znajdowała się na końcu korytarza. Dobiegało stamtąd monotonne kapanie wody. Krople padały równo, jakby odmierzały czas, który pozostał do wyjazdu rodziców.

– Może mama wchodziła do naszego pokoju, kiedy spaliśmy. Czegoś po prostu szukała. Przestawiła krzesło i zapomniała odstawić je na miejsce – odezwała się po chwili Matylda.

– A budzik? – spytał pełen wątpliwości Piotruś.

– Budzik przecież nie jest zwyczajny. Chodzi, gada, świeci. Pewnie lubi czasem zmienić miejsce. Nudno mu na twojej nocnej szafce.

Nagle w korytarzu pojawiły się Nieznośne Trojaczki. W jednakowych piżamach, z identycznym wyrazem zdumienia na twarzach. Były całkowicie rozbudzone i gotowe na wszystko, cokolwiek by to oznaczało.

– Ktoś tu jest? – spytały przytomnie.

– To tylko budzik, spadł budzik. Idźcie spać – poprosiła Matylda, która nigdy w obecności Nieznośnych Trojaczków nie mogła się skupić.

– Nie dziudzik! – zawołały Nieznośne Trojaczki. – Dziudzik nie!

– Nie dziudzik, tylko budzik – odpowiedziała zrezygnowanym tonem Matylda. – Spadł, Piotruś widział.

– U nas to…! – krzyknęło jedno z Nieznośnych Trojaczków.

– Co? – zainteresował się Piotruś.

– …biegało! – oznajmiły z triumfem jednogłośnie.

Matylda i Piotruś zamarli. Rodzice niebawem wyjeżdżali, a w domu działy się dziwne rzeczy. Coś biegało u Nieznośnych Trojaczków, a w ich pokoju przestawiło krzesło. Nie było dobrze. Raczej bardzo źle. I jeszcze ta Agata, która rządzi się w ich domu jak nikt dotąd. Młodsze rodzeństwo wepchnęło się do sypialni.

– A może ukradniemy im paszporty? – zaproponował Piotruś, który myślał o tym samym, o czym myślała Matylda, czyli o uniemożliwieniu rodzicom wyjazdu.

– Co biegało? – Dziewczynka posadziła trojaczki na łóżku. – I gdzie biegało?

– Tam! – Dzieci wskazały drzwi swojego pokoju, który znajdował się naprzeciwko sypialni bliźniaków.

– Piotrusiu, tego już za wiele. Coś straszy Nieznośne Trojaczki. Idziemy! – Matylda złapała plastikowy miecz brata i ścisnęła go w dłoni. Potem zakradła się do pokoju maluchów i odczekawszy chwilę, wtargnęła tam z groźną miną.

W środku nikogo nie było. Przez otwarte okno zaglądał księżyc, oświetlając ułożone równo zabawki. Trzy łóżka z pościelą w zwierzątka stały nienaruszone, nawet ubrania wisiały porządnie w szafie, a nie leżały porozrzucane na krzesłach.

– Wygląda na to, że wam się przywidziało – oznajmiła Matylda. – Nic nie biegało, tylko macie, jak mawia nasza mama, dziką wyobraźnię.

Piotruś od dłuższej chwili milczał. Było to dziwne, bo z reguły nie zamykały mu się usta. Albo rozkazywał, albo narzekał, albo miał świetny humor i wtedy po raz nie wiadomo który opowiadał ten sam kawał. Teraz jednak był głęboko zamyślony.

Wpatrywał się uporczywie w materac jednego z łóżek.

– Piotrusiu, co się z tobą dzieje? – zapytała Matylda.

– Siostrzyczko, spójrz tylko na to prześcieradło.

Prześcieradło nosiło ślady małych stóp. A właściwie łap, bo tajemnicze stopy nie były obute i każda z nich miała aż siedem palców. Błoto na bieli płótna pozwoliło ujrzeć wyraźny odcisk kończyn nieznanego stworzenia.

– Co to jest?! – zawołała Matylda. – I skąd się tu wzięło?!

– Biegało! – powtórzyły z triumfem Nieznośne Trojaczki. – Nie kłamamy!

– Wiem, że nie kłamiecie, raczej sobie wymyślacie – mruknęła siostra. – Piotrusiu, ktoś tu jest!

Słowa „ktoś tu jest” oznaczały, że to sprawa kryminalna i wymaga specjalnego śledztwa. Ktoś był w domu, przestawiał rzeczy, bezczelnie chodził po pokojach, a rodzice właśnie porzucali ich na całe trzy miesiące.

– To Agata! – powiedział Piotruś. – To musi być ona!

– Agata ma po siedem palców u stóp? – Matylda postukała się w głowę. – Może jeszcze dwie pary uszu i oczy z tyłu głowy?

– Nie zdziwiłbym się, gdyby tak było – obruszył się brat. – To nie jest normalna niania. I doskonale o tym wiesz. Prawdziwa, niepodrabiana niania ma zwykłe stopy i nie jest tak bystra jak ona. Prawdziwa niania już po tygodniu walczy z płaczem Nieznośnych Trojaczków i nie ma czasu na kontrolowanie reszty rodzeństwa. Prawdziwa niania nigdy nie jeździłaby na złotym, obsypanym gwiezdnym pyłem rowerze, tylko na czarnym i starym… – wyliczał z miną pełną wyższości.

– No dobra, nie jest zwyczajną nianią, ale nie wydaje mi się, żeby jej stopy tak okropnie wyglądały. Widziałam je wczoraj w japonkach i przypominały moje własne.

– Nie liczyłaś przecież palców u jej nóg? – zauważył Piotruś. – A poza tym mogłaś się nie doliczyć, nawet jeśli je liczyłaś. Jesteś kiepska z matematyki.

– Liczyłam, bo dobrze się im przyjrzałam. Każda jej stopa ma pięć paluszków z paznokciami polakierowanymi na czerwono.

Głowy Nieznośnych Trojaczków zwracały się to w jedną, to w drugą stronę, w zależności od tego, kto akurat mówił.

– Więc kim on był? – zapytało jedno nich.

– Spróbujmy poszukać tego gościa, wtedy się przekonamy – zaproponował Piotruś. – I powiemy mu, żeby nie nawiedzał więcej naszego domu.

Ślady prowadziły w stronę okna. Odkryli jeszcze brud na parapecie, a potem wgłębienie w trawie, w miejscu, gdzie zeskoczył na ziemię właściciel siedmiopalczastych łap.

– Musimy zastawić pułapkę – wyszeptała Matylda, która uwielbiała się naradzać w sprawie pułapek i zasadzek.

– Łapłapkę, tak! – zawołały zgodnym chórem Nieznośne Trojaczki.

– Wykorzystamy aparat fotograficzny! – krzyknął Piotruś.

– Jak będziesz tak wrzeszczał, to nici z zasadzki. Usłyszy nas i sam się zaczai – zauważyła Matylda.

Nie chcieli nikogo budzić. Pomysł sfotografowania intruza był dobry, ale potrzebowali odpowiedniego sprzętu. Dama od Zdjęć, jak nazywali panią Zofię, sąsiadkę, właścicielkę pięknego domu, miała kolekcję aparatów fotograficznych. Opowiadała kiedyś Matyldzie i Piotrusiowi o robieniu zdjęć w dawnych czasach. Uznali więc jednogłośnie, że jeśli pożyczać aparat, to tylko starego typu, bo jest bardziej odporny na upadek, a w obecności młodszego rodzeństwa wszystkie scenariusze wydawały się możliwe.

– Jutro wizyta u Damy od Zdjęć, potem zasadzka na siedmiopalczastego! – podsumowała Matylda.

– A teraz idziemy spać!

Nieznośne Trojaczki nie zgodziły się zostać same. Wgramoliły się na posłanie Piotrusia, który nie protestował, choć wiedział, co go czeka. Spanie w poprzek łóżka było dobre jeszcze rok wcześniej, ale teraz urósł i musiał przysunąć sobie pod nogi krzesło, żeby nie zwisały.

Gdy maluchy usnęły, Piotruś spojrzał na Matyldę, która, tak jak on, nie mogła zasnąć.

– A jeśli to sobie wymyśliły? Co prawda nie wydaje mi się to możliwe, ale nie zaszkodzi sprawdzić – wyszeptał.

– Też tak pomyślałam. Ślady mogły przecież zrobić brudnymi łapkami. Mają ich razem tak dużo! – Matylda zachichotała i odwróciła się na drugi bok.

Wesołe miasteczko i niespodziewane spotkanie

Agata spoglądała przez okno w ogromnym skupieniu. Wyglądała jak biała dama o północy w strasznym zamczysku. Miała na sobie długą koszulę nocną z koronką przy mankietach. Nikt nie dałby wiary, widząc ją w takim stroju, że żyje w dwudziestym pierwszym wieku. Wolnym ruchem rozczesywała długie włosy. Rude loki rozprostowywały się i na powrót skręcały, trzaskając jak polana w ognisku. Wokół głowy Agaty krążyły iskierki, tworząc koronę połyskującą w mroku.

W oknie na poddaszu domu po przeciwnej stronie ulicy paliło się światło. Na parapecie stał miniaturowy statek, odtworzony starannie w najdrobniejszych szczegółach. Światło księżyca padło na pokład, wydobywając z ciemności maleńkie sylwetki marynarzy.

Agata uśmiechnęła się i skinęła lekko głową. Stała jeszcze przez chwilę, wpatrując się w gwiazdy. Potem westchnęła i ruszyła w stronę łóżka. Gdy wyciągnęła się wygodnie w pościeli, dotarł do niej zapach morza. Pod plecami poczuła kołysanie statku. Zamknęła oczy i policzyła do dziesięciu.

„To jest niezwykły dom. Mieszka w nim szczęśliwa rodzina. W takim domu może zdarzyć się wiele dobrego” – pomyślała jeszcze i zasnęła.

Poranek przyniósł gwałtowną ulewę. To świat płakał z powodu zbliżającego się nieubłaganie wyjazdu rodziców. Letni deszcz oczyścił z kurzu ulice i chodniki wyglądały, jakby ktoś z góry zamiótł je wielką szczotką.

Piotruś był zły jak osa. Wstał lewą nogą i pokłócił się z Matyldą o miejsce przy stole. Odgrażał się przy tym, że nie odezwie się przy śniadaniu ani słowem.

Sobota należała do ulubionych dni dzieci, jednak ta nie była zwyczajna. Była ostatnią sobotą przed wyprawą rodziców, przedostatnią przed końcem roku szkolnego i pierwszą, kiedy trzeba było zrobić dużo dodatkowych rzeczy: poskładać ubrania w szafie, podlać kwiaty stojące w doniczkach na parapetach, wyrzucić papierki po cukierkach z szuflad. Wszystkie te zajęcia wymyśliła dla bliźniaków nowa niania.

Piotruś zbuntował się i wykorzystując wszystkie wygrane z Matyldą zakłady, zrzucił na nią zadanie sprzątnięcia szafy. Nawet to nie zmieniło jego stosunku do świata. Ani pyszne kakao, ani maślane bułeczki, szykowane na śniadanie przez nianię, nie poprawiły mu humoru. Rodzice dyskutowali o szczegółach podróży, a młodsze rodzeństwo celowało w siebie kulkami chleba, wydając bojowe okrzyki.

– Co się stało? – spytała z niepokojem mama, spoglądając na ponurego Piotrusia.

– Nic takiego, poza nieprzespaną nocą, stłuczonym palcem u nogi, czemu jest winna wasza walizka, wędrówką Nieznośnych Trojaczków w poszukiwaniu odpowiedzi na dziwne pytania w samym środku nocy i obrzydliwą pogodą mimo pełni lata – wyrecytował syn.

– To rzeczywiście masz powody do zmartwienia – przyznała mu rację mama. – Ale na dzisiaj zaplanowałam wyprawę do wesołego miasteczka, więc może poprawi ci się humor. Jak tylko wykonacie zadania, które wyznaczyła wam Agata, idziemy zaszaleć!

– Do wesołego miasteczka! Do wesołego miasteczka! – zawołały Nieznośne Trojaczki.

Dzieci uwielbiały karuzelę, dom, w którym straszy, cukrową watę, ale najbardziej klaunów, którzy pokazywali zabawne sztuczki. Wesołe miasteczko rozbijało namioty każdego lata w najbardziej dzikiej i najmniej uczęszczanej, północnej części parku.

– Gdy tylko wrócimy, bierzemy się za śledztwo – wyszeptał Piotruś do ucha Matyldy.

– Jak będziesz szeptał komuś do ucha tajemnice, to jednym uchem wejdą, a wyjdą drugim i dotrą tam, gdzie nie powinny – pouczyła go Agata. – Tajemnice przekazuje się na piśmie, a potem po przeczytaniu niszczy karteczkę, aby nie wpadła w niepowo­łane ręce.

Piotruś zaniemówił. Rady Agaty były czymś nowym i niespodziewanym.

– Zapamiętam to – odparł krótko, spoglądając czujnie na nianię.

Zaraz po śniadaniu dzieci uporządkowały szafę i szuflady oraz podlały kwiaty. Nieznośne Trojaczki biegały z konewką i poiły wszystkie rośliny doniczkowe tak ochoczo, że z parapetów zaczęła ściekać woda. Opanowanie tej katastrofy zajęło bliźniakom kolejne pół godziny. Wreszcie mogli już wyruszyć do parku.

W wesołym miasteczku tłum spacerowiczów poruszał się jak leniwa gąsienica, torując sobie drogę do diabelskiego młyna. Namioty rozstawione wśród wysokich starych drzew wyglądały niezwykle malowniczo. Największym powodzeniem cieszyła się strzelnica. Piotruś zerkał tęsknie w jej stronę, choć perspektywa znalezienia się w miejscu, w którym straszy, była równie kusząca jak oddanie celnych strzałów do obracających się tarcz z nagrodami.

– To co, dostraszamy się? – spytała Matylda.

– Tak! Tak! – ucieszyły się Nieznośne Trojaczki.

– Po kolei, wy dostraszycie się później – powiedziała stanowczym tonem mama.

Dom Strachów był dla młodszego rodzeństwa ulubionym miejscem rozrywki. W poprzednim roku, gdy rodzice pochopnie zgodzili się tam wejść, maluchy oszalały z zachwytu. Potem bez przerwy chciały przebierać się w prześcieradła i udawać duchy.

Zaczajały się na domowników, wykańczając ich nerwowo. Całe szczęście, że rodzice, jako podróżnicy i badacze innych kultur, mieli doświadczenia ze strzygami, wampirami, ludożercami i czarownikami. Inaczej po miesiącu wszyscy by zwariowali.

Mając w pamięci zeszłoroczne szaleństwo, mama tym razem postanowiła pójść z Nieznośnymi Trojaczkami jedynie na karuzelę, a tata się poświęcił i wybrał się z bliźniakami i Agatą tam, gdzie można było doświadczyć naprawdę silnych przeżyć. Spacerowali jedną z alejek, oglądając po drodze tor z samochodzikami, które pędziły w kółko jak szalone. Piotruś oparł się o parkan, aby na nie popatrzeć.

Tata wziął za rękę Matyldę i pochylił się, aby wyszeptać jej coś do ucha. Wysoki i ciemnowłosy, w przeciw­słonecznych okularach zasłaniających pół twarzy, bardziej przypominał aktora niż etnografa. Jasne spodnie i niebieska koszula w białe prążki czyniły go niezwykle eleganckim ojcem.

– Obiecuję, tato – rozległ się głos córki, która wspięła się na palce, aby pocałować go w policzek. – Będę pilnować Piotrusia, żeby nie robił głupstw – wyszeptała.

Dom Strachów był skonstruowany z drewna i płótna. Przerażająca, namalowana na ścianie twarz wampira witała przybyszy straszliwym uśmiechem.

– Czy jesteście pewni, że chcecie tu wejść? – spytała Agata.

– Przecież to wszystko jest na niby. – Piotruś prychnął pogardliwie. – Świecące oczy, wyskakujące kościotrupy, nic takiego. Widzieliśmy gorsze rzeczy.

– Na przykład w jednej z wiosek – dodała Matylda. – Pamiętasz, tato? Czarownik wieszał na sznurku ludzkie głowy.

– To nie były prawdziwe głowy, tylko maski. Miały odstraszać złe duchy. – Tata się zaśmiał.

– A mama mówiła, że głowy. – Matylda była wyraźnie zawiedziona.

– Powiedziała tak, żebyście nie podchodzili za blisko. Przybysze z zewnątrz powinni uszanować zwyczaje mieszkańców. Maski nie były do zabawy.

– Do Domu Strachów zapraszamy tylko tych, którzy mają mocne nerwy – wyrecytował młody chłopak, żując ze znudzoną miną miętową gumę.

– To znaczy nas! – zawołały bliźniaki i nie czekając na tatę i nianię, wtargnęły do środka.

W upiornym i pełnym niespodzianek pomieszczeniu, w którym się znaleźli, było kompletnie ciemno. Ciężka kotara chłonęła dźwięki, a gęsty mrok potęgo­wał nastrój grozy.

Matylda zrobiła kilka kroków i wdepnęła w coś miękkiego.

– Zaczyna się, Piotrusiu! – pisnęła zachwycona. – Pewnie podrzucili tu sztucznego włochatego pająka.

Jak na zawołanie, to coś zaczęło wspinać się po nodze dziewczynki.

– Ratunku! – krzyknęła, a brat wybuchnął śmiechem.

– Nie krzycz, nie widziałaś nigdy pająka? – szepnął, przysuwając się bliżej. – Przecież jest plastikowy.

– Poczekaj, aż ciebie oblezą te kosmate paskudztwa, wtedy inaczej będziesz śpiewał – obraziła się siostra.

Tuż za nimi szła Agata z tatą. Rozmawiali przyciszonymi głosami na temat wampirów w świecie Aus­tralii i Oceanii. Matylda przesunęła się teraz ostrożnie w stronę kotary, za którą mógł się kryć kościotrup albo cała ich armia. Szarpnęła ją gwałtownym ruchem i wtedy usłyszała czyjś szeleszczący głos. Wydało jej się, że ktoś patrzy na nią w ciemnościach i szepce jakieś słowa. Dziewczynka wrzasnęła i cofnęła się w stronę wejścia. Niczego niespodziewający się Piotruś poślizgnął się i upadając, podciął nogi Agaty. Niania, o dziwo, bez trudu utrzymała równowagę.

– Może mi wyjaśnisz, Piotrusiu, co tu się dzieje? – spytała z groźną miną. – Kto to widział biegać tam i z powrotem i straszyć ludzi?

– To nas przestraszono! – zawołała oburzona Matylda.

– Przyszliście tu po to, aby dać się nastraszyć, o ile się nie mylę. – Agata uśmiechnęła się pod nosem, a w jej policzkach pojawiły się dołeczki.

– Gdybyś go słyszała, to… – mruknęła Matylda.

– To co? – przerwała jej Agata – Ktokolwiek by to był, spytałabym, czy na przykład nie potrzebuje pomocy. Ale na pewno nie uciekałabym z wrzaskiem.

– Łatwo jej mówić, pewnie zjadła wszystkie rozumy świata – szepnął pod nosem Piotruś.

– Piotrusiu, nigdy nie musiałam ich zjadać. Mam własny rozum i jestem z niego bardzo zadowolona – odpowiedziała ze spokojem Agata. – A teraz może skoncentrujmy się na Domu Strachów. Na pewno nas jeszcze czymś zaskoczy.

Matylda chwyciła Piotrusia za rękę i pociągnęła go za sobą. A więc to tak! Wydaje jej się, że jest naj­mądrzejsza na świecie! Jeszcze zobaczymy!

– Hej…! – wyszeptała. – Czuję, że to był ten siedmio­palczasty nieznajomy. Starał się coś mi powiedzieć. Jestem tego pewna! I przyszedł tu za nami.

– Chyba wymyśliłaś sobie tę historyjkę – powiedział chłopiec. – Gdyby miał się komukolwiek pokazać i prosić go o pomoc, to tym kimś byłbym ja.

– Dlaczego mi nie wierzysz?

Brat nie odpowiedział, bo właśnie dotarli do komnaty wampirów. Pajęczyny zwisające ze ścian i pobrzękujące łańcuchy zdradzały, że niebawem mogą spodziewać się towarzystwa.

– Nie mogę się doczekać, kiedy wreszcie ujrzę wampiry – powiedział tata. – Mam do nich słabość.

– Lubi pan wampiry? – zainteresowała się Agata. – Mogę pana z jednym poznać.

– Naprawdę? – zdziwił się tata. – Niezłe masz znajomości, Agato.

– Pewnie to on dał jej te… referencje. – Piotruś znalazł właściwe słowo i wypowiedział je tak, jakby wypluwał starą gumę albo coś jeszcze gorszego.

– Synu, zachowuj się przyzwoicie – poprosił tata. – Jeszcze Agata sobie pomyśli, że jesteś źle wychowanym dziewięciolatkiem i miewasz muchy w nosie.

– Pfuj! – Matylda się wykrzywiła. – Muchy w nosie? Coś obrzydliwego!

– Poza tym, co miałam sobie pomyśleć, to już wcześniej pomyślałam. – Agata zrobiła minę osoby, która ma wyrobione zdanie i nie zamierza go zmienić. – Teraz czas na podjęcie odpowiednich kroków.

Wampiry krążyły wokół nich, pobrzękując łańcuchami. Nikt jednak nie zwracał na nie uwagi, bo wszyscy byli zbyt zdenerwowani, aby dać się nastraszyć. Wreszcie zrezygnowane odeszły.

Gdy wychodzili z Domu Strachów, Matylda była absolutnie pewna, że znów go widzi. Tym razem wydawało jej się, że ukrył się za drzewami. Postanowiła za wszelką cenę mu pomóc, jeśli tego potrzebuje.

Piotruś nie mógł się doczekać odwiedzin u Damy od Zdjęć. Kiedy tylko przekroczyli bramę parku i weszli w uliczkę Forteczną, zapytał rodziców, czy mogą na pół godzinki skoczyć do niej razem z Nieznośnymi Trojaczkami. Mama i tata zgodzili się.

Ogród Damy od Zdjęć kojarzył się dzieciom z Tajemniczym Ogrodem Frances Elizy Burnett, ulubioną powieścią, którą mama czytała im na dobranoc. Rosły tam w donicach egzotyczne kwiaty, przenoszone zimą do oranżerii. W altance stała stara ławka z wyrytymi na niej napisami. Metalowe poręcze, pomalowane na kolor starego złota, dawno już straciły swój blask. Kiedy Matylda miała pięć lat, odkryła na oparciu ławeczki wydrapane serce i odtąd wierzyła w romantyczną miłość, choć nikomu się do tego nie przyznawała.

Ogromne stare drzewa w północnym zakątku ogrodu Damy od Zdjęć rosły tak gęsto, że tylko dzieci mog­ły przecisnąć się między ich pniami. Splątane konary odcinały je od reszty świata. Za każdym razem, gdy odwiedzali sąsiadkę, zaglądali tam, bo byli pewni, że prędzej czy później coś odkryją pośród pokrzyw, chwastów i niezapominajek.

Piotruś nacisnął dzwonek u drzwi, blokując nogą przepychające się i szarpiące Nieznośne Trojaczki. Drzwi otworzyły się i w progu stanęła Dama od Zdjęć. Spoglądała na dzieci łagodnie, a w jej błękitnych oczach czaił się uśmiech.

– Dzień dobry. Czy możemy zająć pani chwilę? – zapytała grzecznie Matylda.

– Ależ oczywiście – odpowiedziała pani Zofia i zaprosiła ich do środka. – Widzę, że są z wami Adelajda, Antoni i Albert. To miło, iż wybraliście się całą gromadką.

Młodsze rodzeństwo przytaknęło gorliwie i pobieg­ło się przywitać. Spośród sąsiadów tylko pani Zofia pamiętała, jakie imiona noszą Nieznośne Trojaczki. Nigdy też ich nie myliła. Może dlatego, że zajmowała się robieniem zdjęć i postrzegała świat inaczej niż zwykli ludzie. Nawet właściciel lodziarni przy parku od czasu, gdy pomylił Adelajdę z Albertem i siostrzyczka płakała trzy dni i trzy noce z przerwami na posiłki i sen, nie zwracał się już do nich inaczej niż Nieznośne Trojaczki.

– Chcielibyśmy pożyczyć aparat fotograficzny – oznajmił Piotruś. – Ten stary, który sam nie robi zdjęć, tylko trzeba mu pomóc.

– Aparat na kliszę? – upewniła się Dama od Zdjęć. – Dlaczego właśnie ten?

– Bo można go umieścić na statywie i zastawić pułapkę – wyjaśniła Matylda.

– Pułapkę! Pułapkę zastawić! – ucieszyły się Nieznośne Trojaczki.

– Czy macie pojęcie, jak się do tego zabrać?

Zastawienie pułapki nie należało do łatwych zadań. Trzeba było uwzględnić spryt nowej niani, podejrzliwość mamy i taty, odpowiedni moment, a przede wszystkim mieć cierpliwość. Dochodziło do tego pytanie, na kogo należy ją zastawić.

Pani Zofia włożyła film do aparatu i wytłumaczyła, jak zrobić zdjęcie.

– Wiecie, że taki film należy wywołać? – upewniła się jeszcze.

– Myślę, że pani nas tego nauczy. – Matylda uśmiech­nęła się tak, jak uśmiechają się tylko grzeczne dziewczynki. – Nigdy nie byliśmy w ciemni fotograficznej.

– Zanim pójdziecie do domu, musicie skosztować moich ciasteczek – zaproponowała Dama od Zdjęć. – I nie chcę słyszeć odmowy.

Na stole w salonie stał wielki talerz z rożkami orzechowymi, specjalnością pani Zofii. Gdy ktoś do niej przychodził po radę, rozmowa zaczynała się od schrupania rożka i potem szło już gładko. Sąsiadkę odwiedzali wszyscy, którzy mieli jakiś problem. I nigdy nie wychodzili smutni.

Dzieci zjadły po parę ciasteczek i poczuły błogie znużenie.

– Jeszcze raz dziękujemy – wymamrotała z pełną buzią Matylda.

Piotruś zapakował statyw. Siostra wzięła aparat, a Nieznośne Trojaczki niosły ofiarowane im morele i były z tego powodu bardzo dumne. Gdy przechodzili przez ogród, coś przemknęło między drzewami, potrącając metalową konewkę. Usłyszała to tylko Matylda. Obejrzała się, ale niczego nie dostrzegła.

 

Korekta: Krystian Gaik, Ewa Czapiewska

 

Projekt okładki, ilustracje wykorzystane na I stronie okładki oraz wewnątrz książki: Anna Pol

Zdjęcie autorki: Julia Karwan-Jastrzębska

 

Skład i łamanie: Dariusz Ziach

Konwersja do EPUB/MOBI: InkPad.pl

 

Wydawnictwo Mięta Sp. z o.o.

03-707 Warszawa, ul. Floriańska 14 m. 3

[email protected]

www.wydawnictwomieta.pl

 

ISBN 978-83-67690-46-1