Uzyskaj dostęp do tej i ponad 240000 książek od 14,99 zł miesięcznie
Szczęściara – opowieść o bólu, zemście i drugiej szansie
Susan od najmłodszych lat doświadczała przemocy, odrzucenia i cierpienia. Dorosłość nie przyniosła jej ukojenia - jedynie kolejne rany i decyzje, które na zawsze odmieniły jej życie.
Kiedy na jej drodze pojawia się Peter, po raz pierwszy ma wrażenie, że ktoś naprawdę rozumie jej ból. Jednak tajemnica, która ich łączy, okazuje się znacznie bardziej przerażająca, niż mogła przypuszczać. W jednej chwili wszystko, w co wierzyła, rozpada się na kawałki.
Jak daleko można się posunąć w imię zemsty? Czy człowiek naznaczony cierpieniem potrafi jeszcze zaufać i przebaczyć?
„Szczęściara” to pełen emocji thriller psychologiczny o traumie, winie, miłości i nadziei, która potrafi narodzić się nawet tam, gdzie wydaje się, że pozostała już tylko śmierć.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 287
Rok wydania: 2025
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
– Ty. Nowa. – Głos dziewczyny był ostry, nieznoszący sprzeciwu.
Susan podniosła wzrok. Dziewczynka, która do niej mówiła, mogła mieć dwanaście, może trzynaście lat. Była wysoka i miała krótkie, niestarannie przycięte włosy, a w jej oczach czaiła się pewność siebie, którą nabywa się tylko w miejscach takich jak to.
– Przynieś mi kubek z wodą – poleciła, jakby to było coś zupełnie oczywistego. – Tylko szybciutko.
Susan nie ruszyła się z miejsca.
Nie wiedziała, czy powinna wykonać polecenie. Czy to była jakaś zasada tego miejsca? Czy miała tu obowiązek spełniać czyjeś prośby? Czy to test?
Dziewczyna uniosła brew, a wokół zrobiło się dziwnie cicho.
– No co jest? Pójdziesz sama czy mam ci pomóc?
Susan poczuła nieprzyjemny ścisk w żołądku. Odpowiedź była jasna. Jeśli zostanie, jeśli pokaże, że się opiera, mogą naprawdę ją „zaprowadzić”. Wstała.
Wychodząc z pokoju, nie odwracała się za siebie. Wiedziała, że wszystkie oczy są na niej.
Korytarz wydawał się dłuższy niż wcześniej.
Zbliżała się do drzwi, za którymi znajdował się pokój chłopców. Wciągnęła powietrze i zacisnęła pięści.
Tylko przejść. Nie patrzeć. Nie zwracać na siebie uwagi.
Przeszła przez pokój, starając się nie spotkać żadnych spojrzeń. Niektórzy chłopcy już leżeli w łóżkach, inni rozmawiali półgłosem. Nikt jej nie zatrzymał. Jeszcze nie.
W kuchni znalazła metalowy kubek, odkręciła wodę i napełniła go, pilnując, by nie nalać za dużo – nie chciała rozlać.
Droga powrotna wydawała się jeszcze trudniejsza.
Zbliżając się do pokoju chłopców, wiedziała, że tym razem ją zauważą. I miała rację.
– No, no, nowa wraca – rzucił jeden z nich, siedzący na dolnym łóżku.
– Ciekawe, ilu osobom jeszcze będzie musiała coś przynieść – dodał inny, a w jego głosie czaiło się coś, co sprawiło, że Susan ścisnęło w gardle.
– Nas też będziesz musiała kiedyś obsłużyć – rzucił ktoś inny. I wtedy ryknęli śmiechem.
Susan nie odezwała się ani słowem. Nie zatrzymała się. Nie spojrzała na nich. Jeszcze kilka kroków.
Była już prawie w drzwiach do pokoju dziewczyn, kiedy poczuła nagłe szarpnięcie. Noga.
Nie zauważyła jej na czas. Nie zdążyła się zatrzymać.
Runęła do przodu. Metalowy kubek wysunął się jej z rąk, uderzył o podłogę i potoczył się w dal, robiąc przeraźliwy hałas. Woda rozlała się szeroką plamą, a Susan upadła na kolana, czując piekący ból. Śmiech wypełnił całe pomieszczenie. Głośny, szyderczy, przeciągający się. Tyle o niewychylaniu się.
Podniosła się powoli, próbując nie patrzeć nikomu w oczy.
– No i mamy niezdarę – powiedziała ta sama starsza dziewczyna, opierając się o ramę łóżka. – Teraz wróć jeszcze raz. Przynieś nową wodę. I od razu ścierkę. Trzeba posprzątać.
Spojrzała na Susan z kpiną.
– Pamiętaj, że my tu nie lubimy niezdar.
Susan stała przez chwilę nieruchomo. Jeśli się zawaha, będzie tylko gorzej.
Odwróciła się i znów ruszyła w stronę korytarza.
Jeszcze raz przez pokój chłopców.
Jeszcze jedna próba, żeby nie pokazać strachu.
Nie miała pojęcia, jak długo tu wytrzyma.
Ale już wiedziała, że tu nie chodzi o wodę.
Tu chodziło o to, kto przetrwa.
Susan, zaciskając pięści, znowu ruszyła po wodę. Kolejne przejście przez pokój chłopców wydawało się jeszcze dłuższe niż poprzednie. Nie patrzyła na nikogo, ale słyszała, jak któryś z nich gwizdnął, a inny zachichotał.
Tym razem udało się przejść bez przeszkód. Wzięła nowy kubek wody i ścierkę. Nie może znowu upaść.
Gdy wróciła do pokoju dziewczyn, starsza już na nią czekała.
– No, no, da się jak się chce – mruknęła, odbierając wodę.
Susan położyła ścierkę na mokrej plamie i zaczęła powoli ją wchłaniać. Miała wrażenie, że każda sekunda trwa godzinę.
Wtedy odezwała się inna dziewczynka – młodsza, może o rok starsza od niej. Siedziała na łóżku, wciśnięta w kąt, i patrzyła na Susan z czymś, co wyglądało na współczucie.
– Zostaw ją, Maura – powiedziała cicho.
Maura, najstarsza z nich, uniosła brew i spojrzała na dziewczynkę z lekkim uśmiechem.
– Masz ochotę jej pomagać? – zapytała drwiąco. – Może chcesz sama teraz latać po wodę?
Dziewczynka odwróciła wzrok i zamilkła.
Susan dokończyła wycieranie podłogi. Czuła, jak ręce jej drżą, ale nie pozwoliła sobie na żaden błąd. Kiedy skończyła, podniosła wzrok na Maurę.
– Gdzie mam to odnieść? – zapytała.
Kilka dziewczyn spojrzało na nią z zaciekawieniem. Jedna z nich uśmiechnęła się krótko, jakby była pod wrażeniem, że Susan nie pękła.
Maura patrzyła na nią chwilę w milczeniu, po czym machnęła ręką. – Na razie zostaw.
Susan położyła ścierkę w kącie.
Kiedy kładła się na swoje łóżko, usłyszała jeszcze szepty.
– Może da sobie radę – mruknęła jedna z dziewczyn.
– Może – odpowiedziała inna. – Ale zobaczymy, jak długo.
Susan leżała, wpatrując się w sufit. Czuła, jak z każdym uderzeniem serca to miejsce wbija się w nią coraz głębiej.
Pokój był cichy, choć wciąż słychać było szmery – ciche szepty dziewczyn, odgłosy przewracania się z boku na bok, ktoś westchnął przez sen. Ale najgorsza była świadomość.
Świadomość, że już nigdy nie będzie tak, jak było wcześniej. Usłyszała ciche kroki.
Po chwili ktoś położył się obok niej. Delikatnie, ostrożnie, jakby sprawdzając, czy może. Susan zesztywniała.
– Chcesz, żebym z tobą poleżała? – zapytał cichy głos.
Był to ten sam głos, który wcześniej odważył się powiedzieć coś przeciwko Maurze.
– Mam na imię Kate. Mam siedem lat. – Jej ton był spokojny, ciepły. Czymś, czego Susan nie czuła od dawna. – Jestem tutaj od roku. Nauczyłam się, jak tu żyć. Nauczyłam się, że da się przeżyć... tylko trzeba wiedzieć, co i jak.
Susan nie odpowiedziała od razu.
Czuła, że powinna coś powiedzieć. Ale zamiast tego po prostu przesunęła się trochę, robiąc miejsce dla Kate.
Poczuła, jak dziewczynka przytula się do niej delikatnie – nie narzucając się, nie nachalnie. Po prostu oferując swoją obecność. Susan poczuła ciepło.
Nie bolały jej wyzwiska. Nie bolało ją upokorzenie. Brakowało jej tylko ciepła.
Po raz pierwszy tej nocy zamknęła oczy i poczuła, że może zasnąć.
Kiedy Susan się obudziła, Kate już nie było.
Otworzyła oczy i przez chwilę nie wiedziała, gdzie jest. Pokój wciąż był półmroczny, bo szare zasłony ledwo przepuszczały światło poranka. Przez chwilę myślała, że to był sen. Ale szybko poczuła sztywność ciała po twardym materacu i zimno przebijające przez cienki koc. Nie był to sen.
Rozejrzała się niepewnie. Większość dziewczynek była już na nogach, szykowały się do dnia, a niektóre nawet zdążyły opuścić pokój. Nikt jej nie budził. Nikt nie mówił, co ma robić.
Nie wiedziała, jakie są zasady, więc po prostu naśladowała innych.
Wyszła na korytarz i poszła do łazienki. Przed lustrem stało kilka starszych dziewczyn, rozczesując włosy, inne myły twarze zimną wodą. Susan zrobiła to samo, starając się nie rzucać w oczy.
Cały poranek przeszedł obok niej, jakby była tylko cieniem.
W świetlicy była możliwość obejrzenia telewizji, więc poszła tam razem z innymi. Ale gdy tylko stanęła w progu, zrozumiała, że to nie dla niej.
Małe dzieci siedziały z tyłu, ale nie mogły nic zobaczyć. Wszystkie miejsca z przodu zajmowały starsze dzieci – chłopcy i dziewczyny, które miały tu już swoje pozycje.
Susan stanęła pod ścianą, ale obraz na ekranie był niewyraźny, a dźwięki mieszały się z szeptami i chichotami tych, którzy naprawdę tu rządzili. Po kilku minutach wyszła. To nie miało sensu.
I tak dzień powoli zbliżał się do obiadu.
Jadłodajnia była duszna i pachniała przypalonym tłuszczem. W równe rzędy ustawiono długie drewniane stoły, przy których siedziały dzieci. Susan zajęła miejsce na końcu jednego z nich, nie wiedząc, że to najgorsze możliwe miejsce.
Obiad był zwyczajny – wodnista zupa, kawałek chleba i coś, co miało być gulaszem. Ale dzisiaj było coś więcej. Ciasto.
Susan patrzyła, jak wychowawca wnosi blachę z pokrojonymi kawałkami. W sali nagle zrobiło się cicho – wszyscy skupili wzrok na deserze.
Susan nie rozumiała, co się dzieje. Przecież to tylko ciasto.
Obserwowała, jak starsze dzieci w kolejce dostają swoje porcje. Ale coś było nie tak.
Za każdym razem, gdy młodsze dziecko dostawało swój kawałek, ktoś starszy sięgał po niego i bez słowa zabierał.
Jej serce zaczęło bić szybciej.
W końcu przyszła jej kolej. Wychowawczyni postawiła przed nią talerzyk z kawałkiem ciasta. Susan poczuła zapach cynamonu i czegoś słodkiego.
Ale zanim zdążyła dotknąć łyżeczki, silna ręka chwyciła talerzyk.
Podniosła wzrok i zobaczyła jednego z chłopców – starszego, z chudymi policzkami i drwiącym uśmiechem.
– Dzięki, mała – rzucił i odszedł, nawet na nią nie patrząc.
Susan patrzyła na pusty stolik przed sobą. Nie rozumiała. Wtedy Kate usiadła obok.
– Z ciastem to jest tak… – zaczęła cicho, jakby to była zwyczajna rozmowa. – Jeśli uda ci się zająć miejsce z przodu, przy wychowawcach, masz szansę je zjeść. Ale tam jest tylko sześć miejsc, a wszyscy chcą je zająć. Susan milczała.
– Pozostałym małym dzieciom ciastka zabierają starsi chłopcy albo starsze dziewczyny. – Kate wzruszyła ramionami. – I to tak działa co tydzień.
Susan czuła, jak w żołądku ściska ją coś ciężkiego. – To niesprawiedliwe.
Kate prychnęła, jakby właśnie usłyszała największą głupotę na świecie.
– To jest dom dziecka. Tu nie ma sprawiedliwości.
Susan zacisnęła usta. Po chwili ciszy Kate dodała:
– Ale jak dziewczynki przestają być małe, to się zmienia.
Susan spojrzała na nią z niezrozumieniem. – Kiedy dostają okres. Susan zmarszczyła brwi.
– Okres? – powtórzyła. – Co to jest?
Kate uśmiechnęła się lekko, ale był to inny uśmiech niż zwykle. Trochę smutny, jakby wiedziała coś, czego Susan lepiej było jeszcze nie wiedzieć.
– Oj… na razie nie musisz tego wiedzieć. – Pokręciła głową. – Jeszcze masz czas.
Susan nadal czuła, że coś jej umyka, że w tej rozmowie było coś więcej, ale nie pytała dalej. Wiedziała już jedno.
Na razie była na samym dnie.
I tu nie chodziło o ciasto. Tu chodziło o hierarchię.
I jeśli nie znajdzie sposobu, będzie musiała czekać na swój „czas”, a Susan nigdy nie lubiła czekać. Nadszedł wieczór.
Świetlica opustoszała, dzieci wracały do swoich pokoi, a światła w korytarzach zaczęły przygasać. Cisza nocna miała rozpocząć się lada moment.
Susan stopniowo uczyła się, jak być niewidzialna. Nie rzucać się w oczy. Nie mówić zbyt wiele. Nie patrzeć ludziom w oczy za długo. Nie zajmować miejsca, które mogłoby należeć do kogoś innego.
Tego wieczoru nauczyła się jeszcze jednej rzeczy – jeśli chcesz przetrwać, musisz rozumieć zasady, zanim ktoś cię zmusi do ich przestrzegania.
Przygotowując się do snu, rozglądała się niepewnie po pokoju. Nie szukała Maury ani innych starszych dziewczyn. Szukala Kate.
Kate leżała na swoim łóżku, odwrócona plecami do reszty, jakby nie obchodziło jej, co dzieje się dookoła.
Susan wzięła głęboki oddech i podeszła do niej ostrożnie.
Stanęła obok i przez chwilę nie wiedziała, czy powinna mówić.
Ale w końcu się odważyła.
– Przyjdziesz dzisiaj do mnie znowu? – zapytała cicho, niemal szeptem.
Kate poruszyła się lekko i przekręciła głowę w jej stronę. W mroku Susan widziała tylko błysk jej oczu.
– Trochę później… ale przyjdę. – Jej głos był równie cichy, jakby ten krótki dialog był tajemnicą, której nikt inny nie powinien usłyszeć.
Susan poczuła coś, czego nie czuła od dawna – ulgę.
Nie dlatego, że bała się być sama.
Tylko dlatego, że po raz pierwszy w tym miejscu ktoś powiedział jej, że przyjdzie.
Odwróciła się i wróciła do swojego łóżka.
Położyła się na wznak i patrzyła w sufit, nasłuchując oddechów innych dziewczyn. Czekała. Nie na sen. Na Kate. Kate przyszła, jak obiecała.
Susan czekała na nią, nie mogąc zasnąć. Miała tyle pytań.
O Kate. O jej rodziców.
I o to ciastko, które zmieniało wszystko. Ale nie zdążyła zapytać.
Gdy Kate położyła się obok, w pokoju zaczęły dziać się dziwne rzeczy.
Susan usłyszała cichy szmer, a potem delikatne skrzypienie łóżka. Myślała, że to ktoś po prostu się przewraca. Ale potem ten dźwięk się powtórzył. Potem kolejny. Rytmiczny.
Susan już gdzieś to słyszała.
Ciało momentalnie ją zdradziło – zrobiło jej się zimno, poczuła ucisk w brzuchu. Przypomniała sobie. Dwa łóżka obok. Te same dźwięki.
Jak wtedy, gdy mamusia zamykała ją w pokoju, gdy przychodzili koledzy.
Ściany były cienkie. Nawet kiedy mamusia ściszała radio, Susan słyszała. I teraz znowu słyszała.
Czy to mogło być to samo?
Chciała spytać Kate, ale dziewczyna położyła jej palec na ustach. Milcz. Susan posłuchała.
Skrzypienie trwało może trzy, cztery minuty. Potem ucichło.
A chłopak, ten z chudymi policzkami, wyprostował się, poprawił koszulkę i odszedł. Jakby nigdy nic. Susan odczekała chwilę.
A potem odważyła się zapytać.
– Bawili się w nocy? – wyszeptała. – To tak można?
Kate cicho się roześmiała. Ale to nie był wesoły śmiech.
– Ależ ty jesteś głupotką.
Susan się zmieszała. Nie wiedziała, czy Kate się z niej śmieje, czy mówi to… z troską.
Kate obróciła się na bok i spojrzała na nią.
– Pamiętasz, jak mówiłam ci o cieście? Że starsze dziewczyny zawsze dostają? Susan kiwnęła głową.
– Dostają, bo robią chłopcom dobrze. Susan zmarszczyła brwi. Nie do końca rozumiała.
Ale coś zaczęło łączyć się w jej głowie. Po chwili cicho powiedziała:
– Wiem przecież. Do mamusi też przychodzili koledzy. Mama musiała być dla nich miła. Wtedy mieliśmy jedzenie. Kate nie powiedziała nic.
Susan zaczęła myśleć. Intensywnie. Łączyła kropki. I nagle zrozumiała.
Może nie całkiem. Może nie w pełni. Ale wystarczająco, by powiedzieć:
– Ja też umiem być grzeczna i uprzejma. – Spojrzała na Kate z powagą. – Czy naprawdę muszę tak długo czekać, żeby zjeść ciastko? Kate spoważniała.
Nagle przestała być tą uśmiechniętą, ciepłą Kate, która przychodziła do niej w nocy, by nie była sama.
Jej twarz stała się kamienna.
– Nie wiesz, co mówisz. – Jej głos był surowy. – Obyś jak najdłużej nie jadła tego ciastka.
Susan nie rozumiała, dlaczego Kate mówi to takim głosem. Czy powiedziała coś złego?
Odwróciła się na bok, niepocieszona.
Wszystko w niej krzyczało, że to nie fair.
Dlaczego ona nie mogła dostać ciastka? Przecież była miła.
Czy nie wystarczyło być miłą, żeby dostać to, czego się chce? Nie wiedziała. Ale w końcu zasnęła.
Susan nie była już nowa.
Nauczyła się jak przetrwać, jak nie zwracać na siebie uwagi, kiedy trzeba, ale też jak dostać to, czego chce, kiedy nadarza się okazja.
Nie dziwiło jej już, kiedy chłopcy wchodzili w nocy do pokoju dziewczyn.
Nie reagowała, gdy słyszała rytmiczne skrzypienie łóżek.
Nie zadawała więcej pytań o ciasto. Zrozumiała.
Była na tyle sprytna, że już dwa, może trzy razy udało jej się je zjeść. Nie dlatego, że ktoś jej pozwolił, ale dlatego, że wiedziała, jak się tam dostać.
Nauczyła się ślizgać w tłumie, przeciskać, wiedziała, kiedy ruszyć, by usiąść blisko wychowawców, zanim ktoś ją przegoni.
Nauczyła się kim być, a kim nie być. Ale niektóre lekcje zapomniała. Tego dnia było gorąco.
W szkole grali w piłkę. Biegła po boisku, pot lał jej się po plecach, czuła, jak włosy kleją się do czoła.
Kiedy wróciła do domu dziecka, czuła, że śmierdzi.
Nie myślała długo. Zapomniała o ostrzeżeniach Izabelly. Poszła do łazienki. Było pusto.
Prysznice kapały cicho, w powietrzu unosił się zapach starego mydła i wilgoci.
Susan rozebrała się, weszła pod wodę. Czuła ulgę. Namydliła włosy, zamknęła oczy, masowała pianę na skórze. Susan nie słyszała, kiedy drzwi się otworzyły. Nie zobaczyła go, dopóki nie otworzyła oczu.
Mężczyzna stał przy wejściu. W rękach trzymał pustą skrzynkę, jakby właśnie miał ją wynieść. Ale nie wychodził. Patrzył.
Susan znała go. Nie z imienia, ale z widzenia. Przychodził do domu dziecka po odpady. Widziała go już kilka razy. I coś w nim zawsze wydawało się jej dziwne. Nie mówił „dzień dobry”. Nie patrzył w oczy. Patrzył niżej. Ale nigdy nie zbliżył się tak blisko. Dzisiaj to zrobił. Zrobił krok do przodu. Susan nie czuła zagrożenia. Jeszcze nie. Była naga, ale czy to miało znaczenie? W końcu dziewczynki wciąż były nagie w łaźni. To nie było nic dziwnego.
– Nie przerywaj.
Jego głos był niski, spokojny, jakby uspokajał zwierzę. Zrobił kolejny krok. Susan zmarszczyła brwi.
– Daj, umyję cię dokładnie.
Teraz już coś było nie tak. Susan nie wiedziała, dlaczego.
Ale coś w niej drgnęło.
To był ten sam dziwny ucisk w brzuchu, który czuła, gdy mama zamykała ją w pokoju, gdy przychodzili koledzy.
Nie rozumiała tego uczucia, ale go nie lubiła. Zrobiła krok do tyłu.
– Sama się umyję. – Powiedziała cicho, bo tak wypadało. On się nie zatrzymał. Był coraz bliżej. Czuła jego zapach. I wtedy – ŁOSKOT. Głuchy, twardy dźwięk uderzenia. Mężczyzna zachwiał się. Nie zdążył krzyknąć.
Krew pojawiła się na jego skroni. Upadł.
Susan zamrugała. Wciąż nie rozumiała. A potem zobaczyła Izabellę.
Stała przy wejściu, trzymając w ręku wielką chochlę kuchenną. Patrzyła na nią wściekła.
– Mówiłam ci, żebyś nigdy nie przychodziła tu sama. Susan nie odpowiedziała. Czuła coś dziwnego. To nie był strach. To było coś innego.
Czuła, że nie rozumie wszystkiego. Patrzyła na mężczyznę, który powoli próbował podnieść się z ziemi. Gdyby Izabella nie przyszła...Susan nie wiedziała, co by się stało. Ale teraz zapamięta. Zapamięta na zawsze. Susan zapamiętała. Nie powiedziała tego głośno, ale od tamtego dnia nigdy więcej nie weszła do łaźni sama.
Dni mijały. Potem lata.
Susan już wiedziała jak funkcjonuje sierociniec, że w tym miejscu zawsze ktoś był.
Zawsze był jakiś wychowawca – ale w ciągu dnia, kiedy dzieci były w szkole, dyżurował tylko jeden. Wystarczyło, żeby wszystko wyglądało tak, jak powinno, gdyby ktoś zapytał.
Po godzinie 16 do domu wracały wszystkie dzieci. Wtedy na każde piętro przypadał jeden wychowawca – czyli trzech na cały budynek. W soboty i niedziele było tak samo. Niektórzy z nich naprawdę próbowali robić coś dobrego, ale większość była tu tylko dlatego, że ktoś musiał tu pracować.
Nocą zostawał jeden wychowawca dyżurny. Nie był sam – gdzieś w budynku był jeszcze portier, ale Susan prawie go nie widywała. Wiedziała tylko, że istnieje.
Na kuchni pracowały dwie kucharki. Były stare, zmęczone, może po prostu obojętne. Nie było im łatwo – jedzenie było marne, a Susan nie pamiętała, kiedy ostatnio była naprawdę najedzona. Ale nauczyła się, że z kucharkami warto trzymać sztamę.
Nie musiała kraść jedzenia – jeśli była wystarczająco miła, wystarczająco pomocna, czasem dostawała coś dodatkowego. Niewiele, ale wystarczająco, żeby to miało znaczenie. W kuchni dyżurowały też dzieci, a nad wszystkim czuwała Izabella.
Izabella nie była wychowawcą. Była od wszystkiego – sprzątała, pomagała w kuchni, przyjmowała nowych podopiecznych. To ona jako pierwsza mówiła im, jak mają tu przetrwać.
Oprócz pracy w kuchni dzieci również sprzątały cały dom. Każdy miał swoje obowiązki, ale nikt nie chciał sprzątać ubikacji.
To było najgorsze zadanie. Każde dziecko, które dostawało ten obowiązek, wiedziało, że wypadło na sam dół hierarchii.
Sprzątanie toalet zawsze trafiało do najmłodszych lub tych, którzy nie potrafili się odnaleźć. Jeśli ktoś nie wiedział, jak się ustawić, nie miał sprytu, nie umiał przypodobać się starszym – kończył na kolanach, szorując muszle klozetowe.
Nie było znaczenia, czy miało się 5 lat, czy trzynaście. Jeśli nie wiedziałeś, jak się dostosować, lądowałeś w kiblu.
Każde dziecko dostawało jedną łazienkę na całym piętrze.
Było tam sześć kabin, sześć umywalek, ściany od podłogi po sufit. I wszystko musiało lśnić. Dostawały środki czyszczące – ale rękawice rzadko kiedy więc najczęściej szorowało się gołymi dłońmi. Woda i wybielacz wciskały się w pęknięcia skóry, piekło jak cholera. Ale nie można było się skarżyć. Nie tutaj.
Izabella sprawdzała wszystko. Nie była surowa – była dokładna. Przejeżdżała palcem po umywalkach. Jeśli poczuła kurz czy brud , zaczynało się od nowa. Ściany musiały być idealnie czyste, żadnych smug. Podłoga nie mogła mieć nawet śladu brudu. Nie było litości. Szorowały centymetr po centymetrze. Nie było sensu płakać. Nie było sensu marudzić.
Było tylko jedno wyjście – skończyć i nigdy więcej tu nie wrócić.
Susan to zrozumiała bardzo szybko. Dlatego już nigdy więcej nie trafiła do łazienki. To była jedna z pierwszych lekcji, jakie dostała Susan. Ucz się szybko, albo będziesz czyścić po innych. Była też dyrektorka Watson.
Rzadko pokazywała się dzieciom, chyba że musiała. A jeśli już musiała, to zawsze po coś.
Była też Byker, kobieta, która pojawiała się i znikała. Susan nigdy nie była pewna, czym właściwie się zajmuje. I był pan Greg.
Nie był wychowawcą. Nie pracował w sierocińcu oficjalnie. Ale bywał tu często. Zbyt często.
Zawsze kręcił się koło dyrektorki Watson. Przesiadywał w jej gabinecie, krążył po korytarzach. Niektórzy mówili o nim różne rzeczy.
Ale te, które wiedziały prawdę – milczały.
Susan często widziała, jak zabierał starsze dziewczyny. Najczęściej w weekendy. Wieczorem ich nie było. Rano wracały.
Nikt nie pytał, gdzie były. One też nie mówiły. Przyszedł jednak czas w którym Suzan wiedziała, aż za dobrze czym zajmował się Pan Greg.
