Tajne godziny - Mick Herron - ebook

Tajne godziny ebook

Mick Herron

0,0
39,99 zł

lub
-50%
Zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego i kupuj ebooki, audiobooki oraz książki papierowe do 50% taniej.

Dowiedz się więcej.
Opis

Gdzie się ukryjesz, gdy przykrywka zacznie się sypać?

Dwa lata temu powołano komisję Monochrome. Miała zbadać działanie brytyjskich służb specjalnych i wykryć wszelkie nieprawidłowości. Oddelegowani do niej urzędnicy, Griselda Fleet i Malcolm Kyle, otrzymali nieograniczony dostęp do poufnych archiwów.

Tyle że na każdym kroku ktoś torpeduje prace komisji. Monochrome zdaje się dogorywać… aż nagle pojawia się teczka z napisem OTIS.

Co mieści, skoro najwyraźniej z jej powodu ktoś ściga nocą odsuniętego od służby szpiega krętymi drogami Devonu? Co musiało wydarzyć się w Berlinie tuż po zjednoczeniu, skoro ktoś za wszelką cenę chce utrzymać to w tajemnicy? No i kto zwycięży w walce o duszę tajnych służb? A może jej wynik został przesądzony już dawno temu?

Szpiedzy i urzędasy, politycy i ich asystenci, karierowicze, wyrobnicy i wypaleni zawodowo… Za dnia wszyscy wykonują swoje obowiązki.

Dopiero to, co robią w tajnych godzinach, pokazuje, kim są naprawdę.

„Strzał w dziesiątkę” – Lee Child

„Porywająca. Czysta przyjemność. Wątpię, bym w tym roku przeczytała bardziej wciągającą powieść. »Tajne godziny« mają wszystko” – Paula Hawkins

„»Tajne godziny« to znakomita powieść. Mick Herron w szczytowej formie” – Michael Connelly

„Wielka Brytania, ojczyzna thrillera szpiegowskiego, zyskała godnego następcę Johna le Carrégo. Mick Herron serią Slough House szturmem zdobył rynek i zachwycił najbardziej wymagających krytyków gatunku. Wydział wyrzutków MI5 – absolutnie genialny pomysł! Proza Micka Herrona to intelektualna uczta nawet dla najbardziej wyrafinowanych fanów sensacji, bo to po prostu prawdziwa literatura” – Vincent V. Severski

„Herron to absolutny szczyt nowej złotej ery powieści szpiegowskiej” – „The Sunday Times”

„Najwybitniejszy współczesny autor powieści szpiegowskich piszący po angielsku” – „New Statesman”

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 487

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



 

Tytuł oryginałuThe Secret Hours

© Mick Herron, 2023

First published in 2023 BaskervilleAn imprint of John Murray (Publishers)An Hachette UK Company

John Murray (Publishers), Carmelite House 50 Victoria Embankment, London EC4Y 0DZjohnmurray.co.uk

PrzekładRobert Kędzierski, Anna Krochmal

RedakcjaKatarzyna Zegadło-Gałecka, Dominika Rychel

Skład, przygotowanie do druku i konwersjaTomasz Brzozowski

Copyright © for this edition Insignis Media, Kraków 2026Wszelkie prawa zastrzeżone

ISBN 978-83-68639-31-5

Wydawca/producent

Insignis Media, ul. Lubicz 17D/21–22, 31-503 Krakó[email protected], insignis.plFacebook: @Wydawnictwo.InsignisX, Instagram, TikTok: @insignis_media

Wyłączna dystrybucja Dressler Dublin sp. z [email protected], dressler.com.pl

Dla Jo

 

Tłumaczenie wymaga czegoś więcej niż tylko znajomości języków; dobry tłumacz stara się uchwycić ducha oryginału, a nie jedynie słowa. To akt współpracy z autorem. Robert był właśnie takim tłumaczem i jestem dumny, że mogłem współpracować zarówno z nim, jak i z Anną. Bez nich te książki mogłyby nigdy nie trafić do polskich czytelników. Jestem za to bardziej wdzięczny, niż potrafię to wyrazić – bardziej, niż sam Robert mógłby to przełożyć. Jeśli czytasz te słowa – jeśli trzymasz w rękach tę książkę – zawdzięczasz to Robertowi: mojemu tłumaczowi, mojemu współpracownikowi, przyjacielowi, którego nie miałem okazji spotkać.

Mick Herron

 

Dla Roberta.Kochanie, odkryję dla Ciebie nowe światy i każdy z nich nazwę Twoim imieniem –

Anna Krochmal

Spis treści

Okładka

Strona tytułowa

Strona redakcyjna

Dedykacje

Devon, wkrótce

Monochrome, wtedy i teraz

Londyn, teraz

Berlin, wtedy

Londyn, teraz

Berlin, wtedy

Londyn, teraz

Podziękowania

Okładka

Strona tytułowa

Strona redakcyjna

Spis treści

Początek utworu

Część pierwsza

Devon, wkrótce

 

Najgorszym smrodem na świecie jest smród martwego borsuka. Natknął się na truchło podczas porannego spaceru zieloną wiejską drogą; poczuł odór, nie widząc szczątków, ale zanim wrócił później z łopatą, domyślił się, co to jest. Nie wiedział, czy wszystkie aż tak cuchną, czy może ten konkretny padł z jakichś wyjątkowo paskudnych przyczyn. Jak się okazało, i tak nie mógł nic z tym zrobić – stworzenie wpełzło między splątane korzenie, by umrzeć, i do jego wydobycia potrzebne byłyby ciężkie maszyny oraz mocny żołądek. Nie mając tych pierwszych i nie chcąc wystawiać na próbę tego drugiego, Max wybrał trzecie rozwiązanie: przez jakiś czas będzie chodził inną trasą i zobaczy, czy w międzyczasie któryś z miejscowych rolników się tym zajmie. Dlatego kilka nocy później, kiedy uciekał, ratując własne życie, nie był pewien, czy borsuk nadal będzie tam leżał.

Pierwszy z intruzów wszedł przez okno w kuchni. Max nie spał, choć każdy obserwujący domek miałby prawo sądzić inaczej: światła były zgaszone, zasłony zasunięte. Leżał w łóżku, nie tyle walcząc z bezsennością, ile pozwalając jej robić swoje, gdy usłyszał, jak ktoś wprawnie otwiera zamknięcie okna: kawałek drutu wsuwany przez szczelinę, którą od dawna zamierzał załatać, bo ciągnęło od niej chłodem, i unoszący metalowy haczyk. To było cichsze niż wybicie szyby, ale i tak całkiem głośne. Naciągnął spodnie do joggingu i bluzę, wsunął na nogi sportowe buty, po czym zamarł, zawieszony między dwoma życiami, próbując sobie przypomnieć, gdzie schował zestaw ucieczkowy… Można by się martwić, że traci rozum. Że przychodzą za późno i że dawno temu naprawdę stał się tym, kogo udawał.

(Max Janáček. Pracownik akademicki na (wcześniejszej) emeryturze; wciąż dłubał przy książce historycznej, ale poza tym głównie zabijał czas – długie spacery, gotowanie bez pośpiechu, zaczytywanie się Dickensem).

Schody były jak niezgrana orkiestra, skrzypiały i trzeszczały niemiłosiernie, każdy stopień oznajmiał, że ktoś – Piotruś albo wilk – idzie, chyba że ćwiczyło się schodzenie po nich i wiedziało, gdzie stawiać stopy. Tak więc niemal bezszelestnie dotarł do salonu, do którego wchodziło się na skos od kuchni, i wyjął pogrzebacz ze stojaka przy opalanym drewnem piecu. Mimo całego swego ikonicznego statusu w literaturze była to niezbyt dobra broń; trzeba wysokiego sufitu, by zrobić nią zamach. Max Janáček rozumiał, czym jest dobry zamach: był tym typem, którego widuje się na wiejskich drogach ścinającego kijkiem mlecze. Tym typem człowieka, który mieszkał w pięćsetletnim domku na północy hrabstwa Devon i zawsze postępował jak dobry sąsiad: doglądał starszych ludzi, do których grona zresztą sam miał wkrótce dołączyć, zbierał śmieci po długim weekendzie i podpisywał petycje przeciwko prowizorycznemu kompleksowi przemysłowemu kawałek dalej przy drodze, liczącemu już siedemnaście baraków. Właśnie kimś takim był od ponad dwudziestu lat i przestało mieć znaczenie, czy miejscowi brali to za dobrą monetę, czy mieli to gdzieś. A raczej przestało mieć znaczenie aż do chwili, gdy ktoś uniósł haczyk w jego kuchennym oknie i całkiem zgrabnie wspiął się do środka, nie tłukąc naczyń, nie strącając garnków, i cicho, ostrożnie przeszedł po kamiennej posadzce, najwyraźniej z zamiarem otwarcia tylnych drzwi i wpuszczenia tych, którzy mu towarzyszyli. Albo jej, jak się okazało. Czy gdyby Max wiedział, że pod strojem włamywacza kryje się kobieta, dźgnąłby ją tak mocno pogrzebaczem u podstawy czaszki, a potem uderzył jej głową o podłogę, kiedy już upadła? To było coś, nad czym będzie mógł się zastanawiać w wolnej chwili, jeśli przeżyje noc. Tymczasem sprawdził, czy miała broń. Wzięła ze sobą paralizator, co stawiało ją poza kategorią okazjonalnych włamywaczy, ale nie znalazł dokumentów ani niczego, co wskazywałoby, co właściwie tu robiła. Musiał jednak przyjąć założenie, że nie przyszła sama – założenie, które się potwierdziło, gdy podniósł słuchawkę telefonu stacjonarnego i usłyszał głęboką ciszę niczym w studni w bezwietrzną noc. We wnętrzu domku – zresztą podobnie jak na całej tej drodze – jego komórka nadawała się co najwyżej na przycisk do papieru. Tak więc siedzenie cicho i wezwanie kawalerii nie wchodziło w grę, a poza tym wcale nie musiało być rozsądnym posunięciem. Czasami to właśnie na kawalerię trzeba było uważać.

Domek stał w połowie drogi wiodącej w dół i był połową bliźniaka. W drugiej mieszkała Stara Dolly, która prawdopodobnie zapomniała już czasy, kiedy nazywano ją po prostu Dolly. Z pewnością zasługiwała na miano Starej, jeszcze zanim Max się wprowadził, i wciąż uważała go za kogoś w trzech czwartych obcego, choć dawno dotarli do punktu, w którym robił jej większość zakupów, zbierał drewno na opał i wysłuchiwał co najmniej siedmiu ósmych jej narzekań na imigrację, co nie niepokoiło go aż tak bardzo jak jej zwyczaj zostawiania zapalonego palnika gazowego, żeby nie musieć odpalać każdego papierosa zapałką. Następny domek, oddalony o sto jardów, stał pusty, odkąd Jonas Tripplehorn wyprowadził się do swojej córki w Exeter; domek naprzeciwko – nazywany „domkiem” wedle lokalnej tradycji, choć miał cztery sypialnie – był używany tylko w weekendy, a przez resztę tygodnia niezmiennie pozostawał niezamieszkany. Dalej przy drodze stały kolejne domy. W niektórych mieszkały młode rodziny, inne zajmowali emerytowani robotnicy, a w jeszcze innych prowadzono drobną działalność – IT i odzież w stylu retro; kartki okolicznościowe na zamówienie i usługi redakcyjne. Za nimi, po drugiej stronie wiaduktu kolejowego, po którym z łoskotem przejeżdżały pociągi na trasie Londyn–Plymouth, rozciągało się pole, gdzie rozrosło się prowizoryczne osiedle, budzące wśród miejscowych tak wielkie oburzenie. Jeden po drugim wznoszono baraki z blachy falistej i stawiano prowizoryczne stodoły, w których teraz składowano ten rodzaj ciężkiego sprzętu, jakim można by rozczłonkować martwego borsuka. Od czasu powstania tego zbiorowiska ruder ruch na drodze nasilił się dziesięciokrotnie; większość pojazdów stanowiły mocno obciążone dostawczaki z rusztowaniami przymocowanymi do platform, obsługujące zlecenia remontowe w okolicy – prace te nie obejmowały jednak naprawy pozostawianych przez nie dziur w jezdni. Nawet teraz, gdy Max wymykał się przez boczne okno, usłyszał z tamtej strony kaszlący silnik, jakby ktoś chciał jeszcze parę razy się sztachnąć przed zaśnięciem.

Zeskoczył na ziemię, przykucnął i czekał, co będzie dalej.

Przez chwilę nie działo się nic. W oddali pohukiwała para pójdziek, znajomy duet na polowaniu, zaś na głównej drodze, ćwierć mili dalej, ciszę rujnowała jakaś ciężarówka, ciągnąca swój ładunek na zachód. Było pochmurnie. Max znał nocne niebo na tyle dobrze, by odgadnąć, jakie gwiazdy oglądałby o tej porze, ale musiał zadowolić się zobaczeniem ich jedynie oczyma wyobraźni. Z bardziej praktycznego punktu widzenia, z miejsca, w którym kucał, miał widok na drogę i front domku naprzeciwko, który oferował tyle ciemnych miejsc – gęsty żywopłot z przodu, wnękę za wysuniętym gankiem – że można by tam ukryć całą armię ninja. Ale gdyby faktycznie czaiło się tam zagrożenie ze strony profesjonalistów, to czy wysłaliby do jego kuchni samotną wojowniczkę? Taką, z którą, nawiasem mówiąc, rozprawił się dość szybko? Nie miało jednak sensu próbować odgadywać ruchy wroga, którego celu nie znał. Znów usłyszał pohukiwanie pójdziek. Można było według nich nastawiać zegarek. I gdyby się było myszą, zapewne byłoby to mądre posunięcie.

Nie był pewien, jak długo kobieta w kuchni będzie nieprzytomna, ale obstawiał, że nie dłużej niż kilka minut. Umyślna przemoc nie była czymś, co praktykował nawet w czasach, gdy obracał się w kręgach, gdzie o ile nie było to normą, było przynajmniej uznawanym osiągnięciem. Nie: siła, z jaką uderzył jej głową o podłogę, wynikała bardziej z oburzenia właściciela domu niż z dawno uśpionej biegłości. Rozsądnie byłoby jednak choć spróbować przyjąć sposób myślenia profesjonalisty. Kimkolwiek byli, już podejrzewali i wkrótce mieli się przekonać, że ich pierwsze wtargnięcie się nie powiodło. To, co zrobią dalej, zależy od ich priorytetów operacyjnych. Chcieli zachować ciszę, ale chcieli też Maxa i mogli porzucić myśl o tym pierwszym, jeśli drugie znalazłoby się w ich zasięgu. Bo jaki skutek przyniosłoby pandemonium? Zapalające się światła w domach i telefon na policję? To mogłoby ściągnąć pomoc, ale nie w ciągu najbliższych trzydziestu minut, biorąc pod uwagę odosobnione położenie wioski. Było to więc ryzyko, które z pewnością by podjęli. A w takim razie powinien zdecydować, jak zareaguje na zmasowany atak na domek.

Ucieczka w ciemność była najlepszym pomysłem, na jaki wpadł.

I nie był to najgorszy pomysł. Przybyli zapewne jakimś pojazdem, może więcej niż jednym, ale nie przyjechali drogą, bo by ich usłyszał. Najpewniej zaparkowali więc na skrzyżowaniu, gdzie inna wiejska droga dochodziła do szosy, oferując różne trasy ucieczki. Taki byłby ich cel i nie mógł wiedzieć, czy on sam leżałby tu wtedy z dziurą w ciele, czy znajdowałby się związany w bagażniku ich pojazdu. Paralizator – a nie dajmy na to nóż, pistolet czy pocisk samosterujący – wskazywał, że plan A nie przewiduje zabicia go, ale każdy plan ma warianty awaryjne, a jeśli nie zdołaliby wziąć go żywcem, mogli woleć go zlikwidować. Żaden z tych scenariuszy nie był dla Maxa pociągający; jeśli udałoby mu się pokonać dwadzieścia jardów drogą, mógłby prześlizgnąć się przez żywopłot na pole, gdzie nie byliby w stanie go ścigać w swoich pojazdach. Znał teren; zakładał, że oni nie. Chodził po tym polu nocą niezliczoną ilość razy; leżał tam na plecach i podziwiał gwiazdy, co nie było zwyczajem, którym chwalił się sąsiadom. Nie twierdził, że zna każdy pagórek i każde zagłębienie w ziemi, ale znajomy teren powinien dać mu przewagę. Mimo to był daleki od przekonania, że tak właśnie powinien zrobić, kiedy decyzję podjęto za niego: znajomy szczęk i skrzypienie oznajmiły, że drzwi wejściowe się otwierają. Kobieta, którą powalił, znów była na nogach, a jej pojawienie się poderwało czekających w ukryciu. Z ciemności wyłonił się jeden kształt, potem drugi, i pobiegły, by do niej dołączyć. Mogło ich być więcej. Jeśli miał się ruszyć, to właśnie teraz.

Ludzie weszli do domku, a przez okno nad jego głową przebiło się upiorne światło. Używali latarek i graty na jego parapecie – doniczki, wazony, świece na spodkach – na chwilę ożyły, rzucając widmowe cienie. Oderwał się od ściany, skradając się, ominął Volvo, do którego kluczyki wisiały na haczyku przy frontowych drzwiach, i wyszedł na drogę. Była po obu stronach gęsto obrośnięta żywopłotem, a jej nawierzchnia wskutek wzmożonego od niedawna ruchu stała się bardziej wyboista. Droga nie tylko opadała, lecz też skręcała, a prowadząca na pole przerwa w żywopłocie znajdowała się w miejscu, gdzie widoczne stawało się położone nieco dalej skrzyżowanie. Szedł na pamięć, ufając swoim stopom. Spodnie do biegania były ciemnobordowe, ale bluza, którą narzucił, miała srebrzysty połysk, i gdyby świecił księżyc, wyglądałby jak duch, zakłócenie w ciemności, kształt półczłowieka. Ale księżyc nie świecił; była pochmurna, czarna jak krypta noc w środku lutego i coraz bardziej uświadamiał sobie przenikliwy chłód. Nagle – bez żadnego ostrzeżenia – podwójne reflektory pojazdu zaparkowanego na końcu drogi skierowały się prosto na niego. Przyszpiliły go jak motyla do aksamitnej tkaniny. Za jego plecami wybuchły dźwięki; nie chaos, lecz seria naglących szeptów. Smugi światła z latarek wyłowiły go w chwili, gdy dotarł do przerwy w żywopłocie i prześliznął się na pole.

To było jak przejście przez kurtynę i znalezienie się za kulisami. Światło zniknęło i tylko ziemia, którą czuł pod stopami, pozwalała odróżnić górę od dołu. Wyciągnął ręce, by w razie potknięcia zamortyzować upadek, i spróbował biec. Pole było ugorem; bez upraw, tylko kamienista ziemia, trawa i chwasty. Gdyby Max wybrał jeden kierunek, wyszedłby na drogę; gdyby wybrał inny, dotarłby do kolejnego pola. Oczy przyzwyczajały się do ciemności; reflektory samochodu tworzyły za nim upiorną poświatę, a potem znów pojawiły się latarki, gdy ścigający dotarli do przerwy w żywopłocie i wysypali się przez nią.

Niemal natychmiast usłyszał okrzyk bólu, gdy jeden z nich runął jak długi i złamał – Max miał taką nadzieję – jakąś ważną kość.

Nie zatrzymał się. Biegł dalej, skupiony na tym, by się nie przewrócić, ale wydawało mu się, że dostrzega dwie oddzielne wiązki światła przesuwające się po ziemi. Jak daleko za nim? Nie sposób było powiedzieć. Jak daleko do drogi? Jeszcze kilkaset jardów, a teren stał się łatwiejszy, gdy się do niego przyzwyczaił. Ale to działało w obie strony: jego prześladowcy też nabiorą szybkości, a byli młodsi od niego, jak dziś niemal wszyscy. I sprawniejsi. Warkot odpalanego silnika i wszystko wskoczyło na wyższy bieg. Skurwiele, kimkolwiek byli, przestali już się starać, żeby było po cichu. Ale przynajmniej nie mogli ścigać go samochodem po ciemnym polu; ta myśl pocieszyła go trochę na jakieś dwie sekundy, bo potem przez otwór w żywopłocie przebił się motocykl i wpadł na pole jak rozwścieczony byk.

W chwilach stresu czas staje się elastyczny. Nauka ponoć potwierdzała tę tezę, lecz Max wiedział to z doświadczenia: coraz wolniejsze dudnienie jego stóp uderzających o ziemię, coraz intensywniejszy hałas za plecami. Wiedział, że są ludzie, którzy potrafią rozpoznać motocykl po samym dźwięku, ale on polegał na liczeniu kół, czyli wszystkie wydawały mu się takie same, choć ten był gorszy niż większość. Gdzieś przed nim znajdowała się zamknięta na kłódkę brama z pięcioma belkami, a za nią droga. Kawałek dalej był zakręt: stromy podjazd piął się w górę, przebiegał obok dwóch domków i dochodził do skrzyżowania trzech dróg. Jeśli zdołałby tam dotrzeć, zachowując odpowiednią przewagę, ścigający musieliby się rozdzielić. Ale to wszystko należało do przyszłości, która nadchodziła zbyt wolno, chyba że jechało się na motocyklu po kamienistym polu, wypluwając spod siebie grudy ziemi. Światło było coraz jaśniejsze i Max próbował biec szybciej, jakby to doświadczenie, przed którym uciekał, było z pogranicza śmierci. Miał sześćdziesiąt trzy lata. To prawda, że był starszy niż kiedykolwiek dotąd; a jednak to nie było siedemdziesiąt lat. Ani osiemdziesiąt. Ale tym zajmie się czas, jeśli kiedykolwiek znów zacznie zachowywać się normalnie, a jasne światło reflektora pochłaniało już wszystko, chwytało Maxa w swój snop: widział własny cień, wznoszący się przed nim niczym olbrzym. W baśni ten cień odwróciłby się i zmiótł jego prześladowców; wbiłby ich w ziemię. Motocykl był już tuż za nim; czuł na tyłku jego oddech. Wtedy jakby znikąd zmaterializowała się przed nim brama: chwycił górną belkę i przerzucił się przez nią, uderzając o ziemię jak worek ziemniaków. Jutro będzie to czuł w kościach, jeśli jutro w ogóle nadejdzie. Za nim motocykl ryknął z wściekłości, rozrzucając kamieniste grudki: Max czuł, jak wpadają mu we włosy. Zerwał się na nogi i potykając się, pobiegł drogą. Silnik zawył raz, potem drugi, jakby ten, kto go ścigał, przypomniał sobie Steve’a McQueena, rozważając skok przez bramę, po czym kierowca motocykla z rykiem zawrócił i zatrzymał się w połowie drogi. Pewnie by się naradzić, jak zgadywał Max, z tymi, którzy wciąż przedzierali się pieszo przez pole.

Było przenikliwie zimno, ale on zlał się potem i nie miał pojęcia, co się dzieje. Gdzieś w ciemności, prawdopodobnie na skrzyżowaniu na końcu drogi, przy której stał jego dom, ktoś uruchomił silnik samochodu i kolejne reflektory rozdarły noc. Ruchy Maxa stały się płynniejsze, gdy nogi odnalazły swój rytm. Chcieli pościgu? To będą go mieli. Zanim padł na niego snop światła, dotarł do zakrętu i pędem ruszył pod górę jedną z tych wąskich dróżek w hrabstwie Devon, na których mieści się tylko jeden pojazd naraz. Wracało do niego wspomnienie niedawnego spaceru. Oddychanie zaczynało sprawiać mu ból. Minął pierwszy domek, który – podobnie jak sąsiedni – znajdował się powyżej poziomu drogi. Krótki podjazd, na którym stał poobijany Land Rover, piął się niemal pionowo w górę, a mur ogrodowy, wysokości Maxa, był prastarą konstrukcją z porośniętych kamieni utrzymywanych razem przez kruszącą się zaprawę i ambitny mech. Usłyszał, jak samochód zwalnia, gdy jadący nim ludzie próbowali zrozumieć, gdzie zniknął: czy nadal był na drodze poniżej, czy skręcił w tę wąską dróżkę i zniknął w cieniach. Drugi domek stał nieco dalej. Było tak, jak zapamiętał: tutaj mur ogrodowy wybrzuszał się niebezpiecznie na wysokości głowy przechodnia, tak zniszczony przez czas i pogodę, że wyglądał, jakby był gotów runąć i zasypać dróżkę kamieniami, ziemią i piachem. Może właśnie to przeczucie nietrwałości sprawiło, że budynek wystawiono na sprzedaż; tablicę informującą o tym fakcie wbito w skrawek trawnika za murem. Max skręcił na podjazd i oburącz chwycił tablicę z napisem NASPRZEDAŻ i dane agenta nieruchomości osadzoną na wysokim na pięć stóp drewnianym słupku… Wysunął się z ziemi zaskakująco łatwo, jakby Max był Arturem wyciągającym miecz ze skały, i zresztą czuł się jak król, gdy ponownie wkopywał ją w luźną ziemię przy wybrzuszonym murze tak głęboko, jak tylko się dało. A potem jeszcze trochę głębiej. Droga rozbłysła światłem: ludzie w samochodzie podjęli decyzję i jechali po niego. Łatwiej było zdobyć to strome wzgórze na czterech kółkach: jego nogi teraz drżały, po części z zimna, ale głównie przez cały ten wysiłek. Jeszcze niedawno jego największym problemem była bezsenność. Gdy słupek wbił się głęboko w ziemię, Max zmienił nacisk; nie pchał go już w dół, lecz oparł się na nim, zmieniając go w dźwignię. Drogę zalało światło reflektorów; w krzakach po drugiej stronie zamigotało. Poczuł, że ziemia ustępuje. Samochód poruszał się wolno, jakby coś podejrzewali. Nacisnął mocniej, napierając całym ciężarem. Już prawie się udało, jeszcze tylko trochę, ledwie odrobinę poza jego zasięgiem. Samochód zawarczał głośniej, a Max miał wrażenie, że coś pęka, jakby słupek złamał się w ziemi. Gdyby tak było – koniec gry. Ale tak się nie stało, bo wszystko puściło w tej samej chwili; rozległ się głuchy łoskot, gdy pierwszy kamień z muru wysunął się i spadł na drogę poniżej, a potem ziemia zaczęła poruszać się pod jego stopami i bardziej poczuł, niż usłyszał, jak połowa ogrodu z hukiem osuwa się w dół: najpierw kamienie, które wszystko trzymały, a za nimi ziemia, której ciężar długo musiały dźwigać, wielkie mokre bryły, a potem luźniejszy żwir. Jeszcze raz szarpnął słupek, jakby dla zachęty, i gwałtownie się cofnął. Dobiegł go zgrzyt, gdy samochód wjechał na jeden z większych głazów i zatrzymał się bez wdzięku. Rzucił w tamtą stronę słupkiem i w lepszym życiu zobaczyłby, jak przebija przednią szybę, zamiast się odbić, ale nie można mieć wszystkiego. Zeskoczył z powrotem na drogę, po właściwej stronie bariery, którą właśnie stworzył, zgarniając przy tym skalny odłamek wielkości dłoni, i pobiegł w ciemność. W drugim domku zapaliły się światła i gospodarz wyjrzał w mrok, szukając przyczyny trzęsienia ziemi, a równocześnie z samochodu wysiadły dwie postacie. Jedna zaczęła się przedzierać przez kamienie, kontynuując pościg, druga na chwilę przytrzymała się drzwi, próbując ocenić szkody i być może zastanawiając się, jak to będzie z ubezpieczeniem.

W dole, gdzie zaczynała się droga, pojawił się kolejny reflektor. Motocykl powrócił.

Max nie patrzył na to wszystko; dotarł już do skrzyżowania trzech dróg i wybrał tę środkową. Wiedział, że sto jardów dalej można skręcić w jedną z zielonych wiejskich ścieżek, którymi przechadzał się podczas porannych spacerów: wąskich traktów o kamienistym podłożu – niczym przyszłe koryta rzek – osłoniętych po obu stronach drzewami i krzewami. Gdy nie wiedziało się o ich istnieniu, łatwo było je przegapić. Sieć takich dróg oplatała całe północne Devon i gdy raz się na nie zeszło, można było się na nich kompletnie zgubić. Pod warunkiem, że nikt cię nie zauważy, kiedy schodzisz z głównego traktu.

Kamień w jego dłoni był pocieszającą pamiątką. Słyszał, że ścigający się męczy. Odgłos jego stóp ciężko uderzających o ziemię sugerował, że szybki bieg jest dla niego nowością. Ale był jeszcze warczący w oddali motocykl i Max nie spodziewał się, by pokonanie stworzonej przez niego przeszkody zajęło mu więcej niż trzydzieści sekund. Potem znowu ruszy za nim, pożerając dzielący ich dystans z dużo mniejszym wysiłkiem niż ten ociężały matoł między nimi. Ale trzydzieści sekund w ciemności mogło być małą wiecznością. Pamiętał to z dawnych czasów, wspomnienie tego obudziło się teraz w jego kościach.

Prędzej czy później będzie potrzebował planu. A przedtem musi odzyskać swój zestaw ucieczkowy, o ile te dranie już go nie znalazły.

Dróżka była zaledwie kilka jardów przed nim. Biegł najciszej, jak umiał, mając nadzieję, że jest niewidzialny; że ten typ depczący mu po piętach jest zbyt zajęty flirtowaniem z zawałem, by zwracać uwagę na to, co się dzieje. Ale na wszelki wypadek zacisnął mocniej dłoń na kamieniu.

…zestaw ucieczkowy. Brzmiało to jak jakiś sprzęt turystyczny. I w pewnym sensie tak było, choć większość turystów ma upatrzony cel podróży, a ta konkretna torba była dla tych, którzy skupiają się na tym, żeby wyjechać. W środku był jego paszport – słowo „jego” oznaczało tu posiadanie, nie tożsamość, ale był to paszport, za który zapłacił i w którym zdecydowanie widniało jego zdjęcie – plus tysiak w gotówce i dwie przedpłacone karty kredytowe, jedna na 5000 dolarów i druga na 5000 euro. Jeden komplet ubrań na zmianę, podstawowy zestaw przyborów toaletowych, zawierający farbę do włosów i barwione szkła kontaktowe, oraz para wkładek do butów, które zmieniały jego chód na tyle, by zmylić komputer. A przynajmniej taki był zamysł, choć komputery były teraz bardziej zaawansowane niż kiedyś. Spędził lata na prowincji i stał się wieśniakiem. Tymczasem technologia nadzoru rozwijała się w centrach miast, ucząc się nowych sztuczek. Ale człowiek robił, co mógł.

Torba znajdowała się pod deską podłogową, na której stał kosz na drewno, obok piecyka w salonie. Był prawie pewny, że jest to kryjówka, którą przegapi ta banda amatorów, ale szczęście bywa kapryśne. I nawet jeśli pozostanie bezpieczna, musiał jeszcze wrócić tam niezauważony. Ale po kolei.

Dotarł do miejsca, gdzie zaczynała się wiejska dróżka. Zaryzykował obejrzenie się za siebie i ledwie dostrzegł ociężałą sylwetkę kierowcy uczącego się na nowo używać własnych nóg. Podjął ryzyko: cisnął kamieniem z całą siłą, jaką zdołał z siebie wykrzesać. Chybił, ale niewiele; jego prześladowca drgnął, gdy kamień świsnął mu tuż koło głowy, i skulił się nisko przy ziemi. Dokładnie w tej samej chwili znów pojawił się motocykl. Kucający mężczyzna stał się przeszkodą na środku drogi, którą pojazd musiał wyminąć. Stożek światła obmył żywopłot żółtą łuną. Ktoś – ten skulony albo kierowca motocykla – krzyknął ze strachu czy wściekłości, a Max przemknął na wiejską ścieżkę i przywarł do ziemi za pierwszym drzewem, nie wyższym od niego. Wstrzymał oddech, gdy żywopłot zamknął się za nim, a wysoka trawa zasłoniła przejście jak kurtyna. Czuł wilgoć wsiąkającą mu w sportowe buty i zimny pot spływający po ramionach i plecach. Bolało go w piersi, a w ustach miał metaliczny posmak. Tymczasem na drodze trwało przetasowanie; reflektor motocykla wyrównał poziom i skierował się w linii prostej na zachód. Chwilę później sam pojazd z rykiem przetoczył się obok, pozostawiając za sobą głębszą ciemność, i Max usłyszał – choć nie zobaczył – jak pechowy kierowca samochodu ociężale biegnie dalej. Jego oddech przecinał noc jak rozrywany papier. Max odczekał, aż ten odgłos ucichnie, nim sam zaczerpnął powietrza. Poczuł, jak zalewa mu płuca, przywracając go do życia. Podźwignął się z powrotem na nogi i wszystko w nim zatrzeszczało. Takie rzeczy – o ile w ogóle – powinny przydarzać się młodszym. Ktoś musiał mieć ważny powód, by to wszystko wprawić w ruch. Max z przyjemnością wepchnąłby mu głowę do kibla, gdyby trafiła się okazja.

Ruszył wąską dróżką najszybciej, jak mógł, nie ryzykując przy tym upadku. O ile wcześniej, na drodze, było ciemno, to tutaj, w tym obrośniętym z obu stron korytarzu, mrok był gęsty jak smoła; grunt był śliski, a korzenie drzew i ostre kamienie czaiły się jak zdradliwe pułapki pod stopami. Ciężkie, mokre gałęzie co chwilę smagały go po twarzy. Dźwięki wzmagały się w ciemności i miał wrażenie, że robi hałas jak przedzierający się przez gąszcz hipopotam. Ale przynajmniej na razie zgubił swoich prześladowców, kimkolwiek byli. Miał nadzieję, że wkrótce znajdzie czas, by się nad tym zastanowić. Na razie był zajęty pilnowaniem, żeby nie dać się zjeść prowincji.

Zamieniło się to w odliczanie – co dziesięć kroków zatrzymywał się i wytężał słuch. Słyszał tylko skrobanie i szelesty, gdy mieszkańcy zarośniętej dróżki ostrzegali się nawzajem przed jego nadejściem. Raz się potknął i gdy rozpaczliwie próbował odzyskać równowagę, zdążył go nawiedzić cały ciąg bolesnych przeczuć: złamana kostka, bolesna noc, cichy dzień. Wąska ścieżka zamknęłaby się wokół niego, a zanim ujrzałby światło dnia, jego ciało byłoby już całe oplecione korzeniami jak jakaś rustykalna mumia. Ale dzięki wyciągniętej ręce skończyło się na wstrząsie, który poczuł aż w kościach – czuł go nawet w zębach – lecz nie zrobił sobie żadnej większej krzywdy. Gdy się podnosił, jego palce zacisnęły się na kijku, jakby świat składał mu przeprosiny. Nic tak nie pomaga utrzymać równowagi jak kijek. Boże, będzie świetny w byciu starcem, jeśli okoliczności mu na to pozwolą. Dotarł do skrzyżowania z inną zarośniętą dróżką i nie zatrzymując się, skręcił w lewo – czasem najlepsze decyzje to te, których się prawie nie podejmuje; te, które podejmują się same. Choć lepiej nie roztrząsać tego zbyt wnikliwie. Mogłoby się okazać, że życie, które się przeżyło, było serią przypadków; niezamierzonych eksplozji i nieplanowanych zmian. Kolejne dziesięć kroków i znów się zatrzymał, by nasłuchiwać. Motocykl ponownie był w zasięgu słuchu, choć nie mógł przecież jechać tą zarośniętą ścieżką. A jednak.

Panika bywa czasochłonna, a istniały lepsze sposoby na przetrwanie najbliższych kilku chwil. Max miał dwa oczywiste wyjścia: iść dalej albo skulić się w kępie żywopłotu i mieć nadzieję, że motocykl przejedzie obok. Teraz, gdy zboczył ze swojej pierwotnej trasy, jego szanse na uniknięcie wykrycia wzrosły o jakiś konkretny współczynnik matematyczny, którego w tej chwili nie potrafił określić, ale matematyka to była zdradliwa suka i wolał zaufać swojemu kijkowi. Warkot motocykla utrzymywał się w stałej odległości, a przynajmniej tak mu się wydawało: dźwięki w ciemności wydają się głośniejsze, ale są też zwodnicze. Mogą czaić się za zakrętami albo nieść się nad żywopłotem. Max szedł dalej, starając się nie przyspieszać kroku: jak się człowiek cieszy, to się diabeł spieszy i inne takie powiedzonka. Świat był jednocześnie ciemny, dziwny i znajomy. Podczas swoich nocnych wędrówek nigdy nie zbaczał na takie zarośnięte ścieżki. Właśnie dlatego: bo mogły połknąć człowieka w całości i nawet nie zadać sobie trudu, żeby go potem wypluć. Różni idioci czasem wjeżdżali na nie pojazdami, o które nie dbali, podobnie jak o przyrodę, ale ciemność wiązała się z ryzykiem, którego nawet idioci starali się unikać. Głazy się przemieszczały, kamienie przetaczały w inne miejsca, a korzenie wyciągały się, by cię pochwycić. Samochody, które w świetle dnia mogły przedrzeć się taką trasą, nieraz się rozbijały przez podobnych nocnych psotników. Piesi tacy jak Max poruszali się powoli, badając ledwie widoczny teren kijkiem, i przez cały czas trzymali jedną stopę na ziemi.

Gdzieś za nim motocykl zawył i zwiększył obroty. Max miał nadzieję, że ten, kto na nim siedzi, jest nieprzygotowany i nie ma na sobie kombinezonu ochronnego.

Nagle smród uderzył w niego z siłą lawiny, jakby grawitacja spychała głazy w dół zbocza.

To ten martwy borsuk. Max nie zdawał sobie sprawy, że zbliża się do jego strefy rażenia i nawet teraz nie potrafił ocenić, jak jest daleko – od poprzedniego razu fetor nabrał mocy i rozprzestrzenił się niczym pozostawiony bez nadzoru eksperyment chemiczny. Oczy zaczęły mu łzawić, zakręciło się w głowie. Najgorszy smród na świecie. To i tak było zbyt pochlebne określenie. To był zapach zepsutego życia po życiu; wszystkie rozczarowania wieczności zbite w jedno doznanie i dostarczone z subtelnością uderzenia łopatą w twarz. Motocykl przerwał powolne przedzieranie się ścieżką i zawarczał głośniej. Gdy Max się odwrócił, statyczna poświata oświetlała krzaki sto jardów za nim, tam, gdzie dróżki się przecinały. Łzawiące oczy zamieniały całą scenę w kalejdoskop, fragmenty światła rozpraszały się i łączyły na nowo. Silnik warczał cicho, jakby nie mógł się zdecydować. Ruszy za nim albo nie. Nic nie mógł na to poradzić. Zaczął dalej brnąć przed siebie, na wpół oślepiony, pracujący silnik zagłuszał szelest jego ruchów, a powietrze, w które wchodził, gęstniało z każdym krokiem. Zdechły borsuk roił się od życia, jego ciało stało się stołem biesiadnym dla owadów, jego cuchnące mięso, gnijąca sierść – pałacem dla wygłodniałych robaków. Smród był niewiarygodny. Ciemność czyniła go jeszcze gorszym. Maxowi dudniło też w uszach, jakby śmierć zwierzęcia zapisała symfonię w mroku: same bębny, wrzaskliwe smyczki i dyrygent, który stracił kontrolę. Motocykl ruszył. Max nie obejrzał się. Potykając się, parł naprzód z kijkiem w ręce. Uderzyła w niego fala mdłości. Naciągnął bluzę na usta i nos, ale niewiele to pomogło. Światło wyławiało go z ciemności, patykowaty kształt przedzierający się rozedrganym korytarzem, który zwężał się przed nim, a grunt pod stopami stawał się coraz bardziej kamienisty. Musiał teraz mijać trupa borsuka, gdzieś po lewej, zaplątanego w swój grobowiec z korzeni i – Jezu – wydawało się, że smród nie może być gorszy, a jednak mógł: to było jak wejść do szafy i pozwolić, by drzwi zatrzasnęły ci się za plecami. Motocykl rzucał cienie, trząsł się i chrzęścił na kamieniach, a reflektor omiatał teren rozedrganym żółtym światłem. Maxowi zaczęło się przejaśniać przed oczami. Przed nim tańczyły liście i nie potrafił stwierdzić, czy to podmuch wiatru, czy zawirowania powietrza powodowane przez pojazd, ale w każdym razie czuł, że nadciąga burza. Bluza zsunęła mu się z nosa i fetor się podwoił, ale minął już epicentrum, a motocykl jeszcze do niego nie dotarł; wciąż był jakieś osiemdziesiąt jardów za nim i jechał ostrożnie, najwyraźniej kierowca bał się wywrotki na nierównym terenie. Za oślepiającą poświatą reflektora była tylko groteskowa bryła, jakby kierowca i pojazd stopili się w jedno. Tak właśnie rodzą się potwory.

Max nie miał pojęcia, dlaczego ten chaos rozpętał się akurat dziś w nocy, ale bardzo go to wkurzało.

Na pewno istnieją zalety bycia pieszym w starciu człowiek–motocykl, ale jakoś żadna nie przychodziła mu teraz do głowy. Zamiast tego przesunęły się akcenty. Wykorzystywanie ludzi, zmiana reguł gry, sięganie po to, co jest pod ręką – rzeczy nie musiały być zepsute, by wymagały fachowca. To nie tyle Max przypominał sobie, kim kiedyś był, ile ten dawny on uświadomił sobie, że teraz jest Maxem. U jednego z nich, a może u obydwu, ten toksyczny szok powodował odruch wymiotny, a jednocześnie ten szok nabierał sensu w miejscu, w którym się znaleźli. Tu, na tej wąskiej dróżce, była sfera, kula z wirującym śniegiem, okrągłe akwarium. Idealny okrąg: w środku najgorszy smród na świecie, a na zewnątrz cała reszta. I albo było się w tej kuli, albo poza nią, a w tej chwili przewaga Maxa polegała na tym, że on o tym wiedział, a człowiek na motocyklu nie. Wkrótce jednak się dowie i moment, w którym będzie się do tej nowej rzeczywistości dostosowywał, będzie dobry, by sprawdzić jego profesjonalizm. Wielu ludzi potrafi robić dwie rzeczy naraz. I wielu ma problem z trzema.

Smród zaczynał ustępować, a motocykl był dwadzieścia jardów za nim i przedzierał się przez najgorszy odcinek drogi; siedzący na nim człowiek – Max to teraz widział – był miotany jak jeździec rodeo, gdy koła podskakiwały na korzeniach i kamieniach. Już za chwilę. Zrobił jeszcze dwa kroki, badając kijem grunt, po czym ponownie obejrzał się za siebie. Lada moment. Kolejny krok i znów się obejrzał. Między nimi rozlewał się oślepiający blask reflektora i Max skupił się na oświetlonym fragmencie ziemi, próbując go zapamiętać – dobrze było wiedzieć, gdzie są najgorsze kamienie, największe korzenie. Lada moment. Motocykl, ta niemożliwa bestia, kołysał się i ryczał, a Max poczuł się nagle jak rycerz bez konia stający naprzeciw smoka. Smoka, który się rzuca, bucha parą i nie spodziewa się tego, co zaraz nastąpi: że Max rzuci się na niego, trzymając kij jak lancę. Tym razem był gotów na smród, ponownie wkraczając w jego zasięg w chwili, gdy motocykl nadjechał z przeciwnej strony, i wiedział, choć nie mógł tego widzieć, że napastnik już jest zdezorientowany, bo coś jest nie tak, zwierzyna nie zmienia się nagle w myśliwego. Jedyne, co człowiek na motocyklu zdołał zrobić, to szarpnąć maszyną w bok, by zablokować Maxowi drogę ucieczki. Ale ucieczka nie była tym, o co Maxowi chodziło; chciał, by w napastnika uderzyło ostatnie tchnienie borsuka, i domyślał się, że to właśnie nastąpiło. Motocykl ustawiony w poprzek wąskiej dróżki był skuteczną barierą, ale siedzący na nim człowiek odrzucił do tyłu głowę w niedowierzaniu, przerażeniu albo w szoku – czy jak najlepiej opisać bycie nagle zaatakowanym przez unoszące się w powietrzu plugastwo. Trzymając oburącz patyk, Max skoczył i trafił go na wysokości klatki piersiowej. Obaj runęli na ziemię, a motocykl przewrócił się razem z nimi, przygniatając prawą nogę kierowcy i kierując snop reflektora prosto w niebo: żółta kolumna, w której roiło się od owadów. Byłoby już po wszystkim, gdyby Max zdołał choć raz uderzyć go głową, ale motocyklista miał kask: wizjer był podniesiony, ale kask chronił skronie i czoło. Jego płuca nie radziły sobie jednak aż tak dobrze. W chwili uderzenia wciągnął solidną dawkę skażonego powietrza i twarz wykrzywiła mu się z obrzydzenia. Max przygwoździł mu jedną rękę kijem; mężczyzna słabo uniósł drugą, próbując uderzyć go w głowę, ale szczęście nie było po jego stronie. Jeszcze chwilę temu był wyprostowany, mobilny i siedział na motocyklu; teraz motocykl leżał na nim, a on oddychał toksyczną mgłą. Max zmienił pozycję tak, że kij znalazł się na gardle mężczyzny, i mocno go docisnął. Przysunął twarz do twarzy wroga i ugryzł go w nos. Jezu, nie wiedział, że jest do tego zdolny. Ofiara wiła się i krzyczała, Max czuł na twarzy jej gorący, rozsiewający zarazki oddech, ale jest czas na martwienie się o higienę i czas, by po prostu wykonać robotę. Między zębami czuł chrząstkę i piach. Motocykl między nimi drgał. W jednej chwili walka dobiegła końca: mężczyzna już się nie szarpał, tylko płakał. Max rozluźnił szczęki, puścił kij, starannie wycelował i uderzył go pięścią w twarz. Tylko raz, trochę na wszelki wypadek, ale głównie dlatego, że wciąż pamiętał ten czas, kiedy jego największym problemem była bezsenność, a teraz był zmarznięty, przemoczony, oblepiony błotem i przestraszony. Drżąc, podźwignął się na nogi. Motocykl warczał jak powalony wilk, ale donikąd się nie wybierał. Max odwrócił się, oddychając płytko i chwiejnym krokiem ruszył zarośniętą dróżką. Po paru minutach smród zaczął ustępować. Dłużej trwało, nim odgłos motocykla stał się tylko tłem, żałosnym skomleniem zmieszanym ze szlochaniem jego właściciela. Gdy Max splunął, pozbył się z ust nie tylko śliny. Zauważył, że mamrocze coś do siebie pod nosem, i to bynajmniej nie po angielsku. Ale było już trochę za późno na to, by martwić się o utrzymanie przykrywki.

Tymczasem w domku Maxa kobieta, której głową uderzył o kuchenną podłogę, przerwała na chwilę wykonywanie przydzielonych jej zadań – „Dowiedzieć się, dokąd pójdzie. Znaleźć jego telefon, laptop, dziennik” – i ukradkiem wzięła parę tabletek ibuprofenu, ale głowa dalej pulsowała jej z bólu. Rano będzie miała twarz jak bakłażan. Jedynym telefonem była ciężka jak cegła Nokia na stoliku przy łóżku. Włożyła ją do woreczka strunowego. Był też laptop, stary, porysowany i ciężki, ale nie znalazła niczego, co przypominałoby dziennik. Mdliło ją i nie była pewna, czy to przez tę napaść, leki połknięte bez popijania na pusty żołądek, czy przez całe to nieszczęsne włamanie. Jako pierwsza byłaby gotowa przyznać, że nie wyszło to najlepiej, i to ją będą w pierwszej kolejności za to obwiniać. Ale zawsze istniała szansa, żeby się zrehabilitować, a najlepszym na to sposobem byłoby wrócić z czymś konkretnym. Czasami ludzie, którzy mieli coś na sumieniu, pakowali się na szybki wyjazd. Możliwe, że ten sukinsyn miał zestaw ucieczkowy – gdyby go znalazła, byłoby to niemal jak przebaczenie.

Oczywiście mógł być gdziekolwiek, ale liczył się łatwy dostęp. Dlatego sprawdzała salon, który miał ściany nierównej długości i zakrzywioną wnękę okienną, co w obu przypadkach wskazywało na puste przestrzenie. Zajmowała się tym właśnie, jednocześnie co chwilę zerkając na zegarek, gdy telefon w jej kieszeni zaczął wibrować. Minęło sześćdziesiąt minut od startu, co znacznie wykraczało poza idealne ramy. Gdy coś szło nie tak, to było jak w telenowelach: robiło się tylko coraz gorzej i gorzej, i tak bez końca. Oparła się o opalany drewnem piec, położyła rękę na stojącym obok koszu na drewno i szeptem odebrała telefon od szefa.

– Masz coś?

– Telefon i laptop.

– Listy, pocztówki, karteczki przyklejone do lodówki?

Niczego takiego nie było.

– Jakieś pieniądze? Były gdzieś?

– Parę funtów.

Szef milczał przez chwilę. Potem rzucił:

– Załóż nadajnik na jego samochód.

To odpowiadało na niewypowiedziane pytanie.

– Czyli uciekł.

– Nie, mamy go tutaj. To tylko taka akcja promocyjna, w tym tygodniu rozdajemy darmowe nadajniki.

– Przepraszam…

– Jezu.

Rozłączył się.

Nadajniki miała w podpiętej do pasa torbie na sprzęt. Wyglądała jak prawdziwa profesjonalistka, wszystkie narzędzia przy pasie na biodrach. Pewnie to dlatego cel usłyszał ją, gdy wchodziła przez okno.

Znów potarła obolałą skroń, wyprostowała się i wyszła z pokoju. Potem wróciła, podeszła do pieca, otworzyła go i zajrzała do środka. Pusto. Ale warto było sprawdzić, a także poświęcić kolejne trzydzieści sekund na przetrząśnięcie kosza z drewnem. Znowu nic. Sfrustrowana kopnęła kosz, przesuwając go o pół jarda, i ponownie opuściła pokój, rozpinając po drodze kieszeń z nadajnikiem. Przy drzwiach frontowych zdjęła z haczyka kluczyki do jego samochodu: chrzanić nadkola, chrzanić rurę wydechową, chrzanić wszystkie te miejsca, gdzie sprawdzają ludzie, którzy mają coś na sumieniu. Wciśnie to cholerstwo pod siedzenie pasażera. Jeśli czekał, aż odjadą, i zamierzał tu wrócić, licząc na to, że ucieknie samochodem, rano to ona będzie się śmiała. Z twarzą jak bakłażan czy nie.

Ostatni obserwator odjechał o 6.34, gdy pierwszy dostawczak budowlany toczył się drogą w stronę kompleksu przemysłowego. Niebo pojaśniało na tyle, że drzewa nabrały kształtów, choć sunące po nim chmury sugerowały, że poranek będzie mokry i szary, z całkiem sporą szansą na naprawdę beznadziejną pogodę. Gdy samochód obserwatora dotarł na koniec drogi i skręcił w prawo, kierując się ku głównej szosie, Max wynurzył się z żywopłotu, w którym się przyczaił, i sztywnym krokiem ruszył do swojego domku. Śpiew ptaków, zwykle przyjemny, tego ranka był wyjątkowo irytujący. Potrzebował prysznica, porządnych ubrań i śniadania i zdawał sobie sprawę, że zegar zaczął tykać. Musiał ustalić, co się właśnie wydarzyło, zanim wydarzy się to ponownie. A to oznaczało, że powinien jak najszybciej wsiąść do samochodu i stąd odjechać.

Wszedł do domku, po dwudziestu minutach wyszedł i zamknął za sobą drzwi. Trzydzieści sekund później, z plecakiem na plecach i trzymając w ręce niedojedzoną kanapkę z sadzonym jajkiem, zajrzał do Starej Dolly. Sąsiadka zwykle wstawała przed piątą, pewnie na wypadek, gdyby ktoś nagle zdelegalizował palenie i bycie zrzędą. Każda chwila snu była chwilą straconą.

– Wyjeżdżam na jakiś czas, Doll. Na kilka tygodni, może dłużej.

– I po co mi to mówisz?

– Żebyś pamiętała, czemu kończy ci się jedzenie, kiedy zaczniesz umierać z głodu.

– Świetnie sobie radziłam, zanim się tu zjawiłeś.

– Byliśmy wtedy o dwadzieścia lat młodsi. Królowa Matka też świetnie sobie radziła. – Z ostatnim kęsem kanapki w ustach otworzył jej lodówkę. Większość warzyw, które kupił jej ostatnim razem, wciąż tam była, w różnych stadiach rozkładu. Jedyną zieloną rzeczą, z której wyraźnie coś ubyło, była butelka Gordona. – Cofam to, co powiedziałem. Będziesz żyła wiecznie. – Zamknął lodówkę. – Chyba że już nie żyjesz. Teraz, gdy o tym myślę, to by wiele wyjaśniało.

– Co to były za hałasy po nocy?

– Coś ci się musiało przyśnić.

– Nie wciskaj mi tu kitu, ty bezrobotny uchodźco.

– Skoro już o tym mowa. – Zakręcił jej palnik gazowy. – Są tańsze sposoby na zapalanie papierosów, wiesz? A pudełko zapałek nie zaszkodzi planecie.

– Powiedz to drzewu, z którego je robią. – Podatność na sugestię w akcji: sięgnęła po papierosy, które trzymała w kieszeni szlafroka, gestem, który Maxowi zawsze przywodził na myśl kangura. – A poza tym zmieniasz temat.

– Okazuje się, że mam nieopłacone rachunki. Ktoś przyszedł się o nie upomnieć.

Skinęła głową, jakby to potwierdzało coś, co od dawna podejrzewała.

– Całe życie byłeś nierobem i w końcu cię dopadło, co? Zawsze płać swoje długi, to moje motto.

– Chyba że to długi wobec sąsiada, tak?

– A czy ja cię kiedykolwiek prosiłam, żebyś robił mi zakupy? Czy sam wtykałeś nos w nie swoje sprawy?

Wzmianka o nosie nie była mile widziana. Max skrzywił się, mając nadzieję, że Stara Dolly tego nie zauważy.

– Nie podobała mi się myśl, że umrzesz z głodu i wprowadzi się tu ktoś, kto ścisza telewizor. Od lat za darmo słucham tego badziewia, które oglądasz.

– No to nie udawaj, że jestem ci coś winna.

Max zanucił dramatyczne „dum, dum, dum” z czołówki serialu EastEnders i podszedł, by zapalić jej papierosa plastikową zapalniczką, której używała do odpalania palnika. Pochylił się i delikatnie pocałował ją w czubek głowy.

– Spadaj, ty zboku!

– Nie otwieraj drzwi obcym. Numer Jonasa jest na tej pocztówce przy telefonie. On się tobą zajmie, jeśli będziesz czegoś potrzebować.

– A czego miałabym potrzebować w moim wieku?

– Jeszcze za wcześnie na takie wielkie pytania, Doll.

Drogą przetoczył się kolejny dostawczak i Stara Dolly się skrzywiła.

– Ta cholerna hołota. Ktoś powinien zrobić z nimi porządek.

– Pełna dobrych pomysłów, jak zawsze. – Max poprawił przerzucony przez ramię plecak i zasalutował jej trzema palcami, co bez przekonania odwzajemniła dwoma. Kiedy zamykał drzwi i ruszał drogą, wyobrażał sobie, że wciąż ma skrzywioną minę. W jego wyobrażeniu Stara Dolly zawsze się krzywiła. Trudno było sobie wyobrazić, że miałaby się zachowywać inaczej niż zwykle.

Cztery minuty później – dzwon wybijał akurat siódmą – był już przy obozowisku na skraju wioski. Ten miniaturowy kompleks przemysłowy zbudowano tu ukradkiem, licząc na to, że lokalne władze przymkną na to oko i uznają go za fakt dokonany. Prowadził go facet, który musiał wynieść się z Plymouth i z dość zawiłych powodów był znany jako Neezer. To na Neezera spadał główny ciężar gniewu mieszkańców za to, że sprowadził im pod nos ten prowizoryczny plac budowy, choć, jak Neezer czasem podkreślał, gdy chciało mu się to robić, pole, które kupił za – co konsekwentnie powtarzał – „legalną gotówkę”, było oddzielone od samej wioski linią kolejową, „a zatem znajduje się poza pańską jurysdykcją, panie dobrodzieju”. Tej ostatniej formy używał w sposób całkowicie neutralny płciowo. Pomijając jednak te techniczne szczegóły, żaden szanujący się miejscowy nie spojrzałby na Neezera ani kogokolwiek z jego ekipy bez tego rodzaju lodowatej pogardy, którą opanowały do perfekcji nastolatki, francuscy kelnerzy i angielska klasa średnia. Max przypuszczał, że w duchu Neezer musiał być tym naprawdę załamany, bo nigdzie indziej nie było tego widać.

Tego ranka, jak o każdej innej porze, Neezer miał na sobie czarne dżinsy i białą koszulę, na której nosił kraciastą kamizelkę. Całości dopełniał kapelusz typu pork pie i niezapalony, ręcznie skręcany papieros w kąciku ust. Gdy usłyszał kroki Maxa na starej metalowej kracie, robił akurat kawę w mikrofalówce podłączonej do generatora, który miał taki suchy kaszel, że u człowieka wymagałoby to testu na covid. Obserwował przy tym z życzliwym zainteresowaniem jakiegoś mężczyznę, który wyglądał na osiemdziesięciolatka i próbował załadować zmywarkę na tył samochodu dostawczego.

– Lepiej uważaj, panie dobrodzieju – powiedział, gdy Max podszedł bliżej, a jeśli mogło się wydawać, że zwraca się do starego robotnika, jego dalsze słowa szybko rozwiały te wątpliwości. – Jak te snoby, twoi sąsiedzi, zobaczą, że zadajesz się z takimi jak ja, wysmarują cię smołą i wpakują do beczki.

Gdyby nie skutki nieprzespanej nocy, Max uśmiechnąłby się na myśl o Starej Dolly jako „snobce”.

– Chyba wytarzają w pierzu – poprawił go, zsuwając z ramienia plecak, i oparł się o drewniany słup podtrzymujący dach z blachy falistej. Osłonięta przestrzeń mieściła bujany fotel, mały kuchenny stół, na którym stała mikrofalówka, lampę, pudło z trzema butelkami wina i kartonem mleka, niewielką zamykaną szafkę tego rodzaju, jakie widuje się przy szpitalnych łóżkach, na której faktycznie widniał stempel Własność Szpitala w Exeter oraz – ponieważ świat jest pełen ludzi i każdy z nich jest wyjątkowy – wąski regał z trzema półkami wypchany poradnikami do samodzielnej nauki gry na gitarze. Nigdzie w polu widzenia Maxa nie było gitary.

– No, na twoim miejscu bym się o to nie opierał. – Mikrofalówka zapiszczała i Neezer wyjął z niej kawę. – To raczej nie jest element nośny, jeśli łapiesz, o co mi chodzi.

Max odsunął się od słupa i sięgnął ręką do plecaka.

– To ci musi dawać solidne poczucie bezpieczeństwa.

– Konstrukcja tymczasowa. Inaczej trzeba mieć pozwolenie. – Gdy Max podszedł bliżej, Neezer zmarszczył nos. – Co tak śmierdzi?

Mimo trzydziestu sekund pod prysznicem i zmiany ubrań, ten fetor wciąż był w jego włosach i trzymał się skóry.

– Używam nowego kremu nawilżającego.

– Powinieneś coś z tym zrobić, panie dobrodzieju. Śmierdzi, kurwa, zdechłym borsukiem.

– Mam taki zamiar. – Odliczył sto funtów w dziesiątkach z pliku banknotów wyjętego z plecaka. – Tu masz opłatę za parkowanie. Wóz gotowy?

Choć Max podpisał petycję przeciwko obozowisku, trzymał tu samochód, czternastoletniego Saaba kupionego w Exeter od mężczyzny poznanego w pubie. Zaczął to robić półtora roku temu, kiedy stało się jasne, że prowizoryczny kompleks w najbliższym czasie nie zniknie. Jego wcześniejszy system parkowania polegał na zostawianiu zapasowego auta w garażu w Newton Abbot. Było to rozwiązanie awaryjne, które miało swoje wady, między innymi to, że Newton Abbot było kawał drogi stąd. Jeśli Neezera bawiła myśl, że zapewnia Maxowi w obozie kryjówkę na auto, a równocześnie Max dołącza swój głos do chóru protestów przeciwko istnieniu tego obozu, to nie wspomniał o tym ani słowem. Możliwe, że takie przejawy ludzkiej dwulicowości przestały go już dziwić. Albo że sto funtów miesięcznie skutecznie tłumiło jego oburzenie.

Neezer wskazał w stronę pobliskiej konstrukcji, podobnej do tej, pod którą sam siedział, lecz większej. Pod jej blaszanym dachem znajdowały się różne pozasłaniane kształty, niemal na pewno samochody.

– Taki, jak go tu zostawiłeś, panie dobrodzieju. Jak wtedy jeździł, to i teraz powinien, chyba że czas zrobił swoje i zżarła go rdza. – Upił łyk kawy i zrobił minę, z której trudno było wyczytać, czy wyraża aprobatę czy obrzydzenie. – Nie umawialiśmy się na serwis i czyszczenie.

Max pamiętał, że było inaczej, ale nie było sensu się spierać. Podał banknoty Neezerowi, który bez liczenia wsunął je do kieszeni kamizelki, i spytał, bo nie potrafił się powstrzymać:

– Masz gitarę, Neezer?

– Nie. A co?

– Tak tylko pytam. Wygląda, jakbyś bardzo chciał się nauczyć grać.

– A, to. No tak. Uczę się, panie dobrodzieju. Na razie samej teorii. – Z kubkiem kawy w lewej ręce udał, że trzyma instrument, i poruszył palcami prawej. – W dniu, w którym faktycznie wezmę do ręki gitarę, będę już ekspertem. Wiesz, o co chodzi.

Max mniej więcej wiedział. Wyciągnął z plecaka kluczyki do samochodu, zasalutował Neezerowi trzema palcami, tak jak wcześniej Starej Dolly, i poszedł wydobyć samochód spod brezentowego okrycia.

Patrząc, jak odchodzi, Neezer postukał palcem w zwitek gotówki w kieszeni i zawołał do staruszka męczącego się ze zmywarką:

– Lepiej zegnij kolana, panie dobrodzieju! Nie chcesz sobie załatwić pleców, nie w twoim wieku.

Potem wylał resztę kawy, sięgnął po książkę z półki i zaczął czytać.

Część druga

Monochrome, wtedy i teraz

Treść dostępna w pełnej wersji książki.

Treść dostępna w pełnej wersji książki.

Treść dostępna w pełnej wersji książki.

Część trzecia

Londyn, teraz

Treść dostępna w pełnej wersji książki.

Treść dostępna w pełnej wersji książki.

Część czwarta

Berlin, wtedy

Treść dostępna w pełnej wersji książki.

Część piąta

Londyn, teraz

Treść dostępna w pełnej wersji książki.

Część szósta

Berlin, wtedy

Treść dostępna w pełnej wersji książki.

Część siódma

Londyn, teraz

Treść dostępna w pełnej wersji książki.

Treść dostępna w pełnej wersji książki.

Podziękowania

Dziękuję wszystkim z imprintu Baskerville i z wydawnictwa John Murray po tej stronie Atlantyku oraz z Soho Press po tamtej, na podziękowania zasługują zwłaszcza Yassine Belkacemi i Juliet Grames; dziękuję Juliet Burton, która była ze mną przez całą tę drogę, a także Lizzy Kremer i jej współpracownikom za przejęcie sterów; Micheline Steinberg; wszystkim, którzy zaszczycili swoim talentem pokój scenarzystów; znakomitej obsadzie i ekipie Kulawych koni; Lucy Atkins oraz wszystkim innym pisarzom, z którymi kiedykolwiek piłem kawę, łamałem się chlebem, wznosiłem toasty i rozmawiałem o książkach; oraz księgarzom i bibliotekarzom na całym świecie.

Nazwisko Janet Beckett pojawia się w tej książce w podziękowaniu za hojną darowiznę, jaką przekazała na rzecz Croak & Dagger’s Great (Little) Library Adventure, programu na rzecz lokalnych społeczności, który wspiera małe biblioteki publiczne i społeczne w Nowym Meksyku. Duże czy małe, gdziekolwiek się znajdują, biblioteki czynią ten świat lepszym. Oby zawsze mogły przetrwać.

Jak zawsze, wyrazy miłości i wdzięczności dla mojej mamy, rodzeństwa i teściów oraz ich najbliższych – zwłaszcza dla Davida i Tig, którzy wędrowali ze mną po wiejskich dróżkach i pozwolili mi skorzystać z nieco zmodyfikowanej wersji swojego domu. A także dla Tommy’ego i Scouta, za to, że ich serca również biją w tym domu.

Przede wszystkim jednak dla Jo – za wszystko.