Uzyskaj dostęp do tej i ponad 240000 książek od 14,99 zł miesięcznie
Cztery nowelki grozy, które mogą przestraszyć, rozśmieszyć lub przyprawić o mdłości.
UWAGA - DOZWOLONE OD 18 LAT, SZCZEGÓLNIE NOWELA "PO NITCE DO ŚMIERCI"
1. Gawędy, od których nawet duchom cierpnie skóra - sałatka z makabreski i humoreski podlana cynicznym sosem. Proszę się częstować.
2. Portret damy w czerwieni - w domu popadającego w paranoję po odejściu żony pisarza i poety pojawia się tajemniczy portret. Czy dama w czerwieni jest jedynie wytworem chorej wyobraźni Szymona Rysia, czy też istnieje naprawdę? Klasyczny horror inspirowany "Portretem Doriana Graya" z domieszką romansu, komedii i szczyptą poezji.
3. Po nitce do śmierci - w starej, opuszczonej posiadłości pośród wrzosowisk w środku nocy budzi się zdezorientowany mężczyzna. Nie ma pojęcia kim jest i gdzie się znajduje. Jaka tajemnica łączy go z upiornym domem?
4. Smutny mały Mikołaj - krótki, ale soczysty horror z odrobiną dramatu i czarnego humoru.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 143
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Jarosław Kończak
Kutno, dn. 01.09.2026
NOWELKI NA DESER
OPOWIADANIA GROZY Z PRZYMRUŻENIEM OKA
GAWĘDY, OD KTÓRYCH NAWET DUCHOM CIERPNIE SKÓRA……………….3 PORTRET DAMY W CZERWIENI………………….………………………………..20 PO NITCE DO ŚMIERCI……………….………………..……………………………73 SMUTNY MAŁY MIKOŁAJ……………………………………………………………94
UWAGA! OPOWIADANIA DOZWOLONE OD LAT 18, SZCZEGÓLNIE „PO NITCE DO ŚMIERCI”.
ilustracje oraz okładka tworzone przez autora przy użyciu S.I.
Jarosław Kończak
Kutno, dn. 08.11.2025
GAWĘDY, OD KTÓRYCH NAWET
DUCHOM CIERPNIE SKÓRA
SUSZENIE KOŚCI
Na wampira czosnku ząbek -
jest skuteczny i niedrogi.
Zerwij go ze swoich grządek,
diabłu z dupy wyrwie nogi.
Srebro rani wilkołaka,
duch ucieka przed kropidłem,
zaś syn pana Popielaka
czuje wielki strach przed mydłem.
Strzyga nienawidzi wody,
kocią ma alergię zmora.
A ja własne mam metody
na każdego złego stwora.
Szalejąca nad Jodłową Puszczą burza urządziła sobie nocne party iluminowane błyskawicami przy dźwiękach piorunowej orkiestry z Jowiszem w roli dyrygenta. Tak rozgniewanego boga piorunów nie pamiętał nawet emerytowany gajowy Wojtaszek, choć był już tak stary że wypadło mu prawe oko i przednie zęby, a spać musiał z podkurczonymi nogami, gdyż w takiej niewygodnej pozycji zaskoczyło go zwapnienie kości. Nad rozstajnymi drogami nocne niebo zasnuły czarne chmury z których bezlitośnie siekł deszcz tak rzęsisty, że nie dostrzegłeś nawet własnych myśli. Każdy człowiek z odrobiną rozumu we łbie siedział w taki niespokojny czas w swojej chałupie i nie wychylał nosa za próg. A jednak… posłuchajcie wraz ze mną przez chwilę… tak, uszy mnie nie zawodzą. Znalazł się zapóźniony wędrowiec, który wyrzekając na los brnie przez błoto, ze złością rozchlapuje kałuże i rozgląda się za suchym miejscem, by przeczekać nawałnicę .
- Wrrr… futro mi całkiem zamoknie i będę śmierrdział jak nasiąknięty dywan-
żalił się gderliwy głos - dla żab i rrropuch dobrra taka pogoda, nie dla uczciwego
wilkołaka! Och, ale cóż to? Czy mnie oczy nie mylą? Błyskawica rozświetliła na moment nocne niebo, ukazując ożywionym nagłą nadzieją wilczym ślepiom otwór w skale, prowadzący do niewielkiej jaskini.
- Jeśli w tej jaskini siedzi niedźwiedź, to niech wie że nie mam dzisiaj ochoty na
żarrty! - zawołał groźnie wilkołak i nasłuchiwał czujnie, gotów w każdej chwili do
ucieczki - nie ma nikogo? Ostatnia szansa! Wchodzę! Jaskinia była niewielka, ale przytulna i zupełnie niezaniedźwiedziona. Nieumarły westchnął z ulgą i usiadł przy wejściu opierając łeb o zimne kamienie.
- Brrr! Czemu nikt nie nauczył mnie rrozpalania ognia, kiedy jeszcze biegałem
jako śliczne pacholę po tym łez padole? - niechcący zrymował wilkołak i zaklął ze
złości na własną nieuwagę, gdyż nieumarli brzydzą się dziecięcymi rymowankami,
prezentami pod choinkę, niebieskimi jednorożcami i chińską porcelaną. Nagle wejście do jaskini przesłonił czarny cień!
Likantrop zerwał się na równe łapy, a w oślepiająco białym świetle rozpłomienionego nieba drapieżnie błysnął wysunięty ostrzegawczo pazur.
- Czy wydaje mi się, czy ktoś w tej pieczarze wierszem gada? -
zgorzkniały ton głosu przybysza sugerował, że jego właściciel nie tylko nie
spodziewa się zaproszenia, ale jest pewny że zostanie plugawie zwyzywany, oberwie
kijem przez grzbiet, a na koniec jako darmowy bonus obłożą go klątwą.- A ty coś za jeden? - warknął wilkołak - jeszcze nie widziałem takiego dziwoląga,
nawet kiedy biegałem po Syberii z watahą Bezbożnego Grriszy.
- A jam takiego chama jeszcze nie słyszał - odparowało wysokie,
przeraźliwie chude straszydło odziane w czerwoną, kraciastą koszulę i stare
dżinsowe portki.
Przednie zęby wielkości klawiszy klawesynu wystawały jak u zająca i całkiem zakrywały dolną wargę i kawałek podbródka. Okrągłe, wytrzeszczone oczy, byle jak zawiązany krawat i słomiany kapelusz z zatkniętym kogucim piórem upodabniały go do stracha na wróble. Niezdrowa cera w kolorze bagnistej zieleni i wrażenie ogólnego zdrewnienia upiększały całość liftingiem w stylu uduszonego Pinokia.
- To tak się wędrowców o schronienie przed burzą proszących wita
w tych stronach, futerkowy odmieńcze? Wstyd. Sromota - zagrzmiał
przybysz na zakończenie słownego pojedynku, aby podkreślić że to on wygrał w nim
bezapelacyjnie.
Wilkołak obojętnie podrapał się w ucho tylną łapą, ziewnął i położył się kładąc łeb na przednich łapach.
- To nie moja jaskinia - szczeknął wyzywająco - i chyba nie wyglądam na lokaja?
Jeśli chcesz wejść to droga wolna. Przynajmniej tu sucho, chociaż brrrakuje ognia do rrozgrzania kości i wysuszenia futrra.
Chudzielec z wdzięcznością usiadł obok wilkołaka i od razu przysunął się jak najbliżej, pragnąc odrobiny ciepła po przesiąkającej przez ubranie kąpieli na zewnątrz. Nie zanotował protestu, więc przytulił się do miękkiego futra.
- Tylko sobie nic nie wyobrrażaj - ostrzegł wilkołak - to tylko żeby się ogrzać,
jasne?
- Moje płemię rozkoszy ciełesnych nie jest świadomym - pokręcił głową
tajemniczy, zgorzkniały przybysz - nie obawiaj się moich chuci, cny
wyłkołaku.
- O? - wyraźnie zdziwił się zmiennokształtny - no to jak, no wiesz… rrobicie więcej
współplemieńców?
Odpowiedzią była lodowata cisza, która zawisła nad łbem wilkołaka jak ciężki sopel gotowy w każdej chwili odłamać się i przebić jego ciekawski łeb. Stanowczo bezpieczniej było trzymać kaganiec ma kłódkę.
- Gdybym nawet hubkę i krzesiwo miał w swojem posiadaniu, i tak
nie budziłbym ze snu podstępnego żywiołu - zadrżał tknięty złym
wspomnieniem przybysz, wracając do rozmowy o rozpalaniu ogniska - płomień
jest zły, płomień parzy. U mnie niedobre o ogniu wspomnienie. Czy
dobrze widzisz w ciemności, wyłku?
- Wyłku? - nie zrozumiał nieumarły.
- No przecież mówię. Wyłku.
- Ach, chodzi ci o wilka - domyślił się wreszcie likantrop - tak, widzę po ciemku i to
lepiej niż w dzień. A kiedy nadchodzi pełnia, mój wzrok przenika kamień i stal, a ludzie skrzyżowawszy ze mną spojrzenia sami przyprrawiają się majerrankiem i nadziewają na rrrożen.
- Kłamiesz jak pies, wyłku.
- Urrrozmaicam rrozmowę - wzruszył ramionami wilkołak - zaczynało wiać nudą. Przybysz podwinął rękaw.
- Tym oto odrażającym znamieniem bezlitosny żywioł naznaczył
mnie po kres żywota - oznajmił głosem ociekającym pretensją do świata i zaprezentował obnażone do łokcia ramię.
- WAAAUUUUHUUUU! - zawył przestraszony wilkołak na widok poczerniałego,
spalonego mięsa przyczepionego do nagiego piszczela jak gąsienica do gałązki i zasłonił się odruchowo ramieniem.
- Odrażające, czyż nie? Uczynił mi to ognisty żywiołak z czeluści
przywołany przez nieodpowiedzialne pacholęta igrające z czarną
magią. Przy okazji, jam Łeśne Łycho.
- To twoje imię? Grrroteskowe - zdziwił się wilkołak - możesz do mnie mówić
Benito.
- A do mnie możesz mówić Łycho.
Zdawało się że leciutki wietrzyk powiał przez jaskinię i dał się słyszeć cichy, nieśmiały szept; - Czy można? Zimno mi i mokro… Appsik!
- Duch! - zawył przerażony wilkołak - moje serrrce! To chyba zawał!- Za życia miałam na imię Jadwiga - grzecznie oznajmił duch dziewczynki znienacka
pojawiając się pomiędzy nowymi znajomymi - dzień dobry Panom… to znaczy
Państwu.
Duszek zawisł metr nad ziemią, oczekując zaproszenia do kompanii.
- Przyjmijmy ją - poprosiło Leśne Licho - groźnie nie wygląda,
nieszczęsne pacholę.
- Czemu nie - odparł sarkastycznie Benito - i tak już tu ciasno jak w kostnicy w
czasie pandemii.
- Apsik! - kichnął duch.
- Na zdrowie! Zapadłaś na zdrowiu, zacna dziecięca duszyczko? -
zatroskało się Licho.
- To trochę krępujące - zaszemrał upiór, przykucając na sinych piętach - cierpię na
nadmierną cielesność.
- Ciełesność?
- Tak, powinnam być niczym delikatna mgiełka nad powierzchnią lustra, a widzi mnie
każdy śmiertelny - pociągnął nosem duch - do tego mogę się skaleczyć, nabić
guza… Apsik! O, już fię zafyna - łapię katar od zimnego. Pozwolicie, fe powifę fobie
pod fufitem?
- Czuj się jak u siebie w grrobie. Pewnie też nie potrafisz rozpalić ogniska?
Chętnie wysuszyłbym futro.
- Ogień nie jest przyjacielem nieumarłych - mała martwa Jadzia pokręciła głową z
dezaprobatą - mam szybszy i bezpieczniejszy sposób, żeby pozbyć się nadmiaru
wilgoci. Każde z nas opowie najbardziej przerażającą historię widzianą na własne
oczy. Gwarantuję, że ze strachu wypocimy każdą kroplę wody i w ciągu godziny
będziemy suszy… suszi… to znaczy susi.
- Zgoda! - huknęło zadowolone Licho, aż echo poszło po puszczy, płosząc stado
wielkouchych gacków - Jadwisiu, opowiadaj!- A może ja rrrozpocznę - zaofiarował się Benito - akurat mam na podorrędziu
ciekawą historrię, którra jednocześnie jest moją własną. Zgoda?- Jasne, wilczku! Apsik! Snfff.
- Masz moją aprobatę.
- To krrótka opowieść o tym, jak doszło do tego, że zamieniłem się w wilkołaka.
Zatytułowałem ją…
