Uzyskaj dostęp do tej i ponad 250000 książek od 14,99 zł miesięcznie
1869 osób interesuje się tą książką
Reese Remington przez lata przygotowywała się do roli właścicielki drużyny w MLB, i tak się składa, że będzie pierwszą kobietą na tym stanowisku. Opinia publiczna jednak widzi w niej jedynie damę w męskim świecie – nie osobę, która zapracowała sobie na tę pozycję. Z racji ogólnej presji Reese nie może pozwolić sobie na to, by cokolwiek ją rozpraszało.
W szczególności kiedy tym rozproszeniem uwagi okazuje się pociągający Emmett Montgomery, były najlepszy zawodnik MLB, a obecnie trener drużyny.
Emmett traktuje zawodników jak własną rodzinę, a boisko jak dom. Po latach zarządzania drużyną na własnych zasadach nie potrzebuje nowego przełożonego. Niestety jest zmuszony spędzać długie godziny w biurze i na meczach wyjazdowych przy boku szefowej, a to powoduje, że zaczyna zauważać, skąd bierze się pasja Reese do przewodzenia i niewzruszona determinacja, by udowodnić wszystkim swój profesjonalizm.
Gdy zapalczywe sprzeczki powodują wzajemne przyciąganie, zawodowe granice zaczynają się zacierać. Reese natomiast wie, że wiele osób tylko czeka, aż powinie się jej noga, dlatego najbezpieczniej jest utrzymać Emmetta z dala od siebie.
Wydaje się, że pośród tej dwójki nie ma wygranych w grze pozorów i trzymaniu się na dystans.
Książka zawiera treści nieodpowiednie dla osób poniżej osiemnastego roku życia. Opis pochodzi od Wydawcy.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 576
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Tytuł oryginału: In Her Own League
Copyright © Liz Tomforde 2026
Copyright © for Polish edition by Wydawnictwo NieZwykłe Zagraniczne, Oświęcim 2026
All rights reserved • Wszystkie prawa zastrzeżone
Redakcja: Anna Strączyńska
Korekta: Alicja Szalska-Radomska, Aga Dubicka, Natalia Szoppa
Oprawa graficzna książki: Paulina Klimek
Projekt okładki: Brittany Keller
ISBN 978-83-8418-633-6 • Wydawnictwo NieZwykłe Zagraniczne • Oświęcim 2026
Grupa Wydawnicza Dariusz Marszałek
Playlista
Rozdział 1
Rozdział 2
Rozdział 3
Rozdział 4
Rozdział 5
Rozdział 6
Rozdział 7
Rozdział 8
Rozdział 9
Rozdział 10
Rozdział 11
Rozdział 12
Rozdział 13
Rozdział 14
Rozdział 15
Rozdział 16
Rozdział 17
Rozdział 18
Rozdział 19
Rozdział 20
Rozdział 21
Rozdział 22
Rozdział 23
Rozdział 24
Rozdział 25
Rozdział 26
Rozdział 27
Rozdział 28
Rozdział 29
Rozdział 30
Rozdział 31
Rozdział 32
Rozdział 33
Rozdział 34
Rozdział 35
Rozdział 36
Rozdział 37
Rozdział 38
Rozdział 39
Rozdział 40
Rozdział 41
Rozdział 42
Epilog 1
Epilog 2
Podziękowania
Przypisy
Pozostałe rozdziały dostępne w pełnej wersji e-booka.
Dla mojej mamy, która odeszła trzy tygodnie po napisaniu przeze mnie słowa „Koniec” w tej książce. Ta historia ukazuje silną kobietę, a moja mama była chodzącą definicją siły i wytrwałości. W swoich książkach rzadko opisuję cudowne matki. To pewnie dlatego, że żadna fikcyjna nie mogłaby się równać z moją wspaniałą mamą. Mam wielkie szczęście, że przez tyle lat byłaś częścią mojego życia. Kocham Cię i tęsknię za Tobą, mamo.
She – BRNDN
Man I Need – Olivia Dean
Make Me Forget – Muni Long
F&MU – Kehlani
DAISIES – Justin Bieber
All Me – Kehlani & Keyshia Cole
God Went Crazy – Teddy Swims
I Do – Toosii & Muni Long
This Is – Ella Mai
Black & White – Teddy Swims & Muni Long
GO BABY – Justin Bieber
Different Too – Elmiene
Funeral – Teddy Swims
Keep Going – Mario
Photographer – BRNDN
Better – ZAYN
Useless (Without You) – Elmiene
Little Things – Ella Mai
Want You To Know – Blxst
Find Someone Like You – Snoh Aalegra
Emmett
Czy to początek końca?
Czuję, jakby tak właśnie było.
W którym momencie dowiem się, że czeka mnie taki los? Że to mój ostatni pierwszy dzień w tym miejscu. Moje ostatnie pierwsze spotkanie z pracownikami. Moje ostatnie pierwsze „cześć” do współpracowników, których nie widziałem od miesięcy.
Czas posezonowy nigdy nie wydawał się krótszy niż tym razem.
Zazwyczaj nie mogę się doczekać powrotu do baseballu. Odliczam dni do zakończenia zimy, w tym roku jest jednak inaczej. Tym razem przerażała mnie sama myśl o powrocie do biura na stadionie, bo wiedziałem, że każdy mój ruch zostanie poddany czyjejś ocenie.
W tym sezonie zyskałem całkiem nowego szefa – takiego, który nie uważa, że jestem odpowiednią osobą na stanowisko głównego trenera drużyny MLB1 miasta Chicago. Nieważne, że pełniłem tę funkcję przez ostatnie siedem lat.
Dzisiaj rano sala filmowa aż huczy od rozmów. Każda osoba pracująca dla Windy City Warriors – poza zawodnikami – zajmuje miejsca siedzące w stylu stadionowych krzesełek. W tej sali oglądamy mecze przed nadchodzącymi spotkaniami z przeciwnikami lub zbieramy się na indywidualnych sesjach, kiedy potrzeba popracować nad czymś z graczami.
Dzisiaj jednak jesteśmy tu ściśnięci na pierwszym spotkaniu z nowym właścicielem drużyny.
Reese Remington.
Trzydziestopięcioletnia wnuczka poprzedniego właściciela – faceta, który zajmował tę posadę prawie tyle lat, ile żyję. Człowieka pozwalającego mi zarządzać drużyną na moich własnych zasadach.
Jego wnuczka jednak – jak wnioskuję po naszych interakcjach z zeszłego sezonu, kiedy tylko się przyuczała i przebywała z nami, żeby przejąć pałeczkę – będzie miała wiele do powiedzenia.
Siedzący obok Kai daje mi kuksańca.
– O której chcesz się jutro spotkać, żeby omówić potencjalny skład miotaczy? – pyta.
– Powiedzmy o jedenastej trzydzieści.
– Możliwe, że przyjdzie ze mną Max. Mam nadzieję, że to nie problem.
Posyłam mojemu przyszłemu zięciowi pozbawione emocji spojrzenie.
– Oczywiście, że to nie problem, Ace.
– Nie wydaje mi się, żebyś mógł nadal nazywać mnie „Acem”. W tym sezonie zyskasz nowego najlepszego miotacza. Musimy tylko rozgryźć, kto to będzie.
– Ty już zawsze będziesz „Acem”. Życzę powodzenia temu nowemu.
Kai – lub „Ace”, jak go nazywamy – był głównym i najlepszym miotaczem Windy City Warriors, odkąd dołączyłem do drużyny parę lat temu. Pod koniec zeszłego sezonu przeszedł na sportową emeryturę i pozostawił mnie bez niezawodnego zawodnika na boisku.
Chociaż będzie mi go brakować, bo zawsze mogłem liczyć na niego jako pierwszego miotacza, jestem dumny, że udało mu się podjąć decyzję najlepszą dla jego rodziny. Szczególnie że teraz zalicza się do niej także moja córka.
Kai i Miller spotkali się dwa lata temu, kiedy Miller pracowała podczas wakacji jako niania jego syna. Reszta to historia. Nie mógłbym wyobrazić sobie lepszego faceta dla mojej córeczki. Gdy widzę ją taką spokojną w Chicago przy boku Kaia i Maxa, trudno mi nawet przypomnieć sobie to szalone dziecko, które nigdy nie potrafiło osiąść w jednym miejscu.
Pomimo mojej dumy z tego, że Kai wiedział, kiedy zrezygnować, rozumiałem, jak brakowało mu gry, nawet jeszcze przed zakończeniem wiosennego treningu. Dlatego przyjąłem go do kadry trenerskiej.
To właśnie plusy bycia głównym trenerem drużyny w Major League Baseball. Mogę zatrudniać własnych pracowników. A nie ma nikogo bardziej wykwalifikowanego do roli nowego trenera miotaczy niż Kai Rhodes.
Drzwi do zapakowanej i głośnej sali się otwierają, na co moje ciało od razu reaguje spięciem. Oczekuję jej. Jednak na widok niziutkiego rudzielca z włosami spiętymi w podskakujący kucyk i z trzema kawami w dłoniach siadam wygodniej na krześle.
– Coś mnie ominęło? – pyta Kennedy. Zajmuje wolne miejsce po mojej drugiej stronie, a potem podaje jeden kubek mnie i jeden Kaiowi.
– Nie. – Unoszę kawę. – Dzięki.
– Zawsze do usług, Monty.
– Wszystkiego najlepszego z okazji twojego pierwszego oficjalnego dnia pracy, doktor Rhodes.
Moje słowa powodują, że Kai rozpromienia się w uśmiechu i spogląda na szwagierkę.
Kennedy oblewa się rumieńcem.
– Dzięki.
Nie tylko została nowym lekarzem drużyny, poślubiła także jednego z zawodników – Isaiaha, młodszego brata Kaia.
Bracia Rhodes stali się częścią mojej rodziny z chwilą, gdy wszyscy wylądowaliśmy w Chicago. Od czasu do czasu przyjmuję na siebie rolę ojca tych dwóch, kiedy tego potrzebują. Między nami jest trochę ponad dziesięć lat różnicy wieku, więc w innych przypadkach jestem po prostu ich przyjacielem.
Jasne, byli zawodnikami, a ja ich trenerem, lecz nasza więź stała się o wiele bardziej zażyła. Tak się składa, że Kai niedługo stanie się mężem mojej córki, a Isaiah poślubił lekarkę drużyny, z którą blisko współpracuję. Dlatego jesteśmy jedną wielką, niespokrewnioną ze sobą rodziną.
– Widzimy się dzisiaj na kolacji? – pyta Kai.
Kennedy potakuje.
– Przyjdziemy.
– Ja też – potwierdzam.
Nieważne, że w sali jest głośno, i tak dociera do mnie skrzypnięcie drzwi. To powoduje, że cały się spinam.
Reese pojawia się jako ostatnia. Gdy tylko jedna z jej szpilek przekracza próg, zaczynam wpatrywać się w kobietę.
Ma blond włosy, ścięte ostro tuż poniżej linii szczęki. Włożyła ciemnoszarą ołówkową spódnicę opinającą jej kształty. Ciemne niebieskie oczy nic nie zdradzają. Jedynie ocenia ozięble całą salę przed sobą.
Kiedy jej spojrzenie pada na mnie, coś zauważam – jasno pokazuje mi bez słów, że bardzo mnie nie lubi.
Cóż, cofam to, co stwierdziłem. Wygląda na to, że łatwo ją rozczytać, gdy mowa o mnie.
Niewzruszone spojrzenie zatrzymuje się na mojej twarzy tylko na chwilę, bo Reese zaraz ucieka wzrokiem. Idzie w kierunku podium na początku sali.
Nie mam pojęcia, co we mnie przeszkadza jej tak bardzo, że odczuwa taki niesmak. Niemniej mam podobnie w stosunku do niej.
Jednak w moim przypadku istnieją ku temu powody.
Po pierwsze, kobieta spędziła cały ostatni sezon na przypominaniu mi, że na jej pierwszy oficjalny rok pracy przypada odnowienie mojego kontraktu trenerskiego. Jakby musiała werbalnie pilnować, bym nie zapomniał, że mój los zawodowy tkwi w jej rękach.
Po drugie, zdążyła mi się już naprzykrzyć z powodu grafików, budżetów, rozmieszczenia funduszy, jakbym to ja odpowiadał za to, że pewne oddziały organizacji mają długi. To wina jej dziadka, któremu brakowało już sił, by za wszystkim nadążyć. Prawdę mówiąc, nie chcę mieć nic wspólnego z tym, jak wygląda zarządzanie klubem. Najważniejsze, że gracze mają się dobrze. Chcę po prostu być trenerem, i tyle.
A po trzecie, jej największym problemem ze wszystkich jest to, że wygląda… właśnie tak.
Nowa szefowa jest nie tylko uciążliwa, jest także piękna. Moje ciało zdecydowało, że akurat do niej poczuje pociąg, i dzieje się to pierwszy raz od niepamiętnych czasów.
Na pewno w którymś momencie cały pojmę, że jej nie lubię. Ale może się tak wydarzyć dopiero, kiedy na koniec sezonu będę pakował swoje rzeczy z biurka, a nowa szefowa odmówi mi przedłużenia kontraktu trenerskiego.
– Wszystko z tobą dobrze? – Kai szturcha mnie w ramię.
Odchrząkuję.
– Tak, oczywiście.
– Ta. – Jego głos podszyty jest tym wkurzającym zrozumieniem. Zauważam też, jak pochyla się do Kennedy i wymieniają się spojrzeniami.
– Widziałem to – bąkam.
Kennedy się śmieje.
– Nie próbowaliśmy niczego ukryć.
Reese stoi przed zebranymi i się do nich zwraca. Wszyscy jednak cieszą się na spotkanie po okresie posezonowym, a tłum jest tak głośny, że nikt nie poświęca kobiecie uwagi i nie próbuje jej posłuchać.
Przyglądam się temu, jak gardło Reese porusza się przy przełykaniu śliny. Jakby tłumiła nerwy. Zaciska dłonie w pięści na podium. Rozumiem, jak się czuje. Jest nie tylko pierwszą kobietą właścicielką w szeregach MLB, lecz także najmłodszą właścicielką.
Ale Reese jest szefową. Doprowadza sprawy do końca, nie daje sobie dmuchać w kaszę. Widziałem to w zeszłym roku, kiedy przygotowywała się do roli. Dzięki niej Kennedy jest z nami i przejęła miejsce, które powinno należeć do niej już od lat. Reese dojrzała to, czego nie widział jej dziadek – wcześniejszy lekarz drużyny był seksistowskim palantem. Zwolniła go i obsadziła Kennedy na tym stanowisku, dzięki czemu ta stała się pierwszą w lidze kobietą z tym tytułem.
Chociaż nie podoba mi się pomysł pracowania dla kogoś, kto nie chce, żebym tu był, Reese wniesie powiew świeżości do tej organizacji. Ale najpierw musi przetrwać to spotkanie.
Otwiera usta, by znowu coś powiedzieć, lecz nie wydobywa z siebie ani słowa. Górę biorą nerwy. Ludzie są zbyt zajęci rozmowami, żeby zdać sobie sprawę, że ona już tu jest i prosi ich o uwagę. Knykcie Reese bieleją, tak mocno trzyma się podium. Kolana lekko jej drżą. Widzę to tylko dlatego, że siedzę w pierwszym rzędzie.
W jej imieniu zaczynam czuć złość na śmiechy i rozmowy toczące się za moimi plecami.
Kurwa. Wymyślam sobie za to, co zamierzam zrobić. Można przypisać takie zachowanie temu, że mam córkę. Przez nią jestem tak cholernie wrażliwy na podobne kwestie.
– Hej! – Wstaję z krzesełka i odwracam się do tyłu. Wszystkie spojrzenia natychmiast padają na mnie. – Miejmy do siebie trochę szacunku, dobrze?
Przez ton mojego głosu w sali zapada cisza.
– Do kurwy nędzy – mruczę pod nosem.
Jasne, przez większość czasu mogę uchodzić za marudnego dupka, odrobinę onieśmielającego z racji postury i tatuaży, ale każdy, kto mnie choć trochę poznał, wie, że jestem miłym facetem… do momentu, aż się wkurzę. A to, co tu się dzieje, mnie wkurza.
Znowu zajmuję swoje miejsce. Czuję na sobie wzrok Reese. Potrzebuję chwili, żeby odwzajemnić jej spojrzenie.
Potakuje do mnie spięta i bardzo profesjonalnym głosem zaczyna:
– Dziękuję, Emmetcie.
I jeszcze to… „Emmetcie”.
Jako jedyna w całym Chicago używa mojego imienia. Wszyscy zwracają się do mnie nadanym mi przezwiskiem. Wiem, że robi tak specjalnie. Nie pozwala, żeby nasze stosunki stały się bardziej zażyłe. Jakby również w ten sposób przypominała mi, że jest moją szefową, a ja jej pracownikiem. Chociaż w tym sezonie spędzimy ze sobą dużo czasu, nie jesteśmy na stopie przyjacielskiej i nigdy się tam nie znajdziemy.
Łatwiej już by było, gdyby zwolniła mnie na koniec roku.
Kurwa, cudownie.
– Przedstawię się tym, którzy mnie jeszcze nie znają. Jestem Reese Remington. – Pewnie rozpoczyna swoje pierwsze spotkanie pracownicze, bo w sali panuje cisza. – Nowa właścicielka Windy City Warriors.
– Emmett.
Jestem w trakcie rozmowy z kilkoma ludźmi z kadry trenerskiej. Spotkanie już dobiegło końca, więc większość po prostu próbuje nadrobić zaległości, dowiedzieć się, co się u kogo dzieje, a potem wszyscy się rozejdziemy.
– Czy mogę z tobą pomówić? – dodaje Reese.
Ostro zaciągam się powietrzem przez nos. Zbieram się w sobie, a jednocześnie odwracam głowę do właścicielki.
– To ty jesteś tu szefową.
– Zadziwiające, że o tym pamiętasz. – Przenosi spojrzenie na grupkę trenerów analityków. – Chcę porozmawiać w moim gabinecie.
Reese przestępuje z nogi na nogę, a potem rusza prosto do drzwi. Oczekuje, że pójdę za nią.
I oczywiście to robię.
Wkładam dłonie do kieszeni i podążam za Reese korytarzem, a potem dwa piętra schodami w górę, do jej gabinetu.
Spuszczam głowę. Po części po to, żeby uniknąć przyglądania się jej grzesznie pełnym biodrom, bujającym się przy każdym ruchu, a po części dlatego, że czuję się jak dzieciak, który coś przeskrobał i został wezwany do dyrektora na dywanik. Jakbym zapomniał, że jestem wieloletnim trenerem głównym z wygranymi i pierścieniem mistrzowskim na koncie.
Przez całą podróż do gabinetu mam napiętą szczękę. Na szczęście guma do żucia służy mi za dobry sposób na odwrócenie uwagi kogokolwiek, kto by się temu przyglądał. Moi zawodnicy i kadra poznali mnie jako swobodnego i pewnego siebie.
Ale kiedy chodzi o Reese, czuję się całkiem odwrotnie. Nie jestem tak śmiały i wyluzowany.
Kto wie, czym mnie uraczy już pierwszego dnia nowego sezonu? Mam pewność co do jednego – teraz to się zaczęło. To jej misja, by udowodnić sobie samej, że nie potrzebuje odnowić mojego kontraktu na kolejne lata. Rozpoczyna ją dzisiaj.
Gdy docieramy na najwyższe piętro, Reese skręca do swojego gabinetu. Idę za nią. Zatrzymuję się jednak na widok pustego biurka sekretarki tuż przed jej drzwiami.
– Gdzie jest Denise? – Gdy Reese mi nie odpowiada, patrzę na nią. – Zwolniłaś ją? Naprawdę?
Rozumiem, że kobieta chce stworzyć to miejsce wedle własnych upodobań, ale zrobić coś takiego? Zwolnić sekretarkę dziadka, która pracowała tu tak długo jak sam Arthur? Co to, do cholery, jest?
Reese patrzy na mnie wilkiem.
– Oczywiście, że jej nie zwolniłam. Znam ją od urodzenia. Chciała przejść na emeryturę bez względu na fakt, że niejednokrotnie wręcz ją błagałam, żeby została. Jeszcze nie znalazłam nikogo na jej miejsce. Chociaż wiem, że będzie ci trudno w to uwierzyć, nie jestem żadnym potworem, Emmetcie.
Reese nie daje mi szansy na odpowiedź. Może to lepiej. Wchodzi do gabinetu i zamyka drzwi, kiedy ja też już znajduję się w środku.
Wielkie, wyglądające na boisko okna to pierwsze, co przyciąga mój wzrok w tym miejscu. Działo się tak samo za każdym razem, gdy w ciągu ostatnich siedmiu lat spotykałem się tu z Arthurem. Widok z tej wysokości to pewnie jeden z najlepszych widoków miasta. Nie potrafię sobie wyobrazić lepszego miejsca do oglądania meczu baseballowego.
Oczywiście nie wliczając w to mojego najlepszego stanowiska na ławce przy samej barierce.
Chociaż widok za oknem jest ten sam, a gabinet odwiedzałem niezliczoną ilość razy, pomieszczenie wygląda niepodobnie do tego zajmowanego przez Arthura.
Reese zmieniła biurko na coś luksusowego i nowoczesnego. W niczym nie przypomina niezgrabnego mebla, za którym siadywał jej dziadek – pokrytego górami dokumentów i zastawionego przestarzałym komputerem. Zamieniła popękany, ciemnobrązowy, skórzany fotel biurowy na taki w kolorach kości słoniowej i złota.
Masa różnych rzeczy zebranych przez poprzedniego właściciela w trakcie czterech dekad pracy zniknęła. Gabinet Reese jest jasny i czysty. Elegancki, nowoczesny i neutralny.
Dokładnie taki, jak jej gust w dziedzinie mody, gdybym kiedykolwiek pozwolił sobie się przyznać, że to zauważyłem.
– Usiądź – odzywa się i wskazuje na jedno z nowych krzeseł naprzeciwko biurka.
Przez chwilę pozwalam sobie wierzyć, że wezwała mnie tu, żeby zawrzeć rozejm. Może tak samo jak ja zdaje sobie sprawę, że ten rok będzie jednym wielkim koszmarem, jeśli się nie dogadamy. Ale ten pomysł szybko zostaje mi wybity z głowy, gdy Reese mówi:
– Musisz zwolnić jednego z trenerów analityków.
– Słucham?
– Masz ich trzech, kiedy od zawsze zatrudnialiśmy tylko dwóch. Nie mamy takich pieniędzy w budżecie, żeby płacić trójce ludzi.
Co, do cholery?
– Arthur dał mi pozwolenie na koniec zeszłego sezonu. Mogłem dodać trzeciego trenera. Dopiero kogoś zatrudniłem. Nie mogę go teraz zwolnić.
– Nie możesz czy tego nie zrobisz?
Patrzę jej prosto w oczy.
– Nie zrobię tego.
– Nigdy nie powinien był na to pozwolić. Budżet to jeden wielki chaos, bo dziadek przestał się nim interesować. Nie mamy funduszy na trójkę ludzi.
– W takim razie odejmij pieniądze z mojej pensji.
Reese podskakuje na te słowa. Przez chwilę nic nie mówi. Myśli nad moim pośpiesznie wyrzuconym stwierdzeniem.
– Nie. Nie chodzi tylko o pensję, ale o wydatki związane z pokojami hotelowymi, dietą delegacyjną. Nie potrzebujemy trzeciego trenera.
– Cóż, nie zamierzam zwolnić jednego z moich ludzi. Dwóch z nich jest ze mną od zawsze, a ten trzeci przeszedł z najwyższego poziomu ligi mniejszej. Dopiero przeprowadził się tu z rodziną, jego żona jest w ciąży. Potrzebuje podwyżki.
Reese nie pokazuje żadnych emocji. Patrzy na mnie niewzruszona ciemnoniebieskimi oczami.
– Będę płacić tylko dwóm, więc do ciebie należy wybór, kto odejdzie.
I tyle z tego „nie jestem żadnym potworem, Emmetcie”.
Mocniej zaciskam ręce na podłokietnikach krzesła i zgrzytam zębami tak, że powinienem zacząć się martwić, czy ich sobie nie uszkodzę.
– To się nie wydarzy, Reese. Znajdź pieniądze gdzieś indziej albo weź je z mojej pensji. Twój dziadek nigdy by nie poprosił o to, żebym zwolnił kogoś, kto potrzebuje pracy.
Reese w irytacji odciąga ode mnie wzrok i skupia go na czymś na ekranie komputera.
– Może mojego dziadka owinąłeś sobie wokół palca, ale ja nim nie jestem. W tym roku pewne rzeczy będą wyglądać inaczej, Emmetcie, dlatego powinieneś się do tego przyzwyczaić.
Bez jaj, kto by się spodziewał, że coś się pozmienia, co?
Nie mogę znieść tej myśli.
– Monty! – To pierwsze, co słyszę przy otwieraniu drzwi do domu mojej córki. – Kolorujesz ze mną?
– Z wielką chęcią. – Unoszę swojego ulubionego trzylatka, zarzucam go sobie na biodro, po czym zamykam drzwi. – Tęskniłem za tobą, Max.
Chłopiec wtula się w moje ramię. Ubrany jest już w piżamę. Niosę go do kuchni, by znaleźć resztę domowników.
– Cześć, tato – wita się Miller i szybko przytula do mojego boku.
Całuję ją w czubek głowy, zanim bierze makaron przygotowany na kolację. Przechodzimy do jadalni.
Zbijam żółwika z Kaiem i Isaiahem, gdy dochodzę do nich do stołu. Odstawiam Maxa na podłogę. Chłopiec ciągnie mnie za rękę, żebym usiadł na krześle obok jego kolorowanki i kredek. Wpycha mi się na kolana i wybiera kolor dla mnie. Bez słowa prosi, bym pomógł mu wypełnić kontury obrazka.
– Wybaczcie, to była nowa trenerka rehabilitacyjna, którą zatrudniłam. – Kennedy się rozłącza, a potem zajmuje wolne miejsce obok męża. – Odwołano jej lot, zjawi się dopiero jutro. – Wzdycha i spogląda na jedzenie na stole. – Dzięki za przyrządzenie nam kolacji. Jeszcze nie wypakowaliśmy się do końca, żeby odnaleźć naczynia.
Siedzący na moich kolanach Max unosi spojrzenie.
– Ken – mówi i uśmiecha się do cioci.
– Cześć, robaczku.
Kai nakłada makaron i sałatkę na talerz swojej narzeczonej.
– Wpadniemy jutro i dokończymy rozpakowywanie.
– Mogę to nawet zlecić drużynie jako ich obowiązkowe zadanie – wcinam się do rozmowy. – Powiem, że muszą do was pojechać i pomóc nowej lekarce drużyny.
– Albo wszyscy mogliby po prostu pomóc swojemu koledze, bo mnie kochają – dodaje Isaiah.
– Kennedy zajmuje się ich zdrowiem – przypomina mu Kai. – Wydaje mi się, że będą bardziej skorzy do wkupienia się w jej łaski niż w twoje.
– Monty. Jeszcze. – Max szturcha mnie w wytatuowaną dłoń, w której trzymam kredkę, bo według jego standardów nie koloruję wystarczająco szybko.
Pospiesznie zapełniam kolorem kontur drzew na stronie.
– Jak dom? W porządku? – pytam Kennedy i Isaiaha.
– Idealnie. – Uśmiecha się Ken.
Isaiah spogląda na swojego starszego brata. Pojawia się między nimi pełne radości zrozumienie.
– Cieszę się, że mieszkamy bliżej.
Miller podaje koszyczek z chlebem i przy tym wpatruje się we mnie o wiele za długo.
– Tak, słucham? – pytam podejrzliwie.
– Nie, nic.
– Od kiedy to nagle się powstrzymujesz przed tym, co chcesz powiedzieć, Miller? Mów.
– Po prostu moim zdaniem to miło, że Kennedy i Isaiah przeprowadzają się z centrum miasta i że kupili dom na naszej ulicy.
– To miło, tak – zgadzam się. – Dla nich.
Miller skupia spojrzenie na swoim talerzu.
– Tak miło, że może ty też chciałbyś zrobić to samo?
Wybucham śmiechem.
– Niezła próba. Jestem naprawdę zadowolony z mojego mieszkania w mieście. Od pracy dzieli mnie jedynie krótki spacer. W trakcie sezonu i tak praktycznie mieszkam na boisku.
– Tylko mówię, tato, cała twoja rodzina jest teraz na przedmieściach.
– Cieszę się, że wasza czwórka żyje sobie podmiejskim życiem w dobrze dobranych parach.
– Wiesz, ty też mógłbyś tak żyć, w parze.
Nadal śmieję się z niedowierzaniem. Moja córka nigdy nie wstydziła się tego, co przychodzi jej na myśl.
– Boże, Millie.
Kai potrząsa głową.
– Daj kolesiowi zjeść w spokoju kolację.
– Och, nie, nie, nie. – Miller unosi palec. – Nie masz prawa zabawiać się teraz w kogoś neutralnego, w taką Szwajcarię. Zgodziłeś się ze mną, kiedy rozmawialiśmy o tym zeszłej nocy.
Unoszę brew.
– Rozmawialiście o mnie zeszłego wieczoru? W waszym życiu nie ma nic ciekawszego do roboty czy jak?
– Chcemy po prostu, żebyś był szczęśliwy, tato.
– A co twoim zdaniem sprawia, że nie jestem szczęśliwy? Mam wymarzoną pracę, córka w końcu zamieszkała w pobliżu. Czego więcej chciałbym od życia?
– Przyjaciółkę – wtrąca się Isaiah z pełnymi ustami.
– „Przyjaciółkę”? – pyta Kennedy. Nie jest pod wrażeniem.
– Ta, przyjaciółkę. Dziewczynę. Żonkę. – Isaiah puszcza mi oczko. – Albo kogoś do seksu.
Zatykam uszy Maxa.
– Ohyda. – Krzywi się Miller.
– Och, daj spokój, Miller. Popatrz tylko na niego. Myślisz, że twój tata tak wygląda i nie ma żadnych seksprzyjaciółek? Proszę cię.
– Rhodes. – Kręcę do niego głową. – Zamknij się.
Isaiah się uśmiecha, a potem znów ładuje sobie makaron do ust.
– Już się robi, trenerze.
– Jestem szczęśliwy i zbyt zajęty, żeby przejmować się czymkolwiek więcej niż praca czy wasza czwórka. – Ściągam dłonie z uszu Maxa. – Piątka – poprawiam się.
– Ja tylko mówię – mruczy pod nosem Miller – że może czas na ciebie.
Zanim Miller poznała Kaia, nigdy nie wspominała o tym, żebym się z kimś spotykał. Ale teraz nie chce dać z tym spokoju. Jakby przez to, że sama jest tak szczęśliwa, chciała tego samego dla mnie.
Rozumiem ją, naprawdę, lecz ja już byłem szczęśliwy.
Jasne, minęło dwadzieścia lat, odkąd byłem z mamą Miller. Spędziliśmy razem tylko rok, bo potem ją straciliśmy, ale doświadczyłem radości. Nagle stałem się dwudziestopięcioletnim tatą przedszkolaka, który stracił mamę i nawet nie był moim biologicznym dzieckiem. Byłem za bardzo zajęty zamartwianiem się tymi sprawami, by myśleć o czymkolwiek innym.
Teraz jestem po czterdziestce i skupiam się na karierze. Robię to z radością, jeśli mogę tak o sobie głośno powiedzieć. Jestem za bardzo zajęty życiem na boisku, żeby się z kimś spotykać.
Po przedłużającej się ciszy Miller w końcu daje za wygraną.
– Jak poszło spotkanie? – pyta w zamian.
– Dobrze. – Kai wypuszcza powietrze. – Wygląda na to, że w tym roku w klubie nastąpi parę zmian, ale Reese dobrze mówiła. Jest mądra.
– Tato, dobrze poszło? – W głosie Miller słychać dużo niepokoju.
– W porządku.
Nie wspominam o krótkiej rozmowie, którą Reese ze mną przeprowadziła. Tak, to ona ją przeprowadzała, ale w ogóle mnie nie słuchała, bo tylko poinformowała, że pozbywa się jednego trenera z kadry. Nie potrafiłbym stwierdzić, czy to dobre posunięcie od strony biznesowej, nie do końca też mi na tym zależy. Wiem tylko jedno – stanowisko, które chce zlikwidować, należy do przyszłego ojca potrzebującego tej pracy i pensji.
Na ustach Kennedy wykwita uśmiech.
– Cudownie było wysłuchać wizji Reese dotyczącej drużyny. Cieszę się, że to ona przejmuje dowodzenie w roli właścicielki.
Chociaż rozmowa przechodzi na tematy niezwiązane z pracą, jedyna myśl, która męczy mnie przez resztę wieczoru, to: „No to nie wszyscy się tak cieszymy”.
Reese
– Reese, jesteś z nami?
Dźwięk mojego imienia powoduje, że unoszę wzrok i zauważam pięć wycelowanych we mnie bardzo onieśmielających spojrzeń.
Nie mam pojęcia, co przegapiłam na tym spotkaniu. Skupiłam się na wydruku leżącym na stole konferencyjnym przede mną. Kolumna z zaznaczonymi na czerwono liczbami całkiem pochłonęła moją uwagę.
Odchrząkuję i dostrzegam Phila – jednego z pięciu członków rady doradczej, którą powołał mój dziadek w czasie swojej pracy.
– Przepraszam – odzywam się, unosząc kartki pomazane na czerwono. – Musimy do tego wrócić. To są nasze roczne szacunki?
– Tak.
– Większość oddziałów jest na poziomie zadłużenia.
Phil splata palce i kładzie je na stole. Jego mina nie zdradza żadnego poruszenia. Wygląda, jakby musiał powtórzyć coś po raz setny dziecku, które wydaje się nie rozumieć podstawowej sprawy.
Tylko że ja w pełni rozumiem, co tu się dzieje. Po prostu nie potrafię pojąć, jak to możliwe, że działo się tak przez długi czas. Dlaczego tak zwani doradcy dziadka z taką nonszalancją podchodzą do tematu szastania pieniędzmi klubu.
Czyli do szastania moimi pieniędzmi. Bo to ja je wydaję.
Teraz, gdy dziadek przekazał mi nasze rodzinne dziedzictwo, stałam się jedynym właścicielem Windy City Warriors. A to oznacza, że pieniądze, które tracimy, pochodzą wprost z mojej kieszeni.
Wiedziałam, że wydawaliśmy za dużo. Ale nie zdawałam sobie sprawy, że było aż tak źle.
MLB nie narzuca górnego poziomu pieniężnego dla drużyn, więc ten budżet to raczej nasze własne wyliczenia. Próbujemy z nimi pracować, by uniknąć pewnych podatków ligowych i upewnić się, że nie wydajemy pieniędzy tylko dlatego, że możemy.
Jak wnioskuję po widocznych na papierze sumach, dziadek lubił wydawać pieniądze.
– Tak, Reese. – Phil wypowiada słowa powoli, jakby dawał mi dodatkowy czas na ich zrozumienie. – Jak już wspominaliśmy, z racji twojego pierwszego roku u steru wydaje się nam, że najlepiej będzie, jeśli nie wprowadzimy żadnych większych zmian i skupimy się na tworzeniu struktury, którą budowaliśmy z Arthurem w roli właściciela.
– I pozostaniemy w zadłużeniu – kończę za niego.
– Jeśli mnie pamięć nie myli, to ty zdecydowałaś się wyrzucić współpracującego z nami od lat lekarza drużyny w trakcie sezonu w zeszłym roku, czym zmusiłaś dziadka do wypłacenia całości kontraktu oraz płacenia nowej pensji dla pani Rhodes.
– Doktor – poprawiam go. – Tytułuje się jako doktor Rhodes. A doktor Fredrick był seksistowską świnią. Nie zgadzam się, żeby ktoś taki był powiązany z moim klubem.
Przyłapuję Phila na tym, jak lekko przewraca oczami. Gdy rozglądam się po sali, widzę wymierzone w moją stronę te same poirytowane miny reszty doradców.
Wszystkich oprócz Eda. Zawsze go lubiłam. Jest w wieku mojego taty i pracował dla dziadka, odkąd żyję. Jest także jedynym w tej radzie facetem, który nie próbuje mnie onieśmielić.
Żeby nikt mnie źle nie zrozumiał, nadal zdarza mu się to robić. Wszyscy zachowują się w ten sposób do pewnego stopnia, ale Ed nie robi tego z premedytacją. Ja po prostu chcę dobrze odgrywać rolę. Oni za to byli świadkami czterdziestoletniego sukcesu mojego dziadka.
– Ten problem z finansami to zaledwie kropla w morzu innych kłopotów – przypomina grupie Ed. – Reese ma rację. Arthur przez kilka ostatnich lat wydawał pieniądze z budżetu bez większego zastanowienia, a to na dłuższą metę stanie się jej problemem, jeśli nadal będziemy tak postępować. Jesteśmy tu po to, żeby się upewnić, że nie poniesie porażki.
Pozostali znów wymieniają się spojrzeniami, jakby bez słów chcieli przekazać, że tak naprawdę liczą na to, iż mi się nie uda.
Jestem bardzo świadoma tego, jak moje nowe stanowisko wszystkich podzieliło. Przez wiele lat istniał przestarzały front, w którym wierzono, że w baseballu nie ma miejsca dla kobiet, a teraz pojawiłam się ja – pierwsza właścicielka drużyny w historii MLB.
Istnieje o wiele więcej osób niż ci czterej mężczyźni przy stole konferencyjnym liczących na moją porażkę.
Ale ja nie chcę jej ponieść. Zrobię wszystko, co w mojej mocy, by spędzony tu przeze mnie czas okazał się sukcesem.
Oddałam zbyt wiele, aby teraz mi się nie powiodło.
I tak, jako kobieta wiem, że najprawdopodobniej będę musiała pracować dwa razy ciężej i doprowadzić klub do większego sukcesu, żeby mieć jakąkolwiek nadzieję, by patrzono na mnie jak na kogoś odpowiedniego do zarządzania drużyną.
– To gdzie zamierzamy dokonać cięć? – zadaję pytanie do grupy.
Scott odchyla się na krześle. Splata dłonie za głową.
– Ty nam to powiedz, pani z Uniwersytetu Stanforda. – W protekcjonalny sposób czepia się mojej uczelni.
– Może powiesz, co masz na myśli, Scott?
– To ty wydałaś tyle pieniędzy na wymyślny tytuł magistra studiów menedżerskich. – Pochyla się z pewnością siebie. Składa dłonie na stole. – Nie uważasz, że twój czas byłby o wiele bardziej cenny za zamkniętymi drzwiami, kiedy skupiałabyś się na kwestii biznesowej? Jeśli tak zaprząta cię stan finansów klubu, to może zostaw operacje baseballowe komuś innemu.
– Komuś innemu, czyli tobie.
Uśmiecha się arogancko.
– Świetny pomysł, Reese. Tylko spójrz na siebie, już podejmujesz samodzielnie dobre decyzje.
Możliwe, że Scotta lubię najmniej z nich wszystkich. Reszta jest starsza, on jest zbliżony wiekiem do mnie i niebywale roszczeniowy z racji swojej pracy.
Raczej nie jest popularną praktyką, że właściciel drużyny angażuje się w codzienną pracę swojego klubu baseballowego, ale my zarządzamy Windy City Warriors inaczej. Tak, dziadek był właścicielem, oprócz tego był jednak także prezesem do spraw operacji baseballowych – na to stanowisko pozostałe dwadzieścia dziewięć drużyn zatrudnia drugą osobę.
Przez kilka dobrych lat, zanim byłam gotowa na przejęcie klubu, obowiązki związane z pracą stały się zbyt dużym obciążeniem dla dziadka. Nie mógł zajmować się wszystkim sam. Zatrudnił wtedy Scotta, by ten dołączył do rady doradczej, choć tak naprawdę Scott zajmował się większością operacji baseballowych, kiedy dziadek jedynie publicznie dzierżył ten tytuł.
Gdy dziadek postanowił, że nadszedł czas na emeryturę, wszyscy wiedzieli, że to ja przejmę drużynę na własność. Większość ludzi oczekiwała jednak, że Scott otrzyma ode mnie posadę prezesa do spraw operacji baseballowych.
Ale ja tak nie postąpiłam.
Czterech z pięciu mężczyzn w tym pomieszczeniu nadal liczy, że zmienię zdanie. Cholera, może wszyscy z zarządu tak uważają. Zawodnicy pewnie też by tego chcieli. I jak wnioskuję po nienawiści, jaką zauważyłam w komentarzach online, wygląda na to, że większość fanów w Chicago zgadza się w tej sprawie – powinnam oddać tę rolę komuś innemu.
Większa część mnie wierzy, że podołam. Wiem, o czym mówię w przypadku biznesu i baseballu, ale skłamałabym, gdybym twierdziła, że nie wahałam się już parę razy, czy na pewno jestem odpowiednią osobą do tego zadania.
Trudno blokować takie wątpliwości, kiedy tylko ja sama w siebie wierzę.
Odnajduję w sobie odrobinę odwagi. Nie pozwalam, by ktokolwiek w sali zdał sobie sprawę, że nie przychodzi mi to z łatwością, i oznajmiam:
– Tak, jak już mówiłam, posada prezesa do spraw operacji baseballowych nie podlega dalszej dyskusji. – Wstaję i stukam plikiem dokumentów o stół, żeby wyrównać kartki. – Niemniej jednak, Scott, jeśli nadal chciałbyś być częścią rady doradczej, nie mogę się doczekać twoich pomysłów co do tego, jak poradzić sobie z naszym tegorocznym budżetem.
Gdy schylam się po torebkę, zauważam bardzo delikatny uśmiech na ustach Eda.
– Dobrego dnia, panowie – rzucam przez ramię i wychodzę.
Kiedy tylko drzwi się za mną zamykają, pozwalam, by moja maska opadła.
Mam przerąbane.
Przecież już wcześniej wiedziałam, że nowa rola to będzie wielkie przedsięwzięcie z prawie zerowym wsparciem ludzi dookoła. Ale teraz muszę rozpocząć rok od jeszcze większych cięć budżetowych, niż początkowo planowałam. Wszyscy mnie za to znienawidzą.
Nie powinnam się tym przejmować. W końcu to biznes. Czuję się jak wyrzutek wśród pozostałych właścicieli w lidze, dlatego wolałabym, żeby mój własny klub mnie nie nienawidził.
Zarzucam torbę na ramię i mijam swój gabinet. Udaję się do jedynego miejsca, gdzie będę mogła teraz pobyć sama.
Sytuacja nie jest jeszcze tragiczna, bo nie muszę odsprzedawać udziałów lub robić czegoś równie drastycznego. Mamy pieniądze. Ale ludzie będą tracić pracę, jeśli ich rola nie okaże się niezbędna dla działania klubu. Zawodnicy nieprzynoszący korzyści zostaną wymienieni. Kiedy dotrzemy do ostatecznych transferów tego lata, chcę kupować zawodników na rozgrywki play-offowe, a nie ich odsprzedawać. A do tego potrzebny mi będzie budżet.
Jadę windą w dół na poziom klubu. Trening odbył się kilka godzin temu, więc nie oczekuję, że tu na kogoś wpadnę, lecz kiedy tylko otwierają się drzwi, po drugiej stronie widzę jednego z zawodników.
I to pewnie mój najmniej lubiany gracz ze wszystkich.
Harrison Kaiser – jeden z zapolowych wybrany przez dziadka późno w ostatnim sezonie. Płacą mu o wiele za dużo za to, co robi dla drużyny. Nie wspominając już o tym, że potrafię zauważyć, jak niezbyt dobrze dogaduje się z pozostałymi kolesiami. Och, a do tego to pretensjonalny dupek. Za każdym razem, kiedy muszę podpisać jego wypłatę, zdaję sobie sprawę z tego, jaka jestem poirytowana.
– Hej – wita się przeciągle Harrison. – Dokąd się wybierasz w takim pośpiechu?
– Załatwiam pewne sprawy biznesowe – odpowiadam z wymuszonym uśmiechem i prześlizguję się obok niego. – Dobrego wieczoru.
– Potrzebujesz, żebym pomógł ci się tu odnaleźć, złotko?
Jestem zwrócona do niego plecami, więc nie może zobaczyć, jak przewracam oczami. Po części robię tak przez to, jak mnie nazwał, ale głównie ponieważ koleś jest tu tylko od paru miesięcy, gdzie większość tego czasu byliśmy poza sezonem, a ja wychowałam się w tym klubie. Wydaje mi się, że wiem, dokąd idę.
– Mam na imię Reese – przypominam. Mówię głośniej, żeby mnie słyszał. Jednocześnie nadal idę korytarzem. – Możesz mi mówić pani Remington, jeśli wolisz.
Dobiega mnie jego pewny śmieszek.
– Nie przepracowuj się dzisiaj. Nie chcemy przecież, żebyś zepsuła sobie ten ładny manicure.
Czekam i nasłuchuję odgłosu zamknięcia się drzwi windy z kolesiem w środku, a potem wyciągam dłoń przed siebie.
Mój manicure naprawdę dobrze wygląda. Idealnie neutralny różowy kolor nałożony na paznokcie o perfekcyjnym kształcie migdała.
Dopilnuję, żeby wyglądał tak samo dobrze w dniu, kiedy podpiszę papiery transferowe Kaisera i przekażę go do innej drużyny.
Na szczęście nie wpadam na nikogo innego. Nie potrzebuję, by ktokolwiek wiedział, dokąd się wybieram. To moja sekretna przestrzeń.
Cóż, pewnie ławka nie jest taką tajemnicą, ale to ostatnie miejsce, gdzie ktokolwiek z dyrekcji i zarządu by mnie szukał.
Kiedy już tam jestem, zamiast skręcić w lewo i usiąść na ławce zawodników, kieruję się w prawo. Po tej stronie znajduje się mała wnęka. Miejsca wystarcza jedynie dla jednej lub dwóch osób. To na tej ściance zawieszony jest telefon. Ta sama półścianka zapewnia odrobinę prywatności i blokuje mnie przed każdym, kto by tu przyszedł.
To stanowisko należy do trenera głównego, lecz nigdy nie widziałam, by jakikolwiek trener mógł wysiedzieć cały mecz. Od zawsze uważałam tę przestrzeń za swoją.
Kiedy byłam małą dziewczynką, a dziadek był zbyt zajęty pracą, chowałam się tutaj i wydawało mi się, że to mój własny mały fort. Czytałam i kolorowałam tu obrazki. Ukrywałam się przed rodzicami, jeśli nie byłam gotowa wrócić do domu.
W zeszłym roku, gdy powróciłam, by rozpocząć przygotowania do pracy, znów odnalazłam to miejsce. Tym razem nie chowałam się przed rodzicami, ale przed innymi.
Wszyscy mi się przyglądają, odkąd w zeszłym sezonie powróciłam do organizacji, i od czasu do czasu potrzebuję chwili z dala od tego nadzoru.
Dlatego to mój mały azyl, kiedy boisko jest puste, a stadion cichy. To dobry sposób, by przypomnieć sobie, dlaczego to robię.
Zajmuję miejsce i zaciągam się głęboko powietrzem. Wydaje mi się, że oddycham w ten sposób po raz pierwszy od początku dnia.
To piękny wieczór w Chicago. Słońce zaczyna zachodzić. Powietrze robi się zimniejsze z racji bliskości jeziora.
Minęło tyle czasu, od kiedy tu byłam. Prawie zapomniałam, jak uwielbiam mieszkać w tym mieście.
Prawie zapomniałam, jak bardzo kocham tę drużynę.
Od zawsze wiedziałam, że wrócę, ale spędziłam wystarczająco dużo czasu z dala, żeby oddzielić moje dawne uczucia względem drużyny od tego, jak potrzebowałam postrzegać ją teraz.
Dorastałam w tym klubie. To boisko zajmuje większość moich najlepszych dziecięcych wspomnień. Spędziłam niezliczone godziny w biurze dziadka, słuchałam, jak opowiadał o baseballu. W wiele letnich wieczorów chodziłam spać późno, tylko po to, żeby oglądać mecze na żywo z jego boksu właściciela. Dopingowałam wszystkich zawodników po imieniu, bo sześcioletnia ja uważałam ich za rodzinę. Praktycznie mieszkałam na tym boisku, oni także, więc nie do końca pojmowałam to, że spędzałam z nimi każdy dzień, ponieważ to była ich praca i byli zatrudnieni przez dziadka.
Wtedy wydawało mi się, że jesteśmy jedną wielką rodziną. Od pracowników z dyrekcji, przez zawodników, po obsługę i pracowników z punktów sprzedaży. Moja perspektywa była naiwna i tak właśnie postrzegałam to miejsce. Chociaż bardzo chciałabym pozwolić sobie znów widzieć tę drużynę w takim świetle, to nie mogę.
Teraz, gdy jestem u steru, muszę spoglądać na wszystko realnie – to biznes.
Baseball jest biznesem.
Odciągam wzrok od boiska i skupiam spojrzenie na budżecie w dłoniach. Przerzucam kartki na stronę z pensjami trenerów.
Nadal widnieją tam trzej trenerzy analitycy.
Ponieważ pieprzony Emmett Montgomery wciąż nie zwolnił jednego z nich, chociaż mu kazałam.
Cały czas nie mogę uwierzyć w to, że zaoferował własne zarobki, by pokryć pensję innej osoby.
Przesuwam wzrok na jego wypłatę.
Ta kwota nie jest zaznaczona na czerwono.
Jest wydrukowana na czarno, ale równie dobrze można by było użyć zielonego tuszu, ponieważ praktycznie to my zarabiamy na jego kontrakcie. Dziadek podpisał z nim świetną umowę lata temu, kiedy Montgomery wstępował do głównej ligi w roli trenera głównego. To ostatni rok kontraktu tego mężczyzny. Jego wartość wzrośnie w kolejnym roku. Kwota poszybuje do góry i wtedy każda drużyna w lidze, mogąca sobie na to pozwolić, rzuci się na możliwość, żeby zapłacić mu tyle, ile my nie płacimy.
Naprawdę nie mam pojęcia, jak będzie nas na niego stać. Każdy dzień od momentu dołączenia do klubu spędziłam na próbach przekonania siebie, że nie jest wart odnowienia kontraktu.
Jeśli bym się go pozbyła, drużyna by mnie znienawidziła. Tak samo miasto. Facet jest tu ubóstwiany i do tego okręcił sobie mojego dziadka wokół palca.
I tylko z tego powodu mam ochotę zatrudnić kogoś nowego. Nie ma mowy, żebym się ugięła i zgodziła na jakieś widzimisię Emmetta Montgomery’ego tak, jak robił to dziadek.
Kilka lat temu główny miotacz Warriors został ojcem i potrzebował niani. Emmett przekonał dziadka, żeby to klub płacił pensję opiekunki.
Och, a nowa niania… kto to był? Tak, to była dorosła córka Emmetta. Jakże wygodne rozwiązanie.
Oczywiście synek zawodnika i niania musieli podróżować z drużyną, więc na prośbę Emmetta dziadek zgodził się na nowe udogodnienie dla tej dwójki w samolocie.
Nic dziwnego, że jesteśmy pod kreską. Dziadek szastał pieniędzmi, płacił za wszystko, co mogło uszczęśliwić trenera głównego.
W tym roku to nie będzie tak wyglądać. I jeśli to nie podoba się Emmettowi – a podejrzewam, że nie będzie zadowolony – może powinien znaleźć sobie nową drużynę w przyszłym sezonie.
Na samą myśl o tym czuję, jak gotuje mi się krew. Narasta we mnie frustracja.
Nie mam pojęcia, co takiego powoduje, że aż tak zachodzi mi za skórę. Może chodzi o nerwowe przeczucie, jakie mam, bo wiem, że nie będzie w stanie postrzegać mnie jako swojej szefowej. Jestem odrobinę ponad dziesięć lat młodsza od niego. Ostatnie siedem lat spędził na pracy dla innej osoby.
I jeszcze ten szczegół: nie moglibyśmy postrzegać tego klubu w bardziej różny sposób. Emmett ma wolność, dzięki czemu traktuje członków tej drużyny jak swoją rodzinę – cholera, połowa ludzi to jego rodzina – a ja jestem tu po to, by podejmować trudne decyzje, które spowodują, że ludzie będą mnie nienawidzić. Ponieważ to biznes.
Pierwszy przykład z brzegu – Emmett nadal nie zwolnił jednego z trenerów analityków, więc będę zmuszona zrobić to osobiście. On nadal będzie kochany przez wszystkich, a ja zostanę tym czarnym charakterem.
Cudownie.
Ale to się nie liczy. Kogo to obchodzi, czy inni mnie lubią? Ważne, że odnoszę sukces.
To wszystko tylko praca i biznes.
Wstaję i łapię za torebkę. Wrzucam do środka budżet, a potem wychodzę zza ścianki, żeby wrócić do gabinetu. Robię tylko jeden krok i zderzam się twarzą z… klatką piersiową, tak mi się wydaje.
I naprawdę nieźle w nią uderzam. Tak mocno, że praktycznie się od niej odbijam.
– Kurwa jego mać – mruczę i robię krok w tył, aby złapać równowagę. Dopiero wtedy się orientuję, że jedyne, co utrzymuje mnie na nogach, to czyjaś ręka w moim pasie. Łapię za czyjeś przedramię, żeby ustać w miejscu.
To fajne przedramię.
– Hej, Reese, trzymam cię.
Naprawdę liczę, że to jakiś uraz głowy i dlatego słyszę to, co słyszę, bo niestety bez cienia wątpliwości wiem, do kogo należy ten głos.
Mrugam kilkukrotnie i próbuję sprawić, że to, co jest przede mną, zniknie. Poprawka, ten kto jest przede mną, zniknie.
– Wszystko w porządku? – pyta Emmett.
Nadal mrugam. Ale to tylko powoduje, że dokładniej widzę mojego pracownika, który góruje nade mną i utrzymuje mnie na nogach pewnym uściskiem.
Emmett Montgomery to wielki były łapacz MLB o wzroście ponad metr dziewięćdziesiąt. Nadal zachował swoją atletyczną budowę i mięśnie, pomimo że nie gra już zawodowo. Pewnie ma ich więcej, niż kiedy grał w wieku dwudziestu paru lat.
A ja nie jestem wcale mała. Mam metr siedemdziesiąt i noszę rozmiar czterdzieści osiem lub pięćdziesiąt, zależnie od dnia. Ale coś mi mówi, że ten koleś bez problemu mógłby mnie przerzucać z miejsca na miejsce.
Dobra, to zdecydowanie uraz głowy i gadam od rzeczy.
– Reese – powtarza. Pochyla się, żeby popatrzeć mi w oczy. – Wszystko z tobą w porządku?
Emmett ma brązowe tęczówki. Oczy ukryte są w tej chwili pod czapką baseballową, lecz widać, że są ciepłe i pełne troski. Do tego patrzy na mnie z czułą miną. To pewnie dzięki niej zawsze dostaje dokładnie to, czego chce.
Ale nie dzisiaj, nie dzisiaj.
Sięgam za siebie i ściągam jego rękę z talii. Robię spory krok w tył, czym tworzę między nami dystans.
– Z głową wszystko u mnie w porządku. Dziękuję.
– Nie chodzi mi teraz o głowę. Czy z tobą wszystko w porządku? Wydajesz się jakaś zamyślona. Jakby coś cię trapiło.
Jest zbyt spostrzegawczy. Muszę o tym pamiętać.
Prostuję się, zakładam włosy za uszy i przyglądam się temu, jak Emmett wodzi spojrzeniem po złotych kolczykach na moich małżowinach usznych.
– Jedyne, co mnie trapi – zaczynam, czym sprowadzam jego uwagę na moją twarz – to fakt, że nadal nie zwolniłeś jednego z trenerów.
Prycha ze śmiechem.
– Widzę, że twoje uczucia względem mnie ani trochę nie złagodniały wraz z tym uderzeniem.
– Dlaczego jeszcze tego nie zrobiłeś?
– Już ci mówiłem, że nie mam zamiaru tego robić.
Kręcę głową z niedowierzaniem.
– Masz czas do końca tygodnia na podjęcie decyzji, w przeciwnym razie to ja zadecyduję za ciebie.
– Reese…
– Ta sprawa nie podlega dalszej dyskusji, Emmetcie.
Stoimy tak i patrzymy na siebie krzywo. Żadne nie chce ustąpić. I tak, jak zakładałam, wydaje się, że zapomniał, iż to on pracuje dla mnie, a nie odwrotnie.
Zaciska zęby, ale zaraz zaczyna żuć gumę, żeby ukryć, jak napięta jest jego szczęka, jak zły jest za to, że zmuszam go do takich decyzji.
– A tak w ogóle to co ty robisz na mojej ławce? – pyta w końcu.
Natychmiast się jeżę. Nie ma szans, że powiem mu, iż oto właśnie miałam sentymentalną wycieczkę do miejsca, w którym zwyczajowo ukrywałam się jako dziecko.
– Twojej? – pytam z uniesioną brwią. – Ostatni raz, gdy sprawdzałam, to pod tytułem „właściciel drużyny” widniały moje imię i nazwisko.
Mina Emmetta staje się mniej spięta. W jego oczach pojawia się błysk.
– No co? – pytam sceptycznie.
– Sam nie wiem… Szybka jesteś. Masz cięty język.
– Cóż, wybacz, że nie jestem łagodniejsza dla ciebie.
– Nie chciałbym tego. Wychowałem córkę, która zawsze miała coś do powiedzenia. Nie mam nic przeciwko wyzwaniu.
Nie znajduję odwagi, by zapytać, dlaczego nie jest w tej chwili z córką. Nie pytam, dlaczego spędza niedzielny wieczór na boisku, gdy wszyscy zawodnicy i kadra poszli do domów do swoich rodzin. Zamiast tego obchodzę go i ruszam do gabinetu. Postanawiam poświęcić resztę nocy na pracę nad budżetem.
– Widzimy się jutro w samolocie – rzucam.
Emmett łapie mój biceps, czym mnie zatrzymuje. Znowu odwracam się w jego stronę.
– O czym teraz mówisz?
– Jutro rozpoczynamy naszą pierwszą serię wyjazdową, Emmetcie.
– Prawda. I to jedyny powód, dla którego wybierasz się z nami, tak? Bo to pierwsza seria tego sezonu, a nie dlatego, że planujesz podróżować z nami za każdym razem?
Widzę, dlaczego liczy, że mu to potwierdzę. W zeszłym sezonie, kiedy przyuczałam się do roli, nie jeździłam na wszystkie wyjazdy. Dziadek podarował sobie podróżowanie lata temu.
Udaję zdziwienie, gdy najbardziej niewinnym głosem mówię:
– Oczywiście, że będę jeździć z wami na każdy wyjazd. Jaka byłaby ze mnie właścicielka, gdybym nie przyglądała się dokładnie temu, jak miewa się drużyna? Lub jak radzi sobie trener główny?
Robi wielkie oczy z niedowierzania.
– Twój dziadek nie podróżował z nami na każdy mecz.
Wzruszam swobodnie ramionami. Obracam się na szpilkach i wsłuchuję w stukanie obcasów o posadzkę z każdym moim krokiem. Zanim odchodzę, dodaję:
– Tak jak już mówiłam, Emmetcie, w tym roku pewne rzeczy ulegną zmianie.
1 MLB – Major League Baseball; najważniejsza amerykańska liga baseballu. Składa się z dwóch lig: National Leauge i American League (przyp. tłum.).
