To, co przemilczane - Maja Kołodziejczyk - ebook
NOWOŚĆ

To, co przemilczane ebook

Kołodziejczyk Maja

5,0

Opis

Książka z malowanymi brzegami w Twardej Oprawie

 

Sonia i Klara pochodzą z różnych warstw społecznych. Można powiedzieć, że nigdy nie powinny były się poznać. Mimo to los nieustannie splatał ich ścieżki. Najpierw połączyła je wspólna strata. Później makabryczne odkrycie. W ten oto sposób już jako młode kobiety pod osłoną nocy ruszyły na stary cmentarz. To Sonia niosła łopatę. Sonia wpadła na pomysł rozkopania dwóch grobów. I Sonia wymyśliła, jakie ślady pozostawią na miejscu. Ale Klara nie protestowała. Klara dorównywała towarzyszce kroku. I Klara pomogła kopać.

Obie wiedziały, że w trumnach nie zastaną tego, co głosiły tabliczki. Miały również świadomość, iż uwięziony człowiek wciąż liczy na ich pomoc.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows

Liczba stron: 653

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
5,0 (1 ocena)
1
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
Pomponikk66
(edytowany)

Nie oderwiesz się od lektury

WoW 🤯 Co to była za historia... Polecam bardzo każdemu kto lubi zagłębić się w bardzo złożone thrillery psychologiczne. Przyznam szczerze że poprzednia książka autorki nie zrobiła na mnie wrażenia tak jak 🔥TA🔥 Ciekawie skonstruowane bohaterowie, dobrze napisana cała historia, wciągająca od pierwszych stron. 💙 Czytajcie
00



To, co przemilczane

Maja Kołodziejczyk

I

Hieny cmentarne

Stara furtka zaskrzypiała pod naciskiem bladej dłoni. Podeszwy ciężkich trzewików nieco grzęzły w błotnistym podłożu. Nie zniechęcało to jednak dwóch osób, które pod osłoną nocy wkroczyły na teren cmentarza. Już za dwa dni to miejsce rozświetlić miały wielobarwne znicze, ale teraz panowała tu całkowita ciemność. Kobiety musiały więc zadowolić się starym lampionem. Niższa z nich uniosła skraj spódnicy i hardo ruszyła przed siebie. Nie zważała na chłód czy wilgoć. Nie przeszkadzał jej kaptur ani szal, którym zasłoniła usta. Jeszcze nigdy tak twardo nie obstawała przy swoim.

– Jesteś pewna, że powinnyśmy to robić? – padło pełne zwątpienia pytanie.

Sonia obejrzała się przez ramię, aby spojrzeć na stojącą tuż za nią postać. Wyższa blondynka tak szczelnie opatuliła twarz szalikiem, że w mroku można było dostrzec jedynie jej oczy. Oddychała ciężko, próbując całą energię skupić na niesieniu łopaty owiniętej płóciennym workiem. Znały się już wiele lat, ale nigdy nie podejrzewały, że zostaną uwikłane w tak absurdalną sytuację.

– Oni nie mogą wygrać, Klaro. Skrzywdzili zbyt wiele osób. Pomyśl o sobie, pomyśl o mnie i o tym, co dzieje się w tym cholernym domu. Przecież tam jest uwięziony człowiek!

Argumenty Soni trafiały do Klary. Podziwiała dziewczynę za odwagę i determinację. Los niejednokrotnie wystawiał ich znajomość na próbę, zawsze jednak kończyły razem.

– Wiem, wiem… – wyszeptała i odruchowo się rozejrzała, żeby mieć pewność, że są same. – Po prostu się boję.

Sonia patrzyła na nią łagodnie. Wiedziała, że ten czyn dużo kosztuje Klarę. Nie wychowywano jej do robienia takich rzeczy. Mimo to zawsze dawała radę sprzeciwiać się konwenansom.

– Czego się boisz? Wysiłku? Poradzimy sobie. Przy kopaniu będziemy się zmieniać. Musimy tylko udowodnić, że trumny są puste.

Klara wstrzymała oddech. Ciepłe światło odbijało się w zielonych oczach towarzyszki. Miała wrażenie, że widzi w nich zagrzewające do walki płomienie.

– Boję się, że coś w nich jednak będzie.

Zapadła cisza zakłócana tylko przez nikłe powiewy wiatru. Otaczające cmentarz wysokie drzewa zdawały się wyczuwać napiętą atmosferę. Szeleszczące liście przygrywały złowieszczą melodię, a cieńsze gałęzie tańczyły w jej rytm.

– Dlatego tym bardziej musimy to sprawdzić – powiedziała twardo Sonia.

– Myślałaś o tym, co powiedzą ludzie, gdy zobaczą, że groby są rozkopane? Jutro w miasteczku zacznie się dramat.

– Wiem, a to dopiero początek. – Kącik ust Soni nieznacznie się uniósł. – Najpierw chłopiec czy dziewczynka?

– C-co? – Głos Klary wyraźnie zadrżał.

– Pytam, od którego grobu chciałabyś zacząć.

Czternaście lat wcześniej

Dziewięcioletnia Sonia doskonale zdawała sobie sprawę z faktu, że życie nie jest sprawiedliwe. Siedziała na bruku, w milczeniu obserwując przechodzących uliczką ludzi. Wszyscy się dokądś spieszyli. Szczupła kobieta w długiej spódnicy mocno ściskała rękę córki, upominając dziewczynkę, aby ta nie rozglądała się na boki. Wysoki jegomość w cerowanym surducie nawoływał przechodniów, aby spojrzeli na jego towary. Stara biżuteria, zegarki, kieliszki i inne rodzinne pamiątki skutecznie przyciągały wzrok, bo faktycznie kilka osób przystanęło przed rozłożonymi na gazetach bibelotami. Grupka dziewcząt żywo o czymś dyskutowała, niosąc wiklinowe kosze z zakupami. Wystawały z nich bochenki świeżego chleba, na których widok Sonia odczuła dokuczliwe ssanie w żołądku.

W pewnym momencie na końcu uliczki dostrzegła poruszenie. Kroczył nią ksiądz w towarzystwie jakiegoś młodszego pomocnika, którego funkcji dziewczynka nie potrafiła określić. Zauważyła jednak, że na widok kapłana nastąpiła zmiana w zachowaniu przechodniów. Kobiety się zatrzymywały, aby pozdrowić go ciepłym uśmiechem i powiedzieć mu kilka miłych słów. Mężczyźni zdejmowali kapelusze i z szacunkiem kiwali głowami. Ojciec Soni zawsze powtarzał, że duchowni dbają o reputację. Chcieli, aby uważano ich za miłosiernych, ponieważ właśnie tym zyskiwali sobie sympatię wiernych.

Nieuchronnie zbliżał się moment, w którym dziewczynka powinna wyciągnąć dłoń. To zadanie było proste: wystarczyło wlepić wzrok w podłoże i nasłuchiwać, czy ktoś postanowi rzucić jej monetę. Chociaż Sonia robiła to już wiele razy, nienawidziła żebrać. Wciąż miała dziwne opory. Jakby ta pozornie prosta czynność odzierała ją z godności. Po cichu liczyła, że nie będzie musiała niczego robić. Nie chciała wyciągać ręki i wypowiadać tych upadlających błagalnych słów. Skoro kapłan faktycznie był taki miłosierny, powinien sam z siebie ulitować się nad potrzebującym dzieckiem. Ten jednak nawet na nią nie ­spojrzał. Minął ją tak, jakby była nieodzownym elementem tej brudnej uliczki. Latarnią. Zmiętym kawałkiem papieru. Wytartym szyldem starego sklepu. Szczurem przyczajonym między budynkami. Sonia obserwowa­ła, jak postać duchownego powoli znika jej z pola widzenia. Żałowała, że nie odważyła się go zaczepić. Jeśli wieczorem ojciec postanowi ich rozliczyć, znowu będzie na nią zły.

Dziewczynka okryła się dokładniej szarym swetrem. Końcówka miesiąca przyniosła deszcze i gwałtowny spadek temperatury. Cienki materiał zdążył już zwilgotnieć i chociaż chwilowo przestało padać, Sonia odczuwała dyskomfort. Schyłek sierpnia wyjątkowo ją rozczarował, bo zasadniczo uwielbiała lato – o tej porze roku nie musieli jeszcze myśleć o tym, czy będzie czym ogrzać dom. Znikał też problem znalezienia ciepłej odzieży i łatwiej było załatwić coś do jedzenia. Wystarczyła odrobina sprytu, by zakraść się do cudzego ogrodu w celu zerwania kilku dojrzałych owoców. Dodatkowo mogli spać przy otwartych oknach.

Nagle ożywił ją stukot kopyt. Ludzie się rozstąpili, by przepuścić nadjeżdżającą dorożkę. Dziewczynka wstała i przylgnęła do omszałej ściany pobliskiego budynku. Tuż przed nią stanęło dwóch mężczyzn, żywo pochłoniętych jakąś dyskusją. Jeden miał na sobie zaskakująco gustowną jak na tę dzielnicę marynarkę. Bystre spojrzenie zielonych oczu szybko dostrzegło srebrny łańcuszek wystający z kieszeni jegomościa. Sonia zrozumiała, że oto dostała od losu drugą szansę.

Przełknęła ślinę. W myślach już układała sobie potencjalną drogę ucieczki, na wypadek gdyby facet ją przyłapał. Na szczęście dobrze znała te uliczki. Wiedziała, w której piwnicy jest wybite okno i pomiędzy którymi kamienicami są naprawdę wąskie przesmyki. Rozejrzała się na boki, po czym szybkim, lecz ostrożnym ruchem pociągnęła za łańcuszek. Kieszeń była na tyle luźna, że materiał nie stawił praktycznie żadnego oporu. Na końcu ostatniego srebrnego ogniwa dostrzegła zegarek. Pod palcami wyczuła pękniętą szybkę, ale nie miała czasu poświęcać temu większej uwagi. Ukryła zdobycz w zamkniętej dłoni i pewnie ruszyła wzdłuż rzędu budynków.

– Żałuję, że pokusiliśmy się o nocleg w takiej dzielnicy. Jest strasznie gwarno i łatwo się zgubić – usłyszała za sobą głos jednego z mężczyzn.

– To prawda, jednak oszczędzam pieniądze dla mojej dziewczyny. Obiecałem, że zabiorę ją do restauracji.

– No, tylko nie przesadź z tą rozrzutnością. Pamiętaj, że musisz jeszcze zajść do zegarmistrza.

Sonia przyspieszyła kroku. Chciała zostawić mężczyzn za sobą i zapomnieć o tej kradzieży. Ogarnęły ją wyrzuty sumienia, ale wiedziała, że taki łup pozwoli jej przetrwać. Ojciec często powtarzał, że ma małpie dłonie – małe i zwinne, jak u urodzonej złodziejki. Dziewczynka nie miała przy sobie żadnej torebki, a w kieszeniach wolała nie trzymać takich zdobyczy. Opracowała jednak pewną technikę: gruby czarny warkocz zwijała w kok na czubku głowy, a łupy ukrywała w jego wnętrzu. Lecz nie bała się tego, że jakiś przypadkowy złodziej również ją okradnie. To była forma zabezpieczenia przed przeszukiwaniami ze strony braci. Bywało, że wyrywali sobie łupy, aby zdobyć przychylność ojca. W końcu ten, który przyniósł do domu najwięcej, zyskiwał jego uznanie.

Z rozważań wyrwał Sonię ochrypły kobiecy głos:

– Kiedy twoja matka odda mi za trzewiki?

Przystanęła i spojrzała na tęgą brunetkę w cerowanym fartuchu – miejscową przekupkę sprzedającą na targu różne bibeloty. Teraz siedziała przy stole rozłożonym obok wejścia do jednej z tutejszych kamienic. Towarzyszyła jej druga kobieta, w której Sonia rozpoznała lichwiarkę. Razem stanowiły niebezpieczny duet, dziewczynka wolała z nimi nie zadzierać. Udała, że poprawia włosy, przejeżdżając palcami po koku. W rzeczywistości upewniała się, czy zegarek nadal w nim jest.

– Nic nie wiem. Zapytam – odpowiedziała w końcu.

– Jak możesz nie wiedzieć, skoro masz je na sobie? – Dłonią, w której wciąż trzymała papierosa, wskazała na jej buty.

Sonia chciała coś powiedzieć, jednak wówczas do rozmowy wtrąciła się lichwiarka:

– A daj jej spokój. Pewnie faktycznie nic nie wie. To rodzina dzieciorobów. Kravny płodzi je jak królik i potem nie jest w stanie tego wszystkiego wyżywić. Trzeba się matki pytać.

– W sumie masz rację. Małą poznałam, bo dziewczynkę mają jedną, ale szkoda tego wszystkiego. Pójdzie na zmarnowanie.

Gdyby Sonia mogła wybrać, wolałaby tego nie słyszeć. Kiedy lichwiarka z przekupką skupiły się na sobie, znów przyspieszyła ­kroku. Rozumiała o wiele więcej, niż te kobiety mogły przypuszczać, lecz co miała zrobić? Niełatwo było gnieździć się z braćmi na małej przestrze­ni, jednak mieli przecież też i swoje dobre chwile. Czasem grali razem w kulki, opowiadali sobie historie przy kominku, zbierali grzyby i maliny w pobliskim lesie. Nie zawsze było tak, że chodzili spać głodni. Jak ojciec dostawał świąteczną premię w pracy, przynosił do domu ­worek kaszy i gęś. Kupowali też jajka, mleko i chleb. Czasem starczało dla wszystkich.

Im dłużej Sonia o tym myślała, tym bardziej utwierdzała się w przekonaniu, iż te kobiety przesadzają. Nie wyobrażała sobie scenariusza, w którym któryś z ośmiu braci miałby po prostu zniknąć.

Kamienica zamieszkiwana przez państwa Kravnych znajdowała się dwa budynki za tą, przy której siedziała lichwiarka. Sąsiadowała z zakładem szewskim i budynkiem, w którego stronę Igor, najstarszy brat Soni, zabronił jej patrzeć. Ona i tak to robiła. Czasami napotykała na swojej drodze wychodzące z niego kobiety. Na tle innych mieszkanek dzielnicy wyróżniały się wyglądem. Nosiły kolorowe gorsety, malowały usta, a w rozpuszczone włosy wwiązywały wstążki lub wplatały kwiaty. Igor twierdził, że trudnią się nierządem. Sonia nie rozumiała tego pojęcia. Na logikę podejrzewała jednak, że jest to jakieś przeciwieństwo rządu. Czyżby te kobiety snuły zuchwałe sabotaże polityczne? Zawsze chciała się o tym przekonać.

– Hej, jesteś wreszcie! – Dwunastoletni Aleksy pomachał w jej kierunku.

Dziewczynka mimowolnie się spięła. Chociaż przeciętny obserwator mógł uznać uśmiech na umorusanej sadzą twarzy chłopca za sympatyczny, ona dobrze wiedziała, że skrywa w sobie drugie dno. Odkąd Aleksy znalazł w końcu pracę, czuł się lepszy od reszty rodzeństwa i na każdym kroku próbował im to pokazać. Sonia nie wiedziała, skąd właściwie zdobył potrzebne informacje dotyczące pielęgnacji licowej skóry, nie wspominając już o sprzęcie i pastach. Został jednak pucybutem, a że miał gadane, szybko przyciągał klientów. Kręcił się głównie przy rynku w górnej części miasta, ale znalazł sobie także kilka innych miejscówek.

– Cześć. Jak tam dzień? – zapytała, gdy podeszła bliżej.

Oboje wiedzieli, co dokładnie kryje się za tym pytaniem. Aleksy sugestywnie poklepał kieszeń spodni.

– Ojciec będzie zadowolony. A jak u ciebie?

Sonia otworzyła usta, aby coś powiedzieć, lecz wtedy przed budynek wyszedł Igor. Miał podkrążone oczy, a w ustach trzymał papierosa. Dziewczynka wiedziała, że z najstarszym bratem lepiej nie rozmawiać o zdobyczach. Intuicyjnie poprawiła fryzurę, aby sprawdzić, czy zegarek przypadkiem nie wystaje jej spod włosów.

– Wszyscy już są? – zapytała.

– Tak, czekaliśmy na ciebie.

– To nie był mój najlepszy dzień – powiedziała w obawie, że Igor zechce ją przeszukać.

On jednak milczał. Wyciągnął z ust papierosa, a następnie zgasił go czubkiem buta na kamiennej posadzce.

– Mogłeś dać mi ostatniego buszka! Obiecałeś, że będziesz mnie częstował. – Aleksy doskoczył do brata i mocno pociągnął go za ramię.

– Żartowałem. Jesteś jeszcze smarkiem. Matka by mnie zbeształa za takie pomysły.

Młodszy zrobił smutną minę. Przepuścił Igora przodem, a gdy ten wszedł do budynku, schylił się po niedopałek.

– Obrzydliwe… – mruknęła Sonia, widząc, jak brat wkłada sobie peta do ust.

– No co? Jestem już prawie dorosłym mężczyzną. Oni zawsze tak robią.

– Nieprawda. Nie wszyscy.

– A znasz dorosłego mężczyznę, który nie pali? – dopytywał Aleksy.

– Tak – odpowiedziała bez większego namysłu.

– Kto to?

– Ksiądz.

Chłopak zmarszczył czoło, próbując przypomnieć sobie wszystkie sytuacje, w których widywał kapłanów. Kravni raczej nie uczestniczyli w mszach, chociaż zdarzało im się wspólnie żebrać pod kościołem.

– Ja tam myślę, że pali, ale robi to cichaczem.

Sonia nie odniosła się już do tych słów. Minęła brata i pchnęła drzwi prowadzące do budynku, a Aleksy ruszył za nią. Przeszli przez brudną klatkę schodową.

Dziewczynka pewnym ruchem nacisnęła klamkę. Nim weszła do środka, przepuściła brata przodem. Potem sięgnęła do płóciennej tasiem­ki i pociągnęła za jej koniec. Gruby warkocz opadł na ramię, a ona zręcznym ruchem wyplątała z włosów zegarek. Mocno chwyciła swoją zdobycz i przekroczyła próg mieszkania. Usłyszała odgłos bulgotania, na co ścisnął jej się żołądek. Była cholernie głodna, a perspektywa ciepłego jedzenia szybko poprawiła dziewczynce nastrój.

– Dzień dobry, ojcze. – Aleksy zdjął z głowy kaszkiet i ukłonił się mężczyźnie siedzącemu w głębi pomieszczenia. – Cześć, mamo. – Dopiero w drugiej kolejności zwrócił się do kobiety stojącej przy kaflowej kuchence.

Antonina Kravna miała niespełna czterdzieści lat. Ciężka praca i liczne porody odbiły się jednak na jej wyglądzie, przez co sprawiała wrażenie osoby zmęczonej życiem. Czarne włosy podobnie jak córka ­zawiązała w gruby kok. Pod jej zielonymi oczami malowały się wyraźne sińce, a na chudej szyi i spracowanych dłoniach można było dostrzec mocno zarysowane żyły. Kobieta mruknęła coś niezrozumiale, zajęta mieszaniem kleistej brei. Wygląd potrawy bynajmniej nie odstręczał domowników.

– Dzień dobry, mamo, dzień dobry, ojcze. – Dziewczynka przywitała się z rodzicami ciszej niż brat.

Zdjęła szary sweter i zawiesiła go na jednym z wystających gwoździ, które służyły im za haczyki. Mimo otwartych okien w pomieszczeniu panował zaduch – zapewne za sprawą bijącego od kuchenki ciepła. Soni nie przeszkadzał fakt, że rodzice ją zignorowali. Już z progu mogła zobaczyć, co dzieje się w głębi pomieszczenia. Chociaż otwarte kuchnie były w mieście rzadkością, oni nie silili się nawet na zasłonkę, która mogłaby oddzielić ją od głównej izby. Po lewej stronie znajdowały się kuchenka i umywalka, po prawej zaś stół. Emanuel Kravny jak zwykle okupował wysłużony fotel stojący w rogu pod oknem. Część dzieci sypiała na materacach, inne na workach wypełnionym słomą. Rano układano je jeden na drugim, dzięki czemu izba sprawiała wrażenie mniej zagraconej.

– Ustawcie się. Wiecie, co robić – rozkazał Kravny, przeciągając się w fotelu.

Okręcał wokół palca czubek wąsa, obserwując, jak rodzeństwo wykonuje jego polecenie. Cała dziewiątka za każdym razem ustawiała się w tej samej kolejności. Naprzeciwko mężczyzny zawsze stawał szesnastoletni Igor. Za nim Viktor, bliźniacy Daniel i David, Aleksy, Adam, Filip i Zenon. Sonia zajmowała miejsce na końcu. Przywykła również do tego, że ludzie zawsze mylili imiona jej braci. Ją jednak ­pamiętali wszyscy.

– To co dzisiaj przyniosłeś? – Emanuel spojrzał wyczekująco na najstarszego syna.

Igor wyraźnie się spiął. Podkulił ramiona, jakby ten gest miał mu pomóc zniknąć. Zwykle butny i kłótliwy, momentalnie gasł przed obliczem ojca. Sięgnął do kieszeni, po czym wyjął z niej dwie monety. Gdy wręczał je mężczyźnie, wlepił wzrok we framugę okna. Byleby tylko nie patrzeć mu w oczy. Doskonale wiedział, co by w nich zobaczył.

– Znowu tak mizernie? Nie jesteś już dzieckiem. Powinieneś poszukać pracy.

– P-przecież szukam – zająknął się.

– Ale z miernym skutkiem. Znowu dałeś się naciągnąć jak frajer komuś, kto za wypakowanie towaru zapłacił paczką fajek?

Sonia przysłuchiwała się tej scenie, odruchowo zaciskając dłonie. Chociaż powinna do tego przywyknąć, nie znosiła słuchać drżącego głosu brata. Ojciec rozbierał go na kawałki: odzierał z całej godności i sprowadzał do statusu przerażonego zwierzęcia. Psa, który kolejny raz nie poradził sobie na polowaniu. Podczas całej tej procedury matka wciąż stała pochylona nad kuchenką. Sonia wbijała wzrok w jej plecy. Liczyła, że kobieta w końcu się odwróci i powie do niej kilka pokrzepiających słów. Niestety, ta nigdy nie ingerowała w praktyki stosowane przez męża.

– No, taki młody, a doskonale sobie radzisz, Aleksy. – Emanuel poklepał po policzku syna, który jak zwykle przyniósł najwięcej pieniędzy. – Szkoda, że Filip nie radzi sobie tak dobrze jak ty.

– W mojej pracy jest loteria! Pomagam szczurołapowi, ale jak nie ma łupów, to…

– Nie tłumacz się, Filipie. I tak będziesz dziś spał na worku – warknął oschle ojciec.

Sonia jako ostatnia stawiła się przed jego obliczem. Nim poło­żyła błyskotkę na otwartej dłoni ojca, znalazła w sobie odwagę, by spojrzeć mu w oczy.

– Mała złodziejka. Nikt ci tego nie dał dobrowolnie, prawda? – ­zapytał cynicznie, ale poklepał ją czule po policzku.

– Taki dzień.

– Ludzie chętnie obdarowują małe dziewczynki. Powinnaś częściej to wykorzystywać.

Nic nie odpowiedziała. Czekała, aż ten upokarzający rytuał wreszcie dobiegnie końca.

Po wszystkim cała rodzina zasiadła do kolacji. Pani domu rozlała do talerzy i kubków potrawkę z fasoli. Rodzice oraz najstarsi bracia dostawali do tego dwie pajdy chleba. Młodsi, w tym Sonia, musieli zadowolić się jedną. Raz w tygodniu po posiłku dzieci brały kąpiel. Stawiano wtedy starą miednicę w pomieszczeniu służącym za małą spiżarnię, która na chwilę przekształcała się w łazienkę. Każdy miał dokładnie pięć minut, choć bywało, że ten proces się wydłużał. Sonia uwielbiała moment, w którym mogła tak po prostu paść czysta na posłaniu. Mokre włosy kleiły jej się do twarzy, była względnie najedzona i pozwalała sobie na chwilę wytchnienia.

– Ja też mam prawo tutaj dzisiaj leżeć. Niby mało przyniosłem, ale na tle reszty i tak wypadłem nieźle – powiedział Filip, po czym usiadł obok siostry na materacu.

Sonia się przesunęła, aby zrobić mu miejsce. Kilka osób krążyło jeszcze przy części kuchennej. Ktoś wychodził z prowizorycznej łazienki, by dać szansę na umycie się kolejnej osobie. Wszyscy przywykli do tego zamieszania. Sonia wpatrywała się w zaciek na suficie i próbowała wymyślić związane z nim skojarzenia. W sumie, jakby tak popatrzeć na krawędzie, przypominał głowę kota. Miał coś na kształt uszu i…

– W końcu złapaliśmy tego białego szczura – szepnął chłopiec, tym samym wyrywając siostrę z rozważań.

– Żartujesz. – Sonia wyraźnie się ożywiła. – A gdzie on teraz jest?

– W klatce. Postawiłem ją za budynkiem między krzakami.

– A ma coś do picia i jedzenia?

– No, ma wodę w pokrywce od słoika. Dałem mu też koniczynę.

– Szczury jedzą koniczynę? – zdziwiła się Sonia. – To nie jest królik.

Filip już chciał coś odpowiedzieć, ale nie zdążył. Igor, który od dłuższego czasu przysłuchiwał się ich rozmowie, odchrząknął znacząco.

– Zamkniecie się w końcu? Nie chcę więcej słyszeć tego pierdolenia.

Rodzice zniknęli już za drzwiami swojej niewielkiej sypialni, a to oznaczało, że mógł sobie pozwolić na podniesiony głos. Sonia przewróciła oczami, lecz nic nie powiedziała. Ponownie spojrzała na zaciek na suficie. Wciąż przypominał jej kota. Chciała wyciągnąć rękę i pogłaskać jego miękkie futro, ogarnęło ją jednak błogie zmęczenie. Oderwanie dłoni od materaca stanowiło wysiłek, który aktualnie przerastał jej możliwości.

– To ja znalazłem zegarek i oddałem go Soni. Nie chciałem, aby znów straciła w oczach ojca – usłyszała szept Igora, który najwyraźniej zamierzał wybielić się przed braćmi.

Myślał, że ona już śpi? A może najzwyczajniej w świecie nie obchodziło go jej zdanie? Sonia naprawdę chciała zareagować, ale poczuła dziwną niemoc. Czasami wdawała się z rodzeństwem w słowne przepychanki. Tym razem jednak straciła na to ochotę. Myślała tylko o tym, aby wytrwać do kolejnego dnia. Miała w głowie pewien plan. Chciała sprawdzić, czy naprawdę wypali.

II

Biały szczur

Poranek w domu państwa Kravnych miał ściśle określony porządek. Najpierw wstawała Antonina, a Sonia, jako druga kobieta w rodzinie, pomagała matce w przygotowywaniu śniadania. To przewidziane dla pana domu zawsze musiało być najpożywniejsze. Emanuel Kravny pracował w hucie szkła „Lisieccy”. Sonia nigdy nie wiedziała, na czym dokładnie polegają obowiązki ojca. Powtarzano jednak, że przynosi najwięcej pieniędzy, a pana domu należy szanować. Krążyły też pogłoski, że ten cały właściciel huty to jakaś wielka szycha. Dziewczynka nie miała pojęcia, jak wygląda Lisiecki, czasami wyobrażała go sobie zasiadającego na wielkim szklanym tronie.

– Jak ty kroisz ten chleb? – skarciła córkę Antonina. – Tyle razy ci powtarzałam, że tylko ojciec lubi takie grube kromki. Reszta musi wystarczyć dla całej rodziny.

Sonia miała na końcu języka, że też dałaby radę zjeść większy kawałek, ale coś ją powstrzymywało. I nie, wcale nie był to strach, chociaż za pyskowanie rodzice czasem wymierzali jej policzek.

– Skąd ta skwaszona mina? – zapytała matka, obserwując, jak Sonia rozkłada na stole kubki z naparem z rumianku i mięty.

– Gryzę się w język – odpowiedziała.

– Co? – Antonina uniosła brew.

– Powtarzasz mi, że zanim powiem coś, co może się nie spodobać ojcu, powinnam dwa razy się zastanowić i ugryźć w język. Właśnie to robię.

Pani Kravna przyłożyła dłoń do czoła. Kąciki jej ust nawet nie drgnęły. Rozmasowała punkt między brwiami i wyszeptała cicho:

– Dlaczego los pokarał mnie takim dzieckiem…

Wymruczane pod nosem zdanie dotarło do Soni. Wiedziała, że często zawodzi rodziców. Nie rozumiała jednak dlaczego. Zwykle się cieszyli, kiedy coś przynosiła, a przy tym mało mówiła. Ojciec nie lubił rozgadanych kobiet. Wielokrotnie o tym wspominał. Twierdził, że trajkoczą jak przekupki na targu, a on nie chce i w zasadzie nie musi słuchać tego wywodu. Sonia również nie lubiła opowieści swojego ojca, lecz była zmuszana do wysłuchiwania ich bez cienia sprzeciwu.

Tak było i tego ranka. Szybko pochłonęła kromkę chleba posmarowaną cienką warstwą marmolady. Emanuel opowiadał coś o „pierdolonych nieudacznikach z huty”, a Sonia zauważyła, że zaciek na suficie od wczoraj się powiększył. Już nie przypominał kota. Wyglądał jak bezkształtna brzydka plama.

Nim ojciec wyszedł do pracy, czekał, aż mieszkanie opuszczą wszystkie dzieci.

– Żaden darmozjad nie wywinie się od pracy. Nie w tym domu – powtarzał, nerwowo uderzając ręką o ścianę.

Wszyscy w popłochu sznurowali trzewiki. Aleksy zabrał wszelkie przyrządy potrzebne pucybutowi, a Filip wyszedł przed budynek z wysoko uniesioną głową. W końcu był pomocnikiem szczurołapa. Miał odpowiedzialne, ambitne zadanie. Sprawa wyglądała zupełnie inaczej w przypadku Soni i reszty rodzeństwa. Musieli ruszyć w miasto, aby żebrać lub kraść, a po wszystkim zaprezentować swoje łupy.

– Jak będziesz dla mnie miły, może następnym razem oddam ci zegarek czy co tam się trafi. Nie chcę, żebyś ponownie naraził się ojcu – odezwała się nagle Sonia, spoglądając na najstarszego z braci.

Chociaż jeszcze kilka sekund wcześniej pomieszczenie wypełniał szmer rozmów, nagle wszyscy zamilkli. Igor wpatrywał się w siostrę, która jak gdyby nigdy nic zapinała swój szary sweter. Ta smarkula go upokorzyła. Nie potrafił zapanować nad złością, która aktualnie buzowała w jego ciele. Wziął zamach, aby uderzyć ją z otwartej dłoni, ale Sonia w ostatnim momencie się schyliła, robiąc zgrabny unik. Ręka chłopaka trafiła w ścianę. Zawył, co wywołało głośny chichot u pozostałych.

– Przestań jęczeć, ty durniu. Weź się wreszcie do roboty. Jeśli dziewięciolatka robi cię w chuja, to mnie nie dziwi, że dajesz się wyrolować każdemu pracodawcy – wysyczał Emanuel i splunął na podłogę.

Sonia zauważyła, jak matka zmarszczyła nos, i bez słów wymieniła z nią spojrzenie. Podejrzewała, że ten gest również ją napawał obrzydzeniem, lecz w żaden sposób tego nie skomentowała. W takich sytuacjach Antonina zawsze pozostawała niema.

– Dobrego dnia, matko. Dobrego dnia, ojcze – powiedziała Sonia.

Nie chciała wysłuchiwać tłumaczeń Igora, choć nie oznaczało to, że nie czuła satysfakcji po tym, jak ojciec go zbeształ. Zasłużył sobie. Zbyt często był wobec niej nielojalny. Mógł również powstrzymać się od zabierania łupów reszcie rodzeństwa, co czasami mu się zdarzało. Dostał po prostu to, na co zasłużył.

Gdy tylko Sonia wyszła z budynku, z zadowoleniem odkryła, że pogoda się poprawiła. Mimo wczesnej pory promienie słońca muskały jej twarz, a bezchmurne niebo sugerowało, że tym razem uniknie deszczu. W pierwszym odruchu rozważała, czy nie wrócić do domu i nie zostawić swetra. Ostatecznie zsunęła go jednak z ramion i związała rękawy w pasie.

– Prawie bym zapomniała… – szepnęła do siebie, po czym sięgnęła do kieszeni.

Odkrojona skórka chleba wciąż w niej była. Dziewczyna obiegła budynek i zobaczyła krzaki, o których wspominał jej Filip. Przez moment ogarnęło ją zwątpienie. Bała się, że brat ją okłamał. Gdy odchyliła cienkie gałązki, zobaczyła nieco zardzewiałą klatkę z białym zwierzątkiem w środku. Ten szczur nie wyglądał jak typowe gryzonie przemierzające rynsztoki tego zepsutego miasta. Spojrzał na Sonię błyszczącymi czerwonymi oczami, a ona miała wrażenie, że prosi ją o wolność.

– Jeszcze nie – powiedziała, choć skłamałaby, gdyby uznała, że w tych dwóch słowach nie kryje się pewna obietnica. – Muszę najpierw coś załatwić – dodała, bo z niewiadomych przyczyn nagle poczuła potrzebę wytłumaczenia się przed zwierzęciem.

Przyłożyła kawałek skórki od chleba do szczeliny między prętami klatki. Gryzoń zareagował nadzwyczaj spokojnie. Moment, w którym błagalnie wyciągnął swoje małe łapki, sprawił, że Sonię zalała dziwna gorycz. Nie widziała w tym zwierzęciu cienia agresji, raczej uległą akceptację nowego losu.

– Nienawidzę swojego życia – mruknęła i wepchnęła chleb głębiej.

Szczur w końcu go chwycił i zaczął łapczywie jeść. Sonia spojrzała na nakrętkę wypełnioną przezroczystym płynem. Woda wciąż w niej była. Dobrze. Czułaby się jak potwór, skazując go na głód i pragnienie. Czekała, aż zwierzę skończy jeść, po czym wstała z miejsca. Otrzepała dłonie z niewidzialnego kurzu.

– Ten pomysł wypali – przekonywała samą siebie.

Wróciła na główną ulicę i pewnym krokiem ruszyła naprzód. Ciemne, pofalowane od wilgoci włosy opadały jej na ramiona. Zastanawiała się, czy dziś również zdoła coś w nich ukryć. Chociaż początkowo uznawała swój plan za genialny, z czasem zaczęła odczuwać pewne wątpliwości. Żałowała, że jako dziewczynka nie może być pucy­butem, pomocnikiem szczurołapa, kominiarza lub roznosicielem gazet. Do ­podobnych zajęć zawsze poszukiwano chłopców.

Minęła miejsce, gdzie poprzedniego dnia ukradła nieznajomemu zegarek. Skręciła w kolejną ulicę i wbiegła po schodach prowadzących do górnej części miasta. Zawsze wtapiała się w tłum handlarzy oraz zmęczonych pracą robotników. Sytuacja wyglądała inaczej, gdy wkraczała na teren bogatszych dzielnic. Tym razem jej cel stanowiła szkoła. Był pierwszy września, a tego dnia zawsze gromadził się pod nią tłum uczniów. Któryś z nich mógł okazać się zainteresowany jej propozycją.

Sonia również uczęszczała kiedyś do szkoły. Co prawda nie była ona tak wielka jak ta w górnym mieście, nie miała też zadbanego podwórka, żywopłotu czy fontanny. Były tam za to sale, książki, ławki oraz nauczycielka bijąca dzieci linijką po rękach. Dziewczynka obrywała dość często. Pani Bakuła twierdziła, że mała Kravna ma niewyparzony język i jest najmniej grzeczna ze wszystkich uczennic. Czasem kazała jej stawać za karę w kącie. Sonia próbowała zachować spokój, ale jak mogła ignorować fakt, że jakiś chłopak ją wyzywa albo szarpie za warkocze? Życie z ośmiorgiem braci nauczyło ją, by na obelgę odpowiedzieć wyzwiskiem, a na przemoc fizyczną – pięściami. Nawet jeśli to ona kończyła z podbitym okiem, nie mogła pozwolić wejść sobie na głowę.

Edukacja Soni nie trwała jednak zbyt długo. Ojciec wypisał ją ze szkoły po niespełna dwóch latach, bo twierdził, że jest potrzebna w domu. Z kilkoma braćmi było podobnie. W zasadzie tylko Igor ukończył ­szkołę podstawową. Umiał pisać i płynnie czytał, ale ojciec powtarzał, że na nic mu te umiejętności, skoro nadal przynosi do domu marne grosze.

Dochodziła ósma, a przed szkołą podstawową w górnym mieście rzeczywiście zebrał się tłum dzieciaków. Na szczęście Soni – bez rodziców. Chłopcy w czarnych kamizelkach trzymali się w większej grupie, żywo o czymś dyskutując. Dziewczynki na pierwszy rzut oka ­sprawiały wrażenie bardziej zdyscyplinowanych. Stały w parach, a ich białe fartuszki i kokardy we włosach przywodziły Soni na myśl porcelanowe lalki. Co prawda nigdy takiej nie miała, ale widywała je na sklepowych wystawach.

– Dasz radę – szepnęła do siebie pod nosem i pewnym krokiem ruszyła naprzód.

Rozczochrane włosy i znoszona szara sukienka wyróżniały ją na tle zebranych tu dzieci. Gdy przystanęła przy grupie chłopców, ci ­nagle zamilkli.

– To nie jest wejście dla pomocy kuchennej – powiedział jeden z nich, na co reszta zaczęła chichotać.

Sonia miała ochotę zagrozić, że zaraz przyłoży mu w ten durny łeb. Zacisnęła jednak drobne dłonie w pięści i wzięła głęboki wdech.

– To kolejka dla frajerów, których tego dnia czekają okropne nudy. Chyba że któryś z nich chciałby zobaczyć coś ciekawego – oznajmiła w końcu.

Śmiechy ucichły, a grupka uczniów popatrzyła po sobie znacząco.

– Do czego zmierzasz? – zapytał jakiś wysoki rudzielec.

– Widzieliście kiedyś białego szczura?

Chłopcy popatrzyli po sobie. Sonia zauważyła na ich twarzach cień zainteresowania.

– Nie, a co? Masz takiego? – zaciekawił się rudzielec.

– Tak. Mogę pokazać, ale nie za darmo. To może być jedyna taka okazja. Jest wielkości małego kota i ma ogromne czerwone ślepia – ­opisała.

Uczniowie zaczęli szeptać między sobą. Dwóch sięgnęło do kieszeni, by sprawdzić, czy mają jakieś drobne. Jeden popatrzył na zegarek, chcąc zobaczyć, ile czasu zostało im do rozpoczęcia apelu.

– Masz go tutaj? – zapytał chłopak, który wcześniej ubliżał Soni.

– Nie. Jest w kryjówce w dolnym mieście. Zaprowadzę was, ale najpierw pieniądze.

Sonia nie chciała ciągnąć klatki ze sobą, ponieważ się bała, że ktoś zabierze jej szczura. Siła fizyczna nigdy nie była mocną stroną dziewczynki. Samo wspomnienie dolnego miasta sprawiło jednak, że na twarzach chłopaków pojawiły się grymasy niechęci.

– To daleko. Spóźnimy się na zajęcia – powiedział jakiś brunet w okularach.

– Pewnie peniasz i dlatego nie chcesz iść – rzuciła hardo Sonia.

Sądziła, że ta uwaga zachęci resztę, lecz ku jej zaskoczeniu odpowiedzieli pomrukami rezygnacji.

– Łżesz. Pójdziemy taki kawał, a tam niczego nie będzie – warknął rudzielec.

– Właśnie! Brudaski z dołu to złodziejki i kłamczuchy – wtórował mu ktoś inny.

Z każdą sekundą Sonia coraz bardziej traciła uwagę chłopców. Chciała ich jakoś zachęcić, ale zwyczajnie nie dawali jej dojść do głosu. Już sądziła, że cały plan nie wypali, gdy nagle ktoś delikatnie złapał ją za ramię. Obróciła się gwałtownie i zobaczyła obcą dziewczynkę.

– Ja chcę zobaczyć białego szczura z czerwonymi oczami. To albinos. W jednej z moich książek jest taka ilustracja – oznajmiła nieznajoma.

Zaskoczona Sonia z niedowierzaniem przyglądała się blondynce, która górowała nad nią o pół głowy. Jasne loki opadały jej na wyprasowaną sukienkę, a czarne lakierki wyglądały tak, jakby dopiero wyjęła je z pudełka.

– Jasne. Ale musisz zapłacić – upomniała potencjalną klientkę.

– Słyszałam. Ile? – Nieznajoma sięgnęła do przewieszonej przez ramię skórzanej torby. Rozpięła klamrę i chwilę grzebała w jej zawartości, aż w końcu znalazła kilka monet. – Tyle wystarczy?

Chociaż Sonia ostatecznie nie nauczyła się czytać, z liczeniem było już lepiej. Zaproponowana przez dziewczynę kwota może nie usatysfakcjonowałaby w pełni ojca, ale powinna wystarczyć, aby jej nie zrugał.

– A masz może jeszcze coś do jedzenia? – Mimo wszystko postanowiła spróbować.

– Mogą być dwie gruszki?

– Dobra – powiedziała Sonia.

Gdy nieznajoma podała jej pieniądze i papierową torebkę z owocami, kilku chłopaków się zaśmiało.

– Czyżby szurnięta wariatka wreszcie znalazła kogoś na swoim poziomie? – rzucił wysoki rudzielec.

Sonia bez większego zastanowienia wdepnęła w kałużę, pilnując, by na podeszwie trzewika zostało jak najwięcej błota. Nim chłopak zdążył zrozumieć, co dziewczyna zamierza zrobić, nadepnęła mu na nogę, tym samym okropnie brudząc jego czyste lakierki.

– Cholerna brudaska! – wrzasnął.

– Tchórzliwa pizda – odgryzła się Sonia, po czym złapała blondynkę za nadgarstek.

Szybko przebiegły na drugą stronę ulicy, aby uniknąć gniewu innych chłopaków, którzy mogliby włączyć się do sprzeczki. Skręciły za najbliższym budynkiem i przystanęły, by złapać oddech.

– Co to jest „pizda”? – zapytała blondynka.

– Nie mam pojęcia. Ojciec nazywa tak braci, gdy jest na nich zły – przyznała Sonia zgodnie z prawdą.

– Myślisz, że to przekleństwo? – Brązowe oczy dziewczyny rozbłysły z ekscytacji.

– Nie wiem. Moja stara nauczycielka mówiła, że to… – Urwała na moment, próbując sobie przypomnieć. – Że to rynsztokowy język.

– W takim razie to zdecydowanie przekleństwo! – Blondynka się ucieszyła, chociaż Sonia nie do końca rozumiała tego przyczynę. – Jestem Klara – przedstawiła się i zanim wyciągnęła ku niej dłoń, zdjęła białą rękawiczkę.

– A ja Sonia. – Uścisnęła jej rękę.

Do tej pory nie znała żadnego dziecka z górnego miasta. Dłoń Klary była miękka i gładka. Tak jakby dziewczynka nigdy nie musiała pracować.

– Codziennie nosisz rękawiczki? – zainteresowała się Sonia.

– Rękawiczki? Tylko na uroczystości. Dzisiaj jest rozpoczęcie roku szkolnego. Miałam wyglądać dobrze na apelu.

– Ale postanowiłaś tam nie iść. Dlaczego?

Sonia prowadziła swoją towarzyszkę boczną uliczką. Ta część miasta prezentowała się o wiele lepiej od dzielnicy zamieszkiwanej przez Kravnych. Za witrynami sklepowymi można było dostrzec nowe meble, manekiny ubrane w eleganckie stroje czy obuwie, o których mieszkańcy dolnego miasta mogliby tylko pomarzyć.

– Zdenerwowały mnie dziewczyny z klasy. Prosiłam mamę, żeby mnie przepisała, ale ta nie chciała słuchać. Przeraża mnie to, że znowu będę musiała siedzieć sama i wysłuchiwać tych wszystkich rzeczy…

– Gdy chodziłam do szkoły, inni też mnie wkurzali – przyznała szczerze Sonia.

– I co zrobiłaś?

– Tłukliśmy się, chociaż nauczycielka się o to wściekała. Często dostawałam linijką po rękach. Nie powiedziałabym jednak, że tego żałuję.

– Grzeczne dziewczynki nie powinny się bić. To nie przystoi – zaprotestowała Klara.

– Uciekać ze szkoły również – odpowiedziała Sonia.

Po tych słowach Klara spąsowiała. Wyglądała na nieco zmieszaną. Na krótką chwilę spojrzała za siebie, lecz nie wspominała nic o tym, że chce wracać.

– Znasz dobrze miasto? Dasz radę odprowadzić mnie potem pod szkołę? – zmieniła temat.

– Bez obaw. Codziennie się po nim szwendam.

– A twoi rodzice nie mają o to pretensji? Nikt cię nie pilnuje? – dopytywała.

– Nie. Ojciec wypisał mnie ze szkoły właśnie po to, żebym mogła się błąkać.

– Też bym tak chciała. Mój nigdy by się na to nie zgodził.

Sonia miała na końcu języka, że wciąż chciałaby uczyć się czytać. Marzyła o własnej torebce, do której codziennie ktoś wkładałby drugie śniadanie. Z cichą zazdrością patrzyła na wstążkę nowej koleżanki i pragnęła, aby kiedyś ktoś uczesał tak jej włosy. Zachowała jednak te myśli dla siebie. Rzadko natrafiała na osobę, która patrzyłaby na nią inaczej niż z litością i pogardą. Chciała podtrzymać wizerunek kogoś interesującego.

– Ale pozwala ci wracać samej do…

Nie dokończyła pytania, bo nagle rozległ się przeraźliwy huk. Był znacznie głośniejszy od grzmotu podczas burzy. Nim którakolwiek zdążyła coś powiedzieć, kolejny rozdzierający odgłos sprawił, że ziemia zadrżała. Klara odruchowo zasłoniła uszy, Sonia zaś spojrzała w niebo. Nie dostrzegła błyskawic, lecz chmury czarnego, bardzo gęstego dymu. Nigdy nie widziała czegoś podobnego.

– Musimy sprawdzić, co się dzieje! – powiedziała zdecydowanym tonem.

Nim Klara zdołała zaprotestować, nowa koleżanka złapała ją mocno za nadgarstek. Zaczęły biec ku kłębom dymu. Mieszkańcy wyglądali z okien i wychodzili na ulicę. Jedni uciekali, drudzy wręcz przeciwnie – kierowani ciekawością szli w stronę źródła dziwnych wybuchów. Drobne dziewczynki z łatwością lawirowały w tłumie. Wtem usłyszały kolejny huk. Znów przystanęły, czując pod stopami drżenie chodnika.

– Pożar! – zawołał przechodzień. – Płonie huta szkła!

Chociaż w mieście funkcjonowały dwie konkurujące ze sobą huty szkła, Sonia nie miała wątpliwości, że w tym przypadku chodzi o tę należącą do Lisieckich. Czuła, jak całe jej ciało przygniata dziwny ­ciężar. Z każdą sekundą niebo coraz bardziej spowijała czerń, a powietrze wypełniał nieprzyjemny zapach spalenizny.

– Musimy biec. Tam może być mój ojciec! – Z tego stanu zawieszenia nagle wyrwał ją głos Klary.

– To niemożliwe – zaprotestowała Sonia. – Nie jesteś córką robotników.

Nie zdołała wspomnieć, że to właśnie jej ojciec wyszedł rano do pracy. Miała trudności ze złapaniem oddechu, a serce w piersi zdawało się dudnić tak mocno, jakby chciało ją rozerwać.

– Jestem córką właściciela. Nazywam się Klara Anastazja Lisiecka.

Spojrzały sobie w oczy. Chociaż to wyznanie wydawało się absurdalne, Sonia nie miała podstaw, aby jej nie wierzyć. Nie teraz, gdy utknęły razem w centrum tak dramatycznej sytuacji.

Kolejny huk sprawił, że usłyszały pisk w uszach. Schyliły się, jakby to miało je uchronić przed nieznanym zagrożeniem. Obie zaczerpnęły kilka głębszych oddechów. Sonia zobaczyła, jak na białych bufkach koleżanki osadza się popiół. Wiedziała, że jeśli się nie wycofają, mogą zobaczyć coś, co w przyszłości zostanie ich największym sennym koszmarem. To jej nie zniechęciło. Jak zwykle wygrała ciekawość.

– Chodź. – Sonia mocniej chwyciła rękę Klary.

Tym razem nie zamierzały się zatrzymywać. Dotarły do długich schodów, uznawanych za jedną z granic górnego i dolnego miasta. Z ich podnóża rozciągał się widok na ulicę, na której końcu wznosiła się huta. Sonia dobrze znała ten obiekt. Bardzo często go mijała.

Wszyscy w rodzinie wiedzieli, że to właśnie tam pracuje Emanuel Kravny. Ojciec z dumą opowiadał o wypełnianych w niej obowiązkach. Sonia zawsze wierzyła, iż robi on coś naprawdę ważnego. Budynek dotychczas stanowił dla niej symbol pracy. Czegoś, co zapewnia byt jej samej, matce i braciom. Tym razem jednak ten obraz się zatarł. Przed nimi płonęła wielka pochodnia, oglądana przez zgromadzony tłum gapiów.

Cichy szloch Klary mieszał się ze szmerami rozmów i trzaskami ognia. Przeraźliwe odgłosy wybuchów ucichły. Dziewczynki podbiegły bliżej, a wtedy zobaczyły, że kolejne elementy kondygnacji budynku zapadają się pod naporem szalejących płomieni.

– Idźcie do domu. To nie miejsce dla dzieci – zwrócił się do nich jakiś podrostek.

– Sam idź – fuknęła szorstko Sonia.

Zaraz potem przez gwar przedarły się dźwięki syren. Na miejsce przyjechało kilka karetek i wozów strażackich.

– Myślisz, że to ugaszą? – zapytała cicho Klara.

– Nie ma czego gasić.

To jedno zdanie sprawiło, że Lisiecka zaczęła głośno łkać. Mimo to wciąż mocno trzymała swoją towarzyszkę za rękę.

Podeszły pod bramę. Była otwarta. Większość osób bała się podejść bliżej budynku. Kilku śmiałków się odważyło i pomogło wyprowadzić pracowników, którzy nie mogli iść o własnych siłach. Sonia od razu rozpoznała znajomą odzież roboczą. Ojciec chodził w identycznych brązowych spodniach ze znakiem zakładu. Chociaż w każdym ocalałym szukała jego twarzy, wiedziała, że te nadzieje są płonne. Huta była ogromna i zatrudniała masę ludzi. Przez bramę wyszła jedynie garstka.

– Gabinet ojca był na górze – mruknęła Klara.

Wyciągnęła bladą dłoń, aby wskazać skrzydło, w którego oknach skakały płomienie. Czerwone iskry tańczyły w powietrzu. Sonia czuła ciepło. Przyjemne, ale złowrogie. Wiedziała, że nie oznacza niczego dobrego.

– Mój pracuje w kotłowni – przyznała w końcu Sonia.

Zszokowana Klara spojrzała jej prosto w oczy. Z zaskoczeniem odkryła, że Kravna nie płacze. Sprawiała wrażenie sztywnej niczym posąg. W jej zielonych oczach odbijał się ogień.

Nagle usłyszały czyjś wysoki głos:

– O mój Boże! Klaro!

Praktycznie w tym samym momencie obróciły się w jego stronę i zobaczyły zadbaną kobietę w kapeluszu i granatowej sukience. Nie pasowała do tego miejsca. Zbyt elegancka. Zbyt czysta. Zbyt bogata.

– Matko! – krzyknęła w jej stronę przerażona Klara i puściła rękę koleżanki.

Sonia obserwowała, jak nieznajoma podbiega do dziewczynki i ujmuje drobną twarz w dłonie.

Tuż za kobietą dreptał jakiś mężczyzna w kapeluszu.

– Proszę pani! – zawołał.

Po jego ubiorze i sposobie, w jaki się do niej zwracał, Sonia wywnioskowała, że musiał być podwładnym. Właściciele huty byli bogaczami. Wszyscy o tym wiedzieli. Nawet sam ojciec wspominał, że mają służbę. Widział, jak kiedyś po Lisieckiego przyjechał samochód. Tylko nieliczni mogli sobie na nie pozwolić.

– Dziecko drogie, co ty tu robisz?! Powinnaś być teraz w szkole! – Kobieta przycisnęła Klarę do piersi w sposób, w jaki nikt nigdy nie przytulił Soni.

Kravna przyglądała się tej scenie zaskoczona i próbowała zaakceptować, że jej świat właśnie runął. Czy naprawdę ojciec nie wróci dziś do domu? Nie przepyta ich? Nie zasiądą wspólnie do stołu?

– Byłam ciekawa… – załkała Klara.

Sonia miała wrażenie, że czas się zatrzymał. W spowolnionym tempie obserwowała, jak pani Lisiecka wyprowadza córkę z tłumu. Klara zdążyła obejrzeć się przez ramię. Jej usta drgnęły. Chyba chciała coś powiedzieć, lecz po spotkaniu z matką opadła z sił. Opuścił ją dawny hart ducha – najwyraźniej zaczynała rozumieć, że tego dnia także dla niej nastała nowa rzeczywistość.

Sonia mocniej zacisnęła dłoń na torebce z gruszkami. Chciała, aby i ją ktoś zabrał z tego strasznego miejsca. Wiedziała jednak, że jej ­życie rządzi się innymi prawami. Musiała przetrwać ten koszmar i wrócić do domu sama.

III

Czarny warkocz

Sonia spodziewała się, że po otwarciu drzwi zastanie armagedon. Pożar w hucie kompletnie zburzył stary porządek. Wróciła do domu wcześniej i podświadomie czuła, że nikt nie zapyta już o to, co przyniosła. Matka nie zwykła zamykać drzwi, dziewczynka nacisnęła więc na klamkę i niepewnie weszła do środka. Chociaż nie miała jeszcze odwagi wypowiedzieć tego na głos, rozumiała, co wydarzyło się w hucie. Jakże wielkie było jej zdziwienie, gdy dostrzegła siedzącego przy stole ojca. Upuściła podarowaną przez Klarę torebkę i zszokowana patrzyła na mężczyznę. Ten zwiesił głowę, jakby utrzymanie jej w pionie sprawiało mu wielki ból. Pomieszczenie wypełniał nieprzyjemny kwaśny zapach. Matka stała przy kuchence, mocno zaciskając ręce na materiale fartucha.

– Kiedy zamierzałeś mi powiedzieć?! – wrzasnęła.

Zszokowana Sonia rozszerzyła ze zdziwienia oczy. Matka nigdy, przenigdy nie podniosła na ojca głosu. Tym razem nastąpiła w niej jednak jakaś dziwna zmiana.

– Durna babo… – Emanuel wykonał jakiś gest dłonią, jakby chciał się opędzić od niewidzialnej muchy. – To mnie uratowało! Wszyscy się tam usmażyli!

Gdy Sonia weszła w głąb pomieszczenia, zobaczyła braci siedzących na podłodze pod ścianą. Wszyscy w milczeniu przyglądali się tej scenie, jakby podziwiali jakiś występ. Dziewczynka przemknęła na palcach przez część kuchenną i usiadła obok Filipa.

– To ojciec ocalał? – szepnęła bratu na ucho.

– Stracił pracę dwa tygodnie temu, ale nic nie mówił – odpowiedział równie cicho.

Sonia kiwnęła głową, choć nadal musiała przetrawić te wszystkie informacje. Przeniosła spojrzenie na matkę, która nerwowo krążyła po pokoju.

– Krzyczeli, że jest pożar w hucie, więc pobiegłam sprawdzić, co się dzieje. Wtedy zobaczyłam, jak zataczasz się pod tawerną. Ja wychowuję nasze dzieci. Nie mamy za co żyć! – płakała.

– Byłabyś szczęśliwa, gdybym spłonął w pożarze?! – wrzasnął Emanuel.

– Nie chodzi o pożar! Jak długo jeszcze zamierzałeś nas okłamywać? Mówiłeś, że idziesz do pracy, a szedłeś pić! Spójrz na swoje dzieci. Nie widzisz, że głodują? Nie mamy co do garnka włożyć! – Gdy to mówiła, bardzo gestykulowała, co jakiś czas machając szmatką w powietrzu.

Sonia patrzyła na nią zdumiona. Wiedziała, że tego dnia coś się zmieni, ale nie sądziła, że sprawy przybiorą taki obrót. Przez twarz matki przebiegła cała gama emocji. Kosmyki włosów kleiły się do wilgotnego czoła, a oczy wściekle błyszczały. Przygaszona dotąd kobieta zniknęła. Nagle ktoś ją zastąpił.

– To ja zarabiałem najwięcej! Powinnaś mnie, kurwa, szanować!

Emanuel zwlókł się z krzesła niczym ociężały borsuk. Jego ruchy wciąż były jakby spowolnione, a mimo to zdołał doskoczyć do żony. Silną dłonią złapał ją za włosy, drugą wziął zamach. Sonia obserwowała, jak matka upada. Czuła, że brakuje jej powietrza. Spojrzała na braci w nadziei, iż któryś zareaguje. Wszyscy siedzieli jednak sztywno niczym przyklejeni do podłogi. Nawet najstarszy Igor ani drgnął. Dziewczynka nagle poczuła do niego odrazę. Chociaż matka nigdy nie stawała w ich obronie, ktoś powinien zareagować. Miała poczucie, że tak należy.

– Matka nic nie zrobiła – powiedziała w końcu.

Siedzący tuż obok Filip wstrzymał powietrze. Zapadła cisza. Ojciec obrócił się w stronę swojej jedynej córki. Jego spojrzenie wyrażało niechęć i odrazę. Sonia przycisnęła plecy do brudnej ściany. Miała ochotę do niej przyrosnąć. Chciała przeobrazić się w przedmiot, który zostanie zignorowany. Rzecz, na której nikt nie wyładuje swojej agresji. Coś, co nie czuje, nie oddycha i nie musi jeść.

– Emanuelu, ty też czegoś nie wiesz… – Cichy głos żony odwrócił uwagę mężczyzny.

Ukląkł przy Antoninie, która kuliła się na podłodze. Cała siła nagle ją opuściła. Znów była tą kruchą, bezwolną istotą, którą jej córka znała.

– Czego? – zapytał zniecierpliwiony.

Żona przyciągnęła jego głowę do swoich ust i wypowiedziała jedno krótkie zdanie prosto do ucha. Tak, aby dzieci go nie usłyszały. Sonia widziała jednak, jak mina ojca się zmienia. Rysy jego twarzy nagle złagodniały. Usiadł na podłodze w rozkroku i zaczął rozmasowywać bolące czoło.

– Kurwa. Przecież robiłem wszystko tak, jak trzeba – stwierdził w końcu.

– Widocznie nie zadziałało tak, jak mówił ksiądz – mruknęła Antonina.

Tego wieczoru żadne z dzieci państwa Kravnych nie dostało kolacji. Rodzice nagle przestali się kłócić. Zamknęli się w sypialni, aby porozmawiać. Sonia nie wiedziała o czym. Wyszła przed dom, by wypuścić białego szczura. Wiedziała, że raczej nie zdoła go sprzedać, a nie chciała skazywać zwierzęcia na głód i niewygodę. Obserwowała, jak gryzoń znika gdzieś w trawie, zupełnie nieświadomy wydarzeń, które wstrząsnęły miastem.

Gdy wróciła do środka, zastała braci siedzących na swoich miejscach. Z przykrością odkryła, że walka o materace już się rozegrała, a jej został worek wypchany sianem.

Nie odezwała się choćby słowem, tylko przykryła go kocem i opadła na to prowizoryczne legowisko. Znów podziwiała zaciek na suficie. Był większy. Tym razem przypominał kształtem kruchą babkę. Sonia poczuła nieprzyjemne ssanie w żołądku, lecz wiedziała, że musi po prostu przespać ten głód. Może jutro będzie lepiej i matka zrobi coś na śniadanie.

Nagle przypomniała sobie o gruszkach podarowanych jej przez Klarę. Woreczek wciąż musiał leżeć w progu. W pierwszym odruchu chciała po niego wrócić. Pomyślała jednak, że bracia zauważą, po co poszła, i zechcą jej go wyrwać.

– Ej, Igor, podsłuchałeś rodziców? Leżysz najbliżej drzwi – odezwał się nagle Aleksy.

Najstarszy z rodzeństwa odchrząknął, po czym wyciągnął się wygodnie na materacu. Sonia pomyślała, że zawsze lubił czuć się ważny.

– No, coś tam słyszałem.

– I wiesz, co matka powiedziała ojcu? – szepnął Aleksy.

– Że jest w ciąży.

Ciąża. Ten krótki wyraz głośnym echem wybrzmiał w głowie Soni. Braciom udzieliła się panika. Słyszała, jak wymieniali między sobą ciche szepty. Ona nie miała jednak siły dłużej analizować tych wszystkich zmian. Pozwoliła więc, aby szmery rozmów stanowiły tej nocy jej kołysankę. Chciała szybko zasnąć i przespać głód. Na szczęście po dniu pełnym wrażeń nie miała z tym większego problemu.

Następny dzień rozpoczął się według starego porządku. Zjedli śniadanie i nikt nie wracał już do tematu wczorajszej awantury.

– Dzisiaj będzie odprawiona msza w intencji ofiar pożaru w hucie – odezwała się nagle matka.

– Skąd o tym wiesz? – zapytał Igor.

– Jak byłam wynieść śmieci, podsłuchałam rozmowę sąsiadek. Mniejsza o to. Soniu, myślę, że to dobry moment, aby ustawić się pod drzwiami kościoła. Ludzie powinni współczuć małej żebraczce – stwierdziła Antonina.

– Co to znaczy współczuć? – zapytała dziewczynka, oblizując palce z resztek marmolady.

– Kiedy komuś jest cię szkoda – wtrącił Igor.

– To jest litość – zauważyła Sonia.

– Współczucie jest wtedy, gdy komuś nie tylko jest cię szkoda, lecz także gdy przejmuje się tym, przez co ty przechodzisz. Przeżywa to, co czujesz, dlatego chce ci pomóc. W jakiś sposób ci ulżyć – tłumaczyła matka.

– W takim razie nikt nigdy mi nie współczuł. Dlaczego więc dzisiaj pod kościołem miałoby być inaczej? – zapytała Sonia.

– Nie pyskuj, smarkulo. – Emanuel uderzył ręką w blat i tym ­samym zakończył dyskusję.

Dziesięć minut później Sonia była już na ulicy i podążała w znajomym kierunku. Znów miała na sobie szarą sukienkę, ten sam sweter i znoszone trzewiki. W rączce wciąż trzymała papierową torebkę z drobnymi monetami i gruszkami. Pomyślała, że zje jeden owoc, ­kiedy rozpocznie się msza.

Kościół wzniesiono tuż za bramą prowadzącą do górnego miasta. Był to jeden z najbardziej reprezentatywnych obiektów w okolicy. Wielki, z wysoką wieżą i wielobarwnymi witrażami za każdym razem robił na Soni ogromne wrażenie. W myśl powtarzanego przez księży zdania o tym, że wiara jest dla wszystkich, do świątyni przychodzili mieszkańcy zarówno bogatych, jak i biedniejszych dzielnic. Nie oznaczało to jednak, że w kościele wszyscy siadali razem. Uprzywilejowani mieli wydzielone wygodne pozłacane ławy. Należały im się, ponieważ część z nich była darczyńcami, którzy przyczynili się do budowy świątyni. Biedniejsi zwykle stali lub zajmowali mało wygodne drewniane ławki ustawione przy ścianach.

Bracia powiadali, że podczas mszy można sporo ukraść. Skupieni na kazaniu wierni nie pilnowali zbytnio swoich kieszeni, przez co padali łupem małych złodziei. Sonia nigdy nie odważyła się jednak kraść w kościele. Nie potrafiła jednoznacznie wyjaśnić dlaczego, ale czuła dziwną blokadę, która jej na to nie pozwalała.

Już pół godziny przed rozpoczęciem nabożeństwa przed budynkiem zgromadził się tłum. Ponieważ Kravna była niska, zdołała się przez niego przecisnąć. Następnie przycupnęła przy rzeźbionych wrotach, żeby przysłuchać się rozmowie dwóch kobiet. Zamiast wejść do koś­cioła, przystanęły trochę z boku i zaczęły plotkować:

– To naprawdę niewyobrażalna tragedia. Tylu ludzi zmarło… – powiedziała wyższa z nich, szczelnie okrywając ramiona chustą.

– Dramat… – westchnęła tęższa blondynka. – Naprawdę straszny wypadek.

– Powiadają, że to wcale nie był wypadek…

Na słowa koleżanki blondynka wyraźnie się ożywiła. Spojrzała na nią wielkimi oczami.

– Co ty mówisz…

– Teraz właściciele drugiej huty mają monopol. Jakby się tak dokładnie temu przyjrzeć, to faktycznie cała ta sytuacja była Morgackim na rękę.

Sonia wyjęła z torebki gruszkę i łapczywie się w nią wgryzła. Słodki sok spłynął po brodzie dziewczynki, ale szybko wytarła twarz rękawem. Chociaż siedziała pod kościołem w dość widocznym miejscu, jeszcze nikt nie rzucił jej pieniędzy. Uznała, że być może wierni zdecydują się na to po mszy.

W ciągu swojego krótkiego życia Sonia nauczyła się jednego: kiedy ludzie robili coś dobrego lub wyjątkowego, lubili mieć na to świadków. Igor powtarzał, że miejscowi cenią sobie aprobatę księdza i chcą zrobić dobre wrażenie na bogatszych mieszkańcach miasta.

W końcu dwie plotkujące kobiety weszły do świątyni, zachęcone nerwowymi pochrząkiwaniami kolejnych wiernych. Budynek zapełniał się coraz bardziej, lecz Kravna wiedziała, że najbogatsi przyjdą dopiero na koniec.

Gdy z oddali zobaczyła kilka podjeżdżających samochodów, wyobraziła sobie, iż z jednego z nich wyjdzie Klara. Umysł podsunął jej scenę, w której dziewczynka do niej podejdzie i zaproponuje, aby podeszły poszukać białego szczura. Przez moment Sonia nawet pożałowała, że wypuściła zwierzę. Wierni napływali coraz liczniej, ale nigdzie nie dostrzegła Klary.

– Auć! – syknęła Sonia, gdy obcy mężczyzna nadepnął jej na stopę.

On jednak nawet nie zwrócił na nią uwagi. Siedziała więc skulona i coraz bardziej utwierdzała się w przekonaniu, że matka nie miała racji. Ludzie nie chcieli nikomu współczuć. Oni żyli tą tragedią i pragnęli się nią emocjonować, nawet jeżeli nie dotknęła bezpośrednio żadnego z nich. Pragnęli snuć swoje domysły i wymyślać coraz to nowsze wersje wydarzeń, które miały miejsce w hucie.

– To takie straszne. Teść mojej gosposi tam pracował. Ponoć płacili lepiej niż w hucie Morgackich – powiedział jakiś młodzieniec do swojego towarzysza.

– A ja słyszałem, że to wszystko był bunt. Odpowiada za to jakiś zdesperowany pracownik, który nie miał czego włożyć do garnka. To on wysadził piece.

Sonia jeszcze bardziej podkuliła nogi, aby nikt przypadkiem jej nie podeptał. Rozmowy mijających ją ludzi zlały się w jeden szum, z którego wywnioskowała, że choć ojciec uniknął tragedii, i tak nic nie będzie już takie, jak dawniej. Czuła nieprzyjemne napięcie, chociaż nie rozumiała, co dokładnie jest jego przyczyną.

Nagle szmery ucichły. Zgromadzeni pod kościołem ludzie stanęli w miejscu. Wszyscy odwrócili głowy w tym samym kierunku. Znajdowali się w tym dziwnym stanie, dopóki ktoś nie krzyknął, by nie blokowali wejścia. Gdy większa grupa wreszcie weszła do budynku, Sonia zrozumiała, z czego wynikało to poruszenie. Morgaccy wysiedli z samochodu i szli w stronę kościoła. Wierni zrozumieli, że wielkiemu państwu należy zrobić miejsce. Zachowywali więc należyty odstęp.

Pani Morgacka miała na głowie kapelusz z czarną woalką. Sonia wiedziała, co on oznacza. Matka wspominała, że to symbol żałoby. Pan Morgacki z kolei trzymał w dłoniach gigantyczny wieniec. Na ­czarnej wstędze widniał jakiś napis. Kravna pożałowała, że nie potrafi go przeczytać. Rozpoznała jedynie krzyże zdobiące jego końce. Tuż przy parze kroczył chłopiec, zapewne ich syn. Starannie uczesany blondyn w czarnej marynarce i lakierowanych butach. W porównaniu z dzieciakami, które Sonia widziała pod szkołą, wyglądał jak książę. Wszystko to za sprawą małych elementów ubioru, jak srebrne guziki czy aksamitna muszka, ale też niesamowitej pewności w sposobie poruszania.

W momencie, w którym Morgaccy dotarli do wrót, blondyn wymienił z Sonią krótkie spojrzenie. Chociaż ojciec uczył ją wiele razy, by spuszczała w takich sytuacjach wzrok, ona w odpowiedzi jeszcze bardziej uniosła podbródek. Chłopak uchylił wargi, wyraźnie zaskoczony tym śmiałym gestem.

– Tobi, trzymaj się nas. To żebraczka. Tacy jak ona mają wszy. Mogą cię też czymś zarazić – pouczyła blondyna matka i zagarnęła go ramieniem.

Morgaccy weszli do świątyni, a Sonia usłyszała cichy brzdęk. Nagle dostrzegła na posadzce mały błyszczący przedmiot. Szybkim ruchem zagarnęła go dłonią. Żaden przechodzień nie skomentował tego gestu – nie zwrócili na nią nawet uwagi, zajęci plotkowaniem na temat właścicieli drugiej huty. Sonia trzymała swoją zdobycz ciasno, jakby w obawie, że ktoś podejdzie i zaraz wyrwie jej ją z rąk. Na szczęście kościół był wielki i zdołał pomieścić wszystkich w środku.

Usłyszała dzwonki zapowiadające początek mszy. Rozejrzała się i gdy miała pewność, że nikt na nią nie patrzy, postanowiła obejrzeć swoją zdobycz. Medalik był płaski, srebrny, w kształcie słońca. Znacznie większy od takich, które wręczano dzieciom do chrztu. Jego promienie miały różne długości, w środku słońca wygrawerowano zaś księżyc, wysadzany malutkimi kryształkami. W pierwszej chwili Sonia pomyślała, że ojciec na pewno będzie zadowolony, lecz zaraz przyszło wahanie. Takie, jakiego dotąd nie doświadczyła.

– To będzie coś mojego – szepnęła, wpatrując się w medalion, jakby miał jakieś hipnotyczne właściwości.

Uświadomiła sobie, że przez większość życia nie miała niczego na własność. Czasami bawiła się lalkami zrobionymi z makówek albo kolb kukurydzy. Niestety one szybko się rozlatywały, podobnie jak wianki, które umiała pleść i czasem próbowała uszyć. Wszystko to było jednak nietrwałe. Czy jeżeli ojciec ukrywał przed rodziną utratę pracy, ona również mogła pozwolić sobie na ten mały sekret?

Po kilku sekundach wahania ukryła swoją zdobycz w skarpetce. Tu była bezpieczniejsza niż schowana we włosach. Może i miała łańcuszek, który mogłaby w nie wpleść, ale wolała nie ryzykować, że znalezisko jej wypadnie.

Przez resztę mszy Sonia zastanawiała się, czy naszyjnik na pewno upadł pani Morgackiej. Odniosła takie wrażenie, szczególnie że kobieta wyglądała na kogoś, kogo stać na kosztowności. Gdyby istniał cień możliwości, by ta błyskotka wypadła Klarze, Sonia zechciałaby ją zwrócić. Wspomnienie pogardliwego komentarza Morgackiej sprawiło jednak, iż wszelkie wyrzuty sumienia wyparowały. Tym razem Kravna nie kradła, a naszyjnik sam się rozpiął. Może po prostu los tak chciał?

Przed końcem mszy pod kościołem pojawiło się jeszcze kilku żebraków liczących na jakiś łup. Po drugiej stronie drzwi usiadła matka z niemowlęciem owiniętym w chustę. Dziecko spało, a kobieta kołysała je łagodnie. Mruczała przy tym cicho jakąś kołysankę. Ten widok sprawił, że myśli Soni powędrowały do jej własnej matki. Czy gdy urodzi, również będzie tu przychodzić? Ojciec zawsze powtarzał, że małe dzieci wzbudzają największą litość. Kravna nie chciałaby oglądać swojej matki na ulicy. Ten widok sprawiłby jej ból, chociaż nie potrafiła jednoznacznie wyjaśnić dlaczego.

Na szczęście ludzie w końcu zaczęli wychodzić, przez co mogła skupić myśli na czymś innym. Znowu miała problem z wyciągnięciem dłoni, ale wierni i tak wiedzieli, po co tutaj przyszła. Tego dnia zbiory faktycznie okazały się większe niż zazwyczaj. Dziewczynka zebrała wszystkie monety i ukryła je w torebce z drugą gruszką. Ojciec powinien być zadowolony.

Po powrocie do domu Sonia dostrzegła matkę siedzącą przy stole. Antonina popijała herbatę, wyczekująco spoglądając w stronę drzwi.

– Jestem pierwsza? – zapytała dziewczynka, z zadowoleniem rozglądając się wokół.

Często jej wypominano, że wraca do domu jako ostatnia. Tego dnia jednak braci nigdzie nie było, a sądząc po dochodzącym z sąsiedniego pomieszczenia chrapaniu, ojciec uciął sobie drzemkę.

– Tak, ale zbieraj się. Musimy wychodzić. – Matka odstawiła kubek na blat i raptownie wstała od stołu.

Jej ton brzmiał jakoś dziwnie. Sonia nie potrafiła odczytać, czy jest zła, smutna, czy też z jakiegoś powodu zniecierpliwiona. Pod oczami kobiety widniały jednak wyraźne sińce. Wydawała się przemęczona.

– Dokąd idziemy?

– Do lichwiarki.

– Chcesz jej oddać pieniądze? Nasza sąsiadka handlarka upominała się o dług za jakieś trzewiki i…

– Nie chcę jej niczego oddawać. Idziemy zarobić – przerwała córce.

Sonia poczuła nerwowy ucisk w żołądku. Ta sytuacja była dla niej nowa. Przerażał ją fakt, że minionego dnia runął stały porządek ich życia. Nadchodziły zmiany, a sądząc po atmosferze panującej w domu, raczej nie mogło wyniknąć z nich nic dobrego.

– Jak zarobić? – dopytywała Sonia.

– Zaraz się dowiesz.

Matka złapała ją za nadgarstek i poprowadziła w stronę drzwi. Wyszły na ulicę, gdzie jak zawsze o tej porze panował duży gwar. Minęły kilka kamienic i skręciły w znajomą alejkę.

Mieszkanie lichwiarki znajdowało się na ostatnim piętrze starego budynku. Latem już na klatce schodowej czuć tu było okropny zaduch, a wszystko dlatego, że lichwiarka nie lubiła otwierać okien. Pogardzała również wszelkimi hałasami i nie godziła się na zostawianie żadnych przedmiotów na korytarzu. Sąsiedzi akceptowali jej warunki, ponieważ kobieta budziła respekt. Matka wielokrotnie powtarzała, że lepiej żyć z nią dobrze, ponieważ ma „pewne kontakty”. Sonia nie rozumiała, co dokładnie kryje się za tym stwierdzeniem, ale podejrzewała, że może chodzić o dwóch synów kobiety. Bardzo wysokich, napakowanych, zawsze z papierosami w ustach. Widywała ich w okolicach domu publicznego. Czasem stawali przy drzwiach, innym razem kogoś przez nie wyprowadzali. Gdy zapytała Igora, czym dokładnie się zajmują, odpowiedział, że pilnują porządku.

– Czy możesz mi obiecać, że będziesz grzeczna i nie powiesz nic głupiego? – zapytała cicho matka, kiedy już stanęły przy drzwiach prowadzących do mieszkania lichwiarki.

Sonia przełknęła ślinę. Ogarnął ją strach przed nieznanym.

– Nie wiem, o co chodzi…

– Na miłość boską, możesz obiecać?

Pokiwała głową, bo zrozumiała, że jej sprzeciw byłby bezcelowy.

Matka dwukrotnie zapukała do drzwi. Lichwiarka otworzyła im praktycznie od razu. Zupełnie jakby się ich spodziewała.

– Wejdźcie. – Zachęciła je gestem dłoni, ale nawet nie zaszczyciła dziewczynki choćby najkrótszym spojrzeniem. – Moja znajoma już na was czeka.

Minęły stare biurko, na którym piętrzył się stos dokumentów, i przeszły do centralnej części pomieszczenia. Na jego środku stał taboret. Ten widok z jakiegoś nieokreślonego powodu nie spodobał się Soni. Po prostu bywała w tym miejscu już kilka razy i nigdy go nie widziała. Nauczyła się już, że burzenie starego porządku nie przynosi niczego dobrego.

– Dobry wieczór. – Antonina dygnęła na widok kobiety siedzącej przy stole pod ścianą.

Dopiero wtedy Sonia uświadomiła sobie, że w pokoju jest ktoś jeszcze. Gdy poczuła, jak dłoń matki kurczowo zaciska się na jej nadgarstku, również dygnęła. Nieznajoma uśmiechnęła się krzywo. Odgarnęła na bok burzę gęstych brązowych loków i powoli wstała.

– Dobry wieczór – odpowiedziała po chwili i spokojnym krokiem okrążyła dziewczynkę. Odgłos obcasów uderzających o drewno wypełnił pomieszczenie.

– Co sądzisz, Tabito? Nada się? – zwróciła się lichwiarka do koleżanki.

– Zaraz zobaczymy. Nie ma wszy? – Tabita spojrzała na Antoninę.

– Nie! Przysięgam. Bardzo dbamy o czystość – zapewniała pani Kravna, przykładając dłoń do serca, jakby ten gest miał dowieść jej prawdomówności.

Tabita nie wyglądała na przekonaną. Zatoczyła jeszcze jedno kółko wokół Soni, gładząc przy tym podbródek.

– Niech usiądzie – poleciła w końcu i wskazała dziewczynce taboret.

Kravna potrzebowała kilku sekund, by zrozumieć, że kobieta zwróciła się do niej. Niepewnie przycupnęła na wskazanym miejscu. Miała ochotę zapytać, czemu tu jest i o co w tym chodzi, ale się powstrzymywała. Nie chciała, aby po wszystkim matka powtórzyła ojcu, że jest niegrzeczna i pyskata. Może jeśli będzie posłuszna, zasłuży na to, aby tę noc spędzić na materacu?

– Są bardzo długie – zapewniła Antonina, gdy Tabita podeszła bliżej dziewczynki.

– Widzę – mruknęła oschle.

Serce Soni zaczęło bić szybciej w momencie, w którym kobieta położyła dłoń na jej głowie. Rozdzielała pasma włosów, jakby czegoś szukała. Po karku dziewczynki przechodziły nieprzyjemne dreszcze.

– Faktycznie, jest czysto – stwierdziła.

Wróciła do stołu, ale tylko na moment. Podniosła leżący na blacie grzebień, by następnie przeczesać kosmyki dziewięciolatki.

– Tyle, na ile się umawiałyśmy? – zapytała Tabita.

Sonia usłyszała, że matka podeszła do kobiety, aby wyszeptać jej coś na ucho. W odpowiedzi nieznajoma mruknęła przeciągle.

– Umowa stoi. Faktycznie jest nieźle.

– O co chodzi, mamo? – odezwała się wreszcie Sonia, czując, że dłużej nie wytrzyma tego narastającego niepokoju.

– Porozmawiamy w domu – odpowiedziała Antonina.

Drobne, blade palce zacisnęły się w pięści. Dziewczynka wiedziała, że powinna pokornie wszystko przetrwać, ale czuła, że zaczyna ją to przerastać. Gdy obca kobieta zaplatała jej włosy, nie potrafiła zapanować nad drżeniem ramion i rąk.

– Ona jest normalna? Wszystko z nią w porządku? – Lichwiarka spoglądała to na Sonię, to na jej matkę.

– Oczywiście. Zwykle nie jest taka rozgadana. Jeszcze nie może się pozbierać po wczorajszej tragedii. Całe szczęście, że mój mąż źle się poczuł i nie poszedł do pracy. Tak mało brakowało, a byłby wśród ofiar… – mówiła przejęta Antonina.

Sonia wiedziała, że matka kłamie. Po pierwsze, rodzice zawsze jej zarzucali, że za dużo gada. Po drugie, ojciec stracił pracę jeszcze przed wybuchem w hucie. Nie rozumiała tylko, z czego wynika ta nieszczerość.

Wtem ciąg myśli przerwało ostre szarpnięcie. Tabita właśnie skończyła zaplatać jej warkocz i pociągnęła za niego mocno, jakby był jedynie rzeczą. Kawałkiem tkaniny. Zabolało. Sonia syknęła, ale kobieta nie zwróciła na to najmniejszej uwagi. Wtem rozległ się dźwięk, który przywodził dziewczynce na myśl odgłos przecinanego papieru. A po nim kolejne. Gdy otrząsnęła się z szoku, gwałtownie wstała i dostrzegła, że Tabita trzyma w dłoni warkocz, a w drugiej nożyce. Sonia złapa­ła się za tył głowy. Jej włosy zniknęły. Pod palcami czuła nierówne ­pasma. Krótkie jak u braci.

– Jak mogłaś?! – wrzasnęła.

IV

Pod bramą

Antonina Kravna nie przewidziała furii, która ogarnęła jej córkę. Sonia zachowywała się tak, jakby wstąpił w nią diabeł. Wyrwała Tabicie nożyczki i zaczęła wymachiwać nimi niczym mieczem. Wykrzykiwała przy tym liczne groźby. Chociaż żadnej z nich nie miała siły spełnić, matka postanowiła dmuchać na zimne. Wraz z lichwiarką mocno przytrzymały dziewczynkę, a Tabita, odłożywszy warkocz na stół, próbowała wyrwać jej z rąk nożyczki.

– Nie dostaniesz dziś kolacji! Będziesz spać na podłodze! Nie dostaniesz nawet worka! – wykrzykiwała Antonina.

Sonia nie przestawała jednak wierzgać nogami.

– To nie dziecko! To jakiś demon! – stwierdziła Tabita i wreszcie zdołała wyszarpać nożyce.

Dopiero wtedy Antonina puściła córkę, podeszła do niej od przodu i z całej siły uderzyła dziewczynkę w twarz. Głośny plask poniósł się po pomieszczeniu. Wątłe ciało nie zdołało utrzymać równowagi. Soni pociemniało przed oczami. Nim upadła, mocno uderzyła głową o róg biurka lichwiarki.

– Sonia! – Antonina podbiegła do córki.