Świt Czarnego Wilka - Aylin Red - ebook
NOWOŚĆ

Świt Czarnego Wilka ebook

Aylin Red

2,7

Opis

Tim od dekad jest wilkiem, na którym inni mogą polegać.

Alfą, którego szanują nawet ci, którzy woleliby się go bać. Miał odejść od dawnych walk, obowiązków i problemów, które zbyt często pachniały krwią. Wtedy Aurelie Reine wynajmuje go jako ochroniarza. Jest młodsza, piękna, czarująca i zbyt przyzwyczajona do tego, że świat patrzy. Influencerka o pastelowo-różowych włosach powinna być prostym zleceniem: kilka kamer, trochę kaprysów, może ktoś, kto nie rozumie słowa „niebezpieczeństwo”. Tim szybko odkrywa, że przy Aurelie nic nie jest proste. Jej zapach lgnie do niego bardziej, niż powinien. Jego wilk zauważa ją za często.

A ona pakuje się w kłopoty z uśmiechem, który powinien irytować, nie przyciągać.

Miał ją tylko chronić.

Nie powinien jej pragnąć.

Mroczny paranormal romance o starszym wilczym alfie, młodszej influencerce, zakazanym napięciu i zleceniu, które zostaje pod skórą.

Świt Czarnego Wilka domyka Wilcze Romanse w serii Istoty Nocy. Dla najlepszego doświadczenia warto sięgnąć wcześniej po Wilcze Pióro oraz W Więzach Księżyca. Natomiast można czytać to jako standalone.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
Windows
lub macOS

Liczba stron: 334

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
2,7 (6 ocen)
0
2
2
0
2
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
nzielinska1

Nie polecam

Nie mam pojęcia co się tu dzieje
12
NaviKika

Nie polecam

nie da sie tego czytac...
12

Popularność




Świt Czarnego Wilka

Aylin Red

2026

Świt Czarnego Wilka

Świt Czarnego Wilka

Rozdział 1

Rozdział 2

Rozdział 3

Rozdział 4

Rozdział 5

Rozdział 6

Rozdział 7

Rozdział 8

Rozdział 9

Rozdział 10

Rozdział 11

Rozdział 12

Rozdział 14

Rozdział 15

Rozdział 16

Rozdział 17

Rozdział 18

Rozdział 19

Rozdział 20

Rozdział 21

Rozdział 22

Rozdział 23

Rozdział 24

Rozdział 25

Rozdział 26

Rozdział 27

Rozdział 28

Rozdział 29

Rozdział 30

Rozdział 31

Rozdział 32

Rozdział 33

Rozdział 34

Epilog

Title Page

Cover

Table of Contents

Świt Czarnego Wilka

The Black Wolf’s Dawn

Aylin Red

Miłość i ciekawość czynią nas nieprzewidywalnymi

Rozdział 1

Ból nie był ostry. Leżał głęboko pod skórą, tępy i rozlany, a każdy oddech budził go na nowo. Tim poruszył prawą ręką. Palce zanurzyły się w czymś lepkim.

Uniósł dłoń. Była ciemna, mokra i błyszczała w świetle księżyca.

Krew.

Za dużo, żeby mógł ją odzyskać.

Głowa opadła mu z powrotem. Ostry, mokry od rosy kamień wbijał się w kark, ale Tim nie miał siły się przesunąć. Ziemia pod nim była twarda, a chłód przenikał przez ubranie warstwa po warstwie.

Spojrzał w górę.

Niebo było czarne, pełne gwiazd. Pośrodku wisiał księżyc, biały jak kość. Po chwili zaczął się rozmazywać, a krawędzie jego tarczy miękły i powoli rozpływały się w ciemności.

Tim mrugnął.

Nic to nie dało.

Dźwięki oddaliły się, przytłumione, jakby dochodziły przez wodę: szum wiatru, trzask gdzieś daleko, urwany głos, zbyt cichy, żeby rozpoznać słowa.

Potem usłyszał szybkie kroki.

Ktoś padł obok niego na kolana. Ziemia przyjęła ten ciężar z głuchym uderzeniem, które Tim najpierw poczuł w żebrach.

Przez mgłę i tętnienie w skroniach zobaczył twarz.

Srebrne oczy błyszczały jasno w ciemności. Były mokre, a łzy stały w nich nieruchomo. Zapach dotarł do niego, zanim zdążył pomyśleć.

Las, żywica i dym. Pod nimi brakowało tego, czego wilk nauczył się szukać w człowieku.

— Nie mogę… — powiedział głos.

Reszta zdania nie nadeszła.

Tim zamknął oczy.

Ciemność spłynęła na niego bez końca. Unosił się w niej na własnym oddechu, płytkim i coraz bardziej odległym.

Potem poczuł dłonie na twarzy.

Były zimne jak metal pozostawiony zbyt długo w cieniu i spoczęły po obu stronach jego twarzy. Palce rozpostarły się lekko, a nacisk pozostawał pewny, bez pytania. Kciuk zatrzymał się przy kości policzkowej.

Tim poczuł ciężar tych dłoni, zanim dotarło do niego cokolwiek innego. Mięśnie, które przez całą noc walczyły z ziemią, wreszcie odpuściły.

Wiatr ucichł. Trzask w oddali zniknął. Został tylko cudzy oddech tuż przy jego twarzy.

I ostatnie wrażenie, zanim wszystko zgasło.

Coś ciepłego spadło mu na policzek. Pojedyncza kropla spłynęła powoli po skórze i wsiąkła tam, gdzie tej nocy wsiąkało już wszystko.

— Tim… proszę…

🖤🖤🤍🤍🖤🖤🤍🤍🖤🖤❤️🖤🖤🤍🤍🖤🖤🤍🤍🖤🖤

Salon pachniał kwiatami. Ostra, słodka nuta przez chwilę przykrywała to, co kryło się pod spodem.

Lydia weszła i zatrzymała się w progu. Parkiet skrzypnął pod jej stopą, a dźwięk natychmiast pochłonęły ciężkie tkaniny i wysokie ściany.

Powietrze stało nieruchomo, chłodniejsze niż na korytarzu. Ogień w kominku po prawej grzał ledwie na wyciągnięcie ręki. Dalej ciepło już nie sięgało.

Sofia stała przy oknie. Jasna sukienka i wyprostowana sylwetka odcinały się od światła, a twarz z tej odległości pozostawała nieczytelna. Srebrne włosy spływały jej na plecy.

Lydia usiadła na kanapie. Aksamit pod dłonią był zimny i ciężki. Założyła nogę na nogę, złożyła dłonie na kolanie i czekała.

— Odrzuciłaś obu kandydatów. — Sofia nie odwróciła się od okna. — Dlaczego?

— Bo nie.

Dopiero wtedy się odwróciła. Podeszła powoli, odmierzając każdy krok, i stanęła przed Lydią. Dłonie miała splecione przed sobą, a wzrok wbity w jej twarz.

— Masz dwieście lat — powiedziała. — Czas pomyśleć o mężu. O potomstwie.

— Każdy z nich był słaby.

— To kwestia negocjacji.

— Poza tym — Lydia odgarnęła włosy — nie chcę dzieci.

Polano w kominku pękło cicho.

Kącik ust Sofii drgnął. Mały ruch, ostry jak cięcie.

— To twój obowiązek. Jesteś najstarsza.

Lydia wstała, ale nie gwałtownie. Podniosła się z tym samym opanowaniem, z jakim robiła wszystko. Tylko w oczach coś się zmieniło. Złoto na ułamek sekundy przecięła czerwień, po czym zniknęła.

— I co z tego? — powiedziała. — Augustin jest głową rodziny. Może niech on otworzy warsztat bachorów.

Sofia ruszyła w jej stronę krokiem równym i odmierzonym. Obcasy przesuwały się cicho po dywanie, a potem stuknęły głośniej, gdy materiał ustąpił nagiej desce.

Lydia śledziła każdy ruch, nie ze strachu, lecz z uwagi.

— Te bachory — Sofia wymówiła to słowo tak, jakby trzymała je między dwoma palcami — to przywilej. My możemy mieć dzieci. W przeciwieństwie do—

— Ale za jaką cenę?! — Słowa wyrwały się z Lydii głośniej, niż zamierzała. Tym razem czerwień w jej oczach utrzymała się dłużej. — Chory rytuał krwi, który może mnie zabić?

Sofia uderzyła ją w policzek otwartą dłonią.

Suchy trzask przeciął pokój. Potem został tylko ogień w kominku.

Głowa Lydii odchyliła się o kilka centymetrów, nie więcej. Napięcie przeszło przez szyję, a ciepło rozlało się od miejsca uderzenia ku uchu i w dół szczęki.

Sofia cofnęła się o krok i spokojnym gestem przeczesała srebrne włosy.

— Ja swoją cenę zapłaciłam — powiedziała cicho i równo. — I nie żałuję.

Lydia nie odpowiedziała.

Wzrok Sofii przesunął się po niej od góry do dołu, powoli, jak po czymś dobrze znanym, a jednak wciąż niezrozumiałym.

— Choć… — Urwała. — Czasem, patrząc na to, jak się zachowujecie…

Nie dokończyła.

Lydia trzymała dłoń przy policzku. Nie masowała skóry, tylko przyciskała do niej palce. Nadal piekło.

Plecy miała wyprostowane odruchowo, szczękę zaciśniętą. Mięsień przy żuchwie ani razu nie drgnął.

Sofia usiadła, założyła nogę na nogę i wyprostowała plecy.

Lydia znała historię rytuału, ale teraz zobaczyła ją inaczej.

Matka siedziała na kanapie z dłońmi złożonymi na kolanie i wzrokiem utkwionym gdzieś obok. Trzy razy przeszła przez to samo i nosiła ten fakt jak wszystko inne: bez słowa, bez teatru, z chłodem w kręgosłupie, który przeszedł na Lydię i nigdy jej nie opuścił.

Jej ręka opadła.

Za mostkiem coś zacisnęło się nisko i nie puściło.

— Dragana dopilnowałaby rytuału — powiedziała Sofia rzeczowo, tym samym tonem od początku do końca. — Nie zginiesz.

Lydia milczała.

— Przeżyłyśmy poród Augustina — dodała.

W tym zdaniu było mniej chłodu. Zostało coś starszego.

— Nie może być gorzej.

Lydia spojrzała na matkę.

— Przemyślę to — powiedziała.

Sofia patrzyła na nią przez sekundę, po czym krótko skinęła głową, bez komentarza.

Rozdział 2

Lampy świeciły bielą, gorące i bezlitosne. Studio pachniało lakierem do włosów, pudrem i suchą wonią nowych tkanin, która osiadała na języku jak kreda.

Siedziała na wysokim stołku z nogą założoną na nogę. Jedwabna bluzka w kolorze starego różu miękko spływała z ramion i przylegała dokładnie tam, gdzie powinna. Długie włosy miała spięte luźno, a kilka pasm wymykało się przy skroni z tą starannością, która udawała przypadek.

Fotografka pstrykała kadr za kadrem.

Całe studio pracowało w skupieniu, ale nie na obiektywie. Na niej. W ciągu ostatniej godziny powietrze zdążyło się zmienić. Pod zapachem pudru i lakieru osiadło coś cięższego, gęstszego, obcego temu pomieszczeniu.

Fotografka krążyła z aparatem przy twarzy, co chwilę przymykając jedno oko i naciskając spust.

— Wyglądasz wspaniale — powiedziała, cofając się o krok. — Taka słodko-sexy.

Kąciki jej ust uniosły się lekko.

— Ach, dzięki.

Rozejrzała się po pomieszczeniu. Asystent przy drzwiach przewijał coś w telefonie. Charakteryzatorka porządkowała pędzle. Ktoś z ekipy oświetleniowej rozmawiał, trzymając kubek z kawą, o której najwyraźniej zapomniał.

— Całe to pozowanie mnie wymęczyło — dodała niemal beztrosko.

— Spokojnie. — Fotografka opuściła aparat i uśmiechnęła się zawodowo, ale szczerze. — Jeszcze parę zdjęć i idziemy na lunch.

Zsunęła się ze stołka. Jedwab ześlizgnął się z ramienia, a jej stopy bezgłośnie dotknęły podłogi. Ruszyła ku fotografce pewnym krokiem.

Palce zacisnęły się na brodzie kobiety, pewnie, ale bez gwałtowności. Fotografka znieruchomiała, a aparat zawisł bezwładnie przy jej boku.

— Widzisz — powiedziała cicho, tym samym swobodnym tonem — ja jestem głodna teraz.

Fotografka cofnęła się o centymetr. Mięśnie na jej szyi napięły się pod skórą, a usta rozchyliły, lecz nie wydobył się z nich żaden dźwięk.

Z boku ktoś się poruszył. Asystent oderwał wzrok od telefonu.

Nie odwracając głowy, uniosła wolną rękę. Asystent zatrzymał się w pół kroku, jakby zapomniał, co zamierzał zrobić.

Jej usta rozchyliły się odrobinę. Za nimi błysnęło coś białego.

Misja zaprowadziła ich głęboko w lasy otaczające Oravalle, gdzie pradawne drzewa rosły tak gęsto, że ich korony całkowicie zasłaniały gwiazdy.

Grom poruszał się bezszelestnie przez zarośla, a jego buty nie szeleściły na suchych liściach. Pozostali Strażnicy rozpierzchli się w ciemności wokół niego.

Trzy dni tropienia przyprowadziły ich właśnie tutaj.

Woda płynęła w złą stronę, ognie paliły się bez paliwa, a ziemia przesuwała się tam, gdzie nie stanęła żadna stopa.

Zbuntowani magowie żywiołów.

Subtelni, wyszkoleni i ostrożni.

Tej nocy, pod księżycem wiszącym zbyt jasno i zbyt blisko, skończyły im się miejsca, w których mogli się ukryć.

Znalazł swój cel przy brzegu jeziora. Kobieta miała srebrno-białe włosy i niebieskie oczy, które łapały światło księżyca, ale go nie oddawały.

Mag Księżyca.

Najrzadsza spośród magów wody, z mocą przywiązaną do księżyca nad głową niczym do uwięzi.

Spojrzała na niego, a po jej twarzy przemknęło rozpoznanie. Nie jego, lecz tego, czym był.

Rozpoznała włosy, oczy i znamię krwi, które nie należało w pełni do Zakonu.

— Jesteś jednym z nas — wyszeptała.

Nie zabrzmiało to jak oskarżenie, raczej jak żal.

— Nie. — Słowo wyszło płasko, ostre jak krawędź ostrza.

Mimo to przywołała wodę z jeziora. Srebrne w mroku strumienie poderwały się ku niej gwałtownie.

Uniósł rękę.

Elektryczność odpowiedziała bez pytania, jak zawsze podczas pełni. Krew matki odezwała się głośno w jego żyłach.

— Woda i piorun — powiedział. — Ciekaw jestem, kto wygra.

Nie dał jej czasu, żeby się przekonała.

Powierzchnia jeziora zastygła, zbyt nieruchoma i doskonała, przez co przypominała lustro rozłożone płasko na ziemi.

Grom stał nad jej ciałem i obserwował, jak ostatnie iskry gasną na jego palcach.

Jednym z nas.

Odwrócił się od zwłok i wszedł w ciszę, która nie powinna tam panować.

Było za cicho.

Pierwsze ciało znalazł między dwoma pradawnymi dębami. Strażnik Peter leżał z gardłem otwartym jednym czystym cięciem, bez śladów walki ani ran obronnych.

Śmierć przyszła, zanim strach zdążył się w nim obudzić.

Dalej leżało jeszcze trzech Strażników, rozrzuconych między liśćmi. Obok nich spoczywali zbuntowani magowie.

Wszyscy zostali zabici w ten sam sposób.

Ktoś czyścił miejsce po walce.

Ostrze zmaterializowało się w dłoni Groma.

Odwrócił się powoli, śledząc ciemność między drzewami, i poczuł to, zanim cokolwiek zobaczył. Łaskotanie z tyłu karku, podobne do palców przesuwających się po zimnej skórze.

Potem pojawiły się złote oczy.

Dwa punkty stopionego metalu zawisły w ciemności i mrugnęły raz, długo.

Cienie zgęstniały.

Postać wyłoniła się z nich powoli, jakby miała przed sobą całą noc.

Mężczyzna był wysoki i blady, ale nie z braku koloru. Wyglądał tak, jakby od dawna nie potrzebował już ciepła.

Miał na sobie czarną koszulę i dopasowane spodnie, a marynarkę zarzucił na ramiona z nonszalancją kogoś, kto nigdy nie potrzebował zbroi. Złote włosy łapały światło księżyca inaczej, niż powinny, zbyt jasno i wyraźnie.

Chłód napierał na skórę Groma z odległości trzech metrów.

Złote oczy ani na moment z niego nie schodziły. Były beznamiętne i uważne, należały do kogoś, kto już znał zakończenie i teraz przyglądał się jedynie temu, co do niego prowadziło.

Elektryczność pod jego skórą odpowiedziała głuchym napięciem.

Czystokrwisty trzymał w dłoni jedną żółtą różę.

Coś drgnęło Gromowi w piersi, a imię wyrwało się, zanim zdążył je zatrzymać.

— Augustin.

Usta czystokrwistego poruszyły się lekko.

— Co za zaszczyt. Słyszałeś o mnie.

Słowa miał gładkie, wypolerowane, a pod nimi kryło się ostrze.

— Kto nie słyszał. — Olivier stał nieruchomo, zapamiętując wyjścia i obliczając szanse, choć już wiedział, że są zerowe. — Zabiłeś ich wszystkich.

— Chciałem porozmawiać. — Augustin lekko przechylił głowę. Ruch był zbyt płynny, by wyglądał całkiem ludzko. — Tylko we dwóch.

🖤🖤🤍🤍🖤🖤🤍🤍🖤🖤❤️🖤🖤🤍🤍🖤🖤🤍🤍🖤🖤

Niebo nad ogrodem było czarne, gęste od gwiazd.

Ogród Doriana ciągnął się wzdłuż murów starego domu na skraju miasta, tam, gdzie Stellis zaczynało się rwać i przechodzić w przemysłowe zaułki. Kamienna ścieżka biegła między krzewami lawendy, szarymi i wyblakłymi w ciemności, a posągami z białego marmuru, których rysy wygładził deszcz.

Dorian szedł powoli.

Nocny chłód przenikał przez koszulę i marynarkę, osiadał na przegubach i wzdłuż kości palców. Dłonie trzymał splecione za plecami, zbyt mocno. Każdy krok był równy i odmierzony, a kamień ścieżki znajomy pod podeszwami. Po obu stronach łagodnie unosił się zapach lawendy.

Zatrzymał się przy kamiennym ogrodzeniu, podniósł wzrok ku niebu i wciągnął głęboko powietrze.

Magia pod żebrami, która w inne noce siedziała tam cicha i pełna, dziś ledwie się tliła. Była cieniem samej siebie.

Wypuścił powietrze.

Nienawidził tej nocy bardziej niż czegokolwiek innego.

Odwrócił się i wszedł do środka. Ciepło uderzyło go od progu. Suche, przesiąknięte dymem i woskiem, po chłodzie ogrodu wydawało się niemal namacalne. Dom pachniał ziołami, kurzem starych ksiąg i kamieniem.

W głównej sali palił się kominek. Przy nim i przy stole siedziało kilka osób, rozproszonych po pomieszczeniu i zajętych własnymi sprawami. Kilku mężczyzn pochylało się nad mapami. Dwie kobiety szeptały nad szklanym naczyniem stojącym na wąskim blacie, a w jego wnętrzu migotał fioletowy płomień.

Pomarańczowe światło drżało nierówno, a cienie przesuwały się po ścianach wraz z ogniem.

Magowie księżyca.

Moi, pomyślał Dorian.

Kiedy wszedł, jedna z kobiet oderwała się od grupy. Była wysoka i ciemnoskóra, z włosami przyciętymi blisko czaszki i oczami, w których zawsze coś liczyła. Nadira.

— Mam złe wieści. — Stanęła przed nim bez wstępu. — Grupa z Martiną została zabita.

Dorian zrobił jeszcze dwa kroki, po czym się zatrzymał i odwrócił.

— Wszyscy?

— Wszyscy.

Powietrze w sali zgęstniało. Ktoś przy mapach podniósł wzrok, ale się nie odezwał.

Nikt się nie odezwał.

Dorian przez chwilę nie odpowiadał. Stał z dłońmi cięższymi niż zwykle i patrzył na Nadirę, a właściwie przez nią. Palce powoli zacisnęły mu się w pięść, aż kłykcie zbielały pod skórą.

Martina. Znał ją od czterech lat. Była uparta i gwałtowna, w połowie przypadków nie słuchała rozkazów, ale rozumiała. Wiedziała, co Zakon robił z takimi jak oni. Co robili Druidzi.

Rozumiała i walczyła.

Teraz nie żyła.

— Kto? — zapytał cicho.

Nadira nie zawahała się.

— Grom.

Cisza.

Polano pękło w kominku. Iskry strzeliły w górę i opadły.

Dorian odwrócił wzrok ku oknu. Za ciemną szybą rozciągały się ogród, kamienna ścieżka i lawenda pozbawiona koloru.

Grom.

Wiedział, jak wyglądał. Znał zdjęcia i opisy: biało-srebrne włosy, zimne błękitne oczy, ledwie dwadzieścia lat. Wicekapitan drugiej dywizji Zakonu. Razem z Tytanią najszybciej awansujący Strażnik od dekad.

I anomalia, której Dorian nie potrafił do końca skatalogować.

Wyglądał jak mag księżyca, a władał piorunem.

Łączył w jednym ciele dwa rzadkie rodzaje mocy i używał tego daru, żeby zabijać takich jak on.

Mógł rozumieć. Mógł walczyć po właściwej stronie.

Zamiast tego wybrał Zakon, jego mundur i moralność. Teraz zabijał magów księżyca w imię porządku, który nigdy nie służył nikomu takiemu jak oni.

Za oknem ogród trwał bez ruchu.

Gorycz podeszła Dorianowi pod język, osiadła u nasady gardła i została.

Od stołu z mapami podniósł się drugi mężczyzna. Cale był starszy, z twarzą przeciętą dwiema bliznami wzdłuż szczęki i włosami spiętymi z tyłu.

— Jest jeszcze sprawa Tima. — Podszedł bliżej. Głos miał niski. — Jego wilki węszą blisko nas.

Dorian powoli odwrócił głowę.

— Od jak dawna?

— Tydzień. Może trochę dłużej. Zacieramy ślady, ale jest ich coraz więcej.

Cały pokój czekał. Dorian skinął głową, spokojnie.

— Jeśli będzie trzeba, pozbędziemy się tego starego wilka. — Urwał. — Być może czas na emeryturę.

Kilka osób kiwnęło głowami. Cale wrócił do map, Nadira zajęła swoje miejsce przy blacie, a rozmowy podjęły się na nowo, cicho.

Dorian się nie poruszył. Stał przy oknie ze skrzyżowanymi ramionami i patrzył w ciemny ogród. Krzewy lawendy tworzyły czarne sylwetki na tle jeszcze ciemniejszego muru.

Gdzieś za nim Stellis żyło własnym rytmem. Dochodził stamtąd odległy dźwięk silnika i hałas miasta, który nigdy nie milkł całkowicie. Palce Doriana wbiły się mocniej w materiał marynarki.

Rozdział 3

Tim wyszedł z jaskini druidów i przez chwilę stał nieruchomo z zamkniętymi oczami. Powietrze na zewnątrz uderzyło go wilgocią i zapachem mchu, tym samym co zawsze, jakby czas nie miał tu wstępu. Pod stopami ziemia była miękka i mokra, zupełnie inna niż kamień w środku.

— Kurwa — powiedział i otworzył portal.

Gabinet zamknął się za nim z cichym sykiem. Skórzany fotel skrzypnął znajomo pod jego ciężarem. Tim oparł się głębiej, barki opadły mu o centymetr, a mięśnie wzdłuż karku zaczęły puszczać jeden po drugim, z oporem. Biurko przed nim było zastawione mapami i papierami, których przez ostatnie tygodnie nawet nie ruszał. Lampa kładła ciepłe światło na starym pergaminie i liniach granic narysowanych ręką, której autora Tim już dawno nie pamiętał.

Spojrzał na dłonie złożone na kolanach. Kostki były bledsze tam, gdzie lata walki zostawiły po sobie ślady.

— Za stary jestem na to — mruknął.

Odpowiedź nie nadeszła. Pusta cisza trwała o sekundę za długo, aż w końcu wypełnił ją dym.

Szałwiowy, z nutą czegoś starszego i surowszego, przypłynął od strony okna. Najpierw zgęstniało powietrze przy szybie, a potem w całym pokoju.

— Za stary? — Ilva pojawiła się razem z dymem. Srebrno-białe włosy spływały jej luźno na ramiona, a jedno ucho drgnęło. Usiadła w fotelu i założyła nogę na nogę. — Ile masz lat, czterdzieści pięć? — Uśmiechnęła się szerzej. — To nic. Małolat.

Tim pokręcił głową.

— Wybacz, o wielka nieśmiertelna.

Zaśmiała się cicho. Podparła brodę dłonią, a jej srebrne oczy przesunęły się po pokoju z leniwą uwagą kogoś, kto widział więcej, niż sięgało światło lampy.

Na jedną sekundę jej wzrok zatrzymał się na nim inaczej. Bez tej leniwej lustracji, miękko, jakby patrzyła na coś, czego już raz zabrakło. Potem minęło, a uśmiech wrócił.

— No więc? — zapytała. — Edna dalej się dąsa?

Tim przyłożył dłoń do czoła i powoli rozmasował skroń.

— Twoja wina — powiedział.

Ilva rozłożyła ręce w geście całkowicie pozbawionym poczucia winy.

— Przynajmniej Viktor i Elias żyją. Nie marudź.

— Chociaż tyle — mruknął.

Przez chwilę siedzieli w ciszy. Tim patrzył na mapę leżącą na biurku. Zachodnia Novaterra, granice zaznaczone starym atramentem, miejsca oznaczone punktami, których znaczenie pamiętał już tylko on. Przesunął palcem po krawędzi pergaminu, powoli i bez celu. Papier był suchy i szorstki pod opuszkiem, przetrwał kilka par rąk przed jego własnymi.

Zmęczenie czuł za oczami i w napiętych mięśniach żuchwy. Spotkanie z druidami zawsze tak na niego działało.

Skrzyżował ręce na piersi.

— Skoro o nich mowa… — Myśl dojrzewała w nim od jakiegoś czasu, ale wypowiedział ją dopiero teraz, gdy w gabinecie nie było świadków. — Chyba pora, żebym ustąpił z funkcji alfy tego regionu.

Ilva spojrzała na niego, a jej uśmiech nieznacznie się poszerzył.

— Jest jeszcze Adrian — powiedziała. — Trzy młode wilki.

— Młode. — Tim spojrzał na nią z cierpliwością człowieka, który dawno przestał walczyć z pewnymi komentarzami. — Każdy z nich jest po trzydziestce.

— Wciąż szczeniaki.

— Z perspektywy kogoś, kto powinien być antykiem w muzeum, owszem. — Odchylił się w fotelu, a drewno cicho zaprotestowało pod jego ciężarem. — Oświeć mnie zatem, o nieśmiertelna. Którego mam wybrać na następcę?

Ilva patrzyła na niego przez chwilę, po czym uniosła dłoń i przesunęła złożonymi palcami po ustach, jakby je zamykała. Nad nimi błąkał się mały uśmiech.

— I odebrać ci całą niespodziankę? Nie ma mowy.

Tim patrzył na nią z grymasem, który nie był do końca grymasem.

— Nie cierpię cię.

— Kochasz mnie. — Odwróciła wzrok ku oknu. — Nie marudź.

Powiedziała to lekko, tonem przekomarzania, takim samym jak zawsze. Tylko palce dłoni opartej na poręczy fotela zacisnęły się na ułamek sekundy. Okno za nią było czarne, niczego nie dało się w nim dostrzec.

Tim przewrócił oczami i wrócił do mapy.

Ile to już lat?

Nie pamiętał, kiedy tytuł alfy zachodniej Novaterry przestał być ciężarem, a po prostu do niego przyrósł. Gdzieś po dwudziestym roku. Może po dwudziestym piątym.

Pamiętał za to każdą watahę, którą wchłonął, każdą granicę, której musiał bronić, i każdego wilka, którego pochował.

Pamiętał młodszego Eliasa, z furią w oczach, która albo zabija człowieka, albo wykuwa z niego coś twardego.

Pamiętał Viktora, siłę pozbawioną cierpliwości i wiecznie szukającą ujścia.

Pamiętał Adriana przed utratą watahy i po niej, a także to, jak długo szukał sensu własnego życia.

Trzy wilki, każdy z innym ciężarem. Każdy niósł też coś, co w złym momencie mogło go złamać.

Ilva siedziała nieruchomo przy oknie, delikatna na tle szyby. Za szkłem trwała ciemność i mokre gałęzie. Deszcz zaczął padać cicho, a krople spływały po szybie nierównymi ścieżkami. Jej ogon owinął się spokojnie wokół nogi fotela.

Tim znał ten mały uśmiech od dawna. Wiedział, że coś się za nim kryło, coś, co dopiero zaczynał rozumieć. Przez wszystkie te lata Ilva ani razu nie powiedziała mu tego wprost. Odłożył papier, oparł łokcie na biurku i spojrzał na mapę.

— Jakaś podpowiedź? — zapytał w końcu cicho.

Ilva odwróciła głowę. Ucho drgnęło.

— Czasem zmiana — odpowiedziała równie cicho — musi zacząć się w nas.

Nie dodała nic więcej.

Na ekranie telefonu pojawiło się powiadomienie. Tim sprawdził je. Jakieś zlecenie na Jaskini. Przeczytał wiadomość, a jego kciuk zawisł nad podaną kwotą.

Przeczytał jeszcze raz.

— Ile?! — Nie krył zdziwienia i od razu kliknął „akceptuj”.

Ilva zaśmiała się cicho.

— Serio, Tim?

— Serio, Ilva — odparł poważnie, choć wzrok uciekł mu ku oknu.

Uśmiechnęła się do niego lekko i znów spojrzała w stronę ogrodu.

🖤🖤🤍🤍🖤🖤🤍🤍🖤🖤❤️🖤🖤🤍🤍🖤🖤🤍🤍🖤🖤

Głos matki dobiegał z salonu, zanim Lydia dotarła do progu. Nie słowa, tylko ton. Miękki, z naciskiem pod spodem, jak aksamit naciągnięty zbyt ciasno.

Jej obcasy ledwie dotykały kamiennej posadzki, wybijając miarowy, suchy rytm. Marmur pozostawał chłodny nawet przez podeszwę, blady i żyłkowany. Wzdłuż ścian stały wąskie stoliki z wazonami, wszystkie pozbawione czerwonych kwiatów, a kandelabry rzucały złote plamy na tapetę w kolorze głębokiego granatu. Zatrzymała się w progu.

Salon był obszerny. Ogień w kominku dawał jedyne ciepło, suche i nierówne, pachnące drewnem i żywicą, lecz nie sięgało ono dalej niż do połowy pomieszczenia. Meble były ciężkie, drewno ciemne, a tkaniny gęste.

Przy kominku siedziała Sofia, wyprostowana, ze srebrnymi włosami upiętymi wysoko i w grafitowej sukience z długim rękawem. Dłoń spoczywała luźno na jej kolanie, palce pozostawały nieruchome. U niej taka bezczynność zawsze oznaczała, że słucha uważniej niż ktokolwiek w pokoju.

Dragana zajmowała fotel naprzeciwko. Jej czerwone oczy prześlizgiwały się po rozmowie z uwagą kogoś, kto przed zabraniem głosu chciał zobaczyć całą planszę. Jak zawsze miała na szyi czerwone korale, duże, okrągłe paciorki, niemal wulgarne w swojej masywności przy reszcie jej sylwetki.

Augustin siedział nieco z boku, z tabletem na kolanie i wzrokiem pozornie skupionym na ekranie. Lydia znała jednak tę pozę od dekad.

Słuchał.

— Augustin, musisz stać się bardziej aktywny — mówiła Sofia. — Słyszałam dziwne plotki, że niektórzy czystokrwiści uważają, że—

— Nie obchodzi mnie to. — Machnął ręką, nawet nie podnosząc wzroku.

Sofia powoli pokiwała głową. Kącik jej ust zacisnął się w drobnym ruchu, natychmiast opanowanym.

— Nie wiem, czy daliby radę — odezwała się Dragana powolnym, suchym głosem, w którym pobrzmiewał ciężar slavari — gdyby nasz młody panicz był bardziej aktywny.

Lydia przygryzła dolną wargę.

Augustin spojrzał na Draganę. Przez chwilę jego złote oczy pozostawały całkowicie bez wyrazu.

— Dzięki, Dragano — powiedział z nutą sarkazmu.

Dragana nawet nie mrugnęła.

Sofia oderwała wzrok od syna i zatrzymała go na Lydii stojącej w progu.

— Lydia. — Głos matki zmienił rejestr. Nie stał się cieplejszy, tylko inny, z naciskiem, który Lydia znała od stu lat. — Powinnaś pomyśleć o przyszłości. O rodzinie. O zamążpójściu i potomstwie.

Lydia weszła do salonu. Podłoga pod dywanem skrzypnęła raz, cicho, ale wyraźnie, a ciepło kominka zaczęło przenikać przez tkaninę spódnicy z lewej strony. Usiadła na kanapie naprzeciwko matki i złożyła dłonie na kolanie, odruchowo wsuwając kciuk pod palce.

— Jesteś najstarsza. — Sofia również złożyła dłonie na kolanie. — Masz obowiązki wobec rodziny. Potomstwo, pozycję—

— To moje życie — syknęła Lydia.

— Nasze życie — poprawiła ją Sofia spokojnie — nigdy nie należało wyłącznie do nas.

Jej dłoń uniosła się do srebrnych włosów przy skroni. Stary gest, zaraz cofnięty.

Lydia go zauważyła. Nie po raz pierwszy.

— A Augustin? — rzuciła, zanim cokolwiek zdążyło zmienić temperaturę jej głosu. — Czemu jemu nie mówisz o potomstwie? O szukaniu żony?

Augustin nie spojrzał w jej stronę.

— Mówiła mi to już ze sto razy w ciągu ostatniego miesiąca — powiedział spokojnie, nie odrywając wzroku od tabletu.

Sofia wyprostowała się. W jej twarzy pojawiło się coś starego i zmęczonego, noszonego zbyt długo.

— Wy oboje — zaczęła niższym głosem — nie traktujecie tego poważnie. — Jej wzrok przeszedł od jednego do drugiego. — Ja zapłaciłam swoją cenę. Za każde z was.

Nikt nie odpowiedział. Drewno strzeliło w kominku.

— Ojciec nie żyje. A wy się bawicie.

Cisza opadła na salon.

Sofia westchnęła długo i cicho, po czym spojrzała na cienki, złoty i jak zawsze elegancki zegarek na nadgarstku.

— Nieważne. — Wstała z gracją, która wyglądała na naturalną, choć ćwiczyła ją przez setki lat. — Mój serial zaraz się zaczyna.

Jej obcasy zastukały cicho, a w powietrzu zostały ciężkie, kwiatowe perfumy z gorzką nutą pod spodem.

Dragana przez chwilę patrzyła za nią.

— Tęskni za Gabrielem.

Lydia przesunęła się głębiej na kanapie. Skrzyżowała nogi i ponownie złożyła dłonie na kolanie. Satyna spódnicy układała się idealnie, a jej szampański kolor łapał światło kominka.

— Wybaczcie — powiedziała sucho — że nie pali mi się do porodu, który może mnie zabić.

Dragana poruszyła się lekko w fotelu. Jej czerwone oczy przeniosły się na Lydię z wyrazem kogoś głęboko urażonego w zawodową dumę.

— Wypraszam sobie — powiedziała. — Byłam przy każdym z was. — Zrobiła krótką, znaczącą pauzę. — I co?

Augustin przewinął stronę na tablecie.

— I prawie zabiłem cię przy porodzie — mruknął, nie podnosząc wzroku. — Słyszałem tę historię. Moje pierwsze niemal udane zabójstwo. — Zerknął ukradkiem na Draganę. — Prawie.

Na jego ustach pojawił się krótki, ale zauważalny uśmiech.

Dragana zmierzyła go wzrokiem.

— Szczegół.

Kącik ust Augustina uniósł się wyżej.

— Czy to nie zabawne — zaczął nisko, bez wyrazu — że kiedy próbujemy stworzyć nowe życie, jesteśmy najbliżej śmierci?

Lydia zmarszczyła brwi.

Dragana otworzyła usta, po czym je zamknęła. Wydęła wargi z miną kogoś, kto uznał, że nie warto.

— Panicz jak zawsze ponury — powiedziała w końcu.

Augustin zaśmiał się lekko.

— Jestem realistą.

— Dzięki za motywację. — Lydia pokręciła głową.

Uśmiechnął się do niej.

— Do usług.

— Oczywiście. — Lydia spojrzała na brata. — Nie ciekawią cię te plotki?

Augustin odpowiedział jej spojrzeniem. Cisza między nimi miała inną gęstość niż reszta pokoju. Znali się zbyt dobrze, by ich milczenie mogło być neutralne.

— Nie wiesz — zaczął spokojnie i równo, jakby dobierał słowa nie dlatego, że szukał właściwych, lecz dlatego, że każde inne pokazałoby zbyt wiele. — W naszym przypadku ciekawość—

Zatrzymał na niej wzrok, a potem przeniósł go gdzieś za nią, na ścianę, ogień albo miejsce, którego w tym pokoju nie było.

— jest niebezpieczna.

Lydia słuchała i przez chwilę nie odpowiadała. Zbyt szybka reakcja byłaby błędem, a ona nie lubiła błędów, zwłaszcza w sprawach dotyczących Augustina.

— Czemu tak uważasz? — Powoli położyła dłoń na piersi. — Nie chciałbyś poczuć czegoś więcej niż… pustkę?

Coś w nim drgnęło. Trwało ułamek sekundy, może mniej, ale Lydia była zbyt stara i znała go zbyt dobrze, żeby tego nie zauważyć. Jego złote oczy błysnęły czerwienią. Nie z gniewu. Z czegoś, co przypominało ból trafiony zbyt celnie, w zbyt czułe miejsce.

Zamknął oczy, po czym znów je otworzył. Złote. Spokojne.

— Ciekawość — powiedział — czyni nas irracjonalnymi.

Dragana i Lydia wymieniły szybkie spojrzenie. Nie potrzebowały słów. Przez lata wspólnego obserwowania tego samego człowieka zbudowały własny język.

Augustin wrócił do tabletu. Ekran rzucał zimne, blade światło na jego twarz. Rysy miał spokojne, szczękę rozluźnioną, a palec przesuwał się po tekście leniwie.

Wszystko na swoim miejscu.

Dłoń Lydii odruchowo powędrowała do klatki piersiowej. Pod satynową tkaniną jej serce nie biło od bardzo dawna, a jednak coś w tym miejscu zareagowało na jego słowa inaczej niż na wszystko inne.

Ciekawość czyni nas irracjonalnymi.

Spojrzała na niego. Na linię szczęki, złote włosy opadające za ramiona i postawę pełną absolutnego opanowania, której nigdy nie nauczyła się czytać do końca.

Prawie nigdy.

Prawie.

🖤🖤🤍🤍🖤🖤🤍🤍🖤🖤❤️🖤🖤🤍🤍🖤🖤🤍🤍🖤🖤

Penthouse zajmował całe najwyższe piętro wieżowca, wysoko nad Stellis, jego hałasem i zapachem miasta, które nigdy do końca nie zasypiało.

Portal zamknął się za jej plecami z cichym trzaskiem i od razu powietrze stało się inne. Chłodniejsze, suche, nasycone zapachem białej magnolii ze stolika przy wejściu. Kwiaty były otwarte, ciężko słodkie, ułożone bez jednego skazu. Do tego skóra mebli i cisza pozbawiona ludzkiego oddechu.

— W końcu spokój — mruknęła.

— O nieee!

Lydia zamknęła oczy na sekundę.

— Nie może być! Mój ukochany!

Krzyk dochodził z salonu, wysoki i dramatyczny, z nutą rozpaczy, którą Lydia rozpoznała od razu.

Sylvia.

Młodsza siostra leżała rozwalona na sofie, z bosymi stopami opartymi o oparcie i tabletem trzymanym oburącz nad twarzą. Ciemne włosy rozsypały się wokół jej głowy. Pachniała owocowym kremem, niedbale i zupełnie nie na miejscu w tym penthousie, tak samo jak ona.

Lydia zmierzyła ją wzrokiem od stóp do głów. Dres, koszulka, brak obuwia. Pokręciła głową z niesmakiem.

— Kiedy ostatni raz wyszłaś z mojego mieszkania? — zapytała głosem płaskim jak tafla wody.

Sylvia opuściła tablet o kilka centymetrów i wyjrzała znad ekranu ze wzrokiem kogoś, kto właśnie zorientował się, że ma świadka.

— A bo ja wiem… — Pomasowała podbródek. — Czy to ważne? — mruknęła po chwili. — Ważne, że przegrałam na bannerze. Mój ukochany.

Westchnęła z dramatyzmem kogoś ogłaszającego żałobę.

Lydia przycisnęła dwa palce do skroni, podeszła do fotela przy oknie i usiadła z nogą założoną na nogę.

— Nie patrz tak — syknęła Sylvia, nie podnosząc wzroku znad tabletu. — Nie moja wina, że Augustin dał mi szlaban. — Odrzuciła głowę na poduszkę. — Od lat robię za jego dostawcę serników. Cały jebany świat zwiedziłam w tę i we w tę.

— Bo przegrałaś z hybrydami podczas pełni, kurwa — powiedziała Lydia. — A to wyczyn. Brawo.

Sylvia przewróciła oczami z taką intensywnością, że niemal dało się to usłyszeć.

— Nawet matka już się ze mnie śmieje — mruknęła. — Przy okazji nauczyła mnie robić sernik.

— Brawo. Awansowałaś na cukiernika.

— Zamknij się.

Sylvia odwróciła głowę w bok, nadąsana, ale kącik ust jej drgał. Po chwili znów spojrzała na siostrę, lekko mrużąc złote oczy.

— Myślisz, że mu przejdzie? — zapytała już bez jadu.

Lydia oparła łokieć o poręcz i podparła podbródek dłonią. Za oknem Stellis pulsowało własnym rytmem. Światła mijały się nawzajem, klub wypluwał muzykę w nocne powietrze, a na dachu ktoś palił papierosa, mały pomarańczowy punkt zawieszony w ciemności.

— Wiesz, jaki potrafi być dramatyczny — powiedziała w końcu z lekkim uśmiechem, który nie dotarł do oczu. — Ma to po ojcu.

Sylvia prychnęła spontanicznie i szczerze, po czym podciągnęła kolana pod brodę.

— Jak cała nasza rodzina — powiedziała bez jadu.

Uśmiechała się teraz naprawdę. Było w tym coś małego i ciepłego, zupełnie niepasującego do twarzy, która potrafiła być bardzo zimna.

Przez chwilę siedziały w ciszy.

— Myślisz, że Augustin kiedyś kogoś znajdzie? — zapytała Sylvia. — W końcu jest głową rodziny.

— Nie wiem — odezwała się Lydia po chwili — czy ktokolwiek by z nim wytrzymał.

Sylvia wybuchnęła śmiechem, głośnym i ostrym, bardziej przypominającym chichot nad cudzą klęską niż zwykłe rozbawienie.

— Co prawda, to prawda. — Podrapała się po policzku. — Ale jak nie Augustin, to pewnie ty będziesz musiała kogoś znaleźć. Dla dobra rodu i takie tam. A potem, co gorsza, ja.

Lydia westchnęła cicho, bo nigdy nie wzdychała głośno, i zrobiła minę, która powiedziała wszystko.

— Matka regularnie mi o tym przypomina — powiedziała sucho. — Wnuki wyprodukować.

Spojrzały na siebie.

Czystokrwiści byli jedynymi wampirami zdolnymi do potomstwa. Sofia mówiła o tym tonem obowiązku, a ryzyko śmierci pozostawało drobnym drukiem.

— Nie śpieszy mi się — powiedziała Lydia spokojnie, jak ktoś, kto od dawna trzymał ten temat zamknięty w szufladzie.

Sylvia wypuściła powietrze.

— Mnie też nie — przyznała ciszej. — Perspektywa bycia śmiertelną podczas rytuału średnio mi się podoba.

Lydia spojrzała na nią.

— Przy twoim szczęściu skończyłoby się pogrzebem.

— Bardzo kurwa zabawne — mruknęła Sylvia.

— Stwierdzam fakt.

Lydia odwróciła wzrok, sięgnęła po telefon z kieszeni marynarki i odblokowała ekran. Kącik jej ust uniósł się lekko.

— Jutro będę zajęta. — Obróciła ekran ku Sylvii.

Sylvia rzuciła okiem.

— Nuda — powiedziała bez chwili namysłu i wróciła do tabletu. — Ale jak będzie jakaś jatka, to wpadnę. Chętnie zabiłabym jakiegoś wilka albo dwa.

— Ty lepiej zajmij się swoimi fikcyjnymi chłoptasiami.

🖤🖤🤍🤍🖤🖤🤍🤍🖤🖤❤️🖤🖤🤍🤍🖤🖤🤍🤍🖤🖤

Sypialnia była jak reszta jej życia.

Beże i brązy w odcieniach starych budynków, które przetrwały więcej niż jedną epokę. Na komodzie nie leżało nic zbędnego, na ścianach nie wisiały żadne zdjęcia. Na parapecie paliła się waniliowa świeczka, jedyna rzecz bez wyraźnej funkcji, a całość spinała cisza zbudowana zbyt starannie, by mogła być przypadkiem.

Lydia zamknęła za sobą drzwi i zdjęła marynarkę. Tkanina była ciężka, jeszcze ciepła od jej ciała. Powiesiła ją na ramieniu szafy i podeszła do lustra, które pokrywało całą ścianę chłodną, precyzyjną taflą.

Patrzyła.

W lustrze widziała złote oczy, platynowe włosy i bladą cerę. Kącik ust uniósł się na sekundę, po czym opadł. Zaczęła odpinać guziki bluzki od góry, jeden po drugim, aż materiał rozszedł się na piersi i zsunął jej z ramion. Palce znały kolejność.

Odłożyła bransoletkę na ceramiczną tackę przy łóżku i metal zadźwięczał cicho. Rozpuściła włosy, a platynowe pasmo zsunęło się na ramię i tam zostało. Z szuflady wyjęła różową, jedwabną piżamę do kolan; materiał ślizgał się przez palce bez oporu.

Wślizgnęła się pod kołdrę. Pościel była chłodna po tej stronie łóżka, którą zawsze zajmowała sama.

Z salonu dobiegały odgłosy Sylvii. Komentarz rzucony do ekranu, coś pomiędzy triumfalnym chichotem a głośną przegraną, trudno było ocenić. Lydia znała ten rytm.

Sięgnęła po telefon i zaczęła przewijać. Tysiące polubień pod cudzymi zdjęciami. Komentarze w różnych językach. Czyjaś rolka, czyjaś relacja, trend powtarzany przez sześć sekund w kółko. Twarze roześmiane, zmęczone, szczere i wyreżyserowane. Każda czegoś chciała, coś mówiła, coś czuła na tyle mocno, żeby to nagrać.

Palec przesuwał się sam.

Mniej więcej w połowie ósmej minuty zorientowała się, że nie wie już, co ogląda. Przewinęła wstecz.

Młoda kobieta z szorstkim śmiechem i psem wchodzącym w kadr bez zaproszenia opowiadała o swoim poranku. O rozlanym mleku i spóźnionym tramwaju, śmiejąc się głośno i beztrosko.

Lydia zatrzymała filmik. Twarz kobiety zastygła w połowie gestu. Usta miała rozchylone, oczy zmrużone, a mięśnie policzków ściągnięte czymś, co przychodziło samo, bez kontroli.

Przez kilka sekund Lydia nie poruszyła palcem. Potem odłożyła telefon ekranem w dół i oparła głowę na poduszce. Sufit był kremowy i gładki. W salonie Sylvia powiedziała coś do siebie, a przez ścianę przedarł się ciepły, żywy dźwięk, równie niestaranny jak wszystko, co robiła. Wanilia ze świeczki docierała ledwie.

Kobieta z filmiku śmiała się z rozlanego mleka. Ze spóźnionego tramwaju. Jakby naprawdę były to rzeczy, z których można się śmiać.

Lydia nie potrafiła.

Jej dłoń leżała płasko na kołdrze, a jedwab pod palcami pozostawał gładki i zimny.

Rozdział 4

Szklana fasada była nowoczesna i zimna, a logotyp stacji wyryto stalowymi literami nad wejściem. Tim zatrzymał się przed budynkiem.

Powietrze było ostre i wilgotne, pachniało spalinami i mokrym betonem. Pod tym wyczuwał jednak to drugie, obecne zawsze: masę oddechów i ciał, hałas miasta, który nigdy nie milkł całkowicie.

Budynek miał siedem pięter, cztery kamery widoczne z zewnątrz i dwa wejścia. Główne oraz boczne od strony parkingu, zabezpieczone kodowanym zamkiem i ochroniarzem, który udawał, że czyta gazetę.

Tim wszedł przez główne. Lobby już tętniło życiem, chociaż zegar nad recepcją pokazywał za osiem ósma. Pracownicy przecinali przestrzeń z kawą w dłoniach i przepustkami na smyczach, szybko, z energią ludzi, którzy w telewizji nauczyli się, że każde pięć minut oznacza spóźnienie. Jeden minął Tima tak blisko, że ten zdążył przesunąć po nim bursztynowym spojrzeniem i od razu o nim zapomnieć.

Podszedł do recepcji. Recepcjonistka podniosła wzrok i zawahała się o sekundę za długo. Jej spojrzenie przemknęło po jego barkach, oceniło wzrost, wróciło na twarz i dopiero wtedy odzyskała zawodową pewność.

— Ach, pan jest…?

Tim wyjął telefon, odblokował go jednym ruchem kciuka i obrócił ekran w jej stronę.

— Zostałem wynajęty do ochrony jakiejś influencerki. Nie podano mi szczegółów.

Recepcjonistka klasnęła dłońmi.

— Tak, tak. Chwileczkę.

Jej palce pobiegły po klawiaturze. Kilka kliknięć, ruch myszką, jeszcze jedno kliknięcie. Wstała i podała mu plastikową przepustkę na smyczy z napisem GOŚĆ / OCHRONA.

— Już panu pokażę.

Tim skinął głową i ruszył za nią. Po lewej znajdowała się redakcja. Przez szybę widział biurka i monitor z napisem NA ŻYWO — 09:45. Drzwi po prawej były zamknięte i pozbawione tabliczki, a z korytarza dochodził zapach kawy i czegoś smażonego. Klapę techniczną w podłodze przykrywał dywan ułożony o centymetr krzywo.

Kilka twarzy znał z ekranu. Prezenterka pogody, wysoki facet od programu kulinarnego, ktoś z wieczornych wiadomości. Bez studyjnego światła wszyscy wyglądali inaczej, bardziej zmęczeni i bardziej ludzcy.

— To na specjalne życzenie — mówiła recepcjonistka, nie zwalniając. — Pani Aurélie poprosiła o kogoś z zewnątrz. Dyskretnego.

Tim słuchał.

— Ma dziś cały dzień nagrań, a potem wyjście na żywo. Prowadzą je Uta i Klem, nasza para z porannego pasma.

Zatrzymała się przed drzwiami z numerem 112 i je otworzyła. Pierwsze uderzyły go perfumy. Gdy drzwi zamknęły się za nim, powietrze niemal zmieniło konsystencję. Kilka zapachów naraz, kwiatowych i słodkich, z drzewnym podkładem. Za dużo wszystkiego. Grymas pojawił się na jego twarzy, zanim zdążył go powstrzymać.

Pod tą warstwą kryło się jednak coś innego — czystego, choć nie miało to nic wspólnego z mydłem ani perfumami. Coś głębszego.

Tim lekko ściągnął brwi.

Instynkt poruszył się w nim nieznacznie.

Pokój był jasny, a rzędy świateł studyjnych rozstawionych wokół lustra świeciły ostro i bezlitośnie. Przy nim siedziała kobieta, nad którą makijażystka pochylała się z pędzlem.

Tim zatrzymał się w drzwiach i przesunął po niej wzrokiem. Była wyższa, niż wydawała się na ekranie. Miała na sobie eleganckie kremowe szorty i dopasowaną kamizelkę w tym samym kolorze, prostą, drogą, bez jednego zbędnego szczegółu. Pasteloworóżowe włosy upięła luźno, a kilka kosmyków opadało jej na szyję. Twarz pozostawała nieruchoma, gdy makijażystka pracowała nad nią pędzlem.

Aurélie Reine.

— Oto ochroniarz — powiedziała recepcjonistka.

— Tim — przedstawił się krótko.

Kobieta przy lustrze odwróciła się i wstała. Jej spojrzenie przesunęło się po nim od barków w dół, wróciło na twarz i zatrzymało na oczach. Spokojnie, jakby właśnie podjęła decyzję, o której on jeszcze nie wiedział.

Uśmiechnęła się naturalnie. Nie potrzebowała ani sekundy, żeby zdecydować, jaki wyraz twarzy chce pokazać.

— Aurélie.

Recepcjonistka wyszła, a drzwi zamknęły się cicho. Makijażystka spojrzała na zegarek, odłożyła pędzel i ruszyła za nią.

Zostali sami.

Światła studyjne cicho brzęczały. Perfumy gęstniały w powietrzu, a pod nimi wciąż kryło się coś, czego Tim nie potrafił nazwać. Skrzyżował ramiona i oparł się o framugę.

Wilk w nim uniósł łeb.

Drażniące.

— Jakieś szczegóły?

Aurélie sięgnęła po telefon do kieszeni kremowego płaszcza niedbale rzuconego na oparcie krzesła.

— Cały dzień sama, potem spotkanie na żywo. — Wzruszyła ramieniem. — Wolę być bezpieczna. — Palec powędrował jej do ust. — Polecono mi Łowców.

— Człowiek? — zapytał Tim.

Spojrzała na niego.

— Tak? A kto inny?

Pokręcił głową.

— Czyli mam po prostu cię ochraniać.

— Właśnie tak. — Uśmiechnęła się szerzej.

Tim przez chwilę milczał, obserwując jej spokojne brązowe oczy, wysokie kości policzkowe i usta zamknięte w uśmiechu, który niczego nie zdradzał.

Odchrząknął.

— Mam jedną prośbę.

Uniosła brew.

— Chcę… — wymamrotał odrobinę ciszej. — Selfie.

Aurélie zaśmiała się krótko, ciepło i szczerze, jakby naprawdę ją zaskoczył.

— Oczywiście.

Wyciągnęła ku niemu rękę, pewnie i bez pytania. Tim zrozumiał, odblokował telefon i jej go podał.

Podeszła bliżej — w różowych sneakersach na koturnie czubkiem głowy sięgała mu ledwie do barku. Stanęła obok, tak blisko, że jej ramię dotknęło jego łokcia.

Tim od razu poczuł zapach, wyraźniejszy, niż powinien być. Mięsień przy szczęce napiął mu się na sekundę.

Irytujące.

Aurélie uniosła telefon i zrobiła zdjęcie.

Na ekranie pojawili się oboje. Ona z uśmiechem słodszym i szerszym niż ten, który nosiła na co dzień, on z miną, jaką zwykle miał podczas wypełniania nudnych dokumentów.

— Zazwyczaj ludzie na mój widok nie robią takich min — rzuciła z przekąsem, oddając mu telefon.

Tim go wziął. Uszy zrobiły mu się ciepłe, a głupie gorąco zaczęło się wspinać wyżej.

— To nie… — Urwał. — Nieważne.

Schował telefon do kieszeni. Aurélie poprawiła włosy jednym swobodnym ruchem i ruszyła ku wyjściu.

Tim odprowadził ją wzrokiem.

Kremowe szorty i koturny podkreślały długie nogi, ale jego spojrzenie zaraz przeniosło się na drzwi po lewej i faceta z kawą stojącego za rogiem. Utrzymał wzrok w tamtym miejscu przez kilka kroków, po czym znów spojrzał na jej plecy i równy krok. Ani razu nie sprawdziła, czy za nią podąża.