Strażnik Willowbrook - Justyna Kreft-Dudek - ebook

Strażnik Willowbrook ebook

Justyna Kreft-Dudek

5,0
14,99 zł

Ten tytuł znajduje się w Katalogu Klubowym.

DO 50% TANIEJ: JUŻ OD 7,59 ZŁ!
Aktywuj abonament i zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego, aby zamówić dowolny tytuł z Katalogu Klubowego nawet za pół ceny.


Dowiedz się więcej.
Opis

Willowbrook to spokojne, senne miasteczko, gdzie czas płynie wolniej, a życie toczy się utartym rytmem. Dla księdza Henry’ego to bezpieczna przystań – miejsce, w którym prowadzi swoją owczarnię ścieżkami wiary.

Pewnego dnia jednak w jego życie wkrada się coś niepokojącego. Tajemnicze głosy, niespodziewane zjawy i cieniste postacie zaczynają podważać to, w co zawsze wierzył. Aby odnaleźć odpowiedzi, Henry będzie musiał sięgnąć do najstarszej legendy miasteczka i zmierzyć się z tajemnicą, która od wieków pozostawała niewyjawiona.

Tajemnicą, która może kosztować go nie tylko życie, ale i bezpieczeństwo jego parafian.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)

Liczba stron: 306

Oceny
5,0 (1 ocena)
1
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
AnnaPiecy

Nie oderwiesz się od lektury

Muszę przyznać, że książka bardzo mocno mnie zaskoczyła. Sięgając po nią spodziewałam się zupełnie czegoś innego, niż otrzymałam. Nie oznacza to jednak, że się rozczarowałam. Jestem pod wrażeniem tej powieści. Polecam ją tym, którzy szukają w książce czegoś więcej.
00



Prolog

Obudziłem się z krzykiem. Pot spływał mi po plecach, a serce waliło jak oszalałe. Koszmary znów przybrały na sile. Przetarłem oczy, zgarniając przy okazji niesforne loki z czoła. Usiadłem na łóżku, wiedząc, że sen tej nocy nie przyniesie mi już ukojenia.

Na zewnątrz szalała burza. Pioruny raz po raz przecinały niebo, z trzaskiem uderzając w ziemię. Mogłoby się wydawać, że są tuż obok ‒ że jeśli tylko wyjdziesz na zewnątrz, obiorą cię sobie na cel. Będą razić raz za razem, aż nie zostanie po tobie nic... tylko popiół. Popiół, który rozwiany przez wiatr osiadłby gdzieś na drzewach i kwiatach w pobliskich ogrodach.

Mimo szalejącego żywiołu miasteczko wydawało się wyjątkowo spokojne. Żadne światło świecy nie migotało w oknach, żadna zbłąkana postać nie przemykała się ulicami. Willowbrook było niczym wymarłe ‒ pogrążone w ciszy, rozświetlane jedynie chwilowymi błyskami burzy.

Powoli wstałem z łóżka. Plecy zaprotestowały bólem, gdy zmieniłem pozycję.

‒ Do cholery, nie jesteś jeszcze stary ‒ mruknąłem, jakbym sam chciał w to uwierzyć. ‒ Masz dopiero trzydzieści cztery lata, Henry.

Podszedłem do zlewu i nalałem sobie szklankę zimnej wody. Gardło drapało wyschnięte, a płyn przyniósł ulgę, ale tylko na chwilę.

Rozejrzałem się po kuchni ‒ skromnej, drewnianej, wyposażonej jedynie w to, co niezbędne. Nigdy nie lubiłem zagracać mieszkania bibelotami. Moje spojrzenie zatrzymało się na oknie ‒ czarna noc zdawała się tam pulsować, jakby coś w niej czekało.

Przymknąłem oczy i powoli potarłem skronie. Ciemna postać z mojego snu wciąż czaiła się pod powiekami ‒ wyniosła, wysoka i przerażająco mroczna. Czułem jej obecność niemal namacalnie, jakby stała tuż za mną.

‒ Boże, daj mi siłę ‒ wymamrotałem w przestrzeń, czując, jak drży mi głos. ‒ Chroń mnie ode złego... i nie pozwól, by mroczne moce zaćmiły umysł Twojego sługi.

Na zewnątrz grzmot rozdarł niebo, a błyskawica na ułamek sekundy rzuciła cień na ścianę ‒ znów ta sama zmora, ale jakby jeszcze mniej ludzka.

Wzdrygnąłem się, gdy nagle przeszedł mnie lodowaty dreszcz, taki, który sięga głęboko pod skórę, celując prosto w kości. Odłożyłem kubek do zlewu i wróciłem do łóżka. Miałem dość. Dość zimna, dość dreszczy, dość strachu. Szczelnie otuliłem się kołdrą. Cokolwiek czaiło się na mnie w mroku, musiało dać mi teraz święty spokój. Potrzebowałem snu.  

Rozdział 1

W kościele panowała cisza. Wszystkie głowy były pochylone ‒ pogrążone w modlitwie lub we własnych myślach.

Przechadzałem się powoli między masywnymi drewnianymi ławami, przyglądając się obliczom wiernych ‒ skruszonym, zamyślonym... lub zupełnie znudzonym. Moje kroki odbijały się echem od kamiennej posadzki, niosąc się po wielkiej sali.

‒ Każdy z nas grzeszy ‒ powiedziałem niskim, lekko zachrypniętym głosem. ‒ Niezależnie od wieku, statusu czy płci. Wszyscy jesteśmy grzeszni w Jego oczach. I to w naszych rękach spoczywa, jak wielka będzie kara za nasze uczynki.

Zamilkłem na chwilę, pozwalając, by moje słowa wybrzmiały.

‒ Nie wystarczy nie czynić zła ‒ dodałem ciszej, niemal szeptem. ‒ Trzeba czynić dobro. Trzeba wyjść z inicjatywą, by poprawiać nie tylko własne życie, ale i los tych, którym się nie poszczęściło. Nakarmić głodnych... odziać zmarzniętych... napoić spragnionych...

Powiodłem wzrokiem po zgromadzonych. Niektórzy wciąż mieli spuszczone głowy, pogrążeni w myślach lub modlitwie. Jednak dostrzegłem też twarze pełne uwagi ‒ wpatrzone we mnie z nadzieją, oczekujące słów pocieszenia.

Widząc ich skupienie, uśmiechnąłem się z zadowoleniem. W tym miejscu to ja byłem ich pasterzem, ich stróżem, ich przewodnikiem.

‒ Nie lękajcie się szukać rady u Boga. ‒ Mój głos zabrzmiał pewnie, z mocą. ‒ Nie odwracajcie wzroku od nieszczęścia innych. Bądźcie lepsi od siebie z dnia poprzedniego. Amen.

‒ Amen ‒ odpowiedział mi chór głosów.

‒ Idźcie w pokoju ‒ dodałem, kierując kroki w stronę konfesjonału. Wiedziałem, że zaraz pojawią się ci, którym grzech ciążył na duszy.

Usiadłem wygodnie w niewielkim drewnianym boksie. Od spowiadającego się dzieliła mnie ażurowa drewniana ścianka przysłonięta przezroczystą firanką. Osoba po drugiej stronie mogła dostrzec jedynie mój zarys.

‒ Wybacz, ojcze, bo zgrzeszyłem. ‒ Usłyszałem cichy męski głos. Bez trudu rozpoznałem po nim miejscowego piekarza Andrew.

‒ Co cię trapi, przyjacielu? ‒ zapytałem łagodnie.

Andrew odetchnął głęboko, jakby zbierał siły, by zrzucić z siebie ciężar świata.

‒ Zakochałem się, ojcze... ale grzesznie. ‒ Jego głos zadrżał. ‒ Ona jest mężatką. Nie chcę grzeszyć. W jego słowach było tyle żalu, że niemal czułem, jak bije się z własnym sumieniem.

‒ Czy między wami do czegoś doszło? ‒ zapytałem ostrożnie.

‒ Nie! ‒ zaprzeczył gwałtownie. ‒ To byłby grzech!

‒ Rozumiem, rozumiem... ‒ powiedziałem uspokajającym tonem. ‒ Jesteś dobrym człowiekiem. Cieszę się, że przyszedłeś z tym do mnie.

Zawahałem się przez chwilę, ważąc słowa.

‒ Kuszenie jest jedną z cech Złego. ‒ Mówiłem powoli, chcąc, by każde słowo zapadło mu w pamięć. ‒ I to od naszej wiary zależy, jak silni będziemy, by się mu przeciwstawić. Nie daj się zwieść pokusie, Andrew... a wszystko się ułoży. Uczucia z czasem przygasają. Znajdziesz kogoś, kto będzie wspierał cię w twojej wierze i da ci rodzinę, o której marzysz.

Po drugiej stronie zapadła cisza.

‒ Dziękuję, ojcze... Tak zrobię. ‒ Głos piekarza był spokojniejszy, jakby ciężar rzeczywiście spadł z jego barków.

Kilku innych mieszkańców także przyszło wyznać grzechy minionego tygodnia. Cierpliwie wysłuchiwałem opowieści o kopniętym psie, skradzionym jabłku czy zawistnych myślach. Wszystko to było błahe, niemal naturalne ‒ jakby ludzie tutaj wręcz drżeli na samą myśl o złych uczynkach i powstrzymywali się od nich siłą woli.

Poczułem zadowolenie. Znaczyło to ni mniej, ni więcej, niż że dobrze pełnię swoją funkcję ‒ prowadzę ich właściwą ścieżką.

‒ Witaj... ojcze. ‒ Usłyszałem nagle kobiecy głos.

Zmarszczyłem brwi. To nie było rozpoznawalne dla mnie brzmienie. Głos był jednocześnie ciepły i lodowaty. Urzekający... i niebezpiecznie kuszący.

‒ Moja droga? ‒ Zaśmiała się cicho.

Zimny dreszcz przebiegł mi po plecach. W tym chichocie było coś... niepokojącego.

Przełknąłem ślinę i chrząknąłem, starając się ukryć nerwowość. Czekałem, aż tajemnicza kobieta zacznie swoją spowiedź.

‒ Trapi mnie wiele, ojcze... ‒ Jej szept znów zabrzmiał tuż obok. ‒ Ale nie wiem, czy mam jakieś grzechy do wyznania.

‒ Wszyscy grzeszą. ‒ Mój głos zadrżał ledwie zauważalnie. ‒ Nie słuchałaś mojego kazania? ‒ dodałem, próbując zabrzmieć pewniej.

‒ Oczywiście, że słuchałam. ‒ Mówiła cicho, niemal melodyjnie. Nie widziałem jej twarzy, ale wiedziałem, że się uśmiecha. ‒ Po prostu... ja nie jestem każdy.

‒ Dlaczego więc przystąpiłaś do spowiedzi? Jaki masz w tym cel?

‒ Chciałam z tobą porozmawiać, księżulku. ‒ Ostatnie słowo przeciągnęła z rozbawieniem. ‒ Sprawdzić, jak ci się śpi w nocy.

Zamrugałem zdezorientowany.

‒ Co? ‒ wykrztusiłem. Serce przyspieszyło mi niepokojąco. ‒ Kim jesteś?

‒ Martwię się o ciebie, Henry... ‒ Jej głos przybrał niemal pieszczotliwy ton. ‒ Wyglądasz na zmęczonego.

Słowa wybrzmiały z nutą flirtu, ale pod tym słodkim dźwiękiem czaiło się coś złowieszczego.

Nie czekałem dłużej. Chwyciłem firankę i szarpnąłem ją na bok, by zobaczyć, kto sobie ze mną pogrywa.

Za kratką... nie było nikogo.  

Rozdział 2

Do domu wróciłem niemal biegiem. Serce waliło mi jak młot, a pot spływał po skroniach. Kimkolwiek... a raczej czymkolwiek było to, co rozmawiało ze mną w konfesjonale, nie było człowiekiem. I wiedziało o mnie zdecydowanie za dużo.

Zatrzasnąłem drzwi i oparłem się o nie plecami, a potem osunąłem się na podłogę. Oddychałem ciężko, jakbym właśnie przebiegł kilka kilometrów.

‒ Weź się w garść, Henry ‒ powiedziałem, ale mój głos zabrzmiał słabo, niemal żałośnie.

Koszmary... a teraz to. A może... może to tylko moja wyobraźnia? Może przemęczony umysł płata mi figle, a to całe spotkanie w kościele nigdy się nie wydarzyło?

Pomyślałem o ciepłej herbacie, o łóżku... o tym, jak bardzo pragnąłem po prostu zasnąć i obudzić się w świecie, w którym wszystko wróciło do normy.

‒ Tak... po prostu się prześpij ‒ szepnąłem, niemal błagalnie.

W tej chwili naprawdę chciałem w to uwierzyć.

Wstałem i skierowałem się do łazienki, bo było tam coś, co zdecydowanie mogło mi pomóc. Tabletki nasenne. Łyknąłem od razu dwie, nawet się nie zastanawiając, i ruszyłem prosto do łóżka. Ubrania zdejmowałem już po drodze, rzucając je w kąt, natomiast koloratkę delikatnie ułożyłem na nocnym stoliku. Czasami tylko praca trzymała mnie przy zdrowych zmysłach ‒ bycie pastorem, pasterzem dla ludzi, którzy słuchali moich rad i szczerze wierzyli w moje słowa. Czułem się potrzebny. Tutaj, w Willowbrook, gdzie ludzie byli mili, a czyste powietrze wypełniało płuca. Ułożyłem się na poduszce i niemal od razu odpłynąłem w błogi sen, bez koszmarów.

Obudziłem się, kiedy poranne słońce wpadło przez zasłony. Czułem się o niebo lepiej. Ziewnąłem, rozciągając ramiona, i poczułem, jak wraca krążenie. Zszedłem z łóżka, dotknąłem stopami zimnej podłogi, a potem skierowałem się pod prysznic. Chłodna woda zmyła resztki snu, a ja poczułem się gotowy na kolejny dzień. Umyty stanąłem przed lustrem i przypomniałem sobie wczorajszą rozmowę w konfesjonale. Miałem ochotę obśmiać samego siebie, że tak łatwo dałem się ponieść wyobraźni. Wróciłem do sypialni i włożyłem ulubioną koszulę i ciemne, pasujące do niej spodnie. Sięgnąłem po koloratkę, by dopełnić mój strój. W kuchni od razu wziąłem się do śniadania. Miałem ochotę na coś lekkiego, więc ugotowałem sobie kilka jajek. Było jeszcze sporo czasu do kolejnego nabożeństwa, mogłem zatem delektować się spokojnym porankiem.

Wydarzenia ostatnich dni zdawały się tylko wymysłami zmęczonego umysłu. Koszmary, tajemnicze obecności i niepokój czający się za plecami ‒ wszystko to skończyło się wraz z kilkoma godzinami snu. Uśmiechnąłem się, popijając powoli kawę. Teraz już będzie tylko dobrze.

Po skończonym śniadaniu posprzątałem kuchnię i zdecydowałem się, korzystając z pięknej pogody, zrobić sobie spacer okrężną drogą do kościoła. Willowbrook było małym, urokliwym miasteczkiem, gdzie czas zdawał się płynąć wolniej. Wąskie brukowane uliczki prowadziły przez centrum z niewielkimi sklepami z drewnianymi witrynami, a ich właściciele zawsze witali klientów serdecznym uśmiechem.

Na rogu głównej ulicy stała piekarnia, z której unosił się zapach świeżo pieczonego chleba i słodkich bułeczek. Piekarz Andrew, mężczyzna w średnim wieku, zawsze miał dla każdego dobre słowo i ciepły uśmiech. Przed piekarnią stały drewniane ławki, na których mieszkańcy często przysiadywali, delektując się wypiekami i rozmawiając o codziennych sprawach.

Nieopodal znajdowała się biblioteka, budynek z czerwonej cegły, z dużymi oknami i drewnianymi drzwiami. Wewnątrz panowała cisza, a półki były wypełnione książkami o najróżniejszych tytułach. Bibliotekarka Margaret zawsze chętnie pomagała znaleźć odpowiednią lekturę i opowiadała o najnowszych nabytkach. Biblioteka była miejscem, gdzie można było zanurzyć się w świecie literatury i zapomnieć o troskach dnia codziennego.

Domy w Willowbrook były niskie, z czerwonymi dachówkami i ogródkami pełnymi kwiatów. W powietrzu unosił się zapach świeżo skoszonej trawy i kwitnących jabłoni. Ludzie byli mili i uprzejmi, często zatrzymywali się na krótką rozmowę, wymieniając się najnowszymi plotkami i życząc sobie nawzajem dobrego dnia.

Spacerując, mijałem bawiące się na podwórkach dzieci, których śmiech niósł się echem po całym miasteczku. Starsze panie siedziały na ławkach, rozmawiając o dawnych czasach, a młodzi ludzie jeździli na rowerach, korzystając z wolnego dnia.

Kościół znajdował się na obrzeżach miasteczka, otoczony zielonymi polami i starymi dębami. Jego kamienne mury były porośnięte bluszczem, a widoczna z daleka wieża górowała nad okolicą. Wokół świątyni rozciągał się cichy cmentarz, gdzie spoczywali mieszkańcy Willowbrook. Ich groby były zawsze zadbane i ozdobione świeżymi kwiatami.

Pogoda była piękna, słońce świeciło jasno, a na niebie nie było ani jednej chmury. Delikatny wiatr poruszał liśćmi drzew, przynosząc ze sobą delikatny chłód. Czułem się spokojny i zrelaksowany, idąc tą drogą. Wiedziałem, że cokolwiek martwiło mnie jeszcze wczoraj, dzisiaj nie ma już znaczenia.  

Rozdział 3

‒ Strach jest tylko wytworem naszego umysłu ‒ zacząłem, stojąc na ambonie. ‒ Boimy się tego, co ludzie o nas pomyślą, jak zareagują, gdy zaczniemy zachowywać się inaczej. Boimy się podążać za marzeniami lub zwyczajnie martwimy się o naszą przyszłość.

Przesunąłem wzrokiem po zgromadzonych. Część osób przytaknęła ledwo zauważalnie, jakby rozumiała moje słowa aż za dobrze.

‒ To naturalne się bać, gdyż strach przed nieznanym chronił naszych przodków przed niebezpieczeństwami dzikiego świata. Jednak teraz jesteśmy bezpieczniejsi niż kiedykolwiek. Mamy dachy nad głową, jedzenie, którego nie trzeba testować, łapać lub bić się o nie. Dlaczego więc tak boimy się podążać za Słowem Bożym? Dlaczego lękamy się nieść pomoc potrzebującym z obawy, że dla nas nie wystarczy?

Przerwałem na chwilę, by się upewnić, że moje słowa zapadają im w pamięć.

‒ Pomyślmy o osobach, które mimo strachu zdecydowały się na odważne kroki. Jak Abraham, który zaufał Bogu i wyruszył w nieznane, czy Dawid, który stanął przed Goliatem, wierząc, że Jahwe jest z nim. Strach jest naturalny, ale nie powinien nas paraliżować. Powinniśmy zaufać Stwórcy i podążać za Jego słowem. Jezus powiedział: „Nie bójcie się, bo Ja jestem z wami”. To przesłanie powinno nas inspirować do działania, do niesienia pomocy innym, do podążania za marzeniami.

Zakończyłem spokojnym tonem:

‒ Zachęcam was, abyście zaufali Bogu, przezwyciężali swoje lęki i działali odważnie. Niech nasze życie będzie świadectwem wiary i odwagi.

Po kościele poniósł się cichy szmer rozmów. Ludzie wymieniali spojrzenia, niektórzy szeptali coś do swoich sąsiadów.

Zobaczyłem kilka twarzy pełnych zamyślenia, jakby moje słowa naprawdę trafiły tam, gdzie powinny.

‒ Zawsze jednak pamiętajcie o rozwadze ‒ dodałem, unosząc dłoń. ‒ To, że czegoś pragniemy, nie znaczy, że jest to dla nas dobre.

Kilka osób pokiwało głowami na znak zrozumienia. Ludzie powoli zaczęli się rozchodzić, a ja z przyjemnością obserwowałem, jak opuszczają kościół w spokojnej zadumie.

‒ Proszę księdza? ‒ usłyszałem za sobą delikatny żeński głos.

Odwróciłem się i zobaczyłem Natalie ‒ młodą kobietę o jasnych włosach i niebieskich oczach.

‒ Czy mogłabym zamienić z księdzem parę słów?

‒ Witaj, moje dziecko ‒ odparłem ciepło. ‒ W czym mogę ci pomóc?

‒ Zastanawiałam się nad dzisiejszym kazaniem... ‒ zaczęła niepewnie. ‒ I jest pewne marzenie, które chciałabym spełnić, ale nie wiem, czy jest zgodne z wolą Bożą, czy to tylko moje widzimisię...

‒ Jakież to marzenie? ‒ zapytałem szczerze zainteresowany.

‒ Zna ksiądz mojego ojca? Josepha?

‒ Tak, znam. To dobry człowiek ‒ odparłem bez wahania. ‒ Tylko choruje ostatnio, prawda?

‒ Tak, zgadza się. ‒ Na jej obliczu malowało się wyraźne zmęczenie. ‒ Pogarsza mu się i potrzebuje stałej opieki.

‒ Czy to cię przerasta? ‒ zapytałem z troską. ‒ Potrzebujesz pomocy w zajmowaniu się nim?

‒ Nie o to chodzi... ‒ zaczęła, wyraźnie się wahając, jak wiele może mi powiedzieć. ‒ Radzę sobie z opieką...

‒ Ale...? ‒ zachęciłem ją łagodnym tonem.

‒ Ale chcę wyjechać ‒ powiedziała nagle, niemal wyrzucając to z siebie. ‒ Chcę zwiedzać świat, wyruszyć na misję i pomagać innym ludziom, tymczasem zostawienie ojca nie wydaje mi się zbyt chrześcijańskim zachowaniem...

Jej oczy się zaszkliły, a ja poczułem ścisk w sercu.

‒ Ach, rozumiem twoje rozterki. Rozmawiałaś o tym z ojcem?

‒ Nie… On kazałby mi jechać bez wahania. ‒ W jej głosie było słychać ból. ‒ A ja się boję, że jeśli wyjadę, to już nigdy więcej go nie zobaczę.

Przez moment oboje milczeliśmy.

‒ To normalne, że się martwisz. A Joseph na pewno bardzo cię kocha i chce dla ciebie jak najlepiej. Może zacznij od rozmowy z nim? Zawsze możecie wspólnie rozważyć jakąś pomoc domową lub po prostu dom opieki. Myślę, że razem znajdziecie rozwiązanie, które zadowoli was oboje.

Natalie uśmiechnęła się wdzięcznie, a jej oczy zajaśniały nową nadzieją.

‒ Tak zrobię ‒ odparła już w lepszym nastroju. ‒ Dziękuję.

‒ Nie ma problemu, Natalie ‒ odpowiedziałem z ciepłym uśmiechem. ‒ Pamiętaj, że Bóg ma plan dla nas wszystkich. Gdziekolwiek powinnaś być, tam właśnie będziesz.

‒ Twoja wiara, ojcze, jest niesamowita. ‒ Pomachała mi na pożegnanie i wyszła, zostawiając mnie samego w kościele.

Przez chwilę stałem w ciszy, wpatrując się w krzyż nad ołtarzem.

„Gdziekolwiek powinieneś być, tam właśnie będziesz...” ‒ powtórzyłem w myślach, czując znajomy niepokój gdzieś głęboko w piersi.  

Rozdział 4

Nie mogłem powiedzieć, że los Natalie polepszył się po naszej rozmowie. Wręcz przeciwnie ‒ miałem wrażenie, że świat bezlitośnie z niej zadrwił.

Dwa dni po naszym spotkaniu, gdy wraz z ojcem ustalili już plan na najbliższą przyszłość, Joseph zmarł. Cicho, we śnie. Bez ataku serca, bez wylewu. Po prostu położył się spać jak zawsze… i już się nie obudził.

Trudno mi opisać, jak bardzo Natalie to przeżyła. Powiedzieć, że się obwiniała, to jak nie powiedzieć nic. Była rozbita, zdruzgotana ‒ ledwo udało mi się z nią tego dnia porozmawiać.

‒ To moja wina... moja wina... ‒ szeptała raz za razem, jakby nie słyszała niczego poza własnymi wyrzutami sumienia.

‒ Posłuchaj... ‒ Chwyciłem ją za rękę, która była lodowato zimna. ‒ To nie twoja wina. Joseph był słabego zdrowia, sama wiesz.

‒ Ale pewnie by jeszcze pożył... gdybym go nie wystraszyła tym wyjazdem... ‒ Głos jej się załamał, a łzy spływały strużką po jej policzkach.

‒ Tego nie wiesz. To po prostu okropne zrządzenie losu. ‒ Starałem się uśmiechnąć pokrzepiająco, choć w głębi duszy czułem bezradność. ‒ Na każdego z nas przychodzi czas. I choć może ci się to wydawać niesprawiedliwe, Bóg wie, co robi.

Natalie pokręciła głową, jakby nie wierzyła w ani jedno moje słowo.

‒ Chciałabym w to wierzyć tak mocno jak ty, ojcze... ‒ wyszeptała zrezygnowana.

‒ Bóg jest z tobą, moje dziecko. ‒ Lekko ścisnąłem jej ramię. ‒ Będę się modlił o duszę twojego ojca... i o twoje bezpieczeństwo.

‒ Dziękuję... ‒ szepnęła, ledwie słyszalnie, po czym odeszła przygotowywać razem z innymi mieszkańcami kościół do pogrzebu.

Stałem przez chwilę w miejscu, patrząc, jak jej sylwetka znika za drzwiami. Czułem ciężar smutku, który rozciągał się daleko poza te cztery ściany.

„Panie, daj jej siłę...” ‒ pomodliłem się w myślach, czując, że sam też jej potrzebuję.

Pogrzeb był spokojny, pełen smutku, ale w pewnym sensie także dziwnej ulgi. Joseph odszedł bez bólu, we śnie. Mieszkańcy Willowbrook zebrali się tego dnia, by swoją obecnością wesprzeć zrozpaczoną kobietę.

‒ Spotkaliśmy się tutaj dzisiaj, aby uczcić pamięć naszego drogiego przyjaciela i powiernika, Josepha ‒ zacząłem, patrząc na obecnych. ‒ Wszyscy znaliśmy go jako pracowitego murarza, niezastąpionego towarzysza i, co najważniejsze, wspaniałego ojca swojej ukochanej córki.

Spojrzałem na Natalie. Siedziała w pierwszym rzędzie, sztywno wyprostowana, z dłońmi splecionymi tak mocno, że aż zbielały jej kostki. Wydawała się pogodzona z losem, lecz ja widziałem, jak bardzo próbuje powstrzymywać łzy.

‒ Mężczyzna ten był i zawsze będzie ważną częścią naszego społeczeństwa ‒ kontynuowałem. ‒ I choć niektórym z nas może się wydawać, że odszedł zbyt wcześnie... musimy pamiętać, że Bóg ma plan dla nas wszystkich. Śmierć jest nieunikniona dla każdego, bez wyjątku.

Zrobiłem krótką pauzę, słysząc ciche pociągnięcie nosem wśród wiernych.

‒ W chwilach takich jak ta musimy podziękować Bogu, że nasz czas wciąż trwa, i wyciągnąć z tego ważną naukę. Życie jest krótkie w swojej ziemskiej formie. Nie pozwólmy, by przeciekało nam przez palce. Dziękujmy Bogu za każdy dany nam dzień i kiedy przyjdzie nasz czas, powitajmy Go bez żalu w sercu.

Rozejrzałem się po żałobnikach. Kilku z nich płakało, inni słuchali mnie z uwagą, dzieci wierciły się na krzesłach, znudzone bezczynnością. Mimo to panowała niemal całkowita cisza.

I wtedy poczułem coś dziwnego.

Zimny powiew na karku. Był inny niż zwykły podmuch wiatru ‒ ostry, nieprzyjemny, jakby ktoś zbliżył mi do szyi kawałek lodu. A przecież dzień był ciepły, słoneczny, wręcz przyjemny.

Uniosłem wzrok i zobaczyłem ją.

Stała na uboczu, nieco z lewej od reszty żałobników. Była ubrana skromnie, jak większość obecnych, ale mimo to coś w jej postawie kazało mi przyglądać się jej dłużej. Patrzyła prosto na mnie, nie odrywając wzroku ani na moment. Nie rozmawiała z nikim, nie poruszyła się nawet o krok ‒ po prostu tam była. Jej twarz wydawała mi się dziwnie znajoma, choć nie mogłem przypomnieć sobie, skąd ją kojarzę.

I wtedy się uśmiechnęła.

Lepki, ledwo zauważalny uśmiech, niemal jak cień unoszący kąciki jej ust ‒ wystarczający jednak, by wywołać u mnie ciarki na plecach.

Przełknąłem ślinę, a przed oczami znów stanął mi tamten dzień w konfesjonale. Przypomniałem sobie szept pełen kpiny i zrozumiałem, że to nie był tylko majak zmęczonego umysłu.

To była ona.

Opuściłem wzrok, próbując się skupić na dalszej części nabożeństwa. Głos miałem mniej pewny, mimo usilnych starań, by brzmieć tak samo stanowczo jak wcześniej. Na szczęście ludzie, pogrążeni w żałobie, zdawali się tego nie zauważać. Ale ona... ona z pewnością to usłyszała.

I zapewne śmiała się teraz z mojej reakcji.

Złość zaczęła powoli wypierać strach. Kiedy ceremonia dobiegnie końca, znajdę ją. Porozmawiam z nią. Dowiem się, kim jest i czego ode mnie chce.

Nie zamierzałem pozwolić, by coś ‒ lub ktoś ‒ kpiło ze mnie w takiej chwili. 

Rozdział 5

‒ Dziękuję za piękne słowa, ojcze. ‒ Natalie trzymała moje ręce, a jej własne drżały. ‒ Dziękuję za wszystko.

‒ To mój obowiązek. ‒ Poklepałem ją po dłoni pokrzepiająco. ‒ Mam nadzieję, że przyniesie ci to choć odrobinę pociechy i spokoju.

‒ On by powiedział, że mam otrzeć łzy i wsiąść z powrotem na rower. ‒ Uśmiechnęła się smutno. ‒ Że życie trwa dalej i to ode mnie zależy, jak długo pogrążę się w żalu. Byle tylko nie pozwolić, żeby ten żal stał się moim przewodnikiem.

‒ Twój ojciec był bardzo mądrym człowiekiem, Natalie. Myślę, że żadna rada, jaką mogłabyś otrzymać ode mnie, nie będzie w połowie tak przydatna jak nauki, które on przekazywał ci przez całe życie.

‒ I takiego chcę go zapamiętać ‒ szepnęła, a głos jej zadrżał.

Porozmawiałem jeszcze z kilkoma żałobnikami, nim postanowiłem zmierzyć się z tym, co nie dawało mi spokoju. Musiałem odnaleźć kobietę, którą widziałem podczas ceremonii.

Mimo moich usilnych poszukiwań nigdzie nie mogłem jej znaleźć ‒ jakby rozpłynęła się w powietrzu.

‒ Hej, Margaret? ‒ zagadnąłem naszą bibliotekarkę, która akurat poprawiała kapelusz na głowie. ‒ W czasie pogrzebu widziałem tutaj kobietę, chyba nie była stąd. Stała po twojej lewej, wiesz może, gdzie poszła?

Margaret zmarszczyła brwi.

‒ Dawno nie było u nas przyjezdnych, proszę księdza ‒ odparła, widocznie zaskoczona. ‒ I na pewno nikt taki nie stał obok mnie. Może słońce raziło księdza w oczy?

‒ Może... ‒ uciąłem, nie chcąc ciągnąć tematu. Ale przecież słońce świeciło mi tego dnia w plecy, więc to nie mogło być złudzenie.

Popytałem jeszcze kilku mieszkańców, ale nikt nie potrafił potwierdzić obecności tajemniczej kobiety na pogrzebie.

Zmęczony i zirytowany poszedłem wraz z pozostałymi do pobliskiego baru kontynuować uroczystość.

Czy ja naprawdę tracę zmysły?

Stypa odbyła się w niewielkim barze nieopodal kościoła, miejscu dobrze znanym mieszkańcom Willowbrook. Lokal był skromny, ale przytulny ‒ drewniane stoły ustawione wzdłuż ścian uginały się pod ciężarem talerzy z kanapkami i plackami oraz dzbankami gorącej herbaty. W powietrzu unosił się zapach świeżo parzonej kawy, zmieszany z aromatem ciepłego chleba i ciasta drożdżowego.

Ludzie stali w niewielkich grupkach, rozmawiając przyciszonymi głosami. Rozmowy toczyły się głównie wokół wspomnień o Josephie ‒ o tym, jak pomagał przy budowie nowego dachu w kościele, jak zawsze pierwszy wyciągał rękę do sąsiadów w potrzebie, jak nieraz potrafił rozbawić wszystkich swoim specyficznym poczuciem humoru.

‒ Pamiętam, jak utknął kiedyś z taczką pełną cementu na środku drogi i zamiast się złościć, usiadł, a potem korzystając z pogody, zaczął się opalać. ‒ Śmiała się cicho pani Dawson, ocierając oczy.

‒ A jak przyprowadził kiedyś do domu tego bezpańskiego kota... ‒ dodał pan Harris, z uśmiechem kręcąc głową ‒ …tylko po to, żeby się okazało, że kot już od lat mieszkał u państwa Morganów.

Wspomnienia przeplatały się z chwilami ciszy, kiedy żal wciąż dawał o sobie znać. Natalie siedziała przy jednym ze stołów, cicho wsłuchując się w rozmowy, co jakiś czas dziękując sąsiadom za dobre słowo lub uśmiechając się słabo, gdy ktoś próbował ją pocieszyć.

Widać było, że stara się być silna, ale jej oczy ‒ zaczerwienione i zmęczone ‒ mówiły więcej niż jakiekolwiek słowa.

Po jakimś czasie ludzie zaczęli się rozchodzić, składając Natalie ostatnie kondolencje. Zostało nas tylko kilkoro ‒ ci, którzy czuli się w obowiązku zostać najdłużej. Bar opustoszał, a rozmowy przycichły.

Gdy w końcu wyszedłem na zewnątrz, chłodne powietrze uderzyło mnie w twarz. Zamknąłem na chwilę oczy i potarłem skronie. Joseph odszedł, ale jego obecność wciąż zdawała się unosić nad Willowbrook ‒ ciepła, silna i pełna prostoty, jak on sam.  

Rozdział 6

Ruszyłem w kierunku domu, dokąd miałem dobre piętnaście minut spacerkiem. Noc była chłodnawa, ale po kilku godzinach w dusznym barze przywitałem to z ulgą. Miasteczko powoli pustoszało ‒ świece w oknach gasły, głosy cichły, a świerszcze grały swój conocny koncert. Powoli snułem się po ciemnych ulicach znanego mi miejsca. Nawet o tej porze było tu bardzo bezpiecznie.

‒ Spacerek? ‒ dobiegł mnie głos z ciemności.

‒ Kto tam? ‒ Odwróciłem się gwałtownie, stając twarzą w twarz z kobietą z pogrzebu.

Staliśmy tak przez chwilę, mierząc się wzrokiem. Ja ‒ zaskoczony, poirytowany i pełen pytań, ona ‒ wysmukła, wyprostowana, z tym swoim uśmiechem, który niemal kipiał pewnością siebie.

‒ Kim jesteś? ‒ zapytałem w końcu ciszej, niż zamierzałem. Przełknąłem ślinę, czując, jak moje gardło staje się suche.

‒ Dobre pytanie, Henry. ‒ Uśmiechnęła się, ukazując rząd idealnie białych zębów. ‒ Ale to nie jest ważne. Jak tam stypa?

‒ Co masz na myśli, mówiąc, że to nieważne? ‒ Skrzyżowałem ramiona na piersi, próbując ukryć zdenerwowanie. ‒ To bardzo istotne dla mnie, wyobraź sobie.

‒ Moje imię nic ci nie powie. ‒ Zrobiła krok w moją stronę. ‒ Ale czyż to nie zabawne, jak los dał pstryczka w nos tej małej? Nie chciała wyjeżdżać, póki jej ojciec żyje i.… puff. Nie ma go.

Zaśmiała się cicho, ale dźwięk ten nie miał w sobie nic z wesołości. Było w nim coś... zimnego. Przyjrzałem się jej uważniej. Z bliska wyglądała jeszcze dziwniej. Wszystko w niej zdawało się przeczyć sobie. Była drobna, a mimo to emanowała siłą. Piękna, ale nie jak kobieta z krwi i kości ‒ raczej jak marmurowy posąg w kościele. Jej długie czarne włosy lśniły nienaturalnym blaskiem, nawet teraz, w środku nocy. A oczy... głęboko niebieskie, jak sztorm na morzu ‒ nie jak spokojne niebo.

‒ Tak nie wypada ‒ powiedziałem w końcu, nie wiedząc, co innego odpowiedzieć.

‒ A co wypada, księżulku? ‒ zapytała niewinnie.

‒ Skąd wiesz o jej planach?

‒ Ja wiem bardzo dużo ‒ odparła enigmatycznie. ‒ I potrafię wiele z tą wiedzą zrobić.

Ciarki przebiegły mi po plecach. Dlaczego zabrzmiało to jak groźba?

‒ Joseph był stary, pożyłby może jeszcze rok, góra dwa ‒ powiedziała, spoglądając w stronę cmentarza.

‒ Co masz na myśli? ‒ Zmarszczyłem brwi. ‒ Przecież zmarł dwa dni temu.

Kobieta nie odpowiedziała, patrząc na mnie tak, jakbym to ja znał odpowiedź.

‒ Czekaj... Czy ty...? ‒ Zrobiłem krok w tył, nagle czując, jak lodowaty strach zaciska mi się na gardle.

‒ Czy ja co? ‒ Zachichotała. ‒ Co zrobiłam, Henry? Czy pomogłam tej dziewczynie spełnić marzenia? Czy może pozwoliłam umierającemu człowiekowi zobaczyć się ze zmarłą żoną? A może... ‒ Jej uśmiech poszerzył się niepokojąco. ‒ Może spełniłam życzenie ojca, który chciał innego życia dla swojej córki?

Cofnąłem się jeszcze kilka kroków. Nie chciałem, żeby mówiła cokolwiek więcej.

‒ Nie martw się, ojczulku ‒ odezwała się znowu, wciąż uśmiechnięta. ‒ Może nic takiego nie zrobiłam.

Odwróciła się i zniknęła w mroku, jakby rozpłynęła się w ciemności.

Jej śmiech towarzyszył mi do samego domu. Gdy w końcu przekroczyłem próg, dyszałem ciężko, jakbym przebiegł całą drogę.

„Z kim... Z czym ja właśnie rozmawiałem...?” ‒ nie dokończyłem tej myśli. Bałem się odpowiedzi.

Rozdział 7

Osunąłem się na podłogę, bezsilny.

‒ Boże, proszę ‒ zacząłem drżącym głosem. ‒ Chroń mnie od złego, nie pozwól, by strach przejął nade mną kontrolę. Pomóż mi walczyć z Twoimi wrogami, bym był użytecznym narzędziem w Twoich rękach.

Nawet nie wiem, kiedy zacząłem łkać, błagając Boga o wskazanie mi kierunku. Łzy wsiąkały w drewnianą podłogę, na której leżałem skulony. Czas mijał, a ja wciąż tkwiłem bez ruchu. W końcu zmęczenie wzięło górę i zasnąłem, nie ruszywszy się ani o milimetr, snem bez koszmarów.

Poranne słońce wpadło przez okno, rozjaśniając pomieszczenie. Zamrugałem kilka razy i podniosłem się powoli na łokciach. Ciało protestowało, mięśnie skarżyły się na nagłą zmianę pozycji po tylu godzinach bezruchu. Rozciągnąłem się na tyle, na ile pozwalały sztywne kończyny. W końcu wstałem i poszedłem prosto pod prysznic, wrzuciwszy wczorajsze ubrania do kosza na pranie.

Gorąca woda rozluźniła obolałe ciało. Stałem tak, pozwalając, by zmęczenie spłynęło ze mnie wraz ze strumieniem wody. Gdy skończyłem, owinąłem się ręcznikiem i spojrzałem na swoje zmęczone odbicie w lustrze. Ciemne, mokre włosy lepiły mi się do czoła, a bursztynowe oczy spoglądały na mnie z cieniem smutku. Kilka zmarszczek na twarzy dodawało mi tego poczciwego wyglądu, który niektórzy nazywali „dobrodusznym”. Nie byłem może zbyt umięśniony ani wysportowany, ale dbałem o dietę, unikałem słodyczy, rzadko sięgałem po alkohol. Byłem zwykłym, przeciętnym mężczyzną, który nagle mierzy się z siłą, jakiej nie potrafi pojąć.

Obraz kobiety znów zatańczył mi pod powiekami. Mimo usilnych starań nie potrafiłem dokładnie przypomnieć sobie jej rysów. Nie mogłem z całą pewnością stwierdzić, jaki miała nos, jakiego kształtu były jej oczy czy jak zarysowane miała usta. Spojrzałem w lustro raz jeszcze, z większą determinacją.

Dowiem się więcej. Dowiem się, dlaczego mnie nawiedza i co najważniejsze ‒ czy miała coś wspólnego ze śmiercią Josepha. Jedno wiedziałem na pewno ‒ musiałem porozmawiać z Natalie.

Rodzina Goodwillów mieszkała niedaleko centrum miasteczka. Zdarzało mi się ich odwiedzać, kiedy Joseph nie miał już siły przychodzić do kościoła. Ich dom był niewielki, z niskimi ścianami pokrytymi białym tynkiem, który z biegiem lat nabrał delikatnego kremowego odcienia. Dach zdobiły czerwone dachówki nadające mu ciepły, przytulny wygląd.

Przed domem rozciągał się mały ogródek pełen kolorowych kwiatów ‒ róż, stokrotek i lawendy. W powietrzu unosił się zapach świeżo skoszonej trawy i kwitnących jabłoni, które rosły wzdłuż niskiego drewnianego płotu. Na środku ogródka stała mała drewniana ławka ‒ idealna do odpoczynku w ciepłe letnie popołudnia.

Drzwi wejściowe, z ciemnego drewna i z mosiężną klamką, miały niewielkie okrągłe okienko. Nad nimi wisiała latarnia, która wieczorami rzucała ciepłe światło na wejście. Okna były małe, z białymi ramami i zasłonami w kwiatowe wzory, idealnie komponującymi się z resztą otoczenia.

Po śmierci matki Natalie bardzo dbała o to, by dom wciąż był czysty, zadbany i wręcz zapraszał gości do wejścia. Wziąłem głęboki wdech. Rozmowa, która mnie czekała, nie będzie łatwa. Muszę być ostrożny i delikatny, zważywszy na sytuację.

W końcu zebrałem się w sobie i głośno zapukałem. Odpowiedziała mi cisza, więc spróbowałem jeszcze raz. Znowu nic.

‒ Szuka ksiądz Natalie? ‒ zapytał pan Harris. ‒ Nie ma jej.

‒ Witaj, Johan. ‒ Uśmiechnąłem się ciepło. ‒ Tak, szukam. Wiesz może, kiedy wróci?

‒ Nie wróci. ‒ Skrzywił się staruszek. ‒ Wyjechała na tę swoją misję, gdzieś do ciepłych krajów. Kto to widział, żeby tak zaraz po śmierci ojca...

‒ Kiedy wyjechała? ‒ Poczułem, jak moja determinacja zaczyna się chwiać. ‒ Dawno?

‒ Niedawno. Minął się ksiądz z nią. ‒ Machnął ręką. ‒ Poszła na pociąg, może ją jeszcze ksiądz dogoni, jak się pospieszy.

‒ Dziękuję!

Nie czekając na dalsze wyjaśnienia, pobiegłem na stację, licząc na to, że zdążę jeszcze przez chwilę porozmawiać z Natalie.

Szybkimi susami dopadłem peronu, gdzie niespodziewanie tłoczyło się sporo osób.

‒ Natalie! ‒ wołałem coraz bardziej zdesperowany.

‒ Ksiądz Henry? ‒ Blond głowa wychyliła się z okna pociągu. ‒ Co ksiądz tutaj robi?

‒ Muszę z tobą porozmawiać, to ważne. Chodzi o twojego ojca ‒ wykrztusiłem na jednym wdechu.

‒ Mojego ojca...? ‒ zapytała zdziwiona, a pociąg powoli zaczął ruszać.

‒ Czy zachowywał się dziwnie przed śmiercią? Mówił o kimś? Planował coś? ‒ dopytywałem, idąc wzdłuż coraz szybciej ruszającego pociągu.

‒ Ja... nie wiem... może? ‒ powiedziała niepewna.

‒ Napisz do mnie list, proszę! ‒ wołałem już za nią, gdy dobiegłem do końca peronu. ‒ Opisz mi, co się działo, nawet jeżeli uważasz, że to mało istotne!

‒ Napiszę! ‒ odkrzyknęła i odjechała wraz z pociągiem w szeroki świat, zostawiając mnie w punkcie wyjścia.  

Rozdział 8

Wróciłem do domu zrezygnowany. Miałem nadzieję, że chociaż część moich wątpliwości rozwieje się po spotkaniu z Natalie. Wciąż nie wiedziałem, kim była tajemnicza kobieta, nie wiedziałem, czego chce i co ja miałem z tym wspólnego.

Usiadłem zmęczony na sofie. Wygodna, ale już nieco wysiedziana kanapa pamiętała lepsze czasy ‒ jej ciemnozielony materiał był miejscami wytarty, szczególnie w miejscu, gdzie zwykle siadywałem. Obok, na drewnianym stoliku z porysowanym blatem, stała filiżanka po porannej kawie, zapomniana w pośpiechu. Kiedyś wydawało mi się to nie do pomyślenia ‒ nie należałem do ludzi, którzy zostawiali po sobie bałagan. Ale teraz? Miałem wrażenie, że wszystko zaczyna mi się wymykać z rąk.

Pokój był skromny, lecz przytulny. Na jednej ze ścian wisiał obraz przedstawiający pasterza prowadzącego owce przez wzgórza ‒ prezent od jednej z parafianek. Po drugiej stronie stał regał pełen książek ‒ Biblii w różnych przekładach, teologicznych rozpraw i tomików poezji, po które sięgałem w rzadkich chwilach spokoju. Między nimi wciśnięte były zdjęcia ‒ jedno przedstawiało mnie z Josephem i kilkoma innymi parafianami. Wszyscy uśmiechaliśmy się szeroko podczas wspólnej pracy przy renowacji kościoła.

Przez chwilę patrzyłem w przestrzeń, starając się wyciszyć gonitwę myśli. Nic nie trzymało się kupy. Kobieta ukazała mi się już dwa razy, trzy, jeżeli liczyć rozmowę w konfesjonale. Nie próbowała mnie namawiać do niczego, nie próbowała mnie krzywdzić, po prostu pojawiała się w losowych miejscach, doprowadzając mnie do szaleństwa.

‒ Boże… ‒ Spojrzałem w górę. ‒ Czy to Twoja próba? Czy sprawdzasz mnie jak Hioba? Czy chcesz, bym udowodnił, jak silna jest moja wiara w Twoje plany, jak mocno ufam, że mnie poprowadzisz?

Ręce opadły mi z rezygnacją.

‒ Byłoby dużo łatwiej, gdybyś chociaż raz mi odpowiedział. ‒ Schowałem twarz w dłoniach, czując ciężar spoczywający na moich barkach.

W ciszy mojego domu usłyszałem nagle jej chichot. Nie można go było pomylić z niczym innym. Kpiący, niepokojący, sprawiający, że ciarki przechodziły mi po plecach. Rozejrzałem się szybko, ale nie znalazłem nikogo.

‒ Dlaczego mnie dręczysz?! ‒ zawołałem w przestrzeń. ‒ Daj mi spokój!

Nie dostałem odpowiedzi. Oczywiście, że nie. W domu byłem przecież sam.

Z szuflady w stoliku przy sofie wyciągnąłem Biblię. Kierowany bezradnością, otworzyłem ją na przypadkowej stronie, szukając rady.

„Czuwajcie i módlcie się, abyście nie ulegli pokusie; duch wprawdzie ochoczy, ale ciało słabe”.1

Przełknąłem ślinę, czując, jak zdanie to zakorzenia się w moim umyśle.

Pokusie…?

Zacisnąłem palce na krawędzi książki, czując, że oto dostałem odpowiedź. Nie taką, jakiej się spodziewałem… ale może właśnie taką, jakiej potrzebowałem.

I wtedy na to wpadłem!

Książki.

Joseph uwielbiał książki! Może sięgając po jego ostatnie wybory, dowiem się, co zaprzątało jego myśli.

Wstałem z nową nadzieją, mimo że do końca sam nie byłem przekonany, czy to da cokolwiek. Ale przynajmniej miałem punkt zaczepienia ‒ a w tej chwili było to więcej, niż mogłem sobie wymarzyć.   

1 Ewangelia według św. Marka, 14,38 – wszystkie cytaty z Nowego Testamentu pochodzą z Biblii Króla Jakuba, https://bibliakingjames.org/ (przyp. red.).

Rozdział 9

Spokojnym spacerem ruszyłem prosto do biblioteki. Powietrze było ciężkie, jakby natura wstrzymała oddech. Szare chmury zawisły nisko nad miasteczkiem, a chłodny wiatr smagał mnie po twarzy, niosąc ze sobą zapach wilgoci i mokrej ziemi. Gdy szedłem dalej, poczułem pierwsze krople deszczu. Najpierw pojedyncze, chłodne jak dotyk lodowatych palców, a potem coraz gęstsze, rozpryskujące się na bruku. Naciągnąłem kołnierz płaszcza, wciskając dłonie głębiej w kieszenie. Myśli kłębiły mi się w głowie. Czy naprawdę sądzę, że znajdę odpowiedzi w książkach? Przyszło mi na myśl, że może w ogóle źle interpretuję te znaki. Może powinienem skupić się na modlitwie, na prowadzeniu swoich parafian, zamiast tropić widma i tajemnice.

Ale wtedy znowu przypomniałem sobie jej uśmiech ‒ ten niepokojący, kpiący grymas, który widziałem na cmentarzu. W moich uszach niemal zabrzmiał jej chichot, a chłód, który mnie przeszył, nie miał nic wspólnego z wiatrem.

Przyspieszyłem kroku, jakby obawiając się, że jeśli się zatrzymam, ktoś lub coś pojawi się tuż za moimi plecami.

Gdy w końcu dotarłem pod drzwi biblioteki, deszcz padał już na dobre, spływając strugami po oknach i błyszcząc na ciemnym bruku. Wziąłem głęboki oddech, otrzepałem płaszcz z kropel wody i nacisnąłem klamkę.

W środku panował przyjemny półmrok, a zapach starych książek i papieru przyniósł mi chwilowe ukojenie.

Margaret, jak zawsze, była na swoim stanowisku ‒ z surowym wyrazem uważnie przyglądała się czytelnikom. Mimo że rzeczywiście aparycją przypominała nauczycielkę ‒ siwe włosy spięte w ciasny kok, przenikliwe, bystre spojrzenie i szczupła sylwetka ‒ każdy, kto ją znał, wiedział, że była ciepłą i bardzo pomocną osobą.

‒ Witaj, Margaret ‒ przywitałem się uprzejmie. ‒ Co u ciebie?

‒ Dzień dobry, proszę księdza ‒ odpowiedziała z szacunkiem. ‒ Cicho, jak to u mnie. W czym mogę pomóc?

‒ Czy mogłabyś mi powiedzieć, jakie książki Joseph wypożyczał w swoich ostatnich dniach?

Twarz kobiety wykrzywił grymas smutku. Wiedziałem, że ze zmarłym łączyła ją długoletnia przyjaźń. Znali się praktycznie od dziecka.

‒ Przepraszam, Maggie ‒ powiedziałem delikatnie. ‒ Ale to dla mnie ważne.

‒ Tak, tak, oczywiście. ‒ Machnęła ręką, choć w jej oczach wciąż czaił się ból. ‒ Zaraz zerknę.

Kobieta poszła na zaplecze. Słyszałem, jak przegląda książki, szeleszcząc stronami. Po chwili wróciła, niosąc opasły tom w ciemnobrązowej okładce, wyglądającej na skórzaną.

‒ Ta była ostatnia. ‒ Położyła ją przede mną. ‒ Baśnie i legendy Willowbrook.

‒ Baśnie i legendy? ‒ Uniosłem brwi, zaskoczony. ‒ Kiedy ją wypożyczył?

‒ Dzień przed śmiercią ‒ odpowiedziała cicho. ‒ Natalie przyniosła ją z powrotem tuż przed wyjazdem. Też zdziwił mnie jego wybór. Zwykle czytał książki historyczne. Wciąż słyszę jego głos mówiący „Historia jest nauczycielką życia”. Nawet nie wiem, skąd brał te swoje powiedzonka.

‒ To chyba akurat Cycero, jeżeli dobrze pamiętam ‒ podpowiedziałem.

Margaret skinęła tylko głową i otworzyła ogromną księgę, w której skrupulatnie zapisywała każdą transakcję biblioteczną.

Zawsze była bardzo dokładna i przywiązywała wielką wagę do porządku w swojej pracy.

‒ Skąd to zainteresowanie jego preferencjami? ‒ zapytała nagle, podając mi książkę.