Uzyskaj dostęp do tej i ponad 250000 książek od 14,99 zł miesięcznie
358 osób interesuje się tą książką
William Wood, zaraz po swoim ojcu, jest najbardziej cenionym maklerem giełdowym w Anglii, a być może i w całej Europie. To mężczyzna bogaty, bezkompromisowy, zawsze dostaje to, czego chce. A teraz pragnie jej – zwykłej dziewczyny, która przyleciała do pracy z Polski.
Amelia stroni od wchodzenia w jakiekolwiek związki. A już na pewno nie z zabójczo przystojnym członkiem londyńskiej elity. Nie przeraża jej majętność Willa, wręcz z niej kpi. Uważa jednak, że ktoś rzucił na nią klątwę, i nie chce obciążać nią jedynego dziedzica fortuny Woodów.
Uderzenie kremowym ciastem w twarz, wspólny upadek ze schodów czy ugaszenie pożaru na jej głowie sprawiają, że wpadki Amelii działają na Willa jak magnes.
Czy londyński arystokrata i pechowa polska kelnerka mogą być razem pomimo wyraźnych protestów matki i żyć bezpiecznie? A może to właśnie Will okaże się antidotum na niefortunne potknięcia Amelii?
Czas poznać losy kolejnego księcia z londyńskiego establishmentu.
UWAGA:
Bezczelny Anglik to druga powieść z cyklu Bogaci Brytyjczycy. Każda część to odrębna, zamknięta historia i można je czytać samodzielnie.
W skład cyklu Bogaci Brytyjczycy wchodzą:
Arogancki Anglik
Bezczelny Anglik
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 343
Rok wydania: 2026
Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
WAŻNA INFORMACJA OD WYDAWCY I AUTORKI DLA CZYTELNIKÓW
Bezczelny Anglik to druga powieść z cyklu Bogaci Brytyjczycy.Każda część to odrębna, zamknięta historia i można je czytać samodzielnie.
Wszystkim, którzy pokochali AlexaTo dzięki Wam drugi Anglik właśnie ujrzał światło dzienne
Rozdział 1
Amelia
– Musisz nam pomóc, Mel – powiedziała moja przyjaciółka Ashley, gdy tylko odebrałam telefon.
– Jesteś pewna? Ostatnim razem, kiedy podałam burmistrzowi sałatkę z orzechami, na które był uczulony, twoja mama powiedziała, że nie chce mnie więcej widzieć – odparłam.
Rodzice Ashley prowadzili dosyć ekskluzywną firmę cateringową i z reguły obstawiali imprezy największych londyńskich szych, elit czy innej socjety. Zarówno nowobogackich, jak i tych old money.
– Nie, tak mówiła na jakiejś imprezie za miastem. Z burmistrzem pojechała ci tylko po premii. – Zamyśliła się na chwilę. – Tak powiedziała ci chyba wówczas, gdy nadepnęłaś na suknię tej piosenkarki, Cynthii.
– Nie, wtedy ta piosenkarka stanęła w mojej obronie, mówiąc, że podarła ją już wcześniej na schodach. Może to było, kiedy popchnęłam tę drugą młodą piosenkareczkę?
– To ta nowobogacka gówniara wpadła na ciebie. I zrobiła aferę. Nikt jej nie lubi w towarzystwie. Tak zachłysnęła się sławą i bogactwem, że jeszcze trochę i się tym udusi.
– Ale to ja dostałam opierdol, że powinnam bardziej uważać. I pewnie słusznie. Znasz mnie przecież. Wszystko, co pechowe, to ja.
– Wiem! – krzyknęła, jakby ją oświeciło. – To było, kiedy pomyliłaś wydawkę i o mały włos dzieciaki nie dostały ciasta z alkoholem.
– Niee. Wtedy skończyło się na reprymendzie. To było chyba wówczas, gdy otwierałam czerwone wino i oblałam białą koszulę jakiegoś biznesmena. Niby to on wlazł na zaplecze, ale i tak to mnie się oberwało.
– Albo szampana i oblałaś siebie, a gość dostał korkiem w czoło.
– W czoło to dostał jakiś minister na sylwestrze. W tamtym przypadku gdy sama siebie oblałam, to ktoś zarobił korkiem w brzuch i to było późną wiosną. To pamiętam, bo jego syn strasznie się wkurzył. Myślał, że ojciec dostał zawału. Chłopak miał charakterystyczne jasne włosy, w moim kraju mówimy na to świński blond. Kojarzysz? Śmiałyśmy się, że wygląda jak Ken od Barbie.
– Tak! Alexander Harris – przypomniała sobie, albo bardziej mi. – Miałaś szczęście, bo to najlepsi adwokaci w kraju. – Zaśmiała się. – Alex w zasadzie już w głowie przygotowywał pozew, ale kiedy tobie wymsknęło się „ kurwa” i „przepraszam” w ojczystym języku, obaj zmiękli, mówiąc, że mają słabość do Polek. – Zatrzymała swój słowotok, żeby wziąć oddech. – Nieważne. Chodzi o to, że trzy kelnerki nam wypadły, a w sobotę mamy bankiet. Musisz nam pomóc.
– I serio nie macie nikogo, skoro twoja mama pozwoliła, żebyś znowu ściągnęła mnie?
– Serio. Laski się czymś zatruły.
O cholera. Przedwczoraj robiłyśmy imprezę i zrobiłam sałatkę. Byłyśmy w pięć i tylko ja i Ashley nie zdążyłyśmy jej spróbować. Czy powinnam jej o tym przypomnieć?
– Mamy nóż na gardle – kontynuowała. – Poza tym dałam jej słowo, że cię dopilnuję i tym razem nic nie odwalisz. – Zaśmiała się.
– Wiesz, że bardzo ryzykujesz?
– Oj tam. Nie będzie tak źle. Powiedz, że masz wolne w sobotę?
– Mam – potwierdziłam. – Gdzie i o której mam być?
– Dzięki. Zaraz wszystko ci wyślę. Podjadę po ciebie o jedenastej i pojedziemy razem, jak za dawnych lat.
– To twoje „za dawnych lat” było nie dawniej niż kilka tygodni temu. – Też się roześmiałam.
– Wiem, ale to fajnie brzmi. Na razie.
– Pa.
Ashley poznałam przypadkiem. Na dwudzieste pierwsze urodziny postanowiłam zrobić sobie prezent i polecieć do kuzynki do Anglii na tydzień.
Nie wiem, jakim cudem pomyliłam dziewiątkę z szóstką i kupiłam bilet na lot trzy dni wcześniej. Okazało się, że kuzynka jest na domówce prawie sto kilometrów – czy jak to oni mówią: około sześćdziesięciu mil – od Londynu. Na szczęście sąsiadka miała zapasowe klucze do jej mieszkania i mogłam je wziąć.
Niestety, byłam z tych urodzonych pod niekorzystną gwiazdą. Kobieta mieszkająca obok mojej kuzynki wracała z pracy dopiero przed północą. Podjechałam wtedy taksówką na osiedle Moniki i postanowiłam poczekać w parku. Jak już wspominałam, czasami wydawało mi się, że cały pech tego świata kumuluje się centralnie we mnie, bo nagle słoneczko na niebie poszło w pizdu i ni stąd, ni zowąd zaczął lać deszcz.
Niedługo potem dosiadła się do mnie równie przemoknięta, co ja, dziewczyna.
– Cześć – przywitała się. – Miło widzieć, że nie tylko ja mam zły dzień. Jestem Ashley. – Wyciągnęła do mnie rękę.
– Amelia. – Uścisnęłam jej dłoń.
Ona przyglądała mi się dłuższą chwilę.
– Co jest? – zapytałam.
Domyśliłam się, że na mojej twarzy może być widoczne zmęczenie, a deszcz pewnie rozmył mi makijaż, ale żeby od razu patrzeć na mnie jak na coś dziwnego?
– Masz zajebiste oczy. Takie wielkie. Jak jakaś postać z bajki. Są świetne.
– Yyy… dzięki. Chyba – odparłam lekko zmieszana.
– Też ktoś cię rzucił? A może ktoś ci umarł?
– Co? Nie.
– To czemu tak tu siedzisz? Samotnie. Na deszczu.
– Pomyliłam dni i przyleciałam za szybko. Kuzynka wraca dopiero jutro, a jej sąsiadka, która ma dać mi klucze, kończy pracę przed północą.
– Poczekaj. Jak to pomyliłaś dni? – Spojrzała na mnie dziwnie.
Może mnie nie zrozumiała? Nieczęsto mówiłam po angielsku, choć wydawało mi się, że jest on na poziomie komunikatywnym. Nie miałam głowy do przedmiotów ścisłych, ale jakoś nauka angielskiego wchodziła mi gładko. Jakbym już w szkole czuła, że przyda mi się na dłużej.
– Umówiłam się z kuzynką, że przylecę dziewiątego, a bilet na lot kupiłam na szóstego.
– Nie zgadałyście się wcześniej.
– Gadałyśmy – potwierdziłam. – Cały czas o dziewiątym maja. Trzy dni temu dostałam esemes z przypomnieniem o locie, więc spakowałam się i wsiadłam na pokład. Po wylądowaniu zadzwoniłam do Moniki, bo nigdzie jej nie widziałam, a ona odebrała superzdziwiona i powiedziała, że dziś jest szósty.
– O kurde. Nieźle.
– Nie dla mnie. W moim przypadku to normalne. Co chwilę przytrafia mi się coś podobnego. Właśnie usiadłam, żeby poszukać najbliższego baru i tam poczekać. Nie zdążyłam wyjąć komórki, a już byłam przemoknięta. A przecież przed chwilą świeciło słońce – pisnęłam poirytowana.
– Obie jesteśmy mokre. Możemy iść razem, będzie raźniej. Potrzebuję się napić. Też mam zły dzień.
Nic nie mówiąc, schyliłam się do swojej walizki i wygrzebałam półlitrową, szklaną butelkę. Odkręciłam, zrywając banderolę.
– Czyń honory – powiedziałam i podałam Ashley flaszkę.
Przyjęła i upiła łyk.
– Rany! Co to?!
– Polska cytrynówka – odpowiedziałam, przyjmując butelkę. Również się napiłam.
– Mogę jeszcze?
– Jasne. – Ponownie jej podałam. – Na zdrowie.
Dziewczyna wypiła kilka łyków.
– Zostaniesz moją najlepszą przyjaciółką?
– Jestem w pakiecie z pechem. To nierozsądne przyjaźnić się ze mną z własnej, nieprzymuszonej woli – prychnęłam.
– Masz tego więcej? – Wskazała na butelkę.
– Mam.
– Zapijemy twojego pecha, moje rozstanie z facetem, a potem się zaprzyjaźnimy.
Faktycznie zapiłyśmy jej rozstanie i tak zaczęła się nasza przyjaźń. Na zagłuszenie mojego pecha cytrynówka okazała się jednak za słaba. Lokalne alkohole również, mimo że wypiłyśmy ich sporo.
Ja przyjechałam na tydzień na wakacje, a ona załatwiła mi pracę kelnerki w firmie rodziców. Zostałam na miesiąc, potem pojechałam na tydzień do domu, a następnie wróciłam do Londynu już na stałe.
Praca u rodziców Ashley przy obsłudze bankietów to było dorywcze zajęcie, ale moja nowa koleżanka ogarnęła mi też robotę w barze. Nie wiedziałam, dlaczego Timm nadal mnie w nim trzyma. Podejrzewałam, że musi mieć słabość do Ashley, bo tylu kufli i kieliszków, co ja stłukłam, nie zbili chyba wszyscy pozostali pracownicy razem wzięci od początku istnienia pubu. Podobnie było w przypadku liczby pomylonych drinków czy chociażby samych ich składników. Albo urwanie zaworu przy nalewaku. Nieważne. Ważne, że mnie trzymał.
Rodzicom mojej angielskiej koleżanki też po pewnym czasie przechodziła na mnie złość. Jakby oswoili się z moimi wpadkami i – jak już przetrawili ostatnią wtopę – dawali mi kolejną szansę na zarobienie trochę funtów.
I tak już ponad pięć lat.
Na początku mieszkałam z Moniką, ale potem wynajęłam pokój w mieszkaniu ze studentami. Ashley mnie kochała, lecz pod jednym dachem wytrzymała ze mną niecały miesiąc. Mimo wypitych hektolitrów cytrynówki, które kupowałam w polskim sklepie za potrójną wartość, mój pech nie minął, jak na początku wyrokowała moja koleżanka.
Dlaczego nie mogłam mieszkać u niej? Nie pamiętałam, czy zdenerwowałam ją tym, że niechcący zalałam mieszkanie, bo napuszczając wody do wanny, całkiem o niej zapomniałam i zaczęłam sprzątać w słuchawkach z muzyką, a woda zalała pół mieszkania, czy może czara goryczy przelała się wtedy, gdy na domówce, którą zorganizowałyśmy, balon wypadł mi z rąk i wpadł na kanapki z ketchupem, a potem obijał się o świeżo pomalowane ściany. Nie miałam pojęcia, kiedy miarka się przebrała, ale musiałam się od niej wyprowadzić.
Mimo to, a może właśnie dzięki temu, nasza przyjaźń przetrwała. W mieszkaniu studenckim też nie wytrzymałam długo. Na szczęście od trzech lat wynajmowałam mieszkanie z Maggie, która pracowała ze mną w pubie u Timma i której nie przeszkadzał mój pech.
Rozdział 2
Amelia
– Co się tak spinasz? – Ashley uszczypnęła mnie w pośladek. – Jesteśmy na półmetku i nie było żadnej wpadki. To dobry znak – dodała, kiedy bankiet rozkręcił się już na dobre.
– Twój limit pecha się wyczerpał – rzekła Kelly, inna kelnerka.
– Albo zło czai się za rogiem i pierdolnie znienacka – powiedziałam to, co siedziało mi z tyłu głowy.
– Z takim nastawieniem sama zaraz ściągniesz na siebie jakieś nieszczęście – rzucił Brad, znajomy barman. – A teraz dzieciaki, koniec przerwy, idziemy sprawdzać, czego brakuje, i dokładamy ciasta.
Odepchnął się od szafki, o którą się opierał, i ruszył w stronę baru, zapewne zmienić Patricka, drugiego barmana.
Nagle na zaplecze wbiegła czerwona na twarzy mama Ashley. Dla przypomnienia – szefowa.
– Kto postawił ciasto z kremem pod oknem?!
– J-ja – wybąkałam. – Ale pani tak kazała – dodałam, spuszczając wzrok.
– Być może tak było wcześniej. Teraz słońce świeci w szybę. Krem się topi, ciasto się rozwala.
– Dobrze, zaraz je przestawię.
– Najpierw je przynieś. Musimy je na trochę wrzucić do lodówki.
Wbiegłam na salę i chwyciłam paterę z okrągłym ciastem. Położyłam ją sobie na dłoni i z uśmiechem na twarzy szłam w kierunku kuchni.
Musiało to wyglądać jak zwykłe niesienie ciasta, a nie działanie w sytuacji alarmowej. Nie mogłam biec w popłochu. A tak w ogóle to chyba tylko ja mogłam mieć takiego pecha, żeby słońce we wrześniu w Anglii napierdzielało jak w Polsce w lipcu.
– Idź powoli. Dasz radę. Już blisko – mamrotałam pod nosem, dodając sobie otuchy i krocząc z tym ciastem jak hostessa reklamująca najlepszą cukiernię w mieście. Chociaż znając te bogate przyjęcia, na pewno właśnie z takiej to ciasto było. – Dobrze ci idzie. Uda ci się – szeptałam do siebie, starając się oddychać miarowo.
Kiedy skręciłam za róg, pozwoliłam sobie na głębszy oddech. Zostało minąć pusty korytarz z toaletami po bokach. Kuchnię było już widać naprzeciwko. Ostatnia prosta.
– Przepraszam… – Usłyszałam niespodziewanie za plecami.
Tak niespodziewanie, że aż podskoczyłam. Podskoczyłam i zrobiłam półobrót. Instynktownie zamachnęłam się, a patera z ciastem wyślizgnęła mi się z dłoni.
Pół biedy, jeśli spadłaby na ziemię. Ale odruchowo wzięłam solidny zamach. No i to stało się mnie, pechowej Amelii, więc oczywiście, że ciasto nie wylądowało na podłodze, lecz na lewej stronie twarzy mężczyzny. I nie tylko twarzy, bo krem spływał też po jego szyi, ramieniu, zakrywał ucho, a nawet przykleił się do włosów.
– Kurwa mać – zaklęłam po polsku. – Yyy, to znaczy przepraszam – zreflektowałam się szybko i przestawiłam na angielski.
Ja pierdolę, w życiu się nie wypłacę za tę koszulę. Do tego po czymś takim mama Ashley już nigdy nie zatrudni mnie po raz kolejny.
– Ja bardzo pana przepraszam – mówiłam do osłupiałego mężczyzny.
– Co jest Will-Wood?
Z łazienki wyszedł przystojny blondyn. Alexander Harris, z tego, co pamiętałam z rozmowy z Ashley.
Zaraz. Jeśli on powiedział „Will-Wood”, to znaczy, że rzuciłam ciastem w Williama Wooda, superbogatego maklera giełdowego. Syna mężczyzny, który to właśnie dzisiaj wyprawiał bal z okazji swoich urodzin.
O. Jasna. Cholera.
– T-to moja wina – dukałam, przełykając łzy wstydu, żalu i niemocy.
– W końcu – prychnął adwokat. – Już dawno mu się należało. – Zaśmiał się i klepnął kumpla w bark. W ten czysty oczywiście.
William Wood dalej stał jak sparaliżowany i tylko mrugał sporadycznie, jakby upewniając się, czy na pewno zaraz obudzi się z tego klejącego koszmaru.
– Bardzo przepraszam, zaraz przyniosę ręczniki papierowe.
– O kurwa! – Ashley znalazła się przy mnie i też stanęła jak wryta. – Teraz to matka nie tylko cię wyrzuci, ale również zabije.
– Spokojnie, zwalimy to na Willa. – Blondyn się zaśmiał. – On zawsze pcha się tam, gdzie nie trzeba.
– Pan nie rozumie, to nie przejdzie, to się nie uda.
Nagle podeszła do nas młoda kobieta i stanęła obok prawnika. Złapała go pod ramię i rozejrzała się po sali.
– Uda się. Wchodzimy tu.
Pociągnęła swojego faceta i jego uwalonego śmietaną kumpla do drzwi najbliższej łazienki. Tej dla personelu.
– Proszę szybko pozbyć się dowodu zbrodni – powiedziała brązowowłosa do Ashley, jedną ręką wskazując resztki ciasta na podłodze w korytarzu, a drugą wpychając swojego faceta do kibla.
– Mama będzie jej szukać – powiedziała Ashley.
– To ją kryj. Mów, że sprząta łazienkę, wymienia papier, dolewa mydła. A potem wyszła na przerwę. Wymyśl coś. Powiedz, że poprosiłam o pomoc w poprawieniu sukienki i rajstop. Oni chyba tak robią, nie?
Teraz wepchnęła Williama do pomieszczenia. Weszłam za nimi.
– Nie rozumiem – przyznałam niepewnie. – Jacy oni?
– Bogate dupki – zachichotała.
Faktycznie, jej akcent w ogóle nie przypominał tego arystokratycznego, z prywatnej, prestiżowej szkoły średniej, który często słyszałam na podobnych uroczystościach.
– Daj mi to. – Wyrwała mi z rąk papier, który właśnie wysunęłam sobie z podajnika.
– Proszę mi to dać, nie powinna pani. Ja nie mogę.
– Och, cicho bądź. – Zaczęła zbierać ciasto z koszuli kolegi. – Alex, ogarnij mu jakąś koszulę, na pewno masz coś w samochodzie ojca.
– Will jest szerszy w barkach. Nie wejdzie w moje ciuchy – przyznał.
Odruchowo omiotłam spojrzeniem sylwetkę szatyna. Rzeczywiście, fajnie był umięśniony.
– Też mam zapasową koszulę w limuzynie – odezwał się Will.
– Co tak stoisz? – wtrąciła kobieta. – Rozbieraj się, Wood, a ty, Harris, leć do auta.
William zaczął odpinać spinki przy mankietach, a potem guziki na przodzie. Chwilowo przytkało mnie na tę bardzo zmysłową czynność. Musiałam przełknąć ślinę i odchrząknąć, żeby zmusić się do odwrócenia głowy. A te idealne, nieprzerośnięte, opalone mięśnie przyciągały wzrok jak świeża kiełbasa bezdomnego psa.
– Proszę mi to oddać, bo jeszcze ubrudzi pani tę śliczną sukienkę – zwróciłam się do dziewczyny, zabierając z jej rąk papier.
– No i co? Proszę cię, ja nie jestem taka jak oni, mnie nikt nie podstawiał złotego nocnika pod tyłek – powiedziała i wyrzuciła brudny papier do kosza.
Zrobiłam to samo.
– Że też znowu musiało przytrafić się to mnie – mamrotałam pod nosem w ojczystym języku. Może było to niekulturalne przy ludziach, którzy go nie rozumieli, ale musiałam sobie ulżyć. – I jeszcze z takim ciachem. Jakbym nie mogła trafić w jakiegoś starego grzyba. Cholera jasna. Nie to, żeby miał zwrócić na mnie uwagę jak na kobietę, ale jak na niezdarę też nie musi. Jeszcze niech doniesie na mnie szefowej albo wystawi jej słabą ocenę w Internecie przeze mnie. Będę skończona.
– Spokojnie. Dopilnuję, żeby nic takiego się nie stało – odpowiedziała mi płynną polszczyzną dziewczyna. – Poza tym jesteś ładna, nie umniejszaj sobie.
O cholera. Nie skojarzyłam, że stwierdzenie, iż Harris ma słabość do Polek, oznacza, że sam związał się z jedną z nich. Ja wiedziałam, że w Anglii jest więcej obcokrajowców niż samych Anglików, ale na takich uroczystościach to emigranci raczej pracują, a nie się bawią. Powinnam była częściej przeglądać angielską prasę, bo widać Ashley też nie mówiła mi wszystkiego o gościach, których obsługujemy.
– Przepraszam – odezwałam się do niej w naszym języku, bo wstyd mi było przed Willem. – Nie czytam angielskich portali plotkarskich, nie wiedziałam, że pan mecenas związał się z Polką.
– To masz u mnie kolejnego plusa. Laura jestem. – Wyciągnęła do mnie dłoń.
– Amelia. – Odwzajemniłam uścisk.
– Nie wiem, o czym rozmawiałyście wcześniej, ale ja jestem Will – wtrącił mężczyzna i również podał mi rękę.
– Amelia – odparłam, ściskając mu dłoń.
Kuźwa, co tu się właśnie wydarzyło? Pozwoliłam sobie jeszcze raz, tak na szybko, zlustrować klatkę piersiową mężczyzny. Zrobiło się gorąco.
– Ameli-ia – wypowiedział, przeciągając samogłoskę, jakby smakował brzmienie mojego imienia na swoim podniebieniu.
Przeszedł mnie dreszcz, kiedy tymi idealnymi ustami delikatnie musnął moją dłoń. Natychmiast ją wyrwałam.
Mężczyzna zdjął koszulę, rzucił ją w kąt i podszedł do umywalki.
Widzieliście kiedyś reklamę maszynek do golenia z przystojnym gościem, który ma gołą klatę z idealnym sześciopakiem i myje twarz pod bieżącą wodą? Gdyby William Wood w takiej grał, osobiście wykupiłabym cały zapas ze wszystkich hurtowni.
Pochyliłam się i podniosłam ubranie. Wszystko, byle nie patrzeć na to ciało, na tę ociekającą wodą twarz z perfekcyjnym lekkim zarostem.
– Zostaw, ja to za chwilę wyrzucę.
Will zakręcił wodę i osuszył się papierowym ręcznikiem. Podszedł do mnie i zabrał mi swoje ubranie.
– Wyrzucisz? – zdziwiłam się. – Jestem pewna, że dam radę ją wyprać.
– Nie musisz, mam takich całą szafę.
– Mówiłam. Dziecko złotego nocniczka – prychnęła Laura. – Alex chciał wyrzucić kiedyś spodnie za kilkaset funtów, bo lekko rozdarły się na szwie.
– Serio?
– Aha. Oni już tak mają. Ty wiesz, jak się zdziwił, kiedy powiedziałam, że mogę je zszyć?
– Serio?
– Tak. A za naprawę dał mi telefon, który był wart tyle, co trzy pary takich spodni.
– O kurde.
W tym momencie do łazienki wrócił blondyn z pokrowcem w ręce.
– Trzymaj Will-Wood. – Podał mu wieszak. – I daj tę starą, to od razu wyrzucę.
– Kurwa, następny – bąknęłam w swoim języku.
– Mówiłam. – Laura uniosła brew. – A tak w ogóle to Alex doskonale zna polski – uprzedziła mnie lojalnie.
– O co chodzi? – zapytał mężczyzna.
– O wasze nieszanowanie rzeczy materialnych – odparła.
– Lauro, a co mamy z tym zrobić? – Wskazał na zmemłaną koszulę.
– Zanieść do auta, a potem oddać do pralni z resztą rzeczy – wyjaśniła, jakby tłumaczyła coś małemu dziecku. – Ty wiesz, że jak się wprowadzałam, to w domu nie było pralki? – zapytała mnie. – Serio. Oni nawet bieliznę oddają do pralni.
– A co w tym złego? – wtrącił Will, zapinając koszulę.
Jaka szkoda. Popatrzyłabym sobie jeszcze chwilkę.
– Poczekaj. – Doskoczyłam do niego. – Tutaj masz jeszcze trochę kremu.
Dotknęłam palcami skóry na jego szyi. Kolejny raz poczułam te iskierki, które popłynęły prądem wzdłuż ciała i skumulowały się nie w tym miejscu, gdzie powinny były. Cholera, dawno nie miałam faceta. Przymknęłam oczy, żeby wrócić do przyziemnej rzeczywistości. Udało się, ale nie na długo.
– Ameli-ia – wymruczał Will.
Ujął moje palce i zbliżył do swoich ust. Następnie delikatnie muskając, zjadł resztę kremu z moich opuszków. O. Mój. Boże. Patrzyłam na to jak zahipnotyzowana. Teraz rozumiałam, dlaczego kobiety tak łatwo mu ulegają.
– Laura.
Głos Alexa przywrócił mnie na ziemię.
– Musimy wracać. Niestety, kolejnej sukienki dla ciebie już nie mamy. – Wskazał palcem na jej biust. – Zmoczyłaś trzecią, a masz podobno najlepsze wkładki laktacyjne na rynku – stęknął lekko zniesmaczony.
Laura tylko wzruszyła ramionami.
– Pierwszy raz zostawiliśmy małego. To się chyba nazywa tęsknota – powiedziała, jakby czuła się w obowiązku wyjaśnienia mi plam od pokarmu. – Kurczę, pogadałabym sobie w ojczystym języku. Szkoda.
– Na co dzień pracuję w pubie przy Embankment Street, więc wpadnij w wolnej chwili.
Alex się skrzywił. No cóż, nie był to lokal dla lordów czy innych hrabiów.
– Hej, wiem, gdzie to jest. Tam jest stacja metra. – Laura uśmiechnęła się szeroko, na co Alex skrzywił się jeszcze bardziej. – Na pewno kiedyś cię odwiedzę. A teraz wybacz. – Wskazała na swoją jeszcze mocniej przesiąkniętą sukienkę. – Zaraz zacznie śmierdzieć, a obawiam się, że szlacheckie nozdrza moich towarzyszy mogłyby tego nie przetrwać. – Zaśmiała się.
– Skąd, wiesz gdzie jest Embankment? W tej części Westminster nie byłaś. – Usłyszałam jeszcze Alexa, zanim wyszedł.
– Z tobą nie. – Laura uśmiechnęła się szelmowsko. – Ty całymi dniami pracujesz, a mnie się nudzi, więc razem z Adasiem zwiedzamy Londyn. – Cmoknęła go w policzek, a mnie puściła oko i pomachała na do widzenia.
Rozdział 3
Amelia
Minęło kilka dni od mojej wpadki na balu urodzinowym pana Wooda. Aż dziwne, ale faktycznie, nie rozeszło się to nigdzie dalej. Właśnie stałam za barem w mojej drugiej pracy i wycierałam kufle, kiedy do lokalu weszła uśmiechnięta Laura z jakąś kobietą.
– Cześć. To moja siostra Kasia – przedstawiła mi dziewczynę. – A to moja nowa polska znajoma Amelia.
– Miło mi. – Uśmiechnęłam się, wyciągając rękę. – Podać coś?
– Sok jabłkowy poprosimy.
– Co was sprowadza?
– Nic szczególnego. Mama Alexa bawi się w najlepszą babcię świata, więc wyszłam z siostrą na zakupy.
– Ostatnie pamiątki – wyjaśniła Kasia.
– Pomyślałam, że wpadnę. Jestem tu od niedawna i nie znam zbyt wielu osób. W zasadzie oprócz znajomych Alexa to nie znam nikogo, a siostra jutro wylatuje. Harris ściągnął mnie tu na koniec czerwca, dwa miesiące temu urodziłam i w zasadzie cały czas siedzę w domu. Poza tym, że drugi raz przyleciała do mnie Kaśka i czasami dzwonię do przyjaciółki, to nie mam z kim gadać.
– Na balu było sporo młodych kobiet – powiedziałam, podając im napełnione szklanki.
– Proszę cię. Same pustaki. Wypindrzone na zewnątrz, w głowie cyrk, a w dupie karuzela. Mam wrażenie, że tylko czekają na jakieś potknięcie, żeby cię obgadać.
– Czym zajmowałaś się w Polsce? Jeśli mogę zapytać.
– Studiowałam zaocznie architekturę wnętrz.
– I tam poznałaś swojego narzeczonego?
– Coś ty. Sprzątałam u jego babci i pilnowałam dziecka jego kuzyna.
– Co?! – Nie mogłam uwierzyć. – To brzmi jak bajka o Kopciuszku.
– W pewnym sensie tak było. – Siostra Laury się zaśmiała.
– Jakim cudem?
– Pogardziłam jego kasą. – Wzruszyła ramionami, jakby to było oczywiste. – Musiał się chłopina trochę postarać. Ale nie żałuję. Przez ten czas pobytu w Polsce Alex spokorniał i z aroganckiego dupka stał się naprawdę fajnym facetem.
– Wyprałam koszulę Willa, mam na zapleczu. Przekażesz Alexowi, żeby mu oddał? Miałam nadzieję, że w końcu wpadniesz, leży w mojej szafce już trzeci dzień.
– A nie wolisz osobiście? Stawiam stówę, że najdalej jutro tu będą.
– Nie rozumiem.
– Jak powiem Alexowi, gdzie byłam, od razu postanowi sprawdzić to szemrane miejsce. – Zaśmiała się, robiąc palcami cudzysłów przy słowie „szemrane”. – I na bank zabierze swojego kumpla.
– Z tego, co mówiła mi przyjaciółka, jest ich czwórka. Jak muszkieterów. Tak ponoć o nich piszą.
– Do muszkieterów to akurat im daleko. – Znowu się zaśmiała. – A Alex to z Willem jest najbliżej. – Zamyśliła się. – Jak nie przyjdzie, to ja wpadnę za kilka dni, wezmę i sprzedam. Kilkaset funtów piechotą nie chodzi.
– Ile?!
– Nie sprawdzałaś metki? Oni wszyscy noszą koszule szyte na miarę przez najlepszych krawców.
– Domyśliłam się, że jest droga, ale kilkaset funtów za używaną koszulę?!
– Zapas pieluch na miesiąc bym miała, plus chusteczki, kremiki i całą tę otoczkę.
– Alex nie daje ci kasy?
– Daje. Mam nawet swoją kartę bez limitu. – Pomachała złotym kawałkiem plastiku. – Tylko mi z tym źle. Całe życie na wszystko pracowałam sama. Dziwnie mi tak nagle wydawać jego nieograniczoną kasę. Rozumiesz mnie?
– Chyba tak. To znaczy fajnie by było pójść do sklepu i nie patrzeć na ceny, ale na dłuższą metę też by mnie uwierało, że to nie są moje zarobione pieniądze.
– Właśnie. Za rok, jak Adaś podrośnie, chcę wrócić na studia i zaczepić się gdzieś na stażu. Chociaż na część etatu. Nawet nie wiesz, jak mnie nosi, żeby ci pomóc. Alex ma babkę od sprzątania, zakupy mu dowożą, ciuchy zabiera pralnia. Kurde, nudzę się, jak mały śpi. Ile można odpoczywać?
– W sumie racja. Mogę pójść z tobą kiedyś na spacer. Pojutrze mam wolne. Poza kuzynką, która wyprowadziła się do Luton, przez co rzadziej się z nią spotykam, to po polsku rozmawiam tylko przez telefon. I to z rodzicami, bo siostra się uparła, żeby ćwiczyć angielski. A ja na pewno robię byki w gramatyce.
– Super. Z reguły wychodzę z wózkiem około dwunastej. Może zjemy razem lunch?
– Świetnie. Dasz mi swój numer?
– Oczywiście. – Podyktowała mi ciąg cyfr. – Muszę lecieć, bo cycki zaczynają mi już puchnąć.
– Jasne. Trzymaj się.
Dziewczyny dopiły sok i wyszły.
***
Jeszcze tego samego wieczoru do pubu weszło czterech muszkieterów brytyjskiej socjety. Czy, jak to mówiła Laura, elita złotego nocnika. Od progu zaczęli się rozglądać z niesmakiem. Od razu nabrałam ochoty, żeby kopnąć w dupę wszystkich razem i każdego z osobna. Szybko obczaili wolny stolik i do niego podeszli. Zgarnęłam karty alkoholi i ruszyłam w ich stronę.
– Strzepnąłeś karaluchy z krzesła? – zapytałam sarkastycznie Williama Wooda, który ostrożnie sadzał swój arystokratyczny tyłek na zwykłym krześle.
Will wyprostował się nagle i wbił wzrok w siedzenie.
– Żartujesz, prawda? – Teraz spojrzał na mnie lekko przerażony.
– A pan, panie Harris? Przyszedł pan sprawdzić, czy narzeczona nie przyniosła do domu jakiegoś parcha? – zwróciłam się do blondyna, rozkładając przed nimi karty drinków.
– Nie rozumiem, o co ci chodzi – odparł, patrząc na mnie intensywnie.
– O to, że wystarczyło, że Laura powiedziała, że tu była, a ty już przychodzisz na zwiady. I nawet nie próbujesz ukryć zniesmaczenia, a to zwykły pub dla przeciętnej klasy społecznej.
– Niczego nie sprawdzam. Ufam jej.
– Ta, a świnie latają – prychnęłam. – Co podać? Uprzedzam, że stuletniego Macallana tu nie uraczycie.
– Dziesięcioletni będzie wystarczający – odezwał się trzeci z bogaczy.
– To był sarkazm, idioto – skarcił go Will. – Przepraszam, Amelio, gdzie moje maniery. To Eliot Evans i Tom Anderson.
Mężczyźni wstali.
– Cześć. Maniery? Nie sądziłam, że w waszych sferach wymagane jest przedstawienie się kelnerkom, ale okej.
– To zapoznanie znajomych. Chłopaki, to jest Ameli-ia…
Boże, jak on seksownie wymawiał moje imię.
– Przepraszam, nie poznałem twojego nazwiska – dodał.
– No popatrz, a tacy z nas dobrzy znajomi – sarknęłam i mrugnęłam do Alexa.
Wyciągnęłam rękę do Eliota. Wzięłam głęboki wdech. Show must go on.
– Amelia Gżegżółka – przedstawiłam się z radosnym uśmiechem.
Wszyscy czterej od razu na mnie spojrzeli jak na okaz w zoo. W sumie gżegżółka to ptak, może w Anglii występuje też w ogrodach zoologicznych.
– Gzie… – zaczął Will.
– Gszsz – próbował Eliot.
– Ksh – wycharczał Tom. – Alex, ty znasz polski. – Spojrzał na blondyna.
– Chyba nie aż tak bardzo – odchrząknął Alex i poprawił krawat.
– Gżegżółka, czyli inaczej kukułka, taki ptak – zwróciłam się po polsku do Alexa. – Po waszemu cuckoo – odpowiedziałam reszcie.
– Poprosimy cztery razy najdroższą whisky, jaką macie, kukułeczko. – Will uśmiechnął się do mnie.
Przyglądałam mu się dłuższą chwilę, ale nie doszukałam się tym kpiny, drwiny czy szyderstwa, więc odwzajemniłam uśmiech.
Wracając za bar, usłyszałam, jak kumple przyznają Williamowi rację, że rzeczywiście moje oczy są fantastyczne. Owszem, były wielkie i ciemne, lecz przez to, że wyglądały jak u jakiejś animowanej postaci, nie czułam się poważnie i miałam wrażenie, że ludzie też mnie tak nie postrzegają. Ale dlaczego Will opowiadał o nich swoim kumplom?
Zalałam cztery literatki bursztynowym trunkiem. Niosłam tacę przez całą salę, bo panowie eleganccy usiedli blisko drzwi, jakby chcieli podczas ewakuacji być najbliżej wyjścia. Na szczęście nie uroniłam ani kropelki i nie zbiłam żadnej szklanki. Nawet się nie potknęłam.
Jeszcze trochę i zdobędę nagrodę kelnerki roku.
Postawiłam szklanki przed mężczyznami i poszłam za bar, po drodze zabierając niedopite kufle z pustego stolika. Wróciłam za chwilę na salę, żeby przetrzeć blat. Kątem oka obserwowałam, jak gentlemani rozglądają się po lokalu.
A żeby wam tak tynk się posyłał na te wypchane funtami łby.
Przypomniało mi się, że w torbie na zapleczu mam koszulę Williama.
Pobiegłam od razu i wyjęłam reklamówkę. Przyspieszyłam kroku, widząc, że mężczyźni już wstają. Potknęłam się i wyrżnęłam orła przed… Kurczę, przed nikim. W ostatniej chwili uratowała mnie jakaś silna dłoń.
– Spokojnie, mała, tylko Harris wychodzi. Ja jeszcze zostaję. – Will posłał mi szeroki uśmiech. – Wiem, że jestem przystojny, ale opanuj się, kobieto. Możemy potem wyjść razem i wtedy pozwolę ci się na mnie rzucić. A nawet przede mną uklęknąć – dodał bezczelnie, na szczęście już ciszej, do mojego ucha.
Natychmiast wyrwałam się z jego uścisku.
– Chciałbyś, co? – Zmrużyłam gniewnie moje wielkie oczy.
Zauważyłam, że towarzysze Willa próbują nieudolnie zachować powagę, jednak ich uniesione kąciki zdradzały wszystko, choć usta zaciskali w wąską linię.
– To niby czemu tak leciałaś w moją stronę, kukułeczko?
– Żeby oddać ci koszulę. – Położyłam na stoliku reklamówkę. – Proszę.
Will wbił wzrok w reklamówkę z widocznym zdziwieniem.
– Jeszcze raz przepraszam, że ją ubrudziłam. Jest wyprana i wyprasowana, chociaż teraz po rozłożeniu będzie trzeba ją odprasować jeszcze raz. Ale nie ma na niej żadnego śladu po spotkaniu z bitą śmietaną.
– Wyprałaś mi koszulę? – zdziwił się, jakbym co najmniej oświadczyła mu, że zamierzam się do niego wprowadzić.
– Tak, bo niechcący ją wybrudziłam.
– Skąd wiedziałaś, że się spotkamy? – Podniósł szelmowsko brew.
– Chciałam dać ją Laurze, ale ona powiedziała, że na pewno Alex wpadnie tu z tobą na przeszpiegi.
– Ja? – zdziwił się wspomniany.
– Tak. Trzymasz ją w złotej klatce.
– Nieprawda. Niczego jej nie zabraniam.
– Ale wszystko kontrolujesz.
– Chcę dla niej jak najlepiej. Chcę, żeby się tu odnalazła.
– To daj jej też odetchnąć. I pozwól pogadać z kimś w jej języku i z jej klasy społecznej.
– Przecież jej nie bronię.
– Ale już musiałeś przyjść tu i sprawdzić miejsce, w którym była.
– Wpadłem z kumplami na drinka po pracy.
– Akurat tu, do baru drugiego sortu? Jasne.
– Dlaczego wyprałaś mi koszulę? – wtrącił ponownie Wood, nadal zdziwiony.
– Bo ją ubrudziłam – powtórzyłam.
– Ale nie musiałaś.
– Tak mnie wychowano. Schrzaniłam coś, to to naprawiam.
– Laski wolą przywłaszczać sobie moje ubrania, niż mi je prać i oddawać.
– Faktycznie, mogłam ją sobie zostawić – zaczęłam i zauważyłam, jak na te ponętne usta Williama wkrada się bezczelny uśmieszek. – To bardzo wysokiej klasy materiał – ciągnęłam. – Na pewno dobrze sprawdziłaby się jako szmata do podłogi – dokończyłam i odwróciłam się na pięcie, żeby się oddalić.
Odprowadził mnie śmiech pozostałych.
Rozdział 4
Amelia
– Rany, jaki blondas – powiedziałam, zaglądając do wypasionego, czarno-złotego wózka.
– Prawda? – przyznała ze śmiechem Laura.
– I widzę, że już od małego wozi się najlepszą furą.
– Prezent od dziadków. Harrisowie oszaleli na jego punkcie, prawie tak samo jak Alexander.
– A tak właściwie to miałaś rację. Przedwczoraj była u mnie elita złotego nocnika. Cała. – Zaśmiałam się. – Ale ten twój wyszedł po niespełna godzinie.
– To i tak cud, że w ogóle wyszedł z domu. Odkąd mały się urodził, Alex wychodzi z pracy punkt szesnasta i od razu wraca do nas. W zasadzie odwiedziłam cię specjalnie. Wiedziałam, że oni nie chodzą do takich zwyczajnych miejsc, więc Alex musiał sprawdzić, czy byłam tam bezpieczna. Jest trochę przewrażliwiony. Cieszę się, że wyszedł z kumplami, nie chcę, żeby dziecko nas całkowicie zniewoliło.
– Nie zatrudnił opiekunki?
– Jeszcze nie zaufał nikomu obcemu na tyle, żeby zostawiać z nim swojego syna. Ledwo zaakceptował moją siostrę i swoją matkę. Zresztą ja też nie potrzebuję. Do południa jestem z młodym sama, ale on w zasadzie non stop śpi. Potem wraca Alex i spędzamy razem czas. Urodziny pana Wooda to było nasze pierwsze wspólne wyjście. Z Adasiem została moja siostra, ale wczoraj wyleciała.
– Siadamy? – Wskazałam wolny stolik w ogródku. – To bistro wygląda całkiem spoko.
– Jasne.
Laura okazała się bardzo skromną dziewczyną. Zauważyłam, że jeszcze nie przyzwyczaiła się do kasy, którą dysponuje jej facet. W sumie jej się nie dziwiłam, skoro pochodziła z rodziny, w której liczono każdy grosz. Może ja też nie byłam bogata, ale coś tam odłożyć zawsze mi się udawało. Kilka stówek miesięcznie w Polsce, a i tutaj miałam trochę oszczędności. Laura wyznała, że zdarzało jej się nawet pożyczać pieniądze od siostry. Aż tu nagle wylądowała u boku jednego z najbogatszych ludzi w Anglii.
Zamówiłam sałatkę Cezar, a moja towarzyszka skusiła się na kanapkę. Stwierdziła, że wyjątkowo jej tu smakują. Moim zdaniem są fajne, urozmaicone, smaczne, ale żeby od razu się nimi aż tak zachwycać? Laura faktycznie była skromna. I naprawdę świetnie nam się rozmawiało. Do czasu kiedy na ulicy, kawałek za ogródkiem, w którym siedziałyśmy, zatrzymał się czarny Bentley.
– To twój facet? – zapytałam, wskazując widelcem w stronę limuzyny.
– Nie. Alex nie ma takiego samochodu – odparła. – Chyba – dodała po chwili i zachichotała. – Hej, to Will.
Spojrzałam tam i zobaczyłam, jak William Wood ostentacyjnie wysiada z tyłu samochodu. Drzwi otwierał mu kierowca, a on wsuwał na nos ciemnie okulary. Chyba skończył rozmowę przez telefon, bo właśnie chował aparat do kieszeni spodni. Zapewne piekielnie drogich spodni.
– Cześć, dziewczyny – przywitał się, kiedy do nas podszedł.
– Hej – odpowiedziała Laura. – Co tu robisz?
– Jechałem właśnie na lunch z Alexem, ale zobaczyłem brykę małego Harrisa – wskazał na wózek – więc kazałem Lucasowi się zatrzymać.
– Lucasowi? Masz swojego kierowcę? – zdziwiłam się, chociaż nie wiedziałam czemu, skoro stać go było zapewne nawet na własny samolot.
Tak, przyznaję bez bicia, że po tym, jak przywaliłam mu ciastem, i po tym, jak delikatnie zlizał wtedy krem z moich palców, trochę o nim poczytałam.
– Tak. Mam – odpowiedział bez żadnej pychy czy dumy. Jakby to było takie zwyczajne, oczywiste, naturalne.
– Twój Alex też ma kierowcę? – zapytałam Laurę.
– Nie – wtrącił się Will. – Harris uwielbia prowadzić. Ja w sumie też, ale czas spędzony w korkach wolę poświęcić na obserwację sytuacji na giełdzie – odparł.
– Gdzie się umówiłeś z Alexem? – zapytała Laura.
– Tutaj.
– Jak to: tutaj?
– To znaczy wstępnie pod jego firmą, ale zobaczyłem was – odwrócił się i spojrzał na mnie znad okularów – i zadzwoniłem do niego, żeby przyszedł tu. Blisko był. – Wrócił spojrzeniem przed siebie.
Szkoda, ładne miał te oczyska. Takie w kolorze drogiej whisky. W kolorze drogiej whisky? Chyba za mocno mi słonko dziś przygrzało.
– O, właśnie idzie.
I znowu wszystkie damskie spojrzenia skierowały się w stronę wejścia, bo tym razem wszedł najbardziej rozpoznawalny londyński prawnik. Podszedł do stolika, nachylił się i pocałował usta swojej kobiety na przywitanie. Następnie zerknął do wózka i delikatnie pogłaskał swojego synka. To było urocze.
– Jak tam przyszły potentat narodowej palestry? – zapytał Will, zaglądając do gondoli chwilę po Alexandrze.
– Śpi – odparł jego ojciec. – I nie chuchaj mu do wózka. – Pociągnął kumpla za marynarkę.
Do mężczyzn od razu podeszła kelnerka z menu. Dziwne, bo my czekałyśmy dobrych kilkanaście minut.
W lokalu spędziliśmy prawie godzinę na niezobowiązujących rozmowach. W końcu Alex poinformował, że musi wracać na ważne spotkanie.
Zabawnie było przysłuchiwać się, jak przekomarzają się przez chwilę z Laurą. Alex chciał podwieźć ją i syna do domu, ona wolała spacer. Wygrały argumenty z zabiciem czasu i świeżym powietrzem.
Blondyn uregulował cały rachunek, łącznie z jogurtem z granolą, który zamówiłam sobie na wynos. Szatyn z kolei wsunął sowity napiwek do słoiczka z rachunkiem.
– A ty? Dokąd jedziesz, kukułeczko? – zapytał, gdy pożegnałam się z Laurą.
– Na pewno w przeciwną stronę niż ty.
– Przekonajmy się.
– Newham1 – rzuciłam.
Zauważyłam, że Will lekko się skrzywił. Dobra, nie była to może królewska dzielnica jak Chelsea czy Kingston, ale nie były to też slumsy.
– Okej, rozumiem. Ty jedziesz w lewo, ja w prawo. Mówiłam, nie po drodze. Miło było cię spotkać, Will. – Wyciągnęłam do niego rękę na pożegnanie.
Wtedy on niespodziewanie chwycił ją i pociągnął mnie w stronę wyjścia. Następnie nie luzując w ogóle uścisku, przyspieszył kroku w kierunku swojego samochodu. Otworzył tylne drzwi.
– Zapraszam.
– Nie wsiądę z tobą do auta.
– Niby dlaczego?
– Nie znam cię.
– Znasz mnie. Wiesz, kim jestem, a to nasze trzecie spotkanie. Nie wymyślaj, spójrz, możesz przejechać się limuzyną – zaproponował łaskawie.
– Wolę metro.
– Ale ty jesteś uparta.
– O tej godzinie szybciej będzie metrem.
– Nie będzie. No już. Wsuwaj te seksowne pośladki. – Wepchnął mnie do środka i sam wpakował się obok.
– Dzień dobry – przywitałam się nieśmiało z kierowcą.
Rozejrzałam się po wnętrzu. Waliło luksusem, jak ja pierdzielę. Z tyłu były dwa miejsca, pomiędzy nimi jakiś ekran na szerokim podłokietniku. Will wyprostował go, zwalniając przestrzeń między nami, i przysunął się bliżej.
– Dzień dobry, panienko – odparł mężczyzna w średnim wieku.
– Lucas, kierunek Newham – rzucił Will. – Gdzie konkretnie? – zapytał mnie.
– Nie wiem, czy chcę ci zdradzić swój adres.
– A co? Boisz się, że cię okradnę? – prychnął kpiąco.
– Wiesz co? – Spojrzałam na niego wściekle. Może nie byłam tak bogata jak on, ale to nie znaczyło, że ma prawo z tego szydzić. – Spadaj. – Chwyciłam za klamkę, ale w tym momencie usłyszałam kliknięcie automatycznej blokady drzwi.
– Przepraszam. Nie zabrzmiało to dobrze.
– Nie zabrzmiało – potwierdziłam.
– Chodziło mi o to, że na pożegnanie – oblizał zmysłowo swoje kuszące wargi – zamierzam skraść pocałunek z twoich pięknych ust.
No dobra, wybrnął. Może tandetnie, ale podziałało tam, gdzie miało podziałać.
– Niedoczekanie. – Odwróciłam głowę w stronę szyby, żeby nie dać mu się tak łatwo.
Na samą myśl o pocałunku z Williamem Woodem coś połaskotało mnie w żołądku. I między nogami.
– Rumieniec na twoim licu zdradza coś innego – powiedział i kliknął coś na panelu, co spowodowało, że nagle roleta na szybie, w którą patrzyłam, się podsunęła.
– Czy ty potrafiłbyś być jeszcze bardziej bezczelny? – Odwróciłam twarz w jego stronę.
– Jakbym się wysilił, to pewnie tak – odparł luźno, pochylił się i odłożył mały tablet w miejsce, w którym w normalnych samochodach jest nawiew dla pasażerów.
W tym momencie samochód ostrzej zahamował. Odruchowo ścisnęłam mocniej jogurt, przez co otworzyło się wieczko. Kiedy Lucas wcisnął gaz, szarpnęło ponownie, a pudełko z jogurtem wypadło mi z rąk i wylądowało na eleganckich spodniach Williama.
– Kurwa! – krzyknął.
– Najmocniej państwa przepraszam. Jakiś idiota chciał wymusić pierwszeństwo.
– Nie, to moja wina. Ja ściągam wszystkie nieszczęścia i przynoszę pecha – wyjaśniłam kierowcy, szukając w torebce chusteczek. Znalazłam. – Gdybyś nie wykłócał się ze mną, tylko od razu odjechał – zwróciłam się do Willa – pan Lucas zdążyłby przejechać przed tym kierowcą. Nie zahamowałby tak ostro, a nawet jeśli, to na pewno nie miałbyś jogurtu z granolą na spodniach – mówiłam, pocierając jego udo. – Cholera – dodałam kiedy, moje palce dotknęły lepkiej mazi.
Odruchowo chciałam je oblizać, ale nie zdążyłam. Mężczyzna chwycił mój nadgarstek i skierował go pod swoją twarz. Podniosłam wzrok i obserwowałam, jak moje opuszki znikają w jego ustach. O. Mój. Boże. Kiedy usłyszałam zmysłowe mruknięcie, podniosłam wzrok wyżej. Moje spojrzenie skrzyżowało się z intensywnym spojrzeniem Williama. Poczułam dreszcze wzdłuż kręgosłupa.
– To dopiero nasze trzecie spotkanie, a ja już drugi raz jem ci z ręki – powiedział chrapliwie.
Jezusiczku.
– To nasze trzecie spotkanie, a już drugi raz sprowadzam na ciebie nieszczęście – poprawiłam go.
– To nasze trzecie spotkanie, a już drugi raz mam okazję cię posmakować – powiedział i ponownie wsunął sobie moje palce do ust.
I tym razem to nie były delikatnie muśnięcia. Patrząc mi głęboko w oczy, wsuwał je sobie w usta. Poczułam jego wilgotny język na palcach. Ło Matko Bosko.
Nie udało mi się powstrzymać jęknięcia, co Will skomentował uniesieniem prawego kącika ust.
– Mam nadzieję, że przy kolejnym posmakuję czegoś więcej niż tylko palce.
– Jezu, ty naprawdę potrafisz być bardziej bezczelny.
– Gdybym chciał być, powiedziałbym, że jestem tego pewien, a nie że mam na to nadzieję.
– Faktycznie, to było bardzo nieśmiałe – sarknęłam. – Na następnym skrzyżowaniu w prawo – poinstruowałam kierowcę i wróciłam do czyszczenia spodni Wooda.
– Daj spokój. – Złapał mnie za nadgarstek. – W bagażniku mam zapasowy garnitur, w biurze kolejny. Te spodnie za niecałą godzinę będą w pralni.
– Powinnam zwrócić ci koszty prania albo po prostu sama je wyprać.
– Chcesz zobaczyć mnie bez spodni, przyznaj się.
– Wysiadłabym, gdybyś się przebierał.
– Oczywiście – powiedział tak, jakby mi nie wierzył.
– Oczywiście – potwierdziłam z największą mocą, na jaką było mnie stać.
– Panienko, czy to na pewno tutaj? – zapytał Lucas, zwalniając.
Rozejrzałam się i nie poznawałam okolicy. Byliśmy przy jakichś barakach nad rzeką. Will także rozejrzał się z przerażeniem.
– Gdzie my jesteśmy? – zapytał.
– Canning Town2 – odpowiedział szofer. – Zgodnie ze wskazówkami panienki.
– Co? Nic nie mówiłam.
– Z całym szacunkiem, ale mówiła panienka, żebym skręcił w prawo – powiedział i zatrzymał auto.
Spojrzałam na Willa, a ten przytaknął skinieniem głowy.
– To chyba chodziło mi o to drugie prawo – przyznałam z zażenowaniem.
– To jest jakieś inne prawo? – zdziwił się Will, a kierowca roześmiał się gardłowo.
– Kobiety. – Złapał mój wzrok w lusterku wstecznym. – Przepraszam. Jest panienka gościem pana Wooda, nie powinienem był.
– Nie szkodzi. I proszę nie mówić do mnie „panienko”, czuję się z tym dziwnie. Jestem Amelia.
– Bardzo miło mi panienkę poznać – odparł z uśmiechem.
– A możesz mi mówić po imieniu?
– Niestety nie.
– Dobrze. – Poruszyłam ustami, żeby zrobić poważną minę dystyngowanej damy. – Nie sądzę, żebyśmy mieli jeszcze okazję się spotkać – mówiłam, starając się nie roześmiać. – Ale w takim razie proszę zwracać się do mnie po nazwisku.
– Dobrze, proszę pani.
– Właśnie poległeś, Luke – przyznał ze śmiechem Will.
– Amelia Gżegżółka. – Wyciągnęłam z uśmiechem rękę w stronę kierowcy.
Mężczyzna spojrzał na mnie z niedowierzaniem.
– Posłuchaj, Luke, jesteśmy z tej samej klasy społecznej. Nie jestem żadną panienką.
– Jest panienka gościem pana Wooda.
– Jestem kelnerką. Znalazłam się tu przypadkiem, bo moja nowa koleżanka jest narzeczoną Alexandra Harrisa. Poza tym właśnie ubrudziłam jogurtem spodnie Williama i nawet nie znam poprawnie kierunków. Jaka ze mnie dama, co? A teraz zawróć i jedź do West Ham3, proszę – powiedziałam i podałam mu pełny adres, a następnie spojrzałam na Willa. – Mówiłam, że same problemy ze mną. Metrem byłoby łatwiej. I nie zniszczyłabym ci spodni.
– Łatwiej? Aż dziwne, że nigdy nie pomyliłaś stacji.
– Kto powiedział, że nie pomyliłam? I żeby to raz. I żeby tylko stacje. Nie dalej jak w zeszłym tygodniu wsiadłam nie do tego pociągu, co trzeba.
Zaśmiałam się, widząc przerażenie w oczach Willa.
Przez kolejne minuty nie był w stanie nic powiedzieć. Poprosiłam, żeby nie wysiadał pod moją kamienicą w tych poplamionych spodniach. Pożegnałam się lakonicznie z mężczyznami i wyskoczyłam z limuzyny.
