Uzyskaj dostęp do tej i ponad 250000 książek od 14,99 zł miesięcznie
Mroczna tajemnica, której początki sięgają powstania styczniowego... Niespodziewanie Rozaliję Rawską odwiedza Wiktor Podborski, były powstaniec i sybirak, przynosząc ze sobą pamiątkę sprzed lat – zdjęcie, symbol dawnej miłości. Tymczasem w eleganckim Hotelu Saskim dochodzi do makabrycznego morderstwa. Ferdynand Niedzielski, przyjaciel Podborskiego i towarzysz niedoli z syberyjskich zesłań, zostaje znaleziony z nożem wbitym w pierś. Na ostrzu widnieje wyryty napis: „Bóg, honor, ojczyzna”. Wszystkie poszlaki wskazują na Wiktora Podborskiego. Śledztwo podejmują się przenikliwy sędzia śledczy Leon Łempicki i niezawodna Maryla Rawska. Czy uda im się rozwikłać zagadkę morderstwa i ocalić Podborskiego? Jakie sekrety z przeszłości wyjdą na jaw i kto naprawdę stoi za zbrodnią? Przygotuj się na misternie utkaną intrygę, gdzie historia i osobiste dramaty przeplatają się w zapierającej dech w piersiach opowieści.
„Styczniowe dziecko” to trzecia powieść z serii stylowych kryminałów retro, których akcja dzieje się pod koniec XIX wieku w Krakowie i okolicy.
Małgorzata Sidor – zawodowo zajmuje się liczbami, analizując dane. Wychowała się na terenach, które wchodziły w skład ostatniego skrawka autonomicznej Polski porozbiorowej: Rzeczpospolitej Krakowskiej. Studiowała na Uniwersytecie Jagiellońskim, chłonąc atmosferę miasta wciąż przechowującego w pamięci anegdoty i wspomnienia z czasów cesarza Franciszka Józefa I. Z powołania odkrywczyni. Z powodu zanikania białych plam na Ziemi zdecydowała się na eksplorację przeszłości. Sentyment do Krakowa i zainteresowania skłoniły ją do osadzenia akcji powieści w tym właśnie mieście w drugiej połowie XIX wieku.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 402
Rok wydania: 2025
Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Małgorzata Sidor
Styczniowe dziecko
Nieślubna wdowaTom 3
LIND & CO
LIND & CO
@lindcopl
e-mail: [email protected]
Tytuł oryginału:
Styczniowe dziecko
Tom 3: Nieślubna wdowa
Wszystkie prawa zastrzeżone.
Książka ani jej część nie może być przedrukowywana ani w żaden inny sposób reprodukowana lub odczytywana w środkach masowego przekazu bez pisemnej zgody Wydawnictwa Lind&Co Polska sp. z o o.
Ten e-book jest zgodny z wymogami Europejskiego Aktu o Dostępności (EAA)
Wydanie I, 2026
Opracowanie redakcyjne: Agnieszka Dziewulska – Żółć
Projekt okładki: Beata Kulesza-Damaziak, studio KARANDASZ
Copyright © dla tej edycji:
Wydawnictwo Lind&Co Polska sp. z o o, Gdańsk, 2026
ISBN 978-83-67494-70-0
Opracowanie ebooka Katarzyna RekWaterbear Graphics
Zobaczyła go przez okno salonu.
Ubrany w ciepłe palto z sobolowym kołnierzem chroniące przed nagłym atakiem zimy, w meloniku przykrytym puchatą warstwą białego śniegu, wyglądał, jakby marzył tylko o tym, by zakończyć pospieszne przemierzanie krakowskich ulic i schronić się w ciepłym wnętrzu jednej z wiekowych kamienic.
A jednak przystanął w miejscu, gdzie ulica Grodzka wpadała w objęcia Rynku. Przyjrzał się kamienicy Rawskich niczym kupiec, który chciałby ją nabyć. Spojrzenie przesuwało się po sklepach mieszczących się na parterze i pierwszym piętrze, aż wreszcie dotarło do piętra drugiego. Patrzył na ciemne okno salonu, jakby wiedział, że za firaną stoi ona.
W miękkim świetle naftowych latarni, które od listopada zastąpiły w Krakowie oświetlenie gazowe, ujrzała jego twarz. Zadrżała. Ostatni raz widziała go dwadzieścia jeden lat temu. W trumnie.
Pamiętała głuchy odgłos zamykanego wieka. A potem suche trzeszczenie sznurów, na których spuszczono prostą powstańczą trumnę do pospiesznie wykopanego dołu. I pacnięcia mokrej ziemi, kiedy zasypywano ją razem z innymi.
Dotknęła palcami czoła i zamknęła oczy.
– To niemożliwe – szepnęła. Spojrzała jeszcze raz na ulicę, niewyraźną zza zasłony śniegu.
Grodzką przejechał tramwaj ciągnięty przez chudą kobyłę. Do uszu kobiety dotarły stukot kopyt i zgrzyt kół o szyny. Rozpędzone sanie, które w ten zimowy dzień zastąpiły dorożkę, wyprzedziły tramwaj i pojechały w stronę placu Wszystkich Świętych. Dźwięk gwizdka użytego przez tramwajarza rozświergotał się świdrującym, ostrzegawczym tonem oburzony na tę zniewagę.
Mężczyzna w zasypanym śniegiem meloniku opuścił głowę. Ocenił odległość od tramwaju, a stwierdziwszy, że jest bezpieczna, ruszył w stronę Sukiennic krokiem tak szybkim, jakby przypomniał sobie, że marznie. W ostatniej chwili minął słup latarni gazowej, na której straszyły czernią odcięte od paliwa kandelabry i uniknął zderzenia, tak często przydarzającego się teraz przechodniom, nieprzywykłym do zmiany miejskiego oświetlenia.
Zakręciło jej się w głowie. Zachwiała się i oparła o ścianę. Staromodna krynolina przekrzywiła się, odsłaniając ukryte pod spodem halki. Ona jednak nie zwróciła na to uwagi.
Pytania kłębiły się w głowie. Nic nie było już pewne oprócz jednego: przeszłość wróciła.
***
– Przyniesiono list – oznajmiła Hanka, wchodząc do salonu państwa Rawskich.
Stanęła przy drzwiach, trzymając w obu dłoniach srebrną tacę z korespondencją. Prześlizgnęła się wzrokiem po pani domu, korpulentnej Eulalii Rawskiej, zajętej głaskaniem ulubieńca, miniaturowego pinczerka Hopsia, później po jej córce, osiemnastoletniej Maryli Rawskiej o bladej cerze podkreślonej żałobną czernią modnej sukni z turniurą, noszonej po stracie narzeczonego, wreszcie po jej ciotce, Rozalji Rawskiej, która niewidzącym wzrokiem wpatrywała się w ścianę salonu, mnąc nerwowo gazetę.
Na dźwięk głosu Hanki Rozalja odłożyła „Nową Reformę”. Z mankietu staromodnej czarnej sukni wyjęła chusteczkę ozdobioną monogramem. Ścisnęła ją w dłoniach. Ułożyła zaciśnięte pięści na wybrzuszającym się materiale krynoliny okrywającym jej nogi. Przeniosła spojrzenie na tacę z listem, przytrzymując drobną dłonią cwikiery przy krótkowzrocznych oczach.
Hanka miała strapioną minę. Wyglądała, jakby nie mogła się zdecydować, komu przekazać kopertę.
– I cóż tak stoisz? Podaj mi list. Szybciutko! – zażądała pani Rawska.
Zdjęła Hopsia z kolan i wyciągnęła rękę. Pinczerek o sierści sterczącej na kształt szczeciny, szczególnie twardej i długiej na łbie oraz pysku, rozszczekał się jazgotliwie, protestując przeciw skąpieniu popołudniowej porcji należnych mu pieszczot. Jego pani zajęta była jednak sprawami ważniejszymi niż humor pupila.
– No już! – Pstryknęła palcami, popędzając służącą. – Podaj!
– Ale to elegancki list – zaprotestowała Hanka.
– A cóż to znowu? Czy ja eleganckich listów nie dostaję? – zaperzyła się pani Rawska. – Raz mi tu! List podaj i nie dyskutuj – zbeształa służącą.
Hanka obronnym gestem przytuliła tacę z korespondencją.
– Ale kiedy to list do pani Tekli.
– Ah oui… do Tekli… – Na twarzy pani Rawskiej odbiło się rozczarowanie, że korespondencja adresowana jest do szwagierki. – Więc zostaw tacę z listem na fortepianie. Tekla będzie mogła go przeczytać, kiedy wróci z pokoju dziecięcego.
Uderzyła dłonią o kolana. Hopsio uznał gest za zachętę, aby wrócić w objęcia swej pani. Wskoczył, zwinął się w kłębek niczym kot i zamknął oczy. W pokoju zapanowała cisza.
Hanka odjęła jedną rękę od tacy i wsunęła za ucho pasmo ciemnych włosów, które wyślizgnęły się z warkocza.
Maryla Rawska uśmiechnęła się złośliwie. Ależ oczywiście! Maman nie mogła pozwolić, aby Tekla poznała treść eleganckiego listu w samotności. Pani Rawska mogłaby się wtedy nie dowiedzieć, kto był nadawcą.
Dziewczyna oderwała wzrok od okna, przez które obserwowała ruch na ciemnej już ulicy Grodzkiej, dochodzącej pod kamienicą państwa Rawskich do krakowskiego Rynku Głównego.
– Pójdę powiedzieć cioci, że przyszedł do niej list – zaoferowała się.
Nie tylko matkę gryzła ciekawość, co zawierała tajemnicza korespondencja. Rodzina Rawskich obracała się w wysokich kręgach towarzyskich. Nie mogła się skarżyć na brak eleganckich listów przesyłanych na najwykwintniejszych papeteriach. Cóż więc było takiego w liście do Tekli, że Hanka wyróżniła go jako wyjątkowo elegancki?
Młoda panna wyszła z salonu zamaszystym krokiem przy cichej aprobacie matki. Aprobata jednak nie trwała długo. I dotyczyła wyłącznie inicjatywy córki.
– Mon Dieu! Maryla! Mówiłam ci, że panna powinna chodzić zwiewnie i miękko! – Usłyszała za plecami głos matki. – A ty znów grzmocisz parkiet obcasami jak żołnierz na paradzie.
Dziewczyna westchnęła. Już dawno pogodziła się z myślą, że nie jest jedną z tych eterycznych, zjawiskowych dziewcząt, które bywają natchnieniem poetów. Czuła się praktyczna aż do bólu i tak też się zachowywała. Jednak maman wciąż łudziła się, że zmieni córkę w istotę wywołującą westchnienia podziwu wśród mężczyzn.
Maryla, owszem, wywoływała westchnienia, ale zupełnie innego rodzaju. Pojawiły się, kiedy została dziedziczką fortuny zamordowanego w lutym narzeczonego, hrabiego Hipolita Niezwłockiego. I były to westchnienia spowodowane zazdrością.
***
Droga Teklo,
po śmierci mego drogiego kuzyna nasze drogi się rozeszły. Winię za to wyłącznie siebie, ale na usprawiedliwienie napiszę, że zajmując się Galicją jako jej namiestnik, całą osobą służę krajowi i ludziom go zamieszkującym.
Atoli niedługo będę przejazdem w Krakowie i zabawię tu dzień jeden. Bardzo chciałbym zobaczyć wdowę po moim drogim stryjecznym bracie.
Uczyń mi tę łaskę i daj się zaprosić na herbatę do Hotelu Saskiego, gdzie będę przebywał, zanim porwie mnie wir oficjalnych spotkań.
Mam graniczące z pewnością przekonanie, że musimy porozmawiać.
Łączę wyrazy szacunku,
Filip Krzysztof Artur Zaleski herbu Dołęga
Tekla zakończyła czytanie listu na głos. Złożyła go i wsunęła do koperty. Kopertę zaś położyła na kolanach okrytych drapowanym, szaro-wrzosowym materiałem sukni i przykryła dłońmi w domowych mitenkach. Jej postawa wręcz krzyczała, że kobieta nie puści korespondencji w obieg. Domownicy zebrani w salonie Rawskich zrobili zawiedzione miny.
– Sam namiestnik Galicji do ciebie napisał? – Pani Rawska wydawała się zazdrosna niczym pies ogrodnika o trawę zieleńszą w ogródku sąsiada. – Dlaczego? – Wycelowała w szwagierkę igłę, którą wyszywała bukiet niezapominajek na lnianej tkaninie.
– Nie wiem – odparła Tekla. – Ale biorąc pod uwagę, że jest to człowiek niezwykle zajęty i nie robi niczego bez powodu, podejrzewam, że chce mi przekazać niezwykle istotną informację. – Uśmiechnęła się, ale uśmiech wydawał się sztuczny. Jakby Tekla chciała na siłę przekonać rodzinę, że wszystko jest w porządku. Widocznie ona i jej siostra bliźniaczka, Rozalja, bezwiednie synchronizowały nastroje. Rozalja bowiem od zmierzchu wydawała się nieswoja i rozkojarzona.
Pani Rawska skrzywiła się, jakby spróbowała potrawy, która absolutnie nie przypadła jej do gustu.
– Cóż jest tak istotnego, że nie może zostać wyjawione całej rodzinie? – spytała.
Tekla zajęła się poprawianiem fałd sukni z turniurą z taką starannością, jakby zaraz miała wejść do sali balowej. A przecież toaleta prezentowała się na filigranowej kobiecie perfekcyjnie. Być może dlatego, że – jak zawsze w przypadku Tekli – odzież była w najlepszym gatunku i najmodniejszym fasonie.
Pani Rawska postukiwała tępym końcem igły o podłokietnik neorokokowego fotela na wygiętych nóżkach, który wyglądał tak, jakby nie mógł unieść ciężaru siedzącej na nim osoby. Regularny dźwięk rozchodził się po salonie, drażniąc czułe ucho Maryli. Jednak Tekla, w którą wycelowane było owo ponaglające stukanie, udawała, że nie słyszy. Zakończyła poprawianie materiału sukni i zabrała się za lustrowanie stanu mankietów.
Hopsio przerwał obgryzanie pantofla pana domu. Stukanie igły pani Rawskiej przybrało na sile. Tekla przeszła do sprawdzania dłońmi stanu fryzury.
Hopsio zaskomlał. Stukanie igły nie ustawało. Tekla odjęła dłonie od włosów i ułożyła je na kolanach. Mina kobiety wyrażała konsternację. Wyglądało na to, że nie miała pomysłu, co jeszcze mogłaby poprawić.
Hopsio pisnął i dał nura pod sofę, zostawiając pantofel na środku salonu. Pani Rawska zaprzestała stukania igłą o podłokietnik.
– O czym też namiestnik Zaleski chce z tobą rozmawiać? – Zawiesiła pytanie na mroku zalegającym salon, rozpraszanym rozedrganym światłem lamp naftowych.
Zupełnie jakby myślała, że powtarzanie pytania przyniesie wreszcie odpowiedź – westchnęła w duchu Maryla.
– Cóż, dowiem się tylko wtedy, gdy pójdę na spotkanie, prawda? – Tekla wzruszyła ramionami i znów zaczęła poprawiać mankiety.
– Ależ oczywiście, że musisz pójść i porozmawiać z nim – zgodziła pani Rawska.
Ha! Jeśli Tekla wybierze się na spotkanie z namiestnikiem sama, wtedy już nikt nie dowie się, o czym rozmawiali – pomyślała Maryla. Nie lubiła cudzych tajemnic. Odnosiła wrażenie, że starsze pokolenie Rawskich ma ich w nadmiarze. Ot, choćby zagadka adopcji jej stryjecznego brata, Karola, o której dowiedziała się przez przypadek w tym roku. I co do której nikt nie chciał puścić pary z ust, choć w listopadowym Krakowie zrobiło się już wystarczająco zimno.
Należało zdecydowanie przeciwdziałać przyrostowi tajemnic w rodzinie!
– Pójdę z tobą, ciociu – powiedziała tonem nieznoszącym sprzeciwu, jak wtedy, gdy rozdzielała zadania służbie jeżmanowskiego pałacu odziedziczonego po Hipolicie. – Skorzystam z okazji, że pan namiestnik Zaleski odwiedza nasze miasto. Wręczę mu petycję od właścicieli gorzelni – wyjaśniła. – Mamy ostatnio kłopoty, którym namiestnik mógłby zaradzić, gdyby tylko o nich wiedział. – Zrobiła niewinną minę, licząc na to, że obiektywna potrzeba nie wywoła protestu ciotki.
– Rilka! – Pani Rawska użyła zdrobnienia stosowanego wyłącznie przez rodzinę. – A ty znów o interesach! – Gwałtownym ruchem wbiła igłę w rozpięty na tamborku materiał. – Ostrzegam cię! Takiej panny, która rozmawia o biznesach, zamiast o wystawach i teatrze, nikt nie zechce za żonę.
Maryla wzruszyła ramionami.
– Przypominam ci, maman, że wciąż jestem w żałobie po Hipolicie – odparła spokojnie niskim, jakby lekko schrypniętym głosem. – I zamążpójście mnie nie interesuje.
W rzeczywistości była to połowa prawdy. Nie interesowało jej nie tyle samo małżeństwo, ile wychodzenie za mąż za człowieka, który, podobnie jak matka, miałby pretensje do rozporządzania życiem Maryli wedle własnego uznania. Żałoba, którą wybrała, miała ukrócić zapędy matki do ponownego szukania dobrej partii dla jedynaczki. Maryla miała jeszcze rok i trzy miesiące na zastanowienie się, jak pokierować własnym życiem, gdyby zdecydowała się na dwuletnią żałobę wzorem Francuzek.
– Zabraniam ci brać udział w takich aferach jak wręczanie petycji. Ledwo w styczniu osiemnaście lat skończyłaś, winnaś słuchać rodziców. Cóż to za maniera, aby panna sama o sobie decydowała i takie rzeczy robiła! To nie uchodzi – pouczyła Marylę matka. – Teklo droga, nie sądzisz, że lepiej by było, gdybyś zaprosiła pana namiestnika do nas na herbatę? – zmieniła temat, rezygnując z jałowych sporów z córką.
Tekla pokręciła przecząco głową.
– Z pewnością namiestnik Zaleski nie ma aż tyle czasu, aby spędzać go tutaj – powiedziała. – Dopiero co wybrano nowego prezydenta miasta, będzie musiał się z nim spotkać. I odbyć mnóstwo innych oficjalnych wizyt.
Pani Rawska westchnęła. Czasem trudno przychodziło jej zaakceptowanie, że istnieją obywatele miasta, którzy okazują się ważniejsi od niej. Przeniosła uwagę na córkę, jakby potrzebowała kogoś, na kim mogłaby wyładować zły humor.
– A ty sobie zapamiętaj: nigdzie nie jedziesz z ciotką! – nakazała.
Maryla zmrużyła oczy i spojrzała na panią Rawską wzrokiem, jakim tygrys patrzy na ofiarę, zanim zaatakuje.
Nie odpowiedziała. Nauczyła się, że czasami warto pozwolić matce myśleć, że ma w domu ostatnie słowo. Ale uważała się za godnego przeciwnika swojej rodzicielki. I nie zamierzała rezygnować z planów, jakie właśnie wykluły się w jej głowie.
Pachniało zimą.
Sędzia śledczy Leon Łempicki wyszedł z kancelarii Władysława Grabowskiego przy ulicy Wiślnej pod numerem dziewiątym. Wciągnął głęboko w płuca mroźne powietrze. A później wypuścił je z odgłosem godnym lokomotywy parowej. Tak, zdecydowanie pachniało zimą. W powietrzu unosiły się płatki śniegu, które leniwie, acz konsekwentnie podwyższały pierzynę pokrywającą miejski bruk.
Spojrzał na dłonie okryte beżowymi rękawiczkami z koźlej skórki. Trzymał w nich kartę sezonową na ślizgawkę Krakowskiego Towarzystwa Łyżwiarskiego. Obrócił ją kilka razy w palcach. I cóż miał zrobić z tym kartonikiem? Doceniał, że Grabowski, podskarbi Towarzystwa Wioślarskiego, wręczył mu ten dowód wdzięczności za zasługi jako pierwszemu. Zanim inni wioślarze dowiedzą się, że będą mogli szlifować formę także teraz, kiedy lód skuł już Wisłę, a po treningach pozostały tylko wspomnienie i tęsknota za wiosną. Ale na Boga! Wioślarze powinni mieć silne ręce, nie nogi!
Jak miał wzmacniać górną część ciała? Jedyną formą ćwiczenia ramion podczas łyżwowania było machanie nimi w celu utrzymania równowagi. A przynajmniej tak wyobrażał to sobie Leon, który nigdy nie wszedł na lodowisko. On, najlepiej zapowiadający się sędzia śledczy w Krakowie, absolwent Uniwersytetu Franciszkańskiego we Lwowie, świetny wioślarz i piechur, nie potrafił jeździć na łyżwach!
Ogarniała go panika. Jak miał się do tego przyznać towarzyszom, z którymi cały sezon spędził w jednej łodzi? Albo tym, z którymi z poświęceniem niósł pomoc podczas czerwcowej powodzi? Było to absolutnie niemożliwe. Musiał szybko wymyślić coś, co pozwoli mu nauczyć się podstaw łyżwowania.
Westchnął ciężko. Otworzył skórzaną teczkę, którą dostał od rodziców w prezencie, kiedy dowiedzieli się, że został mianowany sędzią śledczym. Włożył kartę na ślizgawkę do jednej z przegródek. Wyjął elegancki notes w skórzanej oprawce wytłaczanej w geometryczne wzory, w którym prowadził notatki ze śledztw, zapisywał plan działań na każdy dzień i wykreślał zrealizowane punkty.
Dość myślenia o prywatnych wyzwaniach! Czas popracować.
Wizyta w kancelarii podskarbiego Towarzystwa Wioślarskiego wpisywała się w dzisiejszą marszrutę między jednym a drugim wysoko postawionym świadkiem, których nie warto było fatygować na oficjalne przesłuchanie. Zapewnienie im wygody procentowało bowiem nie tylko lepszymi jakościowo zeznaniami, ale i możliwością zacieśnienia kontaktów towarzyskich, co w przyszłości mogło mu pomóc zajść daleko. A ambicje miał wielkie.
Otworzył notes, aby wykreślić punkt dnia o odbiorze karty i przeszedł do następnego:
Przesłuchać hrabinę Potocką w sprawie deski, która spadła aktorce na głowę podczas przedstawienia.
Deska, która omal nie pozbawiła życia pani Wójcickiej, artystki tutejszego teatru, pozwoliła Łempickiemu pielgrzymować po domach bogatych krakowian będących świadkami owego feralnego przedstawienia. Oglądali całe zajście nie dość, że z najlepszych miejsc, to jeszcze przez modne obecnie małe lornetki teatralne w oprawie z masy perłowej. Mogli więc ujrzeć coś, co rzuci nowe światło na śledztwo.
Przynajmniej taka była oficjalna wersja powodów jego peregrynacji. Bo nieoficjalnie Leon był niemal pewien, że obecne śledztwo, relacjonowane ze swadą przez krakowską prasę, nie było skutkiem usiłowania morderstwa przez konkurentkę do roli, jak szeptało się w kuluarach, tylko powolnego rozpadania się teatru. Wystarczyło spojrzeć na konstrukcję schodów ewakuacyjnych – chwiejących się przy silniejszych podmuchach wiatru – aby wiedzieć, że jeśli właściciele szybko nie zadbają o budynek, niedługo nie będzie co zbierać. I z budynku, i z pogrzebanych pod nim artystów.
Tyle dobrego, że wypadek ów wzmógł dyskusję o potrzebie zbierania funduszy na budowę nowego teatru.
Sędzia zamknął notes, wsunął go do teczki i ruszył w stronę Pałacu pod Baranami. Znał ten budynek od środka. Kiedy w lutym prowadził śledztwo w sprawie śmierci hrabiego Hipolita Niezwłockiego, tropy doprowadziły go i tutaj.
Westchnął ciężko na wspomnienie tamtego śledztwa. I Maryli Rawskiej, niedoszłej żony Niezwłockiego. Osiemnastoletnia panna spędzała mu sen z powiek. Rozwiązała dwa śledztwa, z których jednemu nie podołał samodzielnie, ale w drugim byli już partnerami w sprawie. A poza tym sprawiała, że krew żywiej krążyła w żyłach Leona, kiedy tylko wspominał jej imię. I pojawiała się regularnie w jego marzeniach sennych.
Serce Leona tęskniło. Ostatni raz rozmawiał z dziedziczką fortuny Niezwłockiego w czerwcu. I marzył o kolejnym śledztwie, które mogłoby posłużyć za pretekst do współpracy z Marylą. A tu, jak na złość, prozaiczna deska! Wciąż nie trafiała się sprawa na tyle ważna, aby mógł zaproponować pannie Rawskiej współpracę, zachowując pozory wiarygodności.
***
– Gotowe – powiedziała do siebie Maryla Rawska.
Postawiła ostrożnie kropkę po ostatniej literze tekstu, którym opatrzyła teczkę na dokumenty zawiązywaną na gustowne czerwone sznurki zakończone chwościkami. Ostrożnie odłożyła pióro na podkładkę do pisania.
Znała siebie. Ostatnią kropkę stawiała zazwyczaj tak zamaszyście, że tworzył się kleks i trzeba było przepisywać tekst od początku. Tym razem nie mogła sobie pozwolić na błąd. Drugiej teczki nie miała, a petycja właścicieli gorzelni do namiestnika Zaleskiego wymagała eleganckiej oprawy.
Kiedy dokument został zapakowany, Maryla wstała od stolika do pisania i przeszła do toaletki. Odpięła zwisający na łańcuszku u pasa kluczyk. Podniosła muślinową materię zakrywającą blat i otworzyła szufladę toaletki. Skrywała w niej swoje największe skarby: aktualnie czytaną książkę o anatomii, której maman nigdy by nie zaaprobowała, i pamiętnik zamykany na kłódeczkę, który podczas śledztw służył jej do notowania spostrzeżeń. Teraz do tajnej szuflady dołączyła teczka z petycją.
Dziewczyna odetchnęła z ulgą. Jutro wyjmie petycję i uda się do namiestnika. A maman o niczym się nie dowie.
Maryla zamknęła szufladkę na kluczyk. Uznała, że wystarczy pracy na dziś. Resztę popołudnia mogła spędzić z rodziną. Wyszła ze swojego pokoju i ruszyła do salonu, w którym gromadziła się rodzina Rawskich.
Chwilę później zamykała za sobą drzwi najbardziej reprezentacyjnego pomieszczenia w czternastopokojowym mieszkaniu, dbając o to, aby ciepło od nagrzanego pieca kaflowego nie uciekało na korytarz.
Rozalja odczytywała na głos treść kroniki miejscowej i zagranicznej, jak to robiła zazwyczaj, uprzyjemniając rodzinie leniwe domowe wieczory.
Przyjechali do naszego miasta od 19 do 26 listopada 1884 roku.
Do Hotelu Saskiego: Karol hrabia Bobrowski, właściciel dóbr z Pustkowa. Romuald Zieleniecki, właściciel majątku na Wodnej. Maria i Malwina Skrzyszowskie, właścicielki dóbr z Jarosławia. Wiktor Podborski i Ferdynand Niedzielski, weterani z 1863 roku, powracający z Irkucka na Syberii, w drodze na emigrację do Paryża.
Rozalja odsunęła cwikiery od oczu i przetarła je chusteczką wyjętą z rękawa sukni. Dłonie lekko jej drżały. Od wczoraj zachowywała się dziwnie. Jakby coś bardzo ją zdenerwowało.
– Podborski i Niedzielski? – powtórzył pan Henryk Rawski, ojciec Maryli. – Nie znam. Ciekawe pod kim walczyli.
Maryla zastrzygła uszami. Może dowie się czegoś więcej o czasach powstania styczniowego? To była jedna z tych tajemnic, które rodzina Rawskich skrywała przed najmłodszym pokoleniem za zasłoną milczenia.
– Nic dziwnego, że zatrzymali się w Hotelu Saskim – zauważyła Tekla. – Ten hotel był sławny w sześćdziesiątym trzecim roku. Pamiętacie? Mieścił się tam ośrodek prac powstańczych.
Pani Rawska syknęła, jakby chciała uciszyć Teklę. Ręce Rozalji zadrżały tak mocno, że upuściła gazetę na podłogę.
– A ty w którym hotelu będziesz podejmowana przez namiestnika? – Pani Rawska skierowała rozmowę na inne tory.
Tekla się uśmiechnęła.
– Wyobraź sobie, Eulalio, że właśnie w Saskim. Drogi kuzyn mojego świętej pamięci męża przysłał wejściówkę na peron, na którym będą go oczekiwali hrabia Badeni oraz radcy dworu Englisch i Hayling. Mam zgłosić się do któregoś z nich. Wspólnie pojedziemy do hotelu z dworca, kiedy namiestnik dotrze do Krakowa.
Pani Rawska chrząknęła.
– Przysłał tylko jedną wejściówkę? – zapytała.
– Owszem. Bardzo mi przykro – potwierdziła Tekla. Jej mina wyrażała jednak nie żal, ale satysfakcję z powodu wyróżnienia.
– Cóż za niedopatrzenie – mruknęła pani Rawska, z trudem ukrywając rozczarowanie.
Maryla westchnęła. Pojedyncza wejściówka na dworzec znacząco utrudniała jej plany. Będzie musiała improwizować.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji
