Uzyskaj dostęp do tej i ponad 250000 książek od 14,99 zł miesięcznie
29 osób interesuje się tą książką
To nie zmarłych powinniśmy się bać.
Mroczny thriller z Sardynii, w którym ślady dawnych rytuałów prowadzą do serca współczesnego zła.
Bestseller, który podbił Europę. Thriller noir nagrodzony prestiżowymi wyróżnieniami Premio Giorgio Scerbanenco oraz Premio La Provincia in Giallo. Określany jako „literatura gatunkowa najwyższej próby” („Il Quotidiano di Puglia”) oraz powieść, która „przenosi nas w samo serce sardyńskiego mroku” („France Inter”).
Mroczny, intensywny kryminał przywodzący na myśl „Detektywa”(True Detective) i „Kult”(The Wicker Man). Opowieść o złu, które nie zna czasu ani granic.–Il Giornale
Cagliari, współczesna Sardynia: piękna i słoneczna, a jednocześnie naznaczona cieniem pradawnych kultów. W policyjnym archiwum powstaje sekcja spraw nierozwiązanych, do której trafiają niepokorna śledcza Mara Rais oraz Eva Croce, przeniesiona z Mediolanu specjalistka od zbrodni rytualnych. Stare akta ożywają, a trop prowadzi do przedchrześcijańskich wierzeń i sekty, która nigdy nie przestała istnieć. W miarę jak śledztwo pogłębia się, obie inspektorki odkrywają, że największe zagrożenie nie kryje się w legendach, lecz w ludziach – i w demonach, które każda z nich nosi w sobie.
„Wyspa dusz” to gęsty, mroczny noir łączący policyjne dochodzenie z folklorem Sardynii, a zarazem poruszająca opowieść o przemocy wobec kobiet, korupcji i zmowie milczenia. Na tej wyspie prawda bywa groźniejsza niż zbrodnia, a sekrety, które przetrwały wieki, wciąż mogą zabijać.
Pulixi to nowy mistrz włoskiego noir. Jego bohaterki są pełnokrwiste, ludzkie i boleśnie prawdziwe. –L’Express
Sardynia pradawna i tajemnicza, dwa kobiece portrety i historia, która nie pozwala zasnąć.–Corriere della Sera
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 408
Rok wydania: 2026
Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Dla mojego ludu
Non timas sos mortos, ma time sos bios
Nie bój się martwych, ale żyjących
– Przysłowie sardyńskie
Sardynia to już całkiem co innego […]
Zachwycająca przestrzeń, szmat dróg do przebycia,
nic skończonego, nic ostatecznego.
Jest jak sama wolność.
– D.H. Lawrence, See and Sardinia
Z piątki policjantów pracujących przy sprawie morderstwa Dolores Murgii tylko ja pozostałam przy życiu. Straciłam czworo kolegów, czworo przyjaciół. Niektórzy mówili, że na tej sprawie ciąży klątwa. Że lepiej będzie, jak o niej zapomnimy, zostawimy nierozwiązaną. Tymczasem nie przestaliśmy drążyć i obudziliśmy sas animas malas, złe duchy, a mrok pochłonął nas wszystkich po kolei. Niczym przekleństwo.
Wiem, co o mnie mówią. Twierdzą, że moi koledzy mieli więcej szczęścia ode mnie, że to ja, wciąż żywa, zapłaciłam najwięcej i jeszcze zapłacę. Teraz to na mnie ciąży przekleństwo. Straszliwie ciężki do dźwigania krzyż. W lepsze dni staram się przekonać samą siebie, że to nie ma znaczenia: taki mamy zawód i zamordowanej dziewczynie należy się sprawiedliwość. W te gorsze myślę, że wszystko zrobiłam źle, że pozwoliłam, by innych na darmo pochłonął mrok. Ostatnio złych dni jest więcej, coraz trudniej mi wstać i wyjść do pracy. Powinnam była z niej odejść zaraz po tym, jak zostałam sama, ale nie potrafiłam. Zbyt wiele upiorów, zbyt wiele żalu. Ponoć upiory z czasem bledną, poddają się i opuszczają umysł. Moje są żywe jak nigdy wcześniej. Przypominają mi, że jestem jedyną śledczą z grupy specjalnej, która pozostała. Na mnie spoczywa odpowiedzialność, by dokończyć tę pracę, nawet jeśli wszyscy zdają się już nie pamiętać o Dolores i innych dziewczynach.
Poczucie winy nie pozwala mi zapomnieć o upiorach. Przypomina o nich bez przerwy. Nie da się ich zignorować. Dlatego wciąż jestem policjantką. Nie z powodu Dolores, ale z powodu upiorów. Bo wiem, że sobie nie pójdą, dopóki ta sprawa nie zostanie zamknięta do końca.
Rzucam okiem na fotografię mojej grupy, którą trzymam na ścianie. W ich uśmiechach szukam siły i jakiejś formy pojednania. Przed wyjściem patrzę na siebie w lustrze. Nie podoba mi się to, co widzę. Dostrzegam tylko moje ciało, ale nie widzę w nim duszy. Zostawiłam ją na tamtym makabrycznym miejscu zbrodni. I muszę tam wrócić, by ją odzyskać.
Mam tylko nadzieję, że nie będzie za późno.
Istnieje inny czas.
Widziałem go.
Zanim z ziemi wytrysnęła krew.
Zanim magma rozerwała szczeliny.
Leżąc z ustami przy ziemi,
czekałem, aż dopełni się pora roku.
– Marcello Fois, L’infinito non finire
Dolina rzeki Aratu, Górna Barbagia,
Sardynia, 1961
Pies zwietrzył krew z odległości kilkuset metrów. Wilgoć nocy wyostrzała zapachy śródziemnomorskiej makii, podkreślała i tak już oszałamiający przepych woni mirtu, czystka, poziomkowca, janowca i macierzanki. A jednak w charakterystycznym dla tych gór bukiecie aromatów, który wiatr przyniósł do pokoju przez lufcik w zepsutym oknie, zwierzak bezbłędnie wychwycił coś jeszcze: kwaśną, żelazistą woń ludzkiej krwi. Nastawił uszy, podniósł się na łapach i wydał z siebie głuche warknięcie.
Chłopiec obudził się i kazał psu spać. Zwierzę zdawało się go nie słyszeć: jakby przyciągane przez jakiś tajemny zew, wyskoczyło z pokoju i wybiegło przed dom. Popędziło w stronę lasu rosnącego na tyłach domostwa, za strużką zapachu odcinającego się od ziemistych woni podszytu i wilgotnych aromatów ziół skropionych rosą. Gruczoły węchowe prowadziły psa niczym radar. Biegnąc przez porośniętą starymi dębami gęstwinę, poranił sobie boki w labiryncie dzikich jeżyn, ale to go nie zatrzymało. Im bliżej był źródła tego zapachu, tym ostrzejszy i gwałtowniejszy się on stawał, jakby krew przemieniała się w przeszywający krzyk. Zwolnił, gdy znalazł się u stóp skalistego zbocza, na polanie porośniętej nielicznymi drzewami. Ta wolna przestrzeń otoczona była poziomkowcami, wiekowymi dębami i jałowcami starymi jak same góry. Korony drzew przestały szumieć. Ucichło nawet brzęczenie owadów, zatopiło się w nienaturalnej ciszy, która niczym zaklęcie otulała ukrytą wśród wzniesień polanę. Garbaty księżyc zlewał z wysoka srebrzyste światło, a ono padało na sylwetkę istoty ludzkiej okrytej owczą skórą i obleganej przez roje muszek.
Kundel z przestrachem rozejrzał się wokół. Opasana naturalnymi skalnymi stopniami, gdzie rozgościły się mchy i porosty, chroniona przez obfitolistne gałęzie drzew zdających się stawać w jej obronie, wznosiła się tam starożytna kamienna budowla, pożerana przez gęsty mur splątanych roślin; była niczym trachitowa wagina w zagłębieniach skalnej ściany. Z wnętrza świątyni wydobywał się welon niebieskawej mgły, a pies usłyszał gulgotanie wody. Dotąd zawsze trzymał się z daleka od tego miejsca, nawet w najbardziej piekielnych godzinach lata, gdy nękało go nieznośne pragnienie. Miejsce to, owiane żałobnym, grobowym spokojem, wchłonięte przez zmysłową roślinność, emanowało czymś złowrogim. Psie zmysły krzyczały, żeby stamtąd odszedł, a jednak z jakiegoś powodu nie mógł tego zrobić. Postanowił naruszyć tę niewidzialną granicę. Zbliżył się do istoty ludzkiej na kilka kroków. To była kobieta, naga pod owczą skórą. Z rany na jej gardle, wilżąc ziemię, kapała krew. Ręce miała związane za plecami. Znajdowała się w centrum megalitycznego kręgu, przed świątynią chroniącą świętą studnię. Teraz szmer wody wewnątrz budowli był jeszcze głośniejszy. Nad wciąż ciepłymi zwłokami unosiła się śmierć; pies niemal słyszał jej głos uwięziony wśród gigantycznych kamieni. Jedna ze stel, okazalsza od innych i ozdobiona płaskorzeźbą półksiężyca, jarzyła się bladą poświatą, jakby kamień patrzył lodowatym wzrokiem na pozbawione życia ciało.
Psie łapy drżały jak witki na wietrze. Zwierzak czuł w nozdrzach kwaśną woń niebezpieczeństwa. Wiedział, że nie należy do tego miejsca, że samą swoją obecnością narusza prastarą równowagę. Boki bolały go od otarć, których się nabawił, gnając przez makię, jednak fizyczna dolegliwość była niczym wobec paraliżującego strachu. Wszystkie dźwięki ginęły, zagłuszone łomotem bijącego w szalonym tempie serca.
– Angheleddu! – Głos wołającego go dziecka usłyszał dopiero wtedy, gdy podeszło na kilka metrów.
Odwrócił się gwałtownie. Zobaczył, jak jego mały człowiek się zbliża i zatrzymuje kilka kroków przed skuloną na ziemi kobietą. Zapach otulających ją skór był tak silny, że tłumił woń wydzielin ziemi i ciała. Tak intensywny, że pokrył nawet cierpki zapach adrenaliny i strachu emanujący z ciała dziecka.
Angheleddu wydał z siebie głuchy skowyt, jakby chciał odwieść malca od podejścia do ofiary i sanktuarium.
Była to jedna z nocy tak chłodnych, że pękały wargi i knykcie. Dziecko drżało, ale nie z zimna: widok leżącego na ziemi ciała stłamsił wszelkie inne doznania. Poza krwią spływającą kamiennymi kanalikami w stronę studni był jeszcze jeden przerażający szczegół: zwłoki miały twarz zakrytą drewnianą maską z długimi, ostrymi rogami; przypominała mu maski z wiejskiego karnawału, na który kiedyś zabrał go ojciec – wówczas jeszcze przez wiele tygodni zakłócały mu one sen. Założyłby się o wszystkie swoje dziecięce skarby, że twarz kobiety zakrywała carazza ’e boe, maska byka.
Sparaliżowany strachem nie mógł oderwać wzroku od gęstych ciemnych włosów kontrastujących z bladą skórą kobiety i owczym futrem.
Pies stanął przed chłopcem, jakby chciał chronić go przed tym widokiem, i zaczął napierać pyskiem, żeby stamtąd odszedł.
Nagły dźwięk sprawił, że pies i dziecko zadrżeli. Dochodził z wnętrza świątyni otoczonej teraz całunem mgły niemal całkowicie uniemożliwiającej widzenie.
W migotliwym świetle gwiazd listopadowego nieba trudno było dostrzec kontury sanktuarium. Chłopiec dopiero niedawno przeniósł się tu wraz z ojcem węglarzem i choć zdążył już dokładnie zbadać okoliczne góry, to nigdy wcześniej nie trafił do tego starodawnego miejsca, jakby sama roślinność chciała zamaskować jego istnienie.
Wykonał ruch w stronę studni, ale pies zagrodził mu drogę.
Rozległ się ciężki odgłos kroków. Ktoś wychodził po schodach na powierzchnię. Każdemu krokowi towarzyszyło ostre metaliczne dzwonienie.
Pies i dziecko znieruchomieli, jakby sparaliżowani jakimś zaklęciem. Z sercem w gardle zobaczyli, jak kurtyna mgły rozstępuje się przed gigantycznym stworem wychodzącym z wnętrzności ziemi na jej powierzchnię niczym pierwotne leśne bóstwo zbudzone z długotrwałego letargu. Stwór miał ludzki, choć monstrualny wygląd, jego twarz również zakrywała maska o długich koźlich rogach, jeszcze bardziej przerażająca za sprawą migotliwego światła trzymanej w ręku pochodni. Odziany był w ciężki płaszcz z niewyprawionych kozich skór, spięty w talii grubym pasem. Na szerokich ramionach dźwigał pęk żelaznych dzwonków, a w lewej ręce, bez wątpienia ludzkiej, trzymał nóż o zakrzywionym ostrzu, wciąż wilgotny od wody i krwi. Głowę okrywała mu czarna kobieca chusta, podobna do tej, którą nosiła babcia chłopca, nogi zaś, grube i długie niczym pnie dębu, ochraniały skórzane nogawice i wysokie czarne buty, podobne do cusinzos, które wkładał jego ojciec, gdy wychodził w pole.
Gigant ich dostrzegł, ale ta obecność zdawała się go nie obchodzić.
Angheleddu i chłopiec stali jak skamieniali. Patrzyli, jak stwór zbliża się do kobiety i zdecydowanym ruchem obnaża jej zakrwawione plecy, odkłada na bok pochodnię, wyciąga zza pasa barani róg i wylewa z niego odrobinę wody na skórę swej ofiary, odsłaniając przy tym świeże nacięcie o promienistym kształcie przypominające sa pintadera, którą matka chłopca pieczętowała surowy chleb, nim włożyła go do pieca. Potem, jakby czekał na jakiś sygnał, podniósł zakrytą maską twarz ku rozgwieżdżonemu niebu. A ono zdało się naprawdę odpowiadać, bo po krótkiej chwili znów wzmógł się wiatr, hucząc wśród drzew niczym wściekła bestia.
Chłopiec poczuł się tak, jakby coś w lesie obudziło się z długiego snu, a ten lodowaty oddech wysysał z niego duszę.
Spod ciężkiej drewnianej maski gigant dudniącym głosem wyrecytował coś, co brzmiało jak modlitwa do gwiazd: A una bida nche l’ant ispèrdida in sa nurra de su notte. Custa morte est creschende li lugore a sa luna. Abba non naschet si sàmbene non paschet.
Malec zrozumiał tylko znaczenie kilku z tych słów: woda, śmierć, księżyc, krew. jednak sam ton demona wystarczył, by ogarnęła go niejasna bojaźń, jakby ten rodzaj modlitwy otworzył otchłań zamieszkaną przez sas animas – dusze. Ów pierwotny język nie przemawiał do umysłu, lecz do trzewi. Do trzewi człowieka i do trzewi ziemi.
Angheleddu przezwyciężył paraliż i zaczął warczeć.
Bóg-bestia odwrócił się do psa, pochylił i wyciągnął monstrualną dłoń. Na jej wierzchu chłopiec dostrzegł jasną bliznę w kształcie półksiężyca; zobaczył także blask stalowego ostrza i zamknął oczy w obawie przed najgorszym. Olbrzym nie miał jednak morderczych zamiarów; pogłaskał tylko psa, który znów znieruchomiał, zahipnotyzowany mrocznymi zagłębieniami koźlej maski.
Kiedy chłopiec otworzył wilgotne od łez oczy, ze zdumieniem zobaczył kundelka przy swoich nogach. Olbrzym ukoronował głowę kobiety wieńcem z liści i oddalił się wolnym krokiem w stronę lasu, aż pochłonęła go ciemność.
Chłopiec usłyszał trzask ognia, nim jeszcze zobaczył światło. Płomienie zaczęły pożerać makię, języki ognia lizały drzewa. Kilka chwil później otoczyły całe sanktuarium.
Angheleddu chwycił zębami spodenki chłopca, jakby chciał go wyrwać z katatonii.
Wściekłe szczekanie było dla malca ledwie słyszalnym dźwiękiem w tle. Wpatrywał się w zwłoki kobiety, do których zbliżał się płomień. Dopiero zaciskające się na jego łydce psie zęby pomogły mu opuścić bagniste głębiny nieświadomości i wrócić do zmysłów. Ogień pochłonął już sporą część zbocza. Gęsty czarny dym zawisł w powietrzu, wyciskając łzy z oczu, podmuchy gorąca stawały się coraz trudniejsze do zniesienia. Jeszcze chwila, a zamknęłaby się przed nimi droga ucieczki.
Chłopiec pobiegł w tę stronę lasu, której pożar jeszcze nie ogarnął, nie odwracając się i nie patrząc już więcej na zwłoki pochłaniane przez ogień niczym na stosie pogrzebowym. Z ciała kobiety nie pozostanie nic poza garścią popiołu.
Wróciwszy do domu, cuchnąc jeszcze dymem, wślizgnął się pod koc, a Angheleddu dygotał przy jego nogach.
Wystraszony tym, że bestia przyjdzie także po niego, chłopiec nikomu nie wyznał, czego był świadkiem. Wmówił sobie, że wszystko to mu się śniło, ale kobieta w masce byka nie miała najmniejszego zamiaru opuszczać ani jego snów, ani codzienności.
Dręczyła go przez wszystkie następne dni.
Aż do samego końca.
Tak samo nie potrafił już nigdy zapomnieć tajemnej formuły: Abba non naschet si sàmbene non paschet.
„Woda się nie zrodzi, jeśli krew jej paść nie będzie”.
Kompleks nuragijski Sirimagus, Tratalias,
południowa Sardynia, rok 2016
Na Sardynii cisza jest prawie jak religia. Rozległe przestrzenie i wiekowe głusze, z których utkana jest wyspa, mają w sobie coś świętego. Przenikają wszystko: ciągnące się aż po horyzont wzgórza śródziemnomorskiej makii, rozległe połacie pól obsianych pszenicą, równiny porośnięte czystkiem, lentyszkiem, mirtem i poziomkowcem, powietrze przesycone ich odurzającą wonią, góry wznoszące się nieśmiało ku niebu, jakby bały się je zbezcześcić, omiatane przez mistral płaskowyże i pastwiska karmiące stada. Nad wszystkim tym ciąży przenikliwa cisza. Człowiek nie dąży do zdominowania przyrody, bo żywi wobec niej bojaźń – wrodzoną, zaszczepioną mu we krwi, pradawną. Instynktownie rozumie, że natura rządzi losami ludzi i zwierząt, i szybko uczy się ją poznawać oraz tłumaczyć na zrozumiały dla siebie język. A cisza, jakkolwiek dziwne może się to zdawać, przemawia, poucza, napomina. Tych zaś, którzy nie okazują jej należnej czci, przeklina.
Moreno Barrali stał na szczycie wzgórza Sirimagus, patrzył na ścielącą się niżej, pogrążoną w nierealnym spokoju równinę i próbował wydobyć z tej ciszy hipotezę. Powiedziano mu, że dziewczyna zaginęła w tej okolicy. Płaszczyzna usiana była nuragami, grobowcami olbrzymów, megalitycznymi murami i pozostałościami starożytnych sardyńskich osad. Ezoteryczne miejsce, ośrodek starożytnego kultu, tak jak we wcześniejszych przypadkach. Tyle tylko, że nie doszło tam do żadnego morderstwa. Po informacji o zaginięciu dziewczyny mężczyzna wraz z miejscowymi pasterzami i rolnikami przeczesał tu każdą piędź ziemi, ale nie znalazł żadnego śladu.
„To jeszcze nic nie znaczy. Dziewczyna zaginęła dwa dni temu – pomyślał. – Ktokolwiek ją zabrał, mógł zatrzeć wszystko”.
Tylko że sam w to nie wierzył: we wcześniejszych przypadkach ciała były pozostawione na widoku. Poza tym nie nadszedł jeszcze sa die de sos mortos, Dzień Zmarłych. Czuł, że Dolores wciąż żyła. Została gdzieś ukryta w oczekiwaniu na tę przeklętą noc.
Rozejrzał się. Dzień był pogodny, choć do końca października został niecały tydzień. Chmury rzedły powoli na nieskazitelnie błękitnym niebie. Powietrze było łagodne i czyste. Słońce jaśniało żółtokremowym blaskiem.
Poszukał wzrokiem niewielkiego zalewu.
„Sirimagus oznacza jeziorko maga albo diabła”, pomyślał. Miejscowi ludzie od pokoleń twierdzili, że zdarzały się tam nadprzyrodzone zjawiska. „Czyżby wybrał to miejsce właśnie z tego powodu?”
Rozważania przerwał mu nagły atak kaszlu, który zgiął go wpół; poczuł się tak, jakby w jego kiszkach zalegał papier ścierny. Ból przypominał mu o spotkaniu, na które musiał się stawić. A już był spóźniony. Popatrzył ostatni raz na równinę, szukając jakiegoś szczegółu, który mógłby zdradzić, co stało się z dziewczyną, ale na próżno. „Może się mylisz. Może znikła, bo chciała, i nie ma nic wspólnego z tamtymi dziewczynami”, powiedział do siebie.
W rzeczywistości doskonale wiedział, że tak nie jest.
A raczej nie wiedział, lecz przeczuwał.
Dołączył do grupy, z którą wszedł na wzgórze, i wszyscy razem zeszli na dół.
Szpital onkologiczny, Cagliari
Każdy policjant ma przynajmniej jedną taką sprawę: nierozwiązaną, odbierającą sen, która prześladuje go nawet po latach, budząc w środku nocy przytłaczającym poczuciem winy, gwałtownymi napadami wspomnień i niemożliwymi do zapomnienia obrazami. A jeśli jesteś zbyt młody, by mieć swoją własną sprawę, to dziedziczysz ją po jakimś starszym śledczym. To jak przekazanie pałeczki, rodzaj paktu mającego uciszyć demony przeszłości, uspokoić zmory i pomóc człowiekowi spokojnie umrzeć, bez zgryzoty z powodu tego, co można było zrobić, a czego się nie zrobiło.
Starszy inspektor policji państwowej Moreno Barrali wrócił myślami do swojej nierozwiązanej sprawy, kiedy onkolog w szpitalu powiedział mu w elegancko dobranych słowach, że radioterapia nie przyniosła pożądanego efektu.
– Ile? – zapytał.
– Ile czego? – zapytał zdezorientowany lekarz.
Policjant wstał. W tym momencie nawet zwykłe podniesienie się z krzesła zdawało się rozrywać mu mięśnie. Gdyby nie laska, pewnie nie ustałby prosto. Wszystko przez ten spacer po Sirimagus, ale nie tylko; czuł, że zostało mu niewiele czasu. Musiał się jednak dowiedzieć, ile dokładnie.
– Ile mi jeszcze zostało?
– Powinniśmy zrobić kilka dodatkowych badań, żeby zrozumieć, w jakim stadium…
– Panie doktorze, ja umieram, nie owijajmy w bawełnę. Muszę tylko wiedzieć, kiedy to nastąpi, żeby… się zorganizować.
– Przy takiej diagnozie ma pan od czterech do siedmiu miesięcy, maksymalnie osiem. Problemem jest stan ogólny. Jeśli będziemy kontynuować terapię…
– Nie. Żadnej terapii. Czasami trzeba pogodzić się z porażką. Jestem zbyt zmęczony, by dalej walczyć – powiedział policjant.
– Rozumiem. W takim razie nawet mniej.
Barrali się wzdrygnął.
– Przykro mi.
– A ona? – zapytał Moreno, stukając się w czaszkę. – Jak długo jeszcze będzie normalnie funkcjonować?
To było jego największe zmartwienie. Choroba zaczęła mącić mu jasność umysłu i plądrować wspomnienia. Myślenie było z każdym dniem trudniejsze. Czasami urywał w środku zdania, nie wiedząc, jak je zakończyć, wzbudzając pełne litości zakłopotanie rozmówców.
Wystarczyło spojrzenie, którym w odpowiedzi obdarzył go lekarz. Już wiedział, że nie może dłużej czekać. Do końca miał nadzieję, że sam da temu radę, ale nadszedł czas, by poprosić o pomoc.
– Dziękuję za wszystko, panie doktorze.
Opuścił szpital, ruszając się z wysiłkiem. Wsiadł do taksówki i kazał się podrzucić pod stary bar, do którego chadzał po zejściu z nocnej służby w czasach, kiedy był jeszcze zwykłym krawężnikiem. Wewnątrz wszystko było takie samo jak przed trzydziestu pięciu laty: mdłe światło, podłoga w czarno-białą szachownicę, masywny mahoniowy bar, błyszczące w półmroku mosiężne kolby nalewaków piwa, neonowe napisy, popielniczki z reklamami wermutu Cinzano, zakurzona szafa grająca, a na ścianach pożółkłe plakaty z Campari, sąsiadujące z czarno-białymi plakatami bokserskimi. Jedyna różnica polegała na tym, że obecnie barman nie siedział pochylony nad gazetą, ale nad tabletem, z którego czytał wiadomości.
„Tak, poza tym jednym wszystko zostało takie samo. Tylko ty zmieniłeś się nie do poznania”, powiedział sobie Barrali, patrząc na własne odbicie w lustrze. Ten wychudzony osobnik zniszczony chorobą, z zapadniętymi policzkami i przerażonym, niedowierzającym spojrzeniem, to nie mógł być on. Ale lustro nie kłamało. Mimo wczesnej godziny zamówił grappę i usiadł w odległym kącie, z trudem łapiąc oddech. Łyknął odrobinę destylatu. Zasłużył sobie, choć lekarz z pewnością byłby innego zdania.
„Pieprzyć lekarzy. Skończyłem z nimi”, pomyślał, patrząc na swoją prawą dłoń z najwyższą trudnością utrzymującą kieliszek. Widział, jak drży, jakby nie należała do niego, jakby to nie on był więźniem tego chorego ciała, z którego z każdym kolejnym dniem uciekało życie.
„Czy to zło, które widziałeś, tak cię zaraziło?” Wolał sobie nie odpowiadać na to pytanie. Miał ważniejsze sprawy do załatwienia.
Z kieszeni wyjął kartkę. Uznał, że nie może dalej odkładać tego telefonu: zbyt długo już z nim zwlekał, łudząc się, że uda mu się, jeśli nie pokonać raka, to przynajmniej przeżyć jeszcze rok, może nawet dwa. Teraz uświadomił sobie jasno, że nie jest już w stanie samodzielnie wymierzyć sprawiedliwości. Ta pełna rezygnacji świadomość była niemal wyzwalająca, dała mu poczucie ulgi.
Wypił ostatni łyk, nałożył okulary i wybrał numer jedynej osoby, która, jak sądził, mogła mu pomóc.
– Dzień dobry, Mara. Tu Moreno Barrali… Wybacz, że przeszkadzam. Poprosiłem Farciego o twój numer… Tak, nadal jestem na zwolnieniu. Chciałbym z tobą porozmawiać… Nie, wolałbym nie w kwesturze*… Tak, to Farci poradził mi, żebym do ciebie zadzwonił. Wiem, co o mnie mówią, ale proszę, żebyś mi zaufała… Jestem teraz w barze… Jeśli to możliwe… Tak, to raczej pilne… Dziękuję. – Podał jej dokładny adres. – Doskonale. W takim razie poczekam tu na ciebie. Do zobaczenia.
Zamówił kolejną grappę i wyjął zdjęcie przedstawiające Dolores, ostatnią z dziewczyn. Potem wyciągnął jeszcze dwie, znacznie starsze i podniszczone fotografie. Oglądał je i studiował tyle razy, że mógłby zamknąć oczy i nie stracić niczego z ich wyrazistości.
Gdy wraz ze zwykłymi falami wspomnień, poczucia winy i gniewu przetaczały się przez jego umysł obrazy i wspomnienia, zaczął je porządkować, by przekonać koleżankę do przejęcia odpowiedzialności za jego jedyną nierozwiązaną sprawę i niedopuszczenia do kolejnego morderstwa, które – był tego pewien – nastąpi za kilka dni.
Biura sekcji zabójstw i przestępstw przeciwko osobie,
kwestura w Cagliari
Starsza inspektor Mara Rais rozłączyła się i purpurowa ze złości, potrząsnęła głową.
– Szlag – zaklęła pod nosem.
Jej koledzy podnieśli wzrok znad swoich papierów i spojrzeli na nią z uśmiechem. Patrząc na nich, zdała sobie sprawę, że ktoś im już powiedział. Kolejne dźgnięcie w plecy.
– Co tam, Mara? – zapytał jeden z miną niewiniątka. – Jakiś problem?
– Farci wcisnął mi tego szurniętego Barralego i jego seryjnych morderców.
Personel sekcji zabójstw wydziału śledczego, ściśnięty we wspólnym pomieszczeniu, wybuchnął jednogłośnym śmiechem. Moreno Barrali był tutaj stałym przedmiotem żartów; jego długo karmiona obsesja na punkcie zabójstw sprzed lat – dla niego były to mordy rytualne – sprawiła, że nękał kolegów i przełożonych, aby uzyskać ponowne otwarcie dawnych spraw.
– Cóż, Mara, właśnie cię przenieśli do spraw niezałatwionych, więc to chyba naturalne, że chcą, byś spiknęła się z Barralim, co nie?
– No pewnie. Tylko na to czekałam. Poza tym to się nazywa sekcja spraw nierozwiązanych, Piras – odparła Mara, wstając i zostawiając pudła, do których pakowała swoje osobiste rzeczy w ramach przeniesienia do komórki uznawanej przez wszystkich za najgłębszą otchłań czyśćcową wydziału śledczego.
– Gdzie idziesz?
– Fariscazzustusu – syknęła Mara po sardyńsku, niezbyt elegancko sugerując koledze, by zajął się swoimi sprawami. Wściekłym krokiem ruszyła w kierunku gabinetu szefa sekcji zabójstw, Giacoma Farciego.
– Mara, to chyba nie jest dobry pomysł – ostrzegła ją Ilaria Deidda, jedna z nielicznych osób w wydziale, z którymi się dogadywała.
Mara Rais była dobrą policjantką, ale miała charakterek. Nie umiała zmilczeć, kiedy należało, i przez to stała się solą w oku przełożonych, którzy łatwo zapominali o jej kompetencjach, a zamiast tego zwracali uwagę na niewyparzony język; każdy pretekst był dobry, aby posadzić ją za biurkiem w celu zminimalizowania szkód powodowanych przez jej „barwną dialektykę”, jak to określił kwestor.
– Spokojnie, nie zamierzam do niego strzelać. Przynajmniej nie tutaj – zażartowała Mara, po czym zapukała do drzwi i weszła, nie czekając, aż przełożony zaprosi ją do środka.
– Proszę, rozgość się, Rais – powiedział ironicznie nadkomisarz Giacomo Farci, widząc swoją pyskatą inspektor tudzież byłą koleżankę, z którą kilka lat wcześniej pracował w sekcji do spraw walki z przestępczością zorganizowaną.
Kobieta zamknęła drzwi, szeroko otworzyła oczy i jeszcze szerzej rozłożyła ramiona w geście niedowierzania.
– Słuchaj, ja wszystko rozumiem. Chcą się na mnie zemścić? Doskonale, to skurwysyństwo, ale rozumiem. Chcą mi zniszczyć karierę? W sumie już to zrobili. Ale Barrali? Naprawdę aż tak nisko upadłam?
– On umiera, Mara. Przynajmniej tyle możemy zrobić. Wysłuchaj go, niech myśli, że nam zależy. Tylko o to cię proszę. Mimo wszystko jest jednym z nas – powiedział przełożony.
– Więc co mam zrobić? Pracować razem z nim?
Jej słowa były zabarwione ironią.
– Nie. Moreno wciąż jest na zwolnieniu. Zbliża się do terminalnego stadium choroby i raczej nie wróci do służby.
– Bardzo mi go szkoda. No ale co? Mam słuchać jego wywodów o seryjnym mordercy z nuragów tylko dlatego, że zaraz umrze?
– Siadaj.
– Nie chcę siadać. To był twój pomysł?
Farci nie odpowiedział i zamknął akta z prokuratury.
– Wiedziałam. To kolejne kurewstwo Del Greca, co?
W odpowiedzi Farci tylko kiwnął głową. Rzucił jej wymowne spojrzenie i dał znak, żeby ściszyła głos.
– Uspokój się i usiądź, do cholery.
Policjantka ograniczyła się do skrzyżowania rąk na piersi i nie zmieniła wojowniczej miny.
– Mara, proszę cię – powiedział Farci, sięgnął po teczkę z biurka i podał jej bez komentarza.
Otworzyła z nieufnym wyrazem twarzy. Były to akta osobowe policjantki, starszej inspektor Evy Croce.
– Co to…?
– Przeczytaj – polecił Farci.
Eva Croce specjalizowała się w śledztwach badających sekty i rytualne zbrodnie, pracowała w drugim oddziale Centralnej Służby Operacyjnej – innymi słowy w policyjnej elicie – i należała do sekcji badającej nakrwawsze morderstwa na terenie kraju. Z akt wynikało, że po kilku latach spędzonych w rzymskiej siedzibie CSO została oddelegowana w charakterze wsparcia do wydziału śledczego w jej rodzinnym Mediolanie. Aktualnie przeniesiono ją do dyspozycji Biura Przestępstw Nierozwiązanych, ogólnokrajowej struktury zapewniającej wsparcie i doradztwo wydziałom śledczym w terenie.
– Bardzo się cieszę z jej powodu, ale…
– Przeczytaj jeszcze to, co masz na drugiej stronie.
Było tam polecenie służbowe informujące kobietę i wydział śledczy przy via Amat o przeniesieniu do pomocy w tworzeniu nowo powstałej eksperymentalnej komórki spraw nierozwiązanych pracującej w ramach sekcji zabójstw w Cagliari.
– Nie mów mi…
– Tak, to twoja nowa koleżanka.
– Że też o tym nie pomyślałam. Wyrzucenie mnie z sekcji zabójstw nie wystarczyło. Teraz podsyłasz mi jeszcze babysitterkę z kontynentu. Dziękuję bardzo, Giacomo – warknęła Rais, gwałtownie zamykając teczkę.
– Odezwij się tak jeszcze raz, a wyślę cię do kierowania ruchem w Sant’Elia, cumprendiu*?
Ostry ton zaskoczył Marę. Na pozór szorstki Farci był dobrodusznym mężczyzną, jednym z niewielu sojuszników, których miała w kwesturze, i prawie nigdy nie używał sardyńskiego w pracy. Jeśli to zrobił, to oznaczało, że ona i jej niewyparzona gęba przekroczyły granicę.
– Nie mam pojęcia, kim jest ta cała Croce, ale jeśli z takim życiorysem ją tu przysłali, to z pewnością za karę – kontynuował komisarz. – Przez ponad rok była na zwolnieniu lekarskim, a teraz od czterech miesięcy przebywa na płatnym urlopie w ramach środków ostrożności, cokolwiek to znaczy. Musiała zrobić coś głupiego albo nadepnąć na odcisk komuś ważnemu. Mnie to nie obchodzi. Zależy mi tylko na tym, żebyście od razu wzięły się do pracy.
– Znaczy jakiej pracy? Chodzi o opiekę nad tym świrem Barralim?
– Nie. Już ci to mówiłem i po raz ostatni powtórzę: w ramach sekcji spraw nierozwiązanych macie zrobić trzy rzeczy. Po pierwsze, przejrzeć akta przysłane do nas z Rzymu, zobaczyć, czy są jakieś tropy do przeanalizowania i czy czegoś nie pominięto w czasie pierwotnych śledztw. Po drugie, ocenić, czy opłaca się komuś uwikłanemu w stare sprawy założyć ogon albo podsłuch. I na to dajemy sobie dokładny czas: dwa, najwyżej trzy miesiące na sprawę. Po trzecie, zaproponować prokuraturze plan śledztwa w najciekawszych sprawach, a jeśli dostaniemy zgodę, zająć się nimi. Wszystko jasne?
– To jakieś szaleństwo – mruknęła kobieta.
– Nie usłyszałem.
– Powiedziałam, że starzy śledczy nie przyjmą tego dobrze, jeśli będę badała ich…
– Nie jesteśmy tu po to, by poprawiać błędy naszych kolegów. Wręcz przeciwnie. Skontaktujecie się z nimi, jeśli jeszcze żyją, bo chcemy ich sugestii. Będziecie miały do dyspozycji mały zespół techników kryminalistyki, którzy pomogą, jeśli prokuratura i sędziowie śledczy pozwolą.
– To strata czasu.
– Potrzebujemy liczb: wydział musi zwiększyć procent rozwiązanych spraw. Jeśli nie potrafimy tego zrobić, możemy pożegnać się z subwencjami i nowym personelem. Trzeba poprawić współczynniki zamkniętych śledztw. Czy będzie to sprawa aktualna, czy sprzed trzydziestu lat, dla statystyki nie ma żadnego znaczenia.
– A Barrali?
– Wierzymy mu czy nie, facet jest jednym z filarów w kwesturze. Zapieprzał przez ponad czterdzieści lat. I nikt mu niczego nie ułatwiał.
– Daj spokój. Nigdy nie zastanawiałeś się dlaczego? – rzuciła Rais z wyrazem kpiącego zdziwienia.
Farci to zignorował.
– Del Greco, wicekwestor i ja chcemy dać mu szansę. Już mówiłem, jesteśmy mu to winni. Ty i Croce wykorzystacie go jako konsultanta i będziecie pracować nad jego morderstwami równolegle, niezależnie od waszych spraw.
– To wszystko legendy.
– Nie, dopóki ktoś nie zamknie sprawy. W każdym razie chcę, żebyś się temu przyjrzała. Są co najmniej dwie potwierdzone ofiary. Morderstwa nigdy nie zostały rozwiązane, co oznacza, że sprawca wciąż może być na wolności. Sprawca lub sprawcy.
– Nawet jeśli, to na pewno nie żyje.
– Być może, ale Barrali nie chce odejść z wyrzutami sumienia i szczerze mówiąc, ja też nie. To jest numer twojej partnerki – dodał, wręczając jej kartkę. – Wiem, że wolałabyś teraz pracować sama, ale nie ja ustalam zasady doboru partnerów.
– Nie do wiary – wyszeptała, nerwowo masując czoło i próbując odzyskać odpowiednią samokontrolę.
– Będziecie spędzać razem dużo czasu, więc sugeruję, żebyś dobrze zaczęła i zaprzyjaźniła się z nią. Zobacz, czy czegoś nie potrzebuje. Krótko mówiąc, pokaż jej, że słynna sardyńska gościnność nie jest tylko legendą.
– Giacomo… – westchnęła policjantka, wstając i rzucając akta na biurko.
– Dottore*. Od teraz jestem dla ciebie dottor Farci, Mara.
– Ależ oczywiście. Mam też zwracać się do ciebie w trzeciej osobie?
– Pohamuj sarkazm, Rais. Pamiętaj, że w tej chwili jesteś na widelcu, a to – mężczyzna stuknął w akta – jest preferencyjne traktowanie, bo gdybym za ciebie nie poręczył, kwestor przeniósłby cię do Barbagii.
– Mówisz tak, bo to nie ciebie obmacywał ten piździelec.
– Było wewnętrzne śledztwo, które…
– Które przetrąciło mi kręgosłup, nie przyznając mi racji, Farci. Przepraszam, dottor Farci. Ten kutas zjebał mi karierę, rozumiesz? I to dzięki tym sprzedajnym kurwom, o, przepraszam, naszym koleżankom, które zeznawały na jego korzyść.
– Rais, odpuść sobie i bądź wdzięczna, że masz jeszcze pracę. Walczyłaś, ale to on wygrał. Radzę uznać ten wątek za zamknięty, dla dobra wszystkich. Zwłaszcza twojego.
Rzuciła mu pogardliwe spojrzenie i ruszyła do drzwi.
– I pamiętaj – dodał na koniec Farci. – Moja matka mawiała: „Mało słów, wiele mądrości”.
– I ty tak poważnie?
– To powiedzenie pasuje do ciebie jak ulał, co nie?
„Ma ba’ farì coddai”*, przeklęła go w myślach, wychodząc z gabinetu.
Villa Invernizzi przy via Cappuccini, Mediolan
Zbyt osobiście podeszłaś do tej sprawy… Pozwoliłaś, by stała się twoją obsesją… Zapomniałaś, kim jesteś, zawaliłaś na całej linii… Tym, co zrobiłaś, posłałaś w diabły całe śledztwo… Czy zdajesz sobie sprawę z powagi sytuacji? Może powinnaś zastanowić się nieco dłużej nad swoimi błędami…”
Te słowa wciąż odbijały się echem w jej głowie, nie mogła ich wyrzucić. Miała nadzieję, że przez cztery miesiące przymusowego urlopu sprawa ucichnie i szefostwo się uspokoi. Jednak cały ten czas niczego nie zmienił, a tylko pogłębił jej rozgoryczenie. Przełożeni niecierpliwie czekali na chwilę, w której się jej pozbędą. I to, co usłyszała na samym początku, było wstępem do bezapelacyjnego wyroku:
– Uznaliśmy, że na jakiś czas trzeba cię przenieść. Nalegał prokurator, ale nie on jeden. Tym razem posunęłaś się za daleko, Eva. Wszyscy tu rozumiemy twoją sytuację i to, co przeszłaś. Ale nic nie możemy poradzić. Musimy dać jasny sygnał także innym.
– Dokąd? – zapytała.
– Cagliari. Sardynia. Idziesz do sekcji spraw nierozwiązanych.
Starsza inspektor Eva Croce się uśmiechnęła. To nie było przeniesienie, tylko perfidny sposób wymuszenia na niej, by sama rzuciła ręcznik na deski.
– To sekcja eksperymentalna, ma jurysdykcję nad całą wyspą. Masz im pomóc w założeniu zespołu. Potraktuj to jako wakacje, czas na oderwanie się i doładowanie baterii. – Osłodzili gorzką pigułkę.
Wbrew ich przewidywaniom przyjęła decyzję bez słowa protestu. Zaakceptowałaby każde warunki, byle wrócić do pracy. Już tylko ona jej pozostała, była jedynym sposobem na wyegzorcyzmowanie i zapełnienie bezbrzeżnej pustki, jaka nastała w jej życiu. Jeszcze kilka dni dryfowania we wspomnieniach i żalu, a oszalałaby. Lepsze więc biurko w Cagliari niż kanapa nasączona bolesnymi wspomnieniami w pustym mediolańskim mieszkaniu. Lepiej, by między nią a tym więzieniem wspomnień rozciągało się morze.
– Kiedy zaczynam?
Tak bardzo chcieli się jej pozbyć, że przyspieszyli papierologię. Cztery dni później otrzymała telefon z kadr; miała przejrzeć i podpisać jakieś dokumenty, które przyszły z ministerstwa. Zrobiła to bez pytania. W ich oczach zabranie jej z Mediolanu musiało wydawać się karą, dla niej stanowiło formę wybawienia, a może nawet początek nowego życia. Bóg jeden wiedział, jak bardzo go potrzebowała.
Tego popołudnia słońce zasłoniły grożące deszczem chmury. Chłodne mediolańskie niebo zamieniło się w ołowianą zasłonę, rzucającą gorzki cień na ulice. Powietrze cuchnęło siarką, poiło ludzi smutkiem. Kąśliwy październik od tygodni pieklił się nad metropolią, jakby chciał wziąć odwet za nazbyt słoneczne lato. Jedynym żywym kolorem było różowe upierzenie flamingów, na które policjantka patrzyła przez bramę ogrodu Villa Invernizzi. Nie wiedziała nic o celu swojej podróży. Nigdy nie była na Sardynii. Poszperała trochę w sieci. Różowe flamingi stały się niegdyś jednym z symboli Cagliari. Ten szczegół przypomniał jej, że również Mediolan był domem dla małej kolonii tych ptaków, o czym nie wiedziało nawet wielu rodowitych mieszkańców miasta. Postanowiła zatem wyjść na spacer, popatrzeć na nie i nawiązać w ten sposób coś na kształt pierwszego kontaktu ze swoim nowym miastem.
Widok flamingów przywrócił jej poczucie lekkości: uciszył niepokój, odurzył pięknem i elegancją. Willa znajdowała się w rejonie nazywanym „kwartałem ciszy”. Były to ulice ciągnące się za corso Venezia, gdzie hałas miasta zagłuszały wspaniałe neoklasyczne i secesyjne budynki, posągi i ukryte ogrody oraz wille tak eleganckie, jakby czas zatrzymał się dla nich w latach trzydziestych.
Eva nie pojechała tam jedynie po to, aby nasycić się sztuką lub poszukać odrobiny oddechu w ukrytej oazie spokoju; ani też – choć tu się oszukiwała – by nawiązać pierwszy kontakt z miastem, które miało ją przyjąć.
Prawdziwy powód był inny i znacznie głębszy.
Zacisnęła mocno dłonie na kratach bramy. Zamknęła oczy. Na początku poczuła tylko chłód metalu. Potem, jakby ta krata była przesiąknięta wspomnieniami, w jej umyśle pojawiły się obrazy i strzępy rozmowy.
– Jakie piękne! – usłyszała dźwięk słów w teatrze pamięci. – Możemy zabrać jednego do domu?
Uśmiechnęła się bezwiednie. Potem otarła grzbietem dłoni łzę, która spłynęła jej na policzek, i ruszyła w stronę domu.
Nie miała już wymówek.
Należało spakować walizki i wyjechać.
Górna Barbagia, sardyński interior
Nazywali ich „Ladu z gór”, dla odróżnienia od tych drugich Ladu, z miasteczka. Opowiadali o nich legendy. Mówili, że od najdawniejszych czasów owi Ladu łączyli się tylko z własną krwią, rodząc rasę ludzi gwałtownych, dzikich, nieprzewidywalnych niczym nieoswojone bestie, że zachowali antyczny, niemal prymitywny sposób życia, obcy cywilizowanemu społeczeństwu. Zente mala, źli ludzie, od których lepiej trzymać się z daleka; szanowani, owszem, ale tym rodzajem szacunku, któremu bliżej do lęku. Terytorium Ladu z gór zaczynało się kilkanaście kilometrów od legendarnego miasteczka leżącego w sercu Górnej Barbagii około tysiąca metrów nad poziomem morza, u stóp Monte Santu Basili, na ziemi gęstych lasów, bogatej w źródła i rzeki, w nieskażonym królestwie zmysłowej, dzikiej i pierwotnej natury. Rzadko widywano ich we wsi, ponieważ wobec obcych żywili instynktowną nieufność, często przeobrażającą się w otwartą wrogość.
O Ladu mówiono, że lepiej im ze zwierzętami niż z ludźmi. Długa izolacja doprowadziła również do swego rodzaju językowego zastoju: każdy, kto słyszał, jak ze sobą rozmawiają, niewiele pojmował z ich odmiany sardyńskiego, naznaczonej jakąś pierwotną autentycznością, będącej dzieckiem niepamiętnych czasów. Ten wariant był niemal całkiem niezrozumiały nawet dla tych, co mieszkali ledwie kilka kilometrów dalej. Wszystko to karmiło mitologię, która przez lata niczym tłuszcz obrastała ten ród: plotkowano na przykład, że przepadali za ludzkim mięsem, że ich kobiety oddawały się pogańskim obrzędom odprawianym na ponad trzystu hektarach pól i lasów, które posiadali; że wiele z ich dzieci nigdy nie zarejestrowano w urzędzie stanu cywilnego; że niektórzy pasterze próbowali wkroczyć na ich ziemię i już nigdy z niej nie wrócili. Prawdopodobnie zakopywali ich na spragnionych krwi polach albo wrzucali do wapiennych jaskiń w górach, albo – to przekonanie zaszczepiano dzieciom, by odwieść je od zapuszczania się w te lasy – zarzynano jak świnie i zjadano podczas makabrycznych nocnych uczt przy pełni księżyca. Legendy karmią się sobą, a przez lata nagromadziło się ich wiele. Jedna z nich głosiła, że są jedynymi spadkobiercami Civitates Barbariae, rdzennych sardyńskich społeczności, które oparły się chrystianizacji i misjonarskim zapędom Rzymian i Bizantyjczyków, zapuściły mocne korzenie w tym surowym terytorium i szydziły ze zbrojnych najeźdźców przez setki lat bezskutecznie próbujących doprowadzić ich do „zbawienia”. Może to właśnie było przyczyną ich izolacji, sugerowano.
Z czasem opowieści o pasterzach, którzy rozpłynęli się w powietrzu, o bandytach i balentes*, którzy próbowali zdobyć te tereny, a z ich wypraw wracały tylko konie lub muły, czy o księżach, którzy wyruszali na wzgórza zamieszkane przez Ladu, by ich ewangelizować, a zostali wykastrowani i wzięci w niewolę lub skończyli jako pasza dla świń, znalazły swoje stałe miejsce w lokalnej kulturze. Ot, choćby stare kobiety żegnające się znakiem krzyża przy rzadkich okazjach, gdy natknęły się na jednego z tych Ladu, czy cisza zapadająca we wnętrzu tzilleri, gospody, gdy jakiś Ladu wchodził, by ugasić pragnienie, a karczmarz nigdy nie brał od niego pieniędzy.
Sebastianu Ladu, zwany Bastianu, był świadomy plotek krążących o jego rodzinie i w skrytości serca cieszyły go one. Mówili o nim, że ma posturę bawołu i umysł ostry jak kły dzika. Był jedynym z członków swojej rodziny, który zdał maturę; większość jego braci i kuzynów nie zdążyła nawet wylecieć za stopnie z gimnazjum, a już została posłana na klanowe pastwiska. Bastianu w bardzo młodym wieku wstąpił do Straży Leśnej i znał zbocza Monte Gennargentu jak własną kieszeń. Chociaż był Ladu z gór, wielu pasterzy, myśliwych, kłusowników i rolników prosiło go o przysługę ze względu na mundur, który nosił. W przeciwieństwie do swoich krewnych Bastianu był uważany za człowieka, z którym da się rozmawiać. Przez lata starał się pomóc każdemu, kto go prosił, zdobył sobie szacunek w rolniczo-pasterskiej społeczności Barbagii, co również wpłynęło na opinię o jego własnym klanie; to dzięki niemu w ostatnich latach znikł z rozmów przydomek animas dannadas, przeklęte dusze, którym wcześniej chętnie obdarzano Ladu z gór.
Tego popołudnia Bastianu nie był w humorze. Jego jeep przeciął żwirową drogę prowadzącą w kierunku wsi i jak zwykle kilka psów rzuciło się dla zabawy za wzbijającą tumany kurzu terenówką. Minął pordzewiałe szczątki porzuconego na polach traktora i zaparkował w pobliżu osady składającej się z około trzydziestu domów w nieregularnej zabudowie. Na zewnątrz żywiczny zapach krzewów zakręcił mu w nosie. Osada złożona z piętrowych kamiennych domków sprawiała wrażenie klasztornej wioski przylegającej do górskiego zbocza, krok od sąsiadującego z nią lasu. Dym z kominów ścielił się leniwie po niskich dachach pokrytych mchem i porostami. Domy były nieme jak owinięte w czarne chusty tzie*, które wyglądały przez okna i patrzyły na niego wzrokiem tak samo pozbawionym wyrazu jak gołe kamienie ścian. Wiatr ganiał suche gałązki krzewów po wąskich, brukowanych uliczkach, tworzących pajęczą sieć bliźniaczo podobnych do siebie zaułków. Kilku starszych wujów siedzących na kamiennych ławach uniosło głowy w ledwie dostrzegalnym pozdrowieniu.
Spokój zburzyła gwałtowność siekiery rozszczepiającej polana. Kuzyn Zirolamu, głuchoniemy i niezbyt lotny umysłowo, z torsem nagim mimo październikowego chłodu, rąbał drewno przed domem, rycząc z wysiłku jak wół. Bastianu przywitał go skinieniem głowy i patrzył, jak w oddali jego bracia i kuzyni wracają z pól na wozach ciągniętych przez osły. Te bukoliczne sceny zazwyczaj budziły w nim pewien rodzaj chłopskiej pogody ducha, jednak nie tego wieczoru. Nie wchodząc nawet do domu, skierował się do stajni, wyprowadził jednego z młodszych koni, dosiadł go na oklep i galopem, wzdłuż grzbietu wzgórza porośniętego winoroślą, ruszył ku zabudowaniom gospodarskim wznoszącym się nieco dalej na otwartej przestrzeni.
Puścił źrebaka wolno i wszedł do środka. Zapach drewna i farby był tak ostry, że oczy zaszły mu łzami. Panował półmrok, ale nawet gdyby pomieszczenie było oświetlone jak w dzień, nie zrobiłoby to siedzącemu w nim starcowi żadnej różnicy, gdyż od dobrych dziesięciu lat był całkowicie ślepy.
– Ty kto? – zapytał w starym sardyńskim.
– To ja, Bastianu.
Benignu Ladu spowolnionym przez artretyzm ruchem odłożył trzymane w dłoni dłuto i odwrócił się w stronę wnuka. Przytłumione światło z zewnątrz oświetliło mu twarz, maskę zwiędłych zmarszczek otaczających pozbawione życia oczy, zdezorientowane niczym nietoperze zaskoczone przez światło na zewnątrz jaskini.
– Masz coś złego w głosie – zauważył starzec.
– Ciriacu nas nie posłuchali. Robią to dalej.
– Kto ci tak powiedział?
– Sos carabineris.
Bastianu oddał niejedną przysługę karabinierom, dowódcom posterunków rozproszonych po górskich wioskach. Większość żołnierzy pochodziła z kontynentu, była świeżo po szkole i nie rozumiała ani języka, ani miejscowych zwyczajów. Bastianu często służył im jako łącznik i negocjator w kontaktach z bandytami w makii lub kłusownikami, a w zamian karabinierzy przymykali oko na niektóre jego działania i trzymali się z dala od ziem Ladu.
– Czy ja się mylę, czy daliśmy tym draniom bydło?
– Dwa konie, dwadzieścia kóz, barana, dwa osły i trzy maciory – wyliczył Bastianu. – Gdyby byli mądrzy, byliby już bogaci.
Benignu Ladu nabrał garść jagód poziomkowca z taschedda, skórzanej torby, którą jego najmłodsze wnuki co rano wypełniały owocami, i przeżuwał je nielicznymi zębami, jakie mu pozostały.
Po krótkiej chwili wypowiedział zdecydowanym głosem jedno słowo, a potem wrócił do obrabiania drewna.
– Sàmbene.
Krew.
Bastianu wyszedł z chaty służącej dziadkowi za warsztat i donośnym podwójnym gwizdem, który odbił się echem po całej dolinie, zwołał braci.
– Weź ze sobą Michelego! – krzyknął dziadek z wnętrza budynku. – Już czas. Upewnij się, czy wilk zdążył wyhodować sobie kły.
Bastianu wskoczył na konia, zacisnął grzywę w garści i pogalopował do wioski.
„Będzie, jak chcesz, mannoi* – pomyślał. – Niech popłynie krew”.
Cagliari
Więź zadzierzgująca się między śledczym a ofiarą morderstwa jest czymś świętym. Przekracza zwykłą biurokrację, papierkową robotę związaną ze śledztwem, protokoły z autopsji, dokumentację dla prokuratury. Staje się czymś intymnym. Jeśli sprawa nie będzie rozwiązana, a sprawca pozostanie na wolności, ta święta, nierozerwalna więź może przemienić się w wyniszczającą obsesję, od której nie sposób uciec. Upływ czasu wzmaga poczucie winy, dręczy i niepokoi, że morderca uderzy raz jeszcze, i jeszcze… Naturalnie życie toczy się dalej, ale strach, że popełniło się błąd, że nie stanęło się wysokości zadania, że pozwoliło się, by kolejnym istnieniom zagroził nagły kres – wszystko to przywiera do serca i duszy, a im więcej lat mija, tym trudniej udźwignąć ten ciężar.
Kiedy Mara Rais zobaczyła Morena Barraliego po roku, odkąd poszedł na zwolnienie, zrozumiała w pełni, jak bardzo nierozwiązane morderstwo może nadszarpnąć ciało i życie policjanta z dochodzeniówki. Udręka związana z tymi morderstwami była nektarem jego egzystencji i może jedynym powodem, dla którego jeszcze żył.
– Ciao, Barrali. Nawet rak nie może ci dać rady, co? Coś mi się zdaje, że pochowasz nas wszystkich.
Barrali uśmiechnął się w odpowiedzi na jej uszczypliwość. W przeciwieństwie do reszty wydziału Mara nie bombardowała go serdecznością i sentymentalizmem, które sprawiały, że jeszcze boleśniej odczuwał swój stan, ale częstowała go ostrym cynizmem jak prawdziwa dziewczyna z Cagliari, co to nie ogląda się na nic i na nikogo, nawet na człowieka stojącego jedną nogą po drugiej stronie.
– Ciao, inspektorko. Przecież nie mogę jeszcze umrzeć, bo ktoś musi wreszcie nauczyć cię prawdziwej policyjnej roboty – odpowiedział tym samym tonem.
– Myślę, że twoja praca poszłaby na marne, Barrali. Znasz to przysłowie? Kto urodził się osłem, ten koniem nie umrze.
– Racja, Rais, racja. Słyszałem, że i tobie nie idzie za dobrze, przynajmniej zawodowo. Z zabójstw do nierozwiązanych… Jeśli nie będziesz ostrożna, niedługo cię czeka patrolowanie publicznych ogrodów i ściganie podglądaczy i złodziei kanapek.
– Odpuść. Kiedyś ci powiem, jak naprawdę było, ale teraz mów o sobie.
– Jak sama widzisz, niewiele tu do opowiadania.
Policjant ginął w swoim ubraniu: od ostatniego razu, kiedy go widziała, stracił co najmniej dziesięć kilogramów, a nigdy nie miał nadwagi. Dostrzegła też laskę opartą o stół.
– Przykro mi. Naprawdę – powiedziała.
– Wiem. Dziękuję. Ale nie prosiłem o spotkanie po to, byś się nade mną użalała.
– Jasne. I chyba też wiem, czemu chciałeś się ze mną zobaczyć. Chciałam ci od razu powiedzieć, że…
Policjant uciszył ją, kładąc na stole plik fotografii. Niektóre z nich wykonano polaroidem. Wszystkie naznaczył upływ czasu, były pociemniałe i wyblakłe. Wciąż jednak czytelne. Przedstawiały zwłoki dwóch kobiet i łączyły je pewne szczegóły: ofiary klęczały ze zgiętymi plecami, ręce miały skrępowane za nimi, były okryte surową owczą wełną, a twarze zasłaniały im drewniane maski o zwierzęcych kształtach i długich, spiczastych rogach. Z jakości zdjęć Mara wywnioskowała, że między dwoma morderstwami musiał upłynąć stosunkowo długi czas – co najmniej dziesięć, może dwanaście lat. Inną wspólną cechą było miejsce zbrodni: starsze fotografie przedstawiały coś przypominającego studnię nuragijskiego sanktuarium zbudowanego na wzniesieniu; nowsze – ofiarę u stóp świętej studni podobnej do pierwszej, ale mającej po bokach dwie inne, wyżłobione w skalistym podłożu. W obu przypadkach były to starożytne miejsca kultu.
– Z pewnością już o nich słyszałaś. Pierwsza ofiara zginęła w siedemdziesiątym piątym, druga jedenaście lat później, w osiemdziesiątym szóstym. Pierwsze miejsce zbrodni znajduje się w prowincji Nuoro, drugie w górach Vallermosa. Ponad dwieście kilometrów od siebie, dwa przeciwległe punkty wyspy. Wiek ofiar jest podobny: między osiemnastym a dziewiętnastym rokiem życia w przypadku pierwszej, szesnastym i siedemnastym w przypadku drugiej. Morderstwa różnią się tylko drobnymi szczegółami, zupełnie nieistotnymi. Obie sprawy nierozwiązane, nigdy ich ze sobą nie połączono, nigdy nie założono im wspólnych akt. Dziewczyny zostały zabite w wigilię sa die de sos mortos. Żadnych świadków, żadnych podejrzanych.
Policjantka przeniosła wzrok ze zdjęć na kolegę. Po latach pracy w sekcji zabójstw jej oczy przyzwyczaiły się do okrucieństwa i grozy, ale zdjęcia tych dziewczyn, być może ze względu na zwierzęce elementy rytuału ich śmierci, wstrząsnęły nią do głębi.
– Ale największą zagadką jest co innego – kontynuował policjant. – W obu przypadkach nie dało się zidentyfikować ofiar. Nie mają imienia ani nazwiska. Nikt nie zgłosił ich zaginięcia. Nikt ich nie szukał. Nie znamy ani ojca, ani matki, ani nawet żadnego krewnego. Jakby pojawiły się znikąd. Pantumas*.
Mara, słysząc to słowo in limba, to znaczy w lokalnym języku, przypomniała sobie, że Barrali pochodzi z Barbagii, nie pamiętała tylko, z jakiej miejscowości.
– Słuchaj, Barrali…
– Przez lata opowiadano o mnie różności. W najlepszym wypadku, że jestem szaleńcem. Że naginam fakty, by pasowały do moich teorii, że kręci mnie ezoteryka. I jeszcze tysiąc innych bzdur. A one – powiedział, wskazując na fotografie – zawodowo tylko mi zaszkodziły. Zniszczyły mi karierę. Nigdy nie miałem masochistycznych ciągotek, ale czuję się odpowiedzialny za te sprawy, nie mogę ich zignorować ani odstawić na bok.
– Rozumiem to i szanuję… – ponownie próbowała się wtrącić, ale znów jej przerwał:
– A teraz umieram, Rais. Dosłownie. Jeszcze kilka miesięcy i cześć. A ona – powiedział, stukając w skroń – będzie działać jeszcze krócej. Nie mam zamiaru cię do niczego przekonywać, ale nie chciałbym, żeby szlag trafił pracę tych wszystkich lat. Chciałbym, aby sprawa pozostała otwarta.
– O to możesz być spokojny. Farci zapewnił mnie, że śledztwo będzie prowadzone i że to jeden z priorytetów sekcji spraw nierozwiązanych, więc…
– Nie, Rais, może nie wyraziłem się jasno – przerwał jej Barrali, a jego oczy nagle spochmurniały. – Tu nie chodzi tylko o stare, nierozwiązane sprawy czy tajemne rytuały. – Pokazał jej inną fotografię, znacznie bardziej aktualną. – Nazywa się Dolores Murgia, ma dwadzieścia dwa lata i zaginęła kilka dni temu. Wierzę, że przez te wszystkie lata morderstw było znacznie więcej i że nigdy nie ustały. I obawiam się, że Dolores będzie kolejną ofiarą.
Corso Indipendenza, Mediolan
Oglądanie się w lustrze było jak patrzenie na nią. Podobieństwo było niezwykłe, ale przy tym rozdzierało serce. Nie mogła dłużej wytrzymać tego bólu. Musiała unieszkodliwić to wspomnienie, które przy każdym przejrzeniu się w lustrze przeszywało ją tępym ostrzem pamięci.
Eva pozwoliła mieszance koloryzującej działać przez pół godziny, a potem wróciła do łazienki. Ubrana jedynie w dżinsy i czarny stanik, wypłukała włosy w zlewie, patrząc, jak wiruje w nim ciemny barwnik, aż w końcu woda stała się przejrzysta. Osuszyła głowę ręcznikiem, po czym spojrzała na siebie w lustrze. Po dawnej tycjanowskiej czerwieni nie było śladu, kruczy barwnik całkowicie zagłuszył cynobrowe odcienie jej naturalnego koloru.
Z trudem się rozpoznawała, ale o to właśnie chodziło. Czerń włosów podkreślała jasnoniebieskie oczy, bladą cerę, pył piegów i cienką niebieskawą żyłkę pod prawą powieką. Odczuwała przyjemne uczucie oszołomienia. Jakby patrzyła na kogoś obcego.
„I właśnie do tego musisz przekonać samą siebie – pomyślała. – Że jesteś nową osobą”.
Owinęła ręcznik wokół głowy i wróciła do sypialni, by spakować resztę rzeczy. Nadszedł czas, by zostawić za sobą dom cierpienia i zacząć żyć na nowo.
A przynajmniej spróbować.
Górna Barbagia, sardyński interior
Ziemia zdradza rzadziej niż ludzie. Tę lekcję sardyńskie dzieci postępu dawno już zapomniały. Dały się skusić bogowi przemysłu, którego entuzjastycznie przyjęły, odrzucając naturę przez wieki przygarniającą i karmiącą ich przodków. Lecz po pięknie brzmiących obietnicach lepszego i bogatszego życia nowe bóstwo, nieszczere i kapryśne, porzuciło swoich neofitów, zostawiając po sobie jedynie rdzę ruin, bezrobocie, wylesianie, masową emigrację, dusze odurzone oparami abbardente*, zatrutą ziemię i jej zwierzęta. Przez lata młodsze pokolenia przypominały sobie o świecie przodków wyłącznie z okazji świąt Bożego Narodzenia i Wielkanocy, kiedy to potrzebowały baranków i prosiaków „prosto od chłopa”, by zrobić wrażenie na przyjaciołach z miasta i nadać sobie nieco rustykalnej aury, podczas gdy w rzeczywistości nigdy nie wzięły do ręki motyki i miałyby poważne trudności z odróżnieniem wołu od krowy. Dostatek skazał na zapomnienie profesje ważne przez setki lat; coraz rzadziej spotykało się ujeżdżaczy koni, poskramiaczy wołów, pasterzy, rolników, węglarzy, rzemieślników, mistrzów ciesielskich godnych tego miana. Pokolenia synów porzuciły wsie ojców, wybierając miasta, świeckie katedry fabryk i tracąc „pamięć ziemi”. Wyludniły się tysiące małych miejscowości, zwłaszcza w głębi wyspy, gdzie przysiółki przeobraziły się w czyśćcowe otchłanie dusz, wioski widmo, zamieszkane niemal wyłącznie przez starców czekających, aż przyjdzie po nich wielka ciemność i uwolni ich od wstydu, z którym nie potrafili się zmierzyć. Nieliczni synowie, którzy nie opuścili wyspy, sprzedali się i przyjęli obyczaje sos continentales, ludzi z kontynentu, od wieków podporządkowujących sobie ten region. Spełniali ich kaprysy, bili pokłony za dwa centy i żebrali o pomoc państwa – choć w ich żyłach płynęła pracowita krew i napełniał ich duch tak niepokorny jak surowe góry, z których pochodzili. Kiedy także i państwo zamknęło kasę, „synowie marnotrawni” powrócili w rozpaczy, by ssać z piersi Matki Ziemi, przyciśnięci do niej jak pijawki, w nadziei, że uda im się zdobyć choć kilka kropel mleka.
To właśnie stało się udziałem braci Ciriacu. Kiedy zmarł im ojciec, pozostawiając w spadku rozproszoną garstkę działek i kilkaset owiec, uwierzyli, że uda im się wrócić na wieś i wzbogacić się na uprawie ziemi, choć wcześniej gardzili takim życiem.
Przez tysiąclecia rytm życia człowieka wyznaczały cykle natury. Ciriacu natomiast, jak większość rolników z przypadku, próbowali narzucić ziemi własny rytm: budzili się późno, siali, gdzie popadło, zaniedbywali trzodę, gwałcili ogrody i winnice chemikaliami, zamieniali siew nocny na dzienny i po kilku latach odziedziczone przez nich żyzne pola stały się równie jałowe i nieurodzajne jak ich serca, bydło zaś padło z chorób i zaniedbania. Głupi i chciwi, zagrali jedyną kartą, jaka im pozostała: za ostatnie pieniądze, zarobione na sprzedaży części swoich tancas*, założyli skomplikowany system nawadniający ze studnią artezyjską, kupili generatory, pompy elektryczne, cysterny i setki metrów rur, i posadzili ponad dwa tysiące krzaczków konopi, ufając, że gęsta roślinność Barbagii ukryje zakazane zioło przed wzrokiem stróżów prawa.
Na długości kilku kilometrów ziemie Ciriacu graniczyły z ziemiami Ladu i była tylko jedna rzecz, której Ladu nienawidzili bardziej niż księży i kościołów: prawo. Okoliczni pasterze i chłopi nie chcieli mieć kłopotów z karabinierami, Ciriacu natomiast przez swoje plantacje zagrażali wszystkim, bo gdy już wojsko się pojawi, to zacznie wściubiać nos także do sąsiadów. Delegacja lokalnych pasterzy i rolników udała się więc z poselstwem do Bastianu Ladu i poprosiła go o interwencję, zanim dojdzie do najgorszego. Przez najgorsze rozumiano kulę w łeb.
– Robi się coraz gorzej, Bastianu – powiedzieli mu. – Im szybciej to rozwiążemy, tym lepiej dla wszystkich.
Bastianu porozmawiał z Benignu, patriarchą Ladu, i dostał rozwiązanie, które pogodzi wszystkich. Benignu zaproponował starożytny wspólnotowy obrzęd sa paradura: jako że bracia Ciriacu zostali poproszeni o rezygnację z nielegalnych plantacji na rzecz legalnych upraw, a ich zwierzęta padły, wszyscy pasterze w okolicy oddadzą im niewielką część swoich stad, tak jak to robiono przez wieki w Barbagii, aby pomóc tym, którzy ponieśli wielką stratę w rodzinie, dotknęła ich powódź, pożar lub klęska nieurodzaju.
Kiedy Juanne Ciriacu stanął przed Bastianu, nie śmiał zaprotestować i przyjął od sąsiadów szczodry gest solidarności. Zwierzęta dostarczono hojnie, dokładając do tego setki krążków sera, hektolitry oliwy i tyle binu nieddu*, że mogłaby się nim upić cała miejscowość.
– Niech się darzy – podziękował Juanne, dołączając obietnicę, że spali plantację.
Minęło kilka dni i Ladu zobaczyli nocą dymy nad ziemią należącą do Ciriacu. Zbyt jednak wątłe jak na tak wielką plantację. Niczym sępy Ciriacu przyjęli sa paradura i zniszczyli w zamian jedynie maleńką część plantacji marihuany, co potwierdził przekupiony przez Bastianu karabinier, który natychmiast doradził, by miejscowi sami rozwiązali problem, zanim uprawą zainteresuje się komenda prowincjalna karabinierów w Nuoro, bo wtedy sprawa będzie poza jego kontrolą.
I tak owej nocy Ladu przemierzyli zziębnięte ziemie Ciriacu i bezszelestnie, niczym duchy, zbliżyli się do gospodarstwa, w którym spali Juanne i Gianmaria – tuż przy polach marihuany, ponad półtora kilometra od najbliższej osady. Księżyc rzucał na okolicę krwawą poświatę. Świergot cykad i chropawe wycie mistrala ułatwiły dzieło. Pojawili się bez broni palnej; na takich jak bracia Ciriacu nie trzeba było strzelb czy pistoletów.
Bastianu spojrzał na swojego młodszego brata Nereu, na Zirolamu, głuchoniemego kuzyna, i Michelego, swego piętnastoletniego syna, którego dziadek kazał mu wreszcie „odstawić od piersi”. Ladu słynęli nie tylko z szorstkości obyczajów, ale i z iście cyklopowych rozmiarów: Bastianu, Nereu i Zirolamu mieli prawie dwa metry wzrostu, Micheli mierzył już ponad metr osiemdziesiąt pięć, wszyscy mieli wielkie jak bochny, twarde dłonie o zgrubiałej od pracy w polu skórze, szerokie ramiona i siłę osła, prawie jakby wyszli na świat z trzewi tych gór. Bastianu lekkim uniesieniem głowy wydał polecenie bratu, który skierował się w stronę owczarni i wrócił z jedną owcą, ciągnąc ją za ucho. Szef klanu podszedł do zwierzęcia, wyciągnął arresoja* i dwukrotnie dźgnął je w bok. Owca zaczęła rozpaczliwie beczeć, budząc śpiących. Po paru sekundach w domu zapaliły się światła.
Dalsza część książki dostępna w wersji pełnej
Morze Liguryjskie
Dostępne w wersji pełnej
Dzielnica Stampace alta, Cagliari
Dostępne w wersji pełnej
Górna Barbagia, sardyński interior
Dostępne w wersji pełnej
Plaża przy viale Poetto, Cagliari
Dostępne w wersji pełnej
Wieża Hiszpańska, plaża przy viale Poetto, Cagliari
Dostępne w wersji pełnej
Kwestura w Cagliari
Dostępne w wersji pełnej
Archiwum wydziału śledczego, kwestura w Cagliari
Dostępne w wersji pełnej
Archiwum wydziału śledczego, kwestura w Cagliari
Dostępne w wersji pełnej
Piazza della Repubblica, gmach sądu w Cagliari
Dostępne w wersji pełnej
Winnice Ladu, Górna Barbagia
Dostępne w wersji pełnej
Gdzieś w sardyńskim interiorze
Dostępne w wersji pełnej
Dolina Dusz, Górna Barbagia
Dostępne w wersji pełnej
Zatoka Mari Pintau, Geremeas, Quartu Sant’Elena
Dostępne w wersji pełnej
Capitana, Quartu Sant’Elena
Dostępne w wersji pełnej
Komisariat policji, Carbonia, południowa Sardynia
Dostępne w wersji pełnej
Capitana, Quartu Sant’Elena
Dostępne w wersji pełnej
Capitana, Quartu Sant’Elena
Dostępne w wersji pełnej
Miejscowość Is Mortorius, Quartu Sant’Elena
Dostępne w wersji pełnej
Capitana, Quartu Sant’Elena
Dostępne w wersji pełnej
Is Mortorius, Quartu Sant’Elena
Dostępne w wersji pełnej
Carbonia
Dostępne w wersji pełnej
Droga krajowa numer 130, „Iglesiente”
Dostępne w wersji pełnej
Komisariat policji, Carbonia
Dostępne w wersji pełnej
Corso Vittorio Emmanuele II, Cagliari
Dostępne w wersji pełnej
Capitana, Quartu Sant’Elena
Dostępne w wersji pełnej
Sardyński interior
Dostępne w wersji pełnej
Dzielnica Stampace alta, Cagliari
Dostępne w wersji pełnej
Obwodnica Cagliari
Dostępne w wersji pełnej
Muzeum Archeologiczne Sa Domu Nosta, Senorbì,
starożytny region Trexenta
Dostępne w wersji pełnej
Viale Poetto, Cagliari
Dostępne w wersji pełnej
Carbonia
Dostępne w wersji pełnej
Viale Poetto, Cagliari
Dostępne w wersji pełnej
Carbonia
Dostępne w wersji pełnej
Kwestura w Cagliari
Dostępne w wersji pełnej
Ziemie Ladu, Górna Barbagia
Dostępne w wersji pełnej
Viale Europa, Cagliari
Dostępne w wersji pełnej
Dolina Dusz, Górna Barbagia
Dostępne w wersji pełnej
Cagliari
Dostępne w wersji pełnej
Jaskinia Bogini, Górna Barbagia
Dostępne w wersji pełnej
Carbonia
Dostępne w wersji pełnej
Archiwum wydziału śledczego, kwestura w Cagliari
Dostępne w wersji pełnej
Ziemie Ladu, Górna Barbagia
Dostępne w wersji pełnej
Biura sekcji zabójstw i przestępstw przeciwko osobie,
kwestura w Cagliari
Dostępne w wersji pełnej
Jaskinie Bogini, Górna Barbagia
Dostępne w wersji pełnej
Dzielnica La Vega, Cagliari
Dostępne w wersji pełnej
Sanktuarium nuragijskie w Santa Vittoria, Serri
Dostępne w wersji pełnej
Sanktuarium nuragijskie w Santa Vittoria, Serri
Dostępne w wersji pełnej
Sanktuarium nuragijskie w Santa Vittoria, Serri
Dostępne w wersji pełnej
Capitana, Quartu Sant’Elena
Dostępne w wersji pełnej
Instytut Medycyny Sądowej, Poliklinika w Cagliari
Dostępne w wersji pełnej
Wydział Antropologii Kulturowej,
Uniwersytet w Cagliari
Dostępne w wersji pełnej
Wydział Antropologii Kulturowej, Uniwersytet w Cagliari
Dostępne w wersji pełnej
Uniwersytet w Cagliari
Dostępne w wersji pełnej
Sekcja zabójstw, kwestura w Cagliari
Dostępne w wersji pełnej
Kwestura w Cagliari
Dostępne w wersji pełnej
Osada Ladu z gór, Górna Barbagia
Dostępne w wersji pełnej
Park Krajobrazowy Monte Arci, równina Uras
Dostępne w wersji pełnej
Park Groane, Mediolan, 2014
Dostępne w wersji pełnej
Osada Ladu z gór, Górna Barbagia, rok 2016
Dostępne w wersji pełnej
Viale Poetto, Cagliari
Dostępne w wersji pełnej
Ziemie Ladu, Górna Barbagia
Dostępne w wersji pełnej
Sekcja zabójstw, kwestura w Cagliari
Dostępne w wersji pełnej
Kwestura w Cagliari
Dostępne w wersji pełnej
Droga krajowa numer 195, „Sulcitana”
Dostępne w wersji pełnej
Osiedle Santa Rosa, Capoterra
Dostępne w wersji pełnej
Santa Rosa, Capoterra
Dostępne w wersji pełnej
Przekaźnik w Santa Rosa, Capoterra
Dostępne w wersji pełnej
Sala operacyjna, sekcja zabójstw, kwestura w Cagliari
Dostępne w wersji pełnej
Łazienka w szatni kobiet, kwestura w Cagliari
Dostępne w wersji pełnej
Ziemie Ladu, Górna Barbagia
Dostępne w wersji pełnej
Capitana, Quartu Sant’Elena
Dostępne w wersji pełnej
Capitana, Quartu Sant’Elena
Dostępne w wersji pełnej
Więzienie Uta, Cagliari
Dostępne w wersji pełnej
Capitana, Quartu Sant’Elena
Dostępne w wersji pełnej
Kawiarnia Tiffany, via Baylle, Cagliari
Dostępne w wersji pełnej
Dzielnica Genneruxi, Cagliari
Dostępne w wersji pełnej
Obwodnica Cagliari
Dostępne w wersji pełnej
Sala operacyjna, sekcja zabójstw, kwestura w Cagliari
Dostępne w wersji pełnej
Policyjna furgonetka, Cagliari
Dostępne w wersji pełnej
Biura sekcji zabójstw i przestępstw przeciwko osobie,
kwestura w Cagliari
Dostępne w wersji pełnej
Serramanna
Dostępne w wersji pełnej
Kwestura w Cagliari
Dostępne w wersji pełnej
Sala operacyjna, sekcja zabójstw, kwestura w Cagliari
Dostępne w wersji pełnej
Sardyński interior
Dostępne w wersji pełnej
Viale Poetto, Cagliari
Dostępne w wersji pełnej
Dzielnica Stampace alta, Cagliari
Dostępne w wersji pełnej
Carbonia
Dostępne w wersji pełnej
Viale Poetto, Cagliari
Dostępne w wersji pełnej
Komisariat policji, Carbonia
Dostępne w wersji pełnej
Przed siedzibą regionalnego oddziału policyjnej służby
kryminalistycznej, viale Buon Cammino, Cagliari
Dostępne w wersji pełnej
Ziemie Ladu, Górna Barbagia
Dostępne w wersji pełnej
Carbonia
Dostępne w wersji pełnej
Sala operacyjna, sekcja zabójstw, kwestura w Cagliari
Dostępne w wersji pełnej
Carbonia
Dostępne w wersji pełnej
Caffè degli Spiriti, bastion Saint Remy, Cagliari
Dostępne w wersji pełnej
Bastion Saint Remy, Cagliari
Dostępne w wersji pełnej
Viale Poetto, Cagliari
Dostępne w wersji pełnej
Archiwum wydziału śledczego, kwestura w Cagliari
Dostępne w wersji pełnej
Biura wydziału śledczego, kwestura w Cagliari
Dostępne w wersji pełnej
Posterunek Straży Leśnej, Orani
Dostępne w wersji pełnej
Dzielnica Genneruxi, Cagliari
Dostępne w wersji pełnej
Dzielnica Genneruxi, Cagliari
Dostępne w wersji pełnej
Biura wydziału śledczego, kwestura w Cagliari
Dostępne w wersji pełnej
Pokój przesłuchań numer 1 wydziału śledczego,
kwestura w Cagliari
Dostępne w wersji pełnej
Pokój przesłuchań numer 2 wydziału śledczego,
kwestura w Cagliari
Dostępne w wersji pełnej
Pokój przesłuchań numer 1 wydziału śledczego,
kwestura w Cagliari
Dostępne w wersji pełnej
Biura wydziału śledczego, kwestura w Cagliari
Dostępne w wersji pełnej
Pokój przesłuchań numer 1 wydziału śledczego,
kwestura w Cagliari
Dostępne w wersji pełnej
Ziemie Ladu, Górna Barbagia
Dostępne w wersji pełnej
Pokój przesłuchań numer 2 wydziału śledczego,
kwestura w Cagliari
Dostępne w wersji pełnej
Biura wydziału śledczego, kwestura w Cagliari
Dostępne w wersji pełnej
Pokój przesłuchań numer 1 wydziału śledczego,
kwestura w Cagliari
Dostępne w wersji pełnej
Ziemie Ladu, Górna Barbagia
Dostępne w wersji pełnej
Parking kwestury w Cagliari
Dostępne w wersji pełnej
Ziemie Ladu, Górna Barbagia
Dostępne w wersji pełnej
Viale Poetto, Cagliari
Dostępne w wersji pełnej
Ziemie Ladu, Górna Barbagia
Dostępne w wersji pełnej
Capitana, Quartu Sant’Elena
Dostępne w wersji pełnej
Capitana, Quartu Sant’Elena
Dostępne w wersji pełnej
Capitana, Quartu Sant’Elena
Dostępne w wersji pełnej
Dolina Dusz, Górna Barbagia
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
* Kwestura (questura) to we Włoszech główna siedziba policji na terenie provincia (odpowiednik naszego powiatu). Oprócz zadań typowo policyjnych zajmuje się częścią działań należących do administracji publicznej. Na jej czele stoi wysoki rangą policjant noszący tytuł kwestora.
* (sard.) zrozumiano?
* Powoli się to zmienia, ale Włosi jeszcze nadal, zwłaszcza w instytucjach państwowych, używają rozbudowanej tytulatury. Dottore to zwyczajowy tytuł mężczyzny posiadającego wyższe wykształcenie humanistyczne (a nie naukowy doktorat w naszym rozumieniu). Przed nazwiskiem tytuł traci końcowe „e”. Kobiecy odpowiednik to dottoressa.
* (sard.) A weź się pierdol.
* Sardyński termin oznaczający bojowników o jakaś sprawę.
* (sard.) ciotki.
* (sard.) dziadek.
* (sard.) zjawy.
* (sard.) dosł. woda ognista, zazwyczaj mocna grappa.
* (sard.) posiadłości rolnych.
* (sard.) czerwone wino (dosł. czarne).
* (sard.) charakterystyczny sardyński składany nóż.
TYTUŁ ORYGINAŁU:
L’isola delle anime
Redaktor prowadzący: Wojciech Ciuraj
Wydawca: Wojciech Ciuraj
Redakcja: Adrian Kyć
Korekta: Magdalena Kawka
Projekt okładki: Łukasz Werpachowski
Ilustracja na okładce: © petr / Stock.Adobe.com, © wuttichok / Stock.Adobe.com
Copyright © 2019 by Piergiorgio Pulixi
Copyright © 2026, Mova an imprint of Wydawnictwo Kobiece Agnieszka Stankiewicz-Kierus sp.k.
Wszelkie prawa do polskiego przekładu i publikacji zastrzeżone. Powielanie i rozpowszechnianie z wykorzystaniem jakiejkolwiek techniki całości bądź fragmentów niniejszego dzieła bez uprzedniego uzyskania pisemnej zgody posiadacza tych praw jest zabronione.
Wydanie elektroniczne
Białystok 2026
ISBN 978-83-8417-617-7
Grupa Wydawnictwo Kobiece | www.WydawnictwoKobiece.pl
Na zlecenie Woblink
woblink.com
plik przygotowała Weronika Panecka
Okładka
Karta tytułowa: Piergiorgio Pulixi, Wyspa dusz
Prolog
Część I. Sa die de sos mortos. Dzień zmarłych
1
2
3
4
5
6
7
8
9
10
11
12
13
14
15
16
17
18
19
20
21
22
23
24
25
26
27
28
29
30
31
32
33
34
35
36
37
38
39
40
41
42
43
44
45
46
47
48
49
50
51
52
53
54
Część II. Su bentu ’e su destinu. Wiatr i los
55
56
57
58
59
60
61
62
63
64
65
66
67
68
69
70
71
72
73
74
75
76
77
78
79
80
81
82
83
84
85
86
87
88
89
90
91
92
93
94
95
96
97
98
99
100
101
102
103
104
105
106
107
108
109
110
Część III. Terra mala. Zła ziemia
111
112
113
114
115
116
117
118
119
120
121
122
123
124
125
126
127
128
129
130
Epilog
Przypisy
Karta redakcyjna
