B.D.S.M. Bardzo dobrze spaprane możliwości - P.A. Dziennik - ebook + audiobook
NOWOŚĆ

B.D.S.M. Bardzo dobrze spaprane możliwości ebook i audiobook

P.A. Dziennik

5,0

Ten tytuł dostępny jest jako synchrobook® (połączenie ebooka i audiobooka). Dzięki temu możesz naprzemiennie czytać i słuchać, kontynuując wciągającą lekturę niezależnie od okoliczności!

69 osób interesuje się tą książką

Opis

To historia pisarki na skraju bankructwa, przystojnego faceta z miną seryjnego mordercy i charakterem złotego retrievera oraz kota, który codziennie żałuje, że nie dostał normalnej rodziny.

Jest erotyczne napięcie, są absurdalne zlecenia, kompromitujące wpadki i tyle chemii, że ktoś powinien wezwać straż pożarną.

Jednym słowem: bardzo niegrzeczna komedia romantyczna, w której wszystko idzie źle, a mimo to wychodzi zaskakująco dobrze.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
lub macOS

Liczba stron: 329

Rok wydania: 2026

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 9 godz. 8 min

Rok wydania: 2026

Lektor: Olga Żmuda

Oceny
5,0 (5 ocen)
5
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
literaturazmyslow

Nie oderwiesz się od lektury

Zabawna i seksiwna! Idealna komedia romantyczna! Gorąco polecam. Fani Bridget Jones będą zachwyceni.
41
pola186

Nie oderwiesz się od lektury

B.D.S.M - to świetna komedia romantyczna, w której nie brak spicy momentów. Zaufaj mi - nie raz uśmiechniesz się do siebie czytając dialogi bohaterów, a za chwilę poczujesz, jak mięknie Ci serce pod wpływem bardziej poruszających momentów. Autorka umiejętnie opisuje relacje w tym skomplikowanym trójkącie miłosnym, pokazując emocje, napięcia i wybory, które nie zawsze są oczywiste. Ja na książce bawiłam się świetnie i liczę na to, że niedługo będzie dane mi przeczytać kolejną powieść spod pióra Autorki. No i na koniec pytanie do was, drodzy czytelnicy. Co byście wybrali: odważną drogę ku szczęściu, choć pełną ryzyka, czy spokojniejsze, bezpieczne życie, które daje stabilność, ale nie zawsze gwarantuje pełnię spełnienia?
21
Bamberawera

Nie oderwiesz się od lektury

GENIALNA, zabawna, bardzo niegrzeczna komedia romantyczna!!! Najbardziej różowa książka tego lata, po którą warto sięgnąć jak szukacie nietuzinkowej historii miłosnej i bohaterki, która swoimi szalonymi decyzjami nie raz sprawi, że roześmiejecie się na głos! 💖
21
Niesprzatamczytam_

Nie oderwiesz się od lektury

Ta książka to absolutny majstersztyk! Śmiałam się w głos! Niesamowicie absurdalna! 😅
21
Vdrivnnv21

Nie oderwiesz się od lektury

Świetna książka! Pełna humoru i wciągająca od pierwszy stron. Chyba nigdy nie czytałam tak dobrej komedii romantycznej.
21



Spis Treści

PRO­LOGRoz­dział 1Roz­dział 2Roz­dział 3Co­py­ri­ght

PROLOG

Wi­tajEl­lie,pieprzsię świe­cie

Po­nie­dzia­łki są do kitu. Wszyst­kie. Ale ten dzi­siej­szy ma w so­bie ja­kąś wy­bit­nie tok­sycz­ną ener­gię.

Ko­ńczę pi­sać ostat­nie zda­nie mo­je­go no­we­go pro­jek­tu, dum­na z sie­bie jak kot, któ­ry zrzu­cił do­nicz­kę i uda­je, że tak mia­ło być, i wte­dy sły­szę to: DING.

Ten dźwi­ęk to mój oso­bi­sty trig­ger. Ma w so­bie tę samą często­tli­wo­ść co wier­tar­ka sąsia­da, tyl­ko psy­chicz­nie bar­dziej mnie nisz­czy.

Wiem, co tam znaj­dę.

Wiem, że nie będzie to: „El­lie, ko­cha­my to! Wcho­dzi do pla­nu na­tych­miast!”.

A jed­nak otwie­ram po­wia­do­mie­nie…

Ruby. Bied­na asy­stent­ka mo­je­go wy­daw­cy, jed­na z dwóch ludz­kich istot w Rho­des Pu­bli­shing. Dru­ga to mój re­dak­tor, Ben, któ­re­go mogę chy­ba na­zy­wać moim naj­wi­ęk­szym fa­nem.

RUBY: Słon­ko, przy­kro mi. Pro­jekt zo­stał od­rzu­co­ny. Mam na­dzie­ję, że nie by­łaś da­le­ko z fa­bu­łą?

Za­my­kam oczy. Li­czę do trzech. Wdech. Wy­dech. Otwie­ram oczy. W mo­jej gło­wie po­ja­wia się pro­sty ko­mu­ni­kat: Oczy­wi­ście, wszyst­ko idzie do dupy.

Kli­kam da­lej.

RUBY: Stwier­dzi­li, że nie pa­su­je do no­we­go kie­run­ku. Gdy­bym mo­gła, wsa­dzi­ła­bym to do ka­len­da­rza wy­daw­ni­cze­go sama…

Tak, wiem… Tyl­ko wte­dy Jo­na­than Rho­des naj­pew­niej wy­lądo­wa­łby na da­chu z me­ga­fo­nem, wy­gła­sza­jąc dra­ma­tycz­ne prze­mó­wie­nie ostan­dar­dach ja­ko­ści.

Rho­des. Do­sta­ję aler­gii na samą wzmian­kę o nim. Men­tal­nie oczy­wi­ście. Czło­wiek, któ­ry mówi do mnie Eli­za­beth, mimo że nikt nor­mal­ny się tak do mnie nie zwra­ca. On za­pew­ne uwa­ża, że pe­łna for­ma brzmi bar­dziej pro­fe­sjo­nal­nie, ale moim zda­niem robi to spe­cjal­nie – żeby spraw­dzić, ile ner­wo­wych ti­ków je­stem w sta­nie wy­pro­du­ko­wać w mi­nu­tę.

Opie­ram się o krzy­wy stół i wy­pusz­czam gło­śno po­wie­trze. Jesz­cze trzy­dzie­ści dni.

Trzy­dzie­ści.

I będę wol­na.

To brzmi jak man­tra jo­gin­ki na Bali, tyl­ko ja sie­dzę na Bro­okly­nie, w miesz­ka­niu, któ­re wy­gląda, jak­bym wy­gra­ła je w kon­kur­sie na naj­wi­ęk­szą tra­ge­dię w ży­cio­ry­sie. Moje M1 jest tak krzy­we, że po­zio­mi­ca do­sta­ła­by de­pre­sji. Ale jest moje. I wła­śnie w nim do­wia­du­ję się o za­mor­do­wa­niu mo­je­go ko­lej­ne­go pro­jek­tu przez nową li­nię wi­ze­run­ko­wą.

Su­per.

Z fru­stra­cji ro­bię dra­ma­tycz­ny gest ręką. Taki, co w mo­jej wy­obra­źni wy­gląda jak ele­ganc­kie wha­te­ver, a w rze­czy­wi­sto­ści prze­wra­ca ku­bek z nie­do­pi­tą kawą.

Plot Twist – mój kot, cho­dzący ko­men­tarz ży­cia, pa­trzy na mnie z miną: Zno­wu? Se­rio?

– Wiesz co, ko­cie? – Pa­trzę na nie­go wy­mow­nie. – Jest szan­sa, że nie do­ży­ję ko­ńca tej umo­wy. I nie, nie dam ci ni­cze­go w spad­ku. Co naj­wy­żej dłu­gi z ka­wiar­ni, więc się za­sta­nów…

DING.

Oczy­wi­ście.

Prze­cież po jed­nej złej wia­do­mo­ści nie może za­pa­ść ci­sza – jesz­cze za­cznę mieć na­dzie­ję na lep­sze ju­tro.

Wszech­świat ma po­czu­cie hu­mo­ru.

RUBY: El­lie, Jo­na­than pro­si o krót­kie spo­tka­nie, za ty­dzień w po­nie­dzia­łek.

Och, cu­dow­nie. Pro­si… Spo­tka­nie z fa­ce­tem, któ­re­go nie­na­wi­dzę tak bar­dzo, że gdy­bym mo­gła wy­ma­zać go z ży­cia ko­rek­to­rem, zro­bi­ła­bym to bez mru­gni­ęcia. Pa­trzę na wia­do­mo­ść dłu­żej, niż po­win­nam, po czym od­kła­dam te­le­fon na stół ostro­żnie, bo gdy­by te­raz jesz­cze raz za­dzwo­nił, je­stem pew­na, że wy­sko­czy­ła­bym przez okno – miesz­kam na par­te­rze, więc efekt dra­ma­tycz­ny osi­ąga po­ziom zero.

Pod­su­mo­wu­jąc: po­wie­ść pi­sa­na przez ostat­nie pół roku od­rzu­co­na; Rho­des za­pra­sza mnie na prze­słu­cha­nie w przy­szły po­nie­dzia­łek; umo­wa ko­ńczy się za trzy­dzie­ści dni; po­nie­dzia­łek ssie; a mój kot uwa­ża, że prze­sa­dzam.

I jak­by tra­ge­dii było mało, mój naj­lep­szy przy­ja­ciel Joel, je­dy­ny, zdol­ny ro­zu­mieć mój baj­zel ży­cio­wy, sie­dzi na­ście go­dzin da­lej, w Ja­po­nii.

Zwy­kle pi­sa­ła­bym do nie­go, żeby mnie po­cie­szył albo rzu­cił ży­cio­wą mądro­ścią w sty­lu: „roz­pla­nuj emo­cje jak ta­bel­kę w Exce­lu” czy „babo, po­praw ko­ro­nę, cyc do przo­du i wa­lić ich”,ale on pew­nie wła­śnie śpi, je ra­men albo pró­bu­je wy­glądać cool w me­trze.

Moi ro­dzi­ce? Ha! Od­kąd wy­da­łam ksi­ążkę o fe­ty­szach, trak­tu­ją mnie jak czar­ną owcę rodu, któ­ra zbru­ka­ła ho­nor ro­dzi­ny i te­raz po­win­na miesz­kać w piw­ni­cy. Ksi­ądz był go­to­wy mnie eks­ko­mu­ni­ko­wać.

A moje kon­to ban­ko­we… Moje kon­to ban­ko­we ci­cho pła­cze. Za chwi­lę samo wy­śle mi po­wia­do­mie­nie: „El­lie, roz­waż, pro­szę sprze­da­nie ner­ki, za­nim umrę”. Albo za­cznie że­brać na uli­cy, bo tak się nie da funk­cjo­no­wać.

Tak wy­gląda ży­cie be­st­sel­le­ro­wej au­tor­ki.

Gla­mo­ur pe­łną gębą.

A to nie wszyst­ko…

Rozdział 1

Sugar daddy?

Tendzieńbyłjuż na eta­pie, w któ­rym je­dy­ne, co mo­gło go ura­to­wać, to cud. Albo ko­la­cja. A naj­le­piej jed­no i dru­gie, po­nad­to z dużą ilo­ścią al­ko­ho­lu. Więc kie­dy Aiden (mój cza­sem-się-spo­ty­ka­my-ale-ni­ko­mu-się-do-tego-nie-przy­zna­je­my) na­pi­sał:

AIDEN: Może wy­sko­czy­my na coś do­bre­go?

Spoj­rza­łam na te­le­fon jak na ob­ja­wie­nie.

Aiden był… cóż. Miły. Wy­so­ki. Ele­ganc­ki. I miał pro­blem, któ­ry brzmiał jak wy­mów­ka z por­no­blo­ga. Po­dob­no miał tak… prze­ro­śni­ętą ło­pa­tę, że bał się nią ogar­niać ogró­dek. Za ka­żdym ra­zem, gdy o tym mó­wił, mia­łam ocho­tę wręczyć mu me­dal za pa­ra­doks roku.

Ale był miły i za­wsze pła­cił ra­chu­nek. W dzi­siej­szym sta­nie emo­cjo­nal­no-fi­nan­so­wym to brzmia­ło jak luk­sus.

EL­LIE: Okej. Za go­dzi­nę?

Po­nie­dzia­łek ura­to­wa­ny. Przy­naj­mniej pół.

***

Sta­nęłam przed lu­strem i do­szłam tyl­ko do jed­ne­go wnio­sku: Je­śli dziś mam umrzeć z za­że­no­wa­nia, to przy­naj­mniej wy­glądaj­my przy­zwo­icie.

Zaj­rza­łam do ła­zien­ki, otwo­rzy­łam szu­fla­dę i zo­ba­czy­łam swo­ją ma­szyn­kę do go­le­nia, któ­ra wy­gląda­ła, jak­by pa­mi­ęta­ła cza­sy mo­jej ma­tu­ry.

– Oho – mruk­nęłam do niej. – Wi­taj, prze­pra­szam, że tak daw­no się nie od­zy­wa­łam. Go­to­wa na jesz­cze jed­no za­da­nie?

Włączy­łam ją i… Od­pa­li­ła jak trak­tor po zi­mie z lek­kim pro­te­stem, ale jed­nak.

Po­my­śla­łam, że ogo­lę tyl­ko łyd­ki, bo su­kien­ka si­ęga mi do ko­lan. Ale po­tem mój mózg zro­bił to, cze­go nie po­wi­nien ro­bić w po­nie­dzia­łek:

A jak ten wie­czór sko­ńczy się ina­czej niż za­wsze…?

No i już było po mnie. Za­miast szyb­kiej ak­cji „łyd­ka i git”, wy­lądo­wa­łam pod prysz­ni­cem ro­bi­ąc pe­łną wer­sję de­lu­xe, łącz­nie z no­ga­mi, bi­ki­ni, pa­cha­mi i wszyst­kim, co mo­gło po­ten­cjal­nie uj­rzeć świa­tło dzien­ne.

Z wra­że­nia sama sie­bie za­py­ta­łam:

– El­lie, dla kogo ty się tak sta­rasz?

Od­po­wie­dź przy­szła szyb­ciej niż chcia­łam:

Dla swo­je­go wła­sne­go po­czu­cia, że jesz­cze coś mi wy­cho­dzi.

Po kąpie­li wy­su­szy­łam wło­sy, uło­ży­łam je i zro­bi­łam ma­ki­jaż tak, jak­by świat miał mnie dzi­siaj oce­niać na czer­wo­nym dy­wa­nie, a nie w re­stau­ra­cji przy ho­te­lo­wym lob­by. A po­tem, ja­ki­mś cu­dem, zna­la­złam kom­plet bie­li­zny, któ­ry był górą i do­łem w tym sa­mym ko­lo­rze.

To już było scien­ce fic­tion. Nie mia­łam po­jęcia, skąd to się wzi­ęło ani kie­dy to ku­pi­łam, ale uzna­łam, że wszech­świat cza­sem jed­nak lubi zro­bić mi nie­spo­dzian­kę. By­łam czy­sta, pach­nąca, w ład­nych majt­kach. Na­rzu­ci­łam naj­sek­sow­niej­szą su­kien­kę, jaką mia­łam.

– No pro­szę, że też mu­sia­łam do­żyć trzy­dziest­ki, żeby zo­ba­czyć, jak wy­glądam w tej wer­sji.

I do­pie­ro wte­dy wy­szłam z domu. A kot? On za­wsze gar­dził rze­czy­wi­sto­ścią wo­kół mnie.

Pach­nąca, z wło­sa­mi z re­kla­my „Po­nie­waż je­steś tego war­ta…”, ru­szy­łam w kie­run­ku re­stau­ra­cji koło mo­je­go miesz­ka­nia. Może ten dzień jest tra­gicz­ny, ale ja wy­glądam, jak­bym mia­ła nad tym kon­tro­lę.

Złu­dze­nie, ale za­wsze coś.

Aiden stał pod knaj­pą, jak zwy­kle za bar­dzo wy­pro­sto­wa­ny – jak­by po­łk­nął kij od szczot­ki i za­czął z nim żyć w sym­bio­zie. Miał cha­rak­te­ry­stycz­ną ele­gan­cję fa­ce­ta, któ­ry zna ceny win z gór­nej pó­łki i po­tra­fi po­praw­nie wy­mó­wić „pro­sciut­to”, nie pró­bu­jąc na­wet uda­wać Wło­cha.

– Wow – po­wie­dział na mój wi­dok. – Wy­glądasz… ina­czej! Nie­sa­mo­wi­cie.

Tak, wiem. Trzy­dzie­ści mi­nut pod prysz­ni­cem i trau­ma przy szu­ka­niu ciu­chów zro­bi­ły swo­je.

– Dzi­ęki. – Uśmiech­nęłam się.

On jed­nak nie ru­szył w stro­nę drzwi re­stau­ra­cji, tyl­ko wska­zał auto.

– Po­my­śla­łem, że za­bio­rę cię w ład­niej­sze miej­sce. Dzi­siaj za­słu­gu­jesz na coś wy­jąt­ko­we­go.

Wy­jąt­ko­we­go? Nie wy­trzy­mam… Mój ele­ment awa­ryj­ny ży­cia ma awa­rię ukła­du ana­li­zu­jące­go i ZA­ŁO­ŻYŁ, iż je­ste­śmy w zwi­ąz­ku?! Ten dzień na­praw­dę sta­ra się mnie do­bić.

Ale po­szłam do sa­mo­cho­du, bo mój mózg był już w try­bie „a cze­mu nie”, a nogi, gład­kie jak ma­rze­nie, nie mo­gły się zmar­no­wać. Wszech­świat coś kom­bi­nu­je. Ale ja się mu, kur­de, nie dam.

Re­stau­ra­cja była w jed­nym z dro­ższych ho­te­li, zbyt dro­gich na zwy­kłe spo­tka­nie. Prze­czu­wa­łam, że bar­dzo się mylę co do cha­rak­te­ru na­szej rand­ki. Miej­sce pach­nia­ło pie­ni­ędz­mi, du­szący­mi per­fu­ma­mi go­ści i je­dze­niem, któ­re z da­le­ka krzy­czy: „A co to bie­da?”.

Aiden od po­cząt­ku był inny, lecz dzi­siaj prze­cho­dził sa­me­go sie­bie. Mniej spi­ęty, a bar­dziej… en­tu­zja­stycz­ny? Nie po­wiem na­pa­lo­ny, bo to by brzmia­ło jak opis wat­t­pa­do­wej hi­sto­ryj­ki dla na­sto­lat­ków. On był ra­czej nad­mier­nie pew­ny sie­bie. Aż do gra­nic mo­je­go nie­po­ko­ju.

– El­lie, no spójrz na sie­bie – za­czął, kie­dy kel­ner od­sze­dł. – Ty na­praw­dę nie wiesz, jaka je­steś pi­ęk­na.

Za­krztu­si­łam się wi­nem.

Ja?

Pi­ęk­na?

W po­nie­dzia­łek?!

Co tu się od­wa­la?

Okej, al­ko­hol zro­bił swo­je. Mam oma­my.

Po dwóch ko­lej­nych kie­lisz­kach i ob­fi­tych kom­ple­men­tach jego ręka zna­la­zła się na moim udzie. Po ko­lej­nym – znacz­nie wy­żej. A gdy już świat wi­ro­wał, mia­łam wra­że­nie, że jego pal­ce uczest­ni­czą w trze­ciej ba­zie, a prze­cież dla nie­go seks nie wcho­dził w grę.

Może dzi­siaj wszyst­ko sko­ńczy się ina­czej niż za­wsze?

Był nie­ustępli­wy, w pe­łni sku­pio­ny na mnie i bli­sko­ści. Za­cho­wy­wał się jak ktoś, kto ma plan na ten wie­czór. A że on NI­G­DY nie ma pla­nu na nic, to za­czy­na­ło się ro­bić po­dej­rza­nie.

– E… – wy­szep­tał, po­chy­la­jąc się tak bli­sko, że po­czu­łam, co chwi­lę temu sko­ńczył prze­żu­wać. – Cho­dźmy na górę.

NA GÓRĘ?

Tak po­wie­dział.

Bez pod­tek­stu. Sub­tel­no­ści.

Czy ja gram w ja­kie­jś te­le­no­we­li?

– Na górę? Gdzie?

– Wy­na­jąłem nam apar­ta­ment – stwier­dził dum­ny, jak­by do­stał No­bla, a nie klucz z re­cep­cji.

***

Po­kój był ład­ny. Za ład­ny na fa­ce­ta, któ­ry zwy­kle uda­je, że nie wi­dzi, jak bar­dzo ole­wam przy­go­to­wa­nia do spo­tka­nia z nim. On to wszyst­ko za­pla­no­wał… Czy jego strach przed wła­snym wac­kiem prze­stał go pa­ra­li­żo­wać?

Za­le­d­wie za­mknęli­śmy drzwi, za­czął mnie na­mi­ęt­nie ca­ło­wać. Bez zwy­cza­jo­we­go: mogę?

Nie. Dzi­siej­szy Aiden był czło­wie­kiem czy­nu. Ahoj, że­gla­rzu! Ru­szaj­my!

Jego dło­nie były pew­ne, a język miło mnie za­sko­czył. To ca­ło­wa­nie po­win­no zo­stać na­kręco­ne jako zwia­stun do­bre­go fil­mu na Net­fli­xie.

Su­kien­ka spa­dła pierw­sza. Jego ko­szu­la wy­lądo­wa­ła zgrab­nie na fo­te­lu. Czy mo­ich rze­czy nie po­wi­nien sza­no­wać rów­nie moc­no jak swo­ich? A w du­pie z tym! Sto­jąc w sa­mej bie­li­źnie, czu­łam się cu­dow­nie. I wte­dy to zo­ba­czy­łam. Nie cho­dzi o to, że spoj­rza­łam, bo chcia­łam. To było na­tu­ral­ne. Lu­dzie mają oczy, rze­czy się od­su­wa­ją, czło­wiek pa­trzy… I wi­dzi.

On nie kła­mał.

Jego duży… pro­blem… no…

Uśmiech­nęłam się. Nie sar­ka­stycz­nie, ra­czej w sty­lu: To two­ja na­gro­da El­lie, bierz i ciesz się z tego.

On jed­nak źle to od­czy­tał. Od razu się spi­ął – klat­ka na­pi­ęta, twarz w pa­ni­ce.

Mu­sia­łam wkro­czyć, na­tych­miast, by go uspo­ko­ić. Przy­ci­ągnęłam go do sie­bie i po­ca­ło­wa­łam. Cie­pło, z taką mi­ęk­ko­ścią, by zro­zu­miał, że wszyst­ko jest okej. Niech wy­łączy my­śli i po pro­stu tu będzie. Za­dzia­ła­ło, zno­wu od­dy­chał nor­mal­nie, a kie­dy prze­stał ana­li­zo­wać swo­je cia­ło jak pro­jekt ba­daw­czy, prze­szli­śmy da­lej. W gra­ni­cach ele­gan­cji i fa­bu­lar­no­ści.

Sce­na jed­nak szyb­ko na­bra­ła tem­pa. Nie trze­ba było włączać ogrze­wa­nia, bo che­mia mi­ędzy nami zro­bi­ła swo­je. Za­częłam kom­bi­no­wać, de­li­kat­nie, sub­tel­nie, jak kot ob­cho­dzący nowy kar­ton. Może on też chce iść krok da­lej? Te­sto­wa­łam więc nowe te­ry­to­rium. Tak niby przy­pad­kiem. Nie­win­nie. Ro­bi­łam ma­po­wa­nie stra­te­gicz­nie jak ge­ne­rał przed bi­twą.

A on się nie bun­to­wał.

Ani tro­chę.

Mało tego! Wy­glądał na za­do­wo­lo­ne­go. To wszyst­ko było miłe. Nie chcia­łam już dłu­żej ana­li­zo­wać, da­łam wy­ra­źny sy­gnał: Hej! Je­stem go­to­wa jak fryt­ki w pie­kar­ni­ku, bierz mnie.

– Nie. El­lie, nie… ja mó­wi­łem, że tego nie ro­bię. Żad­ne­go… żad­ne­go tego. Nie chcę się bzy­kać. – Wy­mow­nie mach­nął ręką w dół, jak­by jego cia­ło było od­ręb­ną in­stan­cją do zgła­sza­nia skarg.

At­mos­fe­ra sia­dła jak ba­lon po na­ro­dzi­nach dziec­ka.

Zro­bi­ło się nie­zręcz­nie. On ze­stre­so­wa­ny, ja za­wie­dzio­na. Po­nie­dzia­łek wje­chał na pe­łnej… Zro­bi­łam to, co ka­żda ra­cjo­nal­na, za­kom­plek­sio­na, ła­pi­ąca się brzy­twy ko­bie­ta, zro­bi­ła­by w ta­kiej sy­tu­acji:

– Mam ge­nial­ny po­my­sł.

Ge­niusz – to było sło­wo tro­chę na wy­rost, ale nie mia­łam lep­sze­go pod ręką. Za­ci­ągnęłam go bli­żej łó­żka, sama się po­ło­ży­łam. Od­chy­li­łam gło­wę do tyłu, tak, że wy­gląda­łam jak za­wod­nicz­ka w mi­strzo­stwach świa­ta pa­trze­nia w su­fit pod sko­sem. Mia­łam na­dzie­ję, że resz­ta mo­je­go cia­ła pre­zen­tu­je się do­brze w tej po­zy­cji. A po­tem za­su­ge­ro­wa­łam mu roz­wi­ąza­nie… al­ter­na­tyw­nie gar­dło­we. I, ku mo­je­mu zdu­mie­niu, zgo­dził się. Po­cząt­ko­wo był bar­dzo de­li­kat­ny, jak ktoś, kto do­ty­ka krysz­ta­ło­wych kie­lisz­ków bab­ci i wie, że do­sta­nie szma­tą przez łeb, jak coś zbi­je. Z ka­żdą se­kun­dą co­raz bar­dziej od­la­ty­wał, co­raz mniej ana­li­zo­wał, aż na­gle… Zro­bił coś, cze­go jego umy­sł praw­do­po­dob­nie ni­g­dy wcze­śniej nie zro­bił – prze­stał my­śleć. Wsze­dł w tryb: jest mi do­brze i nic wi­ęcej nie ist­nie­je. I su­per. Cho­ciaż on wy­bor­nie się ba­wił. I w tej se­kun­dzie, gdy ab­so­lut­nie za­tra­cił się w chwi­li, na­stąpi­ło coś, cze­go nikt z nas nie prze­wi­dział. Przy­naj­mniej nie tak szyb­ko.

NA­GŁY I NIE­SPO­DZIE­WA­NY MO­KRY FI­NAŁ. Z przy­tu­pem.

A ja po­czu­łam, że coś… coś, co ni­g­dy nie po­win­no się zna­le­źć tam, gdzie te­raz było, prze­dzie­ra się na­gle inną dro­gą, niż ksi­ążko­wo prze­wi­dzia­no na za­jęciach z edu­ka­cji sek­su­al­nej.

Przez NOS. PRZEZ. NOS!

Wy­da­łam od­głos przy­po­mi­na­jący kich­ni­ęcie po­łączo­ne z krzy­kiem i dźwi­ękiem dła­wie­nia się po­pcor­nem. On za­ma­rł. Chy­ba my­ślał, że zro­bił mi krzyw­dę. Sło­dziak. Po­pa­trzył na mnie. Na mój nos i na sie­bie. Wte­dy za­częło się to, cze­go zu­pe­łnie się nie spo­dzie­wa­łam.

– O Boże, O BOŻE, EL­LIE?! NIE, NIE, NIE! TO NIE MIA­ŁO TAM BYĆ! – No ra­cja, nie mia­ło, ale żyję, mam się do­brze, będzie­my się z tego śmiać, jak już ode­tkam nos. Skąd ta pa­ni­ka? – O MÓJ BOŻE, TO WY­SZŁO? JA… JA NIE MOGĘ! FU!

– Cze­go ty nie mo­żesz? Dasz mi chu­s­tecz­kę? Mu­szę wy­dmu­chać nos…

– FU! FU!! NIE DO­TY­KAJ MNIE!

– Słu­cham? Co ci jest? To tyl­ko sper­ma. Two­ja zresz­tą, więc…

Nie zdąży­łam jed­nak do­ko­ńczyć, bo mój #mężczy­zna­no­cy wła­śnie za­czął hi­per­wen­ty­lo­wać.

– NIE DO­TY­KAJ TEGO! TO JEST… TO JEST… BOŻE, JA TU, KUR­WA, UMRĘ.

A ja, pró­bu­jąc zła­pać od­dech, par­sk­nęłam śmie­chem tak hi­ste­rycz­nym, że pra­wie spa­dłam z łó­żka.

– Ci­cho bądź – wy­krztu­si­łam. – To mój nos, nie mu­sisz go tak dra­ma­tycz­nie prze­ży­wać! Nic mu nie będzie…

– EL­LIE, JA TEGO NIE DO­TKNĘ! NI­G­DY! JAK TO WY­LA­ZŁO?! JA ZA­WSZE TO KON­TRO­LU­JĘ! ALE… EL­LIE?! NO­SEM? CO Z TOBĄ NIE TAK?

– Tak, Sher­loc­ku. No­sem. Za­ska­ku­jące, wiem. Skon­tak­tu­ję się z le­ka­rzem. Prze­suń się, chcę iść do ła­zien­ki, zej­dź mi z dro­gi, Aiden. – Pró­bo­wa­łam się ogar­nąć, ale z nosa wci­ąż mi ka­pa­ło, więc wy­gląda­łam jak naj­gor­sza wer­sja świ­ątecz­ne­go re­ni­fe­ra. – Bła­gam cię, nie rób mi tu wio­chy… – za­częłam, ale on kon­ty­nu­ował:

– EL­LIE, NO­SEM? PRZEZ NOS?! JAK TO WY­SZŁO PRZEZ NOS?

– Może i ogar­niasz te swo­je fu­zje i inne gów­na, ale z fi­zy­ki chy­ba mia­łeś pałę, mój dro­gi. Ci­śnie­nie. Wiesz, jak dzia­ła? Jak ktoś mi wsa­dza ga­śni­cę do buzi, to niech się nie dzi­wi, że po­tem pia­na mi wy­la­tu­je ka­żdym otwo­rem!

Padł na łó­żko, dra­ma­tycz­nie jak ofia­ra w te­le­no­we­li.

– El­lie, ja tego nie do­tknę. Ni­g­dy. Bła­gam cię, wy­trzyj to. Za­pła­cę ci.

– Słu­cham?

– Wy­trzyj to ze mnie! To jest ohyd­ne, mu­sisz mi po­móc!

– Ty mnie wkręcasz, tak? Brzy­dzisz się wła­snej sper­my? – Przy­si­ęgam, wy­łam w du­chu ze śmie­chu.

– Sko­ńcz i rób, co ci każę! Masz. – Wy­ci­ągnął ze spodni plik bank­no­tów. Nie, że­bym li­czy­ła, ale na lu­zie było tam kil­ka­set do­la­rów. – Wy­star­czy? Wy­cie­raj to, bła­gam!

Co mia­łam zro­bić? By­łam w szo­ku. Wzi­ęłam pa­pier z ła­zien­ki i wy­ta­rłam mu brzuch i… nie tyl­ko. On le­żał za­pła­ka­ny na wznak, za­kry­wa­jąc twarz dło­ńmi. Po wszyst­kim pier­dzie­lił coś o tym, że nie po­win­ni­śmy się już wi­ęcej wi­dy­wać. No Krzysz­tof Ko­lumb po­wi­nien od nie­go po­bie­rać lek­cje od­kryw­cy.

To była naj­gor­sza i naj­lep­sza sce­na w moim ży­ciu.

Wy­cho­dząc, zła­pa­łam bank­no­ty z łó­żka i gdy szłam chod­ni­kiem do domu, do­ta­rło do mnie: El­lie, to jest to. Lu­dzie pła­cą za ta­kie hi­sto­rie. Ty mu­sisz to ro­bić za­wo­do­wo!

Rozdział 2

Japoński ramen

Wró­ci­łamdodomujak po­stać z cut­scen­ki po naj­dziw­niej­szej mi­sji po­bocz­nej w hi­sto­rii świa­ta. Su­kien­ka po­mi­ęta, wło­sy jak­by ktoś w nie dmu­chał wen­ty­la­to­rem, a mój mózg… sie­dział w kącie i trząsł się jak kró­lik po bu­rzy.

Drzwi za­mknęły się za mną, a ja do­słow­nie opa­dłam na ka­na­pę. Obok, na sto­li­ku – port­fel. A w nim – plik pie­ni­ędzy, któ­ry­mi Aiden za­pła­cił mi za dzi­siej­szy wie­czór. I wte­dy mnie ude­rzy­ło. To wszyst­ko wy­da­rzy­ło się se­rio. SE­RIO.

Zła­pa­łam za te­le­fon, drżącą ręką, bez my­śli, bez pla­nu. W ta­kich chwi­lach mózg El­lie ma tyl­ko jed­no usta­wie­nie:

ZA­DZWOŃ DO JO­ELA. NA­TYCH­MIAST.

Wy­stu­ka­łam nu­mer. Joel ode­brał po dwóch sy­gna­łach.

– Mmphph, co? – usły­sza­łam. A w tle… gwar. Jak­by był w cen­trum fe­sti­wa­lu. Nie żar­tu­ję. Ktoś krzy­czał coś po ja­po­ńsku, ktoś śmiał się jak w ani­me, a inni naj­wy­ra­źniej sma­ży­li coś, co brzmia­ło jak sku­mu­lo­wa­na wal­ka dzie­si­ęciu wo­ków.

– Joel?! – szep­nęłam dra­ma­tycz­nie. – Joel, bła­gam, od­bie­raj nor­mal­nie.

– Mam pe­łną bu­zię, ko­bie­to, daj mi se­kun­dę!

– Ty jesz?! – jęk­nęłam.

– A co mam ro­bić o pierw­szej po po­łud­niu? Ta­ńczyć? – Prze­żu­wał da­lej. – Ra­men­ku, mój naj­lep­szy przy­ja­cie­lu… Mmm… A co tam u mo­jej ulu­bio­nej pi­sar­ki? Cze­mu dy­szysz, jak­byś prze­bie­gła ma­ra­ton, a nie wró­ci­ła z… no wła­śnie, z cze­go ty wró­ci­łaś?

Ode­tchnęłam ci­ężko.

– Joel. Słu­chaj. Ja… ja chy­ba wła­śnie… upra­wia­łam seks no­sem!

Na­sta­ła ci­sza. Ci­sza, po któ­rej czło­wiek wie, że dru­ga oso­ba wła­śnie zro­bi­ła „stop-klat­kę ży­cia”.

– …ja, co pro­szę?

– NOS! – po­wtó­rzy­łam roz­pacz­li­wie. – MÓJ NOS! Zo­stał zgwa­łco­ny! Pa­mi­ętasz Aide­na? Tego z wiel­kim… no wiesz!

– El­lie, ka­żdy, kto cię zna, pa­mi­ęta Aide­na „z wiel­kim, no wiesz”. To jest jego imię, na­zwi­sko i trze­cie imię w jed­nym. Swo­ją dro­gą my­ślę, że tro­chę prze­sa­dzasz i sam po­wi­nie­nem jako eks­pert…

– Joel! To było… to było… – Za­kry­łam twarz obie­ma ręka­mi. – To było jak sce­na z fil­mu, któ­re­go NIE po­zwo­li­li­by pu­ścić na­wet na Por­n­hu­bie.

Joel par­sk­nął śmie­chem tak gło­śno, że pra­wie się udła­wił ma­ka­ro­nem.

– A HA HA HA! Ty to jed­nak mało wi­dzia­łaś, ko­cha­na. Nie mów, że w ko­ńcu się uda­ło! Ten jego… mo­nu­ment do­tknął cze­goś wi­ęcej niż po­wie­trza?!

– Joel! – syk­nęłam. – Ja je­stem w trau­mie!

– Ko­cha­nie, to nie trau­ma, to PO­WO­ŁA­NIE – po­wie­dział tak se­rio, że aż mnie zmro­zi­ło. – Po co je­steś ko­bie­tą, żeby ko­rzy­stać z ży­cia! Je­steś kró­lo­wą i tak po­win­ni cię trak­to­wać. W ko­ńcu ci się tra­fi­ła sce­na tak spek­ta­ku­lar­na, że mu­sisz to wy­ko­rzy­stać w ja­kie­jś swo­jej ksi­ążce…

– Mhm, su­per. Zresz­tą, ksi­ążkę też mi zno­wu od­rzu­ci­li, ale to aku­rat nie jest pro­blem.

– El­lie… – stał się po­wa­żny. – Czy ja do­brze ro­zu­miem, że ty za­dzwo­ni­łaś do mnie, bo two­ja ślu­zów­ka no­so­wa wła­śnie do­sta­ła ży­cio­wy upgra­de?

– TAK! – wrza­snęłam. – I nie wiem, co mam z tym zro­bić!

– Na two­im miej­scu? – chrząk­nął, zno­wu ły­ka­jąc ra­men. – Ja bym to ZMO­NE­TY­ZO­WAŁ.

Za­ma­rłam. Ten to miał wy­czu­cie.

– Co?

– Ko­cha­nie… je­śli twój nos prze­żył coś, cze­go wi­ęk­szo­ść ko­biet na­wet nie wi­dzia­ła na oczy, to ty nie po­win­naś pi­sać ksi­ążek. Ty po­win­naś brać za to STAW­KĘ GO­DZI­NO­WĄ.

– Joel… – szep­nęłam, nie­pew­na. – Ty… ty se­rio my­ślisz…?

– El­lie, bła­gam cię. To ży­cie samo do cie­bie krzy­czy: ZMIE­NIASZ BRA­NŻĘ, GIRL. Po­wo­ła­nie cię wzy­wa. Two­je po­nie­dzia­łko­we cier­pie­nia były pre­lu­dium. To jest two­ja era „BDSM, ASMR i kon­tent pre­mium”, sta­ra!

Sta­łam tam, w pó­łm­ro­ku mo­je­go bie­da-bro­okly­ńskie­go miesz­ka­nia, słu­cha­jąc przy­ja­cie­la, któ­ry żarł ra­men w Ja­po­nii i prze­wi­dy­wał moją przy­szło­ść jak wró­żka z noc­ne­go ka­na­łu ma­gii. I na­gle to za­częło mieć sens.

– Joel…? Może ty masz ra­cję.

– Ja? Oczy­wi­ście, że mam. Sko­ro ktoś tam u góry ma ja­kiś bo­ski plan, za­ak­cep­tuj to. Mój te­ra­peu­ta mówi, że du­cho­we prze­ży­cia nas bu­du­ją!

– To nie było du­cho­we! To było ANA­TO­MICZ­NIE po­dej­rza­ne!

Joel mla­skał da­lej.

– Do­bra, mów, ko­cha­na. Jak do­kład­nie ten nos…?

– NIE! – wrza­snęłam. – Nie po­wtó­rzę tego dru­gi raz!

– No szko­da, bo kel­ner już się przy­sia­dł i słu­cha.

– CO?!

I tu roz­mo­wa ze­szła na praw­dzi­we ży­cie.

***

Obu­dzi­łam się z ci­ężką gło­wą, koc le­żał na mnie, jak­by pró­bo­wał mnie ochro­nić od zła tego świa­ta, a ja mia­łam po­czu­cie, że moja du­sza kil­ka razy w nocy pro­si­ła o ewa­lu­ację – głów­nie w to­a­le­cie…

Wino było głu­pim po­my­słem. Roz­mo­wa z Jo­elem – jesz­cze głup­szym. Ale przy­naj­mniej nie by­łam sama w tym sza­le­ństwie. Ro­zej­rza­łam się po miesz­ka­niu. Ci­sza. Brak dra­ma­tów. Tyl­ko kac i świa­do­mo­ść, że mój port­fel prze­ży­je kil­ka dni, mak­sy­mal­nie ty­dzień wi­ęcej dzi­ęki wczo­raj­sze­mu, fi­nan­so­we­mu za­strzy­ko­wi. Po­tem za­cznie wy­sta­wiać anon­se: „Przy­gar­nę gro­sik na krom­kę chle­ba”.

Usia­dłam, wzi­ęłam te­le­fon i za­częłam prze­glądać in­ter­net – z na­dzie­ją, że znaj­dę roz­wi­ąza­nie swo­je­go ży­cia mi­ędzy jed­nym śmiesz­nym me­mem a dru­gim.

Za­częło się nie­win­nie: stro­ny por­no, czy­sta dia­gno­sty­ka po wczo­raj, po­tem ogło­sze­nia to­wa­rzy­skie, a na ko­ńcu… moje zdro­wie psy­chicz­ne było już w sta­nie kry­tycz­nym. Czy­ta­łam i nie wie­rzy­łam. Lu­dzie po­tra­fią pła­cić za zgnia­ta­nie ba­lo­nów. Czym? Nie wiem, ale się do­my­ślam. Do tego spo­ży­wa­nie ogór­ków i in­nych fal­licz­nych pro­duk­tów spo­żyw­czych z nar­ra­cją jak w au­dio­bo­okach; wi­deo z czy­ta­nia pro­gno­zy po­go­dy w la­tek­so­wych ręka­wicz­kach… Było tego pe­łno! Oczy­wi­ście też ta­kie rze­czy, o któ­rych nie chcia­łam na­wet wie­dzieć, ale… kwo­ty, któ­re prze­czy­ta­łam, spra­wi­ły, że pra­wie wy­la­łam na sie­bie kawę. Na­wet mój bank by się ucie­szył. Może na­wet po­gra­tu­lo­wał oso­bi­ście. Bo mo­ni­ty li­stow­ne są już nie­mod­ne.

Zsu­nęłam się z ka­na­py, na­rzu­ci­łam kurt­kę i wy­szłam po je­dze­nie. Czło­wiek z ta­kim ka­cem po­trze­bu­je tyl­ko trzech rze­czy: tłu­ste­go żar­cia, ko­fe­iny i ci­szy. Dwa kro­ki da­lej ta ostat­nia uma­rła. Drzwi otwo­rzy­ły się z hu­kiem.

Pani O'Ma­iley. Ko­cha­na sta­rusz­ka z na­prze­ciw­ka. Ener­gia pi­ęciu espres­so w jed­nym cie­le, ale i plot­ka­ra wszech cza­sów. Cho­dząca Wi­ki­pe­dia cu­dzych dra­ma­tów.

– El­lie, sło­necz­ko! – wy­da­rła się na cały blok.

– Dzień do­bry… – wy­jęcza­łam.

– No pa­trz­cie pa­ństwo, żyje! – ob­wie­ści­ła tak gło­śno, że echo od­po­wie­dzia­ło jej trzy razy. – My­śla­łam, że cię wczo­raj ja­kiś Ro­meo od­wie­dził, bo świa­tła u cie­bie zga­sły o… – Spoj­rza­ła na ze­ga­rek, któ­ry chy­ba nie dzia­łał od dwóch lat. – Nooo… o ja­kie­jś nie­nor­mal­nej go­dzi­nie!

– Było po pó­łno­cy, pani O'Ma­iley…

– Do­kład­nie! – prych­nęła. – Nor­mal­ni lu­dzie wte­dy za­czy­na­ją upra­wiać spor­ty eks­tre­mal­ne, a nie ga­szą świa­tło!

Nie by­łam go­to­wa na fi­lo­zo­fię ży­cio­wą o bzy­ka­niu, ale ona ci­ągnęła da­lej.

– I wi­dzisz, El­lie, ja się o cie­bie mar­twię. – Po­de­szła bli­żej, zaj­rza­ła mi w oczy jak le­karz pierw­sze­go kon­tak­tu, któ­ry ma za mało cza­su i za dużo ener­gii. – Wy­glądasz, jak­by cię ktoś prze­ci­ągnął po żwi­rze.

– Dzi­ęku­ję…?

– To kom­ple­ment, ko­cha­nie. Ja mam do­bre oko do zmęcze­nia. Mój Fred wy­gląda tak co­dzien­nie od pi­ęćdzie­si­ęciu lat.

Nie wie­dzia­łam, czy po­win­nam wspó­łczuć Fre­do­wi, czy po­gra­tu­lo­wać mu wy­trwa­ło­ści. Pani O'Ma­iley cmok­nęła i za­częła ma­chać ręką w moją stro­nę.

– I po­wiem ci jed­no… pach­niesz ka­cem. Ta­kim so­lid­nym. Kac przez duże K.

– Mia­łam… ci­ężką noc.

– Ooo, taką ci­ężką? – Unio­sła brwi, go­to­wa do plo­tek, teo­rii i in­ter­pre­ta­cji bi­blij­nych. – No da­waj! Co się wy­da­rzy­ło? Kto, co, gdzie? Żyję dra­ma­ta­mi mło­dych, bo wła­snych to już nie mam, a co!

– Pani O'Ma­iley… – jęk­nęłam. – Pro­szę… jesz­cze nie. Je­dze­nie. I kawa, dużo wi­ęcej kawy…

– Kawę mam! – Otwo­rzy­ła tor­bę jak ma­gik na sce­nie i wy­ci­ągnęła ter­mos wiel­ko­ści mini ra­kie­ty. – Pa­rzy­łam rano! Moc­na jak moje ma­łże­ństwo!

Po­da­ła mi ku­bek. Na­pi­łam się. Kawa sma­ko­wa­ła jak grom z ja­sne­go nie­ba, sa­dzon­ka pa­pro­ci i tro­chę WD-40… ale dzia­ła­ła.

– Dzi­ęku­ję – mruk­nęłam.

– No! Już le­piej wy­glądasz! – Kla­snęła w dło­nie. – Opo­wia­daj te­raz. Bo ja nie ru­szam po bu­łki, póki nie wiem, co się za­dzia­ło w two­jej mło­dej, nie­spo­koj­nej du­szy.

– Nic szcze­gól­ne­go…

– Ma­le­ńka. – Spoj­rza­ła na mnie po­wa­żnie. – Znam cię le­piej, niż znam sie­bie. Cho­ciaż sie­bie znam sła­bo, bo po sie­dem­dzie­si­ąt­ce pa­mi­ęć mi sia­dła, ale in­tu­icja nie. No już.

Spoj­rza­łam w bok, na jej pa­put­ki w stor­czy­ki. Jed­na skar­pet­ka była fio­le­to­wa, dru­ga w cho­in­ki. Na­wet moje ży­cie mia­ło wi­ęcej spój­no­ści.

– To… dłu­ga hi­sto­ria – wes­tchnęłam.

– Ko­cha­nie, ja mam czas. Fred śpi. Pies nie żyje od trzech lat, ale da­lej śpi w kącie. A sąsiad­ka z trze­cie­go pi­ętra wy­szła z domu, więc nie ma kto mnie wku­rzać. Mów.

– Nie. Se­rio. Naj­pierw mu­szę coś zje­ść.

Pani O'Ma­iley spoj­rza­ła na mnie, po­tem na moje dre­sy, i zno­wu na mnie.

– To cho­dź – po­wie­dzia­ła jak ge­ne­rał przed bi­twą. – Idzie­my po śnia­da­nie. Ale ostrze­gam: je­śli mi­ja­jąc ko­go­kol­wiek, zo­ba­czę smut­ne­go psa, kota albo mężczy­znę, to po­wiem im, że ty pi­szesz ksi­ążki ero­tycz­ne i masz ta­lent, o któ­rym świat po­wi­nien wie­dzieć!

– Pani O'Ma­iley! – jęk­nęłam.

– Co? – Wzru­szy­ła ra­mio­na­mi. – Chcę, żeby lu­dzie wie­dzie­li, że mamy zna­ną pi­sar­kę w bu­dyn­ku. A to nic, że nie czy­ta­łam, pro­mo­wać będę i ko­niec!

Wzi­ęła mnie pod ra­mię jak wła­sną wnucz­kę, któ­ra wła­śnie po­trze­bu­je te­ra­pii, śnia­da­nia i mo­dli­twy. Wy­szły­śmy ra­zem na klat­kę scho­do­wą. Po­mi­mo bólu gło­wy i mie­szan­ki wsty­du po wczo­raj­szej roz­mo­wie, po­czu­łam coś nie­spo­dzie­wa­ne­go – sym­pa­tię. Taką szcze­rą. Bo pani O'Ma­iley była do­kład­nie tym, cze­go mój ka­co­wy po­nie­dzia­łek po­trze­bo­wał. Och. Prze­pra­szam. Mój ka­co­wy wto­rek.

Rozdział 3

Ogłoszenie

Resz­tawtor­ku…cóż.Mo­gła­bym po­wie­dzieć, że prze­ży­łam go god­nie, doj­rza­le i pro­duk­tyw­nie, ale kłam­stwo ma krót­kie nogi, a ja mam za duże su­mie­nie, żeby tak bez­czel­nie kła­mać. Praw­da jest taka, że po po­wro­cie od pani O'Ma­iley skle­iłam się z ka­na­pą jak ta­nia na­klej­ka z au­to­ma­tu.

Le­ża­łam. Od­dy­cha­łam. Uma­rłam trzy razy. I wró­ci­łam do ży­cia tyl­ko po to, żeby zno­wu umrzeć – tym ra­zem z nu­dów i eg­zy­sten­cjal­ne­go prze­grza­nia. Ta­śmo­wo prze­cho­dzi­łam przez wszyst­kie eta­py kry­zy­su:

Może zmie­nię bra­nżę?

Może wy­ja­dę w góry i zo­sta­nę pa­ster­ką?

Może jed­nak wró­cę do Aide­na i zo­sta­nę utrzy­man­ką?

Nie, El­lie, nie je­steś aż tak zde­spe­ro­wa­na.

A może je­steś?

A po­tem – kla­syk. Te­le­fon i scrol­lo­wa­nie. Za­częłam od me­mów, sko­ńczy­łam na fo­rach, któ­re po­win­ny mieć cer­ty­fi­kat: „Uwa­ga, tego nie cof­niesz ze swo­jej gło­wy”. Z ka­żdą chwi­lą my­śla­łam co­raz bar­dziej o tym, że lu­dzie pła­cą za rze­czy, któ­re ja ro­bię przy­pad­kiem, np. na­dep­ty­wa­nie cze­goś w kuch­ni. Gdzieś mi­ędzy jed­nym wes­tchnie­niem a dru­gim ude­rzy­ła mnie myśl tak nie­spo­dzie­wa­na, że od­ru­cho­wo spoj­rza­łam na su­fit, jak­bym mia­ła z kimś ją skon­sul­to­wać: Sko­ro świat jest tak sza­lo­ny… to cze­mu ja mam w nim być je­dy­ną nor­mal­ną? A po­tem przy­szła ko­lej­na: Co mi niby zro­bi los, je­śli spró­bu­ję? W tej se­kun­dzie po­czu­łam w so­bie coś w ro­dza­ju im­pul­su, mie­szan­ki ad­re­na­li­ny i de­spe­rac­kiej twór­czo­ści. Ta­kiej, któ­ra po­ja­wia się tyl­ko wte­dy, kie­dy czło­wiek do­ty­ka dna, ale dno oka­zu­je się spręży­ną.

– Do­bra – po­wie­dzia­łam sama do sie­bie. – Zrób­my to.

I za­bra­łam się za pi­sa­nie ogło­sze­nia. Ero­tycz­ne­go. Chy­ba? Przez chwi­lę sie­dzia­łam z tym otwar­tym no­tat­ni­kiem jak sie­ro­ta emo­cjo­nal­na, któ­ra sama nie wie, czy pi­sze ogło­sze­nie za­wo­do­we, czy za­pro­sze­nie na wła­sny po­grzeb. Ero­tycz­ne? Fe­ty­szo­we? Ar­ty­stycz­ne? Ża­ło­sne? Sama nie wie­dzia­łam.

Mój mózg pro­du­ko­wał po­my­sły jak po­pa­rzo­na fa­bry­ka.

„Zmy­sło­we fil­my na za­mó­wie­nie” – za grzecz­ne.

„Spe­łnię Two­ją fan­ta­zję, na­wet je­śli sama jej nie ro­zu­miem” – za szcze­re.

„Ano­ni­mo­we na­gra­nia, nie­ty­po­we sce­na­riu­sze, bez oce­nia­nia” – zbyt psy­cho­lo­gicz­ne.

Skre­śli­łam wszyst­ko i pod­pa­rłam bro­dę ręką. El­lie, czy ty na­praw­dę wła­śnie przy­go­to­wu­jesz się do pra­cy po­le­ga­jącej na ro­bie­niu… cze­goś… cze­go sama nie je­steś pew­na? Ka­na­pa nie od­po­wie­dzia­ła. Ka­na­pa mia­ła mnie dość. Wes­tchnęłam i za­częłam pi­sać coś bar­dziej… „mo­je­go”.

Tak, jak­bym two­rzy­ła opis do ksi­ążki, tyl­ko za­miast bo­ha­ter­ki ero­tycz­ne­go thril­le­ra – bo­ha­ter­ką by­łam ja. Na żywo. Bez fa­bu­ły. Bez bu­dże­tu. Do­słow­nie. Pal­ce za­częły same pły­nąć po kla­wia­tu­rze:

„Na­gry­wam fil­my we­dług two­ich po­trzeb. Masz nie­ty­po­wą fan­ta­zję, ale bo­isz się ją ko­mu­kol­wiek po­wie­dzieć? Spo­koj­nie – mnie nic nie zdzi­wi. A przy­naj­mniej nic już nie po­win­no”.

Spoj­rza­łam na to. I do­da­łam:

„Dys­kre­cja, ano­ni­mo­wo­ść i odro­bi­na ar­ty­zmu. Je­śli Two­ja wy­obra­źnia od­bie­ga od nor­my – je­steś w domu”.

Pa­trzy­łam na tekst przez chwi­lę, kręcąc gło­wą. To brzmi tak, jak­bym pro­wa­dzi­ła ga­bi­net psy­cho­lo­gii sek­su­al­nej w tan­det­nej części Bro­okly­nu…

Do­da­łam więc jesz­cze jed­no zda­nie, już ty­po­wo moje, to­tal­nie szcze­re:

„Nie wiem, do­kąd zmie­rza moje ży­cie, ale je­śli mogę po­móc ci z Two­im – pisz”.

Okej, to było od­wa­żne i kre­atyw­ne. No i bar­dzo głu­pie, prze­cież w in­ter­ne­cie nic nie gi­nie. Do tego dziw­ne. Do­kład­nie jak­bym opi­sa­ła swo­je ist­nie­nie. Wy­stu­ka­łam świe­żo za­ło­żo­ny mail, we­dług ha­ker­skich pa­ten­tów po­zna­nych dzi­ęki cza­to­wi GPT.

el­lie.se­rvi­ces@swe­et­ma­il.com

Po­pa­trzy­łam na ca­ło­ść. Nie wy­gląda­ło to ani pro­fe­sjo­nal­nie, ani ero­tycz­nie. To krzy­cza­ło z da­le­ka: ELI­ZA­BETH, źle po­stępu­jesz, dziew­czy­no.

Wzi­ęłam głębo­ki od­dech, po­czu­łam, jak w mo­jej czasz­ce dzwo­ni reszt­ka kaca i na­ci­snęłam: OPU­BLI­KUJ.

– No do­bra. Jesz­cze zdjęcie.

Opa­rłam się o opar­cie ka­na­py. Chwi­lę pó­źniej zna­la­złam w swo­im ukry­tym fol­de­rze ja­kieś sta­re soft por­no wy­sła­ne Aide­no­wi na po­cząt­ku zna­jo­mo­ści.

El­lie, two­je ży­cie wła­śnie skręci­ło w stro­nę au­to­stra­dy „nie mam po­jęcia, co ro­bię”.

I, co gor­sza, po­czu­łam w so­bie coś jesz­cze: eks­cy­ta­cję. Taką ma­lut­ką, wsty­dli­wą, ero­tycz­ną nut­kę na myśl, że ktoś tam, po dru­giej stro­nie in­ter­ne­tu, być może wy­obra­zi so­bie… mnie.

Pa­trzy­łam jesz­cze chwi­lę na to ogło­sze­nie, na ten mail i na wła­sne od­bi­cie w ekra­nie.

– Gra­tu­la­cje, El­lie – po­wie­dzia­łam pó­łgło­sem. – Ofi­cjal­nie zro­bi­łaś pierw­szy krok, żeby two­ja mama mo­gła kie­dyś po­wie­dzieć: „Moja cór­ka pra­cu­je w bra­nży fil­mo­wej” i na­wet nie skła­mać.

Prze­ta­rłam twarz dło­ńmi.

A je­śli ju­tro nikt nie na­pi­sze, to naj­wy­żej zo­sta­nę… nie wiem. Te­ster­ką ko­łder? In­struk­tor­ką od­de­chu? Do­rad­cą do spraw żali i pier­dół? Albo za­ko­pię się w ogród­ku pani O'Ma­iley i nikt mnie nie znaj­dzie…

Mój kot tyl­ko mruk­nął z fo­te­la, jak­by chciał po­wie­dzieć: „Za­cznij od umy­cia wło­sów”.

– Za­mknij się, Plot Twist – syk­nęłam. – Ty na­wet kupy nie za­sy­pu­jesz wła­ści­wie, a ja mam tu do pod­jęcia po­wa­żne de­cy­zje ży­cio­we.

Za­wi­nęłam się w koc i po­my­śla­łam, że je­śli moje ogło­sze­nie prze­czy­ta ja­kiś psy­cho­log, to pew­nie uzna, że po­trze­bu­ję te­ra­pii. Albo eg­zor­cy­sty. W ka­żdym ra­zie – tak za­ko­ńczy­łam wto­rek. Z ka­cem, wsty­dem, no­wym ma­ilem i je­dy­ną my­ślą: „Jak świat nie da mi szan­sy, to sama ją so­bie stwo­rzę”. I wte­dy za­snęłam. Jak kró­lo­wa głu­pich po­my­słów. Z dumą.

Obu­dził mnie dźwi­ęk po­wia­do­mie­nia. Taki, któ­re­go nie­na­wi­dzę naj­bar­dziej. Taki, któ­ry ko­ja­rzy mi się tyl­ko z od­rzu­ce­niem, po­praw­ka­mi i „Eli­za­beth, mu­si­my po­roz­ma­wiać”. Wy­ci­ągnęłam rękę po te­le­fon jak zom­bie po mó­zgi.

– Ruby… nie dziś – wy­mam­ro­ta­łam.

Klik­nęłam po­wia­do­mie­nie. Za­ma­rłam. To nie Ruby. Nie Jo­na­than. Nie wy­daw­nic­two. To był… nowy mail. Na nowy ad­res. Na ten, któ­ry za­ło­ży­łam kil­ka go­dzin wcze­śniej, jako żart, eks­pe­ry­ment i de­spe­ra­cję w jed­nym. Otwo­rzy­łam. Czy­ta­łam… I po­wo­li za­częłam otwie­rać oczy co­raz sze­rzej.

Od:fan.owo­[email protected]: el­lie.se­rvi­ces@swe­et­ma­il.comDzień do­bry,po­trze­bu­ję fil­mu na ju­tro wie­czo­rem.Chcia­łbym, aby Pani go­ły­mi sto­pa­mi ugnia­ta­ła doj­rza­łe ba­na­ny, po­mi­do­ry i ar­bu­za.Z lek­kim jękiem.Pro­szę o za­an­ga­żo­wa­nie i do­kład­no­ść.Jaką kwo­tę Pani pro­po­nu­je?

Za­trzy­ma­łam się. Prze­wi­nęłam do góry. Prze­wi­nęłam do dołu.

– CO. DO. CHO­LE­RY.

Usia­dłam na łó­żku jak po eg­zor­cy­zmach. Ktoś na­praw­dę mi to na­pi­sał. I co gor­sza – ktoś na­praw­dę my­ślał, że ja wiem, jak „z za­an­ga­żo­wa­niem” ugnia­ta się po­mi­do­ra sto­pą. Zła­pa­łam się za gło­wę i par­sk­nęłam śmie­chem: No nie, El­lie… no nie mów, że to się wła­śnie dzie­je. Że to two­je ży­cie. Że… ba­na­ny?! Prze­szłam od szo­ku do śmie­chu, od śmie­chu do stra­chu, od stra­chu do… cie­ka­wo­ści. Naj­bar­dziej de­struk­cyj­nej ce­chy, jaką po­sia­dam.

Otwo­rzy­łam prze­glądar­kę. Wpi­sa­łam: „cru­shing fe­tish pri­ce list”. To, co zo­ba­czy­łam… Gdy­bym mia­ła pe­ru­kę, spa­dła­by mi z gło­wy. Lu­dzie pła­ci­li tyle, ile moje wy­daw­nic­two NIE za­pła­ci­ło mi od pół roku. Przez mi­nu­tę sie­dzia­łam z usta­mi otwar­ty­mi jak okno w prze­ci­ągu.

Nie wie­rzę… Na­praw­dę są tacy bo­ga­ci sza­le­ńcy… I JA… mogę być ich do­staw­cą ba­na­no­wych emo­cji?

Za­mknęłam kciu­ki na kla­wia­tu­rze i od­pi­sa­łam:

Od: el­lie.se­rvi­ces@swe­et­ma­il.com Do: fan.owo­[email protected]$

Po mi­nu­cie mia­łam od­po­wie­dź:

Od: fan.owo­[email protected] Do: el­lie.se­rvi­ces@swe­et­ma­il.comPo­twier­dzam. Cze­kam ju­tro wie­czo­rem. Prze­lew po otrzy­ma­niu na­gra­nia.

Wpa­try­wa­łam się w te­le­fon i je­dy­ne, co przy­szło mi do gło­wy, to: No świet­nie… El­lie, do­sta­łaś wła­śnie pierw­sze za­mó­wie­nie na pro­fe­sjo­nal­ne zgnia­ta­nie owo­ców sto­pa­mi. Po­czu­łam dziw­ny dreszcz. Nie był to strach czy wstyd. To była… eks­cy­ta­cja.

– No do­bra… – Uśmiech­nęłam się do sie­bie. – Chy­ba mu­szę pó­jść na za­ku­py. Spo­żyw­cze.

Co­py­ri­ght © by P.A. DZIEN­NIK Co­py­ri­ght © by Moje Wy­daw­nic­two All ri­ghts re­se­rved · Wszyst­kie pra­wa za­strze­żo­ne Re­dak­cja: Sara Rze­czyc­ka Ko­rek­ta: Agniesz­ka Li­szow­ska Skład i ła­ma­nie tek­stu: K&K De­si­gner Pro­jekt gra­ficz­ny ksi­ążki: K&K De­si­gner Po­my­sł na okład­kę: MOJE WY­DAW­NIC­TWO ISBN Pa­pier: 978-83-68837-25-4 ISBN Ebo­ok: 978-83-68837-26-1 ISBN Au­dio: 978-83-68837-27-8

Moje Wy­daw­nic­two

Stro­na: www.mo­je­wy­daw­nic­two.plEma­il: wspol­pra­ca@mo­je­wy­daw­nic­two.plIn­sta­gram: mo­je­wy­daw­nic­twoX: mo­je­wy­daw­nic­twoTik­Tok: moje.wy­daw­nic­twoFa­ce­bo­ok: mo­je­wy­daw­nic­two