Trofeum z Chimery - pikantne fantazje, tom 1 - Jarosław Kończak - ebook

Trofeum z Chimery - pikantne fantazje, tom 1 ebook

Kończak Jarosław

0,0

Opis

18+ - PRZEMOC, EROTYKA, CHOROBY PSYCHICZNE

Romantyczna, lecz pełna dramatyzmu i zwrotów akcji historia miłości Juliana, poety w średnim wieku oraz tajemniczej Sandry. Autor starał się, by Czytelnik nie nudził się nawet przez chwilę, wiodąc go od wzruszenia do wybuchów śmiechu. Opowieść miejscami ostra i bezkompromisowa, nie stroniąca od trudnych tematów typu alkoholizm, zbytnie uzależnienie od seksu, opłakany stan współczesnej kultury czy poziom opieki psychologicznej i psychiatrycznej w naszym kraju.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
lub macOS

Liczba stron: 205

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Wówczas spełniła się pierwsza z moich fantazji - zanurzyłem dłoń w jej włosy i delikatnie

rozczesywałem je palcami, uważając by nie sprawić jej najmniejszego bólu.

Westchnęła cichutko i przymknęła powieki.

Było mi w tej chwili tak cudownie jak chyba nigdy dotąd. Czułem że kiedy wstanę z ławki,

wespnę się na kasztanowiec, przebiegnę maraton, obalę ustrój!

Nie było dla mnie rzeczy niemożliwych, odlot po kokainie nie umywał się do uczuć, które

mną targały jak wicher rozwieszoną bielizną.

Przez głowę przebiegały mi błyskawice miłosnego natchnienia, błagałem bogów o

rozstawienie przede mną sztalugi i paletę z farbami. Teraz, natychmiast musiałem uwiecznić

piękno mojej kochanki, jej kształtne, choć leciutko skrzywione usta, pierś unoszoną

oddechem i cudowną linię brwi!

- Kochana - zacząłem niepewnie.

- Hm?

- Wiesz, dręczy mnie pewna natrętna myśl… dotyczy nas obojga.

Z koron drzew rozległy się ptasie trele. Sandra zerwała się z ławki i wpatrzyła w

pomarańczowo - żółte liście.

- Julianie, słyszysz? To rudzik! Mają taki śmieszny żabot na piersi, wyglądają jak dawny

arystokrata. Pięknie śpiewa, prawda? Z takim smutkiem i melancholią…

W duchu życzyłem wszystkim rudzikom rychłego końca na patelni lub w rosole, zaś

arystokratom powrotu epoki gilotyn, jednak nie zdradziłem się ze swoją krwiożerczością.

- Tak, Sandro - potwierdziłem łagodnie - ale naprawdę chciałem o coś zapytać. To

ważne.

Wróciła potulnie na swoje miejsce i z powagą spojrzała mi w oczy.

- Zatem pytaj - zezwoliła - nie mam nic do ukrycia.

---------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Kiedy wieczorem zapukałem do jej drzwi i nieco sztywno wręczyłem bukiet róż w białym kolorze symbolizującym przyjaźń zarumieniła się uroczo, przymknęła oczy i wsunęła kształtny nosek w aromatyczne kwiaty.

Brakowało tylko żeby kichnęła a niejaki Julian, poeta i malarz z zamiłowania, odebrałby pierwszemu przelatującemu amorowi łuk i kołczan ze strzałami i w porywie czułości sam sobie przebił serce.

Od czasu kiedy Sandra zsunęła w parku COVID-ową maseczkę czułem że jej cudna twarz wypaliła na mej siatkówce powidok, jak gdybym nieopatrznie spojrzał wprost na Słońce.

Uroda tej kobiety była naturalna jak świeżość cieszącej się światłem i ciepłem dojrzałej do zerwania, mechatej i soczystej brzoskwini.

W obecności Sandry miałem ochotę jednocześnie radować wszystkie wyczulone na piękno zmysły. Mój wzrok przyciągał nieskazitelny lazur tęczówek, patrząc w głąb czarnych źrenic zdawało się że wyjrzy z nich Szatan i zażąda ceny za obcowanie z doskonałością.

Zapach kobiecej skóry podkreślony delikatną nutą drogich perfum, muśnięciem konwalii, cytrusa i rześkością zielonego jabłka jednocześnie odprężał i przyprawiał o drżenie.

Leciutko falujące niesforne włosy i czarne, kształtne brwi o wyzywającej krzywiźnie drażniły niezaspokojony zmysł dotyku. Czułem że jestem o krok od złapania zwisającego figlarnie kosmyka między serdeczny i środkowy palec i rozkoszną zabawę jedwabistym, falującym lekko pasemkiem.

Kształtny i proporcjonalny w rysunku nos dodawał Sandrze wyrazu powagi, ale w zestawieniu ze śmiałym spojrzeniem zdawał się rzucać wszystkim amantom kpiące wyzwanie.

Tym jednak, co w twarzy pięknej Sandry pociągało mnie najmocniej, były usta. Pełne i zmysłowe, kusiły w pierwszej chwili nie do pocałunku, lecz do poznawania ich kształtu i faktury wzorem ślepca, milimetr po milimetrze. Lekka wada zgryzu powodowała delikatne uniesienie górnej wargi z prawej strony, co błędnie sugerowało kpiarską i cyniczną naturę właścicielki.

Ta nieznaczna skaza dodawała jej indywidualnych cech i wbrew pozorom czyniła jeszcze bardziej ponętną.

Sandra nie nakłada na twarz makijażu. Nie używa szminki, nie maluje tuszem naturalnie czarnych, długich rzęs. Zero różu, lakieru do paznokci i pudru.

Nie poprawia się tego, co Bóg uczynił doskonałym…

Z biżuterii zauważyłem jedynie złoty wisiorek w kształcie półksiężyca z wpisanym w niego pentagramem. Później Sandra wyjaśniła mi, że wygrawerowany na medalionie napis „amantes amentes” pochodzi z łaciny i oznacza ni mniej ni więcej, tylko „zakochani to szaleńcy”.

Ciało skryła pod jesiennym płaszczem, który nie zdołał jednak ukryć takich cech jak zgrabna sylwetka czy pełne piersi.

- Pójdziemy, monsieur? - spytała z zalotnym uśmiechem, a ja pojąłem że czyta w moim sercu z równą łatwością, jak mnie przychodzi odczytywanie łacińskiego alfabetu.

Kiedy wsparła się na moim łokciu drobną dłonią, poczułem się pewniej i z galanterią sprowadziłem swą damę z pierwszego piętra. Miałem pod opieką kobietę cudownie piękną, bystrą i inteligentną, a na dodatek owianą mgłą tajemnicy.

Wieczór zapowiadał się naprawdę niezwykle.

***

Mrok powoli otula zasypiające Zdębie. Alejki oświetlane staroświeckimi latarniami, ćmy krążące wokół ich przymglonego światła i mijające nas groteskowe sylwetki w pandemicznych maskach zdają się nadawać naszej randce nierzeczywistego, surrealistycznego charakteru.

Czas zdaje się grzęznąć w pajęczynie absurdu, moje ruchy stają się coraz wolniejsze, jak gdybym grzązł w miodzie. Słodki ciężar uwieszony mojej ręki jest teraz nieznośny, jeszcze chwila i trzaśnie pod nim całe przedramię… z gorączkowych majaków wydobywa mnie głos Sandry, pytający czy może podać mi wody.

- Nic mi nie jest, moja droga - zapewniam - martwiłem się jedynie o technikę pocałunku przez maseczkę. Dzisiaj nasza pierwsza randka, 55prawda? Kto wie czym się skończy…

Opuszczam lekko maseczkę i robię błazeńską minę. Kobieta chichocze i wlepia mi kuksańca pod żebro. W wybornych humorach wleczemy się noga za nogą, a Sandra obejmuje mocno moje ramię i przytula do niego policzek. Z czułością obserwuję obłoczki pary gorącego powietrza wychodzącego z jej ust i wyobrażam sobie jak to będzie, gdy nasze oddechy połączą się w jeden. Czuję się taki dumny! Dumny i szczęśliwy w roli jej opiekuna i niemal pragnę by zaatakowali nas bandyci, bym w ostatniej chwili mógł uratować porwaną przez nich Sandrę. W ostrogach i z koltami przy pasie.

Wreszcie zdobywam się na odwagę i zaczynam pieścić jej czarne, gładkie włosy. Zdaje się z tego zadowolona… Modre oczy zerkają spod rzęs i żałuję, że pod cholerną maską widzę obietnicę pięknego uśmiechu.

Randka mija jak sen złoty. Ani się obejrzałem, jak na wschodzie zaróżowiło się niebo i z żalem pojmuję, że najwyższy czas wracać do domu.

Sandra patrzy na mnie wyczekująco. Pochylam nad nią twarz.

Smakuje jak wyborny tort z leśnych owoców, jak pierwszy wiosenny podmuch muskający zwierciadło mazurskiego jeziora. Dotyk jej warg jest miękki niczym pieszczota morskich fal, a język zmysłowo poruszający się w ustach obiecuje przyszłe rozkosze. Nie pamiętam, kiedy ostatnio miałem taki wzwód. Sandra bezbłędnie domyśla się wszystkiego co dzieje się w męskim sercu, bo na pożegnanie mocno ściska moje krocze i delikatnie po raz ostatni całuje w usta, szepcząc:

- Do zobaczenia za trzy dni. Zadzwonię.

Odchodzi, a ja czuję jakby odjeżdżał ostatni pociąg z Syberii, pozostawiając mnie samotnie wśród śniegów i lodów, na kompletnym wygwizdowie, bez pizzy i lemoniady.

Trzy dni!

Jasna cholera!

Cała wieczność! Rozpuknę się! Nie wytrzymam!

Dlaczego aż trzy piekielne dni?

Mimo wszystko wracam do domu w błogim nastroju. Nie mam pojęcia jak znalazłem się w mieszkaniu, rozebrany z płaszcza i butów, lecz nadal w kapeluszu i bezradnie klikający trzymanym odwrotnie pilotem do telewizora.

Z pewnością zapomniałem o windzie i dostałem się do domu powietrznym mostem, skonstruowanym na poczekaniu przez brygadę aniołów - inżynierów.

Przypomniałem sobie co znaczy szczęście.

Kocham.

Żyję!