Zemsta latorośli - Edyta Kene - ebook
NOWOŚĆ

Zemsta latorośli ebook

Edyta Kene

3,7

560 osób interesuje się tą książką

Opis

Ustawione małżeństwo?
Brzmi jak banał… ale spokojnie. To nie historia tatusiów, którzy dogadali się nad piwem, gdy dzieci jeszcze nosiły pieluchy. Tym razem to młodzi wpadają na pomysł, że obrączka może być rozwiązaniem.

Albo początkiem katastrofy.

Czeka Cię aranżowane małżeństwo zorganizowane przez samych zainteresowanych, legendarne „nie zgadzam się” na ślubie, paralizator, łopata i bardzo złe decyzje, orgazm, który zasłużył na Złotą Malinę, fałszowanie… prosto do ucha.

To historia prosta jak konstrukcja cepa i przyjemna jak tabliczka czekolady zjedzona po kryjomu o północy. Idealna na popołudniowy relaks albo chłodny wieczór z kieliszkiem wina.

Czy jest gorąca? Sprawdź.

Ostrzeżenia: sceny seksu (z instruktażem), brutalne łaskotki, szurnięta żona bijąca męża, dogryzki i słowne ogryzki, zdrada nieprzyjemna jak ostre burrito następnego dnia.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows

Liczba stron: 410

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
3,7 (3 oceny)
2
0
0
0
1
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
zaczytana_introwertyczka

Nie oderwiesz się od lektury

Świetna historia, zabawna z dużą ilością sarkazmu, intrygi oraz czułości. I wiecie co? Czuję niedosyt, bo ta historia dla mnie mogłaby trwać i trwać i nie miałabym jej dość.
10
FascynacjaKsiazkami

Nie oderwiesz się od lektury

Na poprawę humoru to obowiązkowa lektura💚Będę do niej wielokrotnie wracać 💚 Kocham i bardzo polecam💚
10
yomikoLegimi

Nie polecam

Nie dam rady dokończyć tej książki. Poziom zachowania głównego bohatera jest żenujący. Niby drażni się z Meg, ale tak realnie jest przy tym po prostu chamski i ubliża jej na każdym kroku. I jeszcze to określenie, że ich związek ma elastyczną smycz. WTF. Ogólnie książka jest napisana topornie, bohaterowie nie wzbudzili ze mnie grama sympatii i aż przykro czytało się niektóre dialogi (np podczas kolacji zaręczynowej).
01



1. Wypadek

Asher

– Nie mogę… nie mogę oddychać. – Mój głos był bliski szeptu, do tego mocno zniekształcony. – Nie…

– Proszę nic nie mówić – pisnął ktoś nade mną. – Jak pozostali? Na jaką salę?

Próbowałem poruszyć głową, ale nie mogłem. Byłem unieruchomiony… sparaliżowany? Cholera, jeśli się okaże, że do końca życia będę jeździł na wózku, to w nosie takie życie, game over!

– Mia, daj tego do trójki – odezwał się ktoś z boku. – Tego z odmą.

Szaleństwo trwało. Byłem przykuty do jeżdżącego łóżka, a jedyne, co miałem zdrowe, to wzrok i słuch. Przerażał mnie hałas, jasność pomieszczenia i te cholerne ledowe lampy nad głową niczym latarnie. Raz, dwa, trzy, puf! I znów raziło po oczach.

Po wycieczce przez drogę usłaną jarzeniówkami trafiłem do nieznacznie przyciemnionego pomieszczenia. Nie zdążyłem się rozejrzeć, kiedy stanęło nade mną czterech mężczyzn w zielonych wdziankach.

– Czy coś….

– Na trzy! – krzyknął ten przy mojej prawicy. – Raz, dwa, trz…

– Aaa! – wydarłem się. Ból, niemiłosierny ból. Serce załomotało o żebra, co przysporzyło jeszcze więcej bólu. Ból był wszędzie, byłem nim, roztapiałem się.

– Dajcie mu dziesięć miligramów Oksykodonu – odezwał się mężczyzna stojący przy moich nogach.

– A narkotyki? – zapytał inny. – Bronson powiedział, że ćpali coś w klubie.

Mężczyzna stojący przy moich nogach cmoknął.

– Szybki test na poziom narkotyków, a teraz dajcie mu trzy miligramy – polecił nagląco. – I tak trzeba operować.

Operować?

Nie zdążyłem zapytać o nic. Czy Justin żyje, chociaż wyleciał z auta? Wiedziałem, że Clark miał się dobrze, skoro to on wspomniał, że ćpaliśmy. A te dwie dziewczyny, które mieliśmy podrzucić do Sacramento? Poznaliśmy je w klubie, świetnie się bawiliśmy, a one były takie wesołe i pełne życia. Co z nimi? I czy ja naprawdę się jednej oświadczyłem?

Ze wszystkimi pytaniami musiałem poczekać. Mrok nadszedł niespodziewanie, a wraz z nim wytchnienie i ulga. Już mnie nie paliło przy każdym oddechu. Nic nie czułem. I to chyba było dobre.

***

– Budzi się. – Usłyszałem kobiecy głos, a po chwili poczułem dotyk na policzku. – Panie Peterson, dzień dobry.

– Dzień dobry – mruknąłem chyba zrozumiale.

– Proszę otworzyć oczy, panie Peterson – odpowiedział mi ten sam głos.

Otworzyłem, po czym wytrzeszczyłem je przestraszony i zrobiłem minę, jakbym zobaczył kosmitę. Mężczyzna w zielonym uniformie z długimi, kobiecymi włosami, pomalowanymi ustami i doklejonymi rzęsami.

– No co?! – mruknął normalnym, czyli męskim głosem. – Ubrudziłem się?

Pokręciłem głową i wydałem z siebie syknięcie. Ależ to był ból!

– Proszę mi tu nie szarżować, panie Peterson – pouczył mnie. – Jestem doktor Guadagnino, a tobie zdarzył się wypadek, pamiętasz? – Spojrzał na mnie spod rzęs. To znaczy ona… on… ten lekarz.

– Niewiele – wymamrotałem. – Clark prowadził, często odwracałem się w kierunku tylnej kanapy – dodałem zawstydzony. – Nie widziałem samego wypadku, my chyba… my uderzyliśmy w auto?

– Nie, w jelonka – parsknął rozweselony i zapisał. – Oczywiście, że w auto! – zakpił. – Ale nic wielkiego się nie stało, spokojnie. – Machnął ręką. – Wprawdzie przyrodzenie ci nie odrośnie… – zacmokał, mocno się zastanawiając.

– Co? – wrzasnąłem i od razu zanurkowałem dłonią pod kołdrę. Kiełbaska, dwa jajka, wszystko na swoim miejscu.

– Szybka reakcja na bodźce – wymamrotał lekarz, nanosząc informację w notatce, po czym spojrzał na mnie poważnie. – Za chwilę pojawi się u pana policja. Chcą porozmawiać, a jest już pan kontaktujący.

I opuścił salę, pozostawiając mnie z pierdolnikiem w głowie. A policja? A i owszem, przybyła. Dwóch szeryfów prawa wymaglowało mnie doszczętnie. Byli na tyle uprzejmi, aby poinformować, że wszyscy przeżyliśmy, jednakże nie wszystkim się to opłacało. Clarkowi za prowadzenie pod wpływem narkotyków groziła odsiadka. Przyjacielowi coś odbiło i zamiast zajarać z nami trawkę, co od kilku lat można było robić legalnie, to on wciągnął biały proszek od striptizerki.

Myślałem, że wizyta władz to najgorsze, co mogło mnie spotkać. Oczywiście pomijając ból w klatce piersiowej. Ale wtedy do sali wkroczył on – Clint Peterson. Mój ojciec.

– Doigrałeś się – syknął wściekły i usiadł w fotelu.

Położyłem głowę na poduszce i westchnąłem.

– I jeszcze będziesz mi tu wzdychał – zaszydził.

– Mam przestać oddychać? – zakpiłem i uśmiechnąłem się krzywo. – Może to by cię uszczęśliwiło?

– Dziecko by mnie uszczęśliwiło! – ryknął na mnie. – Normalne dziecko, a nie to takie… taki… taki ty! – Wymachiwał łapami, jakby się obawiał, że sama złość w głosie nie jest wystarczająco wymowna.

Od słów Clinta Petersona już nie szkliły mi się łzy w oczach. Może kiedyś, gdy byłem młodszy. Nigdy nie uczyłem się za dobrze, nie zachowywałem się najlepiej, nie spełniałem jego oczekiwań. A starałem się. W końcu przestałem zabiegać o uznanie ojca. Po co się wysilać, jeśli wynik końcowy był okraszony jego pełną dezaprobaty miną?

– Trzeba było spłodzić – zlałem go.

– Żeby matka mogła jeszcze mi jakiegoś urodzić… – warknął i miałem pewność, że zacisnął dłoń w pięść. Byłem jedynakiem nie z wyboru. Matka poroniła kilkakrotnie, w końcu zaniechali dalszych prób.

– To trzeba było skombinować dziedzica na boku – prychnąłem.

– Ty niewdzięczna łajzo! – zaperzył się i ruszył na mnie.

– Clint! – pisnęła wchodząca do sali mama i w ostatnim momencie złapała ojca za przedramiona. – Clint, co ty wyprawiasz? – załkała. – Przecież nasz synek miał wypadek.

– Synek – sarknął ojciec. – Twój synek ma dwadzieścia pięć lat i jechał naćpany w aucie z tymi swoimi przygłupiastymi koleżkami od imprez! – Pokiwał głową i ruszył w kąt sali. Zaplótł sobie dłonie na plecach i tak chodził. Już wiedziałem, że on coś knuje. – Ale spokojnie, ja sobie z tobą poradzę, Asherku – wymruczał jadowicie. – Nie chcesz po dobroci zrozumieć, to czas cię odciąć od wszystkiego.

– Co ty… – załkała matka.

– Skończ, Jodie – zagrzmiał na nią i spojrzał na mnie srogo. – Ja nie będę więcej tego wysłuchiwał, nie będzie kolejnych kopert dla policji, by mogli sobie rozdzielić w premiach i nie zrobię już żadnej przysługi, budując obiekt wypoczynkowy lokalnej telewizji, aby nasze nazwisko nie zostało zbrukane! Koniec z pomocą, kryciem twoich wybryków, koniec z twoim byciem w firmie.

– Co?! – krzyknąłem zaskoczony. – A co ma do tego…

– Koniec! – syknął i oparł dłonie o barierkę mojego łóżka.

– Nie mieszaj do tego firmy! – uniosłem się. – Swoją pracę wykonuję właściwie, nigdy nie zawiodłem.

– A dlaczego zamawialiśmy odzież ochronną na ostatni moment? – spytał cwaniacko.

– Przeoczenie – zbagatelizowałem.

– A co się stało z projektem poprawy ZOO? – drążył i uśmiechał się coraz szerzej. – Kto wygrał przetarg? I dlaczego?

Przełknąłem ślinę, bo się spóźniłem. Miałem w rękach projekt, pomyliłem terminy składania. No i nie złożyłem. A byśmy wygrali.

– A dlaczego przy Woodring Doctor w Mather nie kupiliśmy gruntu? – zakpił ze mnie.

To był mój kolejny błąd, cóż, byłem na kacu. Ale za to jakie wspomnienia…

– Dlatego, że jesteś nieodpowiedzialnym, niezorganizowanym gówniarzem! – ryknął.

– Potrzebujesz mnie – szepnąłem skruszony. – Jestem twoją prawą ręką…

– Jesteś kulą u nogi – wymówił z nieskrywanym żalem. – Studia menedżerskie powinny przygotować cię do roli szefa. Tobie talentu nie brak, to fakt, ale na pewno organizacji.

– Co zamierzasz? – Spojrzałem na niego i starałem się, aby mój wzrok nie pokazał mu, jak bardzo mnie to wszystko boli.

– Postanowiłem, że po wakacjach dołączy do nas Tom – odparł z satysfakcją.

Nogi się pode mną ugięły, a w sumie, zrobiłyby to, gdybym na nich stał. Tom był moim bratem stryjecznym, który właśnie skończył budownictwo na UCLA. Dla ojca oznaczało to nabycie nowego pracownika.

– I jeśli w przeciągu roku chłopak mnie nie zawiedzie, to firma zostanie przekazana jemu – dodał najgorszą część.

– Firma to Peterson and Son! – zagrzmiałem.

Ojciec posłał mi krzywy uśmiech.

– Na szczęście Tom ma również na nazwisko Peterson, więc… – zamyślił się – kto by tam pytał.

– Tato! – jęknąłem. – Ta firma to całe moje życie.

– Doprawdy? – Zaśmiał się i posłał mi nienawistne spojrzenie. – Dla ciebie to dojna krowa, a nie przyjemność. Ty masz w dupie firmę, liczy się profit.

– Zmienię się. – Chwyciłem się ostatniej deski ratunku.

– W to już nie wierzę – westchnął i zaprzeczył ruchem głowy.

– To co mam zrobić, abyś uwierzył? – prawie załkałem. Ojciec nie miał racji, kochałem naszą firmę, stukałem młotkiem, mając cztery lata.

– Nie wierzę, abyś sam się zmienił – szepnął i był to przejaw jego zawodu. – Ty nie masz dla kogo się zmienić, nie masz żadnego punktu, który by cię kierował, naprowadzał.

– Co masz na myśli? – mruknąłem. – Mam skończyć jakiś kurs?

Ojciec uśmiechnął się pod nosem, jakby był zawstydzony.

– Mężczyzna jest w stanie się zmienić, kiedy ma dla kogo, kiedy uczy się odpowiedzialności za rodzinę.

Rodzinę? W sensie… mam się opiekować rodzicami? Nie, ojciec ma lekko po pięćdziesiątce, matka dopiero skończyła, na pewno nie o to mu chodzi.

– Ale ty nawet nie masz odpowiedniej kobiety przy swoim boku, która mogłaby sprawić cud i z utracjusza…

– Mam się ożenić? – pisnąłem zaskoczony.

– A masz godną kandydatkę? – zakpił z mojego pytania.

Nie, ojcze, tak na poczekaniu to niekoniecznie, ale przejrzę telefon.

– I nie pytam o te panienki, które opuszczają o świcie posiadłość w Elvercie – zaszydził.

A dlaczego nie? Dziewczyny jak każde inne, po skończonym pieprzeniu wracają do siebie, czego się czepiasz?

– Godną kandydatkę – powtórzył dobitnie.

A, nie, to sorry, nie mam.

– Właśnie – westchnął staruszek i uśmiechnął się półgębkiem. – A Tom ma narzeczoną, jest po studiach inżynierskich i zamiast balangować, to on…

– On ma dopiero dwadzieścia dwa lata! – jęknąłem teatralnie.

– I myśli poważnie o życiu! – zagrzmiał ojciec. – A ty?!

– A ja zacznę tak myśleć – odparłem poważnie. – Daj mi szansę – dorzuciłem z trwogą.

– Przekonamy się – zacmokał i opuścił salę, zostawiając mnie z mocno zafrasowaną matką.

Położyłem głowę na poduszce i westchnąłem głośno.

– Czy ty…

– Muszę się ożenić – wszedłem jej w słowo. – Zostały mi trzy miesiące do końca wakacji – dodałem odrobinę przejęty. – Gdzie ja znajdę inteligentną desperatkę? – jęknąłem i zakryłem twarz poduszką.

– Ja chyba kogoś mam – szepnęła mama. Odsłoniłem twarz, a ona uśmiechnęła się promiennie i pokiwała głową. – Evans.

W jednym momencie przeszły mnie nieprzyjemne dreszcze i obrzydzenie na równi.

Meg? O nie! To już wolę z kijem od szczotki spłodzić dzieci!

2. Kara za brak kiełbaski

Megan

Opróżniałam swoją szafkę w ciszy. Z wielkim sentymentem przekładałam zebrane przez cztery lata bibeloty. Zdjęcia… fotka z konferencji międzynarodowej, zjazdu architektów, projekt „Nowoczesne rozwiązania”. Ja i moja historia związana z tym, czego dokonałam.

– W końcu jestem inżynierem – zagadałam sama do siebie i dopięłam torbę z niewielkim bagażem, za to z bogatą ilością wspomnień.

To były piękne, cztery lata. Udowodniłam, że kobieta potrafi odnieść sukces w branży, która najczęściej kojarzona jest z mężczyznami. Studia z budownictwa, w nawiasie: wykończenie. I nie mówię tu o babskim projektowaniu wnętrz, tylko o solidnym, męskim fachu – dom pod klucz! Bo tym się zajmował ojciec, to miałam robić, kiedy staruszek zdecyduje się na emeryturę. A miał już sześćdziesiąt dwa lata, było coraz bliżej jego pożegnania się z prowadzeniem firmy.

– O! Evans! – zagaiła koleżanka z mojego rocznika. Miała chyba na imię Patricia albo Pamela. Nie byłam pewna, stroniłam od znajomych z uczelni.

– Co tam… koleżanko? – spytałam, bezpiecznie nie używając imienia.

– Wybieramy się do Scotta na imprezę pożegnalną, może…

– Och, nie! – zaśmiałam się. – Jestem już umówiona.

– Serio? – zdziwiła się dziewczyna. – W dniu rozdania dyplomów jesteś umówiona?

– Dokładnie – sapnęłam i pokiwałam głową. – O ósmej wieczorem mam uroczystą kolację z ojcem wśród jego pracowników. Oficjalnie przystępuję do projektu „Inteligentny dom”.

– A… racja… – mruknęła niepocieszona. – Z twoimi wynikami i tak byś wszędzie znalazła pracę.

Na to też jedynie potaknęłam. Uczyłam się wzorowo, aby ojciec nigdy nie miał wątpliwości, co do mojego poziomu kompetencji. Byłam jego przyszłym zastępcą. Musiałam też udowodnić jego ludziom, że na stołek nie wdrapałam się przez nazwisko. Ja wydrapałam sobie drogę do tego stołka własnymi rękoma.

– Ale życzę wam udanej zabawy – odparłam, zgrabnie jej odmawiając.

– Tobie też. – Wyczułam w jej głosie nutę zazdrości, ale to olałam.

W liceum czy nawet na studiach uchodziłam za grzeczną dziewczynkę, małomówną, pokorną, ale dobrze się uczącą. Nie warto było tego zmieniać ostatniego dnia. Nie czułam potrzeby pokazywania, że w głębi duszy jestem twarda i nieugięta, a zarazem trzymam się logicznych rozwiązań.

Zarzuciłam torbę na ramię i ruszyłam w kierunku Sunset Boulevard, gdzie zostawiłam auto. W samochodzie miałam już wszystkie spakowane torby i byłam gotowa do drogi. Ponad trzysta pięćdziesiąt mil oznaczało prawie sześć godzin za kierownicą bez zatrzymywania się. Musiałam się spieszyć, poza tym nie czułam potrzeby tkwienia w LA ani minuty dłużej. To nie był dom, to było… miejsce przechodnie jedynie do zdobycia wiedzy, aby móc powrócić jako inżynier budownictwa do Sacramento.

Przeokropnie się złościłam, gdy na swej drodze w San Fernando napotkałam na korek, i to dwukrotnie! Do tego wypadek w Martins i raptem doszło mi pół godziny przestojów. Miałam małe zaplecze czasowe. Według obliczeń w domu powinnam pojawić się przed siódmą.

Na szczęście udało się. Dom przy Ósmej ulicy, w pobliżu Southside Park świecił pustkami. W sumie, o tej porze kogo się mogłam spodziewać? Mama lubiła spotkania z koleżankami od bingo, ojciec ciężko harował, a mój młodszy brat Hudson… Zapewne miał randkę, bądź oddawał się innej rozrywce.

Nie wypakowałam rzeczy z samochodu. Za godzinę musiałam pojawić się w sali konferencyjnej, gdzie ojciec miał zapowiedzieć, że jestem od dziś pierwszym dyrektorem wykonawczym, a zarazem przyszłym prezesem. Taki był plan od czterech lat, kiedy wybrałam budownictwo. I podołałam. Nadszedł czas, by odebrać nagrodę.

Szybki prysznic, leciutki makijaż, mała czarna, która leżała na mnie jak ulał i podkreślała szczupłą sylwetkę. W sumie kształty nie były moją zasługą, od dziecka cierpiałam na celiakię, po mamusi. Miałam rygorystyczną dietę, a ciało… takie było. Szczupłe. Niestety choroba stała się między innymi powodem, przez który nie wychodziłam na imprezy, nie stołowałam się na mieście i ogólnie, stroniłam od ludzi. W liceum próbowałam się z kimś zaprzyjaźnić. O ile w szkole podstawowej nikt nie miał z tym problemu, o tyle w dalszych latach żartowano z mojej choroby. Ludzie nie rozumieli, że odmawiam zjedzenia burgera, bo jest na bazie glutenu, oni woleli śmieszkować, zamiast to pojąć.

***

– Oto i ona! – krzyknął Jerry Evans, kiedy pojawiłam się w progu sali konferencyjnej Evans Interior Finishing. – Panowie, znacie doskonale moją córkę – zamruczał radośnie ojczulek. – Przed wami pierwszy dyrektor wykonawczy.

Po sali rozniósł się pomruk niezadowolenia, a szepty stawały się coraz głośniejsze. Przystąpiłam z nogi na nogę, ale nie pozwoliłam zbić się z pantałyku. Patrzyłam na inżynierów ojca. Powoli przesuwałam wzrok po ich twarzach, aby wiedzieli, że się nie boję. To jest moje miejsce, ja tutaj będę zarządzać. Mogli być facetami z miliardem lat doświadczeń. Ja byłam Evans, firmę miałam we krwi.

I wtedy mój wzrok zatrzymał się na Hudsonie. Zmarszczyłam brwi, bo nie spodziewałam się obecności osiemnastoletniego brata. Przecież miał wolne, był po uroczystym zakończeniu liceum, mógł iść na randkę albo… robić co mu się tam chciało. Nie powinien być tu!

– Megan, pozwól. – Tato wskazał mi miejsce po swojej prawicy. – Czekaliśmy tylko na ciebie.

Pewnym krokiem przeszłam długość sali konferencyjnej i usiadłam na wskazanym miejscu.

– Po tym krótkim spotkaniu zapoznawczym oczywiście zapraszam wszystkich na kolację. Pojawią się też przedstawiciele współpracujących z nami firm, ale na wstępie chciałbym was wszystkich poinformować, że od przyszłego miesiąca to Megan przejmie wykonywanie projektów.

– Słodko – wtrącił Max, któremu nadałam ksywkę inżynier-wkurwiający i się przyjęła.

– Córka skończyła budownictwo na UCLA i myślę, że ma najlepsze ku temu predyspozycje, aby zająć się naszą wspólną firmą – przypomniał twardo ojciec i zmierzył wzrokiem tego, który śmiał się odezwać.

– Hryhym – odkaszlnął Hudson, a kiedy zerknęłam na niego, puścił do mnie oczko.

– Ach, tak! Proszę państwa! – Ojciec klasnął w dłonie, a po chwili wskazał na mojego brata. – Zapomniałem dodać najważniejsze. Megan będzie pełniła funkcję dyrektora wykonawczego tymczasowo.

Co?! Jakie tymczasowo, ojcze?

– Przez najbliższe cztery lata moja córka będzie pełniła jedynie obowiązki. Hudson w tym roku rozpoczyna studia inżynierskie w San Francisco i tuż po ich ukończeniu przejmie z moich rąk firmę.

Nie spuściłam głowy, nie spojrzałam na nikogo z przestrachem, a w moich oczach nie zaszkliły się łzy. Byłam głazem, pieprzonym kamieniem, granitem z żelazną maską. Słowa ojca mnie nie zasmuciły, a rozsierdziły do czerwoności. Ale płonęłam jedynie w sobie. Dla ludzi siedzących z boku serwowałam profesjonalne spojrzenie pani inżynier, która okazała się tymczasowym dyrektorem wykonawczym. Tylko po to, aby zagrzać braciszkowi fotelik na ciepłej posadce pana prezesa.

Po kilku gratulacjach i wymianie uprzejmości inżynierowie opuścili salę konferencyjną, a za nimi ruszył dumnie przyszły prezes mojej, no cóż… nie mojej firmy. Hudson puszył się niczym paw i coraz oglądał za siebie, aby sprawdzić, czy nie wybuchłam. Nie miałam zamiaru. Nie należałam do rozpieszczonych księżniczek, dla mnie walka była nie na piszczenie i fochy, a argumenty. Solidne i rzeczowe.

– Gratuluję decyzji, ojcze – odezwałam się chłodno, kiedy pozostaliśmy sami.

– Wyczuwam smutek w twoim głosie – szepnął i nachylił się w moim kierunku.

– Raczej zawód, że nie miałeś śmiałości uprzedzić mnie o zmianie planów – odparłam równie chłodno, co poprzednio.

– To wyszło dopiero wczoraj, przysięgam – jęknął i złapał mnie za dłoń. – Hudson powiedział, że dostał się na budownictwo, będzie nieco godzinę drogi od domu, ciężko pracował w każde wakacje…

– Robiłam dokładnie to, co on – mruknęłam z wyrzutem. – Jestem inżynierem, ukończyłam studia z wyróżnieniem, każde wakacje pracowałam w firmie i dodatkowo, przebywając na studiach, ogarniałam zdalne projekty – argumentowałam spokojnym tonem. – Ośmielę się stwierdzić, że zrobiłam nawet więcej i osiągnęłam więcej. Dzięki mnie poszerzyliśmy wiedzę odnośnie „inteligentnego domu”, zaprojektowałam system adaptacji urządzeń mobilnych, wdrożyłam go i przeniosłam na realne zyski…

– Ale jesteś kobietą! – uniósł nieznacznie głos i pokręcił głową. – Meggie…

– Megan – poprawiłam go szybko i zabrałam ręce. – Nie musisz zdrabniać mojego imienia, aby sprawić mi radość. Dla mnie radością było uznanie w twoich oczach, kiedy Evans Interior Finishing okazała się firmą przodującą w innowacyjności.

– Jestem z ciebie niebywale dumny, córeczko – szepnął zasmuconym głosem.

– Ale nie mam dyndającej kiełbaski między nogami, co znacząco obniża mój zasób kompetencji – sprostowałam lodowato i spojrzałam na ojca z pobłażaniem. – Będziesz żałował swojego wyboru – westchnęłam. – Znam firmę od kołyski, przebywałam tu od najmłodszych lat, wiem o niej wszystko.

– A Hudson…

– A Hudson zainteresował się nią… nie wiem – wzruszyłam ramionami – najwidoczniej miesiąc temu, bo nie przypominam sobie, aby w Wielkanoc pałał miłością do budownictwa. A to trzeba kochać, tato! – argumentowałam. – To trzeba czuć, tak jak piekarz czuje w dłoni, czy chleb jest wystarczająco wyrobiony.

– Meggie, Meggie – zacmokał i spuścił głowę. – Daj mu się wykazać.

– Absolutnie mu tego nie bronię – mruknęłam. – Boli mnie to, że nie miałeś odwagi przyznać, że bierzesz syna na swoje miejsce, chociaż jest studentem uczelni, podczas gdy masz córkę po studiach i dajesz jej funkcję dyrektora wykonawczego.

– Na cztery lata – upomniał mnie.

– Na cztery lata – powieliłam z przekąsem. – A później? – Spojrzałam na niego wymownie. – Mam pracować przez cztery lata pod twoim okiem, a później pod rządami Hudsona? – zdziwiłam się. – Mając czteroletnie doświadczenie plus lata zainteresowania firmą, mam grać drugie skrzypce do końca swojej kariery? Dlaczego? – syknęłam, ujawniając swoje rozżalenie. – Bo nie jestem synem a córką, tato? Kogo jak kogo, ale ciebie o seksizm nie podejrzewałam – skwitowałam ostro.

– Dosyć, Megan! – warknął. – Firma jest moja, ja nią zarządzam i decyduję, kto obejmie po mnie władzę. Nie muszę ci się spowiadać ze swoich kroków.

Nie spuściłam głowy. Wysłuchałam, potaknęłam i wstałam od stołu. Dla mnie rozmowa została zakończona.

– W hotelu obok za chwilę rozpoczyna się uroczysta kolacja – zagrzmiał złowrogo, a wręcz nakazująco.

Nie odpowiedziałam. Ruszyłam do wyjścia z jedną myślą: Poradzę sobie bez ciebie. Kwestia, czy ty poradzisz sobie beze mnie.

3. Krzak prawdę Ci powie

Asher

Kiedy inżynierowie Evans Interior Finishing pojawili się na sali, zacząłem odliczać sekundy. Ich przybycie oznaczało, że spotkanie na cześć Megan dobiegło końca.

Nie pomyliłem się.

Wziąłem z tacy szampana, którego roznosiła ponętna kelnerka o rubensowskich kształtach, a wieszak… to znaczy Megan wpadła niczym burza. Skrzywiłem usta i oceniłem jej wygląd. Ostatnio widziałem się z nią w poprzednie wakacje i dałbym sobie rękę uciąć, że jej figura zbliżyła się jeszcze bardziej do miotły. Chuda, bez cycków, bez tyłka, na głowie krótkie blond strąki, które falując, wyglądały niczym strzępki materiału od mopa.

– Kurwa! – sapnąłem sam do siebie i upiłem łyk trunku. – Nie dam rady, ja pierdolę, nie poderwę jej. – Pokręciłem głową. – To ponad moje możliwości aktorskie.

Megan Evans na buzi była bardzo urodziwą kobietą i tego nie można było jej odmówić. Ale figura… kojarzycie Calistę Flockhart z Ally McBeal? Czy taką chudzinę można nazwać pięknością?

– Siema, Ash! – zagaił podchodzący Hudson, brat mojego obiektu wstrętu. On, jak większość moich znajomych, nazywał mnie skróconą wersją imienia. – Człowieku, masz minę, jakby cię bolał żołądek.

– Strułem się ostatnio – mruknąłem. – Szpitalne jedzenie bywa do dupy.

– Słyszałem, słyszałem – zaszydził, chociaż próbował być dowcipny. – Długo leżałeś w szpitalu?

– Tydzień – odparłem, mocno skupiając się na postaci „miotły”. – Stwierdzili odmę płucną, musiałem się nauczyć oddychać.

– Co? – spytał zdziwiony.

Spojrzałem na niego z pobłażaniem i uśmiechnąłem się delikatnie.

– Podczas wypadku zawisłem na pasach i pęcherzyki powietrza dostały się do płuc. Musiałem się nauczyć… – próbowałem przypomnieć sobie fachową nazwę, lekarz mówił coś o jakimś odbarczeniu – …normalnie musiałem nauczyć się oddychać – zezłościłem się. – Takie ćwiczenia, żeby ten nagromadzony tlen opuścił płuca, czy coś takiego.

– I ty alkohol pijesz? – Hudson wskazał na kieliszek w mojej dłoni.

Spojrzałem na szkło, po czym zerknąłem na rozmówcę, a następnie powróciłem wzrokiem do szampana. Cholera, byłem zestresowany, alkohol chwyciłem samoistnie, zapomniawszy, że ja prochy biorę.

– Masz, Hudson. – Podałem chłopakowi swój kieliszek i ruszyłem w kierunku Megan.

W tle poleciał Apologize z coveru Michelle Ray, co od razu, nie wiedzieć czemu, skojarzyło mi się z prośbą o wybaczenie. Tak, miałem twarde postanowienie uwiedzenia swoim wdziękiem osobistym Megan Evans. I przy moim wyglądzie było to pewne. Jednak sumienie szydziło ze mnie. Byłem bezwzględnym chujem, bo naprawdę chciałem to zrobić. Dla siebie i ratowania swojej przyszłości. Od tygodnia żyłem planem, że rozkocham w sobie Meg, zaproponuję jej randkowy wypad do Las Vegas, odurzę alkoholem, a później ją niecnie poślubię. I ojciec mi odpuści.

– Zatańczysz? – zapytałem, wyciągając do niej dłoń.

Meg spojrzała najpierw na rękę, później jej wzrok przesunął się po moim tułowiu, aż dotarł do twarzy. Miała ładne oczy, takie trochę dziwne, ni niebieskie, ni zielone, ale interesujące. Śliczną buźkę, może odrobinę za mało makijażu, bo gdzieniegdzie, pomimo ładnej cery, ukazywały się niedoskonałości. Było to najbardziej widoczne pod oczami. Od spożytego szampana rozkwitły tam rumieńce.

– Nie chce mi się – zbyła mnie, do tego machnęła ręką.

– Nalegam – odparłem twardo i bez ostrzeżenia pociągnąłem tę chudą szkapę za rękę.

– Asher, weź sobie poszukaj takiej, którą to zadowoli! – fuknęła na mnie.

Stanęliśmy naprzeciw siebie. Chwyciłem jej dłonie i zaplotłem na swojej szyi, po czym własne ręce ułożyłem na biodrach kobiety. Same kości, ani grama mięśnia czy tłuszczu.

– Ale ja nie chcę którejś zadowalać, tylko samego siebie – odparłem lekceważąco.

– To idź do toalety i posmyraj się po ogonku – zaproponowała lekko i wzruszyła ramionami.

– Pyskata – zaszydziłem.

– Jak zawsze – odpowiedziała, nie sprzeciwiając się.

– Lubię to w tobie – zamruczałem.

Megan zwęziła oczy i zaszczyciła mnie spojrzeniem jastrzębia.

– Czy ty się założyłeś z Hudsonem, że mnie uwiedziesz, czy co? – parsknęła śmiechem i pokręciła głową. – Ile postawiłeś?

– Zgłupiałaś? – syknąłem i zbliżyłem ją do siebie, chociaż to mogłoby się wydawać nierealne. – Lubię to co widzę, tańczę z tobą, chcę cię bliżej poznać.

– Weź! – prychnęła i pokręciła głową. – Znamy się od dziecka, nigdy cię jakoś nie kręciłam.

– Dawno się nie widzieliśmy, Meg – zamruczałem i nachyliłem się, aby móc jej szeptać czułości do ucha. – Wyglądasz powalająco w tej sukience.

– Widzieliśmy się w poprzednie wakacje, Ash – zaszczebiotała uroczo, ale sztucznie. – A tę sukienkę miałam na imprezie rok temu. Czarna, prosta i klasyczna. – Spojrzała na mnie i uśmiechnęła się krzywo. – Wtedy tańczyć nie chciałeś.

Przestałem się odzywać. Moja znajomość z Megan trwała od kołyski. Ojcowie prowadzili wspólne biznesy, czasami spotykaliśmy się na jakiś zebraniach. Nie było między nami niechęci, nie kłóciliśmy się nigdy. Między nami to raczej był taki brak wzajemnego zainteresowania.

I chociaż znałem Meg długo, bywałem z nią na wakacjach i ferie świąteczne czasami spędzaliśmy razem w Aspen, to nic o niej nie wiedziałem. Była mi obojętna.

– Możesz już zabrać dłonie? – Jej głos przywołał mnie do rzeczywistości.

Rozejrzałem się. Nikt już nie tańczył, muzyka ustała, goście zaczęli zbierać się wokół ojca Meg, a moje dłonie były wciąż ułożone na chudych biodrach kobiety.

– Przepraszam – sapnąłem i po zabraniu rąk z jej ciała, złapałem ją za dłonie i przystawiłem sobie do ust, po czym pocałowałem jedną i drugą. – Dziękuję za taniec.

– Nie chciałam, sam sobie wziąłeś – zripostowała.

– Tym bardziej dziękuję, że nie oskarżasz mnie o nękanie – zażartowałem, na co usta Megan nieznacznie uniosły się w kącikach.

Kobieta skinęła mi głową, dbając o kulturę, po czym ruszyła w kierunku zbiorowiska. Jerry Evans rozpływał się nad osiągnieciami firmy dzięki współpracy z Peterson&Son, a na końcu przemowy zaprosił zebranych do zajęcia miejsc. Spojrzałem na plan ułożenia stołów i kto gdzie miał się znaleźć. Zdziwiłem się, że usadzono mnie blisko Megan, ale z dala od wszystkich.

Dziwne…

I nie miałem zamiaru się nad tym głowić. Zapytałem matkę, a ona jedynie wzruszyła ramionami.

– Myśleliśmy, że nie wyjdziesz na czas ze szpitala – odparła beznamiętnie.

– A Meg? – Spojrzałem na nią z przekąsem. – Też się obawiano, że nie wyjdzie ze szpitala?

– Synu…

– Czuję sabotaż. – Uniosłem zawadiacko brew. – Załatwiłaś mi bliskie towarzystwo Megan Evans?

– Meg dopiero dziś wróciła z Los Angeles – sapnęła rodzicielka i pokręciła głową. – Obroniła inżyniera z budownictwa na UCLA.

– No tak – mruknąłem, bo chociaż wiedziałem, że dziewczyna studiowała kierunek związany z innowacyjnym budownictwem, nie interesowało mnie gdzie to robiła. – Zupełnie jak Tom.

– Synku… jeśli młoda Evansów ci nie odpowiada, jeśli masz inną kandydatkę…

– Mój telefon twierdzi, że nie mam – posępniałem.

– Asher – westchnęła. – Nie musisz tego robić. Pod koniec sierpnia ojciec weźmie Toma i…

– O tym może zapomnieć – syknąłem i dla równowagi pocałowałem matkę w policzek. – Idę i usiądę obok Meg.

– Wyszła drzwiami tarasowymi. – Rodzicielka wskazała głową wspomniane miejsce.

Podziękowawszy mamie, ruszyłem we wskazanym kierunku. Pomimo wczesnej pory, nie mogłem wzrokiem zlokalizować, gdzie Megan się skryła. Ogród był pokaźny, ale i pięknie zazieleniony. Rosło w nim dużo drzew i krzaków. W końcu, kiedy przymrużyłem oczy i spojrzałem na zachodnią część, zauważyłem drobną postać na ławce.

Ruszyłem tam i poczułem nieprzyjemne dreszcze, kiedy dostrzegłem, że nadzwyczaj poukładana panna Evans dosłownie chleje szampana z gwinta. Duldoniła flaszkę, jakby zawartość nie była alkoholem, a soczkiem.

– Co ty wyprawiasz? – syknąłem i wyrwałem jej trunek.

– A co cię to obchodzi? – spytała naburmuszona, po chwili czknęła. – Oddawaj alkohol, muszę się znieczulić.

– Ja ci się zaraz znieczulę! – wrzasnąłem na nią. – W rezydencji jest około dziesięciu prezesów różnych firm z branży, których naprawdę ucieszy widok pijanej córki Jerry’ego.

– W dupie to mam – wyartykułowała i wyciągnęła rękę po alkohol. – Oddawaj, Asher, to nie jest zabawne, że próbujesz robić za starszego brata.

– Czemu chlejesz? – warknąłem rozłoszczony. Ogólnie lubiłem pijane laski, były łatwiejsze. Ale nie wiedzieć czemu, widok pijącej Meg mocno mnie wkurzył. To była niezwykle poukładana dziewczyna, dbająca o reputację swoją i rodzinnego biznesu.

– Bo mam ochotę – zaszydziła, przeciągając sylaby. – Bo mi wolno! Oddawaj!

Meg upuściła torebkę, rzuciła się na mnie i wyrwała trunek, czym zupełnie mnie zaskoczyła. Zdążyła przystawić szyjkę butelki do ust i pociągnąć z niej spory łyk alkoholu, nim zdążyłem jakkolwiek zareagować. Gdy uderzyłem w butelkę, ta wypadła z rąk właścicielki i potoczyła się wzdłuż trawnika.

Meg wstała pospiesznie i już zmierzała, aby podnieść z podłoża szampana, ale zdążyłem ją jednak w porę podciąć, a dziewczyna gruchnęła na trawę.

– Ała! – zawyła żałośnie.

– O cholera – sapnąłem ze skruchą. – Przepraszam, Meggie, przepraszam – kajałem się. – Przepraszam, nie chciałem.

Nachylałem się nad klęczącą kobietą na czworaka i nie wiedziałem, gdzie dotknąć, by uśmierzyć jej ból. Meg obróciła głowę w moją stronę i zdziwił mnie jej uśmiech, od którego dostałem dreszczy, jakbym oglądał film grozy. Później oberwałem z łokcia w żebra, aż mi zabrakło tchu.

Kaszlałem i łapałem spazmatyczne oddechy. Wypadek mieliśmy niespełna tydzień temu, wczoraj wyszedłem ze szpitala, płuca wcale się nie zregenerowały. A co na to Megan?

Zupełnie nic! Ona miała to w dupie!

Doczołgała się do butelki i wypiła jej zawartość. Nie dość, że alkoholiczka, to jeszcze z zerowym poziomem empatii. Ale tym razem nie miałem zamiaru jej podarować. Wciąż czując potrzebę zakaszlenia, wstałem i ruszyłem do niej. Zanim się zorientowała oplotłem dłoń wokół jej talii i uniosłem to chuchro, separując od flaszki.

– Postaw mnie – zabełkotała i wydała z siebie beknięcie.

Ohyda!

– Przestań chlać! – krzyknąłem na nią.

– Ash, będę rzygać – wymamrotała i pozieleniała na twarzy.

Zgłupiałem i pospiesznie postawiłem ją na ziemi. Megan oddaliła się chwiejnym krokiem w kierunku krzaków, przysłaniając swoje usta, by po chwili uraczyć mnie dźwiękiem rzygania.

– Ja pierdolę! – sapnąłem zezłoszczony sam na siebie. – To ponad moje siły, ja nie dam rady – westchnąłem.

Jej konwulsyjne wymiotowanie przysporzyło mnie o ból głowy i mdłości. Jednak w momencie, gdy Megan zaczęła się jakby dławić i zapowietrzać, zareagowałem. Podbiegłem do niej, oplotłem jej drobne ciało na wysokości przepony i ścisnąłem, jednocześnie uniosłem ją nad ziemią, aby stworzyć ciśnienie.

W końcu Meg wypluła z siebie resztki treści pokarmowych, po czym miarowo powróciła do spokojnego oddechu. Rozplotłem dłonie, obróciłem ją przodem do siebie i posłałem wkurwione spojrzenie.

– Jak ty wyglądasz! – syknąłem. – I co w ciebie wstąpiło?

– W dupie to mam, Ash – bąknęła obojętnie, a po części ze złością.

I wtedy pierwszy raz zobaczyłem w jej oczach łzy. Coś było na rzeczy…