Szepty przeznaczenia. Tom 1 - Cara D. Wyler - ebook + audiobook
BESTSELLER

Szepty przeznaczenia. Tom 1 ebook i audiobook

Cara D. Wyler

4,6

Ten tytuł dostępny jest jako synchrobook® (połączenie ebooka i audiobooka). Dzięki temu możesz naprzemiennie czytać i słuchać, kontynuując wciągającą lekturę niezależnie od okoliczności!

115 osób interesuje się tą książką

Opis

Cornelia B. Walters od ponad pięciu lat żyje w cieniu tragedii, która odebrała jej najbliższych. Straciła rodziców oraz brata, a nieszczęśliwy wypadek zranił ją mocniej niż jakakolwiek fizyczna rana.

Jej codzienność przypomina cichy azyl. Prowadzenie ogrodu, opieka nad dwoma ukochanymi psami i towarzystwo Keanu to wszystko, czego jej potrzeba. Stara się żyć według zasad wpojonych jej przez rodziców – pomaga więc innym, wierząc, że im więcej dobra dajesz, tym więcej do ciebie wraca. Bańka, w której funkcjonuje, gwarantuje jej poczucie spokoju, ale czy jest to prawdziwe życie, czy jedynie wegetacja?

Elijah Williamson, syn magnata imperium na Wschodnim Wybrzeżu USA, od zawsze pozostaje w cieniu starszego brata. Nigdy nie czuł się wystarczająco dobry – był rezerwą, częścią zamienną, kimś, kto wypełnia luki zamiast grać pierwsze skrzypce. Jest inteligentny i przebiegły, lecz nie wierzy w bezinteresowność, uważając, że za każdym gestem kryje się ukryty motyw. A jednak to właśnie on stoi na straży bezpieczeństwa rodziny, chroniąc ją przed ciemną stroną niezłomnie budowanej przez ojca władzy.

Kiedy losy Cornelii i Elijaha splatają się w niespodziewanych okolicznościach, ich światy zaczynają się wzajemnie przenikać. Ona – ucieka przed bólem, on – jest cyniczny, widzi codzienność przez pryzmat interesów i kontroli.

Ona będzie musiała stawić czoła nowej rzeczywistości, a on odkryje, że istnieje coś, czego nie da się kupić ani kontrolować.

 

Pierwszy tom serii Szepty. Małomiasteczkowy klimat w idealnym wydaniu!

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows

Liczba stron: 409

Rok wydania: 2025

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 11 godz. 10 min

Rok wydania: 2025

Lektor: Czarek Papaj

Oceny
4,6 (324 oceny)
257
25
28
8
6
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
KasiaPago

Dobrze spędzony czas

A ja daje 4 gwizdki, dlatego, że 90 % książki była super, słodka i bez dram a ostatnie 20 stron nagle coś się wydarzyło i trzeba było zakończyć żeby napisać 2 tom. A wystarczyło dopisać z 50 i następna książka już o innych bohaterach.
161
Laurka2026
(edytowany)

Nie polecam

Jak dla mnie zbyt słodka, zbyt nudna i przewidywalna a zakończenie takie z d… Niepotrzebna drama. Po super opiniach spodziewałam się czegoś lepszego a wyszło słabiutko.
144
jagusia27

Nie polecam

Ja rozumiem, że są różne gusta, ale co wam się w tej książce podoba??! Rozwleczona do bólu - tona absurdów, zapychaczy o niczym i mnóstwo banalnych, nic nie wnoszących scen. Połowa książki to perypetie bohaterów drugoplanowych, a przemyślenia i monologi wewnętrzne to druga połowa. W pewnym momencie zaczęłam czytać tylko dialogi, ale i ich mogłoby być o połowę mniej, większość jest po prostu durna. Oczywiście mamy nieskalaną dziewicę i "wielkiego, złego" bad boya, który zakochuje się od pierwszego spojrzenia, traci charakter i daje lepić jak plastelina. Pyk - w sekundę go odmieniła. A chemii między nimi zero. Opisy zbliżeń żenujące. Zresztą żenująca jest większość zachowań tej dwójki, a zwłaszcza Elijaha. Dla mnie MASAKRA!! DRAMAT!! Trafia to dziesiątki moich najgorszych książek ever!!!
sykasiek84

Nie polecam

Wyjątkowo mnie ta książka wymęczyła. Nie polubiłam głównych bohaterów, klimatu miasteczka też nie poczułam. Przeczytałam 200 stron i stwierdziłam, że już dalej nie dam rady. Szkoda bo po tylu pozytywnych opiniach nastawiałam się na przyjemną lekturę.
113
Markosia92

Nie oderwiesz się od lektury

kocham cala seria, chyba nigdy nie cztalam nic lepszego na watt i z niecierpliwoscia czekam na wydanie kolejnych czesci. Gratulacje kochana, zasluzylasz aby miec wlasna pólke w ksiegarniach

Popularność




I don’t care who you are

Whe­re you’re from

What you did

As long as you love me

Who you are

Whe­re you’re from

Don’t care what you did

As long as you love me

Back­stre­et Boys – As Long as You Love Me

Prolog

My­śla­łam, że prze­ży­łam już wszyst­ko.

Że nie ma już dla mnie wi­ęcej za­krętów, żad­nych nie­spo­dzia­nek cza­jących się w ciem­no­ściach. Że ży­cie, z ca­łym swo­im cha­osem, wy­ło­ży­ło przede mną kom­plet kart.

Czu­łam, że to, co mia­ło na­de­jść, już na­de­szło. Że prze­szłam przez naj­gor­sze bu­rze, że prze­trwa­łam naj­ciem­niej­sze noce.

Wie­rzy­łam, że już nic nie może mnie bar­dziej zła­mać, nic bar­dziej za­sko­czyć.

Ale ży­cie w swej prze­wrot­nej na­tu­rze mia­ło dla mnie inne pla­ny. Wy­da­wa­ło się, że spo­gląda na mnie z ta­jem­ni­czym uśmie­chem na ustach i szep­cze, bym przy­szy­ko­wa­ła się na to, co ma na­de­jść.

Wte­dy wszyst­ko się zmie­ni­ło. Świat za­drżał w po­sa­dach, jak­by czas na chwi­lę prze­stał ist­nieć. Po­ja­wił się nowy roz­dział, pe­łen nie­zna­nych dróg i nie­ocze­ki­wa­nych wy­da­rzeń.

I zro­zu­mia­łam, że co­dzien­no­ść ni­g­dy nie prze­sta­je nas te­sto­wać. Że za­wsze ma w za­na­drzu coś, co może nas za­sko­czyć, na nowo ukszta­łto­wać.

I nie, nie je­ste­śmy na to go­to­wi. Ale wła­śnie w tym – w tej su­ro­wej, bru­tal­nej, osza­ła­mia­jącej nie­pew­no­ści – tkwi całe pi­ęk­no. Nie w tym, co zna­my. Ale w tym, co jesz­cze na­dej­dzie. Nie­sio­ne ci­szą. Albo krzy­kiem…

Rozdział 1

Cornelia

Nie mogę się po­ru­szyć. Czu­ję, jak sło­na woda za­le­wa mi twarz, a ja je­stem zbyt bez­sil­na, by co­kol­wiek z tym zro­bić. Nie je­stem w sta­nie otwo­rzyć oczu, jak­by były skle­jo­ne ci­ęża­rem tego nie­spo­dzie­wa­ne­go ata­ku. Nie­mo­żli­we jest prze­kręce­nie gło­wy, je­stem przy­gwo­żdżo­na do zie­mi, a ka­żdy ruch wy­da­je się za­blo­ko­wa­ny.

Całe moje cia­ło pie­cze, jak­by ty­si­ące igieł wbi­ja­ło się jed­no­cze­śnie w ka­żdy cen­ty­metr skó­ry. Pro­mie­nie sło­ńca bez­li­to­śnie pa­da­ją na mnie, ich cie­pło mie­sza się z bó­lem, któ­ry prze­szy­wa na wskroś. Płu­ca palą, jak­by były w ogniu, a ja de­spe­rac­ko pró­bu­ję wzi­ąć od­dech, czu­jąc, jak po­wie­trze ucie­ka z mo­je­go za­si­ęgu.

Nie wiem, gdzie je­stem. Ka­żda myśl jest mgli­sta, oto­czo­na chmu­rą dez­orien­ta­cji i pa­ni­ki. Nie mam po­jęcia, kim je­stem. Wspo­mnie­nia są jak ka­wa­łki roz­bi­te­go lu­stra, któ­rych nie mogę po­skła­dać w ca­ło­ść. Mam wra­że­nie, jak­bym dry­fo­wa­ła w nie­ko­ńczącej się prze­strze­ni, po­zba­wio­na punk­tu za­cze­pie­nia.

De­spe­ra­cja wy­pe­łnia moje ser­ce, bi­jąc w nim jak bęben wo­jen­ny, przy­po­mi­na­jąc mi o kru­cho­ści ży­cia. Ka­żdy od­dech, któ­ry usi­łu­ję zła­pać, ucie­ka przede mną, jak­by świat wo­kół mnie ce­lo­wo od­ma­wiał mi tej pro­stej ulgi. Cia­ło jest obce, za­wie­szo­ne w sta­nie wiecz­ne­go cier­pie­nia.

Czas prze­sta­je ist­nieć. Se­kun­dy, mi­nu­ty, go­dzi­ny – wszyst­ko to zle­wa się w bez­den­ną chwi­lę bólu i bez­rad­no­ści. Czu­ję, jak­by świat wo­kół za­po­mniał o moim ist­nie­niu, zo­sta­wia­jąc sa­mej so­bie, za­gu­bio­nej w otchła­ni nie­mo­cy. I w tej ci­szy prze­ry­wa­nej tyl­ko moim nie­mym krzy­kiem nad­cho­dzi ciem­no­ść.

Z do­świad­cze­nia wiem, że gdy bu­dzę się z tym kosz­ma­rem, naj­le­piej nie ru­szać się z łó­żka. Zo­stać, po­cze­kać, aż od­dech się wy­rów­na, a ser­ce prze­sta­nie wa­lić jak osza­la­łe. Taki sen za­wsze zwia­stu­je coś złe­go. Ale ten dzień jest inny. Przy­go­to­wa­nie do nie­go za wie­le mnie kosz­to­wa­ło, bym te­raz mo­gła ulec temu pa­ra­li­żu­jące­mu wspo­mnie­niu. Zbyt dużo wy­si­łku, zbyt wie­le pla­nów utka­nych z in­try­gi, pre­cy­zyj­ne­go przy­go­to­wa­nia i – nie ukry­waj­my – ma­ni­pu­la­cji. Prze­ciw­nik taki jak Ke­anu nie jest ła­twy do prze­chy­trze­nia, ale nie za­mie­rzam się pod­dać. Dla ko­goś z boku może wy­da­wać się to ni­czym, głu­pią am­bi­cją, ale dla mnie to wa­żne. To mój mały suk­ces, o któ­ry wal­czę.

Mam dwa­dzie­ścia trzy lata i po raz pierw­szy w ży­ciu po­ja­dę sama do No­we­go Jor­ku. Sa­mo­cho­dem. Z na­sze­go Har­bor­bro­ok to ja­kieś sie­dem­dzie­si­ąt mil. Miesz­ka­my tu od czte­rech lat, ale za­wsze by­łam pas­sen­ger prin­cess, jak żar­to­wał Ke­anu – on pro­wa­dził, a ja sie­dzia­łam obok z mu­zy­ką w słu­chaw­kach, pa­trząc na mi­ja­ne kra­jo­bra­zy. Moje mo­żli­wo­ści kie­ro­wa­nia ogra­ni­cza­ły się do jaz­dy po na­szym ma­łym mia­stecz­ku. Wszyst­ko, co wy­kra­cza­ło poza jego gra­ni­ce, było dla mnie stre­fą za­ka­za­ną. Ale nie tego dnia. Chcę to zro­bić. Mu­szę to zro­bić – chcę udo­wod­nić so­bie, że je­stem w sta­nie, że po­tra­fię.

Raz w mie­si­ącu je­żdżę na kon­tro­lę do szpi­ta­la. Taka ru­ty­na. Spraw­dza­ją mój stan zdro­wia, mo­ni­to­ru­ją funk­cjo­no­wa­nie mo­jej je­dy­nej ner­ki. Je­dy­nej, bo dru­gą stra­ci­łam w wy­pad­ku, któ­ry zmie­nił wszyst­ko. Zgi­nęli w nim moi ro­dzi­ce i brat. Ja wy­szłam z nie­go żywa, choć z bli­zna­mi. Nie tyl­ko na cie­le, ale ta­kże na du­szy. Cza­sa­mi czu­ję, że to nie­spra­wie­dli­we. Dla­cze­go ja prze­ży­łam, a oni nie? Dla­cze­go stra­ci­łam tyl­ko ner­kę, a oni wszyst­ko?

Ży­cie jest okrut­nie nie­spra­wie­dli­we. Za­wsze było.

Nie daję jed­nak po so­bie po­znać, jak wie­le mnie to kosz­tu­je, bo Ke­anu jest jak re­kin. Wy­czu­je krew i ko­niec…

Pod­no­szę się z łó­żka z wy­si­łkiem, jak­by trud nocy wci­ąż przy­gnia­tał moje cia­ło i my­śli. Pró­bu­ję wy­krze­sać z sie­bie choć odro­bi­nę ener­gii, by ru­szyć w stro­nę eks­pre­su. Bez po­ran­nej kawy dzień wy­da­je się jesz­cze bar­dziej od­le­gły i sza­ry. W ko­ńcu na­le­wam ku­bek go­rące­go na­po­ju, któ­ry za­czy­na po­wo­li bu­dzić moje zmy­sły, gdy bio­rę łyk. To pierw­szy krok w moim co­dzien­nym ry­tu­ale – chwi­li, któ­ra po­zwa­la mi od­na­le­źć rów­no­wa­gę. Z kub­kiem w ręce kie­ru­ję się do ogro­du, mo­je­go miej­sca wy­tchnie­nia.

Jesz­cze kil­ka lat temu wy­buch­nęła­bym śmie­chem, gdy­by ktoś po­wie­dział, że za­kła­da­nie ra­bat, pie­lęgna­cja kwia­tów i ho­do­wa­nie wa­rzyw sta­ną się dla mnie czy­mś wi­ęcej niż tyl­ko hob­by. Dziś ogród to moje schro­nie­nie, mój mały świat. Ka­żdy spędzo­ny w nim po­ra­nek jest cza­sem na zła­pa­nie od­de­chu, ze­bra­nie my­śli i przy­go­to­wa­nie się na to, co przy­nie­sie dzień.

Wy­cho­dzę boso na zro­szo­ną tra­wę, czu­jąc pod sto­pa­mi chłód i wil­goć po­ran­ka. To uczu­cie jest nie­zwy­kle ko­jące, jak­by zie­mia chcia­ła prze­ka­zać mi swój spo­kój i siłę. Chłod­ne po­wie­trze otu­la moją skó­rę, a pierw­sze pro­mie­nie sło­ńca nie­śmia­ło za­czy­na­ją ogrze­wać gle­bę. W tym mo­men­cie świat wy­da­je się za­trzy­ma­ny, jak­by cały jego bieg cze­kał na mnie. Czu­ję, jak stres i na­pi­ęcie, któ­re to­wa­rzy­szy­ły mi po po­bud­ce z kosz­ma­ru, po­wo­li roz­pusz­cza­ją się w tej ci­chej har­mo­nii na­tu­ry.

Spa­ce­ru­ję po ogro­dzie, pod­gląda­jąc ka­żdą grząd­kę. Prze­su­wam dło­nią po li­ściach, de­li­kat­nie ob­ry­wam su­che kwia­ty, któ­rych czas już mi­nął. Pla­nu­ję pra­ce na ko­lej­ne dni, my­śląc o tym, co jesz­cze mogę zro­bić, by mój azyl roz­kwi­tł pe­łnią ży­cia. Ka­żda ro­śli­na ma tu swo­ją hi­sto­rię.

Z za­my­śle­nia wy­ry­wa­ją mnie od­gło­sy psich łap ude­rza­jących o zie­mię. Flea, czy­li pche­łka, dog nie­miec­ki na­le­żący do Ke­anu, i Ram­bo, mój ma­le­ńki grzy­wacz chi­ński, two­rzą kon­trast. Ze­staw tro­chę gro­te­sko­wy, przy­zna­ję, ale te stwo­rze­nia świa­ta poza sobą nie wi­dzą. Flea dzi­ęki swo­im dłu­gim no­gom z gra­cją prze­ska­ku­je z jed­nej stro­ny ra­bat na dru­gą, jak­by chcia­ła za­pre­zen­to­wać ta­niec ba­le­to­wy w ogro­do­wej sce­ne­rii. Tym­cza­sem Ram­bo z nie­ko­ńczącym się za­pa­łem ko­pie w zie­mi, jak­by szu­kał skar­bu, któ­ry tyl­ko on jest w sta­nie od­kryć.

Na­gle koło mo­ich nóg lądu­ją buty, a na ra­mio­na na­rzu­co­na zo­sta­je blu­za.

– Wiesz, że nie po­win­naś cho­dzić boso. Prze­zi­ębisz się – mówi Ke­anu.

Jego ton jest jak cie­pły koc w chłod­ny po­ra­nek – uspo­ka­ja­jący, zna­jo­my, pe­łen ci­chej tro­ski. Opie­ka nad in­ny­mi za­wsze wy­cho­dzi­ła mu na­tu­ral­nie, nie­mal nie­zau­wa­żal­nie.

– Cho­dźmy na śnia­da­nie. Nie­dłu­go mu­sisz się zbie­rać – do­da­je, po­pra­wia­jąc mi blu­zę.

Pod­da­ję się tej chwi­li, podąża­jąc za nim do domu. Idzie­my obok sie­bie, a dźwi­ęk jego rów­nych kro­ków mie­sza się z od­gło­sa­mi psich łap. Truch­ta­ją we­so­ło za nami, jak­by ka­żde z nich w rów­nym stop­niu kon­tro­lo­wa­ło ten mały ka­wa­łek świa­ta.

– Idź pod prysz­nic, ja zaj­mę się śnia­da­niem – in­stru­uje Ke­anu, gdy wcho­dzi­my do domu. Spo­koj­ny i rze­czo­wy głos jest jak obiet­ni­ca, że wszyst­ko mamy pod kon­tro­lą.

Jest nie­za­stąpio­ny. Jest moim naj­lep­szym przy­ja­cie­lem, opie­ku­nem i ro­dzi­ną. W rze­czy­wi­sto­ści jest wszyst­kim, co mam. Nie zo­stał już nikt oprócz nie­go i na­szych psów. To on za­wsze był obok, szcze­gól­nie wte­dy, gdy na­sze ży­cie roz­pa­dło się na ka­wa­łki. Kie­dy prze­ży­wa­li­śmy naj­gor­szą tra­ge­dię, trzy­mał mnie za rękę i nie po­zwa­lał się pod­dać. To wła­śnie on po­mó­gł mi wy­do­stać się z ruin – nie tyl­ko tych fi­zycz­nych, ale przede wszyst­kim emo­cjo­nal­nych.

Ke­anu zor­ga­ni­zo­wał na­sze nowe ży­cie, gdy po ko­lej­nym kosz­ma­rze spa­dłam w pa­ni­ce ze scho­dów ro­dzin­ne­go domu. W tam­tej chwi­li pod­jął de­cy­zję, by za­cząć jesz­cze raz, z dala od bólu i wspo­mnień, któ­re przy­tła­cza­ły nas na ka­żdym kro­ku. Wy­brał miej­sce nie­przy­pad­ko­we – da­le­ko od wszyst­kie­go, co przy­po­mi­na­ło nam o prze­szło­ści, ale w „trój­kącie ber­mudz­kim”, jak lubi to na­zy­wać. Nowy Jork, Fi­la­del­fia, Wa­szyng­ton. Cho­ciaż nie jest już czyn­nym żo­łnie­rzem, jego pra­ca na­dal zwi­ąza­na jest z woj­skiem. Przy­ja­ciel z ar­mii za­ofe­ro­wał mu dom na swo­jej far­mie. Ke­anu za­jął się ca­ło­ścią – od za­ła­twie­nia for­mal­no­ści, przez re­mon­ty, aż po urządze­nie wnętrz. Ka­żdy szcze­gół za­pla­no­wał tak, aby­śmy czu­li się tu­taj bez­piecz­nie i kom­for­to­wo.

Zła­ma­ni, ale ra­zem – w ten spo­sób stwo­rzy­li­śmy coś na nowo. Nie­sie­my swo­je bli­zny i trau­my, ale wspól­nie je­ste­śmy sil­niej­si. Je­ste­śmy jak dwie wy­dry trzy­ma­jące się za łap­ki i dry­fu­jące po rze­ce, by wspie­rać się na­wza­jem i nie uto­nąć. Ke­anu jest tą oso­bą, któ­ra przy­po­mi­na mi, że nie mu­szę wszyst­kie­go ro­bić sama i być sil­na przez cały czas. Jest moją opo­ką – kimś, kto pod­trzy­mu­je mnie, kie­dy za­czy­nam się chwiać.

Pa­mi­ętam pe­wien wie­czór kil­ka mie­si­ęcy po prze­pro­wadz­ce. Sie­dzie­li­śmy na we­ran­dzie, pa­trząc na za­chód sło­ńca. Wo­kół pa­no­wa­ła ci­sza prze­ry­wa­na je­dy­nie szu­mem wia­tru w ko­ro­nach drzew i de­li­kat­nym śpie­wem pta­ków. Ob­jął mnie ra­mie­niem i po­wie­dział: „Co­kol­wiek się sta­nie, za­wsze będzie­my mieć sie­bie”. Te sło­wa, tak pro­ste, a jed­no­cze­śnie pe­łne zna­cze­nia, sta­ły się na­szym mot­tem. Wte­dy zro­zu­mia­łam, że ra­zem mo­że­my prze­trwać wszyst­ko.

To on na nowo na­uczył mnie, jak żyć. Jak od­naj­dy­wać ra­do­ść w co­dzien­nych chwi­lach – w po­ran­nych spa­ce­rach z psa­mi, w pra­cy w ogro­dzie, w pro­stych do­mo­wych czyn­no­ściach. Jego cier­pli­wo­ść i od­da­nie po­zwo­li­ły mi od­zy­skać siły i zo­ba­czyć świat w ja­śniej­szych bar­wach.

Ke­anu też mie­wa swo­je chwi­le sła­bo­ści. Są dni, kie­dy ci­ężar stra­ty przy­gnia­ta go, od­bie­ra­jąc siły. W ta­kich mo­men­tach ro­bię dla nie­go to, co on ro­bił dla mnie przez całe ży­cie – je­stem. Po­zwa­lam mu oprzeć się na mnie, a wte­dy to ja wal­czę za nas obo­je. Wiem, że moja moc po­cho­dzi z tego, co nas łączy – z mi­ło­ści, za­ufa­nia i tego nie­wi­dzial­ne­go węzła, któ­ry spra­wia, że ra­zem je­ste­śmy nie­znisz­czal­ni.

Z prze­my­śleń wy­ry­wa mnie wo­ła­nie z kuch­ni. Szyb­ko się wy­cie­ram, su­szę wło­sy i wkła­dam przy­go­to­wa­ną wcze­śniej roz­klo­szo­wa­ną su­kien­kę. Z pe­łne­go ma­ki­ja­żu zre­zy­gno­wa­łam już daw­no, jesz­cze w „tam­tym” ży­ciu. Ce­nię na­tu­ral­no­ść i pro­sto­tę, któ­re dają mi po­czu­cie wol­no­ści. Ma­lu­ję tyl­ko rzęsy.

– Źle mi z tym, że je­dziesz sama. Po­win­ni­śmy prze­ło­żyć wi­zy­tę z psa­mi u Ruby. – Pa­trzy mi pro­sto w oczy, nie kry­jąc swo­je­go nie­po­ko­ju.

Spo­koj­nie, spo­koj­nie, bo za­raz wszyst­ko się po­sy­pie. I po­je­dziesz co naj­wy­żej ro­we­rem. Do naj­bli­ższe­go skle­pu.

– Nie. Do­sko­na­le wiesz, że Ruby wy­je­żdża na dłu­gi urlop, a ga­bi­net będzie chwi­lo­wo za­mkni­ęty – mó­wię, si­ląc się na spo­koj­ny ton, choć w środ­ku czu­ję, że moja cier­pli­wo­ść jest wy­sta­wia­na na pró­bę. – Nie po­wie­rzę na­szych psów żad­ne­mu in­ne­mu we­te­ry­na­rzo­wi. Ona zna je naj­le­piej, ro­zu­mie ich po­trze­by i wie, jak się z nimi ob­cho­dzić. Nic mi nie będzie, sam uczy­łeś mnie je­ździć, więc nie ro­zu­miem, o co tyle ha­ła­su. Poza tym Me­la­nie pro­si­ła cię o po­moc. A wiesz, że od kie­dy Theo wy­je­chał na mi­sję, rzad­ko o co­kol­wiek pro­si. To po­wa­żna spra­wa – do­da­ję z te­atral­nym wes­tchnie­niem, a wi­dząc jego unie­sio­ną brew, do­rzu­cam z lek­kim uśmie­chem: – Ma­kao i po ma­ka­le.

Przy­zna­ję, w tym pla­nie jest spo­ro ma­ni­pu­la­cji. Ale czy mogę być za to w pe­łni win­na?

Czy wy­ko­rzy­sta­łam fakt, że trak­tu­je­my psy jak na­sze dzie­ci? Może odro­bi­nę. Ale kto by się temu dzi­wił?

Czy umó­wi­łam wi­zy­tę na ostat­nią chwi­lę, wie­dząc do­sko­na­le, że Ruby ko­lej­ne­go dnia wy­je­żdża, a na­szym pu­pi­lom ko­ńczą się szcze­pie­nia? Nie wiem, o czym mó­wi­cie. Nie mam po­jęcia. Przy­pa­dek, ot co.

Czy za­an­ga­żo­wa­łam moją ci­ężar­ną przy­ja­ció­łkę w cały ten mi­ster­ny plan, po­słu­gu­jąc się jej obec­nym sta­nem jako do­dat­ko­wym ar­gu­men­tem? Cóż… Win­na wszyst­kich za­rzu­tów.

Ale w ko­ńcu cze­go się nie robi, by do­pi­ąć swe­go? Psy mu­szą być pod naj­lep­szą opie­ką, Ruby jest je­dy­ną oso­bą, któ­rej w tym za­kre­sie ufam, a Me­la­nie… cóż, Me­la­nie i tak się nu­dzi­ła, od­kąd Theo wy­je­chał. Poza tym odro­bi­na ak­cji do­brze jej zro­bi. Tak to so­bie przy­naj­mniej tłu­ma­czę, igno­ru­jąc ci­chy wy­rzut su­mie­nia, któ­ry pod­po­wia­da mi, że wszyst­ko to było do­kład­nie za­pla­no­wa­ne. W ko­ńcu ka­żdy plan wy­ma­ga odro­bi­ny po­świ­ęceń, praw­da? Na­wet tych nie­wiel­kich… i cu­dzych.

Po śnia­da­niu po­że­gna­łam się z psa­mi i Ke­anu, wsia­dłam do sa­mo­cho­du i ru­szy­łam w kie­run­ku mia­sta. Sil­nik mru­czał ci­cho, a ja ob­ser­wo­wa­łam, jak zna­jo­me kra­jo­bra­zy na­sze­go Har­bor­bro­ok po­wo­li zo­sta­ją w tyle. Z ka­żdym prze­je­cha­nym ki­lo­me­trem czu­łam mie­szan­kę eks­cy­ta­cji i lek­kie­go nie­po­ko­ju. Eks­cy­ta­cja po­cho­dzi­ła z my­śli o tym, że ro­bię to sama, że prze­ła­mu­ję ko­lej­ną ba­rie­rę. Nie­po­kój z ko­lei bu­dzi­ły wy­rzu­ty su­mie­nia. Wie­dzia­łam, jak bar­dzo Ke­anu po­trze­bo­wał mieć kon­tro­lę nad moim bez­pie­cze­ństwem – szcze­gól­nie po tym, jak bez­po­wot­nie stra­cił Ale­xa. Ba­łam się, że jego lęk przed utra­tą obej­mu­je nie tyl­ko wspo­mnie­nia o prze­szło­ści, ale ta­kże mnie.

Alex i Ke­anu.

Za­wsze nie­roz­łącz­ni.

Przed­szko­le, szko­ła pod­sta­wo­wa, li­ceum, col­le­ge, woj­sko – byli jak dwie stro­ny tej sa­mej mo­ne­ty, do­pe­łnia­jąc się w ka­żdym aspek­cie. A ja? By­łam ich cie­niem, dzie­si­ęć lat młod­szą smar­ku­lą, za­wsze przy­kle­jo­ną do nich jak rzep. Śle­dzi­łam ich ka­żdy krok, za­pa­trzo­na w sil­ną więź i po­czu­cie wspól­no­ty.

Uśmiech­nęłam się na te wspo­mnie­nia, wi­dząc przed ocza­mi Ale­xa – za­wsze bar­dziej wy­lu­zo­wa­ne­go, z tym wiecz­nym bły­skiem w oku, i Ke­anu – spo­koj­ne­go, nie­zwy­kle opie­ku­ńcze­go, któ­ry dbał o nas obo­je. Byli dla mnie ide­ałem, wzo­rem, za któ­rym sta­ra­łam się podążać.

Ni­g­dy nie sądzi­łam, że ta­kie ży­cie zo­sta­nie nam ode­bra­ne. Wy­pa­dek spo­wo­do­wał, że to wszyst­ko się roz­pa­dło.

Rozdział 2

Cornelia

Wi­zy­ta w szpi­ta­lu, ku mo­je­mu za­sko­cze­niu, prze­bie­gła wy­jąt­ko­wo spraw­nie. Żad­nych dłu­gich ko­le­jek, któ­re zwy­kle roz­wle­ka­ją dzień do gra­nic mo­żli­wo­ści, żad­ne­go ner­wo­we­go cze­ka­nia czy na­wet – co dla mnie sa­mej brzmi nie­mal nie­wia­ry­god­nie – omdleń przy po­bie­ra­niu krwi. Moja dziel­na ner­ka wci­ąż jest na swo­im miej­scu, funk­cjo­nu­je jak na­le­ży i naj­wy­ra­źniej nie pla­nu­je mnie za­wie­ść. To jest jed­na z tych rzad­kich chwil, kie­dy wszyst­ko idzie zgod­nie z pla­nem.

Oczy­wi­ście na­wet taki spo­koj­ny dzień nie mógł obyć się bez sta­łej kon­tro­li. Mój nie­za­wod­ny nad­zor­ca zdążył wy­ko­nać dwa te­le­fo­ny, upew­nia­jąc się, że nie ze­mdla­łam w dro­dze do ga­bi­ne­tu i że wci­ąż żyję po wy­jściu z ba­da­nia. Jak­by tego było mało, te­le­fon co chwi­lę wi­bro­wał od SMS-ów, na któ­re mu­sia­łam na­tych­miast od­pi­sać, żeby nie za­częło się ko­lej­ne ob­dzwa­nia­nie. Przy­znam, spo­dzie­wa­łam się, że będę mu­sia­ła dzwo­nić na Fa­ce­Ti­me co pi­ęt­na­ście mi­nut, ni­czym dziec­ko na wy­ciecz­ce szkol­nej.

Przy­pom­nę tyl­ko, że mam dwa­dzie­ścia trzy lata. W teo­rii do­ro­sło­ść ozna­cza pew­ną nie­za­le­żno­ść, ale naj­wy­ra­źniej Ke­anu nie otrzy­mał tej in­for­ma­cji. Nie że­bym się zło­ści­ła – w głębi du­szy wiem, że jego tro­ska to spo­sób na oswo­je­nie stra­chu. Stra­chu przed tym, że coś mo­gło­by się stać, że mó­głby mnie stra­cić. Ro­zu­miem to, na­praw­dę, ale cza­sa­mi ma­rzę o chwi­li, w któ­rej nie mu­sia­ła­bym od­po­wia­dać na ka­żde „Gdzie je­steś?” czy „Wszyst­ko w po­rząd­ku?”. Pra­gnę odro­bi­ny prze­strze­ni. I z całą pew­no­ścią ni­g­dy mu tego nie po­wiem.

Jak na skrzy­dłach wy­bie­gam ze szpi­ta­la, czu­jąc, jak z ka­żdym kro­kiem opusz­cza mnie na­pi­ęcie. Po­wie­trze na ze­wnątrz jest orze­źwia­jące, a sło­ńce przy­jem­nie grze­je twarz. Idę w kie­run­ku auta, jed­no­cze­śnie grze­bi­ąc w ple­ca­ku w po­szu­ki­wa­niu klu­czy i te­le­fo­nu. Ni­g­dy ni­cze­go nie znaj­du­ję za pierw­szym ra­zem, więc za­słu­żył so­bie na mia­no czar­nej dziu­ry, w któ­rej rze­czy zni­ka­ją bez śla­du. Prze­trząsam go ner­wo­wo, prze­kła­da­jąc ksi­ążki, no­te­sy i ko­sme­tycz­kę, któ­ra za­wsze wy­da­je się być w nie­wła­ści­wym miej­scu.

Kie­dy z pie­kiel­nych cze­lu­ści wy­do­by­wam zgu­bę, wi­dzę, że dzwo­ni Ke­anu. Od­bie­ram, nie da­jąc mu mo­żli­wo­ści po­wie­dze­nia sło­wa.

– Już wy­szłam, wszyst­ko w po­rząd­ku, nic się nie dzie­je. Za­raz wsia­dam do auta i wra­cam do domu. Może pój­dzie­my wie­czo­rem z psa­mi…

Nie ko­ńczę, czu­jąc do­tkli­wy ból, któ­ry eks­plo­do­wał w mo­jej gło­wie jak grom z ja­sne­go nie­ba. Świat wo­kół za­czy­na się roz­my­wać, dźwi­ęki sta­ją się stłu­mio­ne, a ko­lo­ry bled­ną. Moje nogi od­ma­wia­ją po­słu­sze­ństwa, a te­le­fon wy­pa­da mi z ręki i od­bi­ja się od as­fal­tu. Pró­bu­ję zła­pać się cze­goś, co mo­gło­by mnie pod­trzy­mać, ale cia­ło opa­da, jak­by było zro­bio­ne z oło­wiu.

Ostat­nią rze­czą, jaką sły­szę, jest stłu­mio­ny głos Ke­anu. Czu­ję, jak ciem­no­ść mnie po­chła­nia, a ból sta­je się co­raz bar­dziej od­le­gły, aż w ko­ńcu zni­ka. Świat wo­kół mnie zmie­nia się w pu­stą, czar­ną prze­strzeń, w któ­rej nie ist­nie­je nic poza ci­szą.

Elijah

– Eli­jah, masz pra­wie trzy­dzie­ści lat, więc za­cho­wuj się, jak przy­sta­ło na two­je lata! – grzmi oj­ciec, ma­cha­jąc mi przed no­sem ta­ble­tem z dzi­siej­szym ar­ty­ku­łem. Na­wet w szpi­ta­lu nie od­pusz­cza so­bie ru­ga­nia mnie za wszyst­ko.

Pusz­cza­jąc mimo uszu uty­ski­wa­nia, przy­glądam się ojcu. Nie­daw­no sko­ńczył pi­ęćdzie­si­ąt lat, ale zde­cy­do­wa­nie na tyle nie wy­gląda. Mo­żna wzi­ąć go za na­sze­go star­sze­go bra­ta. Jest wy­so­kim, szczu­płym mężczy­zną o atle­tycz­nej syl­wet­ce, któ­rą za­wdzi­ęcza co­dzien­nym tre­nin­gom na si­łow­ni i zdro­we­mu sty­lo­wi ży­cia. Dba o sie­bie z nie­zwy­kłą sta­ran­no­ścią – re­gu­lar­nie od­wie­dza fry­zje­ra, ko­sme­tycz­kę i die­te­ty­ka. Jego skó­ra jest gład­ka i za­dba­na, a oczy pe­łne ener­gii oraz de­ter­mi­na­cji. Na jego gło­wie nie uświad­czysz jed­ne­go si­we­go wło­sa, co jest efek­tem za­rów­no ge­ne­ty­ki, jak i re­gu­lar­ne­go far­bo­wa­nia. Wy­gląda bar­dziej jak gwiaz­da fil­mo­wa niż czło­wiek, któ­ry pro­wa­dzi wiel­ki biz­nes.

Ale tyl­ko z ze­wnątrz.

We­wnątrz jego cia­ło to­czy bi­twę. Ser­ce nie wy­trzy­mu­je tem­pa jego ży­cia i ta­bu­nów ko­cha­nek. Stres zwi­ąza­ny z pro­wa­dze­niem fir­my, nie­ustan­ne pod­ró­że słu­żbo­we oraz za­rwa­ne noce spędzo­ne na spo­tka­niach biz­ne­so­wych i wie­czo­rach to­wa­rzy­skich od­bi­ły się na jego zdro­wiu. Mimo że na ze­wnątrz sta­ra się być ucie­le­śnie­niem siły i suk­ce­su, jego ser­ce ma swo­ją gra­ni­cę wy­trzy­ma­ło­ści.

Pa­mi­ętam, jak kil­ka mie­si­ęcy temu tra­fił do szpi­ta­la po ko­lej­nym ta­kim epi­zo­dzie. Le­ka­rze ostrze­ga­li go, że je­śli nie zwol­ni tem­pa, ko­lej­ne ostrze­że­nie może być ostat­nim. Jed­nak on jak za­wsze mach­nął na to ręką, a po­tem wró­cił do swo­je­go in­ten­syw­ne­go try­bu ży­cia. Jego nie­złom­na wola i am­bi­cja sta­no­wi­ły za­rów­no jego siłę, jak i prze­kle­ństwo.

– Po pierw­sze, nie de­ner­wuj się. Je­steś dobę po wsz­cze­pie­niu roz­rusz­ni­ka… – za­czy­nam spo­koj­nie.

– To prze­stań mi da­wać po­wo­dy! – prze­ry­wa mi agre­syw­nie, a oku­la­ry chy­bo­czą mu się na no­sie.

– Tato…

– Eli­jah ma ra­cję, nie de­ner­wuj się, to tyl­ko plot­kar­ska ga­ze­ta. – Mój brat pró­bu­je za­ła­go­dzić sy­tu­ację.

– Plot­kar­ska ga­ze­ta, któ­ra po raz ko­lej­ny pu­bli­ku­je eks­ce­sy two­je­go bra­ta. – Oj­ciec po­now­nie prze­no­si na mnie wzrok. – Czy ty mu­sisz wy­sta­wiać swo­je ży­cie na wi­dok pu­blicz­ny? My­ślisz, że mat­ka chce to oglądać? Na­sza ro­dzi­na nie po­trze­bu­je roz­gło­su. Twój brat też się ba­wił, a nie było o nim na­wet jed­nej wzmian­ki w bru­kow­cach!

Nie mogę so­bie da­ro­wać uszczy­pli­we­go ko­men­ta­rza:

– Nie uda­waj, że mat­ka cię ob­cho­dzi. Wszy­scy do­sko­na­le wie­my, jaka jest praw­da. A Lo­uis już w ko­ły­sce miał uło­żo­ne ży­cie, sam o to za­dba­łeś. Po­zy­cja, żona, obo­wi­ąz­ki. Trzy­ma­łeś go na smy­czy od uro­dze­nia.

Oj­ciec czer­wie­nie­je z emo­cji.

– Cie­bie też po­wi­nie­nem! – grzmi. – Może byś w ko­ńcu spo­wa­żniał. Ja w wa­szym wie­ku od­pro­wa­dza­łem już dzie­ci do szko­ły! Aż dziw, że żad­na ko­bie­ta nie za­pu­ka­ła jesz­cze do na­szych drzwi po ali­men­ty!

Nie przy­po­mi­nam so­bie, żeby choć raz za­wió­zł nas do szko­ły – ale po­mi­jam tę część jego wy­po­wie­dzi. Je­śli uwa­ża, że w mil­cze­niu znio­sę ko­lej­ne uty­ski­wa­nia – jest w błędzie!

– I nie za­pu­ka. – Wzdry­gam się na samą myśl. – To je­dy­na rzecz, któ­rej do­brze mnie na­uczy­łeś. Czy ja źle wy­ko­nu­ję swo­je obo­wi­ąz­ki? Je­steś ze mnie nie­za­do­wo­lo­ny? Może nasi lu­dzie na­rze­ka­ją? Za mało pie­ni­ędzy za­ra­biam dla ro­dzi­ny? Ro­bię wszyst­ko, cze­go ocze­ku­je­cie, a cze­go sami nie mo­że­cie ro­bić. Je­stem na ka­żde wa­sze za­wo­ła­nie. A ni­g­dy nie trak­tu­jesz mnie na rów­ni z Lo­uisem ani na­wet jak syna.

Po­wo­li zbie­ra­jąca się we mnie go­rycz znaj­du­je swo­je chwi­lo­we ujście.

– Eli­jah…

– Nie prze­ry­waj mi, Lo­uis – war­czę. – Ro­bię wy­star­cza­jąco, więc z ła­ski swo­jej nie za­glądaj­cie mi do łó­żka. Nie mam jesz­cze żony ani dzie­ci, więc mogę się ba­wić. Ni­ko­go nie krzyw­dzę. Ale fakt, po­sta­ram się wi­ęcej nie za­ist­nieć w ta­blo­idach. A te­raz do wi­dze­nia.

Na pe­łnym wkur­wie wy­cho­dzę z sali ojca, czu­jąc, jak gniew pul­su­je mi w ży­łach. Ka­żda na­sza roz­mo­wa ko­ńczy się w ten spo­sób – na­pi­ęciem i nie­wy­po­wie­dzia­ny­mi oska­rże­nia­mi. Jego wiecz­ne pre­ten­sje i brak zro­zu­mie­nia spra­wia­ją, że mam wra­że­nie, jak­bym wal­czył z nie­wi­dzial­nym wro­giem. Ko­cham bra­ta, ni­g­dy nie chcia­łbym za­jąć jego miej­sca, prędzej bym sta­nął na li­nii strza­łu, niż ze­chciał być kró­lem tego pier­dol­ni­ka. Do­brze mi tak, jak jest. On pro­wa­dzi le­gal­ną stro­nę biz­ne­su, a mnie ma od pro­wa­dza­nia tej dru­giej części. Ni­cze­go wi­ęcej nie po­trze­bu­ję.

Sta­ję pod wiel­kim za­ka­zem pa­le­nia i wy­ci­ągam faj­ki. Prze­cho­dzące obok oso­by pa­trzą z na­ga­ną, ale żad­na nie zwró­ci mi uwa­gi, bo w in­nym ra­zie moja mina obie­cu­je prze­gry­zie­nie tęt­ni­cy. Za­ci­ągam się pa­pie­ro­sem, czu­jąc, jak dym wy­pe­łnia moje płu­ca i na chwi­lę daje złud­ne po­czu­cie ulgi. Pa­trzę na ota­cza­jący mnie świat przez pry­zmat wła­sne­go gnie­wu i fru­stra­cji. Po raz ko­lej­ny ka­tu­ję się my­ślą, co jest ze mną nie tak. Przez lata szu­ka­łem po­wo­du, dla­cze­go je­stem gor­szym sy­nem. Ba! Na­wet zro­bi­łem test DNA, bo uzna­łem, że może on nie jest moim oj­cem i się mści… Nie, oczy­wi­ście, że jest. I wy­cho­dzi na to, że po pro­stu jest ku­ta­sem. Mat­ka ro­bi­ła, co mo­gła, aby wy­rów­nać tę „mi­ło­ść”, ale nie wy­szło.

Pa­mi­ętam, jak sta­ra­ła się z ca­łych sił za­pew­nić mi cie­pło, któ­re­go bra­ko­wa­ło ze stro­ny ojca. Była dla mnie osto­ją, kimś, kto za­wsze wie­rzył w moje mo­żli­wo­ści, nie­za­le­żnie od tego, co mó­wił oj­ciec. Jej uśmiech i tro­skli­we sło­wa spły­wa­ły jak bal­sam na zra­nio­ną du­szę. Jed­nak na­wet te wy­si­łki nie były w sta­nie ca­łko­wi­cie zni­we­lo­wać po­czu­cia, że je­stem mniej wart w oczach ojca.

A pó­źniej zda­rzył się wy­pa­dek – cała mi­ło­ść i uwa­ga mamy zo­sta­ły prze­kie­ro­wa­ne na Eli­za­beth.

Lo­uis ma ojca, Beth mamę.

Ja zo­sta­łem sam.

Z po­czu­ciem winy, któ­re zże­ra mnie za ka­żdym ra­zem, gdy pa­trzę na bli­źniacz­kę.

Znów się za­ci­ągam i za­czy­nam wy­pusz­czać kó­łka z dymu.

Sko­ńcz już to ka­to­wa­nie sa­me­go sie­bie, Eli­jah. Nic tego nie zmie­ni. Nie bądź piz­dą. Trak­tuj ojca jak sze­fa. Weź się za ro­bo­tę. W tym je­steś naj­lep­szy.

Pa­trzę na swo­je dło­nie, któ­re drżą lek­ko z gnie­wu i fru­stra­cji. Wiem, że mu­szę wró­cić do pra­cy, do tego, co po­tra­fię ro­bić naj­le­piej. W ko­ńcu to jest moje miej­sce w tym ca­łym ba­ła­ga­nie. On może być kró­lem le­gal­nej stro­ny biz­ne­su, ale to ja trzy­mam w rękach ciem­ne se­kre­ty i brud­ne in­te­re­sy, któ­re są fun­da­men­tem im­pe­rium.

Ga­szę faj­kę i ru­szam do auta. Par­king pod tym szpi­ta­lem to ja­kieś pier­do­lo­ne nie­po­ro­zu­mie­nie. Trze­ba być cyr­kow­cem lub akro­ba­tą, żeby zna­le­źć choć skra­wek wol­ne­go miej­sca, tym bar­dziej moim For­dem Expe­di­tion. Sło­ńce stoi wy­so­ko na nie­bie, a po­wie­trze jest dusz­ne. Lu­dzie krążą w po­szu­ki­wa­niu miejsc do po­sto­ju, a ja czu­ję, jak fru­stra­cja – mimo wy­pa­lo­ne­go pa­pie­ro­sa – na­ra­sta. Wska­ku­ję do auta, od­pa­lam sil­nik i za­czy­nam wy­je­żdżać. Czuj­ni­ki par­ko­wa­nia sza­le­ją w tej my­siej no­rze, wy­jąc za ka­żdym ra­zem jak sza­lo­ne.

Upew­niw­szy się, że jest pu­sto, co­fam i sta­ram się nie przy­je­bać w auto obok. Ka­żdy ruch wy­ma­ga pre­cy­zji, a ja pró­bu­ję za­cho­wać spo­kój, mimo że czu­ję, jak na­pi­ęcie ro­śnie. Wszyst­ko idzie do­brze, aż na­gle sły­szę tępe ude­rze­nie w bla­chę od stro­ny ba­ga­żni­ka.

Kląc pod no­sem, wy­sia­dam z auta, go­tów zmie­rzyć się z ko­lej­ną falą iry­ta­cji. Ale to, co wi­dzę, spra­wia, że ser­ce za­mie­ra mi w pier­si. Na zie­mi leży dziew­czy­na, jej cia­ło wy­gi­na się w dziw­nej, nie­na­tu­ral­nej po­zy­cji. Ja pier­do­lę, prze­cież tam ni­ko­go nie było.

Rozdział 3

Elijah

Przez chwi­lę sto­ję zszo­ko­wa­ny w miej­scu, nie wie­dząc, co ro­bić. Prze­cież nie przy­je­ba­łem w nią aż tak moc­no. Po­tem ad­re­na­li­na przej­mu­je kon­tro­lę i pod­bie­gam, po czym klękam obok. Od­gar­niam wło­sy z jej twa­rzy. Ró­żo­we? Jest bla­da, a na czo­le wi­dzę ślad krwi. Moje my­śli ga­lo­pu­ją, a ja sta­ram się oce­nić jej stan.

– Hej, sły­szysz mnie? – py­tam, de­li­kat­nie po­trząsa­jąc ra­mie­niem ko­bie­ty.

Chy­ba za­czy­na od­zy­ski­wać przy­tom­no­ść, pró­bu­jąc się jed­no­cze­śnie pod­nie­ść, co od razu wy­bi­ja mój wkurw poza ska­lę. Jej pró­ba wsta­nia nie dość, że wy­gląda po­kracz­nie, to na do­da­tek jest nie­bez­piecz­na i cha­otycz­na.

– Czy cie­bie już do resz­ty po­je­ba­ło?! Nie ru­szaj się, mo­głaś coś so­bie zro­bić! Oczu nie masz, że wła­zisz pod auta? Co jest z tobą nie tak? Świ­ęta kro­wa? Nie­śmier­tel­no­ść ci się włączy­ła? – Ła­pię ją za bar­ki i przy­trzy­mu­ję. Mo­men­tal­nie ude­rza we mnie jej za­pach, ja­kiś słod­ki, daw­no prze­ze mnie za­po­mnia­ny.

Wy­ci­ągam te­le­fon jed­ną ręką, żeby za­dzwo­nić do tego cho­ler­ne­go szpi­ta­la, bo nie chcę jej ru­szać, kie­dy chwy­ta mnie za nad­gar­stek.

– Nie dzwoń ni­g­dzie, nic mi nie jest. To moja wina, już so­bie idę – mówi, da­lej pró­bu­jąc wstać.

– No chy­ba cię po­pier­do­li­ło, skar­bie – war­czę. – Wsta­niesz, pój­dziesz i umrzesz za ro­giem? Mowy nie ma! – od­pie­ram sta­now­czo, przy­trzy­mu­jąc ją de­li­kat­nie na zie­mi.

Dzwo­nię po po­moc, tłu­ma­czę sy­tu­ację, po­da­ję mniej wi­ęcej na­sze po­ło­że­nie i ja­kie jest moje zdzi­wie­nie, kie­dy po kil­ku­na­stu mi­nu­tach za­miast sa­mych sa­ni­ta­riu­szy wi­dzę ka­ret­kę. Se­rio? Na te­re­nie szpi­ta­la?

– Pro­szę się od­su­nąć. Zaj­mie­my się pa­nią. Czy po­li­cja zo­sta­ła we­zwa­na?

Za­nim zdążę się ode­zwać, dziew­czy­na mówi:

– Nic się nie sta­ło. To ja nie uwa­ża­łam. Po­kry­ję wszel­kie szko­dy.

I tak pa­pla bez sen­su. Do­sko­na­le wiem, że to moja wina. Nie za­uwa­ży­łem jej. Ale jak nie chce po­li­cji, nie będę się spie­rał. Nie­po­trzeb­ny mi ko­lej­ny sen­sa­cyj­ny na­głó­wek w bru­kow­cu. Pa­trzę, jak ła­du­ją ją do ka­ret­ki i od­je­żdża­ją. Za­sta­na­wiam się, czy mam iść i się do­wie­dzieć, czy wszyst­ko w po­rząd­ku, ale stwier­dzam, że nie ma po co. Wsia­dam do auta i w lu­ster­ku bocz­nym wi­dzę to­reb­kę. Dam­ską. Czy­li jed­nak, kur­wa, mu­szę tam wró­cić.

Par­ku­ję, po­now­nie wy­sia­dam i zbie­ram ten maj­dan. Te­le­fon nie ucier­piał tak bar­dzo, jak mo­żna było się spo­dzie­wać. Ła­du­ję wszyst­ko do, jak się oka­za­ło, ple­ca­ka i idę do tego przy­byt­ku. Czu­ję, jak zło­ść i fru­stra­cja mie­sza­ją się z po­czu­ciem winy, kie­dy zmie­rzam w stro­nę szpi­ta­la, trzy­ma­jąc jej „do­by­tek”.

Co za dzień…

Wcho­dzę do bu­dyn­ku i kie­ru­ję się do re­cep­cji, gdzie wy­ja­śniam, że mam rze­czy po­szko­do­wa­nej. Re­cep­cjo­nist­ka spo­gląda na mnie z mie­szan­ką zro­zu­mie­nia i lek­kie­go znie­cier­pli­wie­nia. Te­le­fon w ple­ca­ku za­czy­na wście­kle dzwo­nić. Kto usta­wia ta­kie dzwon­ki? Po trze­cim ra­zie za­czy­nam szu­kać urządze­nia, nie wie­rząc, że mo­gło się zgu­bić w ple­ca­ku. Kie­dy uda­je mi się je wy­ło­wić, od­bie­ram po­łącze­nie. Nie zdążam na­wet wy­krztu­sić sło­wa.

– Neli, co się sta­ło? Wszyst­ko w po­rząd­ku? – do­py­tu­je męski, za­nie­po­ko­jo­ny głos. – Chy­ba upa­dł ci te­le­fon, nie­zda­ro, i prze­rwa­ło po­łącze­nie.

– Halo?

– Kim je­steś? Gdzie Cor­ne­lia? Dla­cze­go masz jej te­le­fon? Gdzie ona jest? – Sły­szę zde­ner­wo­wa­ny głos.

– Pa­ńska Cor­ne­lia, czy jak­kol­wiek się ona na­zy­wa, we­szła mi pod sa­mo­chód, kie­dy wy­je­żdża­łem z miej­sca par­kin­go­we­go. Zo­sta­ła za­bra­na na ba­da­nia. A ja zo­sta­łem z jej rze­cza­mi…

– We­szła czy jej nie za­uwa­ży­łeś?! – prze­rwa ostro, pe­łnym pre­ten­sji to­nem. – Nie­wa­żne. Czy wszyst­ko z nią w po­rząd­ku?

– Nie wiem, do­pie­ro wcho­dzę do szpi­ta­la, aby od­dać jej rze­czy.

– Już wy­je­żdżam.

Roz­łącza się.

Dziw­ny typ.

Wy­pi­jam kawę. Prze­glądam ma­ile, wy­ko­nu­ję mi­lion te­le­fo­nów, wy­da­ję dys­po­zy­cje, uma­wiam spo­tka­nia. Zno­wu piję kawę. Ohyd­ną. Mam już wy­jść za­pa­lić, kie­dy do­bie­ga do mnie:

– Cor­ne­lia B. Wal­ters. Po­trąco­na przez sa­mo­chód, co z nią, gdzie ją znaj­dę?

Pod­no­szę gło­wę jak su­ry­kat­ka.

– Dzień do­bry, kim pan jest?

– Ke­anu B. Wal­ters.

Czy ona musi tak na­kur­wiać w tę kla­wia­tu­rę?

– Tak, jest pan upo­wa­żnio­ny do in­for­ma­cji. Pro­szę po­cze­kać pod tymi drzwia­mi, le­karz do pana wyj­dzie.

Fa­cet zmie­rza w moim kie­run­ku. Po­ru­sza się z nie­by­wa­łą pre­cy­zją i pew­no­ścią sie­bie, jak­by ko­mór­ki jego cia­ła były za­pro­gra­mo­wa­ne do jak naj­wi­ęk­szej efek­tyw­no­ści. Ka­żdy jego krok jest prze­my­śla­ny i ogra­ni­czo­ny, jak­by wy­ćwi­czo­ny. Ema­nu­je spo­ko­jem i opa­no­wa­niem, co z ko­lei prze­czy pa­ni­ce, któ­ra była w jego gło­sie, gdy wcze­śniej roz­ma­wia­li­śmy przez te­le­fon. Oczy ma sku­pio­ne i pe­łne de­ter­mi­na­cji, a twarz, mimo że przy­kry­ta buj­nym za­ro­stem, wy­ra­ża nie­ska­zi­tel­ny spo­kój, jak­by nic na świe­cie nie mo­gło go za­sko­czyć ani wy­trącić z rów­no­wa­gi. Wy­gląda jak ktoś, kto jest przy­zwy­cza­jo­ny do kon­tro­lo­wa­nia sy­tu­acji i zna swo­je miej­sce w świe­cie. Jak pan­te­ra. Jest w tym coś zna­jo­me­go i za­ra­zem nie­po­ko­jące­go.

Mimo ca­łej tej fa­sa­dy opa­no­wa­nia do­strze­gam w jego oczach cień nie­po­ko­ju. Nie­zwy­kle sub­tel­ny, nie­mal nie­zau­wa­żal­ny, ale dla ko­goś, kto spędził tyle cza­su na ana­li­zo­wa­niu lu­dzi, wi­docz­ny.

Kie­dy się zbli­ża, wsta­ję.

– To ja ode­bra­łem te­le­fon tej pani.

– Była przy­tom­na?

– Tak. Chcia­ła na­wet wstać i iść, mó­wi­ąc, że nic jej nie jest, ale moim zda­niem to był szok.

W jego oczach wi­dzę de­ter­mi­na­cję i coś jesz­cze – zde­ner­wo­wa­nie. Kie­dy uwa­żniej się przy­glądam, pod ma­ską spo­ko­ju i opa­no­wa­nia roz­po­zna­ję emo­cje, któ­re tyl­ko cze­ka­ją, żeby się uwol­nić. Ewi­dent­nie ta ko­bie­ta zna­czy dla nie­go tak wie­le, że jej bez­pie­cze­ństwo i zdro­wie sta­no­wią prio­ry­tet.

– Jak to się sta­ło? – do­cie­ka.

– Co­fa­łem i nie za­uwa­ży­łem, że idzie za moim au­tem… Mu­sia­ła we­jść w mar­twe pole.

– Roz­ma­wia­ła aku­rat ze mną, kie­dy to się sta­ło. Prze­pra­szam, nie przed­sta­wi­łem się. Ke­anu B. Wal­ters. – Wy­ci­ąga do mnie dłoń.

Ob­rącz­ka. Czy­li mąż świ­ętej kro­wy.

– Eli­jah Wil­liam­son. – Po­da­ję mu rękę.

Pro­stu­je się i sta­je jesz­cze bar­dziej czuj­ny. Wie.

– We­zwa­łeś po­li­cję?

– Nie, ona nie chcia­ła.

Co oni mają z tą po­li­cją?

– Do­brze. – Wy­da­je się, że ode­tchnął z ulgą. – Dzi­ęku­ję, że się nią za­jąłeś. Wie­le to dla mnie zna­czy. Zo­sta­wię ci swój nu­mer te­le­fo­nu, po­kry­ję kosz­ty szkód, je­że­li ja­kieś są.

– Nie ma żad­nych szkód – za­prze­czam. – Za­po­mnij­my o tym, ja by­łem roz­ko­ja­rzo­ny, ona, jak mó­wi­łeś, za­ga­da­na.

Wyj­mu­ję port­fel i po­da­ję mu moją wi­zy­tów­kę. Bie­rze ją ze zdzi­wie­niem.

– Za­dzwoń lub na­pisz, co z nią. Wy­ślij ra­chu­nek ze szpi­ta­la. Za­pła­cę. Nie mogę dłu­żej cze­kać. Tu są jej rze­czy. Wy­da­je mi się, że wszyst­ko po­zbie­ra­łem. – Wci­skam mu ten cały maj­dan i po­spiesz­nie się że­gnam. – Do wi­dze­nia.

Kiwa gło­wą, a ja od­cho­dzę.

Na­resz­cie.

Nie­na­wi­dzę tego miej­sca.

Wy­ci­ągam ostat­nią faj­kę i zno­wu palę, idąc do auta. W tym cha­osie, któ­ry te­raz pa­nu­je w mo­jej gło­wie, pa­pie­ros wy­da­je się je­dy­nym, co może mnie uspo­ko­ić. Z ka­żdym ma­chem ner­wy stop­nio­wo opa­da­ją, a ni­ko­ty­na wy­pe­łnia moje płu­ca, przy­no­sząc chwi­lo­wą ulgę.

– Bra­cie, co ty tu jesz­cze ro­bisz? – Lo­uis prze­ry­wa moje my­śli.

– Idę, kur­wa, nie wi­dzisz? – od­po­wia­dam, nie kry­jąc iry­ta­cji.

– Bądź po­wa­żny. – Jego ton jest sta­now­czy, jak­by chciał mnie zmu­sić do re­flek­sji.

– Po­wa­żnie to prze­je­cha­łem la­skę na par­kin­gu – od­pie­ram z gorz­kim śmie­chem i za­ci­ągam się dy­mem.

– Że co, kur­wa, zro­bi­łeś? – W jego gło­sie sły­chać za­sko­cze­nie i nie­do­wie­rza­nie.

– Po­trąci­łem la­skę, jak wy­je­żdża­łem z miej­sca par­kin­go­we­go. Le­piej? – mó­wię, czu­jąc, jak wście­kło­ść po­wra­ca.

– Żyje? – pyta z nutą tro­ski.

– Żyje. Ba­da­ją ją. Nic wi­ęcej nie wiem. Jej mąż może mnie po­in­for­mu­je, co z nią. – Wy­rzu­cam nie­do­pa­łek i mia­żdżę go bu­tem.

– Aż dziw, że ty ży­jesz – rzu­ca, pa­trząc na mnie z mie­sza­ni­ną po­wa­gi i nie­po­ko­ju.

– Cze­mu? – Nie do ko­ńca ro­zu­miem jego sło­wa.

– Jak­by ktoś po­trącił moją żonę, to sam bym go zu­ty­li­zo­wał – do­da­je z gro­źbą w gło­sie, a ja wiem, że mówi to ca­łkiem po­wa­żnie.

– Se­rio? Prze­cież ty jej na­wet nie ko­chasz – od­po­wia­dam z nie­do­wie­rza­niem.

Mam świa­do­mo­ść, jak wy­gląda ich ma­łże­ństwo. Sta­no­wi ra­czej trans­ak­cję niż zwi­ązek opar­ty na mi­ło­ści. Ina­czej. Dla nie­go to trans­ak­cja. Ona za­in­we­sto­wa­ła też uczu­cia.

– Ale jest moją żoną. Sza­nu­ję ją i dbam o nią. Do­bra, spa­dam. Do ju­tra – rzu­ca, od­wra­ca­jąc się na pi­ęcie, i od­cho­dzi.

Pa­trzę, jak jego syl­wet­ka po­wo­li zni­ka w od­da­li. Ni­g­dy tego nie zro­zu­miem. Nie po­tra­fi­łbym żyć z kimś z przy­mu­su lub żeby za­do­wo­lić ojca. Mó­wi­łem, ad­op­to­wa­ny. Te sło­wa za­wsze brzmią jak wy­mów­ka, jak­by mia­ły uspra­wie­dli­wić moje po­czu­cie wy­ob­co­wa­nia. Ale praw­da jest taka, że za­wsze czu­łem się inny, jak­bym nie pa­so­wał do tego świa­ta, któ­ry oni wszy­scy z ta­kim za­an­ga­żo­wa­niem bu­du­ją.

Wsia­dam do auta, czu­jąc, jak wzbie­ra we mnie mie­szan­ka fru­stra­cji i ulgi. Sil­nik ry­czy, a ja włączam gło­śną mu­zy­kę, pró­bu­jąc za­głu­szyć my­śli. Jadę przez mia­sto, mi­ja­jąc lu­dzi, któ­rzy nie mają po­jęcia, ja­kie de­mo­ny no­szę w so­bie. Moje ży­cie jest skom­pli­ko­wa­ne, pe­łne sprzecz­no­ści i kon­flik­tów, ale to wła­śnie one de­fi­niu­ją, kim się sta­łem.

Do­cie­ram do na­sze­go biu­ra, miej­sca, któ­re jest dla mnie jed­no­cze­śnie schro­nie­niem i po­lem bi­twy. Wcho­dzę do środ­ka, a at­mos­fe­ra pra­cy wci­ąga mnie w wir obo­wi­ąz­ków. Lu­dzie kręcą się wo­kół, ka­żdy za­jęty swo­im za­da­niem, a ja wiem, że tu je­stem w swo­im ży­wio­le.

Pra­cu­ję nie­prze­rwa­nie, do­pó­ki do mo­je­go ga­bi­ne­tu nie wbi­ja się Zack, je­dy­na oso­ba, któ­ra może tu we­jść bez pu­ka­nia i nie stra­ci przez to ży­cia.

– Cze­ść pra­cy! – W prze­ci­wie­ństwie do mnie jest wiecz­nie wy­lu­zo­wa­ny i za­do­wo­lo­ny.

Zack pada na ka­na­pę usta­wio­ną wzdłuż ścia­ny i z nie­skry­wa­ną ulgą za­rzu­ca ci­ężkie woj­sko­we buty na ni­ski sto­lik ka­wo­wy. Moje oczy za­trzy­mu­ją się na tym sym­bo­licz­nym ele­men­cie świad­czącym o jego mi­li­tar­nej prze­szło­ści, je­dy­nym, któ­re­go nie po­zbył się po ode­jściu z ar­mii.

Znam Za­cka, od kie­dy pa­mi­ętam, je­ste­śmy nie­roz­łącz­ni od dziec­ka. Jed­nak mężczy­zna, któ­ry wró­cił z ostat­niej mi­sji, wy­da­je się kimś zu­pe­łnie in­nym. Ni­g­dy nie po­dzie­lił się ze mną szcze­gó­ła­mi swo­ich do­świad­czeń, za­miast tego za­tra­cił się w ci­ągłym im­pre­zo­wa­niu i dup­cze­niu wszyst­kie­go, co się na­wi­nęło. Nie­ustan­ne po­szu­ki­wa­nie no­wych do­znań sta­ło się dla nie­go spo­so­bem na za­po­mnie­nie lub chwi­lo­we uko­je­nie.

Mimo swo­je­go he­do­ni­stycz­ne­go try­bu ży­cia Zack jest nie­za­wod­ny w pra­cy, któ­rą wy­ko­nu­je. Jako szef ochro­ny wy­ko­rzy­stu­je swój na­tu­ral­ny ta­lent do za­rządza­nia ze­spo­łem i za­wsze z na­wi­ąz­ką wy­wi­ązu­je się z po­wie­rzo­nych za­dań. Jego zdol­no­ść do utrzy­my­wa­nia po­rząd­ku i za­pew­nie­nia bez­pie­cze­ństwa za­dzi­wia, gdy we­źmie się pod uwa­gę jego cha­otycz­ne ży­cie pry­wat­ne. Kon­trast po­mi­ędzy jego pro­fe­sjo­na­li­zmem a oso­bi­sty­mi de­mo­na­mi jest dla mnie, jako jego dłu­go­let­nie­go przy­ja­cie­la, za­rów­no źró­dłem po­dzi­wu, jak i głębo­kie­go za­nie­po­ko­je­nia.

– Nie masz ja­kie­goś gar­ni­tu­ru? Chy­ba pła­cę ca­łkiem nie­źle. – Nie mogę się opa­no­wać, żeby nie do­je­bać się do tre­pów, bo­jó­wek i, kur­wa, ele­ganc­kiej ko­szu­li. Tak! Ko­szu­la do bo­jó­wek.

– Je­stem two­im sze­fem ochro­ny, a nie dy­rek­to­rem chuj wie cze­go. Jak wy­obra­żasz so­bie szko­le­nie lu­dzi w oxfor­dach? – Pa­trzy na mnie jak na kre­ty­na. – Co cię w dupę ugry­zło? Oj­ciec zno­wu wy­wi­nął się spod kosy?

Ni­g­dy nie daję upu­stu swo­im my­ślom i nie wy­po­wia­dam ich na głos. W prze­ci­wie­ństwie do mnie Zack nie ma pro­ble­mów z wy­ra­ża­niem tego, co czu­je i my­śli. Ta bez­po­śred­nio­ść sta­no­wi jed­ną z cech, któ­re nie­zmier­nie w nim ce­nię. W śro­do­wi­skach, w któ­rych się ob­ra­ca­my, gdzie ka­żdy ruch i ka­żde sło­wo mogą być wy­ko­rzy­sta­ne prze­ciw­ko to­bie, praw­dzi­wa przy­ja­źń jest rzad­ko­ścią, pra­wie jak Świ­ęty Gra­al.

– Żyje. I z pew­no­ścią wy­ko­ńczy i prze­ży­je nas wszyst­kich – mó­wię, bio­rąc pacz­kę pa­pie­ro­sów i kie­ru­jąc się w stro­nę okna.

Wi­dok z mo­je­go ga­bi­ne­tu nie może się rów­nać z pa­no­ra­mą z biu­ra Lo­uisa, ale i tak wolę spo­glądać na zie­lo­ne krza­ki niż na be­to­no­wą dżun­glę mia­sta. Sły­szę, jak ci­ężkie cia­ło mo­je­go przy­ja­cie­la uno­si się z ka­na­py i Zack do­łącza do mnie. W mil­cze­niu ce­le­bru­je­my na­łóg, ka­żdy z pa­pie­ro­sem w dło­ni.

– Pod szpi­ta­lem, na par­kin­gu po­trąci­łem dzi­siaj ja­kąś babę – rzu­cam bom­bę, cze­ka­jąc na jego re­ak­cję.

– Żyje? – pyta zu­pe­łnie nie­wzru­szo­ny.

Jego obo­jęt­no­ść mnie za­ska­ku­je.

– Taaa – od­po­wia­dam. Głębiej za­ci­ągam się dy­mem. – Cze­kam na ja­kieś in­for­ma­cje, ale ra­czej nic jej nie jest.

– Nie po­trze­bu­je­my te­raz tru­pa, do­pie­ro co two­ja twarz po­ja­wi­ła się w ka­żdej ga­ze­cie – mówi z ura­zą, przy­po­mi­na­jąc mi to, co oj­ciec zdążył mi już wy­ło­żyć z aka­de­mic­ką pre­cy­zją.

– Ale ty się te­raz wku­rzasz o to, że prze­oczy­łeś tę im­pre­zę, czy o to, że nie uchro­ni­łeś mo­jej dupy przed kom­pro­mi­ta­cją? – py­tam z uśmie­chem, a wi­dząc jego wy­raz twa­rzy, je­stem pe­wien, że mor­du­je mnie w my­ślach na ty­si­ąc spo­so­bów.

Praw­da jest taka, że tro­chę mnie po­nio­sło, a gdy­bym za­brał go ze sobą, ten cały cyrk by się nie wy­da­rzył. Na­ucz­ka na przy­szło­ść – ba­wić się tyl­ko w na­szych klu­bach i ci­ągać ze sobą przy­zwo­it­kę.

Co­py­ri­ght© Cara D. Wy­ler

Co­py­ri­ght© by Wy­daw­nic­two Re­bel­de

All ri­ght re­se­rved

WSZEL­KIE PRA­WA ZA­STRZE­ŻO­NE

LESZ­NO 2026

Re­dak­cja i ko­rek­ta języ­ko­wa:

Ju­sty­na Szym­kie­wicz @daj.mi.slo­wo

Ko­rek­ta po skła­dzie:

Jo­lan­ta Sza­lak, Ka­mi­la Po­la­ńska, Ewa Wo­źniak

Opra­co­wa­nie okład­ki i opra­wa gra­ficz­na:

Ju­sty­na Kna­pik @her­me­tycz­nie­_za­mknie­te

Gra­fi­ka na okład­ce:

Ka­mil Ko­rze­niow­ski @ko­rze­niow­ski.art

Skład i przy­go­to­wa­nie ebo­oków:

Mi­chał Bog­da­ński

Wy­da­nie I

ISBN: 978-83-68587-25-8

Spis treści

Prolog

Rozdział 1

Rozdział 2

Rozdział 3

Punkty orientacyjne

Co­ver