Uzyskaj dostęp do tej i ponad 250000 książek od 14,99 zł miesięcznie
405 osób interesuje się tą książką
Zakończenie operacji na Bliskim Wschodzie można by uznać za sukces, gdyby nie jeden drobny szczegół – Greta Eden. Kobieta widmo, która po śmierci brata zapadła się pod ziemię. Nikt nie zna jej twarzy, nikt nie wie, kim naprawdę jest ani jak ją znaleźć. Może być wszędzie. Może być każdym.
Marco Santini, egzekutor organizacji Alvareza-Talavery, całe życie działał według prostych zasad: cel, plan, eliminacja. Teraz celem stało się usunięcie ostatniego wiszącego nad organizacją zagrożenia – Grety, zanim to ona zdecyduje się wyrównać rachunki. Marco jest zdeterminowany i nie ma nic do stracenia. A raczej nie miałby, gdyby nie pewna kelnerka z pubu, w którym pracuje jego siostra… Margo Garcia, sarkastyczna, inteligentna i totalnie niezainteresowana jego towarzystwem, trzyma go na dystans, traktując jak zło konieczne. A to fascynuje go bardziej niż wszystkie kobiety, które padały mu do stóp.
Kiedy gra o życie miesza się z pożądaniem, a granica między wrogiem a sojusznikiem zaczyna się zacierać, bezwzględny egzekutor musi się zmierzyć z niebezpiecznym pytaniem: czy największym zagrożeniem jest kobieta, która poluje na jego głowę, czy raczej ta, która może złamać mu serce?
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 729
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Copyright © 2026 by Greta Eden
Copyright © 2026 by Projekt B
Wydanie pierwsze, 2026
Redaktor prowadząca: Anna Małecka
Redakcja: Ewelina Gałdecka
Pierwsza korekta: Renata Nowak
Druga korekta: Kinga Rutkowska
Skład, łamanie i przygotowanie ebooka: Michał Bogdański
Projekt okładki: Ewa Popławska
Źródła obrazów: angel_nt, gudrun, apimook (AdobeStock)
ISBN: 978-83-974408-7-6
© Wszelkie prawa zastrzeżone. Książka ani jej fragmenty nie mogą być przedrukowywane ani w żaden inny sposób reprodukowane lub odczytywane w środkach masowego przekazu bez pisemnej zgody autora lub wydawcy.
Nosisz na twarzy maski tak długo, że zapomniałaś, kim jesteś.
Mieszkanie, które wynajmowałam, nie powalało wielkością, ale nie potrzebowałam hektarów i nie planowałam w najbliższym czasie bawić się z nikim w chowanego. Za niemal ostatnie pieniądze kupiłam małego Forda Fiestę. Wprawdzie klimatyzacja wysiadła po dwóch tygodniach, ale co tam. Ważne, że pozwalał mi się przemieszczać z punktu A do punktu B.
Trzeba było oszczędzać, Margo! Stać by cię było na lepsze auto.
Zaparkowałam przed restauracją. Popołudniowa zmiana, na którą ściągnięto mnie awaryjnie, nie była wprawdzie szczytem zawodowych marzeń, ale ekstra gotówka zawsze się przyda. Miałam zastąpić Talię, bo rzekomo zachorowała. Cierpiała na chroniczną przypadłość znaną potocznie jako „swędzenie cipki”. Jej nagłe napady zdarzały się za każdym razem, kiedy jej facet wracał do miasta po kilku dniach nieobecności. Nie pomagało żadne inne lekarstwo poza długim ruchaniem! Biedaczka.
Na szczęście Oana nie miała tego samego problemu. Ona tylko wodziła oczami za Fabianem, jednym z facetów, z którym się „przyjaźniła”. Uważałam kolesia za typ nerda, dopóki nie zobaczyłam, jak zmieniał koszulkę na restauracyjnym parkingu. Kto by pomyślał, że to jednak kupa mięśni? A nakryłam go, bo Oana stała w drzwiach i łapała komary w otwartą buzię, kontemplując widok. Klepnęłam ją w tyłek, a ta podskoczyła z jękiem i zaczerwieniła się uroczo. Nad jej ramieniem posłałam Fabianowi szeroki uśmiech i uniosłam kciuki w geście uznania.
Szybko się zorientowałam, że należy do jakiejś organizacji, bo którego dwudziestokilkulatka byłoby stać na taką wypasioną furę? Wygooglowałam parę jego tatuaży – w końcu trzeba sobie jakoś radzić. Zajęło mi to kilka dni śledztwa w tempie przeciętnego użytkownika Internetu, ale w końcu to Talia się złamała i szeptem opowiedziała mi, że jej facet, Fabi i brat Oany są w M-A-F-I-I. Przeliterowała mi to w wielkiej tajemnicy, na co zareagowałam śmiechem. Ich szefem był Patrick Alvarez-Talavera, lokalny boss – o, przepraszam, biznesmen – do którego należała cała wyspa. Prawie. Chyba tylko poza lotniskiem i budynkami lokalnego rządu, samorządu czy innej władzy.
Facet, który obecnie przestąpił próg naszego przybytku, przyprawił mnie niemal o zawał serca. I nie tylko mnie. Kobiety nagle przestały jeść i wpatrywały się w niego niemal z otwartymi ustami. A było na co popatrzeć. Zdjęcia na Google nie oddawały tego, jak wyglądał. Chociaż pracował jako egzekutor dla Alvareza-Talavery, od jego siostry wiedziałam, że skończył studia z wyróżnieniem. Czyli za ogłupiająco przystojną buźką musiał się kryć niezły intelekt. Jak uprzejmie doniosła mi Oana, podążały za nim rzesze fanek. Nawet nie musiał się starać, żeby dostać ich numery telefonu. Ale czy mogło być inaczej? Jak jakakolwiek kobieta miałaby odmówić wysokiemu przystojniakowi o przejmująco zielonych oczach, piaskowych włosach, rozbudowanej klatce piersiowej i szerokich ramionach? Facet powinien się zatrudnić do reklamy.
Usiadł na barowym krześle naprzeciwko mnie.
– Gdzie byłaś całe moje życie, ślicznotko?
Kto w dwudziestym pierwszym wieku jechał sucharami ze średniowiecza? Zgrzyt trybików zatrzymujących się w moim mózgu pewnie było słychać na stałym lądzie. Ten tekst był tak zaskakująco tani, że moje brwi powędrowały aż pod linię włosów. Spojrzałam na niego znad okularów, które miałam dzisiaj na nosie. Serio?! Do głowy przyszła mi od razu cięta riposta prosto z piosenki Taylor Swift Blank Space.
– O. Mój. Boże! – Przyłożyłam rękę do serca teatralnym gestem. – Twoja twarz… Czyżbyś uzurpował sobie prawo do stania się kolejnym błędem w moim życiu? Co robisz w czwartek? Mam lukę w grafiku i chętnie cię tam wpiszę. W międzyczasie… Co podać?
Dopiero teraz przyjrzał mi się naprawdę i dostrzegł ironię oraz absolutny brak zainteresowania w zmęczonym spojrzeniu.
– Teraz się boję, że mnie otrujesz.
– Trzeba było o tym pomyśleć, zanim otworzyłeś usta – zganiłam go żartobliwie.
– Zaryzykuję. – Jego oczy zapłonęły ciekawością. – Piwo.
Ciekawe, jak daleko sięga jego poczucie humoru. Podałam mu z lodówki bezalkoholowe.
– To już zakrawa na okrucieństwo. – Uśmiechnął się leniwie.
Ten uśmiech!
– Przyczyna i konsekwencje. – Wymieniłam butelkę na to, o co poprosił. – A na przyszłość zapamiętaj sobie, że nawet jeśli mam na sobie strój firmowy, to nie znaczy, że jestem łatwa albo że wolno ci mnie traktować jak kolejną potencjalną kreskę na twojej ścianie chwały, którą, jak mniemam, masz nad łóżkiem. Bo przecież każdy facet, który wygląda jak ty, musi ją mieć, nie? – poleciałam stereotypem.
Przymrużył lekko oczy.
– Dobrze się składa, że lubię wyzwania.
Zazwyczaj cięta, ironiczna odpowiedź studziła facetów z jednego prostego powodu: oznaczała, że nie polecę na tani tekst i będzie się trzeba namęczyć, żeby mnie „wychędożyć”. W takiej sytuacji pozostawały dwie opcje podrywu: stawianie drinków, żeby mnie upić – co uszczuplało budżet bez gwarancji sukcesu – albo wytężenie intelektu i uwiedzenie mojego mózgu. Potencjalni zainteresowani zazwyczaj po prostu odpuszczali, zgodnie z zasadą: „Po co ścierać się z królową pszczół, jak można upolować coś łatwiejszego?”. Kluczowe było jednak słowo „zazwyczaj”. Marca ono nie dotyczyło.
– Mam długą listę eksfacetów i każdy z nich ci powie, że jestem kompletną wariatką. Na co ci to? Mało masz problemów w życiu?
Wziął nieśpieszny łyk, a ja oparłam się rękami o bar.
– Może w tym szaleństwie jest metoda?
– Nie dla mnie – zaprzeczyłam energicznie. – Przede wszystkim dlatego, że przyjaźnię się z twoją siostrą. Dla niej nie masz czasu, a co dopiero dla jakiekolwiek laski. Nie zamierzam być niczyją opcją zapasową, planem B czy przyjaciółką z bonusem, bez względu na to, jakie peany na twoją cześć pieją twoje dotychczasowe zdobycze, więc nie marnuj czasu – ostrzegłam.
Uśmiechnął się leniwie.
– Grasz trudną do zdobycia?
– W życiu. Usiłuję ci przekazać wiadomość podprogową, ale chyba nie kumasz, więc muszę być bardziej dosadna: pomyłka w adresie.
Oana pojawiła się przy nas i usiadła na stołku obok niego.
– Widzę, że już poznałaś mojego brata – rzuciła.
Parsknęłam sarkastycznie.
– Nie musiałam się za bardzo wysilać. Wszyscy faceci w jego typie są tacy sami. – Prześmiewczo uniosłam brwi. – Można z nich czytać jak z bezpłatnej gazety: krótko i bez zbytniego zaangażowania.
– A ja myślałam, że kobiety cię kochają, braciszku – drażniła się z nim.
– Kobiety tak. – Rzucił spojrzenie na mój dekolt.
Trafny przytyk. Żadna ze mnie Sabrina w białym bikini. Pierwszy raz w życiu żałowałam, że nie mam dużych piersi, które mogłyby go ogłupić po średnio pięćdziesiąt procent na każdy cycek.
– Aż się nie mogę doczekać, żeby zobaczyć, jak to się skończy – zakpiła Oana z szerokim uśmiechem.
– Och, skarbie, jedyny możliwy scenariusz jest taki, że wszystko pójdzie z dymem. Miłego delektowania się piwem. – Kiedy odchodziłam do klienta czekającego na drugim końcu baru, odprowadzał mnie perlisty śmiech koleżanki.
Przez większość wieczoru czułam na sobie spojrzenie Marca. Oana przedstawiła mnie Anji i Sofii, które wpadły na naleśniki. Jak się okazało, Marco ochraniał tę pierwszą. Kiedy zabierałam talerze z ich stolika, próbował mi pomóc, przez co otarliśmy się o siebie ramionami, a mnie oddech uwiązł w gardle. Niedobrze! Rzuciwszy ciche „dziękuję”, uśmiechnęłam się do Sofii i oddaliłam. Deser miała im podać Oana, więc wróciłam za bar z mocnym postanowieniem omijania Marca Santiniego z daleka! Szerokim, kurwa, łukiem. Przez Madagaskar!
Była niemal druga w nocy, kiedy Oana i Margo wyszły z restauracji. Zanim wsiadły razem do samochodu, siostra pomachała mi na pożegnanie. Zamierzałem ją jutro wypytać o koleżankę. Na pierwszy rzut oka nowa kelnerka Paula była kimś, na kogo nie spojrzałbym dwa razy, ale te jej oczy… Miałem wrażenie, że przewierca mnie nimi na wylot, dotykając zakamarków duszy, których posiadania sobie nie uświadamiałem. I ten cięty język. Większość kobiet reagowała na mnie szerokim uśmiechem uznania. Flirtowały. Lubiły patrzeć, bo było na co. I dokładnie o to chodziło Patrickowi. O odwrócenie uwagi od Anji. Ludzie mieli się gapić na mnie, a nie na kobietę, którą ochraniam.
Kiedy Anja siedziała już bezpiecznie w Mercedesie, zatrzymałem Fabiego, zanim zdążył dołączyć do dziewczyn.
– Sprawdź ją.
– Już to zrobiłem – odparł, nie pytając nawet, kogo mam na myśli. – Monitoruję, kto się kręci koło twojej siostry. Nie pozwolę na powtórkę z Mii – dodał twardo. – Zresztą od akcji w Dubaju sprawdzam wszystkie kobiety przybywające na wyspę.
– Wszystkie?
– Prawie. – Skrzywił się. – Na tyle, na ile jestem w stanie kontrolować ruch, bo nawet na naszych lotniskach turystów liczy się w setkach dziennie. Margo pracuje dla Paula, u którego spędzamy sporo czasu, więc przyjrzałem się jej poza kolejnością.
– Jest w niej coś takiego… – urwałem. Fabi schował dłonie do kieszeni, czekając na dalsze słowa. – Jakby przewiercała cię spojrzeniem na wylot.
– Masz przeczucie? – spytał, unosząc brwi. – Spróbuję poszperać. Zapytam naszego człowieka z Interpolu.
Na razie musiało mi to wystarczyć, ale palce aż mnie świerzbiły, żeby samemu się przekonać, czy miałem rację. Pożegnałem się z nim i wsiadłem za kierownicę własnego auta.
– Co się stało? – spytała Anja ciekawsko.
– Nic.
Opuściliśmy parking w ciszy, ale oczywiście nie wytrzymała.
– Ja pierdolę, czemu wy zawsze serwujecie mi półprawdy. Nie denerwuj ciężarnej! – ostrzegła. – Chodzi o Margo?
Uznałem, że lepiej będzie rzucić jej kość niż pozwolić, żeby kąsała na oślep.
– Tak – przyznałem.
– Coś nie tak?
– Fabi nic na nią nie znalazł.
Westchnęła.
– Może zwyczajnie jest tym, kim jest? Przyszło ci to do głowy? Czasem ludzie są po prostu szczerzy!
– To nie to.
Potarłem kark dłonią, usiłując się pozbyć uczucia niepokoju.
– Czyżby na ciebie nie poleciała? – Zaśmiała się. – No weź, to nie jest grzech śmiertelny. Może nie ruszają jej przystojni, pewni siebie mężczyźni. Może lubi dziewczyny? A może wie, że jesteś lowelasem, który skacze z kwiatka na kwiatek? – dodała z kpiącym uśmiechem, a ja skrzywiłem się odruchowo. – Ha! Wiedziałam! I co teraz, Don Juanie?
Spojrzałem na nią z uśmieszkiem, który powinien jej wyjaśnić wszystko.
Powiedziałem Margo prawdę: naprawdę lubiłem wyzwania.
Oana z kilkoma koleżankami zaciągnęły mnie do baru. Musiałam mieć jakąś chwilę niepoczytalności czy udar, kiedy się na to zgodziłam. Spotkałyśmy się przed wejściem.
– Brat cię wypuścił z domu w takim stroju? – spytałam na widok wydekoltowanej bluzki i kończącej się tuż za tyłkiem spódniczki, którymi mogłaby wodzić na pokuszenie samego diabła. Pozostałe dziewczyny wcale jej zresztą nie ustępowały.
– Mój brat wyprowadził się dawno temu – odparowała. Moje ciuchy skwitowała skrzywieniem ust i karcącym spojrzeniem, bo w odróżnieniu od pozostałych imprezowiczek włożyłam zwykłą czarną koszulkę na ramiączkach i dżinsy.
– A Fabi?
– Fabi ma dzisiaj randkę.
I to wyjaśniało wyzywającą kreację, która przylegała do jej seksownego ciała niczym druga skóra, wołając niemo: „Patrz, co tracisz, frajerze!”.
– Ooooo – wyrwało mi się. – Z pracą?
– Nie mam pojęcia – burknęła. – On, Marco i Aiden dostali bzika na punkcie jakiejś laski. Sama nie wiem, czy to jeszcze fascynacja, czy już obsesja.
– Trzech na jedną? – zainteresowała się Maria.
– To może być dla nich całkiem satysfakcjonujący wieczór – dodała Isabela, oblizując napompowane usta.
– Co to za laska? Znamy ją? – dopytywała Vivi.
Oana wzruszyła ramionami, przeciskając się do baru.
– Nie chcę wiedzieć! – syknęła.
– Oho! – podsumowałam żartobliwie. – Ktoś tu jest zazdrosny.
– Co podać? – Barman puścił oczko do Oany, jakby ją dobrze znał.
– Long island, Joe – odparła.
Spojrzał na mnie.
– Bloody Mary full of vodka, blessed you are among the coctails1 – wyrecytowałam.
– Świetny wybór – pochwalił. – Się robi, szefowo!
Parę minut później drinki znalazły się na naszym stoliku. Wieczór mijał pod znakiem gadania o wszystkim i niczym. Przebywanie w klubie, tańczenie, picie z dziewczynami i zupełny relaks – wszystko to razem było przyjemnym doświadczeniem, chociaż raczej obserwowałam towarzystwo, niż wiodłam prym w rozmowach. Po drugiej rundzie drinków nasze towarzyszki poszły tańczyć, a Oana wyjęła telefon z kieszeni i zaczęła pisać.
– Serio? – spytałam z niechęcią.
– Co? – Podniosła na mnie wzrok.
– Nie potrafisz się obyć bez Fabiana nawet przez jeden wieczór?
Wydęła wargi jak niezadowolone dziecko.
– Nie piszę do niego. – Spojrzałam na nią sceptycznie, więc odwróciła telefon ekranem w moją stronę. – Póki jestem trzeźwa, proszę brata, żeby robił dzisiaj za naszą taksówkę.
Niepokojąca perspektywa, skoro zamierzałam go omijać z daleka.
– Możemy się przejść – zasugerowałam.
– W szpilkach? – Spojrzała na mnie z niedowierzaniem, jakbym nagle zaczęła nadawać alfabetem Morse’a. – Trzydzieści minut? Marco nie jest taki straszny.
– „Straszny” to pojęcie względne – odparłam, upijając ze szklanki. – Może być przystojny jak sam diabeł, ale gdzieś jakaś laska ma go serdecznie dość.
– To byłby cud – mruknęła. – Nie widziałam go nigdy z żadną laską.
– Celibat? Czy woli chłopców?
Zaśmiała się lekko.
– Chodziło mi o to, że nigdy nie był w związku. Za to wiem, że posuwał parę moich koleżanek.
– Skąd, skoro ich z nim nie widziałaś?
– Nie omieszkały mi się pochwalić, co jest obrzydliwe, bo kto chciałby słuchać o życiu seksualnym brata. – Westchnęła. – Oczywiście przestawały się ze mną przyjaźnić, kiedy z nimi kończył…
Zerknęłam na nią podejrzliwie.
– Pytasz mnie, czy mam ochotę na niego wskoczyć? – zapytałam. Uniosła brwi, nie wypuszczając słomki z ust. – Lalka! Może i przyjemnie się na niego patrzy, ale tego kwiatu to pół światu.
– Byłabyś jedyna na milion kobiet.
– I takie też są szanse twojego brata u mnie.
Roześmiała się, jak to ona tylko potrafiła, ściągając na nas zafascynowane spojrzenia niemal wszystkich mężczyzn. Włożyła komórkę z powrotem do torebki i zaordynowała:
– Idziemy tańczyć!
Ziewnęłam potężnie. Byłam już po drugim drinku, więc moje ciało się rozluźniło, dopasowując się do muzyki. Z głośników płynęła piosenka Taylor Swift Blank Space. Uwielbiałam ją! Stanowiła mój osobisty hymn i idealnie pasowała do obecnej sytuacji. Gracz został ograny… Jednoznacznie kojarzyła mi się z Markiem, który zdecydowanie nie potrzebował kolejnej fanki. Ten facet najpierw odebrałby mi oddech nieziemskim seksem, ale potem pozbyłby się mnie jak śmiecia, wmawiając mi, że to dla mojego dobra, bo nie jest gotowy na związek, a ja zasługuję na coś lepszego. Mowa! Oczywiście, że zasługiwałam!
Poruszałam się w rytm muzyki, zapominając o wszystkim dookoła, kiedy nagle poczułam mrowienie na karku. To nie mógł być nikt inny niż przystojny blondas, który od początku dawał jasne sygnały, że będą z nim same problemy. Na usta wypłynął mi leniwy uśmiech. Odwróciłam się w stronę stolików, żeby zweryfikować, czy mam rację. BINGO! Niczym żywe wcielenie grzechu pożądania stał nonszalancko oparty o kolumienkę i przypatrywał się parkietowi. Nasze spojrzenia spotkały się na krótką chwilę. Ze zdziwieniem zauważyłam wchodzącego do środka Fabiego. Czy to nie Marco miał nas zabrać do domu? Mój mózg na rauszu wolał śpiewać i tańczyć niż rozkminiać, co robili tu obaj.
Dopiero parę piosenek później wróciłyśmy do stolika, gdzie dziewczyny wylewnie przywitały naszego kierowcę. Ja przedarłam się do baru, żeby zamówić następną kolejkę, a kiedy już dołączyłam do reszty towarzystwa, bardziej niż Marco interesowała mnie Oana zajęta kolejnym szotem tequili i jej nieudane próby ignorowania Fabiana.
– Źle to robisz. – Pokręciłam głową, kiedy odstawiała kieliszek.
– A niby jak inaczej? Sól, szot, limonka.
– Nie, nie, kolejność jest dobra – potwierdziłam. – Mam na myśli sposób. Założę się o dychę, że twój brat wie doskonale.
– Mogę pokazać – zaproponował.
Uśmiechnął się w taki sposób, że tylko czekałam, aż któraś laska z napalonego tłumu zemdleje. Przeszywające spojrzenie zielonych oczu skupiło się na mnie. Jak zawsze było w nim coś, co sprawiało, że czułam się nieswojo, ale dzisiaj, na rauszu i po ostatnim szocie, było mi rozkosznie wszystko jedno.
Biorąc do ręki solniczkę, przywołał mnie palcem.
– Mój się nie nadaje do takich eksperymentów – zastrzegłam. Naprawdę miałam płytkie obojczyki. Nie przekonało go to i ponowił gest. Ale że niby Mahomet do góry? Nie w tych butach i nie po takiej ilości alkoholu. Dzisiaj góra musiała przyjść do Mahometa. – Ani ze mnie świnka, ani tym bardziej morska – rzuciłam żartobliwie.
Zupełnie go to nie wzruszyło. Stanął za mną, a towarzyszące nam laski nagle spojrzały na mnie z zazdrością. Niemal czułam te wyimaginowane ostrza noży zagłębiające się między moje łopatki. Raz kozie śmierć, niech zazdroszczą!
Westchnęłam dramatycznie, przechylając głowę na prawo.
– Jeśli zrobię to którejkolwiek z nich, pomyśli, że się w niej zakochałem – szepnął mi do ucha, zanim polizał moją skórę. Pochylił się po kieliszek. – Nie ruszaj się – polecił bez sensu, bo i tak nie było szans, żebym drgnęła. Nie po tym, jak tysiące iskier przeskoczyło mi w układzie nerwowym, powodując najpierw zwarcie, a potem totalny paraliż systemu zdrowego rozsądku i przepalając obwody instynktu samozachowawczego.
Nasypał soli w odpowiednie miejsce. Zerknęłam na Oanę z obrażoną miną, jakbym czekała na wykonanie wyroku śmierci przez ścięcie głowy. Czułam, jak krew zaczyna mi szybciej krążyć w żyłach. Przygryzłam wnętrze policzka, kiedy jego język znów prześlizgnął się po skórze mojego obojczyka.
Wdech! Wydech! Cztery sekundy na wdech i sześć sekund na wydech.
Uniosłam limonkę do ust mężczyzny. Wbił się w nią zębami. Parę kropel soku spłynęło mi po kciuku w dół. Zlizał je, a moje centrum wszechświata zacisnęło się konwulsyjnie. Zabrałam rękę i popatrzyłam na nią ze zmarszczonym czołem, krzywiąc się. Może i każda z obecnych tu kobiet chciałaby teraz być na moim miejscu i nie myć się nigdy więcej, bo oblizał ją sam Marco Santini, ale ja nie zamierzałam dać mu tej satysfakcji.
– Fuj! Ohyda! – Wytarłam dłoń o koszulkę. Marco patrzył na mnie, jakby wiedział, że to tylko gra pozorów. – Idę umyć rękę.
Odwróciłam się i, nie dając mu satysfakcji, poszłam do toalety. Potrzebowałam chwili, żeby uspokoić puls i przywołać zimną jak lód Margo, która nie roztopi się po pierwszym lepszym liźnięciu gorącego języka jakiegoś tam lowelasa. Kiedy wróciłam do stolika, rozprawiali o prowadzeniu auta. Liliana, jedna z przyjaciółek Oany, która dołączyła do nas w międzyczasie, uczyła się właśnie jeździć. Ze spojrzeń rzucanych Marcowi wnosiłam, że chętnie zabrałaby go na jazdę testową. Reszta dziewczyn wyglądała tak, jakby miała to samo siano w głowie. Idealny przykład zbiorowej histerii.
– Prowadziłaś kiedyś jego samochód? – spytałam Oanę, wskazując na Fabiego, który w odpowiedzi spojrzał na mnie jak na wariatkę.
– Właściwie to nie – przyznała. – Jakoś tak zawsze wychodzi, że to on wsiada za kierownicę.
– A dlaczego? – Spojrzałam na Fabiego przez stół.
– Kobieta może prowadzić mnie w łóżku, ale nie moje auto – rzucił oklepanym tekstem, po czym przybił żółwika z kumplem, jakby to było coś oczywistego.
– Nigdy nie widziałeś, jak prowadzi. – Rzuciłam mu spojrzenie spod rzęs.
– Większość kobiet robi to beznadziejnie – wtrącił się Marco. – Moja siostra nie jest wyjątkiem.
Oburzona Oana rzuciła w niego skórką od limonki, na co tylko się zaśmiał. Przeniosłam na niego rozbawione spojrzenie.
– Może jeszcze raz przemyślisz swoją odpowiedź? – zażartowałam. – Fakty są takie, panowie, że to mężczyźni uczą nas prowadzić. Więc jeśli robimy to źle, to wasza wina.
Dziewczyny roześmiały się dźwięcznie. Oana przybiła ze mną piątkę, a na stole pojawiła się następna kolejka.
– Gdyby do końca świata zostało trzydzieści minut, jak wykorzystalibyście ten czas? – rzuciłam, nie kierując pytania do nikogo konkretnego. Marco już otwierał usta z uśmieszkiem. – Nie! – powstrzymałam go, grożąc mu palcem wskazującym. – Już wiemy, jaka byłaby twoja odpowiedź.
– Jaka? – Uśmiechnął się kpiąco.
– Seks – rzuciła Isabela uwodzicielsko.
– Taa… – Skrzywiłam się z niesmakiem. – A co z pozostałymi dwudziestoma dziewięcioma minutami?
– W każdej chwili mogę ci udowodnić, że się mylisz – odparował Marco z błyskiem w oku.
– Sorry, skarbie, ale nie przyjmuję tanich prezentów.
Oana się roześmiała. Fabiano jej zawtórował, ale pozostałe dziewczyny patrzyły na mnie karcąco, jakbym co najmniej zatłukła szczeniaczka gazetą.
– Ja bym spędziła ten czas na plaży, objadając się lodami i goframi! – powiedziała Oana. – Kalorie i tak za chwilę przestałyby się liczyć. A ty?
– Ja obrabowałabym bank – wypaliłam.
– Ale przecież pieniądze nie będą miały znaczenia! – oburzyła się Maria. – Ja też stawiałabym na seks.
– Dobra, więc tych dwoje – wskazałam palcem ją i Marca – uprawia seks. Oana się objada, ja rabuję bank, a wy? – Odwróciłam się do Isabeli i Vivi.
– Ja wolałabym się zdrowo najebać – odparła ta druga. – Może naćpać?
– Ja dołączę do trójkącika. – Isabela zrobiła maślane oczy, a mi zebrało się na wymioty.
– Wypiję za to, że nie będę musiała na to patrzeć, bo zajmę się obrabianiem banku. – Uniosłam kieliszek i wychyliłam.
Po kilku kolejnych piosenkach spędzonych na parkiecie Oana miała dosyć. Oczywiście tak sobie wszystko rozplanowali, że wylądowałam w grupce, która miała wracać z Markiem. Isabela rzuciła się do drzwi pasażera, jakby to był jakiś cholerny wyścig – niczym w tramwaju, gdzie pierwszy wagon jedzie szybciej. Przewróciłam oczami, siadając z tyłu. Nie wiem, czy istnieje coś bardziej żałosnego niż nachalna laska. Marco chyba podzielał moje zdanie, bo jakoś tak wyszło, że właśnie ona wysiadła jako pierwsza, podczas gdy mnie zostawił sobie na koniec. Fajnie! Czułam się tak, jakbym miała prywatnego kierowcę.
– Jest jakiś szczególny powód, dla którego mnie nie lubisz? – zagaił, spoglądając na mnie we wstecznym lusterku. Udawałam, że tego nie widzę.
– Może wolę kobiety? – zasugerowałam nonszalancko. Odpowiedziało mi tylko ciche „hmm”. – Teraz brzmisz jak Geralt z Rivii.
To go wyraźnie rozbawiło.
– Trafne porównanie.
Na początku nie załapałam, ale olśniło mnie, kiedy sobie przypomniałam, jak jeszcze nazywano Geralta. Rzeźnik z Blaviken. Trzepnęłam się dłonią w czoło w klasycznym face palmie.
– Jakby co, masz doskonałe przebranie na Halloween – mruknęłam. – Alkohol mi nie służy – dodałam defensywnym tonem. – Stąd mój idiotyczny komentarz o Geralcie.
– Na kaca dobre jest śniadanie.
Czy on chciał się wprosić na noc… ze śniadaniem?
– W lodówce mam tylko światło, więc odpada!
– Chcesz skoczyć na kawę?
O! Flirciarski ton. Jak niemiło.
– Chcesz mi ją rano dostarczyć do domu? – skontrowałam.
– Hmm… To może ja dostarczę kawę, a ty śniadanie?
– Kotku, gdybym usiłowała coś ugotować, pewnie skończyłoby się na przywoływaniu duchów, przyzywaniu demonów albo w najbardziej optymistycznej wersji dostałbyś zatrucia pokarmowego.
– Znów grasz trudną do zdobycia? – zakpił.
Jezu, to trzeba zdusić w zarodku. Kawa na ławę!
– Ależ skąd! – Przewróciłam oczami. – Jestem zwyczajnie niezainteresowana, ale ty nie łapiesz klimatu. Szczerze, kochanie, chyba mnie z kimś pomyliłeś. Jestem kobietą bez serca, nie bez mózgu. Te bez mózgu wysiadły wcześniej. Naprawdę nie potrzebuję faceta w moim życiu. Mam wystarczająco dużo problemów – wyjaśniałam, a on z każdym słowem uśmiechał się szerzej. – Na przykład irytujących klientów pytających mnie, gdzie byłam przez ich całe życie, albo takich, co proponują mi drinka, kiedy ja wolałabym kasę. Najgorsi są ci na fajrancie. „Może gdzieś razem wyjdziemy?”, I musisz gryźć się w język, żeby mu nie odpowiedzieć: „Idź pierwszy, nigdy nie dołączę!”.
Rechotał teraz jak głupi.
– Na jutro do pracy zamiast drugiego śniadania wolałabyś pistolet?
– Kuszące! – odparłam, udając, że się namyślam. – Chyba jednak wolałabym wygrać na loterii.
– To może zainteresuje cię relaksacyjna terapia zastępcza?
Skrzywiłam się.
– Jezu, to najgorsza propozycja seksu, jaką kiedykolwiek dostałam. Czy to w ogóle na kogokolwiek działa?
– Może jestem inny niż wszyscy?
– Oczywiście! – sarknęłam, przewracając oczami. – Idealny. Dokładnie tak samo jak wszyscy inni. Dzięki, ale nie. Czy możemy już nie wracać do tego tematu?
Jego oczy złagodniały. Zerknął na mnie w lusterku.
– Miałem na myśli coś innego.
– Okeeej – odpowiedziałam przeciągle. Zatrzymał auto pod moim domem. – Dam się nabrać. Co miałeś na myśli?
– Pływałaś kiedyś nago w oceanie w środku nocy? Jeśli nie, spróbuj. – Kliknął coś na mapie na środkowej konsoli. – To są koordynaty. Zrób sobie fotkę. To prywatna plaża należąca do Patricka. Zapytaj Oanę, jak tam trafić, jeśli sama nie dasz rady.
Poczułam się głupio. Posłusznie wyciągnęłam telefon i pstryknęłam zdjęcie.
– Dzięki – wymamrotałam, wysiadając.
Poczekał, aż weszłam do środka, i dopiero wtedy odjechał.
Talia znalazła mnie niemal przed końcem wieczornej „wachty”. Miałyśmy jeszcze posprzątać brudne naczynia, zmyć stoliki, a potem podłogę, żeby nie zostawiać syfu na kolejny dzień. Zwykle bez problemu dzieliłyśmy się obowiązkami z innymi kelnerkami, ale nie z Talią! Nie, nie, Talia była za dobra do wykonywania tak prostych czynności. Co by się stało z cudownym manicure na jej paznokciach? Zazwyczaj więc się opierdalała, jedynie symulując pracę, a ja się zastanawiałam, czy ma jakieś haki na Paula. Gdybym była jej szefową, wyjebałabym ją na zbity ryj już dawno, ale on z jakiegoś niezrozumiałego powodu miał do niej anielską cierpliwość.
Teraz księżniczka zmierzała w moją stronę, kręcąc kuprem. Miało być seksownie, wyszło żałośnie, jakby przeskakiwała z nogi na nogę. Biedny Matti. Ale może chociaż robiła dobrze laskę.
– Pogadamy? – zagaiła.
– Nawijaj – rzuciłam niechętnie, wycierając stolik. Jeden z pierwszych, które trzeba było umyć.
Zamiast wziąć się za robotę, Talia wyciągnęła z kieszeni pomadkę i pomalowała usta.
– Oana ma za trzy tygodnie urodziny i chcemy zorganizować imprezkę na prywatnej plaży Alvarezów. No wiesz, małe grono, tak do stu pięćdziesięciu osób. Trzeba się już zabrać za planowanie, bo to wymaga czasu. Dla ciebie mam zadanie specjalne.
Spojrzałam na nią spod oka, pryskając środkiem do czyszczenia na kolejny blat. Małe grono: sto pięćdziesiąt osób. Ja pierdolę, ja znałam może z dziesięć, a tolerowałam ze cztery. I Talia nie była jedną z nich. Zapewne liczyła na to, że jak zwykle odwalę za nią czarną robotę.
– Do czego ci jestem potrzebna?
– Do odwrócenia uwagi.
Zmarszczyłam brwi. Czy ta laska kiedykolwiek mówiła z sensem?
– Od czego?
– Rodzice Oany również wyprawiają imprezę, tyle że u nich w domu, w ogrodzie. Ale pewnie nie potrwa dłużej niż do dziesiątej wieczór.
Liczyłam na to, że Talia szybko przejdzie do puenty, bo to jej owijanie w bawełnę niesamowicie mnie wkurwiało. Poza tym mogła z łaski swojej mi pomóc i pierdolić trzy po trzy, jednocześnie myjąc stoliki, ale oczywiście nie przyszło jej to do tej blond głowy…
– Do rzeczy, siostro – poradziłam, zabierając się za kolejny blat.
– Potrzebujemy znać szczegóły imprezy u rodziców i ktoś musi przywieźć Oanę potem na plażę.
– To dwa różne zadania – wytknęłam, co najwyraźniej spowodowało spięcie na obwodach, bo Talia patrzyła na mnie jak ciele na malowane wrota. – I co ja mam z tym wszystkim wspólnego?
Rozejrzała się ukradkiem i pochyliła w moją stronę. Normalnie niczym szpieg z Krainy Deszczowców. Karramba!
– Ktoś musi wyciągnąć od Marca detale, nie zdradzając szczegółów imprezki na plaży – wyszeptała.
Wyprostowałam się, marszcząc brwi.
– Czy ja dobrze rozumiem? Chcesz za plecami mafijnej ferajny zrobić imprezę niespodziankę na plaży tak, żeby nikt o tym nie wiedział?
Otworzyła szeroko oczy, wyraźnie zaskoczona, że wypowiedziałam głośno zakazane słowo na „M”. Przez chwilę wpatrywała się we mnie, jakby przetwarzała informacje. Wypchnęła policzek językiem.
– No.
– Pojebało cię? – spytałam zupełnie poważnie. – A nie lepiej byłoby wciągnąć w to jej brata? Przywiezie ją na plażę, a skoro siedzi w mafii, powinien wiedzieć, jak trzymać buzię na kłódkę. Poza tym, kto wpadł na ten poroniony pomysł, że to właśnie ja mam z niego wyciągnąć szczegóły? – spytałam z jawnym niezadowoleniem.
– Isabela – przyznała z ociąganiem.
Oczywiście! Kolejny orzeł intelektu.
– Ponieważ? – dociekałam.
Spojrzała na mnie, jakbym rżnęła głupa, przy czym chyba obie musiałyśmy mieć takie same miny, bo ja tak właśnie pomyślałam o niej.
– Odwiózł cię do domu?
Z werwą wycierałam kolejny stolik. Zaczynałam się poważnie irytować. Muszę poprosić Paula, żeby nie ustawiał mnie z tym pustakiem na zmianie w przyszłym miesiącu, bo przysięgam, że jej w końcu przyłożę szmatą.
– No i co z tego, do diabła? – syknęłam.
– Zostawił cię sobie na koniec. Jesteś jego ostatnią zdobyczą? – zaryzykowała nieśmiało.
Ramiona mi opadły. Ależ idiotyczny pomysł. Zwłaszcza że robiłam wszystko, żeby trzymać się jak najdalej od Marca, a w nasz imprezowy wieczór potraktowałam go jak własnego brata. Uprzejmie, ale z dystansem graniczącym z paniką. Nic tak nie gasiło zainteresowania facetów jak oświadczenie „zostańmy przyjaciółmi”, a w jego stosowaniu byłam mistrzynią.
– Nie sypiam z Markiem – rzuciłam ponuro.
– Ale chciałabyś?
– Ja pierdolę, Talia, czasem nie wiem, czy grasz głupią, czy jesteś głupia – wyrwało mi się.
– Ale co w tym głupiego? – Popatrzyła na mnie oczami, w których znajdowała się tylko bezdenna pustka. Chomik już dawno umarł, ale kółko nadal się kręciło. – Nie znam kobiety, która powiedziałaby mu „nie”.
Przewróciłam oczami, rzucając na chwilę szmatę na stół. Wyciągnęłam do niej rękę, jakbyśmy się właśnie poznawały.
– Miło mi. Margo jestem.
– Ale dlaczego? – dociekała.
– Zawsze są dwa powody, aby nie ufać ludziom. Po pierwsze, to, że ich znasz. A po drugie, to, że ich nie znasz.
– Ale…
Przeszłam do kolejnego stolika.
– Jakim cudem od przyjęcia niespodzianki przeszliśmy do pieprzenia Marco? Wyduś z siebie w końcu, o co ci konkretnie chodzi, i weź się za robotę – rzuciłam wrednie.
Przez parę sekund wyłamywała palce, a ja energicznie wycierałam blat, żeby zdusić pokusę rzucenia w nią ścierką.
– Musisz z nim porozmawiać – wydukała w końcu.
– Dlaczego ja? – spytałam. Czy ona naprawdę nie zrozumiała ani słowa z tego, co właśnie jej powiedziałam?
Talia wzięła się pod boki, jakbym ją zirytowała.
– Po co wszystko komplikujesz?
– Ja komplikuję? Nawet nie mam jego numeru telefonu – tłumaczyłam coraz mniej cierpliwie. Talia wyciągnęła z kieszeni mały zwitek papieru i wsunęła mi w dłoń jak rasowy diler. – Czemu sama do niego nie zadzwonisz?
Przygryzła wargę w ten najbardziej wkurwiający sposób, jakby była księżniczką, której niewinność właśnie uraziłam. Pokręciła głową.
– Nie mogę.
– Dlaczego?
– Bo mam chłopaka! – wyszeptała konspiracyjnie.
Szczęka mi opadła. Literalnie. Stałam jak ten debil z otwartymi ustami, wpatrując się w jej oddalający się tyłek. Co za poroniona logika!
W pierwszym odruchu chciałam wyjebać do kosza karteczkę, którą mi dała, ale z drugiej strony Oana zasługiwała na super urodziny. Tym sposobem mój genialny plan trzymania się od Marca z daleka legł w gruzach. Schowałam zwitek do kieszeni z mocnym postanowieniem, że dowiem się wszystkiego, a potem skasuję jego numer.
Na szczęście nie pracowałam z Talią przez następne dwa dni, co dało mi czas na przemyślenia. Trzeciego dnia nie miałam już tyle szczęścia: trafiłyśmy razem na zmianę, a ona rzucała mi znaczące spojrzenia przy każdej nadarzającej się okazji. Nawiedzona laska. W końcu zdecydowałam się zadzwonić w czasie przerwy. Lubiłam Oanę, więc zależało mi, żeby impreza niespodzianka się udała. Usiadłam na murku przy klifie i wybrałam numer, myśląc sobie w duchu, że raz kozie śmierć. Moje serce biło w przyśpieszonym rytmie – na każdy sygnał oczekiwania na połączenie przypadały co najmniej trzy jego uderzenia.
– Tak? – odezwał się leniwy głos. W tle słychać było głośną klubową muzykę.
– Cześć, Margo z tej strony.
Nastąpiła parosekundowa cisza. Czyżbym go zaskoczyła? Aż się do siebie uśmiechnęłam.
– Co mogę dla ciebie zrobić? – Po jego tonie wnosiłam, że tego telefonu raczej się nie spodziewał.
– Nie przeszkadzam?
– Mam kilka minut – odparł ostrożnie.
Najwyraźniej zaczął się przemieszczać, bo muzyka robiła się coraz cichsza.
– Twoja siostra ma urodziny za trzy tygodnie.
– Jestem tego świadomy.
Nie ma to tamto, widać facet nie należał do rozmownych, więc trzeba było od razu przejść do sedna.
– Możesz mi powiedzieć, co przygotowali wasi rodzice, żebyśmy też mogli coś dla niej zaplanować? – zapytałam uprzejmie, siląc się na lekki, radosny ton.
– My?
– Talia, ja i jej koleżanki.
– I wybrały ciebie na emisariuszkę? – W jego głosie była leciutka kpina.
– Zgłosiłam się na ochotnika – zaryzykowałam kłamstwo, żeby nie musieć tłumaczyć debilnej argumentacji Talii.
– Nie kupuję tego.
Ja też bym tego nie kupiła.
– Tak jakby mnie zmusiły – przyznałam, a ponieważ milczał (Strasznie rozmowny gość!), dodałam: – Talia dała mi twój numer, twierdząc, że nie może sama do ciebie zadzwonić, bo, i tu cytuję, „ma chłopaka”. Przy czym powiedziała to tak, jakbym ją namawiała co najmniej do świętokradztwa. Ale wracając do tematu… – zawiesiłam wyczekująco głos.
– Co planujecie?
– Babski wieczór – skłamałam natychmiast.
– Gówno prawda!
– No może odrobinkę więcej – przyznałam układnie.
– A na serio?
Wydałam z siebie głośne westchnienie.
– Oj, Marco – zaczęłam cichym, uwodzicielskim tonem. – Przecież to babski wieczór. Nie, żebyś miał do nas dołączyć albo być zaproszonym. Pewnie czułbyś się jak ryba w wodzie z samymi laskami, ale wiesz… Chodzi o zasady – podkreśliłam. – Wstęp tylko dla pań.
Teraz on westchnął ze zniecierpliwieniem. Doskonale wiedział, że utrudnia mi przesłuchanie, a jednak nie dał się skusić mojemu ciepłemu, miękkiemu głosowi.
– Naprawdę muszę się powtórzyć?
Nieczuły głaz. W myślach pokazałam mu język.
– Naprawdę musisz być takim chujem? – rzuciłam pierwsze, co przyszło mi do głowy, zanim ugryzłam się w język.
Nie obraził się, a parsknął niewesoło.
– Jest ze mną zrośnięty na stałe, sama sobie odpowiedz na to pytanie.
– Bycie a posiadanie to dwie różne rzeczy – skwitowałam kwaśno.
– W moim przypadku te dwie kwestie ściśle się łączą.
Milczenie się przedłużało.
Jezu, jakie to było chore. W co ta debilka mnie wrobiła? Nie chciałam z nim rozmawiać, nie miałam ochoty znowu czuć się odsłonięta.
– W porządku! – ustąpiłam z niezadowoleniem. – Talia organizuje imprezę na plaży w niewielkim gronie na jedyne sto pięćdziesiąt osób. Uważam, że to poroniony pomysł, tak samo jak proszenie mnie, żebym wyciągnęła z ciebie szczegóły przyjęcia u waszych rodziców. – Wzięłam oddech. – Zadowolony?
Odpowiedź przyszła niemal natychmiast.
– Kolacja jest o szesnastej. Tańce od osiemnastej. Wszystko skończy się koło dwudziestej drugiej, ale nikt złego słowa nie powie, jak Oana wyjdzie o dwudziestej pierwszej.
Zmarszczyłam czoło.
– I co było takiego trudnego w powiedzeniu tego?
– I co było takiego trudnego w powiedzeniu prawdy na samym początku?
– Mówiłam im, że się do tego nie nadaję – mruknęłam bardziej do siebie niż do niego.
– Nadajesz się idealnie, tylko przyjęłaś złą taktykę – poradził aksamitnym tonem. – Po co mieć wrogów, jak można mieć sprzymierzeńców?
Ciekawa analogia.
– Pretendujesz do bycia królem Arturem? – wyrwało mi się.
– Interesujące skojarzenie.
– To cytat z filmu Król Artur: Legenda miecza.
– Wiem, ale skąd ty to wiesz?
Dlaczego tak go to dziwiło?
– Trzeba mieć jakieś hobby, czyż nie? Moim jest oglądanie filmów.
Jezu, to zabrzmiało tak, jakbym usiłowała mu się sprzedać.
– Twój ulubiony? – zapytał ni z gruszki, ni z pietruszki.
– Iluzja – podałam pierwszy, który przyszedł mi do głowy.
– „Im bardziej się przyglądasz, tym mniej dostrzegasz” – zacytował.
– Raczej: Im bliżej myślisz, że jesteś, tym mniej tak naprawdę widzisz.
– O to w tym wszystkim chodzi? – spytał dociekliwym tonem.
Margo, ty debilko, po co mu mówisz takie rzeczy! Nie macha się czerwoną flagą przed bykiem!
– Co? – zgrywałam głupią. Nieco się zagalopowaliśmy w tym przeskakiwaniu z tematu na temat i uznałam, że czas się wycofać. – Chyba się pogubiłam, bo teraz już nie wiem, o czym mówisz.
– Wiesz doskonale – przypierał mnie do muru.
O mój Boże! Facet rozumiał, do czego zmierzam, zanim sama to sobie uświadomiłam. Trzeba spierdalać czym prędzej! Odwrót taktyczny! Powtarzam! Odwrót taktyczny! Najlepszą obroną jest atak!
– Przepraszam, że zadam to pytanie w niezbyt uprzejmy sposób, ale, kurwa, jaki masz ze mną problem?
– Taki sam jak ty ze mną – odparł z naciskiem. – Ty jesteś moim problemem.
– Ponieważ?
Teraz on milczał chwilę. Chyba rozważał, co mi powiedzieć.
– Nie mogę cię rozgryźć.
A więc tu jest pies pogrzebany! Powiedziałam ci „nie” i ty, bidoku, nie masz pojęcia, co z tym fantem zrobić?! Pozwól, że wskażę ci najkrótszą drogę do piekła. Skręć w prawo, w ulicę Pocałuj Mnie w Zadek! Potem prosto przez Wal Się na Ryj. Przetnij skwerek Możesz Mi Naskoczyć i zaparkuj w Alei Odpierdol Się na Zawsze. Jesteś u celu! Tadaaam!
– Może używamy złego języka i wszystko ginie w tłumaczeniu? Może żądasz od karmy zbyt wiele? A może – dodałam spokojnie – wpadłeś na ideał, a ja nie mam ochoty na to, żebyś mnie rozwalił na kawałki, bo usiłujesz mnie dopasować do swojego wyimaginowanego wzorca?
– Kurwa, właśnie dlatego – oznajmił z lekką irytacją.
Roześmiałam się dźwięcznie.
– Nie wstrzymuj oddechu w oczekiwaniu na odpowiedź. Miłego wieczoru. – Rozłączyłam się.
Kiedy wracałam do knajpy, Talia stała w progu i patrzyła na mnie wyczekująco.
– Kiedy w końcu do niego zadzwonisz?
– Właśnie to zrobiłam. – Uniosłam telefon. – I cytuję: „Kolacja jest o szesnastej, tańce od osiemnastej, koniec imprezy koło dwudziestej drugiej, ale nikt złego słowa nie powie, jak Oana wyjdzie o dwudziestej pierwszej”.
Wpatrywała się we mnie z niedowierzaniem.
– Czy ty przed chwilą rozmawiałaś z Markiem?
– Nie, z jego lepszym bratem bliźniakiem – zażartowałam, ale chyba nie dotarło.
Zmarszczyła brwi.
– On nie ma bliźniaka.
Boże, z kim ja pracuję!
Odepchnęłam ją na bok, bo blokowała mi przejście.
– Weź, zajmij się robotą. Czy jest jeszcze coś, co potrzebujesz wiedzieć?
– Nie – przyznała cicho, wpatrując się we mnie z podejrzliwością.
– Cieszę się, że się na coś przydałam – sarknęłam.
Rozmowa z Markiem tkwiła mi w głowie przez kolejne dni. Facet, który na pierwszy rzut oka wydawał się bezmyślnym, napakowanym tępakiem, zaprezentował mi swoje inne oblicze. Nie potrzebowałam komplikacji w postaci przystojnego pana Santiniego. Musiałam robić swoje, czyli stać w cieniu i trzymać się z daleka od tej mafijnej ferajny zgodnie z zasadą: co z oczu, to z serca. Postanowiłam więc, że wpadnę na imprezkę Oany, pogadam z solenizantką i jak najszybciej zwinę się cichaczem.
W końcu nadszedł dzień trzymanej w tajemnicy imprezy. Zanim wyjechałam po Oanę, wysłałam do Marca SMS, żeby zaczął ją szykować do wyjścia.
Margo: Zgarnę ją za piętnaście minut.
Marco: K
Margo: Dla ludzi, którzy odpowiadają w ten sposób, w piekle z pewnością przyszykowali jakieś specjalne miejsce!
Marco: OMG! Przestań ze mną flirtować.
Zdumiona wpatrywałam się w ekran. Jak napisanie komuś, że powinien trafić do piekła, można uznać za flirt?!
Kiedy dotarłam na miejsce, oboje stali już przed bramą wjazdową i śmiali się z czegoś. Chciałabym mieć chociaż jedno wspomnienie z bratem, które byłoby takie radosne. Oana wyglądała uroczo w zwiewnej żółtej sukience i japonkach. Zostawiła rozpuszczone włosy, ale na głowie miała wianek z białych margerytek. Pani Wiosna jak malowana. Mogłam się założyć, że się przebrała, bo jakoś nie wyobrażałam sobie, żeby w tym stroju zasiadła do eleganckiej, rodzinnej kolacji na swoją cześć. Marco natomiast miał na sobie jasne lniane spodnie i białą batystową koszulę z jak zwykle podwiniętymi rękawami. Jakby, do diabła, nie mógł włożyć takiej z krótkim rękawem!
Kiedy zatrzymałam się obok nich, obrzucił oceniającym spojrzeniem wrak, który prowadziłam.
– Potrzebujesz wymienić samochód na nowy.
Książę udzielny jak zwykle nie potrafił sobie darować słabych tekstów.
– Nieee – zaprzeczyłam przeciągle, kiedy Oana ładowała się do auta. – To ty potrzebujesz pilnować własnego nosa.
Wrzuciłam jedynkę i, salutując mu prześmiewczo, ruszyłam z kopyta.
– Więc jaki mamy plan? – spytała Oana radośnie.
– Ty, ja, plaża Alvareza i dużo wina! Co ty na to? – zaproponowałam z przesadnym entuzjazmem.
– Pasuje, ale chcę też Fabiego!
– Jest zaproszony – zapewniłam. – I czeka na miejscu.
Mercedes dogonił nas w parę minut i minął z ogromną prędkością na pierwszej prostej, żeby zniknąć w ciemnościach. Im bliżej plaży byłyśmy, tym wyraźniej docierały do nas dźwięki muzyki.
– Czy ja chcę wiedzieć? – spytała Oana, chowając twarz w dłoniach.
– Wiedzieć co? – rżnęłam głupa.
– Co zaplanowałyście?
Wyszczerzyłam się w uśmiechu, milcząc jak grób. Zaparkowałam za Mercedesem Fabiego, który czekał już na nas z otwartymi ramionami.
– No już, solenizantko, do roboty! Trzeba to opić i otańczyć.
Pomógł jej wysiąść i pocałował w policzek na powitanie. Kiedy dotarli do schodów, Talia uściskała Oanę i pociągnęła ją w dół. Oparłam się o barierkę, chłonąc widok. Cztery ogromne ogniska, pochodnie, parkiet, mnóstwo leżaków, stoliki z jedzeniem oraz alkoholem i stanowisko DJ-a. Wątpiłam, że naliczyłabym tylko sto pięćdziesiąt osób. Wyglądało to raczej, jakby cała wyspa postanowiła się tutaj dzisiaj zabawić. Przyglądałam się niepewnie, dywagując, czy jak się urwę już teraz, to ktoś zauważy. Fabi zajął się solenizantką i nie odstąpi jej na krok aż do końca imprezki, więc teoretycznie…
– Efekt cię nie zadowala? – spytał Marco, wychodząc z ciemności.
Drgnęłam mimowolnie. Serio? Musiał mnie straszyć?
– Myślałam, że masz inne plany?
– To moja siostra – stwierdził oczywistość.
– No i co z tego? Grupa docelowa na dole znacznie odbiega od kręgów, w których się zwykle obracasz.
– Między nami jest trzynaście lat różnicy, ale to nie znaczy, że nie będę z nią świętował.
Wskazałam ręką na schody.
– Czuj się zaproszony – oznajmiłam po królewsku. – Chyba że jesteś tu tylko po to, żeby mieć alibi, a nie, żeby się pobawić.
Uniósł szyderczo brew.
– A ty?
– Ja już odwaliłam swoją działkę.
– I zamierzasz zniknąć?
– Jeszcze nie teraz, ale wkrótce. – Zmarszczyłam nos. – To wszystko… nie jest w moim stylu. Za duże stężenie ludzi na metr kwadratowy.
Ruszyłam na dół po schodach.
– Więc może, dopóki tu jesteś, postawię ci drinka?
– Tylko jednego? – sarknęłam. – Nie jestem taka łatwa.
Zsunęłam buty i rzuciłam je na stosik innych.
– Oboje wiemy, że nie ma takiej ilości drinków…
– …żebym się na ciebie skusiła – dokończyłam, idąc na parkiet i zostawiając go za sobą. Planowałam zgubić go w tłumie, w którym zaraz znajdzie się jakaś chętna i na tego drinka, i na niego.
Cel założony, cel osiągnięty. Nieniepokojona przez nikogo wymknęłam się na skałki przy końcu plaży, dzierżąc w dłoni piwo i paczkę chipsów. Ukryłam się w głębokim cieniu, ale jakiś czas później dostrzegłam idącego w moją stronę Marca. Skąd wiedział, że tu jestem? A może nie szedł do mnie, a po prostu chciał odpocząć od dwudziestolatków na alkoholowym haju?
Od jednej z grupek odłączyła się blondynka w skąpym topie bikini i maciupeńkich szortach, w których świeciła połową tyłka. Obie części garderoby pozostawiały niewiele wyobraźni, podczas gdy moje granatowe bikini zakrywało najwięcej, jak się dało, i było nudne do porzygania. Czarna koszulka i granatowa, sięgająca kolan spódniczka też nie odzwierciedlały najnowszych trendów mody. Nazywałam ten styl: „ubrania, które jeszcze pasują”.
Dziewczyna podążała uparcie parę metrów za Markiem. Jeśli ją widział, to skutecznie ignorował, ale najwyraźniej nie łapała przekazu.
– Marco! – zawołała za nim.
Wziął łyk z butelki, wznosząc oczy ku niebu. Nie zwolnił, a że ona starała się go dogonić, mogłam poobserwować, jak jej cycki podskakują, bo stanik nie dawał im żadnego, ale to absolutnie żadnego podparcia. Prawie jak Pamela Anderson gnająca po piasku w czołówce Słonecznego patrolu. Dopadła go dopiero przy skałach, gdzie się ukrywałam.
– Marco!
Zatrzymał się z głośnym westchnieniem, które jednak jej nie powstrzymało. Podeszła do niego tak blisko, że niemal wepchnęła mu piersi pod nos. Wyraźnie nie odnotowała jego zniecierpliwienia i usztywnionej, prawie agresywnej postawy.
– Idealne miejsce, żeby się wszystkim wymknąć – zaświergotała. Jej jazgotliwy głos wbijał się w czaszkę jak dźwięk paznokci przesuwanych po tablicy.
Cofnął się o krok, żeby przestała go dotykać. Laska wyglądała na taką, co nie grzeszyła rozumem, bo jak go rozdawali, to stała w kolejce po cycki. Nie bawiąc się w subtelności, nacierała na Marca niczym buldożer w fabryce szkła. Mogłam go zostawić na pastwę losu, ale gdyby do czegoś doszło, stałabym się mimowolną podglądaczką. Podziękuję. Nie byłam aż taką suką, jaką pragnęłam udawać. Poza tym, jeśli odczytałam to poprawnie, będzie miał u mnie dług.
Na odsiecz! Do ataku! Podniosłam się z miejsca.
– On nie przyszedł tu dla ciebie, tylko dla mnie! – rzuciłam pewnie, wychodząc z głębokiego cienia.
Jeśli go zaskoczyłam, to zupełnie tego po sobie nie pokazał. Uniósł tylko arogancko brew, co odczytałam jako wyzwanie, nieme: „I co dalej?”. Podeszłam i zaplotłam dłonie na jego karku, wtulając nos w obojczyk. Mamusiu, jak ten facet pachniał! Perfumy, dym z ogniska, słona woda, piach, drewno sandałowe i jego skóra. Sam diabeł by się nie powstydził takiej mieszanki wybuchowej! Powinien to wypuścić na rynek pod nazwą „Szatańska pokusa”.
Jego dłoń powędrowała na moją talię, a potem do góry, na kark. Pocałował punkt, gdzie pod skórą pulsowała krew.
– Och, skarbie, byłaś jego filiżanką herbaty, ale… – uśmiechnęłam się drapieżnie, spoglądając z uwielbieniem w oczy Marca – on teraz pije tylko szampana.
Na uroczej twarzy krągłej blondynki odmalowało się rozczarowanie połączone z gniewem, że wybrał sobie kogoś innego na ten wieczór. Sapiąc pod nosem „Głupia sucz!”, odwróciła się i odeszła. Z każdego ruchu oddalającego się bujnego tyłka można było wyczytać wściekłość. Oczywiście się za nią odwrócił. Wiadomo, facet! Oni mieli hopla na punkcie tyłków i cycków.
– Jeszcze możesz za nią pobiec – oznajmiłam, zabierając dłonie z jego karku.
– Nie, dzięki – powiedział i zaoferował mi swoje piwo. Nie skorzystałam. Miałam własne, parę kroków dalej. – Jestem ci dłużny.
– Zawsze do usług – wymamrotałam. – Wyglądałeś, jakbyś potrzebował ekipy ratunkowej – dodałam, wracając do swojej kryjówki na skałkach. Wdrapał się za mną i usiadł obok. Stykaliśmy się ramionami. Jeśli jemu to nie przeszkadzało, to mi tym bardziej. Upiłam z butelki.
– Nie przepadasz za towarzystwem mojej siostry? – zagaił.
– I kto to mówi? – zakpiłam. – Ale odpowiem. Za nią samą tak, za pozostałymi nie.
– Czemu?
Poważnie? Najwyraźniej przynależność do mafii sprawiła, że stracił kontakt z rzeczywistością. Żebym to ja musiała mu tłumaczyć takie oczywistości.
– Część przyszła tutaj, ponieważ ją lubią. Niektórzy z ciekawości, niektórzy na darmową wyżerkę, a jeszcze inni, ponieważ impreza to zawsze lepsza opcja niż siedzenie w domu. I jest jeszcze kategoria specjalna, czyli twoje fanki.
– Moje co? – zdziwił się.
– Czy wiesz, że wszystkie jej koleżanki – zrobiłam w powietrzu cudzysłów – które przeleciałeś, przestawały być koleżankami zaraz po tym, jak je rzucałeś?
Wpatrywał się we mnie, jakbym zaczęła głosić herezję, że biały cukier i brązowy cukier to nadal taki sam cukier.
– Gdzie w tym moja wina?
– A nie przyszło ci do tej zakutej pały, że przyjaźniły się z nią, żeby się zbliżyć do ciebie, bo a nuż, widelec wyjdzie z tego wielka nieskończona miłość?
Zmarszczył brwi i milczał długi czas, jakby analizował dane. Żeby mu się tylko system nie zawiesił. Nie wiem, czy byłabym w stanie zrobić usta-usta. I którą głowę reanimować? Oto byłoby pytanie!
– Nie miałem na to wpływu.
– Oczywiście, że miałeś. Mogłeś trzymać sprzęt w spodniach, zamiast pchać się z nim… – Zrobiłam w powietrzu nieokreślony gest ręką. – Jak myślisz, ile pseudokoleżanek przyszło tu dzisiaj, bo wiedziały, że nie ominiesz takiego zbiegowiska?
– Więc obwiniasz mnie? – Podrapał się po nosie, rozprostowując nogi.
– Ależ skąd. – Upiłam łyk piwa. – Wina przypada w pięćdziesięciu procentach na każdą ze stron. Czy ty w ogóle pamiętasz ich imiona?
– To kobietom nie wystarcza „myszko”, „kotku” czy „rybko”? – spytał humorystycznie.
Wyciągnęłam nogi tak samo jak on, więc stykaliśmy się teraz udami.
– Czyli jesteś z „tych” mężczyzn. Dobrze wiedzieć.
Zerknął na mnie spod oka.
– Jakich?
– Od zwierzyńca.
– Może to zwierzęcy magnetyzm?
Przewróciłam ostentacyjnie oczami na tę nieudolną próbę flirtu.
– To naprawdę działa na jakieś laski? – zakpiłam.
– Działa. Ale skoro na ciebie nie, to jak byś wolała, żebym cię tytułował?
Spojrzałam na niego wymownie, zatrzepotałam rzęsami i z całą powagą, na jaką było mnie w tej chwili stać, powiedziałam:
– Wystarczy „Wasza Wysokość”!
Parsknął śmiechem.
– Niech będzie, Wasza Wysokość.
Zmarszczyłam brwi, nie wiedząc, czy teraz żartuje, czy serio zamierza się tak do mnie zwracać.
– Założę się, że gdyby Talia nie wpadła na poroniony pomysł tej imprezy, Oana zadowoliłaby się miłym wieczorem na plaży na kocu z Fabianem. I może wtedy w końcu straciłaby dziewictwo – dywagowałam. – A tak, uchleje się i pewnie w transie wyzna mu, że go kocha, spoglądając na niego załzawionymi oczami znad miski klozetowej.
– Ja pierdolę, jaka ty jesteś romantyczna – rzucił, rozbawiony.
Wzruszyłam ramionami.
– Prosta ze mnie dziewczyna. Wszystko na tacy. Jak otwarta książka. – Kurwa, żeby tylko to kupił i dał mi spokój. – Może idź, przypilnuj, żeby ta wizja się nie urzeczywistniła? – zachęciłam.
– Chcesz się mnie pozbyć?
Moje spojrzenie było wymowne.
– Znalazłam tę kryjówkę pierwsza.
– Wcale nie – zaprzeczył, uderzając butelką o moją, jakby wznosił toast. – Znam ją od lat.
– Czy powinnam się uważnie rozejrzeć, żeby nie trafić dłonią na jakieś zużyte kondomy? – sarknęłam.
Jego oczy błyszczały czystą radością.
– Ostatnio tu nie bywałem.
– Uff! – Udałam, że odczułam ulgę, klepiąc się po piersi.
Odwrócił się do mnie i zaczął studiować moją twarz.
– Ile razy w ciągu dnia słyszysz od klientów, że jesteś piękna?
Chyba nie nadążałam za jego tokiem myślenia. Ewentualnie mogły to być podchody do tego, żebym to ja stała się jego dzisiejszym trofeum. Nie tędy droga, kowboju!
– Częstotliwość pojawiania się tego komplementu wzrasta proporcjonalnie do liczby promili alkoholu we krwi. Inaczej mówiąc: wielokrotnie i to zapewne tylko dlatego, że chcieliby mnie wychędożyć jak Jagiełło Krzyżaków pod Grunwaldem.
– I taka mądra – dodał cichym, miękkim głosem.
– A gdzie tam – zaprzeczyłam. – Kolejna przereklamowana Alicja, która usiłuje znaleźć drogę z własnego umysłu do Krainy Czarów!
– Kolejny cudowny dzień uśmiechów i złorzeczenia pod nosem?
Roześmiałam się, słysząc tę idealną interpretację. Chociaż on podążał za tokiem mojego rozumowania.
– Tak się dzieje, kiedy pozwalasz innym zarządzać własnym szczęściem. Spierdolą je za każdym razem.
Żartobliwie trącił mnie barkiem w bark.
– Jak na kogoś tak młodego jesteś chodzącym sarkazmem.
– Sarkazm jest domeną ludzi inteligentnych – odparowałam.
– Może jesteś jak cebula i masz warstwy?
– Mam ich wiele – zapewniłam z niewinnym uśmiechem. – Na zewnątrz jestem jak pozbawiona emocji, sarkastyczna suka. Sęk jednak w tym, że jak będziesz zdejmować te warstwy jedna po drugiej, dojdziesz do tego samego wniosku co poprzednicy. Pod każdą z nich kryje się dokładnie ta sama pozbawiona emocji, sarkastyczna suka. I tak aż do samego środka! To dlatego wszyscy uciekali z krzykiem.
– Mięczaki. – Jedno słowo stanowiło całą odpowiedź.
– Jaki króliczek, taki playboy – sarknęłam. – Albo jaki playboy, taki króliczek.
Zobaczyłam idących w naszą stronę Oanę i Fabiego.
– Tu się ukrywasz! – rzuciła do brata z udawaną pretensją. – Kogo bałamucisz? Którąś z moich koleżanek?
Wychyliłam się zza Marca.
– Wciąż mam na sobie ubranie, więc uważaj, co mówisz, panienko!
– Twój urok osobisty siada, Marco – rzucił Fabi z uśmieszkiem – skoro ciuchy z niej nie spadły po jednym ognistym spojrzeniu.
– Liczy się jakość, a nie ilość – odparł niezrażony.
– Ja jestem jakość, on jest ilość – sprostowałam, wywołując salwę śmiechu. – Ewentualnie on może być jakoś.
– Chciałabyś – mruknął.
– Hej! – Uderzyłam go pięścią w ramię. – Pomogłam ci się pozbyć tej blond „ilości” swoją niezrównaną „jakością”!
Oana otworzyła szeroko oczy ze zdumienia, a potem się zaśmiała.
– Spławiłaś Jenny?
Wzruszyłam ramionami, bagatelizując całą sytuację.
– Powiedziałam jej tylko, że on teraz woli szampana, bo znudziła mu się herbata.
Oana wspięła się na skałę i usiadła po przeciwnej stronie, wkładając nogi między mnie a Marca. Dzięki ci, Panie! Fabi dołączył do niej.
– Żółwik! – rozkazała. Przybiłyśmy go sobie pięściami.
– Nie podoba ci się przyjęcie? – spytałam, opierając się plecami o skałę.
– Podoba, ale równie dobrze mogłaś sobie nie robić kłopotu.
– Zdradzę ci sekret. – Postawiłam butelkę między nogami i pochyliłam się do niej. – To nie mój pomysł, tylko Talii. Zostałam agentem szatana, ale moje obowiązki okazały się czysto reprezentacyjne. Jestem tylko pomocnikiem.
– Nie, żebym była niewdzięczna. – Zabrała bratu butelkę. On natomiast sięgnął między moje nogi i wziął moją, wierzchem dłoni przesuwając po wewnętrznej stronie uda. – Ale może następnym razem zróbmy małe ognisko tylko we czwórkę, co? Upijemy się i pójdziemy popływać w morzu o północy.
– Do północy połowa tego towarzystwa padnie zachlana – prorokowałam.
– Wieczna optymistka – skwitował Marco.
– Ona jest naprawdę miła, jak już się ją pozna.
Przewróciłam oczami na te słowa Oany.
– Siostra usiłuje ci powiedzieć, że z czasem się przyzwyczaisz do tego, że jestem wredna, nie hamuję się i mówię, co myślę.
– Jak na kogoś, kto zapewniał wielokrotnie, że nie jest mną zainteresowany, usiłujesz się nieźle sprzedać.
Oddał mi butelkę. Wypiłam ostatni łyk piwa, zanim odparłam:
– Obawiam się, że to, co widzisz i słyszysz, to prawdziwe ja. Nie oszukuj się, PMS nie istnieje, to po prostu moja osobowość.
– Piwo się skończyło. – Oana spojrzała błagalnie na Fabiego. Zatrzepotała uroczo rzęsami.
– Ale tylko dlatego, że masz urodziny. Nie jestem twoim chłopcem na posyłki.
Parsknęłam śmiechem, który na widok jego miny usiłowałam zamaskować kaszlem.
– Kłaczek – wydusiłam. Panowie podnieśli się i zostawili nas same. – Nie uderzam do twojego brata – powiedziałam, kiedy się oddalili tak, że nie mogli nas usłyszeć. – Nie jestem jedną z TYCH twoich koleżanek.
Uniosła głowę i zapatrzyła się w gwiazdy nad nami.
– Obawiam się, że to tylko zachęca ćmę do podlecenia do ognia.
– Dobrze, że nie muchę do gówna – zażartowałam. – Obiecuję użyć muchozolu, zanim to się stanie.
Parsknęła śmiechem. Zeskoczyła ze skałek i zaczęła się rozbierać. Podążyłam za nią, nie chcąc siedzieć samotnie jak kołek. Woda okazała się przyjemnie chłodna. Panowie wrócili po długiej chwili z kilkoma butelkami i torebką chipsów. Jedną? Naprawdę? Obaj mieli przerzucone przez ramię ręczniki. Fabi rozebrał się szybko i minął mnie, podążając do Oany. Jej perlisty śmiech poniósł się po wodzie. Uznałam, że przyda im się trochę prywatności i wróciłam na brzeg.
Marco podał mi ręcznik. Odcisnęłam wodę z góry kostiumu, czując na sobie jego spojrzenie. Nie odezwał się jednak słowem. Okręciłam się materiałem i wspięłam z powrotem na skałki.
– Maleńki Czerwony Kapturek zakochał się w złym wilku – rzuciłam z rozrzewnieniem, obserwując, jak Fabi i Oana baraszkują w wodzie, chlapiąc się jak dzieciaki.
– I zrobił z niego swoje wytresowane zwierzątko.
Ten facet sam się prosił, żeby sobie z niego pożartować.
– Przyznaj, że lubisz nosić obrożę, co? – zażartowałam.
Jego leniwie drapieżny uśmiech niebezpiecznie spłynął dreszczem między moje nogi.
– Nawet kajdanki, jeśli tylko kobieta jest odpowiednia.
– Czy to dlatego, że jesteś alfą?
Uniósł brew.
– Jestem dla ciebie alfą?
Uniosłam brwi! Co za ego! Ktokolwiek postawił cię na piedestale, kolego, ewidentnie przestał cię już odkurzać.
– A kiedy to powiedziałam?
– Nadinterpretuję?
Nie raczyłam odpowiedzieć. Marca zakwalifikowałabym jako wcielenie sprzeczności. Wobec siostry był delikatny i opiekuńczy, ale to jego dominująca aura i niezwykle interesujący tok myślenia sprawiały, że miałam ochotę sprawdzić wszystkie plotki dotyczące tego, jaki jest w łóżku. I to ciało!
Są ludzie, którzy do komunikacji potrzebują tysięcy słów. Ale są też tacy, którzy rozumieją nawet to, czego nigdy nie powiedziałeś na głos. Marco był dla mnie taką osobą. Rozumiał więcej, niż mówiłam. I to chyba dlatego czułam dojmującą potrzebę ucieczki. Oddalenia się od tych jego wszystko wiedzących i widzących oczu.
Wszystko, czego pragniesz, zawsze znajduje się po drugiej stronie twojego własnego strachu. Albo – jak w moim przypadku – po drugiej stronie lustra.
– Patrz tak na mnie dalej, a zapomnę, że jesteś przyjaciółką mojej siostry.
– To samo w sobie powinno wystarczyć, żebyś się trzymał z daleka.
Znów milczeliśmy, ale cisza nie wydawała się niezręczna. Zaległa między nami jak dobrze znany przyjaciel.
– Co lubisz robić w wolnym czasie?
– A co to takiego? – zażartowałam.
– Nie można żyć pracą.
Pogroziłam mu palcem.
– Herezja! Co kupiłeś siostrze na urodziny? – Usiłowałam zmienić temat, żeby mu czasem nie przyszło do głowy spróbować nowej taktyki i zaprosić mnie na randkę.
– Dwutygodniowy pobyt na Jamajce.
– Nie chciałbyś mnie adoptować? – Spojrzałam na niego błagalnie, trzepocząc rzęsami.
– Za kazirodztwo idzie się do więzienia.
Niemal uwierzyłam w ogień w jego oczach. Uderzyłam go dłonią w ramię jak kumpla od piwa, śmiejąc się do rozpuku. Inaczej musiałabym przyznać sama przed sobą, że mam na niego ochotę.
– Daj jej lepiej swój czas – poradziłam. – To coś unikalnego. Część twojego życia i to taka, której już nigdy nie odzyskasz. Chwile warte zapamiętania zamiast rzeczy.
Westchnął, opierając głowę o skałę.
– A ja głupi myślałem, że kobiety pragną tronu zbudowanego z kości wrogów i pokrytego ich skórami oraz nieustającego rządu terroru nad masami.
– Twój problem, że nigdy nie dogodzisz żadnej kobiecie – ironizowałam.
Naszą rozmowę przerwali Fabi i Oana. I dobrze. Bałam się, że moglibyśmy się zagalopować w tych dywagacjach.
Dystans, dystans!, albo wszyscy umrzemy.
– It’s Halloween, bitches! – zawołała Isabela donośnie.
Jej obcisły kostium Kobiety-Kot wyglądał obscenicznie i nie pozostawiał niczego wyobraźni. Nawet tego, czy nosi pod nim majtki. Oana zdecydowała się na strój uroczego Czerwonego Kapturka i nie zapomniała nawet o koszyczku i białym fartuszku. Patrząc na nią, miało się ochotę wyciągnąć nóż i zaszlachtować wilka, zanim by ją zjadł. Chociaż może deprawacja seksualna w postaci spotkania ze złym wilkiem wyszłaby jej na dobre? Gdyby ją zjadł, oczywiście. Wielokrotnie. Delektując się nią.
Barman spojrzał na mnie tylko przelotnie. Wiadomo, nie świeciłam cyckami. Pamiętał jednak, co lubię.
– Bloody Mary, full of vodka, blessed you are among the cocktails – wyrecytował.
– Dokładnie tak. – Uśmiechnęłam się. – I long island dla koleżanki.
Przeniosłyśmy się do stolika.
– Wesołego Halloween – zaświergotała przebrana za pielęgniarkę Maria. Dobrze, że nie pracowała na kardiologii, bo męska część oddziału dostałaby zawału na widok miniaturowej spódniczki, wysokich szpili i ogromnego dekoltu. Przy jej bladej cerze czerwone usta przyzywały wzrok z daleka.
– Samhain – mruknęłam, a dziewczyny spojrzały na mnie, jakby się zaczęły zastanawiać, ile drinków wydoiłam, zanim tu przyszłam. – Celtyckie święto ku czci przodków? Obchodzone, zanim Halloween stało się modne? Dzień, w którym granice światów się zacierały, a dziwaczne stroje miały odstraszać złe duchy? Poświęcanie pierwociny ze zbiorów i co trzeciego syna? Lampiony z rzepy? – Nie zareagowały, więc machnęłam ręką lekceważąco, postanawiając zająć się swoim drinkiem.
– Dynie są, świeczki są – wyliczała Isabela. – Upiorny kot jest. – Zerknęła na Isabelę, która się skrzywiła. – Jeszcze więcej kotów też. – Wskazała na nie palcem. – Czarownice są. – Zatoczyła ręką wkoło. – Brakuje nam psychopaty…
Już chciałam podnieść rękę i wziąć na siebie ten etat, jednak zamiast tego spojrzałam na Oanę.
– Twój brat będzie?
Nie wiem, co ją tak rozbawiło w tym pytaniu, ale zaczęła się śmiać.
– Pojawią się całą ekipą, więc psychopatów będziemy mieli pod dostatkiem – oznajmiła między parsknięciami.
– Oni z pewnością wolą określenie „kreatywni” zamiast „psychopaci”.
– Może zdolni inaczej? – zaproponowała z rozbawieniem. – Zresztą o wilku mowa…
Zerknęłam na wejście i moje brwi podjechały do góry. Marco, który właśnie przekroczył próg, potraktował moją sugestię na serio i przebrał się za wiedźmina. Szeroka koszula, obcisłe spodnie, skórzany pas, wysokie buty, a na głowie peruka z długimi platynowymi włosami. Zza pleców wystawały rękojeści dwóch mieczy. Z zaciekawieniem czekałam, aż podejdzie bliżej, żeby sprawdzić, czy chciało mu się postarać o żółte soczewki kontaktowe.
– Bliżej mu dzisiaj do przystojnego diabła niż psychopaty, nieprawdaż? – szepnęła mi do ucha Oana. – Zamknij usta – dodała.
Posłałam jej spojrzenie mówiące: „Chyba sobie kpisz!” i upiłam swoją krwawą mary.
Kiedy przestał blokować wejście, do środka wkroczyła ubrana w obcisłą czerwoną sukienkę Sofia. Ułożone w stylu lat dwudziestych włosy przerzuciła przez jedno ramię. Dekolt spływał falami między jej piersiami. Wyglądała zjawiskowo. Za nią weszła Marju. Wysoka jak posąg, szczuplutka, w połyskującej, jedwabnej, granatowej sukni. Gdy odwróciła się na moment, żeby powiedzieć coś przez ramię do Alessiego, dostrzegłam, że zamiast materiału niemal po same pośladki spływały jej po plecach sznury pereł. Nicola natomiast postawiła na sukienkę w kolorze srebra, otulającą ją miękkimi, satynowymi falami sięgającymi aż do stóp. Głęboki dekolt eksponował pokaźny biust. Podobnie jak Marju, i ona miała na plecach perły – ale postawiła na pojedynczy sznur związany w supeł. Wszystkie trzy prezentowały się obłędnie w kreacjach z lat dwudziestych i dymnym makijażu z podkreślonymi czerwonymi ustami.
Dzieła sztuki do podziwiania przez ich mężczyzn.
Za kobietami podążali Fabiano i cała reszta gangu. Literalnie gangu! Ich wejście wywołało poruszenie, gwizdy i pokrzykiwania pań. Wyglądali, jakby wyszli z filmu Gangster Squad. Pogromcy mafii. Spodnie na szelkach, biało-czarne buty, założone zawadiacko fedory i zbyt krótko zawiązane krawaty. Jakby ktoś kazał mi obstawiać, powiedziałabym, że broń w kaburach to na sto procent autentyki gotowe w razie potrzeby do użycia.
Adam, Alessi i Darius skierowali się do baru, zabierając ze sobą partnerki, podczas gdy Fabi i Marco postanowili dołączyć do naszego towarzystwa.
– Więc co tu robimy? – spytał ten pierwszy.
Maria uwolniła mnie od konieczności odpowiedzi.
– Wycinamy dynie, pijemy drinki i miło spędzamy czas.
– Wycinamy dynie… nożami? – Spojrzał na stół, na którym jedna z dziewczyn z obsługi zaczynała rozkładać narzędzia do drążenia.
– Przeraża cię myśl o kobiecie z nożem w ręku czy to, że może się okazać lepsza od ciebie w operowaniu nim? – zażartowałam.
– Może jest z tego gatunku, który uważa, że noże tylko w kuchni? – spytał Marco gdzieś zza moich pleców.
Nie odrywałam spojrzenia od Fabiego.
– Uważasz, że miejsce kobiety jest w kuchni?
