W cieniu kłamstw. Baleary #6 - Greta Eden - ebook

W cieniu kłamstw. Baleary #6 ebook

Greta Eden

4,7

405 osób interesuje się tą książką

Opis

Zakończenie operacji na Bliskim Wschodzie można by uznać za sukces, gdyby nie jeden drobny szczegół – Greta Eden. Kobieta widmo, która po śmierci brata zapadła się pod ziemię. Nikt nie zna jej twarzy, nikt nie wie, kim naprawdę jest ani jak ją znaleźć. Może być wszędzie. Może być każdym.

Marco Santini, egzekutor organizacji Alvareza-Talavery, całe życie działał według prostych zasad: cel, plan, eliminacja. Teraz celem stało się usunięcie ostatniego wiszącego nad organizacją zagrożenia – Grety, zanim to ona zdecyduje się wyrównać rachunki. Marco jest zdeterminowany i nie ma nic do stracenia. A raczej nie miałby, gdyby nie pewna kelnerka z pubu, w którym pracuje jego siostra… Margo Garcia, sarkastyczna, inteligentna i totalnie niezainteresowana jego towarzystwem, trzyma go na dystans, traktując jak zło konieczne. A to fascynuje go bardziej niż wszystkie kobiety, które padały mu do stóp.

Kiedy gra o życie miesza się z pożądaniem, a granica między wrogiem a sojusznikiem zaczyna się zacierać, bezwzględny egzekutor musi się zmierzyć z niebezpiecznym pytaniem: czy największym zagrożeniem jest kobieta, która poluje na jego głowę, czy raczej ta, która może złamać mu serce?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows

Liczba stron: 729

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,7 (24 oceny)
20
3
0
0
1
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
Laurka2026

Nie polecam

Za długa. Nie byłam w stanie jej skończyć. Po nieco ponad 300 str odpuściłam. Strasznie się męczyłam. Po poprzednim tomie byłam ciekawa co będzie dalej ale ta część mnie pokonała. Jak dla mnie to już zakończenie przygody z serią. Więcej nie dam rady. Okropnie się wynudziłam.
11
FascynacjaKsiazkami

Nie oderwiesz się od lektury

Kłamstwa,które wychodzą na światło dzienne…warto je odkryć ❤️Polecam
11
PJOlga

Nie oderwiesz się od lektury

Jak zwykle przeczytalam z zapartym tchem kolejną książkę Grety. Zaskoczyło mnie trochę zakończenie, inne niż e pierwotnej wersji ale przynajmniej nie trzymające w niewiedzy do kolejnego tomu. Gorąco polecam całą serię.
00
LadySerafin

Nie oderwiesz się od lektury

Najlepsza seria , polecam warto !
00
Martaolsz

Dobrze spędzony czas

trzeba przeczytać!
00



Co­py­ri­ght © 2026 by Gre­ta Eden

Co­py­ri­ght © 2026 by Pro­jekt B

Wy­da­nie pierw­sze, 2026

Re­dak­tor pro­wa­dząca: Anna Ma­łec­ka

Re­dak­cja: Ewe­li­na Ga­łdec­ka

Pierw­sza ko­rek­ta: Re­na­ta No­wak

Dru­ga ko­rek­ta: Kin­ga Rut­kow­ska

Skład, ła­ma­nie i przy­go­to­wa­nie ebo­oka: Mi­chał Bog­da­ński

Pro­jekt okład­ki: Ewa Po­pław­ska

Źró­dła ob­ra­zów: an­ge­l_nt, gu­drun, api­mo­ok (Ado­be­Stock)

ISBN: 978-83-974408-7-6

© Wszel­kie pra­wa za­strze­żo­ne. Ksi­ążka ani jej frag­men­ty nie mogą być prze­dru­ko­wy­wa­ne ani w ża­den inny spo­sób re­pro­du­ko­wa­ne lub od­czy­ty­wa­ne w środ­kach ma­so­we­go prze­ka­zu bez pi­sem­nej zgo­dy au­to­ra lub wy­daw­cy.

No­sisz na twa­rzy ma­ski tak dłu­go, że za­po­mnia­łaś, kim je­steś.

Rozdział 1

Margo

Miesz­ka­nie, któ­re wy­naj­mo­wa­łam, nie po­wa­la­ło wiel­ko­ścią, ale nie po­trze­bo­wa­łam hek­ta­rów i nie pla­no­wa­łam w naj­bli­ższym cza­sie ba­wić się z ni­kim w cho­wa­ne­go. Za nie­mal ostat­nie pie­ni­ądze ku­pi­łam ma­łe­go For­da Fie­stę. Wpraw­dzie kli­ma­ty­za­cja wy­sia­dła po dwóch ty­go­dniach, ale co tam. Wa­żne, że po­zwa­lał mi się prze­miesz­czać z punk­tu A do punk­tu B.

Trze­ba było oszczędzać, Mar­go! Stać by cię było na lep­sze auto.

Za­par­ko­wa­łam przed re­stau­ra­cją. Po­po­łu­dnio­wa zmia­na, na któ­rą ści­ągni­ęto mnie awa­ryj­nie, nie była wpraw­dzie szczy­tem za­wo­do­wych ma­rzeń, ale eks­tra go­tów­ka za­wsze się przy­da. Mia­łam za­stąpić Ta­lię, bo rze­ko­mo za­cho­ro­wa­ła. Cier­pia­ła na chro­nicz­ną przy­pa­dło­ść zna­ną po­tocz­nie jako „swędze­nie cip­ki”. Jej na­głe na­pa­dy zda­rza­ły się za ka­żdym ra­zem, kie­dy jej fa­cet wra­cał do mia­sta po kil­ku dniach nie­obec­no­ści. Nie po­ma­ga­ło żad­ne inne le­kar­stwo poza dłu­gim ru­cha­niem! Bie­dacz­ka.

Na szczęście Oana nie mia­ła tego sa­me­go pro­ble­mu. Ona tyl­ko wo­dzi­ła ocza­mi za Fa­bia­nem, jed­nym z fa­ce­tów, z któ­rym się „przy­ja­źni­ła”. Uwa­ża­łam ko­le­sia za typ ner­da, do­pó­ki nie zo­ba­czy­łam, jak zmie­niał ko­szul­kę na re­stau­ra­cyj­nym par­kin­gu. Kto by po­my­ślał, że to jed­nak kupa mi­ęśni? A na­kry­łam go, bo Oana sta­ła w drzwiach i ła­pa­ła ko­ma­ry w otwar­tą bu­zię, kon­tem­plu­jąc wi­dok. Klep­nęłam ją w ty­łek, a ta pod­sko­czy­ła z jękiem i za­czer­wie­ni­ła się uro­czo. Nad jej ra­mie­niem po­sła­łam Fa­bia­no­wi sze­ro­ki uśmiech i unio­słam kciu­ki w ge­ście uzna­nia.

Szyb­ko się zo­rien­to­wa­łam, że na­le­ży do ja­kie­jś or­ga­ni­za­cji, bo któ­re­go dwu­dzie­sto­kil­ku­lat­ka by­ło­by stać na taką wy­pa­sio­ną furę? Wy­go­oglo­wa­łam parę jego ta­tu­aży – w ko­ńcu trze­ba so­bie ja­koś ra­dzić. Za­jęło mi to kil­ka dni śledz­twa w tem­pie prze­ci­ęt­ne­go użyt­kow­ni­ka In­ter­ne­tu, ale w ko­ńcu to Ta­lia się zła­ma­ła i szep­tem opo­wie­dzia­ła mi, że jej fa­cet, Fabi i brat Oany są w M-A-F-I-I. Prze­li­te­ro­wa­ła mi to w wiel­kiej ta­jem­ni­cy, na co za­re­ago­wa­łam śmie­chem. Ich sze­fem był Pa­trick Alva­rez-Ta­la­ve­ra, lo­kal­ny boss – o, prze­pra­szam, biz­nes­men – do któ­re­go na­le­ża­ła cała wy­spa. Pra­wie. Chy­ba tyl­ko poza lot­ni­skiem i bu­dyn­ka­mi lo­kal­ne­go rządu, sa­mo­rządu czy in­nej wła­dzy.

Fa­cet, któ­ry obec­nie prze­stąpił próg na­sze­go przy­byt­ku, przy­pra­wił mnie nie­mal o za­wał ser­ca. I nie tyl­ko mnie. Ko­bie­ty na­gle prze­sta­ły jeść i wpa­try­wa­ły się w nie­go nie­mal z otwar­ty­mi usta­mi. A było na co po­pa­trzeć. Zdjęcia na Go­ogle nie od­da­wa­ły tego, jak wy­glądał. Cho­ciaż pra­co­wał jako eg­ze­ku­tor dla Alva­re­za-Ta­la­ve­ry, od jego sio­stry wie­dzia­łam, że sko­ńczył stu­dia z wy­ró­żnie­niem. Czy­li za ogłu­pia­jąco przy­stoj­ną bu­źką mu­siał się kryć nie­zły in­te­lekt. Jak uprzej­mie do­nio­sła mi Oana, podąża­ły za nim rze­sze fa­nek. Na­wet nie mu­siał się sta­rać, żeby do­stać ich nu­me­ry te­le­fo­nu. Ale czy mo­gło być ina­czej? Jak ja­ka­kol­wiek ko­bie­ta mia­ła­by od­mó­wić wy­so­kie­mu przy­stoj­nia­ko­wi o przej­mu­jąco zie­lo­nych oczach, pia­sko­wych wło­sach, roz­bu­do­wa­nej klat­ce pier­sio­wej i sze­ro­kich ra­mio­nach? Fa­cet po­wi­nien się za­trud­nić do re­kla­my.

Usia­dł na ba­ro­wym krze­śle na­prze­ciw­ko mnie.

– Gdzie by­łaś całe moje ży­cie, ślicz­not­ko?

Kto w dwu­dzie­stym pierw­szym wie­ku je­chał su­cha­ra­mi ze śre­dnio­wie­cza? Zgrzyt try­bi­ków za­trzy­mu­jących się w moim mó­zgu pew­nie było sły­chać na sta­łym lądzie. Ten tekst był tak za­ska­ku­jąco tani, że moje brwi po­wędro­wa­ły aż pod li­nię wło­sów. Spoj­rza­łam na nie­go znad oku­la­rów, któ­re mia­łam dzi­siaj na no­sie. Se­rio?! Do gło­wy przy­szła mi od razu ci­ęta ri­po­sta pro­sto z pio­sen­ki Tay­lor Swift Blank Spa­ce.

– O. Mój. Boże! – Przy­ło­ży­łam rękę do ser­ca te­atral­nym ge­stem. – Two­ja twarz… Czy­żbyś uzur­po­wał so­bie pra­wo do sta­nia się ko­lej­nym błędem w moim ży­ciu? Co ro­bisz w czwar­tek? Mam lukę w gra­fi­ku i chęt­nie cię tam wpi­szę. W mi­ędzy­cza­sie… Co po­dać?

Do­pie­ro te­raz przyj­rzał mi się na­praw­dę i do­strze­gł iro­nię oraz ab­so­lut­ny brak za­in­te­re­so­wa­nia w zmęczo­nym spoj­rze­niu.

– Te­raz się boję, że mnie otru­jesz.

– Trze­ba było o tym po­my­śleć, za­nim otwo­rzy­łeś usta – zga­ni­łam go żar­to­bli­wie.

– Za­ry­zy­ku­ję. – Jego oczy za­pło­nęły cie­ka­wo­ścią. – Piwo.

Cie­ka­we, jak da­le­ko si­ęga jego po­czu­cie hu­mo­ru. Po­da­łam mu z lo­dów­ki bez­al­ko­ho­lo­we.

– To już za­kra­wa na okru­cie­ństwo. – Uśmiech­nął się le­ni­wie.

Ten uśmiech!

– Przy­czy­na i kon­se­kwen­cje. – Wy­mie­ni­łam bu­tel­kę na to, o co po­pro­sił. – A na przy­szło­ść za­pa­mi­ętaj so­bie, że na­wet je­śli mam na so­bie strój fir­mo­wy, to nie zna­czy, że je­stem ła­twa albo że wol­no ci mnie trak­to­wać jak ko­lej­ną po­ten­cjal­ną kre­skę na two­jej ścia­nie chwa­ły, któ­rą, jak mnie­mam, masz nad łó­żkiem. Bo prze­cież ka­żdy fa­cet, któ­ry wy­gląda jak ty, musi ją mieć, nie? – po­le­cia­łam ste­reo­ty­pem.

Przy­mru­żył lek­ko oczy.

– Do­brze się skła­da, że lu­bię wy­zwa­nia.

Za­zwy­czaj ci­ęta, iro­nicz­na od­po­wie­dź stu­dzi­ła fa­ce­tów z jed­ne­go pro­ste­go po­wo­du: ozna­cza­ła, że nie po­le­cę na tani tekst i będzie się trze­ba na­męczyć, żeby mnie „wy­chędo­żyć”. W ta­kiej sy­tu­acji po­zo­sta­wa­ły dwie opcje pod­ry­wu: sta­wia­nie drin­ków, żeby mnie upić – co uszczu­pla­ło bu­dżet bez gwa­ran­cji suk­ce­su – albo wy­tęże­nie in­te­lek­tu i uwie­dze­nie mo­je­go mó­zgu. Po­ten­cjal­ni za­in­te­re­so­wa­ni za­zwy­czaj po pro­stu od­pusz­cza­li, zgod­nie z za­sa­dą: „Po co ście­rać się z kró­lo­wą psz­czół, jak mo­żna upo­lo­wać coś ła­twiej­sze­go?”. Klu­czo­we było jed­nak sło­wo „za­zwy­czaj”. Mar­ca ono nie do­ty­czy­ło.

– Mam dłu­gą li­stę eks­fa­ce­tów i ka­żdy z nich ci po­wie, że je­stem kom­plet­ną wa­riat­ką. Na co ci to? Mało masz pro­ble­mów w ży­ciu?

Wzi­ął nie­śpiesz­ny łyk, a ja opa­rłam się ręka­mi o bar.

– Może w tym sza­le­ństwie jest me­to­da?

– Nie dla mnie – za­prze­czy­łam ener­gicz­nie. – Przede wszyst­kim dla­te­go, że przy­ja­źnię się z two­ją sio­strą. Dla niej nie masz cza­su, a co do­pie­ro dla ja­kie­kol­wiek la­ski. Nie za­mie­rzam być ni­czy­ją opcją za­pa­so­wą, pla­nem B czy przy­ja­ció­łką z bo­nu­sem, bez względu na to, ja­kie pe­any na two­ją cze­ść pie­ją two­je do­tych­cza­so­we zdo­by­cze, więc nie mar­nuj cza­su – ostrze­głam.

Uśmiech­nął się le­ni­wie.

– Grasz trud­ną do zdo­by­cia?

– W ży­ciu. Usi­łu­ję ci prze­ka­zać wia­do­mo­ść pod­pro­go­wą, ale chy­ba nie ku­masz, więc mu­szę być bar­dziej do­sad­na: po­my­łka w ad­re­sie.

Oana po­ja­wi­ła się przy nas i usia­dła na sto­łku obok nie­go.

– Wi­dzę, że już po­zna­łaś mo­je­go bra­ta – rzu­ci­ła.

Par­sk­nęłam sar­ka­stycz­nie.

– Nie mu­sia­łam się za bar­dzo wy­si­lać. Wszy­scy fa­ce­ci w jego ty­pie są tacy sami. – Prze­śmiew­czo unio­słam brwi. – Mo­żna z nich czy­tać jak z bez­płat­nej ga­ze­ty: krót­ko i bez zbyt­nie­go za­an­ga­żo­wa­nia.

– A ja my­śla­łam, że ko­bie­ty cię ko­cha­ją, bra­cisz­ku – dra­żni­ła się z nim.

– Ko­bie­ty tak. – Rzu­cił spoj­rze­nie na mój de­kolt.

Traf­ny przy­tyk. Żad­na ze mnie Sa­bri­na w bia­łym bi­ki­ni. Pierw­szy raz w ży­ciu ża­ło­wa­łam, że nie mam du­żych pier­si, któ­re mo­gły­by go ogłu­pić po śred­nio pi­ęćdzie­si­ąt pro­cent na ka­żdy cy­cek.

– Aż się nie mogę do­cze­kać, żeby zo­ba­czyć, jak to się sko­ńczy – za­kpi­ła Oana z sze­ro­kim uśmie­chem.

– Och, skar­bie, je­dy­ny mo­żli­wy sce­na­riusz jest taki, że wszyst­ko pój­dzie z dy­mem. Mi­łe­go de­lek­to­wa­nia się pi­wem. – Kie­dy od­cho­dzi­łam do klien­ta cze­ka­jące­go na dru­gim ko­ńcu baru, od­pro­wa­dzał mnie per­li­sty śmiech ko­le­żan­ki.

Przez wi­ęk­szo­ść wie­czo­ru czu­łam na so­bie spoj­rze­nie Mar­ca. Oana przed­sta­wi­ła mnie Anji i So­fii, któ­re wpa­dły na na­le­śni­ki. Jak się oka­za­ło, Mar­co ochra­niał tę pierw­szą. Kie­dy za­bie­ra­łam ta­le­rze z ich sto­li­ka, pró­bo­wał mi po­móc, przez co otar­li­śmy się o sie­bie ra­mio­na­mi, a mnie od­dech uwi­ązł w gar­dle. Nie­do­brze! Rzu­ciw­szy ci­che „dzi­ęku­ję”, uśmiech­nęłam się do So­fii i od­da­li­łam. De­ser mia­ła im po­dać Oana, więc wró­ci­łam za bar z moc­nym po­sta­no­wie­niem omi­ja­nia Mar­ca San­ti­nie­go z da­le­ka! Sze­ro­kim, kur­wa, łu­kiem. Przez Ma­da­ga­skar!

Marco

Była nie­mal dru­ga w nocy, kie­dy Oana i Mar­go wy­szły z re­stau­ra­cji. Za­nim wsia­dły ra­zem do sa­mo­cho­du, sio­stra po­ma­cha­ła mi na po­że­gna­nie. Za­mie­rza­łem ją ju­tro wy­py­tać o ko­le­żan­kę. Na pierw­szy rzut oka nowa kel­ner­ka Pau­la była kimś, na kogo nie spoj­rza­łbym dwa razy, ale te jej oczy… Mia­łem wra­że­nie, że prze­wier­ca mnie nimi na wy­lot, do­ty­ka­jąc za­ka­mar­ków du­szy, któ­rych po­sia­da­nia so­bie nie uświa­da­mia­łem. I ten ci­ęty język. Wi­ęk­szo­ść ko­biet re­ago­wa­ła na mnie sze­ro­kim uśmie­chem uzna­nia. Flir­to­wa­ły. Lu­bi­ły pa­trzeć, bo było na co. I do­kład­nie o to cho­dzi­ło Pa­tric­ko­wi. O od­wró­ce­nie uwa­gi od Anji. Lu­dzie mie­li się ga­pić na mnie, a nie na ko­bie­tę, któ­rą ochra­niam.

Kie­dy Anja sie­dzia­ła już bez­piecz­nie w Mer­ce­de­sie, za­trzy­ma­łem Fa­bie­go, za­nim zdążył do­łączyć do dziew­czyn.

– Spraw­dź ją.

– Już to zro­bi­łem – od­pa­rł, nie py­ta­jąc na­wet, kogo mam na my­śli. – Mo­ni­to­ru­ję, kto się kręci koło two­jej sio­stry. Nie po­zwo­lę na po­wtór­kę z Mii – do­dał twar­do. – Zresz­tą od ak­cji w Du­ba­ju spraw­dzam wszyst­kie ko­bie­ty przy­by­wa­jące na wy­spę.

– Wszyst­kie?

– Pra­wie. – Skrzy­wił się. – Na tyle, na ile je­stem w sta­nie kon­tro­lo­wać ruch, bo na­wet na na­szych lot­ni­skach tu­ry­stów li­czy się w set­kach dzien­nie. Mar­go pra­cu­je dla Pau­la, u któ­re­go spędza­my spo­ro cza­su, więc przyj­rza­łem się jej poza ko­lej­no­ścią.

– Jest w niej coś ta­kie­go… – urwa­łem. Fabi scho­wał dło­nie do kie­sze­ni, cze­ka­jąc na dal­sze sło­wa. – Jak­by prze­wier­ca­ła cię spoj­rze­niem na wy­lot.

– Masz prze­czu­cie? – spy­tał, uno­sząc brwi. – Spró­bu­ję po­szpe­rać. Za­py­tam na­sze­go czło­wie­ka z In­ter­po­lu.

Na ra­zie mu­sia­ło mi to wy­star­czyć, ale pal­ce aż mnie świerz­bi­ły, żeby sa­me­mu się prze­ko­nać, czy mia­łem ra­cję. Po­że­gna­łem się z nim i wsia­dłem za kie­row­ni­cę wła­sne­go auta.

– Co się sta­ło? – spy­ta­ła Anja cie­kaw­sko.

– Nic.

Opu­ści­li­śmy par­king w ci­szy, ale oczy­wi­ście nie wy­trzy­ma­ła.

– Ja pier­do­lę, cze­mu wy za­wsze ser­wu­je­cie mi pó­łpraw­dy. Nie de­ner­wuj ci­ężar­nej! – ostrze­gła. – Cho­dzi o Mar­go?

Uzna­łem, że le­piej będzie rzu­cić jej kość niż po­zwo­lić, żeby kąsa­ła na oślep.

– Tak – przy­zna­łem.

– Coś nie tak?

– Fabi nic na nią nie zna­la­zł.

Wes­tchnęła.

– Może zwy­czaj­nie jest tym, kim jest? Przy­szło ci to do gło­wy? Cza­sem lu­dzie są po pro­stu szcze­rzy!

– To nie to.

Po­ta­rłem kark dło­nią, usi­łu­jąc się po­zbyć uczu­cia nie­po­ko­ju.

– Czy­żby na cie­bie nie po­le­cia­ła? – Za­śmia­ła się. – No weź, to nie jest grzech śmier­tel­ny. Może nie ru­sza­ją jej przy­stoj­ni, pew­ni sie­bie mężczy­źni. Może lubi dziew­czy­ny? A może wie, że je­steś lo­we­la­sem, któ­ry ska­cze z kwiat­ka na kwia­tek? – do­da­ła z kpi­ącym uśmie­chem, a ja skrzy­wi­łem się od­ru­cho­wo. – Ha! Wie­dzia­łam! I co te­raz, Don Ju­anie?

Spoj­rza­łem na nią z uśmiesz­kiem, któ­ry po­wi­nien jej wy­ja­śnić wszyst­ko.

Po­wie­dzia­łem Mar­go praw­dę: na­praw­dę lu­bi­łem wy­zwa­nia.

Margo

Oana z kil­ko­ma ko­le­żan­ka­mi za­ci­ągnęły mnie do baru. Mu­sia­łam mieć ja­kąś chwi­lę nie­po­czy­tal­no­ści czy udar, kie­dy się na to zgo­dzi­łam. Spo­tka­ły­śmy się przed we­jściem.

– Brat cię wy­pu­ścił z domu w ta­kim stro­ju? – spy­ta­łam na wi­dok wy­de­kol­to­wa­nej bluz­ki i ko­ńczącej się tuż za ty­łkiem spód­nicz­ki, któ­ry­mi mo­gła­by wo­dzić na po­ku­sze­nie sa­me­go dia­bła. Po­zo­sta­łe dziew­czy­ny wca­le jej zresz­tą nie ustępo­wa­ły.

– Mój brat wy­pro­wa­dził się daw­no temu – od­pa­ro­wa­ła. Moje ciu­chy skwi­to­wa­ła skrzy­wie­niem ust i kar­cącym spoj­rze­niem, bo w od­ró­żnie­niu od po­zo­sta­łych im­pre­zo­wi­czek wło­ży­łam zwy­kłą czar­ną ko­szul­kę na ra­mi­ącz­kach i dżin­sy.

– A Fabi?

– Fabi ma dzi­siaj rand­kę.

I to wy­ja­śnia­ło wy­zy­wa­jącą kre­ację, któ­ra przy­le­ga­ła do jej sek­sow­ne­go cia­ła ni­czym dru­ga skó­ra, wo­ła­jąc nie­mo: „Patrz, co tra­cisz, fra­je­rze!”.

– Ooooo – wy­rwa­ło mi się. – Z pra­cą?

– Nie mam po­jęcia – burk­nęła. – On, Mar­co i Aiden do­sta­li bzi­ka na punk­cie ja­kie­jś la­ski. Sama nie wiem, czy to jesz­cze fa­scy­na­cja, czy już ob­se­sja.

– Trzech na jed­ną? – za­in­te­re­so­wa­ła się Ma­ria.

– To może być dla nich ca­łkiem sa­tys­fak­cjo­nu­jący wie­czór – do­da­ła Isa­be­la, ob­li­zu­jąc na­pom­po­wa­ne usta.

– Co to za la­ska? Zna­my ją? – do­py­ty­wa­ła Vivi.

Oana wzru­szy­ła ra­mio­na­mi, prze­ci­ska­jąc się do baru.

– Nie chcę wie­dzieć! – syk­nęła.

– Oho! – pod­su­mo­wa­łam żar­to­bli­wie. – Ktoś tu jest za­zdro­sny.

– Co po­dać? – Bar­man pu­ścił oczko do Oany, jak­by ją do­brze znał.

– Long is­land, Joe – od­pa­rła.

Spoj­rzał na mnie.

– Blo­ody Mary full of vod­ka, bles­sed you are among the coc­ta­ils1 – wy­re­cy­to­wa­łam.

– Świet­ny wy­bór – po­chwa­lił. – Się robi, sze­fo­wo!

Parę mi­nut pó­źniej drin­ki zna­la­zły się na na­szym sto­li­ku. Wie­czór mi­jał pod zna­kiem ga­da­nia o wszyst­kim i ni­czym. Prze­by­wa­nie w klu­bie, ta­ńcze­nie, pi­cie z dziew­czy­na­mi i zu­pe­łny re­laks – wszyst­ko to ra­zem było przy­jem­nym do­świad­cze­niem, cho­ciaż ra­czej ob­ser­wo­wa­łam to­wa­rzy­stwo, niż wio­dłam prym w roz­mo­wach. Po dru­giej run­dzie drin­ków na­sze to­wa­rzysz­ki po­szły ta­ńczyć, a Oana wy­jęła te­le­fon z kie­sze­ni i za­częła pi­sać.

– Se­rio? – spy­ta­łam z nie­chęcią.

– Co? – Pod­nio­sła na mnie wzrok.

– Nie po­tra­fisz się obyć bez Fa­bia­na na­wet przez je­den wie­czór?

Wy­dęła war­gi jak nie­za­do­wo­lo­ne dziec­ko.

– Nie pi­szę do nie­go. – Spoj­rza­łam na nią scep­tycz­nie, więc od­wró­ci­ła te­le­fon ekra­nem w moją stro­nę. – Póki je­stem trze­źwa, pro­szę bra­ta, żeby ro­bił dzi­siaj za na­szą tak­sów­kę.

Nie­po­ko­jąca per­spek­ty­wa, sko­ro za­mie­rza­łam go omi­jać z da­le­ka.

– Mo­że­my się prze­jść – za­su­ge­ro­wa­łam.

– W szpil­kach? – Spoj­rza­ła na mnie z nie­do­wie­rza­niem, jak­bym na­gle za­częła nada­wać al­fa­be­tem Mor­se’a. – Trzy­dzie­ści mi­nut? Mar­co nie jest taki strasz­ny.

– „Strasz­ny” to po­jęcie względ­ne – od­pa­rłam, upi­ja­jąc ze szklan­ki. – Może być przy­stoj­ny jak sam dia­beł, ale gdzieś ja­kaś la­ska ma go ser­decz­nie dość.

– To by­łby cud – mruk­nęła. – Nie wi­dzia­łam go ni­g­dy z żad­ną la­ską.

– Ce­li­bat? Czy woli chłop­ców?

Za­śmia­ła się lek­ko.

– Cho­dzi­ło mi o to, że ni­g­dy nie był w zwi­ąz­ku. Za to wiem, że po­su­wał parę mo­ich ko­le­ża­nek.

– Skąd, sko­ro ich z nim nie wi­dzia­łaś?

– Nie omiesz­ka­ły mi się po­chwa­lić, co jest obrzy­dli­we, bo kto chcia­łby słu­chać o ży­ciu sek­su­al­nym bra­ta. – Wes­tchnęła. – Oczy­wi­ście prze­sta­wa­ły się ze mną przy­ja­źnić, kie­dy z nimi ko­ńczył…

Zer­k­nęłam na nią po­dejrz­li­wie.

– Py­tasz mnie, czy mam ocho­tę na nie­go wsko­czyć? – za­py­ta­łam. Unio­sła brwi, nie wy­pusz­cza­jąc słom­ki z ust. – Lal­ka! Może i przy­jem­nie się na nie­go pa­trzy, ale tego kwia­tu to pół świa­tu.

– By­ła­byś je­dy­na na mi­lion ko­biet.

– I ta­kie też są szan­se two­je­go bra­ta u mnie.

Ro­ze­śmia­ła się, jak to ona tyl­ko po­tra­fi­ła, ści­ąga­jąc na nas za­fa­scy­no­wa­ne spoj­rze­nia nie­mal wszyst­kich mężczyzn. Wło­ży­ła ko­mór­kę z po­wro­tem do to­reb­ki i za­or­dy­no­wa­ła:

– Idzie­my ta­ńczyć!

Ziew­nęłam po­tężnie. By­łam już po dru­gim drin­ku, więc moje cia­ło się roz­lu­źni­ło, do­pa­so­wu­jąc się do mu­zy­ki. Z gło­śni­ków pły­nęła pio­sen­ka Tay­lor Swift Blank Spa­ce. Uwiel­bia­łam ją! Sta­no­wi­ła mój oso­bi­sty hymn i ide­al­nie pa­so­wa­ła do obec­nej sy­tu­acji. Gracz zo­stał ogra­ny… Jed­no­znacz­nie ko­ja­rzy­ła mi się z Mar­kiem, któ­ry zde­cy­do­wa­nie nie po­trze­bo­wał ko­lej­nej fan­ki. Ten fa­cet naj­pierw ode­bra­łby mi od­dech nie­ziem­skim sek­sem, ale po­tem po­zby­łby się mnie jak śmie­cia, wma­wia­jąc mi, że to dla mo­je­go do­bra, bo nie jest go­to­wy na zwi­ązek, a ja za­słu­gu­ję na coś lep­sze­go. Mowa! Oczy­wi­ście, że za­słu­gi­wa­łam!

Po­ru­sza­łam się w rytm mu­zy­ki, za­po­mi­na­jąc o wszyst­kim do­oko­ła, kie­dy na­gle po­czu­łam mro­wie­nie na kar­ku. To nie mógł być nikt inny niż przy­stoj­ny blon­das, któ­ry od po­cząt­ku da­wał ja­sne sy­gna­ły, że będą z nim same pro­ble­my. Na usta wy­pły­nął mi le­ni­wy uśmiech. Od­wró­ci­łam się w stro­nę sto­li­ków, żeby zwe­ry­fi­ko­wać, czy mam ra­cję. BIN­GO! Ni­czym żywe wcie­le­nie grze­chu po­żąda­nia stał non­sza­lanc­ko opar­ty o ko­lu­mien­kę i przy­pa­try­wał się par­kie­to­wi. Na­sze spoj­rze­nia spo­tka­ły się na krót­ką chwi­lę. Ze zdzi­wie­niem za­uwa­ży­łam wcho­dzące­go do środ­ka Fa­bie­go. Czy to nie Mar­co miał nas za­brać do domu? Mój mózg na rau­szu wo­lał śpie­wać i ta­ńczyć niż roz­k­mi­niać, co ro­bi­li tu obaj.

Do­pie­ro parę pio­se­nek pó­źniej wró­ci­ły­śmy do sto­li­ka, gdzie dziew­czy­ny wy­lew­nie przy­wi­ta­ły na­sze­go kie­row­cę. Ja przeda­rłam się do baru, żeby za­mó­wić na­stęp­ną ko­lej­kę, a kie­dy już do­łączy­łam do resz­ty to­wa­rzy­stwa, bar­dziej niż Mar­co in­te­re­so­wa­ła mnie Oana za­jęta ko­lej­nym szo­tem te­qu­ili i jej nie­uda­ne pró­by igno­ro­wa­nia Fa­bia­na.

– Źle to ro­bisz. – Po­kręci­łam gło­wą, kie­dy od­sta­wia­ła kie­li­szek.

– A niby jak ina­czej? Sól, szot, li­mon­ka.

– Nie, nie, ko­lej­no­ść jest do­bra – po­twier­dzi­łam. – Mam na my­śli spo­sób. Za­ło­żę się o dy­chę, że twój brat wie do­sko­na­le.

– Mogę po­ka­zać – za­pro­po­no­wał.

Uśmiech­nął się w taki spo­sób, że tyl­ko cze­ka­łam, aż któ­raś la­ska z na­pa­lo­ne­go tłu­mu ze­mdle­je. Prze­szy­wa­jące spoj­rze­nie zie­lo­nych oczu sku­pi­ło się na mnie. Jak za­wsze było w nim coś, co spra­wia­ło, że czu­łam się nie­swo­jo, ale dzi­siaj, na rau­szu i po ostat­nim szo­cie, było mi roz­kosz­nie wszyst­ko jed­no.

Bio­rąc do ręki sol­nicz­kę, przy­wo­łał mnie pal­cem.

– Mój się nie na­da­je do ta­kich eks­pe­ry­men­tów – za­strze­głam. Na­praw­dę mia­łam płyt­kie oboj­czy­ki. Nie prze­ko­na­ło go to i po­no­wił gest. Ale że niby Ma­ho­met do góry? Nie w tych bu­tach i nie po ta­kiej ilo­ści al­ko­ho­lu. Dzi­siaj góra mu­sia­ła przy­jść do Ma­ho­me­ta. – Ani ze mnie świn­ka, ani tym bar­dziej mor­ska – rzu­ci­łam żar­to­bli­wie.

Zu­pe­łnie go to nie wzru­szy­ło. Sta­nął za mną, a to­wa­rzy­szące nam la­ski na­gle spoj­rza­ły na mnie z za­zdro­ścią. Nie­mal czu­łam te wy­ima­gi­no­wa­ne ostrza noży za­głębia­jące się mi­ędzy moje ło­pat­ki. Raz ko­zie śmie­rć, niech za­zdrosz­czą!

Wes­tchnęłam dra­ma­tycz­nie, prze­chy­la­jąc gło­wę na pra­wo.

– Je­śli zro­bię to któ­rej­kol­wiek z nich, po­my­śli, że się w niej za­ko­cha­łem – szep­nął mi do ucha, za­nim po­li­zał moją skó­rę. Po­chy­lił się po kie­li­szek. – Nie ru­szaj się – po­le­cił bez sen­su, bo i tak nie było szans, że­bym drgnęła. Nie po tym, jak ty­si­ące iskier prze­sko­czy­ło mi w ukła­dzie ner­wo­wym, po­wo­du­jąc naj­pierw zwar­cie, a po­tem to­tal­ny pa­ra­liż sys­te­mu zdro­we­go roz­sąd­ku i prze­pa­la­jąc ob­wo­dy in­stynk­tu sa­mo­za­cho­waw­cze­go.

Na­sy­pał soli w od­po­wied­nie miej­sce. Zer­k­nęłam na Oanę z ob­ra­żo­ną miną, jak­bym cze­ka­ła na wy­ko­na­nie wy­ro­ku śmier­ci przez ści­ęcie gło­wy. Czu­łam, jak krew za­czy­na mi szyb­ciej krążyć w ży­łach. Przy­gry­złam wnętrze po­licz­ka, kie­dy jego język znów prze­śli­zgnął się po skó­rze mo­je­go oboj­czy­ka.

Wdech! Wy­dech! Czte­ry se­kun­dy na wdech i sze­ść se­kund na wy­dech.

Unio­słam li­mon­kę do ust mężczy­zny. Wbił się w nią zęba­mi. Parę kro­pel soku spły­nęło mi po kciu­ku w dół. Zli­zał je, a moje cen­trum wszech­świa­ta za­ci­snęło się kon­wul­syj­nie. Za­bra­łam rękę i po­pa­trzy­łam na nią ze zmarsz­czo­nym czo­łem, krzy­wi­ąc się. Może i ka­żda z obec­nych tu ko­biet chcia­ła­by te­raz być na moim miej­scu i nie myć się ni­g­dy wi­ęcej, bo ob­li­zał ją sam Mar­co San­ti­ni, ale ja nie za­mie­rza­łam dać mu tej sa­tys­fak­cji.

– Fuj! Ohy­da! – Wy­ta­rłam dłoń o ko­szul­kę. Mar­co pa­trzył na mnie, jak­by wie­dział, że to tyl­ko gra po­zo­rów. – Idę umyć rękę.

Od­wró­ci­łam się i, nie da­jąc mu sa­tys­fak­cji, po­szłam do to­a­le­ty. Po­trze­bo­wa­łam chwi­li, żeby uspo­ko­ić puls i przy­wo­łać zim­ną jak lód Mar­go, któ­ra nie roz­to­pi się po pierw­szym lep­szym li­źni­ęciu go­rące­go języ­ka ja­kie­goś tam lo­we­la­sa. Kie­dy wró­ci­łam do sto­li­ka, roz­pra­wia­li o pro­wa­dze­niu auta. Li­lia­na, jed­na z przy­ja­ció­łek Oany, któ­ra do­łączy­ła do nas w mi­ędzy­cza­sie, uczy­ła się wła­śnie je­ździć. Ze spoj­rzeń rzu­ca­nych Mar­co­wi wno­si­łam, że chęt­nie za­bra­ła­by go na jaz­dę te­sto­wą. Resz­ta dziew­czyn wy­gląda­ła tak, jak­by mia­ła to samo sia­no w gło­wie. Ide­al­ny przy­kład zbio­ro­wej hi­ste­rii.

– Pro­wa­dzi­łaś kie­dyś jego sa­mo­chód? – spy­ta­łam Oanę, wska­zu­jąc na Fa­bie­go, któ­ry w od­po­wie­dzi spoj­rzał na mnie jak na wa­riat­kę.

– Wła­ści­wie to nie – przy­zna­ła. – Ja­koś tak za­wsze wy­cho­dzi, że to on wsia­da za kie­row­ni­cę.

– A dla­cze­go? – Spoj­rza­łam na Fa­bie­go przez stół.

– Ko­bie­ta może pro­wa­dzić mnie w łó­żku, ale nie moje auto – rzu­cił okle­pa­nym tek­stem, po czym przy­bił żó­łwi­ka z kum­plem, jak­by to było coś oczy­wi­ste­go.

– Ni­g­dy nie wi­dzia­łeś, jak pro­wa­dzi. – Rzu­ci­łam mu spoj­rze­nie spod rzęs.

– Wi­ęk­szo­ść ko­biet robi to bez­na­dziej­nie – wtrącił się Mar­co. – Moja sio­stra nie jest wy­jąt­kiem.

Obu­rzo­na Oana rzu­ci­ła w nie­go skór­ką od li­mon­ki, na co tyl­ko się za­śmiał. Prze­nio­słam na nie­go roz­ba­wio­ne spoj­rze­nie.

– Może jesz­cze raz prze­my­ślisz swo­ją od­po­wie­dź? – za­żar­to­wa­łam. – Fak­ty są ta­kie, pa­no­wie, że to mężczy­źni uczą nas pro­wa­dzić. Więc je­śli ro­bi­my to źle, to wa­sza wina.

Dziew­czy­ny ro­ze­śmia­ły się dźwi­ęcz­nie. Oana przy­bi­ła ze mną pi­ąt­kę, a na sto­le po­ja­wi­ła się na­stęp­na ko­lej­ka.

– Gdy­by do ko­ńca świa­ta zo­sta­ło trzy­dzie­ści mi­nut, jak wy­ko­rzy­sta­li­by­ście ten czas? – rzu­ci­łam, nie kie­ru­jąc py­ta­nia do ni­ko­go kon­kret­ne­go. Mar­co już otwie­rał usta z uśmiesz­kiem. – Nie! – po­wstrzy­ma­łam go, gro­żąc mu pal­cem wska­zu­jącym. – Już wie­my, jaka by­ła­by two­ja od­po­wie­dź.

– Jaka? – Uśmiech­nął się kpi­ąco.

– Seks – rzu­ci­ła Isa­be­la uwo­dzi­ciel­sko.

– Taa… – Skrzy­wi­łam się z nie­sma­kiem. – A co z po­zo­sta­ły­mi dwu­dzie­sto­ma dzie­wi­ęcio­ma mi­nu­ta­mi?

– W ka­żdej chwi­li mogę ci udo­wod­nić, że się my­lisz – od­pa­ro­wał Mar­co z bły­skiem w oku.

– Sor­ry, skar­bie, ale nie przyj­mu­ję ta­nich pre­zen­tów.

Oana się ro­ze­śmia­ła. Fa­bia­no jej za­wtó­ro­wał, ale po­zo­sta­łe dziew­czy­ny pa­trzy­ły na mnie kar­cąco, jak­bym co naj­mniej za­tłu­kła szcze­niacz­ka ga­ze­tą.

– Ja bym spędzi­ła ten czas na pla­ży, ob­ja­da­jąc się lo­da­mi i go­fra­mi! – po­wie­dzia­ła Oana. – Ka­lo­rie i tak za chwi­lę prze­sta­ły­by się li­czyć. A ty?

– Ja ob­ra­bo­wa­ła­bym bank – wy­pa­li­łam.

– Ale prze­cież pie­ni­ądze nie będą mia­ły zna­cze­nia! – obu­rzy­ła się Ma­ria. – Ja też sta­wia­ła­bym na seks.

– Do­bra, więc tych dwo­je – wska­za­łam pal­cem ją i Mar­ca – upra­wia seks. Oana się ob­ja­da, ja ra­bu­ję bank, a wy? – Od­wró­ci­łam się do Isa­be­li i Vivi.

– Ja wo­la­ła­bym się zdro­wo na­je­bać – od­pa­rła ta dru­ga. – Może na­ćpać?

– Ja do­łączę do trój­kąci­ka. – Isa­be­la zro­bi­ła ma­śla­ne oczy, a mi ze­bra­ło się na wy­mio­ty.

– Wy­pi­ję za to, że nie będę mu­sia­ła na to pa­trzeć, bo zaj­mę się ob­ra­bia­niem ban­ku. – Unio­słam kie­li­szek i wy­chy­li­łam.

Po kil­ku ko­lej­nych pio­sen­kach spędzo­nych na par­kie­cie Oana mia­ła do­syć. Oczy­wi­ście tak so­bie wszyst­ko roz­pla­no­wa­li, że wy­lądo­wa­łam w grup­ce, któ­ra mia­ła wra­cać z Mar­kiem. Isa­be­la rzu­ci­ła się do drzwi pa­sa­że­ra, jak­by to był ja­kiś cho­ler­ny wy­ścig – ni­czym w tram­wa­ju, gdzie pierw­szy wa­gon je­dzie szyb­ciej. Prze­wró­ci­łam ocza­mi, sia­da­jąc z tyłu. Nie wiem, czy ist­nie­je coś bar­dziej ża­ło­sne­go niż na­chal­na la­ska. Mar­co chy­ba po­dzie­lał moje zda­nie, bo ja­koś tak wy­szło, że wła­śnie ona wy­sia­dła jako pierw­sza, pod­czas gdy mnie zo­sta­wił so­bie na ko­niec. Faj­nie! Czu­łam się tak, jak­bym mia­ła pry­wat­ne­go kie­row­cę.

– Jest ja­kiś szcze­gól­ny po­wód, dla któ­re­go mnie nie lu­bisz? – za­ga­ił, spo­gląda­jąc na mnie we wstecz­nym lu­ster­ku. Uda­wa­łam, że tego nie wi­dzę.

– Może wolę ko­bie­ty? – za­su­ge­ro­wa­łam non­sza­lanc­ko. Od­po­wie­dzia­ło mi tyl­ko ci­che „hmm”. – Te­raz brzmisz jak Ge­ralt z Ri­vii.

To go wy­ra­źnie roz­ba­wi­ło.

– Traf­ne po­rów­na­nie.

Na po­cząt­ku nie za­ła­pa­łam, ale olśni­ło mnie, kie­dy so­bie przy­po­mnia­łam, jak jesz­cze na­zy­wa­no Ge­ral­ta. Rze­źnik z Bla­vi­ken. Trzep­nęłam się dło­nią w czo­ło w kla­sycz­nym face pal­mie.

– Jak­by co, masz do­sko­na­łe prze­bra­nie na Hal­lo­we­en – mruk­nęłam. – Al­ko­hol mi nie słu­ży – do­da­łam de­fen­syw­nym to­nem. – Stąd mój idio­tycz­ny ko­men­tarz o Ge­ral­cie.

– Na kaca do­bre jest śnia­da­nie.

Czy on chciał się wpro­sić na noc… ze śnia­da­niem?

– W lo­dów­ce mam tyl­ko świa­tło, więc od­pa­da!

– Chcesz sko­czyć na kawę?

O! Flir­ciar­ski ton. Jak nie­mi­ło.

– Chcesz mi ją rano do­star­czyć do domu? – skon­tro­wa­łam.

– Hmm… To może ja do­star­czę kawę, a ty śnia­da­nie?

– Kot­ku, gdy­bym usi­ło­wa­ła coś ugo­to­wać, pew­nie sko­ńczy­ło­by się na przy­wo­ły­wa­niu du­chów, przy­zy­wa­niu de­mo­nów albo w naj­bar­dziej opty­mi­stycz­nej wer­sji do­sta­łbyś za­tru­cia po­kar­mo­we­go.

– Znów grasz trud­ną do zdo­by­cia? – za­kpił.

Jezu, to trze­ba zdu­sić w za­rod­ku. Kawa na ławę!

– Ależ skąd! – Prze­wró­ci­łam ocza­mi. – Je­stem zwy­czaj­nie nie­za­in­te­re­so­wa­na, ale ty nie ła­piesz kli­ma­tu. Szcze­rze, ko­cha­nie, chy­ba mnie z kimś po­my­li­łeś. Je­stem ko­bie­tą bez ser­ca, nie bez mó­zgu. Te bez mó­zgu wy­sia­dły wcze­śniej. Na­praw­dę nie po­trze­bu­ję fa­ce­ta w moim ży­ciu. Mam wy­star­cza­jąco dużo pro­ble­mów – wy­ja­śnia­łam, a on z ka­żdym sło­wem uśmie­chał się sze­rzej. – Na przy­kład iry­tu­jących klien­tów py­ta­jących mnie, gdzie by­łam przez ich całe ży­cie, albo ta­kich, co pro­po­nu­ją mi drin­ka, kie­dy ja wo­la­ła­bym kasę. Naj­gor­si są ci na faj­ran­cie. „Może gdzieś ra­zem wyj­dzie­my?”, I mu­sisz gry­źć się w język, żeby mu nie od­po­wie­dzieć: „Idź pierw­szy, ni­g­dy nie do­łączę!”.

Re­cho­tał te­raz jak głu­pi.

– Na ju­tro do pra­cy za­miast dru­gie­go śnia­da­nia wo­la­ła­byś pi­sto­let?

– Ku­szące! – od­pa­rłam, uda­jąc, że się na­my­ślam. – Chy­ba jed­nak wo­la­ła­bym wy­grać na lo­te­rii.

– To może za­in­te­re­su­je cię re­lak­sa­cyj­na te­ra­pia za­stęp­cza?

Skrzy­wi­łam się.

– Jezu, to naj­gor­sza pro­po­zy­cja sek­su, jaką kie­dy­kol­wiek do­sta­łam. Czy to w ogó­le na ko­go­kol­wiek dzia­ła?

– Może je­stem inny niż wszy­scy?

– Oczy­wi­ście! – sark­nęłam, prze­wra­ca­jąc ocza­mi. – Ide­al­ny. Do­kład­nie tak samo jak wszy­scy inni. Dzi­ęki, ale nie. Czy mo­że­my już nie wra­cać do tego te­ma­tu?

Jego oczy zła­god­nia­ły. Zer­k­nął na mnie w lu­ster­ku.

– Mia­łem na my­śli coś in­ne­go.

– Oke­eej – od­po­wie­dzia­łam prze­ci­ągle. Za­trzy­mał auto pod moim do­mem. – Dam się na­brać. Co mia­łeś na my­śli?

– Pły­wa­łaś kie­dyś nago w oce­anie w środ­ku nocy? Je­śli nie, spró­buj. – Klik­nął coś na ma­pie na środ­ko­wej kon­so­li. – To są ko­or­dy­na­ty. Zrób so­bie fot­kę. To pry­wat­na pla­ża na­le­żąca do Pa­tric­ka. Za­py­taj Oanę, jak tam tra­fić, je­śli sama nie dasz rady.

Po­czu­łam się głu­pio. Po­słusz­nie wy­ci­ągnęłam te­le­fon i pstryk­nęłam zdjęcie.

– Dzi­ęki – wy­mam­ro­ta­łam, wy­sia­da­jąc.

Po­cze­kał, aż we­szłam do środ­ka, i do­pie­ro wte­dy od­je­chał.

Rozdział 2

Margo

Ta­lia zna­la­zła mnie nie­mal przed ko­ńcem wie­czor­nej „wach­ty”. Mia­ły­śmy jesz­cze po­sprzątać brud­ne na­czy­nia, zmyć sto­li­ki, a po­tem podło­gę, żeby nie zo­sta­wiać syfu na ko­lej­ny dzień. Zwy­kle bez pro­ble­mu dzie­li­ły­śmy się obo­wi­ąz­ka­mi z in­ny­mi kel­ner­ka­mi, ale nie z Ta­lią! Nie, nie, Ta­lia była za do­bra do wy­ko­ny­wa­nia tak pro­stych czyn­no­ści. Co by się sta­ło z cu­dow­nym ma­ni­cu­re na jej pa­znok­ciach? Za­zwy­czaj więc się opier­da­la­ła, je­dy­nie sy­mu­lu­jąc pra­cę, a ja się za­sta­na­wia­łam, czy ma ja­kieś haki na Pau­la. Gdy­bym była jej sze­fo­wą, wy­je­ba­ła­bym ją na zbi­ty ryj już daw­no, ale on z ja­kie­goś nie­zro­zu­mia­łe­go po­wo­du miał do niej aniel­ską cier­pli­wo­ść.

Te­raz ksi­ężnicz­ka zmie­rza­ła w moją stro­nę, kręcąc ku­prem. Mia­ło być sek­sow­nie, wy­szło ża­ło­śnie, jak­by prze­ska­ki­wa­ła z nogi na nogę. Bied­ny Mat­ti. Ale może cho­ciaż ro­bi­ła do­brze la­skę.

– Po­ga­da­my? – za­ga­iła.

– Na­wi­jaj – rzu­ci­łam nie­chęt­nie, wy­cie­ra­jąc sto­lik. Je­den z pierw­szych, któ­re trze­ba było umyć.

Za­miast wzi­ąć się za ro­bo­tę, Ta­lia wy­ci­ągnęła z kie­sze­ni po­mad­kę i po­ma­lo­wa­ła usta.

– Oana ma za trzy ty­go­dnie uro­dzi­ny i chce­my zor­ga­ni­zo­wać im­prez­kę na pry­wat­nej pla­ży Alva­re­zów. No wiesz, małe gro­no, tak do stu pi­ęćdzie­si­ęciu osób. Trze­ba się już za­brać za pla­no­wa­nie, bo to wy­ma­ga cza­su. Dla cie­bie mam za­da­nie spe­cjal­ne.

Spoj­rza­łam na nią spod oka, pry­ska­jąc środ­kiem do czysz­cze­nia na ko­lej­ny blat. Małe gro­no: sto pi­ęćdzie­si­ąt osób. Ja pier­do­lę, ja zna­łam może z dzie­si­ęć, a to­le­ro­wa­łam ze czte­ry. I Ta­lia nie była jed­ną z nich. Za­pew­ne li­czy­ła na to, że jak zwy­kle od­wa­lę za nią czar­ną ro­bo­tę.

– Do cze­go ci je­stem po­trzeb­na?

– Do od­wró­ce­nia uwa­gi.

Zmarsz­czy­łam brwi. Czy ta la­ska kie­dy­kol­wiek mó­wi­ła z sen­sem?

– Od cze­go?

– Ro­dzi­ce Oany rów­nież wy­pra­wia­ją im­pre­zę, tyle że u nich w domu, w ogro­dzie. Ale pew­nie nie po­trwa dłu­żej niż do dzie­si­ątej wie­czór.

Li­czy­łam na to, że Ta­lia szyb­ko przej­dzie do pu­en­ty, bo to jej owi­ja­nie w ba­we­łnę nie­sa­mo­wi­cie mnie wkur­wia­ło. Poza tym mo­gła z ła­ski swo­jej mi po­móc i pier­do­lić trzy po trzy, jed­no­cze­śnie my­jąc sto­li­ki, ale oczy­wi­ście nie przy­szło jej to do tej blond gło­wy…

– Do rze­czy, sio­stro – po­ra­dzi­łam, za­bie­ra­jąc się za ko­lej­ny blat.

– Po­trze­bu­je­my znać szcze­gó­ły im­pre­zy u ro­dzi­ców i ktoś musi przy­wie­źć Oanę po­tem na pla­żę.

– To dwa ró­żne za­da­nia – wy­tknęłam, co naj­wy­ra­źniej spo­wo­do­wa­ło spi­ęcie na ob­wo­dach, bo Ta­lia pa­trzy­ła na mnie jak cie­le na ma­lo­wa­ne wro­ta. – I co ja mam z tym wszyst­kim wspól­ne­go?

Ro­zej­rza­ła się ukrad­kiem i po­chy­li­ła w moją stro­nę. Nor­mal­nie ni­czym szpieg z Kra­iny Desz­czow­ców. Kar­ram­ba!

– Ktoś musi wy­ci­ągnąć od Mar­ca de­ta­le, nie zdra­dza­jąc szcze­gó­łów im­prez­ki na pla­ży – wy­szep­ta­ła.

Wy­pro­sto­wa­łam się, marsz­cząc brwi.

– Czy ja do­brze ro­zu­miem? Chcesz za ple­ca­mi ma­fij­nej fe­raj­ny zro­bić im­pre­zę nie­spo­dzian­kę na pla­ży tak, żeby nikt o tym nie wie­dział?

Otwo­rzy­ła sze­ro­ko oczy, wy­ra­źnie za­sko­czo­na, że wy­po­wie­dzia­łam gło­śno za­ka­za­ne sło­wo na „M”. Przez chwi­lę wpa­try­wa­ła się we mnie, jak­by prze­twa­rza­ła in­for­ma­cje. Wy­pchnęła po­li­czek języ­kiem.

– No.

– Po­je­ba­ło cię? – spy­ta­łam zu­pe­łnie po­wa­żnie. – A nie le­piej by­ło­by wci­ągnąć w to jej bra­ta? Przy­wie­zie ją na pla­żę, a sko­ro sie­dzi w ma­fii, po­wi­nien wie­dzieć, jak trzy­mać bu­zię na kłód­kę. Poza tym, kto wpa­dł na ten po­ro­nio­ny po­my­sł, że to wła­śnie ja mam z nie­go wy­ci­ągnąć szcze­gó­ły? – spy­ta­łam z jaw­nym nie­za­do­wo­le­niem.

– Isa­be­la – przy­zna­ła z oci­ąga­niem.

Oczy­wi­ście! Ko­lej­ny orzeł in­te­lek­tu.

– Po­nie­waż? – do­cie­ka­łam.

Spoj­rza­ła na mnie, jak­bym rżnęła głu­pa, przy czym chy­ba obie mu­sia­ły­śmy mieć ta­kie same miny, bo ja tak wła­śnie po­my­śla­łam o niej.

– Od­wió­zł cię do domu?

Z we­rwą wy­cie­ra­łam ko­lej­ny sto­lik. Za­czy­na­łam się po­wa­żnie iry­to­wać. Mu­szę po­pro­sić Pau­la, żeby nie usta­wiał mnie z tym pu­sta­kiem na zmia­nie w przy­szłym mie­si­ącu, bo przy­si­ęgam, że jej w ko­ńcu przy­ło­żę szma­tą.

– No i co z tego, do dia­bła? – syk­nęłam.

– Zo­sta­wił cię so­bie na ko­niec. Je­steś jego ostat­nią zdo­by­czą? – za­ry­zy­ko­wa­ła nie­śmia­ło.

Ra­mio­na mi opa­dły. Ależ idio­tycz­ny po­my­sł. Zwłasz­cza że ro­bi­łam wszyst­ko, żeby trzy­mać się jak naj­da­lej od Mar­ca, a w nasz im­pre­zo­wy wie­czór po­trak­to­wa­łam go jak wła­sne­go bra­ta. Uprzej­mie, ale z dy­stan­sem gra­ni­czącym z pa­ni­ką. Nic tak nie ga­si­ło za­in­te­re­so­wa­nia fa­ce­tów jak oświad­cze­nie „zo­sta­ńmy przy­ja­ció­łmi”, a w jego sto­so­wa­niu by­łam mi­strzy­nią.

– Nie sy­piam z Mar­kiem – rzu­ci­łam po­nu­ro.

– Ale chcia­ła­byś?

– Ja pier­do­lę, Ta­lia, cza­sem nie wiem, czy grasz głu­pią, czy je­steś głu­pia – wy­rwa­ło mi się.

– Ale co w tym głu­pie­go? – Po­pa­trzy­ła na mnie ocza­mi, w któ­rych znaj­do­wa­ła się tyl­ko bez­den­na pust­ka. Cho­mik już daw­no uma­rł, ale kó­łko na­dal się kręci­ło. – Nie znam ko­bie­ty, któ­ra po­wie­dzia­ła­by mu „nie”.

Prze­wró­ci­łam ocza­mi, rzu­ca­jąc na chwi­lę szma­tę na stół. Wy­ci­ągnęłam do niej rękę, jak­by­śmy się wła­śnie po­zna­wa­ły.

– Miło mi. Mar­go je­stem.

– Ale dla­cze­go? – do­cie­ka­ła.

– Za­wsze są dwa po­wo­dy, aby nie ufać lu­dziom. Po pierw­sze, to, że ich znasz. A po dru­gie, to, że ich nie znasz.

– Ale…

Prze­szłam do ko­lej­ne­go sto­li­ka.

– Ja­kim cu­dem od przy­jęcia nie­spo­dzian­ki prze­szli­śmy do pie­prze­nia Mar­co? Wy­duś z sie­bie w ko­ńcu, o co ci kon­kret­nie cho­dzi, i weź się za ro­bo­tę – rzu­ci­łam wred­nie.

Przez parę se­kund wy­ła­my­wa­ła pal­ce, a ja ener­gicz­nie wy­cie­ra­łam blat, żeby zdu­sić po­ku­sę rzu­ce­nia w nią ścier­ką.

– Mu­sisz z nim po­roz­ma­wiać – wy­du­ka­ła w ko­ńcu.

– Dla­cze­go ja? – spy­ta­łam. Czy ona na­praw­dę nie zro­zu­mia­ła ani sło­wa z tego, co wła­śnie jej po­wie­dzia­łam?

Ta­lia wzi­ęła się pod boki, jak­bym ją zi­ry­to­wa­ła.

– Po co wszyst­ko kom­pli­ku­jesz?

– Ja kom­pli­ku­ję? Na­wet nie mam jego nu­me­ru te­le­fo­nu – tłu­ma­czy­łam co­raz mniej cier­pli­wie. Ta­lia wy­ci­ągnęła z kie­sze­ni mały zwi­tek pa­pie­ru i wsu­nęła mi w dłoń jak ra­so­wy di­ler. – Cze­mu sama do nie­go nie za­dzwo­nisz?

Przy­gry­zła war­gę w ten naj­bar­dziej wkur­wia­jący spo­sób, jak­by była ksi­ężnicz­ką, któ­rej nie­win­no­ść wła­śnie ura­zi­łam. Po­kręci­ła gło­wą.

– Nie mogę.

– Dla­cze­go?

– Bo mam chło­pa­ka! – wy­szep­ta­ła kon­spi­ra­cyj­nie.

Szczęka mi opa­dła. Li­te­ral­nie. Sta­łam jak ten de­bil z otwar­ty­mi usta­mi, wpa­tru­jąc się w jej od­da­la­jący się ty­łek. Co za po­ro­nio­na lo­gi­ka!

W pierw­szym od­ru­chu chcia­łam wy­je­bać do ko­sza kar­tecz­kę, któ­rą mi dała, ale z dru­giej stro­ny Oana za­słu­gi­wa­ła na su­per uro­dzi­ny. Tym spo­so­bem mój ge­nial­ny plan trzy­ma­nia się od Mar­ca z da­le­ka legł w gru­zach. Scho­wa­łam zwi­tek do kie­sze­ni z moc­nym po­sta­no­wie­niem, że do­wiem się wszyst­kie­go, a po­tem ska­su­ję jego nu­mer.

Margo

Na szczęście nie pra­co­wa­łam z Ta­lią przez na­stęp­ne dwa dni, co dało mi czas na prze­my­śle­nia. Trze­cie­go dnia nie mia­łam już tyle szczęścia: tra­fi­ły­śmy ra­zem na zmia­nę, a ona rzu­ca­ła mi zna­czące spoj­rze­nia przy ka­żdej nada­rza­jącej się oka­zji. Na­wie­dzo­na la­ska. W ko­ńcu zde­cy­do­wa­łam się za­dzwo­nić w cza­sie prze­rwy. Lu­bi­łam Oanę, więc za­le­ża­ło mi, żeby im­pre­za nie­spo­dzian­ka się uda­ła. Usia­dłam na mur­ku przy kli­fie i wy­bra­łam nu­mer, my­śląc so­bie w du­chu, że raz ko­zie śmie­rć. Moje ser­ce biło w przy­śpie­szo­nym ryt­mie – na ka­żdy sy­gnał ocze­ki­wa­nia na po­łącze­nie przy­pa­da­ły co naj­mniej trzy jego ude­rze­nia.

– Tak? – ode­zwał się le­ni­wy głos. W tle sły­chać było gło­śną klu­bo­wą mu­zy­kę.

– Cze­ść, Mar­go z tej stro­ny.

Na­stąpi­ła pa­ro­se­kun­do­wa ci­sza. Czy­żbym go za­sko­czy­ła? Aż się do sie­bie uśmiech­nęłam.

– Co mogę dla cie­bie zro­bić? – Po jego to­nie wno­si­łam, że tego te­le­fo­nu ra­czej się nie spo­dzie­wał.

– Nie prze­szka­dzam?

– Mam kil­ka mi­nut – od­pa­rł ostro­żnie.

Naj­wy­ra­źniej za­czął się prze­miesz­czać, bo mu­zy­ka ro­bi­ła się co­raz cich­sza.

– Two­ja sio­stra ma uro­dzi­ny za trzy ty­go­dnie.

– Je­stem tego świa­do­my.

Nie ma to tam­to, wi­dać fa­cet nie na­le­żał do roz­mow­nych, więc trze­ba było od razu prze­jść do sed­na.

– Mo­żesz mi po­wie­dzieć, co przy­go­to­wa­li wasi ro­dzi­ce, że­by­śmy też mo­gli coś dla niej za­pla­no­wać? – za­py­ta­łam uprzej­mie, si­ląc się na lek­ki, ra­do­sny ton.

– My?

– Ta­lia, ja i jej ko­le­żan­ki.

– I wy­bra­ły cie­bie na emi­sa­riusz­kę? – W jego gło­sie była le­ciut­ka kpi­na.

– Zgło­si­łam się na ochot­ni­ka – za­ry­zy­ko­wa­łam kłam­stwo, żeby nie mu­sieć tłu­ma­czyć de­bil­nej ar­gu­men­ta­cji Ta­lii.

– Nie ku­pu­ję tego.

Ja też bym tego nie ku­pi­ła.

– Tak jak­by mnie zmu­si­ły – przy­zna­łam, a po­nie­waż mil­czał (Strasz­nie roz­mow­ny gość!), do­da­łam: – Ta­lia dała mi twój nu­mer, twier­dząc, że nie może sama do cie­bie za­dzwo­nić, bo, i tu cy­tu­ję, „ma chło­pa­ka”. Przy czym po­wie­dzia­ła to tak, jak­bym ją na­ma­wia­ła co naj­mniej do świ­ęto­kradz­twa. Ale wra­ca­jąc do te­ma­tu… – za­wie­si­łam wy­cze­ku­jąco głos.

– Co pla­nu­je­cie?

– Bab­ski wie­czór – skła­ma­łam na­tych­miast.

– Gów­no praw­da!

– No może odro­bin­kę wi­ęcej – przy­zna­łam układ­nie.

– A na se­rio?

Wy­da­łam z sie­bie gło­śne wes­tchnie­nie.

– Oj, Mar­co – za­częłam ci­chym, uwo­dzi­ciel­skim to­nem. – Prze­cież to bab­ski wie­czór. Nie, że­byś miał do nas do­łączyć albo być za­pro­szo­nym. Pew­nie czu­łbyś się jak ryba w wo­dzie z sa­my­mi la­ska­mi, ale wiesz… Cho­dzi o za­sa­dy – pod­kre­śli­łam. – Wstęp tyl­ko dla pań.

Te­raz on wes­tchnął ze znie­cier­pli­wie­niem. Do­sko­na­le wie­dział, że utrud­nia mi prze­słu­cha­nie, a jed­nak nie dał się sku­sić mo­je­mu cie­płe­mu, mi­ęk­kie­mu gło­so­wi.

– Na­praw­dę mu­szę się po­wtó­rzyć?

Nie­czu­ły głaz. W my­ślach po­ka­za­łam mu język.

– Na­praw­dę mu­sisz być ta­kim chu­jem? – rzu­ci­łam pierw­sze, co przy­szło mi do gło­wy, za­nim ugry­złam się w język.

Nie ob­ra­ził się, a par­sk­nął nie­we­so­ło.

– Jest ze mną zro­śni­ęty na sta­łe, sama so­bie od­po­wiedz na to py­ta­nie.

– By­cie a po­sia­da­nie to dwie ró­żne rze­czy – skwi­to­wa­łam kwa­śno.

– W moim przy­pad­ku te dwie kwe­stie ści­śle się łączą.

Mil­cze­nie się przedłu­ża­ło.

Jezu, ja­kie to było cho­re. W co ta de­bil­ka mnie wro­bi­ła? Nie chcia­łam z nim roz­ma­wiać, nie mia­łam ocho­ty zno­wu czuć się od­sło­ni­ęta.

– W po­rząd­ku! – ustąpi­łam z nie­za­do­wo­le­niem. – Ta­lia or­ga­ni­zu­je im­pre­zę na pla­ży w nie­wiel­kim gro­nie na je­dy­ne sto pi­ęćdzie­si­ąt osób. Uwa­żam, że to po­ro­nio­ny po­my­sł, tak samo jak pro­sze­nie mnie, że­bym wy­ci­ągnęła z cie­bie szcze­gó­ły przy­jęcia u wa­szych ro­dzi­ców. – Wzi­ęłam od­dech. – Za­do­wo­lo­ny?

Od­po­wie­dź przy­szła nie­mal na­tych­miast.

– Ko­la­cja jest o szes­na­stej. Ta­ńce od osiem­na­stej. Wszyst­ko sko­ńczy się koło dwu­dzie­stej dru­giej, ale nikt złe­go sło­wa nie po­wie, jak Oana wyj­dzie o dwu­dzie­stej pierw­szej.

Zmarsz­czy­łam czo­ło.

– I co było ta­kie­go trud­ne­go w po­wie­dze­niu tego?

– I co było ta­kie­go trud­ne­go w po­wie­dze­niu praw­dy na sa­mym po­cząt­ku?

– Mó­wi­łam im, że się do tego nie na­da­ję – mruk­nęłam bar­dziej do sie­bie niż do nie­go.

– Na­da­jesz się ide­al­nie, tyl­ko przy­jęłaś złą tak­ty­kę – po­ra­dził ak­sa­mit­nym to­nem. – Po co mieć wro­gów, jak mo­żna mieć sprzy­mie­rze­ńców?

Cie­ka­wa ana­lo­gia.

– Pre­ten­du­jesz do by­cia kró­lem Ar­tu­rem? – wy­rwa­ło mi się.

– In­te­re­su­jące sko­ja­rze­nie.

– To cy­tat z fil­mu Król Ar­tur: Le­gen­da mie­cza.

– Wiem, ale skąd ty to wiesz?

Dla­cze­go tak go to dzi­wi­ło?

– Trze­ba mieć ja­kieś hob­by, czyż nie? Moim jest ogląda­nie fil­mów.

Jezu, to za­brzmia­ło tak, jak­bym usi­ło­wa­ła mu się sprze­dać.

– Twój ulu­bio­ny? – za­py­tał ni z grusz­ki, ni z pie­trusz­ki.

– Ilu­zja – po­da­łam pierw­szy, któ­ry przy­sze­dł mi do gło­wy.

– „Im bar­dziej się przy­glądasz, tym mniej do­strze­gasz” – za­cy­to­wał.

– Ra­czej: Im bli­żej my­ślisz, że je­steś, tym mniej tak na­praw­dę wi­dzisz.

– O to w tym wszyst­kim cho­dzi? – spy­tał do­cie­kli­wym to­nem.

Mar­go, ty de­bil­ko, po co mu mó­wisz ta­kie rze­czy! Nie ma­cha się czer­wo­ną fla­gą przed by­kiem!

– Co? – zgry­wa­łam głu­pią. Nie­co się za­ga­lo­po­wa­li­śmy w tym prze­ska­ki­wa­niu z te­ma­tu na te­mat i uzna­łam, że czas się wy­co­fać. – Chy­ba się po­gu­bi­łam, bo te­raz już nie wiem, o czym mó­wisz.

– Wiesz do­sko­na­le – przy­pie­rał mnie do muru.

O mój Boże! Fa­cet ro­zu­miał, do cze­go zmie­rzam, za­nim sama to so­bie uświa­do­mi­łam. Trze­ba spier­da­lać czym prędzej! Od­wrót tak­tycz­ny! Po­wta­rzam! Od­wrót tak­tycz­ny! Naj­lep­szą obro­ną jest atak!

– Prze­pra­szam, że za­dam to py­ta­nie w nie­zbyt uprzej­my spo­sób, ale, kur­wa, jaki masz ze mną pro­blem?

– Taki sam jak ty ze mną – od­pa­rł z na­ci­skiem. – Ty je­steś moim pro­ble­mem.

– Po­nie­waż?

Te­raz on mil­czał chwi­lę. Chy­ba roz­wa­żał, co mi po­wie­dzieć.

– Nie mogę cię roz­gry­źć.

A więc tu jest pies po­grze­ba­ny! Po­wie­dzia­łam ci „nie” i ty, bi­do­ku, nie masz po­jęcia, co z tym fan­tem zro­bić?! Po­zwól, że wska­żę ci naj­krót­szą dro­gę do pie­kła. Skręć w pra­wo, w uli­cę Po­ca­łuj Mnie w Za­dek! Po­tem pro­sto przez Wal Się na Ryj. Prze­tnij skwe­rek Mo­żesz Mi Na­sko­czyć i za­par­kuj w Alei Od­pier­dol Się na Za­wsze. Je­steś u celu! Ta­da­aam!

– Może uży­wa­my złe­go języ­ka i wszyst­ko gi­nie w tłu­ma­cze­niu? Może żądasz od kar­my zbyt wie­le? A może – do­da­łam spo­koj­nie – wpa­dłeś na ide­ał, a ja nie mam ocho­ty na to, że­byś mnie roz­wa­lił na ka­wa­łki, bo usi­łu­jesz mnie do­pa­so­wać do swo­je­go wy­ima­gi­no­wa­ne­go wzor­ca?

– Kur­wa, wła­śnie dla­te­go – oznaj­mił z lek­ką iry­ta­cją.

Ro­ze­śmia­łam się dźwi­ęcz­nie.

– Nie wstrzy­muj od­de­chu w ocze­ki­wa­niu na od­po­wie­dź. Mi­łe­go wie­czo­ru. – Roz­łączy­łam się.

Kie­dy wra­ca­łam do knaj­py, Ta­lia sta­ła w pro­gu i pa­trzy­ła na mnie wy­cze­ku­jąco.

– Kie­dy w ko­ńcu do nie­go za­dzwo­nisz?

– Wła­śnie to zro­bi­łam. – Unio­słam te­le­fon. – I cy­tu­ję: „Ko­la­cja jest o szes­na­stej, ta­ńce od osiem­na­stej, ko­niec im­pre­zy koło dwu­dzie­stej dru­giej, ale nikt złe­go sło­wa nie po­wie, jak Oana wyj­dzie o dwu­dzie­stej pierw­szej”.

Wpa­try­wa­ła się we mnie z nie­do­wie­rza­niem.

– Czy ty przed chwi­lą roz­ma­wia­łaś z Mar­kiem?

– Nie, z jego lep­szym bra­tem bli­źnia­kiem – za­żar­to­wa­łam, ale chy­ba nie do­ta­rło.

Zmarsz­czy­ła brwi.

– On nie ma bli­źnia­ka.

Boże, z kim ja pra­cu­ję!

Ode­pchnęłam ją na bok, bo blo­ko­wa­ła mi prze­jście.

– Weź, zaj­mij się ro­bo­tą. Czy jest jesz­cze coś, co po­trze­bu­jesz wie­dzieć?

– Nie – przy­zna­ła ci­cho, wpa­tru­jąc się we mnie z po­dejrz­li­wo­ścią.

– Cie­szę się, że się na coś przy­da­łam – sark­nęłam.

Roz­mo­wa z Mar­kiem tkwi­ła mi w gło­wie przez ko­lej­ne dni. Fa­cet, któ­ry na pierw­szy rzut oka wy­da­wał się bez­my­śl­nym, na­pa­ko­wa­nym tępa­kiem, za­pre­zen­to­wał mi swo­je inne ob­li­cze. Nie po­trze­bo­wa­łam kom­pli­ka­cji w po­sta­ci przy­stoj­ne­go pana San­ti­nie­go. Mu­sia­łam ro­bić swo­je, czy­li stać w cie­niu i trzy­mać się z da­le­ka od tej ma­fij­nej fe­raj­ny zgod­nie z za­sa­dą: co z oczu, to z ser­ca. Po­sta­no­wi­łam więc, że wpad­nę na im­prez­kę Oany, po­ga­dam z so­le­ni­zant­ką i jak naj­szyb­ciej zwi­nę się ci­cha­czem.

Margo

W ko­ńcu nad­sze­dł dzień trzy­ma­nej w ta­jem­ni­cy im­pre­zy. Za­nim wy­je­cha­łam po Oanę, wy­sła­łam do Mar­ca SMS, żeby za­czął ją szy­ko­wać do wy­jścia.

Mar­go: Zgar­nę ją za pi­ęt­na­ście mi­nut.

Mar­co: K

Mar­go: Dla lu­dzi, któ­rzy od­po­wia­da­ją w ten spo­sób, w pie­kle z pew­no­ścią przy­szy­ko­wa­li ja­kieś spe­cjal­ne miej­sce!

Mar­co: OMG! Prze­stań ze mną flir­to­wać.

Zdu­mio­na wpa­try­wa­łam się w ekran. Jak na­pi­sa­nie ko­muś, że po­wi­nien tra­fić do pie­kła, mo­żna uznać za flirt?!

Kie­dy do­ta­rłam na miej­sce, obo­je sta­li już przed bra­mą wjaz­do­wą i śmia­li się z cze­goś. Chcia­ła­bym mieć cho­ciaż jed­no wspo­mnie­nie z bra­tem, któ­re by­ło­by ta­kie ra­do­sne. Oana wy­gląda­ła uro­czo w zwiew­nej żó­łtej su­kien­ce i ja­pon­kach. Zo­sta­wi­ła roz­pusz­czo­ne wło­sy, ale na gło­wie mia­ła wia­nek z bia­łych mar­ge­ry­tek. Pani Wio­sna jak ma­lo­wa­na. Mo­głam się za­ło­żyć, że się prze­bra­ła, bo ja­koś nie wy­obra­ża­łam so­bie, żeby w tym stro­ju za­sia­dła do ele­ganc­kiej, ro­dzin­nej ko­la­cji na swo­ją cze­ść. Mar­co na­to­miast miał na so­bie ja­sne lnia­ne spodnie i bia­łą ba­ty­sto­wą ko­szu­lę z jak zwy­kle pod­wi­ni­ęty­mi ręka­wa­mi. Jak­by, do dia­bła, nie mógł wło­żyć ta­kiej z krót­kim ręka­wem!

Kie­dy za­trzy­ma­łam się obok nich, ob­rzu­cił oce­nia­jącym spoj­rze­niem wrak, któ­ry pro­wa­dzi­łam.

– Po­trze­bu­jesz wy­mie­nić sa­mo­chód na nowy.

Ksi­ążę udziel­ny jak zwy­kle nie po­tra­fił so­bie da­ro­wać sła­bych tek­stów.

– Nie­ee – za­prze­czy­łam prze­ci­ągle, kie­dy Oana ła­do­wa­ła się do auta. – To ty po­trze­bu­jesz pil­no­wać wła­sne­go nosa.

Wrzu­ci­łam je­dyn­kę i, sa­lu­tu­jąc mu prze­śmiew­czo, ru­szy­łam z ko­py­ta.

– Więc jaki mamy plan? – spy­ta­ła Oana ra­do­śnie.

– Ty, ja, pla­ża Alva­re­za i dużo wina! Co ty na to? – za­pro­po­no­wa­łam z prze­sad­nym en­tu­zja­zmem.

– Pa­su­je, ale chcę też Fa­bie­go!

– Jest za­pro­szo­ny – za­pew­ni­łam. – I cze­ka na miej­scu.

Mer­ce­des do­go­nił nas w parę mi­nut i mi­nął z ogrom­ną pręd­ko­ścią na pierw­szej pro­stej, żeby znik­nąć w ciem­no­ściach. Im bli­żej pla­ży by­ły­śmy, tym wy­ra­źniej do­cie­ra­ły do nas dźwi­ęki mu­zy­ki.

– Czy ja chcę wie­dzieć? – spy­ta­ła Oana, cho­wa­jąc twarz w dło­niach.

– Wie­dzieć co? – rżnęłam głu­pa.

– Co za­pla­no­wa­ły­ście?

Wy­szcze­rzy­łam się w uśmie­chu, mil­cząc jak grób. Za­par­ko­wa­łam za Mer­ce­de­sem Fa­bie­go, któ­ry cze­kał już na nas z otwar­ty­mi ra­mio­na­mi.

– No już, so­le­ni­zant­ko, do ro­bo­ty! Trze­ba to opić i ota­ńczyć.

Po­mó­gł jej wy­si­ąść i po­ca­ło­wał w po­li­czek na po­wi­ta­nie. Kie­dy do­tar­li do scho­dów, Ta­lia uści­ska­ła Oanę i po­ci­ągnęła ją w dół. Opa­rłam się o ba­rier­kę, chło­nąc wi­dok. Czte­ry ogrom­ne ogni­ska, po­chod­nie, par­kiet, mnó­stwo le­ża­ków, sto­li­ki z je­dze­niem oraz al­ko­ho­lem i sta­no­wi­sko DJ-a. Wąt­pi­łam, że na­li­czy­ła­bym tyl­ko sto pi­ęćdzie­si­ąt osób. Wy­gląda­ło to ra­czej, jak­by cała wy­spa po­sta­no­wi­ła się tu­taj dzi­siaj za­ba­wić. Przy­gląda­łam się nie­pew­nie, dy­wa­gu­jąc, czy jak się urwę już te­raz, to ktoś za­uwa­ży. Fabi za­jął się so­le­ni­zant­ką i nie od­stąpi jej na krok aż do ko­ńca im­prez­ki, więc teo­re­tycz­nie…

– Efekt cię nie za­do­wa­la? – spy­tał Mar­co, wy­cho­dząc z ciem­no­ści.

Drgnęłam mi­mo­wol­nie. Se­rio? Mu­siał mnie stra­szyć?

– My­śla­łam, że masz inne pla­ny?

– To moja sio­stra – stwier­dził oczy­wi­sto­ść.

– No i co z tego? Gru­pa do­ce­lo­wa na dole znacz­nie od­bie­ga od kręgów, w któ­rych się zwy­kle ob­ra­casz.

– Mi­ędzy nami jest trzy­na­ście lat ró­żni­cy, ale to nie zna­czy, że nie będę z nią świ­ęto­wał.

Wska­za­łam ręką na scho­dy.

– Czuj się za­pro­szo­ny – oznaj­mi­łam po kró­lew­sku. – Chy­ba że je­steś tu tyl­ko po to, żeby mieć ali­bi, a nie, żeby się po­ba­wić.

Unió­sł szy­der­czo brew.

– A ty?

– Ja już od­wa­li­łam swo­ją dzia­łkę.

– I za­mie­rzasz znik­nąć?

– Jesz­cze nie te­raz, ale wkrót­ce. – Zmarsz­czy­łam nos. – To wszyst­ko… nie jest w moim sty­lu. Za duże stęże­nie lu­dzi na metr kwa­dra­to­wy.

Ru­szy­łam na dół po scho­dach.

– Więc może, do­pó­ki tu je­steś, po­sta­wię ci drin­ka?

– Tyl­ko jed­ne­go? – sark­nęłam. – Nie je­stem taka ła­twa.

Zsu­nęłam buty i rzu­ci­łam je na sto­sik in­nych.

– Obo­je wie­my, że nie ma ta­kiej ilo­ści drin­ków…

– …że­bym się na cie­bie sku­si­ła – do­ko­ńczy­łam, idąc na par­kiet i zo­sta­wia­jąc go za sobą. Pla­no­wa­łam zgu­bić go w tłu­mie, w któ­rym za­raz znaj­dzie się ja­kaś chęt­na i na tego drin­ka, i na nie­go.

Cel za­ło­żo­ny, cel osi­ągni­ęty. Nie­nie­po­ko­jo­na przez ni­ko­go wy­mknęłam się na ska­łki przy ko­ńcu pla­ży, dzie­rżąc w dło­ni piwo i pacz­kę chip­sów. Ukry­łam się w głębo­kim cie­niu, ale ja­kiś czas pó­źniej do­strze­głam idące­go w moją stro­nę Mar­ca. Skąd wie­dział, że tu je­stem? A może nie sze­dł do mnie, a po pro­stu chciał od­po­cząć od dwu­dzie­sto­lat­ków na al­ko­ho­lo­wym haju?

Od jed­nej z gru­pek odłączy­ła się blon­dyn­ka w skąpym to­pie bi­ki­ni i ma­ciu­pe­ńkich szor­tach, w któ­rych świe­ci­ła po­ło­wą ty­łka. Obie części gar­de­ro­by po­zo­sta­wia­ły nie­wie­le wy­obra­źni, pod­czas gdy moje gra­na­to­we bi­ki­ni za­kry­wa­ło naj­wi­ęcej, jak się dało, i było nud­ne do po­rzy­ga­nia. Czar­na ko­szul­ka i gra­na­to­wa, si­ęga­jąca ko­lan spód­nicz­ka też nie od­zwier­cie­dla­ły naj­now­szych tren­dów mody. Na­zy­wa­łam ten styl: „ubra­nia, któ­re jesz­cze pa­su­ją”.

Dziew­czy­na podąża­ła upar­cie parę me­trów za Mar­kiem. Je­śli ją wi­dział, to sku­tecz­nie igno­ro­wał, ale naj­wy­ra­źniej nie ła­pa­ła prze­ka­zu.

– Mar­co! – za­wo­ła­ła za nim.

Wzi­ął łyk z bu­tel­ki, wzno­sząc oczy ku nie­bu. Nie zwol­nił, a że ona sta­ra­ła się go do­go­nić, mo­głam po­ob­ser­wo­wać, jak jej cyc­ki pod­ska­ku­ją, bo sta­nik nie da­wał im żad­ne­go, ale to ab­so­lut­nie żad­ne­go pod­par­cia. Pra­wie jak Pa­me­la An­der­son gna­jąca po pia­sku w czo­łów­ce Sło­necz­ne­go pa­tro­lu. Do­pa­dła go do­pie­ro przy ska­łach, gdzie się ukry­wa­łam.

– Mar­co!

Za­trzy­mał się z gło­śnym wes­tchnie­niem, któ­re jed­nak jej nie po­wstrzy­ma­ło. Po­de­szła do nie­go tak bli­sko, że nie­mal we­pchnęła mu pier­si pod nos. Wy­ra­źnie nie od­no­to­wa­ła jego znie­cier­pli­wie­nia i usztyw­nio­nej, pra­wie agre­syw­nej po­sta­wy.

– Ide­al­ne miej­sce, żeby się wszyst­kim wy­mknąć – za­świer­go­ta­ła. Jej ja­zgo­tli­wy głos wbi­jał się w czasz­kę jak dźwi­ęk pa­znok­ci prze­su­wa­nych po ta­bli­cy.

Cof­nął się o krok, żeby prze­sta­ła go do­ty­kać. La­ska wy­gląda­ła na taką, co nie grze­szy­ła ro­zu­mem, bo jak go roz­da­wa­li, to sta­ła w ko­lej­ce po cyc­ki. Nie ba­wi­ąc się w sub­tel­no­ści, na­cie­ra­ła na Mar­ca ni­czym bul­do­żer w fa­bry­ce szkła. Mo­głam go zo­sta­wić na pa­stwę losu, ale gdy­by do cze­goś do­szło, sta­ła­bym się mi­mo­wol­ną pod­glądacz­ką. Po­dzi­ęku­ję. Nie by­łam aż taką suką, jaką pra­gnęłam uda­wać. Poza tym, je­śli od­czy­ta­łam to po­praw­nie, będzie miał u mnie dług.

Na od­siecz! Do ata­ku! Pod­nio­słam się z miej­sca.

– On nie przy­sze­dł tu dla cie­bie, tyl­ko dla mnie! – rzu­ci­łam pew­nie, wy­cho­dząc z głębo­kie­go cie­nia.

Je­śli go za­sko­czy­łam, to zu­pe­łnie tego po so­bie nie po­ka­zał. Unió­sł tyl­ko aro­ganc­ko brew, co od­czy­ta­łam jako wy­zwa­nie, nie­me: „I co da­lej?”. Po­de­szłam i za­plo­tłam dło­nie na jego kar­ku, wtu­la­jąc nos w oboj­czyk. Ma­mu­siu, jak ten fa­cet pach­niał! Per­fu­my, dym z ogni­ska, sło­na woda, piach, drew­no san­da­ło­we i jego skó­ra. Sam dia­beł by się nie po­wsty­dził ta­kiej mie­szan­ki wy­bu­cho­wej! Po­wi­nien to wy­pu­ścić na ry­nek pod na­zwą „Sza­ta­ńska po­ku­sa”.

Jego dłoń po­wędro­wa­ła na moją ta­lię, a po­tem do góry, na kark. Po­ca­ło­wał punkt, gdzie pod skó­rą pul­so­wa­ła krew.

– Och, skar­bie, by­łaś jego fi­li­żan­ką her­ba­ty, ale… – uśmiech­nęłam się dra­pie­żnie, spo­gląda­jąc z uwiel­bie­niem w oczy Mar­ca – on te­raz pije tyl­ko szam­pa­na.

Na uro­czej twa­rzy krągłej blon­dyn­ki od­ma­lo­wa­ło się roz­cza­ro­wa­nie po­łączo­ne z gnie­wem, że wy­brał so­bie ko­goś in­ne­go na ten wie­czór. Sa­pi­ąc pod no­sem „Głu­pia sucz!”, od­wró­ci­ła się i ode­szła. Z ka­żde­go ru­chu od­da­la­jące­go się buj­ne­go ty­łka mo­żna było wy­czy­tać wście­kło­ść. Oczy­wi­ście się za nią od­wró­cił. Wia­do­mo, fa­cet! Oni mie­li ho­pla na punk­cie ty­łków i cyc­ków.

– Jesz­cze mo­żesz za nią po­biec – oznaj­mi­łam, za­bie­ra­jąc dło­nie z jego kar­ku.

– Nie, dzi­ęki – po­wie­dział i za­ofe­ro­wał mi swo­je piwo. Nie sko­rzy­sta­łam. Mia­łam wła­sne, parę kro­ków da­lej. – Je­stem ci dłu­żny.

– Za­wsze do usług – wy­mam­ro­ta­łam. – Wy­gląda­łeś, jak­byś po­trze­bo­wał eki­py ra­tun­ko­wej – do­da­łam, wra­ca­jąc do swo­jej kry­jów­ki na ska­łkach. Wdra­pał się za mną i usia­dł obok. Sty­ka­li­śmy się ra­mio­na­mi. Je­śli jemu to nie prze­szka­dza­ło, to mi tym bar­dziej. Upi­łam z bu­tel­ki.

– Nie prze­pa­dasz za to­wa­rzy­stwem mo­jej sio­stry? – za­ga­ił.

– I kto to mówi? – za­kpi­łam. – Ale od­po­wiem. Za nią samą tak, za po­zo­sta­ły­mi nie.

– Cze­mu?

Po­wa­żnie? Naj­wy­ra­źniej przy­na­le­żno­ść do ma­fii spra­wi­ła, że stra­cił kon­takt z rze­czy­wi­sto­ścią. Że­bym to ja mu­sia­ła mu tłu­ma­czyć ta­kie oczy­wi­sto­ści.

– Część przy­szła tu­taj, po­nie­waż ją lu­bią. Nie­któ­rzy z cie­ka­wo­ści, nie­któ­rzy na dar­mo­wą wy­żer­kę, a jesz­cze inni, po­nie­waż im­pre­za to za­wsze lep­sza opcja niż sie­dze­nie w domu. I jest jesz­cze ka­te­go­ria spe­cjal­na, czy­li two­je fan­ki.

– Moje co? – zdzi­wił się.

– Czy wiesz, że wszyst­kie jej ko­le­żan­ki – zro­bi­łam w po­wie­trzu cu­dzy­słów – któ­re prze­le­cia­łeś, prze­sta­wa­ły być ko­le­żan­ka­mi za­raz po tym, jak je rzu­ca­łeś?

Wpa­try­wał się we mnie, jak­bym za­częła gło­sić he­re­zję, że bia­ły cu­kier i brązo­wy cu­kier to na­dal taki sam cu­kier.

– Gdzie w tym moja wina?

– A nie przy­szło ci do tej za­ku­tej pały, że przy­ja­źni­ły się z nią, żeby się zbli­żyć do cie­bie, bo a nuż, wi­de­lec wyj­dzie z tego wiel­ka nie­sko­ńczo­na mi­ło­ść?

Zmarsz­czył brwi i mil­czał dłu­gi czas, jak­by ana­li­zo­wał dane. Żeby mu się tyl­ko sys­tem nie za­wie­sił. Nie wiem, czy by­ła­bym w sta­nie zro­bić usta-usta. I któ­rą gło­wę re­ani­mo­wać? Oto by­ło­by py­ta­nie!

– Nie mia­łem na to wpły­wu.

– Oczy­wi­ście, że mia­łeś. Mo­głeś trzy­mać sprzęt w spodniach, za­miast pchać się z nim… – Zro­bi­łam w po­wie­trzu nie­okre­ślo­ny gest ręką. – Jak my­ślisz, ile pseu­do­ko­le­ża­nek przy­szło tu dzi­siaj, bo wie­dzia­ły, że nie omi­niesz ta­kie­go zbie­go­wi­ska?

– Więc ob­wi­niasz mnie? – Po­dra­pał się po no­sie, roz­pro­sto­wu­jąc nogi.

– Ależ skąd. – Upi­łam łyk piwa. – Wina przy­pa­da w pi­ęćdzie­si­ęciu pro­cen­tach na ka­żdą ze stron. Czy ty w ogó­le pa­mi­ętasz ich imio­na?

– To ko­bie­tom nie wy­star­cza „mysz­ko”, „kot­ku” czy „ryb­ko”? – spy­tał hu­mo­ry­stycz­nie.

Wy­ci­ągnęłam nogi tak samo jak on, więc sty­ka­li­śmy się te­raz uda­mi.

– Czy­li je­steś z „tych” mężczyzn. Do­brze wie­dzieć.

Zer­k­nął na mnie spod oka.

– Ja­kich?

– Od zwie­rzy­ńca.

– Może to zwie­rzęcy ma­gne­tyzm?

Prze­wró­ci­łam osten­ta­cyj­nie ocza­mi na tę nie­udol­ną pró­bę flir­tu.

– To na­praw­dę dzia­ła na ja­kieś la­ski? – za­kpi­łam.

– Dzia­ła. Ale sko­ro na cie­bie nie, to jak byś wo­la­ła, że­bym cię ty­tu­ło­wał?

Spoj­rza­łam na nie­go wy­mow­nie, za­trze­po­ta­łam rzęsa­mi i z całą po­wa­gą, na jaką było mnie w tej chwi­li stać, po­wie­dzia­łam:

– Wy­star­czy „Wa­sza Wy­so­ko­ść”!

Par­sk­nął śmie­chem.

– Niech będzie, Wa­sza Wy­so­ko­ść.

Zmarsz­czy­łam brwi, nie wie­dząc, czy te­raz żar­tu­je, czy se­rio za­mie­rza się tak do mnie zwra­cać.

– Za­ło­żę się, że gdy­by Ta­lia nie wpa­dła na po­ro­nio­ny po­my­sł tej im­pre­zy, Oana za­do­wo­li­ła­by się mi­łym wie­czo­rem na pla­ży na kocu z Fa­bia­nem. I może wte­dy w ko­ńcu stra­ci­ła­by dzie­wic­two – dy­wa­go­wa­łam. – A tak, uchle­je się i pew­nie w tran­sie wy­zna mu, że go ko­cha, spo­gląda­jąc na nie­go za­łza­wio­ny­mi ocza­mi znad mi­ski klo­ze­to­wej.

– Ja pier­do­lę, jaka ty je­steś ro­man­tycz­na – rzu­cił, roz­ba­wio­ny.

Wzru­szy­łam ra­mio­na­mi.

– Pro­sta ze mnie dziew­czy­na. Wszyst­ko na tacy. Jak otwar­ta ksi­ążka. – Kur­wa, żeby tyl­ko to ku­pił i dał mi spo­kój. – Może idź, przy­pil­nuj, żeby ta wi­zja się nie urze­czy­wist­ni­ła? – za­chęci­łam.

– Chcesz się mnie po­zbyć?

Moje spoj­rze­nie było wy­mow­ne.

– Zna­la­złam tę kry­jów­kę pierw­sza.

– Wca­le nie – za­prze­czył, ude­rza­jąc bu­tel­ką o moją, jak­by wzno­sił to­ast. – Znam ją od lat.

– Czy po­win­nam się uwa­żnie ro­zej­rzeć, żeby nie tra­fić dło­nią na ja­kieś zu­ży­te kon­do­my? – sark­nęłam.

Jego oczy błysz­cza­ły czy­stą ra­do­ścią.

– Ostat­nio tu nie by­wa­łem.

– Uff! – Uda­łam, że od­czu­łam ulgę, kle­pi­ąc się po pier­si.

Od­wró­cił się do mnie i za­czął stu­dio­wać moją twarz.

– Ile razy w ci­ągu dnia sły­szysz od klien­tów, że je­steś pi­ęk­na?

Chy­ba nie nadąża­łam za jego to­kiem my­śle­nia. Ewen­tu­al­nie mo­gły to być pod­cho­dy do tego, że­bym to ja sta­ła się jego dzi­siej­szym tro­feum. Nie tędy dro­ga, kow­bo­ju!

– Często­tli­wo­ść po­ja­wia­nia się tego kom­ple­men­tu wzra­sta pro­por­cjo­nal­nie do licz­by pro­mi­li al­ko­ho­lu we krwi. Ina­czej mó­wi­ąc: wie­lo­krot­nie i to za­pew­ne tyl­ko dla­te­go, że chcie­li­by mnie wy­chędo­żyć jak Ja­gie­łło Krzy­ża­ków pod Grun­wal­dem.

– I taka mądra – do­dał ci­chym, mi­ęk­kim gło­sem.

– A gdzie tam – za­prze­czy­łam. – Ko­lej­na prze­re­kla­mo­wa­na Ali­cja, któ­ra usi­łu­je zna­le­źć dro­gę z wła­sne­go umy­słu do Kra­iny Cza­rów!

– Ko­lej­ny cu­dow­ny dzień uśmie­chów i zło­rze­cze­nia pod no­sem?

Ro­ze­śmia­łam się, sły­sząc tę ide­al­ną in­ter­pre­ta­cję. Cho­ciaż on podążał za to­kiem mo­je­go ro­zu­mo­wa­nia.

– Tak się dzie­je, kie­dy po­zwa­lasz in­nym za­rządzać wła­snym szczęściem. Spier­do­lą je za ka­żdym ra­zem.

Żar­to­bli­wie trącił mnie bar­kiem w bark.

– Jak na ko­goś tak mło­de­go je­steś cho­dzącym sar­ka­zmem.

– Sar­kazm jest do­me­ną lu­dzi in­te­li­gent­nych – od­pa­ro­wa­łam.

– Może je­steś jak ce­bu­la i masz war­stwy?

– Mam ich wie­le – za­pew­ni­łam z nie­win­nym uśmie­chem. – Na ze­wnątrz je­stem jak po­zba­wio­na emo­cji, sar­ka­stycz­na suka. Sęk jed­nak w tym, że jak będziesz zdej­mo­wać te war­stwy jed­na po dru­giej, doj­dziesz do tego sa­me­go wnio­sku co po­przed­ni­cy. Pod ka­żdą z nich kry­je się do­kład­nie ta sama po­zba­wio­na emo­cji, sar­ka­stycz­na suka. I tak aż do sa­me­go środ­ka! To dla­te­go wszy­scy ucie­ka­li z krzy­kiem.

– Mi­ęcza­ki. – Jed­no sło­wo sta­no­wi­ło całą od­po­wie­dź.

– Jaki kró­li­czek, taki play­boy – sark­nęłam. – Albo jaki play­boy, taki kró­li­czek.

Zo­ba­czy­łam idących w na­szą stro­nę Oanę i Fa­bie­go.

– Tu się ukry­wasz! – rzu­ci­ła do bra­ta z uda­wa­ną pre­ten­sją. – Kogo ba­ła­mu­cisz? Któ­rąś z mo­ich ko­le­ża­nek?

Wy­chy­li­łam się zza Mar­ca.

– Wci­ąż mam na so­bie ubra­nie, więc uwa­żaj, co mó­wisz, pa­nien­ko!

– Twój urok oso­bi­sty sia­da, Mar­co – rzu­cił Fabi z uśmiesz­kiem – sko­ro ciu­chy z niej nie spa­dły po jed­nym ogni­stym spoj­rze­niu.

– Li­czy się ja­ko­ść, a nie ilo­ść – od­pa­rł nie­zra­żo­ny.

– Ja je­stem ja­ko­ść, on jest ilo­ść – spro­sto­wa­łam, wy­wo­łu­jąc sal­wę śmie­chu. – Ewen­tu­al­nie on może być ja­koś.

– Chcia­ła­byś – mruk­nął.

– Hej! – Ude­rzy­łam go pi­ęścią w ra­mię. – Po­mo­głam ci się po­zbyć tej blond „ilo­ści” swo­ją nie­zrów­na­ną „ja­ko­ścią”!

Oana otwo­rzy­ła sze­ro­ko oczy ze zdu­mie­nia, a po­tem się za­śmia­ła.

– Spła­wi­łaś Jen­ny?

Wzru­szy­łam ra­mio­na­mi, ba­ga­te­li­zu­jąc całą sy­tu­ację.

– Po­wie­dzia­łam jej tyl­ko, że on te­raz woli szam­pa­na, bo znu­dzi­ła mu się her­ba­ta.

Oana wspi­ęła się na ska­łę i usia­dła po prze­ciw­nej stro­nie, wkła­da­jąc nogi mi­ędzy mnie a Mar­ca. Dzi­ęki ci, Pa­nie! Fabi do­łączył do niej.

– Żó­łwik! – roz­ka­za­ła. Przy­bi­ły­śmy go so­bie pi­ęścia­mi.

– Nie po­do­ba ci się przy­jęcie? – spy­ta­łam, opie­ra­jąc się ple­ca­mi o ska­łę.

– Po­do­ba, ale rów­nie do­brze mo­głaś so­bie nie ro­bić kło­po­tu.

– Zdra­dzę ci se­kret. – Po­sta­wi­łam bu­tel­kę mi­ędzy no­ga­mi i po­chy­li­łam się do niej. – To nie mój po­my­sł, tyl­ko Ta­lii. Zo­sta­łam agen­tem sza­ta­na, ale moje obo­wi­ąz­ki oka­za­ły się czy­sto re­pre­zen­ta­cyj­ne. Je­stem tyl­ko po­moc­ni­kiem.

– Nie, że­bym była nie­wdzi­ęcz­na. – Za­bra­ła bra­tu bu­tel­kę. On na­to­miast si­ęgnął mi­ędzy moje nogi i wzi­ął moją, wierz­chem dło­ni prze­su­wa­jąc po we­wnętrz­nej stro­nie uda. – Ale może na­stęp­nym ra­zem zrób­my małe ogni­sko tyl­ko we czwór­kę, co? Upi­je­my się i pój­dzie­my po­pły­wać w mo­rzu o pó­łno­cy.

– Do pó­łno­cy po­ło­wa tego to­wa­rzy­stwa pad­nie za­chla­na – pro­ro­ko­wa­łam.

– Wiecz­na opty­mist­ka – skwi­to­wał Mar­co.

– Ona jest na­praw­dę miła, jak już się ją po­zna.

Prze­wró­ci­łam ocza­mi na te sło­wa Oany.

– Sio­stra usi­łu­je ci po­wie­dzieć, że z cza­sem się przy­zwy­cza­isz do tego, że je­stem wred­na, nie ha­mu­ję się i mó­wię, co my­ślę.

– Jak na ko­goś, kto za­pew­niał wie­lo­krot­nie, że nie jest mną za­in­te­re­so­wa­ny, usi­łu­jesz się nie­źle sprze­dać.

Od­dał mi bu­tel­kę. Wy­pi­łam ostat­ni łyk piwa, za­nim od­pa­rłam:

– Oba­wiam się, że to, co wi­dzisz i sły­szysz, to praw­dzi­we ja. Nie oszu­kuj się, PMS nie ist­nie­je, to po pro­stu moja oso­bo­wo­ść.

– Piwo się sko­ńczy­ło. – Oana spoj­rza­ła bła­gal­nie na Fa­bie­go. Za­trze­po­ta­ła uro­czo rzęsa­mi.

– Ale tyl­ko dla­te­go, że masz uro­dzi­ny. Nie je­stem two­im chłop­cem na po­sy­łki.

Par­sk­nęłam śmie­chem, któ­ry na wi­dok jego miny usi­ło­wa­łam za­ma­sko­wać kasz­lem.

– Kła­czek – wy­du­si­łam. Pa­no­wie pod­nie­śli się i zo­sta­wi­li nas same. – Nie ude­rzam do two­je­go bra­ta – po­wie­dzia­łam, kie­dy się od­da­li­li tak, że nie mo­gli nas usły­szeć. – Nie je­stem jed­ną z TYCH two­ich ko­le­ża­nek.

Unio­sła gło­wę i za­pa­trzy­ła się w gwiaz­dy nad nami.

– Oba­wiam się, że to tyl­ko za­chęca ćmę do pod­le­ce­nia do ognia.

– Do­brze, że nie mu­chę do gów­na – za­żar­to­wa­łam. – Obie­cu­ję użyć mu­cho­zo­lu, za­nim to się sta­nie.

Par­sk­nęła śmie­chem. Ze­sko­czy­ła ze ska­łek i za­częła się roz­bie­rać. Podąży­łam za nią, nie chcąc sie­dzieć sa­mot­nie jak ko­łek. Woda oka­za­ła się przy­jem­nie chłod­na. Pa­no­wie wró­ci­li po dłu­giej chwi­li z kil­ko­ma bu­tel­ka­mi i to­reb­ką chip­sów. Jed­ną? Na­praw­dę? Obaj mie­li prze­rzu­co­ne przez ra­mię ręcz­ni­ki. Fabi ro­ze­brał się szyb­ko i mi­nął mnie, podąża­jąc do Oany. Jej per­li­sty śmiech po­nió­sł się po wo­dzie. Uzna­łam, że przy­da im się tro­chę pry­wat­no­ści i wró­ci­łam na brzeg.

Mar­co po­dał mi ręcz­nik. Od­ci­snęłam wodę z góry ko­stiu­mu, czu­jąc na so­bie jego spoj­rze­nie. Nie ode­zwał się jed­nak sło­wem. Okręci­łam się ma­te­ria­łem i wspi­ęłam z po­wro­tem na ska­łki.

– Ma­le­ńki Czer­wo­ny Kap­tu­rek za­ko­chał się w złym wil­ku – rzu­ci­łam z roz­rzew­nie­niem, ob­ser­wu­jąc, jak Fabi i Oana ba­rasz­ku­ją w wo­dzie, chla­pi­ąc się jak dzie­cia­ki.

– I zro­bił z nie­go swo­je wy­tre­so­wa­ne zwie­rząt­ko.

Ten fa­cet sam się pro­sił, żeby so­bie z nie­go po­żar­to­wać.

– Przy­znaj, że lu­bisz no­sić ob­ro­żę, co? – za­żar­to­wa­łam.

Jego le­ni­wie dra­pie­żny uśmiech nie­bez­piecz­nie spły­nął dresz­czem mi­ędzy moje nogi.

– Na­wet kaj­dan­ki, je­śli tyl­ko ko­bie­ta jest od­po­wied­nia.

– Czy to dla­te­go, że je­steś alfą?

Unió­sł brew.

– Je­stem dla cie­bie alfą?

Unio­słam brwi! Co za ego! Kto­kol­wiek po­sta­wił cię na pie­de­sta­le, ko­le­go, ewi­dent­nie prze­stał cię już od­ku­rzać.

– A kie­dy to po­wie­dzia­łam?

– Nad­in­ter­pre­tu­ję?

Nie ra­czy­łam od­po­wie­dzieć. Mar­ca za­kwa­li­fi­ko­wa­ła­bym jako wcie­le­nie sprzecz­no­ści. Wo­bec sio­stry był de­li­kat­ny i opie­ku­ńczy, ale to jego do­mi­nu­jąca aura i nie­zwy­kle in­te­re­su­jący tok my­śle­nia spra­wia­ły, że mia­łam ocho­tę spraw­dzić wszyst­kie plot­ki do­ty­czące tego, jaki jest w łó­żku. I to cia­ło!

Są lu­dzie, któ­rzy do ko­mu­ni­ka­cji po­trze­bu­ją ty­si­ęcy słów. Ale są też tacy, któ­rzy ro­zu­mie­ją na­wet to, cze­go ni­g­dy nie po­wie­dzia­łeś na głos. Mar­co był dla mnie taką oso­bą. Ro­zu­miał wi­ęcej, niż mó­wi­łam. I to chy­ba dla­te­go czu­łam doj­mu­jącą po­trze­bę uciecz­ki. Od­da­le­nia się od tych jego wszyst­ko wie­dzących i wi­dzących oczu.

Wszyst­ko, cze­go pra­gniesz, za­wsze znaj­du­je się po dru­giej stro­nie two­je­go wła­sne­go stra­chu. Albo – jak w moim przy­pad­ku – po dru­giej stro­nie lu­stra.

– Patrz tak na mnie da­lej, a za­pom­nę, że je­steś przy­ja­ció­łką mo­jej sio­stry.

– To samo w so­bie po­win­no wy­star­czyć, że­byś się trzy­mał z da­le­ka.

Znów mil­cze­li­śmy, ale ci­sza nie wy­da­wa­ła się nie­zręcz­na. Za­le­gła mi­ędzy nami jak do­brze zna­ny przy­ja­ciel.

– Co lu­bisz ro­bić w wol­nym cza­sie?

– A co to ta­kie­go? – za­żar­to­wa­łam.

– Nie mo­żna żyć pra­cą.

Po­gro­zi­łam mu pal­cem.

– He­re­zja! Co ku­pi­łeś sio­strze na uro­dzi­ny? – Usi­ło­wa­łam zmie­nić te­mat, żeby mu cza­sem nie przy­szło do gło­wy spró­bo­wać no­wej tak­ty­ki i za­pro­sić mnie na rand­kę.

– Dwu­ty­go­dnio­wy po­byt na Ja­maj­ce.

– Nie chcia­łbyś mnie ad­op­to­wać? – Spoj­rza­łam na nie­go bła­gal­nie, trze­po­cząc rzęsa­mi.

– Za ka­zi­rodz­two idzie się do wi­ęzie­nia.

Nie­mal uwie­rzy­łam w ogień w jego oczach. Ude­rzy­łam go dło­nią w ra­mię jak kum­pla od piwa, śmie­jąc się do roz­pu­ku. Ina­czej mu­sia­ła­bym przy­znać sama przed sobą, że mam na nie­go ocho­tę.

– Daj jej le­piej swój czas – po­ra­dzi­łam. – To coś uni­kal­ne­go. Część two­je­go ży­cia i to taka, któ­rej już ni­g­dy nie od­zy­skasz. Chwi­le war­te za­pa­mi­ęta­nia za­miast rze­czy.

Wes­tchnął, opie­ra­jąc gło­wę o ska­łę.

– A ja głu­pi my­śla­łem, że ko­bie­ty pra­gną tro­nu zbu­do­wa­ne­go z ko­ści wro­gów i po­kry­te­go ich skó­ra­mi oraz nie­usta­jące­go rządu ter­ro­ru nad ma­sa­mi.

– Twój pro­blem, że ni­g­dy nie do­go­dzisz żad­nej ko­bie­cie – iro­ni­zo­wa­łam.

Na­szą roz­mo­wę prze­rwa­li Fabi i Oana. I do­brze. Ba­łam się, że mo­gli­by­śmy się za­ga­lo­po­wać w tych dy­wa­ga­cjach.

Dy­stans, dy­stans!, albo wszy­scy umrze­my.

Rozdział 3

Margo

– It’s Hal­lo­we­en, bit­ches! – za­wo­ła­ła Isa­be­la do­no­śnie.

Jej ob­ci­sły ko­stium Ko­bie­ty-Kot wy­glądał ob­sce­nicz­nie i nie po­zo­sta­wiał ni­cze­go wy­obra­źni. Na­wet tego, czy nosi pod nim majt­ki. Oana zde­cy­do­wa­ła się na strój uro­cze­go Czer­wo­ne­go Kap­tur­ka i nie za­po­mnia­ła na­wet o ko­szycz­ku i bia­łym far­tusz­ku. Pa­trząc na nią, mia­ło się ocho­tę wy­ci­ągnąć nóż i za­szlach­to­wać wil­ka, za­nim by ją zja­dł. Cho­ciaż może de­pra­wa­cja sek­su­al­na w po­sta­ci spo­tka­nia ze złym wil­kiem wy­szła­by jej na do­bre? Gdy­by ją zja­dł, oczy­wi­ście. Wie­lo­krot­nie. De­lek­tu­jąc się nią.

Bar­man spoj­rzał na mnie tyl­ko prze­lot­nie. Wia­do­mo, nie świe­ci­łam cyc­ka­mi. Pa­mi­ętał jed­nak, co lu­bię.

– Blo­ody Mary, full of vod­ka, bles­sed you are among the cock­ta­ils – wy­re­cy­to­wał.

– Do­kład­nie tak. – Uśmiech­nęłam się. – I long is­land dla ko­le­żan­ki.

Prze­nio­sły­śmy się do sto­li­ka.

– We­so­łe­go Hal­lo­we­en – za­świer­go­ta­ła prze­bra­na za pie­lęgniar­kę Ma­ria. Do­brze, że nie pra­co­wa­ła na kar­dio­lo­gii, bo męska część od­dzia­łu do­sta­ła­by za­wa­łu na wi­dok mi­nia­tu­ro­wej spód­nicz­ki, wy­so­kich szpi­li i ogrom­ne­go de­kol­tu. Przy jej bla­dej ce­rze czer­wo­ne usta przy­zy­wa­ły wzrok z da­le­ka.

– Sam­ha­in – mruk­nęłam, a dziew­czy­ny spoj­rza­ły na mnie, jak­by się za­częły za­sta­na­wiać, ile drin­ków wy­do­iłam, za­nim tu przy­szłam. – Cel­tyc­kie świ­ęto ku czci przod­ków? Ob­cho­dzo­ne, za­nim Hal­lo­we­en sta­ło się mod­ne? Dzień, w któ­rym gra­ni­ce świa­tów się za­cie­ra­ły, a dzi­wacz­ne stro­je mia­ły od­stra­szać złe du­chy? Po­świ­ęca­nie pier­wo­ci­ny ze zbio­rów i co trze­cie­go syna? Lam­pio­ny z rze­py? – Nie za­re­ago­wa­ły, więc mach­nęłam ręką lek­ce­wa­żąco, po­sta­na­wia­jąc za­jąć się swo­im drin­kiem.

– Dy­nie są, świecz­ki są – wy­li­cza­ła Isa­be­la. – Upior­ny kot jest. – Zer­k­nęła na Isa­be­lę, któ­ra się skrzy­wi­ła. – Jesz­cze wi­ęcej ko­tów też. – Wska­za­ła na nie pal­cem. – Cza­row­ni­ce są. – Za­to­czy­ła ręką wko­ło. – Bra­ku­je nam psy­cho­pa­ty…

Już chcia­łam pod­nie­ść rękę i wzi­ąć na sie­bie ten etat, jed­nak za­miast tego spoj­rza­łam na Oanę.

– Twój brat będzie?

Nie wiem, co ją tak roz­ba­wi­ło w tym py­ta­niu, ale za­częła się śmiać.

– Po­ja­wią się całą eki­pą, więc psy­cho­pa­tów będzie­my mie­li pod do­stat­kiem – oznaj­mi­ła mi­ędzy par­sk­ni­ęcia­mi.

– Oni z pew­no­ścią wolą okre­śle­nie „kre­atyw­ni” za­miast „psy­cho­pa­ci”.

– Może zdol­ni ina­czej? – za­pro­po­no­wa­ła z roz­ba­wie­niem. – Zresz­tą o wil­ku mowa…

Zer­k­nęłam na we­jście i moje brwi pod­je­cha­ły do góry. Mar­co, któ­ry wła­śnie prze­kro­czył próg, po­trak­to­wał moją su­ge­stię na se­rio i prze­brał się za wie­dźmi­na. Sze­ro­ka ko­szu­la, ob­ci­słe spodnie, skó­rza­ny pas, wy­so­kie buty, a na gło­wie pe­ru­ka z dłu­gi­mi pla­ty­no­wy­mi wło­sa­mi. Zza ple­ców wy­sta­wa­ły ręko­je­ści dwóch mie­czy. Z za­cie­ka­wie­niem cze­ka­łam, aż po­dej­dzie bli­żej, żeby spraw­dzić, czy chcia­ło mu się po­sta­rać o żó­łte so­czew­ki kon­tak­to­we.

– Bli­żej mu dzi­siaj do przy­stoj­ne­go dia­bła niż psy­cho­pa­ty, nie­praw­daż? – szep­nęła mi do ucha Oana. – Za­mknij usta – do­da­ła.

Po­sła­łam jej spoj­rze­nie mó­wi­ące: „Chy­ba so­bie kpisz!” i upi­łam swo­ją krwa­wą mary.

Kie­dy prze­stał blo­ko­wać we­jście, do środ­ka wkro­czy­ła ubra­na w ob­ci­słą czer­wo­ną su­kien­kę So­fia. Uło­żo­ne w sty­lu lat dwu­dzie­stych wło­sy prze­rzu­ci­ła przez jed­no ra­mię. De­kolt spły­wał fa­la­mi mi­ędzy jej pier­sia­mi. Wy­gląda­ła zja­wi­sko­wo. Za nią we­szła Mar­ju. Wy­so­ka jak po­sąg, szczu­plut­ka, w po­ły­sku­jącej, je­dwab­nej, gra­na­to­wej suk­ni. Gdy od­wró­ci­ła się na mo­ment, żeby po­wie­dzieć coś przez ra­mię do Ales­sie­go, do­strze­głam, że za­miast ma­te­ria­łu nie­mal po same po­ślad­ki spły­wa­ły jej po ple­cach sznu­ry pe­reł. Ni­co­la na­to­miast po­sta­wi­ła na su­kien­kę w ko­lo­rze sre­bra, otu­la­jącą ją mi­ęk­ki­mi, sa­ty­no­wy­mi fa­la­mi si­ęga­jący­mi aż do stóp. Głębo­ki de­kolt eks­po­no­wał po­ka­źny biust. Po­dob­nie jak Mar­ju, i ona mia­ła na ple­cach per­ły – ale po­sta­wi­ła na po­je­dyn­czy sznur zwi­ąza­ny w su­peł. Wszyst­kie trzy pre­zen­to­wa­ły się obłęd­nie w kre­acjach z lat dwu­dzie­stych i dym­nym ma­ki­ja­żu z pod­kre­ślo­ny­mi czer­wo­ny­mi usta­mi.

Dzie­ła sztu­ki do po­dzi­wia­nia przez ich mężczyzn.

Za ko­bie­ta­mi podąża­li Fa­bia­no i cała resz­ta gan­gu. Li­te­ral­nie gan­gu! Ich we­jście wy­wo­ła­ło po­ru­sze­nie, gwiz­dy i po­krzy­ki­wa­nia pań. Wy­gląda­li, jak­by wy­szli z fil­mu Gang­ster Squ­ad. Po­grom­cy ma­fii. Spodnie na szel­kach, bia­ło-czar­ne buty, za­ło­żo­ne za­wa­diac­ko fe­do­ry i zbyt krót­ko za­wi­ąza­ne kra­wa­ty. Jak­by ktoś ka­zał mi ob­sta­wiać, po­wie­dzia­ła­bym, że broń w ka­bu­rach to na sto pro­cent au­ten­ty­ki go­to­we w ra­zie po­trze­by do uży­cia.

Adam, Ales­si i Da­rius skie­ro­wa­li się do baru, za­bie­ra­jąc ze sobą part­ner­ki, pod­czas gdy Fabi i Mar­co po­sta­no­wi­li do­łączyć do na­sze­go to­wa­rzy­stwa.

– Więc co tu ro­bi­my? – spy­tał ten pierw­szy.

Ma­ria uwol­ni­ła mnie od ko­niecz­no­ści od­po­wie­dzi.

– Wy­ci­na­my dy­nie, pi­je­my drin­ki i miło spędza­my czas.

– Wy­ci­na­my dy­nie… no­ża­mi? – Spoj­rzał na stół, na któ­rym jed­na z dziew­czyn z ob­słu­gi za­czy­na­ła roz­kła­dać na­rzędzia do drąże­nia.

– Prze­ra­ża cię myśl o ko­bie­cie z no­żem w ręku czy to, że może się oka­zać lep­sza od cie­bie w ope­ro­wa­niu nim? – za­żar­to­wa­łam.

– Może jest z tego ga­tun­ku, któ­ry uwa­ża, że noże tyl­ko w kuch­ni? – spy­tał Mar­co gdzieś zza mo­ich ple­ców.

Nie od­ry­wa­łam spoj­rze­nia od Fa­bie­go.

– Uwa­żasz, że miej­sce ko­bie­ty jest w kuch­ni?