Świt Czarnego Wilka - Aylin Red - ebook

Świt Czarnego Wilka ebook

Aylin Red

0,0

Opis

Tim od dekad jest wilkiem, na którym inni mogą polegać.

Alfą, którego szanują nawet ci, którzy woleliby się go bać. Miał odejść od dawnych walk, obowiązków i problemów, które zbyt często pachniały krwią. Wtedy Aurelie Reine wynajmuje go jako ochroniarza. Jest młodsza, piękna, czarująca i zbyt przyzwyczajona do tego, że świat patrzy. Influencerka o pastelowo-różowych włosach powinna być prostym zleceniem: kilka kamer, trochę kaprysów, może ktoś, kto nie rozumie słowa „niebezpieczeństwo”. Tim szybko odkrywa, że przy Aurelie nic nie jest proste. Jej zapach lgnie do niego bardziej, niż powinien. Jego wilk zauważa ją za często.

A ona pakuje się w kłopoty z uśmiechem, który powinien irytować, nie przyciągać.

Miał ją tylko chronić.

Nie powinien jej pragnąć.

Mroczny paranormal romance o starszym wilczym alfie, młodszej influencerce, zakazanym napięciu i zleceniu, które zostaje pod skórą.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
Windows

Liczba stron: 331

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Świt Czarnego Wilka

Aylin Red

2026

Świt Czarnego Wilka

Świt Czarnego Wilka

Rozdział 1

Rozdział 2

Rozdział 3

Rozdział 4

Rozdział 5

Rozdział 6

Rozdział 7

Rozdział 8

Rozdział 9

Rozdział 10

Rozdział 11

Rozdział 12

Rozdział 14

Rozdział 15

Rozdział 16

Rozdział 17

Rozdział 18

Rozdział 19

Rozdział 20

Rozdział 21

Rozdział 22

Rozdział 23

Rozdział 24

Rozdział 25

Rozdział 26

Rozdział 27

Rozdział 28

Rozdział 29

Rozdział 30

Rozdział 31

Rozdział 32

Rozdział 33

Rozdział 34

Epilog

Title Page

Cover

Table of Contents

Świt Czarnego Wilka

The Black Wolf’s Dawn

Aylin Red

Miłość i ciekawość czynią nas nieprzewidywalnymi

Rozdział 1

Ból nie był ostry. Rozlewał się pod skórą — tępy, głęboki, jak coś zepsutego od dawna. Każdy oddech kosztował.

Poruszył prawą ręką.

Palce zanurzyły się w czymś lepkim. Podniósł je — ciemne, błyszczące w księżycowym świetle.

Krew.

Dużo krwi.

Głowa opadła. Kamień wbił się w kark i został — ostry, mokry od rosy. Tim nie miał siły tego poprawić. Ziemia pod nim była twarda i zimna, chłód wchodził przez ubranie, warstwa po warstwie. Spojrzał w górę.

Niebo — czarne, nabite gwiazdami. A pośrodku księżyc. Biały jak kość. Zaczął się rozmazywać, krawędzie tarczy rozmiękły i rozchodziły się powoli.

Tim mrugnął.

Nic to nie dało. Dźwięki schodziły na inny poziom — przytłumione, jakby ktoś zakręcił głośność. Szum wiatru. Trzask gdzieś daleko.

I głos, urwany, zbyt cichy żeby złożyć w słowa.

Potem kroki.

Szybkie.

Ktoś padł obok na kolana — ziemia przyjęła ciężar z dźwiękiem który Tim poczuł w żebrach zanim usłyszał uszami. Przez mgłę, przez tętnienie w skroniach — twarz.

Oczy.

Srebrne, jasne w ciemności, i wilgotne — łzy stały w nich bez ruchu.

Zapach trafił go zanim zdążył myśleć — coś leśnego, żywicznego, z nutą dymu. Nie ludzkiego.

— Nie mogę… — powiedział głos.

Reszta zdania nie przyszła.

Zamknął oczy.

Ciemność przyszła bez krawędzi. Tim płynął w niej na własnym oddechu — płytkim, coraz bardziej oddalonym.

Potem dłonie na jego twarzy.

Zimne — jak metal który leżał zbyt długo w cieniu — po obu stronach policzków. Nacisk pewny, bez pytania, palce lekko rozpostarte jakby chciały objąć więcej niż mogły. Kciuk przy jego policzku. Tim poczuł ciężar tych dłoni zanim poczuł cokolwiek innego — i coś w nim, głęboko, przestało się szarpać.

Poczuł ciszę, wszechogarniającą.

I ostatnie, zanim wszystko zgasło — coś upadło na policzek.

Ciepłe, pojedyncze.

Spłynęło powoli po skórze i wsiąkło tam gdzie wsiąkało wszystko tej nocy.

— Tim… proszę…

🖤❤️🩷🤍🖤❤️🩷🤍🖤❤️🩷🤍🖤❤️🩷🤍🖤❤️🩷🤍

Salon pachniał kwiatami — ostrą, słodką nutą, która przez chwilę przykrywała to pod spodem. Lydia weszła i stanęła w progu. Parkiet pod stopami skrzypnął cicho — jeden dźwięk, natychmiast pochłonięty przez ciężkie tkaniny i wysokie ściany. Powietrze w środku było nieruchome. Chłodniejsze niż na korytarzu, z ciepłem ognia w kominku po prawej, które nie docierało dalej niż na dwa metry.

Sofia stała przy oknie. Jasna sukienka, kontur wyprostowany pod światło — twarz nieczytelna z tej odległości, srebro włosów rozpuszczonych na plecach.

Lydia usiadła na kanapie. Aksamit pod dłonią zimny, ciężki. Noga na nogę, dłonie złożone na kolanie, twarz spokojna.

Poczekała.

— Odrzuciłaś obu kandydatów. — Sofia nie odwróciła się od okna. — Dlaczego?

— Bo nie.

Teraz się odwróciła.

Powoli, każdy krok mierzony — podeszła i stanęła, ręce splecione z przodu, wzrok na Lydii.

— Masz dwieście lat — powiedziała. — Czas pomyśleć o mężu. O potomstwie.

— Każdy z nich był słaby.

— To kwestia negocjacji.

— Poza tym — Lydia odgarnęła włosy — nie chcę dzieci.

Cisza.

Kącik ust Sofii drgnął. Jeden mały ruch, precyzyjny jak cięcie.

— To twój obowiązek. Jesteś najstarsza.

Lydia wstała.

Nie gwałtownie — wstała tak jak zawsze robiła wszystko, z tym samym opanowaniem, ale w oczach coś przeszło. Złoto przez ułamek sekundy zrobiło się czerwone — rozlało się za gałkami ocznymi jak ciepło za zbyt cienką szybą — i wróciło.

— I co z tego? — powiedziała. — Augustin jest głową rodziny. Może niech on otworzy warsztat bachorów.

Sofia ruszyła w jej stronę.

Każdy krok równy, mierzony — obcasy ciche na dywanie, głośniejsze tam gdzie dywan się kończył i zaczynała naga deska — i Lydia śledziła to tak jak śledzi się coś niebezpiecznego. Nie ze strachu. Z uwagi.

— Te bachory — wymówiła to słowo tak, jakby trzymała je między dwoma palcami — to przywilej. My możemy mieć dzieci. W przeciwieństwie—

— Ale za jaką cenę?!

Wyrwało się. Głośniej niż chciała. Czerwień w oczach tym razem dłużej, wyraźniej.

— Chory rytuał krwi, który może mnie zabić?

Dłoń Sofii wylądowała na jej policzku.

Jedno precyzyjne uderzenie, suchy trzask, i cisza.

Tylko ogień w kominku.

Głowa Lydii poszła w bok — centymetry, nie więcej — i zostało po tym napięcie w szyi, ciepło rozkładające się szybko od miejsca kontaktu w górę do ucha i w dół do szczęki.

Sofia cofnęła się o krok. Przeczesała srebrne włosy spokojnym gestem.

— Ja swoją cenę zapłaciłam — powiedziała. Cicho, równo. — I nie żałuję.

Cisza.

Wzrok Sofii przeszedł po Lydii — od góry do dołu — powoli, bez pośpiechu, jak ktoś oglądający coś, co dobrze zna i wciąż nie rozumie.

— Choć… — Urwała. — Czasem patrząc na to, jak się zachowujecie.

Zdanie zostało w powietrzu twardsze od wszystkiego co mogła powiedzieć wprost.

Lydia stała z dłonią przy policzku. Nie masowała — trzymała, palce płasko na skórze. Ciepło uderzenia nie chciało stygnąć. Plecy miała proste — odruchowo, bez decyzji — szczęka zamknięta, żadnego drżenia w mięśniu.

Sofia usiadła. Noga założona na nodze, plecy proste.

Lydia znała historię rytuału. Widziała to inaczej po uderzeniu — matka wyprostowana na kanapie, dłonie złożone, wzrok gdzie indziej. Trzy razy przez to przeszła. Nosi to tak jak wszystko inne, bez słowa i bez teatru, z tym samym zimnym kręgosłupem który Lydia odziedziczyła.

Ręka opadła. Policzek przestał parzyć. Za mostkiem coś się ścisnęło, nisko, i nie puszczało.

— Dragana dopilnowałaby rytuału — powiedziała Sofia. Ton rzeczowy, od linii do linii. — Nie zginiesz.

Lydia milczała.

— Przeżyłyśmy poród Augustina — dodała. W tym zdaniu coś nie było do końca chłodne. Gorzkie raczej, stare, noszone za długo. — Nie może być gorzej.

Spojrzała na matkę.

— Przemyślę to — powiedziała Lydia.

Sofia spojrzała na nią przez sekundę — i skinęła głową. Krótko, bez komentarza.

Rozdział 2

Lampy biły bielą, gorące i bezlitosne. Studio pachniało lakierem do włosów, pudrem i suchym zapachem nowych tkanin — tym, który osiada na języku jak kreda.

Siedziała na wysokim stołku — noga założona na nogę, jedwabna bluzka w kolorze starego różu spływała z ramion miękko i przylegiwało w dokładnie właściwych miejscach. Długie włosy spięte luźno, kilka pasm wymykało się przy skroni z precyzją, którą osiąga się albo latami ćwiczeń, albo wcale.

Fotografka traciła kadr za kadrem.

Studio pracowało wokół niej w skupieniu — nie na obiektywie, na niej. Powietrze zmieniło się gdzieś w ciągu ostatniej godziny: pod pudrem i lakierem coś cięższego, zbyt słodkiego jak na to pomieszczenie.

Fotografka krążyła z aparatem przy twarzy, co chwilę przymykając jedno oko i stukając w spust.

— Wyglądasz wspaniale — powiedziała, cofając się o krok. — Takie słodko sexy.

Kąciki ust uniosły się.

— Ach, dzięki.

Rozejrzała się po pomieszczeniu.

Asystent przy drzwiach wertował coś w telefonie. Charakteryzatorka dłubała w pędzelkach. Ktoś z ekipy oświetleniowej rozmawiał z kawą, o której zapomniał.

— Całe to pozowanie mnie wymęczyło — dodała, prawie beztrosko.

— Spokojnie. — Fotografka opuściła aparat, uśmiech szczery, zawodowy. — Jeszcze parę zdjęć i idziemy na lunch.

Zsunęła się ze stołka. Jedwab ześlizgnął się z ramienia. Stopy dotknęły podłogi cicho, bez dźwięku — i podeszła do fotografki pewnym krokiem, nie śpiesząc się.

Palce zacisnęły się na brodzie kobiety. Pewnie, bez gwałtowności. Fotografka zamarła. Obiektyw zwisał przy jej boku.

— Widzisz — powiedziała cicho, tym samym swobodnym tonem — ja jestem głodna teraz.

Fotografka cofnęła się o centymetr — instynkt głośniejszy niż rozum. Mięśnie szyi napięły się. Usta rozchyliły się, ale nic z nich nie wyszło.

Z boku ktoś się poruszył. Asystent oderwał wzrok od telefonu.

Wolna ręka uniosła się, nie odwracając się — i asystent zatrzymał się tam gdzie stał, jakby zapomniał co chciał zrobić.

Usta się lekko rozchyliły.

🖤❤️🩷🤍🖤❤️🩷🤍🖤❤️🩷🤍🖤❤️🩷🤍🖤❤️🩷🤍

Misja zaprowadziła ich głęboko w lasy otaczające Oravalle, gdzie pradawne drzewa rosły tak gęsto, że ich korony pochłaniały gwiazdy w całości. Grom poruszał się przez zarośla w ciszy, buty bezgłośne na suchych liściach, gdy inni Strażnicy rozpraszali się w ciemność wokół niego.

Trzy dni tropienia przyprowadziły ich tutaj. Woda płynąca w złą stronę. Ognie palące się bez paliwa. Ziemia przemieszczająca się tam, gdzie żadne stopy nie chodziły. Zbuntowani magowie żywiołów — subtelni, wyszkoleni, ostrożni. Tej nocy, pod księżycem, który wyglądał zbyt jasno i zbyt obecnie, skończyło im się miejsce do chowania.

Znalazł swój cel przy brzegu jeziora.

Srebrno-białe włosy. Niebieskie oczy łapiące księżycowe światło i nie oddające go — pijące.

Mag Księżyca.

Najrzadszy z magów wody, moc przywiązana do księżyca nad głową jak uwięź. Spojrzała na niego i rozpoznanie przemknęło przez jej twarz — nie jego konkretnie, ale tego, czym był. Jego włosy. Jego oczy. Znamię krwi, które nie należało w pełni do szeregów Zakonu.

— Jesteś jednym z nas — wyszeptała. Nie oskarżenie. Coś bliższego żałości.

— Nie. — Słowo wyszło płasko, jak krawędź ostrza.

Mimo to zebrała wodę z jeziora — rozpaczliwe strumienie ciągnące się ku niej, srebrne w mroku. Uniósł rękę. Elektryczność przyszła bez pytania, tak jak zawsze pod pełnią, krew matki śpiewając głośno w żyłach.

— Woda i piorun — powiedział. — Ciekaw jestem, kto wygra.

Nie dał jej czasu, żeby się przekonała.

Powierzchnia jeziora zastygła. Zbyt nieruchoma, zbyt doskonała, jak lustro dociśnięte do płaskiego. Grom stał nad jej ciałem i obserwował, jak ostatnie iskry gasną na jego palcach.

Jednym z nas.

Odwrócił się od zwłok i wszedł w ciszę, która nie powinna być ciszą.

Za cicho.

Pierwsze ciało pojawiło się między dwoma pradawnymi dębami — Strażnik Peter, gardło otwarte z chirurgiczną precyzją. Żadnej walki. Żadnych ran obronnych. Tylko śmierć przychodząca zanim strach zdążył. Jeszcze trzech Strażników rozrzuconych między liśćmi, zbuntowani magowie przy nich — wszyscy tak samo. Ktoś czyścił scenę.

Ostrze zmaterializowało się w jego dłoni. Odwrócił się powoli, czytając ciemność między drzewami — i poczuł to zanim zobaczył. Łaskotanie przez tył karku, jak palce przesuwające się po zimnej skórze.

Potem pojawiły się oczy.

Złote.

Dwa punkty stopionego metalu zawieszone w niczym, mrugające raz, powolnie i bez pośpiechu.

Cienie zebrały się. Postać wyłoniła się z ciemności — nieuchronnie, cierpliwie.

Wysoki. Blady — nie brak koloru, ale coś innego pod skórą, coś co od bardzo dawna przestało potrzebować ciepła. Czarna koszula, dopasowane spodnie, marynarka zarzucona na ramiona z nonszalancją kogoś, kto nigdy w życiu nie potrzebował zbroi. Złote włosy trzymające księżyc inaczej niż powinny — zbyt jasno, zbyt celowo.

I zimno naciskające przez skórę z odległości trzech metrów.

Oczy cały czas na niego patrzyły. Beznamiętne. Zainteresowanie kogoś, kto już zdecydował jak to się skończy i po prostu obserwuje środkową część. Elektryczność pod skórą Groma zareagowała głucho.

W rękach trzymał jedną różę.

Żółtą.

Coś w piersi drgnęło — i słowo wyszło przed myślą.

— Augustin.

Usta czystokrwistego się poruszyły.

— Co za zaszczyt. Słyszałeś o mnie. — Słowa precyzyjne, wypolerowane, z ciepłem świeżo naostrzonego ostrza.

— Kto nie słyszał. — Olivier trwał nieruchomo, katalogując wyjścia, obliczając szanse, które już wiedział, że były niemożliwe. — Zabiłeś ich wszystkich.

— Chciałem porozmawiać. — Augustin przechylił głowę lekko, ruch zbyt płynny, żeby był całkowicie ludzki. — Tylko we dwoje.

🖤❤️🩷🤍🖤❤️🩷🤍🖤❤️🩷🤍🖤❤️🩷🤍🖤❤️🩷🤍

Niebo nad ogrodem było czarne, gęste od gwiazd.

Ogród Doriana — kamienna ścieżka wśród krzewów lawendy, szarych i martwych w tej ciemności, kilka posągów z białego marmuru z oczami wygładzonymi przez deszcz — ciągnął się wzdłuż murów starego domu, gdzieś na skraju miasta, gdzie Stellis zaczynało się rwać i rozpadać w przemysłowe zaułki.

Dorian szedł powoli.

Zimno nocy wchodziło przez koszulę i marynarkę, siadało na przegubach, wzdłuż kości palców. Ręce splecione za plecami — zbyt mocno. Każdy krok jednostajny i odmierzony, kamień ścieżki znajomy pod podeszwą. Lawendowe krzewy po bokach, zapach unosił się łagodnie.

Zatrzymał się przy kamiennym ogrodzeniu i podniósł wzrok na niebo.

Wziął głęboki oddech. Magia pod żebrami — ta, która w inne noce siedziała tam cicho i pełna — ledwo tlała. Cień siebie. Wypuścił powietrze.

Nienawidził tej nocy bardziej niż cokolwiek innego.

Odwrócił się i wszedł do środka.

Ciepło uderzyło go od progu — suche, z dymem i woskiem, po zimnie ogrodu niemal namacalne. Dom pachniał ziołami i czymś starym — pyłem, kamieniem, kurzem z półek pełnych ksiąg.

W głównej sali palił się kominek, a przy nim i przy stole siedziało kilka osób, cicho, rozproszonych, każda w swoim kącie. Kilku mężczyzn przy mapach. Dwie kobiety przy wąskim blacie, szeptające coś nad szklanym naczyniem, w którym migotał fioletowy płomień. Światło w pokoju było pomarańczowe i nierówne, cienie chodziły po ścianach razem z ogniem.

Magowie księżyca.

Moi — pomyślał Dorian.

Jedna z kobiet oderwała się od grupy, kiedy wszedł.

Wysoka, ciemnoskóra, z krótkimi włosami przyciętymi przy czaszce i oczami, w których zawsze coś liczyła. Nadira.

— Mam złe wieści. — Stanęła przed nim, bez wstępu. — Grupa z Martiną. Zostali zabici.

Dorian przeszedł jeszcze dwa kroki. Stanął.

Odwrócił się.

— Wszyscy?

— Wszyscy.

Powietrze w pokoju zgęstniało. Ktoś przy mapach podniósł wzrok, ale nic nie powiedział. Nikt nic nie mówił.

Dorian nie odpowiedział od razu. Stał, ciężar rąk bardziej obecny niż zwykle, i patrzył na Nadirę — przez nią. Palce powoli zwinęły się w pięść, kłykieć biały pod skórą.

Martina. Cztery lata. Uparta i gwałtowna, nie słuchała rozkazów w połowie przypadków — ale rozumiała. Rozumiała, co Zakon robi z takimi jak oni, co Druidzi robią. Rozumiała i walczyła.

A teraz nie żyła.

— Kto? — zapytał cicho.

Nadira nie wahała się.

— Grom.

Cisza.

Polano pękło w kominku, iskry strzeliły w górę i opadły.

Dorian odwrócił wzrok w stronę okna. Za ciemną szybą ogród, kamienna ścieżka, lawendowe krzewy bez koloru.

Grom.

Wiedział jak wygląda — zdjęcia, opisy. Biało-srebrne włosy, zimne błękitne oczy, ledwo dwadzieścia lat.

Wicekapitan drugiej dywizji Zakonu.

Najszybciej awansujący Strażnik od dekad, razem z Tytanią.

I ta anomalia, której Dorian nie umiał do końca skatalogować: wyglądał jak mag księżyca, a władał piorunem.

Dwa rzadkie rodzaje w jednym ciele, w jednym młodym mężczyźnie, który używał tego daru, żeby zabijać takich jak Dorian.

Mógł rozumieć. Mógł walczyć po właściwej stronie — zamiast tego wybrał Zakon, ich mundur, ich moralność, i teraz zabijał magów księżyca w imię porządku, który nigdy nie działał dla nikogo takiego jak oni.

Za oknem ogród stał bez ruchu. Coś gorzkie przyszło z tyłu języka, osiadło na nasadzie gardła i zostało.

Drugi mężczyzna wstał od stołu z mapami — Cale, starszy, twarz pocięta przez dwie blizny wzdłuż szczęki, włosy spięte z tyłu.

— Jest jeszcze sprawa Tima. — Podszedł, głos niski. — Jego wilki węszą blisko nas.

Dorian powoli odwrócił głowę.

— Od jak dawna?

— Tydzień. Może trochę dłużej. Zacieramy ślady, ale jest ich coraz więcej.

Pokój czekał.

Dorian kiwnął głową — spokojnie, bez pośpiechu.

— Jak będzie trzeba, to pozbędziemy się tego starego wilka. — Urwał. — Być może czas na emeryturę.

Kilka osób kiwnęło głowami.

Cale wrócił do map. Nadira wróciła do swojego miejsca przy blacie.

Pokój zaczął oddychać.

Dorian nie ruszył się.

Stał przy oknie, ramiona skrzyżowane, i patrzył w ciemny ogród. Lawendowe krzewy stały bez ruchu, czarne sylwetki na tle jeszcze czarniejszej ściany.

Gdzieś za murami Stellis — odległy silnik, hałas miasta, który nigdy całkiem nie milkł.

Palce na skrzyżowanych ramionach zacisnęły się mocniej.

Rozdział 3

Tim wyszedł z jaskini druidów i przez sekundę stał nieruchomo, oczy zamknięte. Powietrze na zewnątrz uderzyło go wilgocią i zapachem mchu — ten sam zapach, co zawsze, jakby czas tam nie istniał. Może nie istniał. Pod stopami ziemia miękka, mokra, zupełnie inaczej niż kamień wewnątrz.

— Kurwa — powiedział i otworzył portal.

Gabinet zamknął się za nim z cichym sykiem. Skórzany fotel skrzypnął pod jego ciężarem znajomo. Oparł się, barki opadły o centymetr, i poczuł jak mięśnie wzdłuż karku zaczynają odpuszczać powoli, z oporem. Biurko przed nim zastawione mapami i papierami, których przez ostatnie tygodnie nawet nie ruszał. Lampa kładła ciepłe światło na stary pergamin, na linie granic narysowane ręką, której Tim już dawno nie pamiętał.

Spojrzał na dłonie złożone na kolanach. Kostki bledsze tam, gdzie lata zostawiły po sobie paski.

— Za stary jestem na to — mruknął.

Cisza odpowiedziała sekundę za długo.

Potem dym — szałwiowy, z nutą czegoś starszego i surowszego — przyszedł od strony okna, zanim ona sama. Powietrze w pokoju zgęstniało przy lewej ścianie najpierw, potem wszędzie.

— Za stary? — Pojawiła się przy oknie bez pośpiechu, srebrne włosy spływające luźno, szare uszko drgnęło raz. Usiadła na fotelu i założyła nogę na nogę. — Ile masz lat, czterdzieści pięć? — Uśmiechnęła się szerzej. — To nic. Małolat.

Tim pokręcił głową.

— Wybacz, o wielka nieśmiertelna.

Zaśmiała się cicho.

Założyła brodę na dłoni, srebrne oczy przesunęły się po pokoju z leniwą uwagą kogoś, kto widzi więcej niż to, co oświetla lampa.

I przez jedną sekundę wzrok zatrzymał się na nim inaczej — cicho, bez katalogu. Znikło.

Uśmiech wrócił.

— No więc? — zapytała. — Edna dalej się dąsa?

Tim przyłożył dłoń do czoła. Masował skroń powolnym ruchem.

— Twoja wina — powiedział.

Ilva rozłożyła ręce w geście całkowicie pozbawionym poczucia winy.

— Przynajmniej Viktor i Elias żyją — powiedziała. — Nie marudź.

— Chociaż tyle — mruknął.

Przez chwilę siedzieli w ciszy.

Tim patrzył na mapę na biurku — zachodnia Novaterra, linie granic narysowane starym atramentem, miejsca zaznaczone punktami, których znaczenie pamiętał tylko on. Przesunął palcem po krawędzi pergaminu, powoli, bez celu. Suchy i szorstki pod opuszkiem, papier który przeżył kilka rąk przed nim.

Zmęczenie siedziało wysoko — za oczami, w szczęce. Spotkanie z druidami zawsze to robiło.

Skrzyżował ręce na piersi.

— Skoro o nich mowa. — Myśl dojrzewała od pewnego czasu, ale powiedział to teraz, bo gabinet był pusty od świadków. — Myślę, że czas, żebym ustąpił. Z bycia alfą tego regionu.

Ilva spojrzała na niego.

Uśmiech się poszerzył — nieznacznie.

— Ach — powiedziała. — Jest jeszcze Adrian. Trzy młode wilki.

— Młode. — Tim spojrzał na nią z cierpliwością człowieka, który dawno przestał walczyć z pewnymi komentarzami. — Każdy z nich jest po trzydziestce.

— Wciąż szczeniaki.

— Z perspektywy kogoś, kto powinien być antykiem w muzeum, owszem. — Odchylił się w fotelu, drewno cicho protestowało pod jego ciężarem. — Oświeć mnie zatem, o nieśmiertelna. Którego mam wybrać na następcę?

Ilva patrzyła na niego przez chwilę, a potem uniosła dłoń i wykonała gest zamkniętych ust. Palce złożone, zaciśnięte, mały uśmiech ponad nimi.

— I zabrać ci całą niespodziankę? — powiedziała. — Nie ma mowy.

Tim patrzył na nią z grymasem, który nie był do końca grymasem.

— Nie cierpię cię.

— Kochasz mnie. — Odwróciła wzrok w stronę okna. — Nie marudź.

Powiedziała to lekko, tonem przekomarzania, tym samym co zawsze. Palce na jej dłoni, opartej na poręczy fotela, zacisnęły się na ułamek sekundy — cicho, bez powodu.

Okno za nią było czarne. Nic w nim nie było widać.

Tim przewrócił oczami i wrócił do mapy.

Ile to już lat.

Alfa zachodniej Novaterry — nie pamiętał kiedy ten tytuł przestał być ciężarem, a zaczął być po prostu nim. Gdzieś po dwudziestym roku. Może po dwudziestym piątym.

Pamiętał za to każdą watahę, którą wchłonął, każdą granicę, którą musiał bronić, każdego wilka, którego pochował.

Pamiętał Eliasa — młodszego, z furią w oczach, która albo zabija człowieka, albo rzeźbi z niego coś wartościowego.

Pamiętał Viktora, siłę bez cierpliwości, szukającą ujścia.

Pamiętał Adriana przed stratą watahy i po — i to, jak szukał sensu swojego życia.

Trzy wilki.

Każdy niósł coś innego. Każdy niósł też coś, co mogłoby go złamać w złym momencie.

Ilva siedziała nieruchomo przy oknie, sylwetka delikatna na tle szyby. Za szybą ciemność i mokre gałęzie — deszcz zaczął padać cicho, krople spływały po szkle nieregularnie. Ogon owinięty spokojnie wokół nogi fotela. Ten mały uśmiech na twarzy — Tim wiedział od dawna, że za nim kryje się coś, co ona widzi wyraźnie, a on dopiero zaczyna rozumieć.

I nigdy, ani razu przez wszystkie lata, nie powiedziała mu wprost.

Odłożył papier, oparł łokcie na biurku i patrzył na mapę.

— Jakaś podpowiedź? — powiedział w końcu, cicho.

Ilva odwróciła głowę. Uszko drgnęło.

— Czasem zmiana — odpowiedziała, równie cicho — musi być w nas.

Nie dodała nic więcej.

Powiadomienie wyskoczyło na jego telefonie. Sprawdził — jakieś zlecenie na Jaskini.

Przeczytał.

Kciuk zawisł nad kwotą.

Jeszcze raz przeczytał.

— Ile?! — Tim nie krył zdziwienia. Kliknął akceptuj.

Ilva zaśmiała się cicho.

— Serio, Tim?

— Serio, Ilva — odparł poważnie, choć wzrok mu uciekł ku oknu.

Ilva uśmiechnęła się lekko w jego stronę i wróciła wzrokiem na ogród.

🖤❤️🩷🤍🖤❤️🩷🤍🖤❤️🩷🤍🖤❤️🩷🤍🖤❤️🩷🤍

Głos matki dobiegał z salonu zanim Lydia doszła do progu.

Nie słowa — ton. Miękki, z naciskiem pod spodem, jak aksamit naciągnięty zbyt ciasno. Obcasy ledwo dotykały kamiennej posadzki, dźwięk miarowy i suchy. Marmur chłodny nawet przez podeszwę, blady i żyłkowany. Wzdłuż ścian wąskie stoliki z wazonami — wszystkie bez czerwonych kwiatów — a kandelabry rzucały złote plamy na tapetę koloru głębokiego granatu.

Zatrzymała się w progu.

Salon był obszerny. Ogień w kominku dawał jedyne ciepło — suche, nierówne, pachnące drzewem i czymś żywicznym — i nie docierało dalej niż na połowę przestrzeni. Meble ciężkie, drewno ciemne, tkaniny gęste.

Przy kominku siedziała Sofia — prosta sylwetka, srebrne włosy upięte wysoko, grafitowa sukienka z długim rękawem. Dłoń spoczywała luźno na kolanie, palce nieruchome z tą specyficzną bezczynnością, za którą kryje się skupienie.

Dragana zajmowała fotel naprzeciwko, jej czerwone oczy prześlizgiwały się po rozmowie jak ktoś, kto zanim cokolwiek powie, chce widzieć całą planszę. Czerwone korale na szyi jak zawsze — duże, okrągłe paciorki, niemal wulgarne w swojej masywności przy reszcie jej osoby.

Augustin siedział nieco z boku. Tablet na kolanie, wzrok pozornie przy ekranie — ale Lydia znała tę pozę od dekad. Słuchał.

— Augustin, musisz stać się bardziej aktywny — mówiła Sofia. — Słyszałam dziwne plotki o tym, że są niektórzy czystokrwiści, którzy uważają, że—

— Nie obchodzi mnie to.

Machnął ręką. Nawet nie podniósł wzroku.

Sofia pokiwała głową powoli. Kącik jej ust zacisnął się — drobny ruch, natychmiast opanowany.

— Nie wiem, czy by dali radę — odezwała się Dragana, jej głos nosił ciężar slavari, powolny i suchy — gdyby nasz młody panicz był bardziej aktywny.

Lydia przygryzła dolną wargę.

Augustin spojrzał na Draganę. Złote oczy przez chwilę absolutnie bez wyrazu.

— Dzięki, Dragano — powiedział, z nutą sarkazmu.

Dragana nie mrugnęła.

Sofia odwróciła wzrok od syna i spoczęła nim na Lydii, stojącej w progu.

— Lydia. — Głos matki zmienił rejestr — nie cieplejszy, ale inny, z naciskiem który Lydia znała od stu lat. — Powinnaś pomyśleć o przyszłości. O rodzinie. O zamążpójściu i potomstwie.

Lydia weszła do salonu.

Podłoga pod dywanem skrzypnęła raz — cicho, ale słyszalnie — i ciepło kominka zaczęło docierać przez tkaninę spódniczki od lewej strony. Usiadła na kanapie naprzeciwko matki. Złożyła dłonie na kolanie, kciuk lekko pod palcami — odruchowo.

— Jesteś najstarsza. — Sofia złożyła dłonie na kolanie. — Masz swoje obowiązki wobec rodziny. Potomstwo, pozycja—

— To moje życie — syknęła Lydia.

— Nasze życie — Sofia poprawiła ją spokojnie — nigdy nie było tylko nasze.

Dłoń jej uniosła się i dotknęła srebrnych włosów przy skroni — gest stary i zaraz cofnięty.

Lydia zobaczyła to. Nie po raz pierwszy.

— A Augustin? — rzuciła, zanim cokolwiek zdążyło zmienić temperaturę jej głosu. — Czemu jemu nie mówisz o potomstwie. O szukaniu żony.

Augustin nie spojrzał na Lydię.

— Mówiła mi tak ze storazy już w ostatnim miesiącu — powiedział spokojnie, nie podnosząc wzroku od tabletu.

Sofia wyprostowała się. Coś w jej twarzy było stare i zużyte — noszone za długo, żeby jeszcze reagowało na dotyk.

— Wy oboje — zaczęła, głos niższy — nie bierzecie tego na poważnie. — Wzrok przeszedł między nimi. — Ja zapłaciłam swoją cenę. Za każde z was.

Nikt nie odpowiedział.

Drewno strzelało w kominku.

— Ojciec nie żyje. A wy się bawicie.

Cisza opadła na salon.

Sofia westchnęła — długo, cicho — i spojrzała na zegarek na nadgarstku. Złoty, cieniutki, zbyt elegancki na tę porę wieczoru.

— Nieważne. — Wstała z gracją, która wyglądała na naturalną, a była ćwiczona przez setki lat. — Mój serial zaraz się zaczyna.

Obcasy ciche, perfumy zostały po niej — ciężkie, kwiatowe, z nutą czegoś gorzkiego pod spodem.

Dragana patrzyła za nią przez chwilę.

— Tęskni za Gabrielem.

Lydia weszła głębiej do salonu i usiadła na kanapie. Skrzyżowała nogi, dłonie złożyła na kolanie. Satyna jej spódnicy leżała idealnie, szampan w świetle kominku.

— Wybaczcie — powiedziała sucho — że nie pali mi się do porodu, który może mnie zabić.

Dragana poruszyła się lekko na fotelu. Czerwone oczy przeniosły się na Lydię z wyrazem kogoś głęboko urażonego w punkcie zawodowej dumy.

— Wypraszam sobie — powiedziała. — Byłam przy każdym z was. — Krótka pauza, znacząca. — I co.

Augustin odwrócił stronę na tablecie.

— I prawie bym cię zabił przy porodzie — mruknął, nie podnosząc wzroku. — Słyszałem tę historię. Moje pierwsze prawie udane zabójstwo. — Spojrzał ukradkiem na Draganę. — Prawie.

Uśmiech krótki, ale zauważalny.

Dragana zmierzyła go wzrokiem.

— Szczegół.

Kącik ust Augustina uniósł się.

— Czy to nie zabawne — zaczął nisko, bez wyrazu — że chcąc stworzyć nowe życie, jesteśmy najbliżej śmierci?

Lydia zmarszczyla brwi.

Dragana otworzyła usta.

Zamknęła je.

Wydęła wargi z miną kogoś, kto postanowił że nie warto.

— Panicz jak zawsze ponury — powiedziała w końcu.

Augustin zaśmiał się lekko.

— Jestem realistą.

— Dzięki za motywację — Lydia pokręciła głową.

Uśmiechnął się do niej.

— Do usług.

— Oczywiście. — Lydia spojrzała na Augustina. — Nie ciekawią cię te plotki?

Brat patrzył na nią.

Cisza między nimi miała inne gęstość niż reszta pokoju — znali się zbyt dobrze na neutralne milczenie.

— Nie wiesz — zaczął. Głos spokojny, równy, jakby dobierał słowa nie dlatego, że szuka właściwych, ale dlatego, że każde inne byłoby stratą. — W naszym przypadku, ciekawość—

Zawiesił wzrok na niej.Potem gdzieś za nią — w ścianę, w ogień, w miejsce, którego w pokoju nie było.

— jest niebezpieczna.

Lydia słuchała.

Chwilę nie odpowiedziała. Zbyt szybka odpowiedź to błąd, a ona błędów nie lubiła — zwłaszcza jeśli chodziło o brata.

— Czemu tak uważasz? — Położyła dłoń na piersi, powoli, bez gestu. — Nie chciałbyś poczuć czegoś więcej niż… pustkę?

Coś w nim drgnęło.

Trwało to ułamek sekundy — może mniej — ale Lydia była zbyt stara i zbyt blisko, żeby tego nie widzieć. Złote oczy błysnęły na czerwono. Nie gniewem. Czymś, co wyglądało jak ból dotknięty zbyt precyzyjnie, w zbyt czułym miejscu.

Zamknął oczy.

Otworzył.

Znów złote. Spokojne.

— Ciekawość — powiedział — czyni nas irracjonalnymi.

Dragana i Lydia spojrzały na siebie.

Szybko. Bez słów. Wymiana, która nie potrzebuje języka, bo ma swój własny — zbudowany z lat wspólnego obserwowania tego samego człowieka.

Augustin wrócił do tabletu.

Ekran rzucał zimne, blade światło na jego twarz. Rysy spokojne, szczęka luźna, palec przesuwał się po tekście leniwie. Wszystko na swoim miejscu.

Lydia siedziała.

Dłoń powędrowała do klatki piersiowej — odruchowo. Pod satynową tkaniną jej serce nie biło od bardzo dawna. Ale coś w tym miejscu reagowało inaczej na jego słowa niż na wszystko inne.

Ciekawość czyni nas irracjonalnymi.

Spojrzała na niego.

Na linię szczęki, złote włosy opadające lekko za ramiona, postawę absolutnego opanowania, której nigdy do końca nie nauczyła się czytać.

Prawie nigdy.

Prawie.

🖤❤️🩷🤍🖤❤️🩷🤍🖤❤️🩷🤍🖤❤️🩷🤍🖤❤️🩷🤍

Penthouse zajmował całe najwyższe piętro wieżowca, wysoko nad Stellis, nad hałasem i zapachem miasta, które nigdy do końca nie zasypiało.

Portal zamknął się z cichym syknięciem za jej plecami — i od razu powietrze inne. Chłodniejsze, suche, z zapachem białej magnolii ze stolika przy wejściu — kwiaty otwarte, zbyt słodkie i zbyt doskonałe. Skóra mebli. Cisza bez ludzkiego oddechu.

— W końcu spokój — mruknęła cicho.

— O nieee!!

Zamknęła oczy na sekundę.

— Nie może być!! Mój ukochany!!

Krzyk dochodził z salonu — wysoki, dramatyczny, z nutą rozpaczy, którą Lydia rozpoznała od razu.

Sylvia.

Młodsza siostra leżała rozwalona na sofie, bose stopy na oparciu kanapy, tablet trzymany oburącz nad twarzą, ciemne włosy rozsypane wokół głowy. Przy niej pachniało jej kremem, owocowym i niedbałym, zupełnie nie na miejscu w tym penthousie, tak samo jak ona.

Lydia zmierzyła ją wzrokiem od stóp do głów. Dres. Koszulka. Brak obuwia. Pokręciła głową z niesmakiem.

— Kiedy ostatni raz wyszłaś z mojego mieszkania? — odezwała się głosem płaskim jak tafla wody.

Sylvia opuściła tablet kilka centymetrów i wyjrzała znad ekranu ze wzrokiem kogoś, kto właśnie zorientował się, że ma świadka.

— A bo ja wiem… — Pomasowała podbródek. — Czy to ważne? — mruknęła po chwili. — Ważne jest, że przegrałam na bannerze. Mój ukochany. — Westchnęła z dramatyzmem kogoś ogłaszającego żałobę.

Lydia przycisnęła dwa palce do skroni, podeszła do fotela przy oknie i usiadła z nogą założoną na nogę.

— Nie patrz się tak — syknęła Sylvia, nie podnosząc wzroku znad tabletu. — Nie moja wina, że Augustin dał mi szlaban. — Odrzuciła głowę na poduszkę. — Ostatnie lata robię za jego dostawcę serników. Cały jebany świat zwiedziłam w te i we wte.

— Bo przegrałaś z hybrydami w pełnię, kurwa — powiedziała Lydia. — A to wyczyn. Brawo.

Sylvia przewróciła oczami z taką intensywnością, że niemal było to słyszalne.

— Nawet matka już się ze mnie śmieje — mruknęła. — Przy okazji nauczyła mnie robić sernik.

— Brawo. Awansowałaś na cukiernika.

— Zamknij się.

Sylvia odwróciła głowę w bok, nadąsana, ale kącik ust jej drgał. Po chwili przeniosła wzrok z powrotem na siostrę, złote oczy lekko zmrużone.

— Myślisz, że mu przejdzie? — zapytała, już bez jadu.

Lydia oparła łokieć o poręcz i podparła podbródek na dłoni. Za oknem Stellis pulsowało swoim rytmem — światła mijały się nawzajem, klub wypluwał muzykę w nocne powietrze, na dachu ktoś palił papierosa, mały pomarańczowy punkt zawieszony w ciemności.

— Wiesz, jaki potrafi być dramatyczny — powiedziała w końcu, z lekkim uśmiechem, który nie docierał do oczu. — Ma to po ojcu.

Sylvia prychnęła — spontanicznie, szczerze — i wciągnęła kolana pod brodę.

— Jak cała nasza rodzina — powiedziała, bez jadu. Uśmiechała się teraz naprawdę, mała i ciepła rzecz na twarzy, która umiała być bardzo zimna. Przez chwilę siedziały w tej ciszy. — Myślisz, że Augustin kiedyś kogoś znajdzie? W końcu jest głową rodziny.

— Nie wiem — odezwała się Lydia po chwili — czy ktokolwiek by z nim wytrzymał.

Sylvia wybuchnęła śmiechem — głośniejszym, z ostrym dźwiękiem bardziej chichotu nad cudzą klęską niż zwykłego rozbawienia.

— Co prawda to prawda. — Podrapała się po policzku. — No ale jak nie Augustin, to pewno ty będziesz musiała kogoś znaleźć. Dla dobra rodu i takie tam. A potem co gorsza, ja.

Lydia westchnęła — nie głośno, nigdy głośno — z grymasem, który powiedział wszystko.

— Matka mi o tym regularnie przypomina — powiedziała sucho. — Wnuki wyprodukować.

Obie spojrzały na siebie.

Czystokrwiści byli jedynymi wampirami zdolnymi do potomstwa — Sofia mówiła o tym tonem obowiązku. Ryzyko śmierci było zapisane drobnym drukiem.

— Nie śpieszy mi się — powiedziała Lydia. Spokojnie, jak ktoś kto ma ten temat od dawna zamknięty w szufladzie.

Sylvia wypuściła powietrze.

— Mnie też nie — przyznała ciszej. — Widmo bycia śmiertelną na czas rytuału średnio mi się podoba.

Lydia spojrzała na nią.

— Przy twoim szczęściu byłby to pogrzeb.

— Bardzo kurwa zabawne — mruknęła Sylvia.

— Stwierdzam fakt. — Lydia odwróciła wzrok.

Sięgnęła po telefon z kieszeni marynarki i odblokowała ekran. Coś w kąciku ust uniosło się lekko.

— Jutro będę zajęta. — Obróciła ekran ku Sylvii.

Sylvia rzuciła okiem.

— Nuuda — powiedziała bez chwili namysłu i wróciła do tabletu. — Ale jak będzie jakaś jatka, to wpadnę. Chętnie bym zabiła jakiegoś wilka lub dwa.

— Ty lepiej zajmij się swoimi fikcyjnymi chłoptasiami.

🖤❤️🩷🤍🖤❤️🩷🤍🖤❤️🩷🤍🖤❤️🩷🤍🖤❤️🩷🤍

Sypialnia była jak reszta jej życia.

Beże i brązy w odcieniach starych budynków, które przetrwały więcej niż jedną epokę. Nic zbędnego na komodzie. Żadnych zdjęć na ścianach. Świeczka płonąca na parapecie — waniliowa, jedyna rzecz bez funkcji — i cisza, którą ktoś starannie zbudował.

Lydia zamknęła za sobą drzwi.

Zdjęła marynarkę — tkanina ciężka, jeszcze ciepła od jej ciała — i powiesiła na ramieniu szafy.

Podeszła do lustra. Cała ściana szafy pokryta szkłem, zimne i precyzyjne.

Patrzyła.

Złote oczy, platynowy blond, blada cera. Kącik ust uniósł się przez sekundę, potem opadł. Zaczęła odpinać guziki bluzki — od góry, powoli, palce znały kolejność.

Bransoletka na tacce przy łóżku — chłodna, metal brzęknął cicho o ceramikę. Włosy rozwiązane, platynowe pasmo zsunęło się na ramię i zostało. Z szuflady jedwabna piżama, różowa, sięgająca kolan — jedwab ślizgał się przez palce bez oporu.

Wślizgnęła się pod kołdrę. Pościel chłodna po tej stronie łóżka, którą zawsze zajmowała sama.

Z salonu dochodziły odgłosy — Sylvia, oczywiście. Jakiś komentarz rzucony do ekranu, coś, co brzmiało jak chichotliwy tryumf albo głośna przegrana, trudno ocenić. Lydia znała ten rytm.

Sięgnęła po telefon.

Przewijała.

Tysiące like'ów pod czyimiś zdjęciami. Komentarze w różnych językach. Czyjeś reels, czyjeś relacje, jakiś trend powtarzający się przez sześć sekund w kółko. Twarze roześmiane, zmęczone, szczere, wyreżyserowane — i każda coś chciała, coś mówiła, coś czuła na tyle mocno, żeby to nagrać.

Palec przesuwał się sam.

Gdzieś w połowie ósmej minuty zorientowała się, że nie wie już, co ogląda.

Przewinęła wstecz.

Kobieta — młoda, z szorstkim śmiechem i psem wchodzącym w kadr bez zaproszenia — mówiła o swoim poranku. Rozlane mleko. Spóźniony tramwaj. Śmiech beztroski, głośny, bez powodu.

Lydia zatrzymała filmik.

Twarz kobiety zastygła w połowie gestu — usta rozchylone, oczy zmrużone, cała ta biologiczna kaskada czegoś, co ją rozsadzało od środka. Kilka sekund. Palec nieruchomy.

Odłożyła telefon ekranem w dół. Powoli.

Oparła głowę na poduszce. Sufit kremowy, gładki. W salonie Sylvia powiedziała coś do siebie — ciepły odgłos przez ścianę, żywy i niestaranny jak wszystko u Sylvii. Wanilia ze świeczki dochodziła ledwo.

Kobieta z filmiku śmiała się z rozlanego mleka. Z tramwaju. Jakby to były rzeczy, z których można się śmiać.

Ona nie mogła.

Dłoń Lydii leżała płasko na kołdrze. Jedwab pod palcami gładki i zimny.

Rozdział 4

Szklana fasada, nowoczesna, zimna, logotyp stacji wyryty w stalowych literach nad wejściem. Tim zatrzymał się. Powietrze było ostre, wilgotne, z zapachem spalin i mokrego betonu — pod nim cicho to drugie, co zawsze: masa oddechów, ciał, hałas który nigdy nie milknie do końca.

Siedem pięter. Cztery kamery widoczne z zewnątrz. Dwa wejścia — główne i boczne, od parkingu, z kodowanym zamkiem i ochroniarzem, który udawał, że czyta gazetę.

Wszedł przez główne.

Lobby było już żywe, mimo że zegar nad recepcją pokazywał za osiem ósma. Pracownicy przecinali przestrzeń z kawą w dłoniach i przepustkami na smyczy — szybko, z energią ludzi, którzy w telewizji nauczyli się, że każde pięć minut to już spóźnienie. Jeden minął Tima na tyle blisko, że bursztynowe oczy zdążyły go zarejestrować i odłożyć.

Podszedł do recepcji.

Recepcjonistka podniosła wzrok — i zawahała się o sekundę za długo. Wzrok przeskoczył po barkach, po wysokości, wrócił na twarz i dopiero wtedy coś w niej zebrało się z powrotem.

— Ach, pan jest…?

Tim wyjął telefon, odblokował jednym ruchem kciuka i obrócił ekranem do niej.

— Zostałem wynajęty do ochrony jakiejś influencerki. Nie podano mi szczegółów.

Recepcjonistka klasnęła rękami.

— Tak, tak. Chwileczkę. — Palce pobiegły po klawiaturze, kliknięcia, przesunięcie myszki, jeszcze jedno kliknięcie. Wstała i podała mu plastikową przepustkę na smyczy: GOŚĆ / OCHRONA. — Już panu pokażę.

Tim kiwnął głową i ruszył za nią.

Drzwi po lewej — redakcja, przez szybę widoczne biurka i monitor z napisem NA ŻYWO — 09:45.

Drzwi po prawej — zamknięte, brak tabliczki, z korytarza szedł zapach kawy i czegoś smażonego. Klapa techniczna w podłodze, przykryta dywanem leżącym o centymetr krzywo.

Kilka twarzy po drodze znał z ekranu. Prezenterka pogody, wysoki facet od programu kulinarnego, ktoś z wieczornych wiadomości. Wszyscy wyglądali inaczej bez studyjnego światła — bardziej zmęczeni, bardziej ludzcy.

— To na specjalne życzenie — mówiła recepcjonistka, trzymając tempo. — Pani Aurélie poprosiła o kogoś z zewnątrz. Dyskretnego.

Tim słuchał.

— Ma dziś cały dzień nagrań i potem wyjście na żywo.

Zatrzymała się przed drzwiami z numerem 112 i otworzyła je.

Pierwsze, co go uderzyło, to perfumy — za nim zamknęły się drzwi i powietrze dosłownie zmieniło konsystencję. Kilka marek naraz, kwiatowe i słodkie, z drzewnym podkładem, za dużo wszystkiego razem. Grymas pojawił się na jego twarzy zanim zdążył go zatrzymać.

Ale pod tym — coś innego. Czyste w sposób który nie miał nic wspólnego z mydłem ani kryształkami w perfumach — głębsze. Tim ściągnął lekko brwi.

Instynkt w nim poruszył się nieznacznie.

Pokój był jasny — rzędy świateł studyjnych rozstawione wokół lustra, ostre i bezlitosne. Przy nim siedziała kobieta, makijażystka pochylona przy niej z pędzlem.

Tim stanął w drzwiach i zarejestrował.

Wyższa niż spodziewał się po ekranie. Kremowe krótkie spodenki, eleganckie, i dopasowana kamizelka w tym samym kolorze — prosta, droga, bez jednego zbędnego szczegółu. Pastelowe włosy w odcieniu różu, upięte luźno, kilka kosmyków przy szyi. Twarz bez wyrazu podczas gdy makijażystka pracowała przy niej pędzlem.

Aurélie Reine.

— Oto ochroniarz — powiedziała recepcjonistka.

— Tim — odparł krótko.

Kobieta przy lustrze odwróciła się.

Wstała.

Wzrok przesunął się po nim — od barków w dół, z powrotem na twarz — i zatrzymał się na jego oczach. Spokojnie. Jakby właśnie zdecydowała coś, o czym on jeszcze nie wiedział.

Uśmiechnęła się — naturalnie, bez pośpiechu, jak ktoś kto nie potrzebuje sekundy żeby zdecydować jak chce wyglądać.

— Aurélie.

Recepcjonistka wyszła. Drzwi zamknęły się cicho. Makijażystka spojrzała na zegarek, odłożyła pędzel i wyszła za nią.

Zostali sami.

Światła studyjne brzęczały cicho. Perfumy — za dużo, i pod nimi coś czego nie umiał wskazać. Tim skrzyżował ramiona i oparł się o framugę.

Wilk w nim poruszył się nieznacznie.

Drażniące.

— Jakieś szczegóły?

Aurélie sięgnęła po telefon z kieszeni płaszcza zawieszonego na oparciu krzesła — kremowego, rzuconego niedbale.

— Cały dzień sama, potem spotkanie na żywo. — Wzruszyła ramieniem. — Wolę być bezpieczna. — Palec powędrował do ust. — Polecono mi Łowców.

— Człowiek? — powiedział Tim.

Spojrzała.

— Tak? A kto inny?

Pokręcił głową.

— Czyli mam po prostu cię ochraniać.

— Właśnie tak. — Uśmiechnęła się szerzej.

Tim przez chwilę milczał.

Obserwował jej twarz. Brązowe oczy, spokojne, kości policzkowe wysokie, usta zamknięte z tym uśmiechem który nic nie zdradzał.

Odchrząknął.

— Mam jedną prośbę.

Spojrzała.

— Chcę — wymamrotał odrobinę ciszej — selfie.

Aurélie zaśmiała się — krótko, ciepło, szczerze, jakby to był żart którego się nie spodziewała.

— Oczywiście.

Wyciągnęła rękę w jego stronę — otwarty gest, pewny, bez pytania. Zrozumiał. Odblokował telefon i podał jej go.

Podeszła.

Różowe sneakersy na koturnie — i mimo to sięgała mu do ramienia, czubek głowy przy jego barku.

Stanęła obok niego, blisko, ramieniem przy jego łokciu. Tim poczuł to od razu — zapach wyraźniejszy niż powinien być. Mięsień przy szczęce napięty przez sekundę.

Irytujące.

Ona już miała telefon uniesiony.

Pstryknęła.

Na ekranie — ona z uśmiechem, słodkim i szerszym niż nosiła na co dzień, i on obok z tym samym wyrazem twarzy który miał przy wypełnianiu dokumentów.

— Zazwyczaj ludzie na mój widok nie robią takich min — rzuciła z przekąsem, podając mu telefon.

Tim wziął go.

Poczuł jak uszy mu się zrobiły ciepłe — głupie ciepło które szło w górę bez pytania.

— To nie… — Urwał. — Nieważne — mruknął i schował telefon do kieszeni.

Aurélie poprawiła włosy jednym ruchem — luźny gest, pewny — i ruszyła w stronę wyjścia.

Tim odprowadził ją wzrokiem.

Kremowe spodenki, koturny, nogi długie jak na jej wzrost. Wzrok opadł na sekundę niżej, Tim przeniósł go natychmiast — na drzwi po lewej, na faceta z kawą za rogiem. Trzymał go tam przez kilka kroków.

Wrócił na nią.

Tym razem wyżej — plecy, głowa, sposób w jaki szła. Ramiona luźne, krok równy, bez sprawdzania czy za nią idzie.

Ruszył za nią.

Korytarz był węższy niż wyglądał z recepcji — dla niego zdecydowanie za ciasny, ramię przy prawej ścianie, barki prawie przy framudze przy każdych drzwiach. Zapach dobiegał z przodu, z odległości dwóch kroków, Tim skupił się na kamerze na suficie mrugającej czerwoną diodą.

Aurélie szła bez wahania, jakby znała ten korytarz od lat.

Weszli na plan.

Duże pomieszczenie, kanapowy narożnik w kolorze ciepłego piasku, stolik z kawą i owocami ułożonymi zbyt starannie, żeby ktokolwiek je tknął. Dwójka prezenterów już siedziała — kobieta z krótko przystrzyżonymi ciemnymi włosami, tablet na kolanach, i mężczyzna w marynarce w kratkę rozmawiający przez słuchawkę.

Tim odsunął się pod ścianę. Płyta gipsowa za plecami — zimna i lekko wilgotna od sprzętu — przyjęła jego ciężar bez dźwięku. Skrzyżował ramiona. Ciężar równomierny na obu stopach.

Reżyser coś krzyknął, ktoś sprawdził poziomy dźwięku, makijażystka wypadła znikąd i musnęła twarz Aurélie pędzlem. Ta siedziała z tym samym spokojem co przez cały ranek — ani drgnęła. Makijażystka odskoczyła, zapaliło się czerwone światło i Uta się uśmiechnęła.

Tim sięgnął po telefon.