Szepty przeznaczenia. Tom 1 - Cara D. Wyler - ebook
NOWOŚĆ

Szepty przeznaczenia. Tom 1 ebook

Cara D. Wyler

4,7

1362 osoby interesują się tą książką

Opis

Cornelia B. Walters od ponad pięciu lat żyje w cieniu tragedii, która odebrała jej najbliższych. Straciła rodziców oraz brata, a nieszczęśliwy wypadek zranił ją mocniej niż jakakolwiek fizyczna rana.

Jej codzienność przypomina cichy azyl. Prowadzenie ogrodu, opieka nad dwoma ukochanymi psami i towarzystwo Keanu to wszystko, czego jej potrzeba. Stara się żyć według zasad wpojonych jej przez rodziców – pomaga więc innym, wierząc, że im więcej dobra dajesz, tym więcej do ciebie wraca. Bańka, w której funkcjonuje, gwarantuje jej poczucie spokoju, ale czy jest to prawdziwe życie, czy jedynie wegetacja?

Elijah Williamson, syn magnata imperium na Wschodnim Wybrzeżu USA, od zawsze pozostaje w cieniu starszego brata. Nigdy nie czuł się wystarczająco dobry – był rezerwą, częścią zamienną, kimś, kto wypełnia luki zamiast grać pierwsze skrzypce. Jest inteligentny i przebiegły, lecz nie wierzy w bezinteresowność, uważając, że za każdym gestem kryje się ukryty motyw. A jednak to właśnie on stoi na straży bezpieczeństwa rodziny, chroniąc ją przed ciemną stroną niezłomnie budowanej przez ojca władzy.

Kiedy losy Cornelii i Elijaha splatają się w niespodziewanych okolicznościach, ich światy zaczynają się wzajemnie przenikać. Ona – ucieka przed bólem, on – jest cyniczny, widzi codzienność przez pryzmat interesów i kontroli.

Ona będzie musiała stawić czoła nowej rzeczywistości, a on odkryje, że istnieje coś, czego nie da się kupić ani kontrolować.

 

Pierwszy tom serii Szepty. Małomiasteczkowy klimat w idealnym wydaniu!

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 409

Rok wydania: 2025

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,7 (87 ocen)
72
6
6
1
2
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
aleksandrawitaszek
(edytowany)

Nie oderwiesz się od lektury

Przecudowna historia! Nie mogę się doczekać więcej! Polecam z całego serca ❤️
91
Markosia92

Nie oderwiesz się od lektury

kocham cala seria, chyba nigdy nie cztalam nic lepszego na watt i z niecierpliwoscia czekam na wydanie kolejnych czesci. Gratulacje kochana, zasluzylasz aby miec wlasna pólke w ksiegarniach
82
madzialegmi

Nie oderwiesz się od lektury

najlepsza ❤️
71
salzuzu

Nie oderwiesz się od lektury

O rany jakie to jest komfortowe 🥹❤️
61



I don’t care who you are

Whe­re you’re from

What you did

As long as you love me

Who you are

Whe­re you’re from

Don’t care what you did

As long as you love me

Back­stre­et Boys – As Long as You Love Me

Prolog

My­śla­łam, że prze­ży­łam już wszyst­ko.

Że nie ma już dla mnie wi­ęcej za­krętów, żad­nych nie­spo­dzia­nek cza­jących się w ciem­no­ściach. Że ży­cie, z ca­łym swo­im cha­osem, wy­ło­ży­ło przede mną kom­plet kart.

Czu­łam, że to, co mia­ło na­de­jść, już na­de­szło. Że prze­szłam przez naj­gor­sze bu­rze, że prze­trwa­łam naj­ciem­niej­sze noce.

Wie­rzy­łam, że już nic nie może mnie bar­dziej zła­mać, nic bar­dziej za­sko­czyć.

Ale ży­cie w swej prze­wrot­nej na­tu­rze mia­ło dla mnie inne pla­ny. Wy­da­wa­ło się, że spo­gląda na mnie z ta­jem­ni­czym uśmie­chem na ustach i szep­cze, bym przy­szy­ko­wa­ła się na to, co ma na­de­jść.

Wte­dy wszyst­ko się zmie­ni­ło. Świat za­drżał w po­sa­dach, jak­by czas na chwi­lę prze­stał ist­nieć. Po­ja­wił się nowy roz­dział, pe­łen nie­zna­nych dróg i nie­ocze­ki­wa­nych wy­da­rzeń.

I zro­zu­mia­łam, że co­dzien­no­ść ni­g­dy nie prze­sta­je nas te­sto­wać. Że za­wsze ma w za­na­drzu coś, co może nas za­sko­czyć, na nowo ukszta­łto­wać.

I nie, nie je­ste­śmy na to go­to­wi. Ale wła­śnie w tym – w tej su­ro­wej, bru­tal­nej, osza­ła­mia­jącej nie­pew­no­ści – tkwi całe pi­ęk­no. Nie w tym, co zna­my. Ale w tym, co jesz­cze na­dej­dzie. Nie­sio­ne ci­szą. Albo krzy­kiem…

Rozdział 1

Cornelia

Nie mogę się po­ru­szyć. Czu­ję, jak sło­na woda za­le­wa mi twarz, a ja je­stem zbyt bez­sil­na, by co­kol­wiek z tym zro­bić. Nie je­stem w sta­nie otwo­rzyć oczu, jak­by były skle­jo­ne ci­ęża­rem tego nie­spo­dzie­wa­ne­go ata­ku. Nie­mo­żli­we jest prze­kręce­nie gło­wy, je­stem przy­gwo­żdżo­na do zie­mi, a ka­żdy ruch wy­da­je się za­blo­ko­wa­ny.

Całe moje cia­ło pie­cze, jak­by ty­si­ące igieł wbi­ja­ło się jed­no­cze­śnie w ka­żdy cen­ty­metr skó­ry. Pro­mie­nie sło­ńca bez­li­to­śnie pa­da­ją na mnie, ich cie­pło mie­sza się z bó­lem, któ­ry prze­szy­wa na wskroś. Płu­ca palą, jak­by były w ogniu, a ja de­spe­rac­ko pró­bu­ję wzi­ąć od­dech, czu­jąc, jak po­wie­trze ucie­ka z mo­je­go za­si­ęgu.

Nie wiem, gdzie je­stem. Ka­żda myśl jest mgli­sta, oto­czo­na chmu­rą dez­orien­ta­cji i pa­ni­ki. Nie mam po­jęcia, kim je­stem. Wspo­mnie­nia są jak ka­wa­łki roz­bi­te­go lu­stra, któ­rych nie mogę po­skła­dać w ca­ło­ść. Mam wra­że­nie, jak­bym dry­fo­wa­ła w nie­ko­ńczącej się prze­strze­ni, po­zba­wio­na punk­tu za­cze­pie­nia.

De­spe­ra­cja wy­pe­łnia moje ser­ce, bi­jąc w nim jak bęben wo­jen­ny, przy­po­mi­na­jąc mi o kru­cho­ści ży­cia. Ka­żdy od­dech, któ­ry usi­łu­ję zła­pać, ucie­ka przede mną, jak­by świat wo­kół mnie ce­lo­wo od­ma­wiał mi tej pro­stej ulgi. Cia­ło jest obce, za­wie­szo­ne w sta­nie wiecz­ne­go cier­pie­nia.

Czas prze­sta­je ist­nieć. Se­kun­dy, mi­nu­ty, go­dzi­ny – wszyst­ko to zle­wa się w bez­den­ną chwi­lę bólu i bez­rad­no­ści. Czu­ję, jak­by świat wo­kół za­po­mniał o moim ist­nie­niu, zo­sta­wia­jąc sa­mej so­bie, za­gu­bio­nej w otchła­ni nie­mo­cy. I w tej ci­szy prze­ry­wa­nej tyl­ko moim nie­mym krzy­kiem nad­cho­dzi ciem­no­ść.

Z do­świad­cze­nia wiem, że gdy bu­dzę się z tym kosz­ma­rem, naj­le­piej nie ru­szać się z łó­żka. Zo­stać, po­cze­kać, aż od­dech się wy­rów­na, a ser­ce prze­sta­nie wa­lić jak osza­la­łe. Taki sen za­wsze zwia­stu­je coś złe­go. Ale ten dzień jest inny. Przy­go­to­wa­nie do nie­go za wie­le mnie kosz­to­wa­ło, bym te­raz mo­gła ulec temu pa­ra­li­żu­jące­mu wspo­mnie­niu. Zbyt dużo wy­si­łku, zbyt wie­le pla­nów utka­nych z in­try­gi, pre­cy­zyj­ne­go przy­go­to­wa­nia i – nie ukry­waj­my – ma­ni­pu­la­cji. Prze­ciw­nik taki jak Ke­anu nie jest ła­twy do prze­chy­trze­nia, ale nie za­mie­rzam się pod­dać. Dla ko­goś z boku może wy­da­wać się to ni­czym, głu­pią am­bi­cją, ale dla mnie to wa­żne. To mój mały suk­ces, o któ­ry wal­czę.

Mam dwa­dzie­ścia trzy lata i po raz pierw­szy w ży­ciu po­ja­dę sama do No­we­go Jor­ku. Sa­mo­cho­dem. Z na­sze­go Har­bor­bro­ok to ja­kieś sie­dem­dzie­si­ąt mil. Miesz­ka­my tu od czte­rech lat, ale za­wsze by­łam pas­sen­ger prin­cess, jak żar­to­wał Ke­anu – on pro­wa­dził, a ja sie­dzia­łam obok z mu­zy­ką w słu­chaw­kach, pa­trząc na mi­ja­ne kra­jo­bra­zy. Moje mo­żli­wo­ści kie­ro­wa­nia ogra­ni­cza­ły się do jaz­dy po na­szym ma­łym mia­stecz­ku. Wszyst­ko, co wy­kra­cza­ło poza jego gra­ni­ce, było dla mnie stre­fą za­ka­za­ną. Ale nie tego dnia. Chcę to zro­bić. Mu­szę to zro­bić – chcę udo­wod­nić so­bie, że je­stem w sta­nie, że po­tra­fię.

Raz w mie­si­ącu je­żdżę na kon­tro­lę do szpi­ta­la. Taka ru­ty­na. Spraw­dza­ją mój stan zdro­wia, mo­ni­to­ru­ją funk­cjo­no­wa­nie mo­jej je­dy­nej ner­ki. Je­dy­nej, bo dru­gą stra­ci­łam w wy­pad­ku, któ­ry zmie­nił wszyst­ko. Zgi­nęli w nim moi ro­dzi­ce i brat. Ja wy­szłam z nie­go żywa, choć z bli­zna­mi. Nie tyl­ko na cie­le, ale ta­kże na du­szy. Cza­sa­mi czu­ję, że to nie­spra­wie­dli­we. Dla­cze­go ja prze­ży­łam, a oni nie? Dla­cze­go stra­ci­łam tyl­ko ner­kę, a oni wszyst­ko?

Ży­cie jest okrut­nie nie­spra­wie­dli­we. Za­wsze było.

Nie daję jed­nak po so­bie po­znać, jak wie­le mnie to kosz­tu­je, bo Ke­anu jest jak re­kin. Wy­czu­je krew i ko­niec…

Pod­no­szę się z łó­żka z wy­si­łkiem, jak­by trud nocy wci­ąż przy­gnia­tał moje cia­ło i my­śli. Pró­bu­ję wy­krze­sać z sie­bie choć odro­bi­nę ener­gii, by ru­szyć w stro­nę eks­pre­su. Bez po­ran­nej kawy dzień wy­da­je się jesz­cze bar­dziej od­le­gły i sza­ry. W ko­ńcu na­le­wam ku­bek go­rące­go na­po­ju, któ­ry za­czy­na po­wo­li bu­dzić moje zmy­sły, gdy bio­rę łyk. To pierw­szy krok w moim co­dzien­nym ry­tu­ale – chwi­li, któ­ra po­zwa­la mi od­na­le­źć rów­no­wa­gę. Z kub­kiem w ręce kie­ru­ję się do ogro­du, mo­je­go miej­sca wy­tchnie­nia.

Jesz­cze kil­ka lat temu wy­buch­nęła­bym śmie­chem, gdy­by ktoś po­wie­dział, że za­kła­da­nie ra­bat, pie­lęgna­cja kwia­tów i ho­do­wa­nie wa­rzyw sta­ną się dla mnie czy­mś wi­ęcej niż tyl­ko hob­by. Dziś ogród to moje schro­nie­nie, mój mały świat. Ka­żdy spędzo­ny w nim po­ra­nek jest cza­sem na zła­pa­nie od­de­chu, ze­bra­nie my­śli i przy­go­to­wa­nie się na to, co przy­nie­sie dzień.

Wy­cho­dzę boso na zro­szo­ną tra­wę, czu­jąc pod sto­pa­mi chłód i wil­goć po­ran­ka. To uczu­cie jest nie­zwy­kle ko­jące, jak­by zie­mia chcia­ła prze­ka­zać mi swój spo­kój i siłę. Chłod­ne po­wie­trze otu­la moją skó­rę, a pierw­sze pro­mie­nie sło­ńca nie­śmia­ło za­czy­na­ją ogrze­wać gle­bę. W tym mo­men­cie świat wy­da­je się za­trzy­ma­ny, jak­by cały jego bieg cze­kał na mnie. Czu­ję, jak stres i na­pi­ęcie, któ­re to­wa­rzy­szy­ły mi po po­bud­ce z kosz­ma­ru, po­wo­li roz­pusz­cza­ją się w tej ci­chej har­mo­nii na­tu­ry.

Spa­ce­ru­ję po ogro­dzie, pod­gląda­jąc ka­żdą grząd­kę. Prze­su­wam dło­nią po li­ściach, de­li­kat­nie ob­ry­wam su­che kwia­ty, któ­rych czas już mi­nął. Pla­nu­ję pra­ce na ko­lej­ne dni, my­śląc o tym, co jesz­cze mogę zro­bić, by mój azyl roz­kwi­tł pe­łnią ży­cia. Ka­żda ro­śli­na ma tu swo­ją hi­sto­rię.

Z za­my­śle­nia wy­ry­wa­ją mnie od­gło­sy psich łap ude­rza­jących o zie­mię. Flea, czy­li pche­łka, dog nie­miec­ki na­le­żący do Ke­anu, i Ram­bo, mój ma­le­ńki grzy­wacz chi­ński, two­rzą kon­trast. Ze­staw tro­chę gro­te­sko­wy, przy­zna­ję, ale te stwo­rze­nia świa­ta poza sobą nie wi­dzą. Flea dzi­ęki swo­im dłu­gim no­gom z gra­cją prze­ska­ku­je z jed­nej stro­ny ra­bat na dru­gą, jak­by chcia­ła za­pre­zen­to­wać ta­niec ba­le­to­wy w ogro­do­wej sce­ne­rii. Tym­cza­sem Ram­bo z nie­ko­ńczącym się za­pa­łem ko­pie w zie­mi, jak­by szu­kał skar­bu, któ­ry tyl­ko on jest w sta­nie od­kryć.

Na­gle koło mo­ich nóg lądu­ją buty, a na ra­mio­na na­rzu­co­na zo­sta­je blu­za.

– Wiesz, że nie po­win­naś cho­dzić boso. Prze­zi­ębisz się – mówi Ke­anu.

Jego ton jest jak cie­pły koc w chłod­ny po­ra­nek – uspo­ka­ja­jący, zna­jo­my, pe­łen ci­chej tro­ski. Opie­ka nad in­ny­mi za­wsze wy­cho­dzi­ła mu na­tu­ral­nie, nie­mal nie­zau­wa­żal­nie.

– Cho­dźmy na śnia­da­nie. Nie­dłu­go mu­sisz się zbie­rać – do­da­je, po­pra­wia­jąc mi blu­zę.

Pod­da­ję się tej chwi­li, podąża­jąc za nim do domu. Idzie­my obok sie­bie, a dźwi­ęk jego rów­nych kro­ków mie­sza się z od­gło­sa­mi psich łap. Truch­ta­ją we­so­ło za nami, jak­by ka­żde z nich w rów­nym stop­niu kon­tro­lo­wa­ło ten mały ka­wa­łek świa­ta.

– Idź pod prysz­nic, ja zaj­mę się śnia­da­niem – in­stru­uje Ke­anu, gdy wcho­dzi­my do domu. Spo­koj­ny i rze­czo­wy głos jest jak obiet­ni­ca, że wszyst­ko mamy pod kon­tro­lą.

Jest nie­za­stąpio­ny. Jest moim naj­lep­szym przy­ja­cie­lem, opie­ku­nem i ro­dzi­ną. W rze­czy­wi­sto­ści jest wszyst­kim, co mam. Nie zo­stał już nikt oprócz nie­go i na­szych psów. To on za­wsze był obok, szcze­gól­nie wte­dy, gdy na­sze ży­cie roz­pa­dło się na ka­wa­łki. Kie­dy prze­ży­wa­li­śmy naj­gor­szą tra­ge­dię, trzy­mał mnie za rękę i nie po­zwa­lał się pod­dać. To wła­śnie on po­mó­gł mi wy­do­stać się z ruin – nie tyl­ko tych fi­zycz­nych, ale przede wszyst­kim emo­cjo­nal­nych.

Ke­anu zor­ga­ni­zo­wał na­sze nowe ży­cie, gdy po ko­lej­nym kosz­ma­rze spa­dłam w pa­ni­ce ze scho­dów ro­dzin­ne­go domu. W tam­tej chwi­li pod­jął de­cy­zję, by za­cząć jesz­cze raz, z dala od bólu i wspo­mnień, któ­re przy­tła­cza­ły nas na ka­żdym kro­ku. Wy­brał miej­sce nie­przy­pad­ko­we – da­le­ko od wszyst­kie­go, co przy­po­mi­na­ło nam o prze­szło­ści, ale w „trój­kącie ber­mudz­kim”, jak lubi to na­zy­wać. Nowy Jork, Fi­la­del­fia, Wa­szyng­ton. Cho­ciaż nie jest już czyn­nym żo­łnie­rzem, jego pra­ca na­dal zwi­ąza­na jest z woj­skiem. Przy­ja­ciel z ar­mii za­ofe­ro­wał mu dom na swo­jej far­mie. Ke­anu za­jął się ca­ło­ścią – od za­ła­twie­nia for­mal­no­ści, przez re­mon­ty, aż po urządze­nie wnętrz. Ka­żdy szcze­gół za­pla­no­wał tak, aby­śmy czu­li się tu­taj bez­piecz­nie i kom­for­to­wo.

Zła­ma­ni, ale ra­zem – w ten spo­sób stwo­rzy­li­śmy coś na nowo. Nie­sie­my swo­je bli­zny i trau­my, ale wspól­nie je­ste­śmy sil­niej­si. Je­ste­śmy jak dwie wy­dry trzy­ma­jące się za łap­ki i dry­fu­jące po rze­ce, by wspie­rać się na­wza­jem i nie uto­nąć. Ke­anu jest tą oso­bą, któ­ra przy­po­mi­na mi, że nie mu­szę wszyst­kie­go ro­bić sama i być sil­na przez cały czas. Jest moją opo­ką – kimś, kto pod­trzy­mu­je mnie, kie­dy za­czy­nam się chwiać.

Pa­mi­ętam pe­wien wie­czór kil­ka mie­si­ęcy po prze­pro­wadz­ce. Sie­dzie­li­śmy na we­ran­dzie, pa­trząc na za­chód sło­ńca. Wo­kół pa­no­wa­ła ci­sza prze­ry­wa­na je­dy­nie szu­mem wia­tru w ko­ro­nach drzew i de­li­kat­nym śpie­wem pta­ków. Ob­jął mnie ra­mie­niem i po­wie­dział: „Co­kol­wiek się sta­nie, za­wsze będzie­my mieć sie­bie”. Te sło­wa, tak pro­ste, a jed­no­cze­śnie pe­łne zna­cze­nia, sta­ły się na­szym mot­tem. Wte­dy zro­zu­mia­łam, że ra­zem mo­że­my prze­trwać wszyst­ko.

To on na nowo na­uczył mnie, jak żyć. Jak od­naj­dy­wać ra­do­ść w co­dzien­nych chwi­lach – w po­ran­nych spa­ce­rach z psa­mi, w pra­cy w ogro­dzie, w pro­stych do­mo­wych czyn­no­ściach. Jego cier­pli­wo­ść i od­da­nie po­zwo­li­ły mi od­zy­skać siły i zo­ba­czyć świat w ja­śniej­szych bar­wach.

Ke­anu też mie­wa swo­je chwi­le sła­bo­ści. Są dni, kie­dy ci­ężar stra­ty przy­gnia­ta go, od­bie­ra­jąc siły. W ta­kich mo­men­tach ro­bię dla nie­go to, co on ro­bił dla mnie przez całe ży­cie – je­stem. Po­zwa­lam mu oprzeć się na mnie, a wte­dy to ja wal­czę za nas obo­je. Wiem, że moja moc po­cho­dzi z tego, co nas łączy – z mi­ło­ści, za­ufa­nia i tego nie­wi­dzial­ne­go węzła, któ­ry spra­wia, że ra­zem je­ste­śmy nie­znisz­czal­ni.

Z prze­my­śleń wy­ry­wa mnie wo­ła­nie z kuch­ni. Szyb­ko się wy­cie­ram, su­szę wło­sy i wkła­dam przy­go­to­wa­ną wcze­śniej roz­klo­szo­wa­ną su­kien­kę. Z pe­łne­go ma­ki­ja­żu zre­zy­gno­wa­łam już daw­no, jesz­cze w „tam­tym” ży­ciu. Ce­nię na­tu­ral­no­ść i pro­sto­tę, któ­re dają mi po­czu­cie wol­no­ści. Ma­lu­ję tyl­ko rzęsy.

– Źle mi z tym, że je­dziesz sama. Po­win­ni­śmy prze­ło­żyć wi­zy­tę z psa­mi u Ruby. – Pa­trzy mi pro­sto w oczy, nie kry­jąc swo­je­go nie­po­ko­ju.

Spo­koj­nie, spo­koj­nie, bo za­raz wszyst­ko się po­sy­pie. I po­je­dziesz co naj­wy­żej ro­we­rem. Do naj­bli­ższe­go skle­pu.

– Nie. Do­sko­na­le wiesz, że Ruby wy­je­żdża na dłu­gi urlop, a ga­bi­net będzie chwi­lo­wo za­mkni­ęty – mó­wię, si­ląc się na spo­koj­ny ton, choć w środ­ku czu­ję, że moja cier­pli­wo­ść jest wy­sta­wia­na na pró­bę. – Nie po­wie­rzę na­szych psów żad­ne­mu in­ne­mu we­te­ry­na­rzo­wi. Ona zna je naj­le­piej, ro­zu­mie ich po­trze­by i wie, jak się z nimi ob­cho­dzić. Nic mi nie będzie, sam uczy­łeś mnie je­ździć, więc nie ro­zu­miem, o co tyle ha­ła­su. Poza tym Me­la­nie pro­si­ła cię o po­moc. A wiesz, że od kie­dy Theo wy­je­chał na mi­sję, rzad­ko o co­kol­wiek pro­si. To po­wa­żna spra­wa – do­da­ję z te­atral­nym wes­tchnie­niem, a wi­dząc jego unie­sio­ną brew, do­rzu­cam z lek­kim uśmie­chem: – Ma­kao i po ma­ka­le.

Przy­zna­ję, w tym pla­nie jest spo­ro ma­ni­pu­la­cji. Ale czy mogę być za to w pe­łni win­na?

Czy wy­ko­rzy­sta­łam fakt, że trak­tu­je­my psy jak na­sze dzie­ci? Może odro­bi­nę. Ale kto by się temu dzi­wił?

Czy umó­wi­łam wi­zy­tę na ostat­nią chwi­lę, wie­dząc do­sko­na­le, że Ruby ko­lej­ne­go dnia wy­je­żdża, a na­szym pu­pi­lom ko­ńczą się szcze­pie­nia? Nie wiem, o czym mó­wi­cie. Nie mam po­jęcia. Przy­pa­dek, ot co.

Czy za­an­ga­żo­wa­łam moją ci­ężar­ną przy­ja­ció­łkę w cały ten mi­ster­ny plan, po­słu­gu­jąc się jej obec­nym sta­nem jako do­dat­ko­wym ar­gu­men­tem? Cóż… Win­na wszyst­kich za­rzu­tów.

Ale w ko­ńcu cze­go się nie robi, by do­pi­ąć swe­go? Psy mu­szą być pod naj­lep­szą opie­ką, Ruby jest je­dy­ną oso­bą, któ­rej w tym za­kre­sie ufam, a Me­la­nie… cóż, Me­la­nie i tak się nu­dzi­ła, od­kąd Theo wy­je­chał. Poza tym odro­bi­na ak­cji do­brze jej zro­bi. Tak to so­bie przy­naj­mniej tłu­ma­czę, igno­ru­jąc ci­chy wy­rzut su­mie­nia, któ­ry pod­po­wia­da mi, że wszyst­ko to było do­kład­nie za­pla­no­wa­ne. W ko­ńcu ka­żdy plan wy­ma­ga odro­bi­ny po­świ­ęceń, praw­da? Na­wet tych nie­wiel­kich… i cu­dzych.

Po śnia­da­niu po­że­gna­łam się z psa­mi i Ke­anu, wsia­dłam do sa­mo­cho­du i ru­szy­łam w kie­run­ku mia­sta. Sil­nik mru­czał ci­cho, a ja ob­ser­wo­wa­łam, jak zna­jo­me kra­jo­bra­zy na­sze­go Har­bor­bro­ok po­wo­li zo­sta­ją w tyle. Z ka­żdym prze­je­cha­nym ki­lo­me­trem czu­łam mie­szan­kę eks­cy­ta­cji i lek­kie­go nie­po­ko­ju. Eks­cy­ta­cja po­cho­dzi­ła z my­śli o tym, że ro­bię to sama, że prze­ła­mu­ję ko­lej­ną ba­rie­rę. Nie­po­kój z ko­lei bu­dzi­ły wy­rzu­ty su­mie­nia. Wie­dzia­łam, jak bar­dzo Ke­anu po­trze­bo­wał mieć kon­tro­lę nad moim bez­pie­cze­ństwem – szcze­gól­nie po tym, jak bez­po­wot­nie stra­cił Ale­xa. Ba­łam się, że jego lęk przed utra­tą obej­mu­je nie tyl­ko wspo­mnie­nia o prze­szło­ści, ale ta­kże mnie.

Alex i Ke­anu.

Za­wsze nie­roz­łącz­ni.

Przed­szko­le, szko­ła pod­sta­wo­wa, li­ceum, col­le­ge, woj­sko – byli jak dwie stro­ny tej sa­mej mo­ne­ty, do­pe­łnia­jąc się w ka­żdym aspek­cie. A ja? By­łam ich cie­niem, dzie­si­ęć lat młod­szą smar­ku­lą, za­wsze przy­kle­jo­ną do nich jak rzep. Śle­dzi­łam ich ka­żdy krok, za­pa­trzo­na w sil­ną więź i po­czu­cie wspól­no­ty.

Uśmiech­nęłam się na te wspo­mnie­nia, wi­dząc przed ocza­mi Ale­xa – za­wsze bar­dziej wy­lu­zo­wa­ne­go, z tym wiecz­nym bły­skiem w oku, i Ke­anu – spo­koj­ne­go, nie­zwy­kle opie­ku­ńcze­go, któ­ry dbał o nas obo­je. Byli dla mnie ide­ałem, wzo­rem, za któ­rym sta­ra­łam się podążać.

Ni­g­dy nie sądzi­łam, że ta­kie ży­cie zo­sta­nie nam ode­bra­ne. Wy­pa­dek spo­wo­do­wał, że to wszyst­ko się roz­pa­dło.

Rozdział 2

Cornelia

Wi­zy­ta w szpi­ta­lu, ku mo­je­mu za­sko­cze­niu, prze­bie­gła wy­jąt­ko­wo spraw­nie. Żad­nych dłu­gich ko­le­jek, któ­re zwy­kle roz­wle­ka­ją dzień do gra­nic mo­żli­wo­ści, żad­ne­go ner­wo­we­go cze­ka­nia czy na­wet – co dla mnie sa­mej brzmi nie­mal nie­wia­ry­god­nie – omdleń przy po­bie­ra­niu krwi. Moja dziel­na ner­ka wci­ąż jest na swo­im miej­scu, funk­cjo­nu­je jak na­le­ży i naj­wy­ra­źniej nie pla­nu­je mnie za­wie­ść. To jest jed­na z tych rzad­kich chwil, kie­dy wszyst­ko idzie zgod­nie z pla­nem.

Oczy­wi­ście na­wet taki spo­koj­ny dzień nie mógł obyć się bez sta­łej kon­tro­li. Mój nie­za­wod­ny nad­zor­ca zdążył wy­ko­nać dwa te­le­fo­ny, upew­nia­jąc się, że nie ze­mdla­łam w dro­dze do ga­bi­ne­tu i że wci­ąż żyję po wy­jściu z ba­da­nia. Jak­by tego było mało, te­le­fon co chwi­lę wi­bro­wał od SMS-ów, na któ­re mu­sia­łam na­tych­miast od­pi­sać, żeby nie za­częło się ko­lej­ne ob­dzwa­nia­nie. Przy­znam, spo­dzie­wa­łam się, że będę mu­sia­ła dzwo­nić na Fa­ce­Ti­me co pi­ęt­na­ście mi­nut, ni­czym dziec­ko na wy­ciecz­ce szkol­nej.

Przy­pom­nę tyl­ko, że mam dwa­dzie­ścia trzy lata. W teo­rii do­ro­sło­ść ozna­cza pew­ną nie­za­le­żno­ść, ale naj­wy­ra­źniej Ke­anu nie otrzy­mał tej in­for­ma­cji. Nie że­bym się zło­ści­ła – w głębi du­szy wiem, że jego tro­ska to spo­sób na oswo­je­nie stra­chu. Stra­chu przed tym, że coś mo­gło­by się stać, że mó­głby mnie stra­cić. Ro­zu­miem to, na­praw­dę, ale cza­sa­mi ma­rzę o chwi­li, w któ­rej nie mu­sia­ła­bym od­po­wia­dać na ka­żde „Gdzie je­steś?” czy „Wszyst­ko w po­rząd­ku?”. Pra­gnę odro­bi­ny prze­strze­ni. I z całą pew­no­ścią ni­g­dy mu tego nie po­wiem.

Jak na skrzy­dłach wy­bie­gam ze szpi­ta­la, czu­jąc, jak z ka­żdym kro­kiem opusz­cza mnie na­pi­ęcie. Po­wie­trze na ze­wnątrz jest orze­źwia­jące, a sło­ńce przy­jem­nie grze­je twarz. Idę w kie­run­ku auta, jed­no­cze­śnie grze­bi­ąc w ple­ca­ku w po­szu­ki­wa­niu klu­czy i te­le­fo­nu. Ni­g­dy ni­cze­go nie znaj­du­ję za pierw­szym ra­zem, więc za­słu­żył so­bie na mia­no czar­nej dziu­ry, w któ­rej rze­czy zni­ka­ją bez śla­du. Prze­trząsam go ner­wo­wo, prze­kła­da­jąc ksi­ążki, no­te­sy i ko­sme­tycz­kę, któ­ra za­wsze wy­da­je się być w nie­wła­ści­wym miej­scu.

Kie­dy z pie­kiel­nych cze­lu­ści wy­do­by­wam zgu­bę, wi­dzę, że dzwo­ni Ke­anu. Od­bie­ram, nie da­jąc mu mo­żli­wo­ści po­wie­dze­nia sło­wa.

– Już wy­szłam, wszyst­ko w po­rząd­ku, nic się nie dzie­je. Za­raz wsia­dam do auta i wra­cam do domu. Może pój­dzie­my wie­czo­rem z psa­mi…

Nie ko­ńczę, czu­jąc do­tkli­wy ból, któ­ry eks­plo­do­wał w mo­jej gło­wie jak grom z ja­sne­go nie­ba. Świat wo­kół za­czy­na się roz­my­wać, dźwi­ęki sta­ją się stłu­mio­ne, a ko­lo­ry bled­ną. Moje nogi od­ma­wia­ją po­słu­sze­ństwa, a te­le­fon wy­pa­da mi z ręki i od­bi­ja się od as­fal­tu. Pró­bu­ję zła­pać się cze­goś, co mo­gło­by mnie pod­trzy­mać, ale cia­ło opa­da, jak­by było zro­bio­ne z oło­wiu.

Ostat­nią rze­czą, jaką sły­szę, jest stłu­mio­ny głos Ke­anu. Czu­ję, jak ciem­no­ść mnie po­chła­nia, a ból sta­je się co­raz bar­dziej od­le­gły, aż w ko­ńcu zni­ka. Świat wo­kół mnie zmie­nia się w pu­stą, czar­ną prze­strzeń, w któ­rej nie ist­nie­je nic poza ci­szą.

Elijah

– Eli­jah, masz pra­wie trzy­dzie­ści lat, więc za­cho­wuj się, jak przy­sta­ło na two­je lata! – grzmi oj­ciec, ma­cha­jąc mi przed no­sem ta­ble­tem z dzi­siej­szym ar­ty­ku­łem. Na­wet w szpi­ta­lu nie od­pusz­cza so­bie ru­ga­nia mnie za wszyst­ko.

Pusz­cza­jąc mimo uszu uty­ski­wa­nia, przy­glądam się ojcu. Nie­daw­no sko­ńczył pi­ęćdzie­si­ąt lat, ale zde­cy­do­wa­nie na tyle nie wy­gląda. Mo­żna wzi­ąć go za na­sze­go star­sze­go bra­ta. Jest wy­so­kim, szczu­płym mężczy­zną o atle­tycz­nej syl­wet­ce, któ­rą za­wdzi­ęcza co­dzien­nym tre­nin­gom na si­łow­ni i zdro­we­mu sty­lo­wi ży­cia. Dba o sie­bie z nie­zwy­kłą sta­ran­no­ścią – re­gu­lar­nie od­wie­dza fry­zje­ra, ko­sme­tycz­kę i die­te­ty­ka. Jego skó­ra jest gład­ka i za­dba­na, a oczy pe­łne ener­gii oraz de­ter­mi­na­cji. Na jego gło­wie nie uświad­czysz jed­ne­go si­we­go wło­sa, co jest efek­tem za­rów­no ge­ne­ty­ki, jak i re­gu­lar­ne­go far­bo­wa­nia. Wy­gląda bar­dziej jak gwiaz­da fil­mo­wa niż czło­wiek, któ­ry pro­wa­dzi wiel­ki biz­nes.

Ale tyl­ko z ze­wnątrz.

We­wnątrz jego cia­ło to­czy bi­twę. Ser­ce nie wy­trzy­mu­je tem­pa jego ży­cia i ta­bu­nów ko­cha­nek. Stres zwi­ąza­ny z pro­wa­dze­niem fir­my, nie­ustan­ne pod­ró­że słu­żbo­we oraz za­rwa­ne noce spędzo­ne na spo­tka­niach biz­ne­so­wych i wie­czo­rach to­wa­rzy­skich od­bi­ły się na jego zdro­wiu. Mimo że na ze­wnątrz sta­ra się być ucie­le­śnie­niem siły i suk­ce­su, jego ser­ce ma swo­ją gra­ni­cę wy­trzy­ma­ło­ści.

Pa­mi­ętam, jak kil­ka mie­si­ęcy temu tra­fił do szpi­ta­la po ko­lej­nym ta­kim epi­zo­dzie. Le­ka­rze ostrze­ga­li go, że je­śli nie zwol­ni tem­pa, ko­lej­ne ostrze­że­nie może być ostat­nim. Jed­nak on jak za­wsze mach­nął na to ręką, a po­tem wró­cił do swo­je­go in­ten­syw­ne­go try­bu ży­cia. Jego nie­złom­na wola i am­bi­cja sta­no­wi­ły za­rów­no jego siłę, jak i prze­kle­ństwo.

– Po pierw­sze, nie de­ner­wuj się. Je­steś dobę po wsz­cze­pie­niu roz­rusz­ni­ka… – za­czy­nam spo­koj­nie.

– To prze­stań mi da­wać po­wo­dy! – prze­ry­wa mi agre­syw­nie, a oku­la­ry chy­bo­czą mu się na no­sie.

– Tato…

– Eli­jah ma ra­cję, nie de­ner­wuj się, to tyl­ko plot­kar­ska ga­ze­ta. – Mój brat pró­bu­je za­ła­go­dzić sy­tu­ację.

– Plot­kar­ska ga­ze­ta, któ­ra po raz ko­lej­ny pu­bli­ku­je eks­ce­sy two­je­go bra­ta. – Oj­ciec po­now­nie prze­no­si na mnie wzrok. – Czy ty mu­sisz wy­sta­wiać swo­je ży­cie na wi­dok pu­blicz­ny? My­ślisz, że mat­ka chce to oglądać? Na­sza ro­dzi­na nie po­trze­bu­je roz­gło­su. Twój brat też się ba­wił, a nie było o nim na­wet jed­nej wzmian­ki w bru­kow­cach!

Nie mogę so­bie da­ro­wać uszczy­pli­we­go ko­men­ta­rza:

– Nie uda­waj, że mat­ka cię ob­cho­dzi. Wszy­scy do­sko­na­le wie­my, jaka jest praw­da. A Lo­uis już w ko­ły­sce miał uło­żo­ne ży­cie, sam o to za­dba­łeś. Po­zy­cja, żona, obo­wi­ąz­ki. Trzy­ma­łeś go na smy­czy od uro­dze­nia.

Oj­ciec czer­wie­nie­je z emo­cji.

– Cie­bie też po­wi­nie­nem! – grzmi. – Może byś w ko­ńcu spo­wa­żniał. Ja w wa­szym wie­ku od­pro­wa­dza­łem już dzie­ci do szko­ły! Aż dziw, że żad­na ko­bie­ta nie za­pu­ka­ła jesz­cze do na­szych drzwi po ali­men­ty!

Nie przy­po­mi­nam so­bie, żeby choć raz za­wió­zł nas do szko­ły – ale po­mi­jam tę część jego wy­po­wie­dzi. Je­śli uwa­ża, że w mil­cze­niu znio­sę ko­lej­ne uty­ski­wa­nia – jest w błędzie!

– I nie za­pu­ka. – Wzdry­gam się na samą myśl. – To je­dy­na rzecz, któ­rej do­brze mnie na­uczy­łeś. Czy ja źle wy­ko­nu­ję swo­je obo­wi­ąz­ki? Je­steś ze mnie nie­za­do­wo­lo­ny? Może nasi lu­dzie na­rze­ka­ją? Za mało pie­ni­ędzy za­ra­biam dla ro­dzi­ny? Ro­bię wszyst­ko, cze­go ocze­ku­je­cie, a cze­go sami nie mo­że­cie ro­bić. Je­stem na ka­żde wa­sze za­wo­ła­nie. A ni­g­dy nie trak­tu­jesz mnie na rów­ni z Lo­uisem ani na­wet jak syna.

Po­wo­li zbie­ra­jąca się we mnie go­rycz znaj­du­je swo­je chwi­lo­we ujście.

– Eli­jah…

– Nie prze­ry­waj mi, Lo­uis – war­czę. – Ro­bię wy­star­cza­jąco, więc z ła­ski swo­jej nie za­glądaj­cie mi do łó­żka. Nie mam jesz­cze żony ani dzie­ci, więc mogę się ba­wić. Ni­ko­go nie krzyw­dzę. Ale fakt, po­sta­ram się wi­ęcej nie za­ist­nieć w ta­blo­idach. A te­raz do wi­dze­nia.

Na pe­łnym wkur­wie wy­cho­dzę z sali ojca, czu­jąc, jak gniew pul­su­je mi w ży­łach. Ka­żda na­sza roz­mo­wa ko­ńczy się w ten spo­sób – na­pi­ęciem i nie­wy­po­wie­dzia­ny­mi oska­rże­nia­mi. Jego wiecz­ne pre­ten­sje i brak zro­zu­mie­nia spra­wia­ją, że mam wra­że­nie, jak­bym wal­czył z nie­wi­dzial­nym wro­giem. Ko­cham bra­ta, ni­g­dy nie chcia­łbym za­jąć jego miej­sca, prędzej bym sta­nął na li­nii strza­łu, niż ze­chciał być kró­lem tego pier­dol­ni­ka. Do­brze mi tak, jak jest. On pro­wa­dzi le­gal­ną stro­nę biz­ne­su, a mnie ma od pro­wa­dza­nia tej dru­giej części. Ni­cze­go wi­ęcej nie po­trze­bu­ję.

Sta­ję pod wiel­kim za­ka­zem pa­le­nia i wy­ci­ągam faj­ki. Prze­cho­dzące obok oso­by pa­trzą z na­ga­ną, ale żad­na nie zwró­ci mi uwa­gi, bo w in­nym ra­zie moja mina obie­cu­je prze­gry­zie­nie tęt­ni­cy. Za­ci­ągam się pa­pie­ro­sem, czu­jąc, jak dym wy­pe­łnia moje płu­ca i na chwi­lę daje złud­ne po­czu­cie ulgi. Pa­trzę na ota­cza­jący mnie świat przez pry­zmat wła­sne­go gnie­wu i fru­stra­cji. Po raz ko­lej­ny ka­tu­ję się my­ślą, co jest ze mną nie tak. Przez lata szu­ka­łem po­wo­du, dla­cze­go je­stem gor­szym sy­nem. Ba! Na­wet zro­bi­łem test DNA, bo uzna­łem, że może on nie jest moim oj­cem i się mści… Nie, oczy­wi­ście, że jest. I wy­cho­dzi na to, że po pro­stu jest ku­ta­sem. Mat­ka ro­bi­ła, co mo­gła, aby wy­rów­nać tę „mi­ło­ść”, ale nie wy­szło.

Pa­mi­ętam, jak sta­ra­ła się z ca­łych sił za­pew­nić mi cie­pło, któ­re­go bra­ko­wa­ło ze stro­ny ojca. Była dla mnie osto­ją, kimś, kto za­wsze wie­rzył w moje mo­żli­wo­ści, nie­za­le­żnie od tego, co mó­wił oj­ciec. Jej uśmiech i tro­skli­we sło­wa spły­wa­ły jak bal­sam na zra­nio­ną du­szę. Jed­nak na­wet te wy­si­łki nie były w sta­nie ca­łko­wi­cie zni­we­lo­wać po­czu­cia, że je­stem mniej wart w oczach ojca.

A pó­źniej zda­rzył się wy­pa­dek – cała mi­ło­ść i uwa­ga mamy zo­sta­ły prze­kie­ro­wa­ne na Eli­za­beth.

Lo­uis ma ojca, Beth mamę.

Ja zo­sta­łem sam.

Z po­czu­ciem winy, któ­re zże­ra mnie za ka­żdym ra­zem, gdy pa­trzę na bli­źniacz­kę.

Znów się za­ci­ągam i za­czy­nam wy­pusz­czać kó­łka z dymu.

Sko­ńcz już to ka­to­wa­nie sa­me­go sie­bie, Eli­jah. Nic tego nie zmie­ni. Nie bądź piz­dą. Trak­tuj ojca jak sze­fa. Weź się za ro­bo­tę. W tym je­steś naj­lep­szy.

Pa­trzę na swo­je dło­nie, któ­re drżą lek­ko z gnie­wu i fru­stra­cji. Wiem, że mu­szę wró­cić do pra­cy, do tego, co po­tra­fię ro­bić naj­le­piej. W ko­ńcu to jest moje miej­sce w tym ca­łym ba­ła­ga­nie. On może być kró­lem le­gal­nej stro­ny biz­ne­su, ale to ja trzy­mam w rękach ciem­ne se­kre­ty i brud­ne in­te­re­sy, któ­re są fun­da­men­tem im­pe­rium.

Ga­szę faj­kę i ru­szam do auta. Par­king pod tym szpi­ta­lem to ja­kieś pier­do­lo­ne nie­po­ro­zu­mie­nie. Trze­ba być cyr­kow­cem lub akro­ba­tą, żeby zna­le­źć choć skra­wek wol­ne­go miej­sca, tym bar­dziej moim For­dem Expe­di­tion. Sło­ńce stoi wy­so­ko na nie­bie, a po­wie­trze jest dusz­ne. Lu­dzie krążą w po­szu­ki­wa­niu miejsc do po­sto­ju, a ja czu­ję, jak fru­stra­cja – mimo wy­pa­lo­ne­go pa­pie­ro­sa – na­ra­sta. Wska­ku­ję do auta, od­pa­lam sil­nik i za­czy­nam wy­je­żdżać. Czuj­ni­ki par­ko­wa­nia sza­le­ją w tej my­siej no­rze, wy­jąc za ka­żdym ra­zem jak sza­lo­ne.

Upew­niw­szy się, że jest pu­sto, co­fam i sta­ram się nie przy­je­bać w auto obok. Ka­żdy ruch wy­ma­ga pre­cy­zji, a ja pró­bu­ję za­cho­wać spo­kój, mimo że czu­ję, jak na­pi­ęcie ro­śnie. Wszyst­ko idzie do­brze, aż na­gle sły­szę tępe ude­rze­nie w bla­chę od stro­ny ba­ga­żni­ka.

Kląc pod no­sem, wy­sia­dam z auta, go­tów zmie­rzyć się z ko­lej­ną falą iry­ta­cji. Ale to, co wi­dzę, spra­wia, że ser­ce za­mie­ra mi w pier­si. Na zie­mi leży dziew­czy­na, jej cia­ło wy­gi­na się w dziw­nej, nie­na­tu­ral­nej po­zy­cji. Ja pier­do­lę, prze­cież tam ni­ko­go nie było.

Rozdział 3

Elijah

Przez chwi­lę sto­ję zszo­ko­wa­ny w miej­scu, nie wie­dząc, co ro­bić. Prze­cież nie przy­je­ba­łem w nią aż tak moc­no. Po­tem ad­re­na­li­na przej­mu­je kon­tro­lę i pod­bie­gam, po czym klękam obok. Od­gar­niam wło­sy z jej twa­rzy. Ró­żo­we? Jest bla­da, a na czo­le wi­dzę ślad krwi. Moje my­śli ga­lo­pu­ją, a ja sta­ram się oce­nić jej stan.

– Hej, sły­szysz mnie? – py­tam, de­li­kat­nie po­trząsa­jąc ra­mie­niem ko­bie­ty.

Chy­ba za­czy­na od­zy­ski­wać przy­tom­no­ść, pró­bu­jąc się jed­no­cze­śnie pod­nie­ść, co od razu wy­bi­ja mój wkurw poza ska­lę. Jej pró­ba wsta­nia nie dość, że wy­gląda po­kracz­nie, to na do­da­tek jest nie­bez­piecz­na i cha­otycz­na.

– Czy cie­bie już do resz­ty po­je­ba­ło?! Nie ru­szaj się, mo­głaś coś so­bie zro­bić! Oczu nie masz, że wła­zisz pod auta? Co jest z tobą nie tak? Świ­ęta kro­wa? Nie­śmier­tel­no­ść ci się włączy­ła? – Ła­pię ją za bar­ki i przy­trzy­mu­ję. Mo­men­tal­nie ude­rza we mnie jej za­pach, ja­kiś słod­ki, daw­no prze­ze mnie za­po­mnia­ny.

Wy­ci­ągam te­le­fon jed­ną ręką, żeby za­dzwo­nić do tego cho­ler­ne­go szpi­ta­la, bo nie chcę jej ru­szać, kie­dy chwy­ta mnie za nad­gar­stek.

– Nie dzwoń ni­g­dzie, nic mi nie jest. To moja wina, już so­bie idę – mówi, da­lej pró­bu­jąc wstać.

– No chy­ba cię po­pier­do­li­ło, skar­bie – war­czę. – Wsta­niesz, pój­dziesz i umrzesz za ro­giem? Mowy nie ma! – od­pie­ram sta­now­czo, przy­trzy­mu­jąc ją de­li­kat­nie na zie­mi.

Dzwo­nię po po­moc, tłu­ma­czę sy­tu­ację, po­da­ję mniej wi­ęcej na­sze po­ło­że­nie i ja­kie jest moje zdzi­wie­nie, kie­dy po kil­ku­na­stu mi­nu­tach za­miast sa­mych sa­ni­ta­riu­szy wi­dzę ka­ret­kę. Se­rio? Na te­re­nie szpi­ta­la?

– Pro­szę się od­su­nąć. Zaj­mie­my się pa­nią. Czy po­li­cja zo­sta­ła we­zwa­na?

Za­nim zdążę się ode­zwać, dziew­czy­na mówi:

– Nic się nie sta­ło. To ja nie uwa­ża­łam. Po­kry­ję wszel­kie szko­dy.

I tak pa­pla bez sen­su. Do­sko­na­le wiem, że to moja wina. Nie za­uwa­ży­łem jej. Ale jak nie chce po­li­cji, nie będę się spie­rał. Nie­po­trzeb­ny mi ko­lej­ny sen­sa­cyj­ny na­głó­wek w bru­kow­cu. Pa­trzę, jak ła­du­ją ją do ka­ret­ki i od­je­żdża­ją. Za­sta­na­wiam się, czy mam iść i się do­wie­dzieć, czy wszyst­ko w po­rząd­ku, ale stwier­dzam, że nie ma po co. Wsia­dam do auta i w lu­ster­ku bocz­nym wi­dzę to­reb­kę. Dam­ską. Czy­li jed­nak, kur­wa, mu­szę tam wró­cić.

Par­ku­ję, po­now­nie wy­sia­dam i zbie­ram ten maj­dan. Te­le­fon nie ucier­piał tak bar­dzo, jak mo­żna było się spo­dzie­wać. Ła­du­ję wszyst­ko do, jak się oka­za­ło, ple­ca­ka i idę do tego przy­byt­ku. Czu­ję, jak zło­ść i fru­stra­cja mie­sza­ją się z po­czu­ciem winy, kie­dy zmie­rzam w stro­nę szpi­ta­la, trzy­ma­jąc jej „do­by­tek”.

Co za dzień…

Wcho­dzę do bu­dyn­ku i kie­ru­ję się do re­cep­cji, gdzie wy­ja­śniam, że mam rze­czy po­szko­do­wa­nej. Re­cep­cjo­nist­ka spo­gląda na mnie z mie­szan­ką zro­zu­mie­nia i lek­kie­go znie­cier­pli­wie­nia. Te­le­fon w ple­ca­ku za­czy­na wście­kle dzwo­nić. Kto usta­wia ta­kie dzwon­ki? Po trze­cim ra­zie za­czy­nam szu­kać urządze­nia, nie wie­rząc, że mo­gło się zgu­bić w ple­ca­ku. Kie­dy uda­je mi się je wy­ło­wić, od­bie­ram po­łącze­nie. Nie zdążam na­wet wy­krztu­sić sło­wa.

– Neli, co się sta­ło? Wszyst­ko w po­rząd­ku? – do­py­tu­je męski, za­nie­po­ko­jo­ny głos. – Chy­ba upa­dł ci te­le­fon, nie­zda­ro, i prze­rwa­ło po­łącze­nie.

– Halo?

– Kim je­steś? Gdzie Cor­ne­lia? Dla­cze­go masz jej te­le­fon? Gdzie ona jest? – Sły­szę zde­ner­wo­wa­ny głos.

– Pa­ńska Cor­ne­lia, czy jak­kol­wiek się ona na­zy­wa, we­szła mi pod sa­mo­chód, kie­dy wy­je­żdża­łem z miej­sca par­kin­go­we­go. Zo­sta­ła za­bra­na na ba­da­nia. A ja zo­sta­łem z jej rze­cza­mi…

– We­szła czy jej nie za­uwa­ży­łeś?! – prze­rwa ostro, pe­łnym pre­ten­sji to­nem. – Nie­wa­żne. Czy wszyst­ko z nią w po­rząd­ku?

– Nie wiem, do­pie­ro wcho­dzę do szpi­ta­la, aby od­dać jej rze­czy.

– Już wy­je­żdżam.

Roz­łącza się.

Dziw­ny typ.

Wy­pi­jam kawę. Prze­glądam ma­ile, wy­ko­nu­ję mi­lion te­le­fo­nów, wy­da­ję dys­po­zy­cje, uma­wiam spo­tka­nia. Zno­wu piję kawę. Ohyd­ną. Mam już wy­jść za­pa­lić, kie­dy do­bie­ga do mnie:

– Cor­ne­lia B. Wal­ters. Po­trąco­na przez sa­mo­chód, co z nią, gdzie ją znaj­dę?

Pod­no­szę gło­wę jak su­ry­kat­ka.

– Dzień do­bry, kim pan jest?

– Ke­anu B. Wal­ters.

Czy ona musi tak na­kur­wiać w tę kla­wia­tu­rę?

– Tak, jest pan upo­wa­żnio­ny do in­for­ma­cji. Pro­szę po­cze­kać pod tymi drzwia­mi, le­karz do pana wyj­dzie.

Fa­cet zmie­rza w moim kie­run­ku. Po­ru­sza się z nie­by­wa­łą pre­cy­zją i pew­no­ścią sie­bie, jak­by ko­mór­ki jego cia­ła były za­pro­gra­mo­wa­ne do jak naj­wi­ęk­szej efek­tyw­no­ści. Ka­żdy jego krok jest prze­my­śla­ny i ogra­ni­czo­ny, jak­by wy­ćwi­czo­ny. Ema­nu­je spo­ko­jem i opa­no­wa­niem, co z ko­lei prze­czy pa­ni­ce, któ­ra była w jego gło­sie, gdy wcze­śniej roz­ma­wia­li­śmy przez te­le­fon. Oczy ma sku­pio­ne i pe­łne de­ter­mi­na­cji, a twarz, mimo że przy­kry­ta buj­nym za­ro­stem, wy­ra­ża nie­ska­zi­tel­ny spo­kój, jak­by nic na świe­cie nie mo­gło go za­sko­czyć ani wy­trącić z rów­no­wa­gi. Wy­gląda jak ktoś, kto jest przy­zwy­cza­jo­ny do kon­tro­lo­wa­nia sy­tu­acji i zna swo­je miej­sce w świe­cie. Jak pan­te­ra. Jest w tym coś zna­jo­me­go i za­ra­zem nie­po­ko­jące­go.

Mimo ca­łej tej fa­sa­dy opa­no­wa­nia do­strze­gam w jego oczach cień nie­po­ko­ju. Nie­zwy­kle sub­tel­ny, nie­mal nie­zau­wa­żal­ny, ale dla ko­goś, kto spędził tyle cza­su na ana­li­zo­wa­niu lu­dzi, wi­docz­ny.

Kie­dy się zbli­ża, wsta­ję.

– To ja ode­bra­łem te­le­fon tej pani.

– Była przy­tom­na?

– Tak. Chcia­ła na­wet wstać i iść, mó­wi­ąc, że nic jej nie jest, ale moim zda­niem to był szok.

W jego oczach wi­dzę de­ter­mi­na­cję i coś jesz­cze – zde­ner­wo­wa­nie. Kie­dy uwa­żniej się przy­glądam, pod ma­ską spo­ko­ju i opa­no­wa­nia roz­po­zna­ję emo­cje, któ­re tyl­ko cze­ka­ją, żeby się uwol­nić. Ewi­dent­nie ta ko­bie­ta zna­czy dla nie­go tak wie­le, że jej bez­pie­cze­ństwo i zdro­wie sta­no­wią prio­ry­tet.

– Jak to się sta­ło? – do­cie­ka.

– Co­fa­łem i nie za­uwa­ży­łem, że idzie za moim au­tem… Mu­sia­ła we­jść w mar­twe pole.

– Roz­ma­wia­ła aku­rat ze mną, kie­dy to się sta­ło. Prze­pra­szam, nie przed­sta­wi­łem się. Ke­anu B. Wal­ters. – Wy­ci­ąga do mnie dłoń.

Ob­rącz­ka. Czy­li mąż świ­ętej kro­wy.

– Eli­jah Wil­liam­son. – Po­da­ję mu rękę.

Pro­stu­je się i sta­je jesz­cze bar­dziej czuj­ny. Wie.

– We­zwa­łeś po­li­cję?

– Nie, ona nie chcia­ła.

Co oni mają z tą po­li­cją?

– Do­brze. – Wy­da­je się, że ode­tchnął z ulgą. – Dzi­ęku­ję, że się nią za­jąłeś. Wie­le to dla mnie zna­czy. Zo­sta­wię ci swój nu­mer te­le­fo­nu, po­kry­ję kosz­ty szkód, je­że­li ja­kieś są.

– Nie ma żad­nych szkód – za­prze­czam. – Za­po­mnij­my o tym, ja by­łem roz­ko­ja­rzo­ny, ona, jak mó­wi­łeś, za­ga­da­na.

Wyj­mu­ję port­fel i po­da­ję mu moją wi­zy­tów­kę. Bie­rze ją ze zdzi­wie­niem.

– Za­dzwoń lub na­pisz, co z nią. Wy­ślij ra­chu­nek ze szpi­ta­la. Za­pła­cę. Nie mogę dłu­żej cze­kać. Tu są jej rze­czy. Wy­da­je mi się, że wszyst­ko po­zbie­ra­łem. – Wci­skam mu ten cały maj­dan i po­spiesz­nie się że­gnam. – Do wi­dze­nia.

Kiwa gło­wą, a ja od­cho­dzę.

Na­resz­cie.

Nie­na­wi­dzę tego miej­sca.

Wy­ci­ągam ostat­nią faj­kę i zno­wu palę, idąc do auta. W tym cha­osie, któ­ry te­raz pa­nu­je w mo­jej gło­wie, pa­pie­ros wy­da­je się je­dy­nym, co może mnie uspo­ko­ić. Z ka­żdym ma­chem ner­wy stop­nio­wo opa­da­ją, a ni­ko­ty­na wy­pe­łnia moje płu­ca, przy­no­sząc chwi­lo­wą ulgę.

– Bra­cie, co ty tu jesz­cze ro­bisz? – Lo­uis prze­ry­wa moje my­śli.

– Idę, kur­wa, nie wi­dzisz? – od­po­wia­dam, nie kry­jąc iry­ta­cji.

– Bądź po­wa­żny. – Jego ton jest sta­now­czy, jak­by chciał mnie zmu­sić do re­flek­sji.

– Po­wa­żnie to prze­je­cha­łem la­skę na par­kin­gu – od­pie­ram z gorz­kim śmie­chem i za­ci­ągam się dy­mem.

– Że co, kur­wa, zro­bi­łeś? – W jego gło­sie sły­chać za­sko­cze­nie i nie­do­wie­rza­nie.

– Po­trąci­łem la­skę, jak wy­je­żdża­łem z miej­sca par­kin­go­we­go. Le­piej? – mó­wię, czu­jąc, jak wście­kło­ść po­wra­ca.

– Żyje? – pyta z nutą tro­ski.

– Żyje. Ba­da­ją ją. Nic wi­ęcej nie wiem. Jej mąż może mnie po­in­for­mu­je, co z nią. – Wy­rzu­cam nie­do­pa­łek i mia­żdżę go bu­tem.

– Aż dziw, że ty ży­jesz – rzu­ca, pa­trząc na mnie z mie­sza­ni­ną po­wa­gi i nie­po­ko­ju.

– Cze­mu? – Nie do ko­ńca ro­zu­miem jego sło­wa.

– Jak­by ktoś po­trącił moją żonę, to sam bym go zu­ty­li­zo­wał – do­da­je z gro­źbą w gło­sie, a ja wiem, że mówi to ca­łkiem po­wa­żnie.

– Se­rio? Prze­cież ty jej na­wet nie ko­chasz – od­po­wia­dam z nie­do­wie­rza­niem.

Mam świa­do­mo­ść, jak wy­gląda ich ma­łże­ństwo. Sta­no­wi ra­czej trans­ak­cję niż zwi­ązek opar­ty na mi­ło­ści. Ina­czej. Dla nie­go to trans­ak­cja. Ona za­in­we­sto­wa­ła też uczu­cia.

– Ale jest moją żoną. Sza­nu­ję ją i dbam o nią. Do­bra, spa­dam. Do ju­tra – rzu­ca, od­wra­ca­jąc się na pi­ęcie, i od­cho­dzi.

Pa­trzę, jak jego syl­wet­ka po­wo­li zni­ka w od­da­li. Ni­g­dy tego nie zro­zu­miem. Nie po­tra­fi­łbym żyć z kimś z przy­mu­su lub żeby za­do­wo­lić ojca. Mó­wi­łem, ad­op­to­wa­ny. Te sło­wa za­wsze brzmią jak wy­mów­ka, jak­by mia­ły uspra­wie­dli­wić moje po­czu­cie wy­ob­co­wa­nia. Ale praw­da jest taka, że za­wsze czu­łem się inny, jak­bym nie pa­so­wał do tego świa­ta, któ­ry oni wszy­scy z ta­kim za­an­ga­żo­wa­niem bu­du­ją.

Wsia­dam do auta, czu­jąc, jak wzbie­ra we mnie mie­szan­ka fru­stra­cji i ulgi. Sil­nik ry­czy, a ja włączam gło­śną mu­zy­kę, pró­bu­jąc za­głu­szyć my­śli. Jadę przez mia­sto, mi­ja­jąc lu­dzi, któ­rzy nie mają po­jęcia, ja­kie de­mo­ny no­szę w so­bie. Moje ży­cie jest skom­pli­ko­wa­ne, pe­łne sprzecz­no­ści i kon­flik­tów, ale to wła­śnie one de­fi­niu­ją, kim się sta­łem.

Do­cie­ram do na­sze­go biu­ra, miej­sca, któ­re jest dla mnie jed­no­cze­śnie schro­nie­niem i po­lem bi­twy. Wcho­dzę do środ­ka, a at­mos­fe­ra pra­cy wci­ąga mnie w wir obo­wi­ąz­ków. Lu­dzie kręcą się wo­kół, ka­żdy za­jęty swo­im za­da­niem, a ja wiem, że tu je­stem w swo­im ży­wio­le.

Pra­cu­ję nie­prze­rwa­nie, do­pó­ki do mo­je­go ga­bi­ne­tu nie wbi­ja się Zack, je­dy­na oso­ba, któ­ra może tu we­jść bez pu­ka­nia i nie stra­ci przez to ży­cia.

– Cze­ść pra­cy! – W prze­ci­wie­ństwie do mnie jest wiecz­nie wy­lu­zo­wa­ny i za­do­wo­lo­ny.

Zack pada na ka­na­pę usta­wio­ną wzdłuż ścia­ny i z nie­skry­wa­ną ulgą za­rzu­ca ci­ężkie woj­sko­we buty na ni­ski sto­lik ka­wo­wy. Moje oczy za­trzy­mu­ją się na tym sym­bo­licz­nym ele­men­cie świad­czącym o jego mi­li­tar­nej prze­szło­ści, je­dy­nym, któ­re­go nie po­zbył się po ode­jściu z ar­mii.

Znam Za­cka, od kie­dy pa­mi­ętam, je­ste­śmy nie­roz­łącz­ni od dziec­ka. Jed­nak mężczy­zna, któ­ry wró­cił z ostat­niej mi­sji, wy­da­je się kimś zu­pe­łnie in­nym. Ni­g­dy nie po­dzie­lił się ze mną szcze­gó­ła­mi swo­ich do­świad­czeń, za­miast tego za­tra­cił się w ci­ągłym im­pre­zo­wa­niu i dup­cze­niu wszyst­kie­go, co się na­wi­nęło. Nie­ustan­ne po­szu­ki­wa­nie no­wych do­znań sta­ło się dla nie­go spo­so­bem na za­po­mnie­nie lub chwi­lo­we uko­je­nie.

Mimo swo­je­go he­do­ni­stycz­ne­go try­bu ży­cia Zack jest nie­za­wod­ny w pra­cy, któ­rą wy­ko­nu­je. Jako szef ochro­ny wy­ko­rzy­stu­je swój na­tu­ral­ny ta­lent do za­rządza­nia ze­spo­łem i za­wsze z na­wi­ąz­ką wy­wi­ązu­je się z po­wie­rzo­nych za­dań. Jego zdol­no­ść do utrzy­my­wa­nia po­rząd­ku i za­pew­nie­nia bez­pie­cze­ństwa za­dzi­wia, gdy we­źmie się pod uwa­gę jego cha­otycz­ne ży­cie pry­wat­ne. Kon­trast po­mi­ędzy jego pro­fe­sjo­na­li­zmem a oso­bi­sty­mi de­mo­na­mi jest dla mnie, jako jego dłu­go­let­nie­go przy­ja­cie­la, za­rów­no źró­dłem po­dzi­wu, jak i głębo­kie­go za­nie­po­ko­je­nia.

– Nie masz ja­kie­goś gar­ni­tu­ru? Chy­ba pła­cę ca­łkiem nie­źle. – Nie mogę się opa­no­wać, żeby nie do­je­bać się do tre­pów, bo­jó­wek i, kur­wa, ele­ganc­kiej ko­szu­li. Tak! Ko­szu­la do bo­jó­wek.

– Je­stem two­im sze­fem ochro­ny, a nie dy­rek­to­rem chuj wie cze­go. Jak wy­obra­żasz so­bie szko­le­nie lu­dzi w oxfor­dach? – Pa­trzy na mnie jak na kre­ty­na. – Co cię w dupę ugry­zło? Oj­ciec zno­wu wy­wi­nął się spod kosy?

Ni­g­dy nie daję upu­stu swo­im my­ślom i nie wy­po­wia­dam ich na głos. W prze­ci­wie­ństwie do mnie Zack nie ma pro­ble­mów z wy­ra­ża­niem tego, co czu­je i my­śli. Ta bez­po­śred­nio­ść sta­no­wi jed­ną z cech, któ­re nie­zmier­nie w nim ce­nię. W śro­do­wi­skach, w któ­rych się ob­ra­ca­my, gdzie ka­żdy ruch i ka­żde sło­wo mogą być wy­ko­rzy­sta­ne prze­ciw­ko to­bie, praw­dzi­wa przy­ja­źń jest rzad­ko­ścią, pra­wie jak Świ­ęty Gra­al.

– Żyje. I z pew­no­ścią wy­ko­ńczy i prze­ży­je nas wszyst­kich – mó­wię, bio­rąc pacz­kę pa­pie­ro­sów i kie­ru­jąc się w stro­nę okna.

Wi­dok z mo­je­go ga­bi­ne­tu nie może się rów­nać z pa­no­ra­mą z biu­ra Lo­uisa, ale i tak wolę spo­glądać na zie­lo­ne krza­ki niż na be­to­no­wą dżun­glę mia­sta. Sły­szę, jak ci­ężkie cia­ło mo­je­go przy­ja­cie­la uno­si się z ka­na­py i Zack do­łącza do mnie. W mil­cze­niu ce­le­bru­je­my na­łóg, ka­żdy z pa­pie­ro­sem w dło­ni.

– Pod szpi­ta­lem, na par­kin­gu po­trąci­łem dzi­siaj ja­kąś babę – rzu­cam bom­bę, cze­ka­jąc na jego re­ak­cję.

– Żyje? – pyta zu­pe­łnie nie­wzru­szo­ny.

Jego obo­jęt­no­ść mnie za­ska­ku­je.

– Taaa – od­po­wia­dam. Głębiej za­ci­ągam się dy­mem. – Cze­kam na ja­kieś in­for­ma­cje, ale ra­czej nic jej nie jest.

– Nie po­trze­bu­je­my te­raz tru­pa, do­pie­ro co two­ja twarz po­ja­wi­ła się w ka­żdej ga­ze­cie – mówi z ura­zą, przy­po­mi­na­jąc mi to, co oj­ciec zdążył mi już wy­ło­żyć z aka­de­mic­ką pre­cy­zją.

– Ale ty się te­raz wku­rzasz o to, że prze­oczy­łeś tę im­pre­zę, czy o to, że nie uchro­ni­łeś mo­jej dupy przed kom­pro­mi­ta­cją? – py­tam z uśmie­chem, a wi­dząc jego wy­raz twa­rzy, je­stem pe­wien, że mor­du­je mnie w my­ślach na ty­si­ąc spo­so­bów.

Praw­da jest taka, że tro­chę mnie po­nio­sło, a gdy­bym za­brał go ze sobą, ten cały cyrk by się nie wy­da­rzył. Na­ucz­ka na przy­szło­ść – ba­wić się tyl­ko w na­szych klu­bach i ci­ągać ze sobą przy­zwo­it­kę.

Co­py­ri­ght© Cara D. Wy­ler

Co­py­ri­ght© by Wy­daw­nic­two Re­bel­de

All ri­ght re­se­rved

WSZEL­KIE PRA­WA ZA­STRZE­ŻO­NE

LESZ­NO 2026

Re­dak­cja i ko­rek­ta języ­ko­wa:

Ju­sty­na Szym­kie­wicz @daj.mi.slo­wo

Ko­rek­ta po skła­dzie:

Jo­lan­ta Sza­lak, Ka­mi­la Po­la­ńska, Ewa Wo­źniak

Opra­co­wa­nie okład­ki i opra­wa gra­ficz­na:

Ju­sty­na Kna­pik @her­me­tycz­nie­_za­mknie­te

Gra­fi­ka na okład­ce:

Ka­mil Ko­rze­niow­ski @ko­rze­niow­ski.art

Skład i przy­go­to­wa­nie ebo­oków:

Mi­chał Bog­da­ński

Wy­da­nie I

ISBN: 978-83-68587-25-8

Spis treści

Prolog

Rozdział 1

Rozdział 2

Rozdział 3

Punkty orientacyjne

Co­ver