Uzyskaj dostęp do tej i ponad 240000 książek od 14,99 zł miesięcznie
Wzruszająca, piękna i momentami zabawna, a w innych fragmentach przerażająca opowieść o dziewczynce porzuconej zaraz po urodzeniu przez wyrodnych rodziców. Dziewczynka przeżyła tylko dzięki szczurom i próbuje znaleźć swoje miejsce we wrogim świecie. Po kryjomu opiekuje się nią zbuntowany anioł stróż, Natal oraz litościwa i odważna Jola, piękna przedszkolanka. Sytuację komplikuje wojna, która wybucha w Edenie między zwolennikami starego i nowego Boga...
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 121
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Ziewnęłam i otworzyłam jedno oko, w drugim skleiła mi się powieka. Przez szparę w rozsuniętych zasłonach nieśmiało przecisnął się promyk wschodzącego słońca i spenetrował pokój, który przypominał pobojowisko. O rety! Musiałam być wczoraj naprawdę skonana, skoro nieświadomie przespałam całą noc. Ostrożnie przestąpiłam śpiącą jak suseł Kasandrę i udałam się do łazienki z mocnym postanowieniem, że dzisiaj będę twarda i opatrzę córce ranę na dłoni. Będę bezwzględna. Nie ominie jej także pożywny rosołek ani kąpiel od stóp do głów. Jeśli wygospodaruję chociaż godzinę dla siebie, spróbuję znaleźć w necie cokolwiek o aniołach, co nie zalatuje na kilometr fejkiem. Cholera! Zapomniałam o psiej kupie na dywanie i wyłożyłam się haniebnie. Na szczęście nie upadłam na twarz - posiniaczyłam nieco mniej wrażliwe na stłuczenia, choć bardziej kościste rejony.
- Tutaj jesteś, gagatku!
Wesoły psiak z brązową łatką na oku merdał zawzięcie króciutkim ogonem i wpatrywał się we mnie, dysząc z podniecenia i wysuwając różowy ozorek. Kiedy dotarło do niego że jest w centrum zainteresowania, zaskomlał ze szczęścia i odstawił dziwaczny breakdance na dywanie. Występ jednego aktora zakończyła groteskowa walka z tylną łapką, która najwyraźniej wyrwała się spod kontroli. Pogroziłam Brązowemu palcem i wtedy ze zgrozą dostrzegłam drugą kupę na progu kuchni.
- No tak, recydywista - podniosłam winowajcę za skórę na grzbiecie i groźnie
popatrzyłam prosto w błyszczące ślepka - czy myślisz że mój dywan to publiczna toaleta? Tak? Powiem ci jedno, łobuzie - kara cię nie ominie.
Mały chuligan wybałuszył oczy i wyciągnął szyję usiłując za wszelką cenę polizać mnie po nosie. Zaśmiałam się całkowicie rozbrojona i pocałowałam go prosto w jego czarny, wilgotny i ciągle drgający nosek. Szczeniak otrząsnął się po mojej pieszczocie i kichnął jak z armaty. Postawiłam go na podłodze, odmaszerował chwiejnie jak kapitan piratów po spożyciu śniadania złożonego ze śledzia i dwóch butelek rumu.
- Musimy koniecznie wymyślić wam jakieś imiona - mruknęłam, ale w myślach
układałam już dzisiejszy plan zajęć.
Rozpoczynał się zwykły dzień pracy gospodyni domowej. Posprzątałam psie kupy i ukryłam przed ludzkim wzrokiem makabryczne szczątki misia Colargola, po drodze otulając dokładniej kocem moją Kasandrę. Podgrzałam wczorajszy rosół i zaniosłam do pokoju, obmyślając po drodze menu na kilka następnych dni i układając listę najniezbędniejszych zakupów. Sprawdziłam co jeszcze pozostało do opłacenia - czynsz, prąd, woda, gaz, telewizja, internet, streaming, telefon? Coś kurwa pominęłam? Chyba nie, bo na koncie jak co miesiąc została mniejsza część wypłaty. Diabli mnie biorą od tych rachunków. Dobra, co jeszcze… Telefon do Bartka? Nie, przełożę na jutro, są ważniejsze sprawy. Zakupy w markecie, spacer z pieskami, telefon do Krystyny jako uderzenie wyprzedzające, żeby broń Boże nie przyszło jej do głowy wpaść z wizytą… nie, to też przełożę na jutro… dzisiaj nikomu nie otwieram drzwi i już. Oho, ktoś się przebudził! Kasandra przeciągnęła się jak kotka, a ujrzawszy się w nieznajomym otoczeniu przerażona dała nura pod kanapę. Biedactwu wyleciały z głowy wczorajsze wydarzenia, uspokoiła się dopiero na mój widok.
- Twoja pierwsza noc w prawdziwym domu - wyciągnęłam do niej dłoń z uśmiechem -
jak się spało? Miewasz w ogóle sny, maleńka?
Kasandra starannie obwąchała moją dłoń i próbowała zajść mnie od tyłu, ale spotkała się ze stanowczym protestem:
- Tam nie! Nie jesteśmy zwierzątkami - powiedziałam głosem nie uznającym sprzeciwu
i wzięłam córkę na ręce.
Ważyła tyle co pluszowy miś, więc łzy znów stanęły mi w oczach. Posadziłam ją przy stole i przylałam ścierką czarnemu szczeniakowi, który przykucnął na dywanie z niecnymi zamiarami. Zaskomlał z wyrzutem i uciekł pod kanapę, gdzie spokojnie zrobił kupę nie niepokojony przez szaloną wiedźmę wymachującą ścierką.
- Nie dostaniecie śniadania, dopóki nie będę gotowa wyjść z wami na spacer.
Obesrańce! Fąfle! Gałgany! - warknęłam zaczynając czuć autentyczną złość, choć przyprawioną szczyptą rozbawienia.
Pobiegłam do kuchni, gdzie pykał sobie wesoło kolejny raz odgrzewany rosół i zaniosłam parujący talerz na stół, z nadzieją że tym razem nic mi nie przeszkodzi w śniadaniu. Zdjęłam z blatu spacerującą Kasandrę i spróbowałam karmić ją łyżką, ale o mało nie połamała sobie na niej zębów. Chyba myślała że dałam jej przekąskę z jakiegoś dziwacznego gnata.
- No dobrze - westchnęłam - skoro nie pojmujesz koncepcji jedzenia łyżką, zrób to po
swojemu. Ale tylko tym razem! - pogroziłam jej palcem i bezsilnie opadłam na oparcie krzesła.
Kasandra chłeptała łapczywie zupę językiem jak wygłodniały pies, a ja myślałam o morderczej pracy, jaka czeka mnie później przy kąpieli tego biedactwa. Zastanawiałam się ironicznie, czy obejdzie się bez wcześniejszej zgrubnej obróbki przy pomocy kilofa, struga i pilnika. Wprawdzie Kasandra czasem zdrapywała z ciała błoto i myła się językiem na wzór kotów, ale mimo to zdawało się że brud na amen wżarł się jej w skórę.
- Rosół - wskazałam talerz palcem, pomyślawszy że każdą okazję warto wykorzystać
na naukę języka - rosół. Zupa.
Dziewczynka spojrzała na mnie nie przerywając jedzenia. Z pewnością nie znała do tej pory smaku domowej kuchni, bo w oczach odbijała jej się czysta rozkosz. Pogładziłam się dłonią po brzuchu i mlasnęłam językiem.
- Dobra - powiedziałam, przewracając oczami z uwielbieniem - dobra zupka. Dobra.
Dobra. Dobra. Ciamciam. Mlask.
Kasandra przypatrywała mi się w skupieniu.
- Dobra - powtórzyła z namysłem - dobra. Zupka dobra. Jola… Jola dobra.
- Brawo! - ucieszyłam się - dobrze kojarzysz, córeczko. A teraz poznamy coś zupełnie,
ale to zupełnie nowego…
Prezentacja sedesu odbyła się bez ekscesów i zbędnej wrogości. Kasandra najwyraźniej skojarzyła ubikację z wodopojem, gdyż ugasiła w niej pragnienie. No nic… zaczekajmy, aż będzie miała potrzebę - najlepsze efekty przynosi nauka praktyczna.
- Muszę teraz nakarmić pieski i wyjść z nimi na spacer - zaczęłam tłumaczyć swoje
zamiary, bez żadnej nadziei na zrozumienie - na pół godziny zamknę cię w mieszkaniu. Nie narozrabiasz, prawda? Jesteś grzeczną dziewczynką?
- Nie narozrabiasz? - odparła Kasandra bezmyślnie jak papuga, spojrzała na mnie ze
smutkiem tymi wielkimi, granatowymi oczami i zwinęła się w kłębek na podłodze.
Jeśli kiedykolwiek przeczytasz ten pamiętnik, Natalu, z pewnością wzruszysz się moimi wzlotami i upadkami, morderczą pracą i wspaniałą nagrodą, jaką było codzienne przebywanie z córką. Nie wiem czym zasłużyłam na to wyróżnienie, że dane mi było poznać was oboje.
Kiedy wróciłam z pieskami ze spaceru, Kasandra smacznie spała w tej samej pozycji, w której ją zostawiłam. Słodkie, kochane dziecko.
