Oferta wyłącznie dla osób z aktywnym abonamentem Legimi. Uzyskujesz dostęp do książki na czas opłacania subskrypcji.
14,99 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką: 14,99 zł
Kiedy Amber Green została zwolniona z dobrze płatnej pracy w Nowym Jorku, straciła grunt pod nogami. To sprawiło, że bez specjalnych protestów spełniła prośbę matki, która nalegała, aby dziewczyna odwiedziła swoją chrzestną, Cathy. Cathy mieszkała w Anglii, w cichej, urokliwej wiosce. Amber wprost z miejskiego zgiełku trafiła do sennej wsi. Szybko się zorientowała, że jej talenty dekoratorskie mogą pomóc w ratowaniu rodzinnego sklepiku Cathy, który stał na skraju bankructwa. Zwłaszcza że uliczka Riverside Lane, przy której się mieścił, mogła się łatwo stać centrum towarzyskich spotkań mieszkańców Cranbridge.
Cranbridge miało w sobie przedziwny urok i spokój. Amber powoli wsiąkała w codzienność wiejskiej społeczności i stopniowo odkrywała, że życie na wsi ma zupełnie inny smak. I był jeszcze Josh, syn Cathy, którego życiowe ścieżki zdawały się zaskakująco przecinać z jej własnymi. Znali się od dzieciństwa, a teraz poznawali siebie od nowa. Amber ze zdziwieniem odkryła, że zaczęło między nimi kiełkować uczucie. Tęsknota za wielkomiejskim gwarem niepostrzeżenie przeminęła, dziewczyna poczuła się gotowa na nowy początek. Może jej miejscem na ziemi miała być właśnie ta cicha uliczka nad rzeką?
Czasami życie pisze zupełnie inny scenariusz...
Książka dla czytelników powyżej osiemnastego roku życia.Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 369
Alison Sherlock
Sklep dla samotnych serc.
Riverside Lane #1
Przekład: Agnieszka Górczyńska
Tytuł oryginału: The Village Shop for Lonely Hearts (The Riverside Lane Series #1)
Tłumaczenie: Agnieszka Górczyńska
ISBN: 978-83-289-1095-9
Copyright © 2020 Alison Sherlock.
First published worldwide in English by Boldwood Books Ltd.
Translation rights arranged through The Agency srl di Vicki Satlow.
Polish edition copyright © 2025 by Helion S.A.
Cover Design by Alice Moore
Design Cover photography: Shutterstock
All rights reserved. No part of this book may be reproduced or transmitted in any form or by any means, electronic or mechanical, including photocopying, recording or by any information storage retrieval system, without permission from the Publisher.
Wszelkie prawa zastrzeżone. Nieautoryzowane rozpowszechnianie całości lubfragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci jest zabronione. Wykonywanie kopii metodą kserograficzną, fotograficzną, a także kopiowanie książki na nośniku filmowym, magnetycznym lub innym powoduje naruszenie praw autorskich niniejszej publikacji.
Wszystkie znaki występujące w tekście są zastrzeżonymi znakami firmowymi bądźtowarowymi ich właścicieli.
Niniejszy utwór jest fikcją literacką. Wszelkie podobieństwo do prawdziwych postaci — żyjących obecnie lub w przeszłości — oraz do rzeczywistych zdarzeń losowych, miejsc czy przedsięwzięć jest czysto przypadkowe.
Drogi Czytelniku!
Jeżeli chcesz ocenić tę książkę, zajrzyj pod adres
editio.pl/user/opinie/sklrl1_ebook
Możesz tam wpisać swoje uwagi, spostrzeżenia, recenzję.
Helion S.A.
ul. Kościuszki 1c, 44-100 Gliwice
tel. 32 230 98 63
e-mail: [email protected]
WWW: editio.pl (księgarnia internetowa, katalog książek)
Tę książkę dedykuję Gill Collins. Jestem tak wdzięczna, żemamnajwspanialszą siostrę, jaką mogłabym sobie wymarzyć. Taką, która trzyma mnie za rękę i pozwala mi krzyczeć jej do ucha podczas przejażdżki kolejką Gringotta, chociaż jestem już za duża, by dalej to robić. Z wielką miłością X
Amber Green westchnęła, stojąc w strugach deszczu. Robię to dla rodziny, pomyślała.
Gdy taksówka odjechała, dopiła zimną już kawę, którą kupiła jeszcze na lotnisku Heathrow. Temperatura napoju nie miała większego znaczenia. Po prostu potrzebowała kofeiny.
Nie wyspała się w trakcie lotu z JFK, podczas którego całą noc wierciła się, próbując znaleźć jakąś wygodną pozycję w ciasnym fotelu. Pasażer siedzący obok niej zajął większość jej przestrzeni osobistej, dlatego przez prawie cały czas siedziała przytulona do zimnego okna.
Jakby tego było mało, jej bagaż z powodu pomyłki linii lotniczej został wysłany na Karaiby. Cieszył się teraz koktajlem na słonecznej plaży. W przeciwieństwie do jego właścicielki, która stała w mżawce na środku wilgotnej, angielskiej wsi. I bardzo żałowała, że nie może do niego dołączyć.
Dodatkowo zaczynała już mieć objawy jet lagu, była wyczerpana i naprawdę nie chciała być tutaj, w Cranbridge. A jednak się tu znalazła. W wieku trzydziestu lat wciąż starała się zadowolić wszystkich, tylko nie siebie.
– Pojedziesz tam, prawda? – zapytała ją matka przez telefon zaledwie dwa tygodnie temu. – Cathy jest moją przyjaciółką, odkąd pamiętam, a dodatkowo też twoją matką chrzestną.
– Której nie widziałam od około dziesięciu lat – przypomniała jej Amber.
– To bez znaczenia – zaoponowała mama, jak zwykle ignorując jej punkt widzenia. – Wiesz, że prawie codziennie rozmawiamy. Serce mi pęka, że już nie widuję mojej najlepszej przyjaciółki. Jest dla mnie jak siostra. Tyle ostatnio przeszła, owdowiała, a potem zachorowała. Po prostu pomyślałam, że zanim do nas przyjedziesz, mogłabyś do niej wpaść i trochę ją pocieszyć.
– Wpaść! – Amber wykrzyknęła z niedowierzaniem. – Mamo, jestem w Nowym Jorku! Wy właśnie przenieśliście się do Nowej Zelandii. Anglia to nie ten kierunek!
– Och, to bez znaczenia – powtórzyła mama. – Ludzie codziennie latają do Anglii z Nowego Jorku.
– Nie o to mi chodziło – odpowiedziała Amber, przewracając oczami. – Posłuchaj, nie mam na to czasu. Muszę znaleźć pracę.
– To może znajdziesz jakąś w Cranbridge. Jest tam sporo sklepów, w tym oczywiście sklep Cathy. Cranbridge Stores jest tam od zawsze. To takie słodkie.
Amber nie chciała denerwować mamy, ale lokalny, wiejski sklep Cathy to jednak nie to samo co Saks Fifth Avenue w Nowym Jorku.
Ale już nie pracujesz w Saks. Amber musiała samą siebie upomnieć w myślach. Sektor detaliczny borykał się z tak dużymi problemami z powodu pogorszenia się koniunktury gospodarczej, że nawet luksusowe sklepy na Manhattanie nie były bezpieczne. Dlatego też padła ofiarą fali zwolnień przetaczających się przez słynny dom handlowy.
Wciąż nie mogła otrząsnąć się z szoku, że po dwóch latach pracy w Nowym Jorku nagle została na lodzie. Nie miała żadnej innej pracy, a jej wiza pracownicza skończyła się, zatem nie mogła dłużej mieszkać w Stanach Zjednoczonych. Z powodu kryzysu finansowego szalejącego na całym świecie również żaden z dużych sklepów w Anglii nie przyjmował do pracy dekoratorów wystaw sklepowych. Z powodu braku zatrudnienia jej kariera i całe życie nagle się zatrzymały.
Już sama konieczność opuszczenia Stanów Zjednoczonych była wystarczająco kiepską perspektywą. Ale jeszcze gorsze było to, że jej rodzice nie mieszkali już w Anglii. Odkąd Amber pamiętała, zawsze szukali kolejnej, wielkiej przygody. Całe jej dzieciństwo upłynęło na przenosinach z domu do domu, z północy na południe kraju i z powrotem, gdy jej rodzice próbowali swych sił w prowadzeniu restauracji, pensjonatu, księgarni, a nawet mieli krótki epizod z destylarnią ginu.
Jednak teraz naprawdę przeszli już samych siebie, przenosząc się kilka miesięcy temu do Nowej Zelandii, aby hodować owce. Pomimo tego, że nigdy wcześniej niczego nie hodowali ani nie posiadali farmy! W Anglii nie mieli żadnej bliskiej rodziny i nigdzie nie zostali na tyle długo, aby Amber mogła mieć prawdziwych przyjaciół w dzieciństwie. Jako jedynaczka wchodziła więc w życie dość samotnie.
Tego lata poczuła się całkowicie bezradna wobec tego, co tak nieoczekiwanie wydarzyło się w jej życiu. Projektowanie i dekorowanie okien wystawowych było jej kołem ratunkowym i lekarstwem na najbardziej samotne chwile. To było coś, na czym mogła się wesprzeć, gdy sprawy komplikowały się i przybierały trudny obrót. A teraz nie miała nawet tego.
Kiedy mama zasugerowała, żeby dołączyła do nich w Nowej Zelandii, Amber tylko się roześmiała na myśl, jak ograniczone miałaby możliwości rozwoju swojej kariery na farmie owiec.
No to tylko popatrz, gdzie wylądowałaś w zamian, pomyślała, stojąc w mżawce jesiennego poranka.
– Pokochasz Cranbridge – oznajmiła jej mama. – Kiedy byłaś mała, bawiłaś się tam w rzece.
– Nawet tego nie pamiętam – odpowiedziała Amber.
– Zawsze uwielbiałam przyjeżdżać do Cathy – kontynuowała mama. – W końcu tam dorastałam, wiesz o tym. Ludzie są tam naprawdę cudowni. To taka piękna, tętniąca życiem wieś. Będziesz miała miłe wakacje po tak ciężkiej pracy.
Amber wpatrywała się w rzekę dzielącą wieś na dwie części. Jakoś niespecjalnie było widać, aby coś tu tętniło życiem. Miejsce było opustoszałe. Raczej tak należałoby opisać widok, który ukazał się jej oczom. Nie wiedziała, którą wieś miała na myśli jej mama, ale z pewnością nie chodziło o Cranbridge, na które patrzyła teraz w ten poniedziałkowy poranek.
Jedyne, co musiała przyznać, to że była tutaj naprawdę malownicza sceneria. Ceglane domki stojące nad brzegami rzeki. A ponad ich dachami rozpościerały się zielone wzgórza okalające całą wioskę. Nie było głównej ulicy, a w zamian przez środek wsi płynęła szeroka, ale płytka rzeka z trzema wiekowymi, kamiennymi mostami łączącymi dwie strony wsi nad czystą, szemrzącą wodą.
Obok miejsca, gdzie stała Amber, znajdował się pub z wyblakłym szyldem The Black Swan. A raczej tak tylko się wydawało Amber, bo w napisie brakowało kilku liter i tak naprawdę przedstawiał się następująco: „The B ack Sw n”. Można by go uznać za całkiem ładny. Trzeba by tylko zignorować spróchniałe okna i wrażenie jakiegoś ogólnego niechlujstwa tego miejsca. Jednak gdy rozejrzała się raz jeszcze po okolicy, musiała przyznać, że wieś wyglądała na całkiem zadbaną. Choć z pewnością nie była to idylla z opowieści matki, którą kusiła ją na krótkie wakacje.
Po drugiej stronie rzeki wzdłuż trawiastego brzegu i szerokiej ścieżki stały cztery budynki. Amber przeczytała na słabo widocznej tablicy drogowej napis Riverside Lane. Wszystkie cztery budynki to były sklepy. Wszystkie były w tym samym kolorze, miały poprzekrzywiane ceramiczne kominy i dachówki łupkowe. Znajdowały się w podobnym stanie co pub. A każdy kolejny budynek wydawał się bardziej zniszczony od poprzedniego. Brakowało dachówek. Ramy okienne wydawały się podgnite. Dwa sklepy były całkowicie zabite deskami.
Na samym końcu Riverside Lane, prawie schowany za wierzbami rosnącymi nad rzeką, stał młyn wodny. Jego ogromne koło wyglądało tak, jakby już od dawna się nie obracało. To tylko potęgowało wrażenie, że ta wioska nie przypomina siebie sprzed lat.
I o ile zaniedbane, podupadające sklepy były pewną niespodzianką, to o wiele większym zaskoczeniem okazała się świadomość, że tutaj nie było ludzi. Amber zamrugała i raz jeszcze rozejrzała się po wsi. Ale nie, nie wydawało jej się. W zasięgu wzroku nie było żywej duszy. Tak, padała mżawka. Był poniedziałkowy poranek. Ale żeby nie było nikogo?
Przyzwyczajona do zatłoczonych, chaotycznych o każdej porze dnia ulic Nowego Jorku, teraz słyszała tylko śpiew ptaków i szemrzącą rzekę, której woda omywała kamienne mosty, gdy tak leniwie płynęła przez wieś. Ten spokój przytłaczał Amber. Była przyzwyczajona do samotności. Kto w wielkim mieście nie jest samotny? Ale to wszystko tutaj było więcej niż dziwne.
W końcu spojrzała na drugą stronę mostu, na znajdujący się przed nią Cranbridge Stores, pierwszy sklep na rogu Riverside Lane z widokiem na rzekę.
Był to wolno stojący budynek z cegły, w tym samym miodowym kolorze co pozostałe na tej wsi. Na piętrze znajdowały się trzy okna przesuwane, nad którymi dach zwężał się w szpic. Na parterze był główny sklep, który miał pośrodku duże drzwi wejściowe, a po bokach znajdowały się olbrzymie wykusze z oknami. Przed sklepem na całej jego szerokości znajdowała się duża drewniana weranda pokryta dachem z ciemnego dębu. Budynek wyglądał na zapyziały i zaniedbany, a wyblakły szyld jeszcze potęgował to wrażenie.
Amber zmrużyła oczy i próbowała w jakikolwiek sposób połączyć widok, który miała przed sobą, z osobą matki chrzestnej. Ostatni raz widziała Cathy Kennedy na swoich dwudziestych pierwszych urodzinach zorganizowanych w Londynie. Zapamiętała ją jako ciepłą, atrakcyjną kobietę, która obdarzała wszystkich swoimi wielkimi, niedźwiedzimi uściskami. Amber przypomniała sobie również męża Cathy, osławionego Todda Kennedy’ego, naśmiewającego się z jej ojca w jakiejś sprawie. Todd sprawiał wrażenie człowieka, który nie traktował niczego poważnie. Jak przystało na kogoś, kto przez większość dorosłego życia był gitarzystą rockowym.
Mieli dwóch synów, Josha i Pete’a, ale ich w ogóle nie pamiętała, ponieważ ostatni raz widziała ich, gdy miała dziesięć lat.
To wszystko wydawało się teraz bardzo odległe. Amber zastanawiała się, dlaczego sławny muzyk, dusza towarzystwa, sprowadził swoją rodzinę do tak spokojnej wioski.
Mając świadomość, że mżawka zaczynała puszyć jej włosy, Amber zrobiła krok w stronę mostu. Zorientowała się, że coś chrupie jej pod conversami. Spojrzała pod nogi i spostrzegła dywan z żołędzi, które spadły z dębu rosnącego tuż obok.
To już jesień. I to uczucie powrotu do szkoły po długich wakacjach. Na samą myśl zrobiło jej się niedobrze. Spojrzała w dół na dżinsy i skórzaną kurtkę, w których podróżowała. Natychmiast poczuła się niemodna. Dziwna. Samotna.
W jej głowie rozbrzmiały drwiny szkolnych prześladowców. O mój Boże, spójrzcie na jej buty! Widzieliście jej kolczyki? Jej włosy są okropne! Ona nie ma przyjaciół. Cały czas spędza sama, rysując.
Bezwiednie założyła długi kosmyk blond włosów za ucho. A potem pomyślała, że może przez to jej ucho odstaje, i szybko spuściła włosy z powrotem na twarz. Odkąd ponad dziesięć lat temu skończyła szkołę, wciąż powtarzała sobie, że prześladowcy nie wygrali. W końcu mieszkała i pracowała w Londynie i Nowym Jorku, w jednych z najbardziej znanych sklepów na świecie. Ale prawda była taka, że to niekończące się zastraszanie z okresu dzieciństwa wciąż niszczyło jej pewność siebie i poczucie wartości. Próbowała sobie wmówić, że przecież musiała być utalentowana, skoro została zatrudniona w Nowym Jorku. Ale nadal wątpiła w siebie każdego dnia.
Kiedy po raz pierwszy przeprowadziła się na Manhattan, była podekscytowana. Wyobrażała sobie wieczorne wypady na drinka, jak to bywało u bohaterek Seksu w wielkim mieście. I spacery po Park Avenue z kubkiem kawy na wynos, podczas których można przyciągać zaciekawione spojrzenia przystojniaków w drogich garniturach.
Okazało się jednak, że rzeczywistość bardzo odbiegała od marzeń. Tak naprawdę czuła się rozpaczliwie samotna w tym wielkim mieście. Trudno tam było o przyjaciół, a próby umawiania się na randki kończyły się jakąś całkowitą katastrofą. Jeden facet spotkał się z nią tylko po to, żeby usłyszeć, jak przeklina z brytyjskim akcentem. Inny z kolei zapomniał jej powiedzieć, że był zaręczony.
Wycofała się zatem do swojej strefy komfortu, skupiając wszystkie wysiłki na pracy, w której spędzała dzień i noc. Tak jest lepiej, wmawiała sobie. Jeśli się schowasz, nie zostaniesz zraniona.
Odkryła jednak, że to tylko pogarszało sprawę. Artykuły we wszelkich czasopismach doradzały chodzenie do klubów. Wyjścia z domu i spotkania z ludźmi. Ale Amber powstrzymywał jej brak pewności siebie. Dlatego też próbowała zachować pozytywne nastawienie do życia, siedząc cichutko co wieczór w wynajętym pokoju, oglądając Netfliksa i zajadając smutki masłem orzechowym prosto ze słoika. Od czasu do czasu na złość swojej ponurej egzystencji wychodziła w wolne od pracy dni do jednego z muzeów, aby kontemplować sztukę, albo też wybierała się na wycieczkę promem Staten Island Ferry, próbując żyć nowojorskim snem. Ale to nigdy nie była dobra recepta na samotność.
Jakiś dźwięk po drugiej stronie rzeki wyrwał ją z zamyślenia. W oddali zobaczyła mężczyznę, który właśnie wyszedł ze sklepu Cranbridge Stores. Był pierwszą osobą, jaką zobaczyła w tej wiosce. Przynajmniej wiedziała, że sklep był otwarty.
Z niecierpliwością wyczekiwała spotkania z Cathy, której los nie oszczędzał przez ostatnich kilka lat. Przynajmniej będą mogły trochę ze sobą pobyć, zanim Amber zarezerwuje lot do Nowej Zelandii za kilka dni.
Amber pomyślała, że ciotka może już zaczynać się martwić tym, gdzie ona się podziewa. Dlatego szybko weszła na wąski most. Dopiero gdy była w połowie drogi, zorientowała się, że mężczyzna, który wyszedł ze sklepu, też na niego wszedł. Kiedy się zbliżył, zerknęła na jego twarz i zdała sobie sprawę, że go rozpoznaje. Wyglądał na wkurzonego. Jego skórzana kurtka i kilkudniowy zarost powodowały, że wyglądał groźnie.
Amber zdecydowała się nieco przesunąć, żeby go przepuścić. Most był na tyle wąski, że z trudem mieściły się tutaj dwie osoby.
Była jednak wykończona nocnym lotem i kiepsko się czuła. Kiedy chciała zrobić krok, zawadziła czubkiem buta o wystający kamień. Zachwiała się i zakołysała. Poczuła, że traci równowagę, więc w panice wyciągnęła rękę i uwiesiła się mężczyźnie na ramieniu.
Następnie wszystko działo się niczym w zwolnionym tempie. Pociągnęła faceta za sobą i spadli razem do rzeki.
Jeśli minutę temu Josh Kennedy był tylko wkurzony, to było nic w porównaniu z tym, jaki nastrój towarzyszył mu, gdy nagle wpadł do lodowatej wody.
– Co do cholery! – wrzasnął zszokowany, gdy jego tyłek uderzył o kamieniste dno, a cały kręgosłup przeszył dotkliwy ból.
Kiedy emocje zaczęły nieco opadać, zorientował się, że na szczęście niczego sobie nie złamał. Jednocześnie uświadomił sobie, że jego ubranie nasiąka lodowatą wodą. Zadrżał, zastanawiając się, co jeszcze może go tego parszywego dnia spotkać.
Była dziewiąta rano. Udało mu się wypić jedną kawę, po której nastąpiła zwyczajowa kłótnia z mamą, będąca już codziennym rytuałem. W przypływie złości chciał wyjść z domu, żeby trochę ochłonąć. Twarde lądowanie w rzece z pewnością nie pomogło.
Wytarł wodę kapiącą z włosów i twarzy. Wpatrywał się zdumiony w blondwłosą kobietę siedzącą w wodzie obok niego. Ta, nie mniej zszokowana, patrzyła na niego swoimi brązowymi oczami.
– Cześć, Josh – odezwała się.
Zaczął się ruszać. – My się znamy?
– Można tak powiedzieć – odpowiedziała. – Przynajmniej nasze matki są najlepszymi przyjaciółkami od zawsze.
Spojrzał na nią z niedowierzaniem. – Jesteś Amber?
Posłała mu nieśmiały uśmiech, który rozświetlił jej śliczną twarz. Niemal odebrało mu mowę. Nie mógł uwierzyć, że ta atrakcyjna kobieta to ta sama Amber Green, która była kiedyś niezgrabną nastolatką z burzą kręconych włosów.
Teraz była już dorosła, a jej blond włosy opadały falami na ramiona. Miała długie, ciemne rzęsy. A bladą, gładką skórę podkreślały piegi i różowe rumieńce na policzkach. Jej modna, skórzana kurtka też była przemoczona. Woda kapała z niej wprost do rzeki.
Pokiwała głową ze smutkiem. – Obawiam się, że tak. Przepraszam, że pociągnęłam cię za sobą do rzeki.
– W porządku – powiedział Josh, wstając, co spowodowało, że woda zaczęła płynąć z niego strużką. – Jak za dawnych czasów.
Spojrzała na niego. – Co masz na myśli?
– Nie pamiętasz? – odpowiedział. – Ty, ja i Pete bawiliśmy się tutaj, gdy byliśmy młodsi.
Potrząsnęła głową i rozejrzała się dookoła. Gdy tak siedziała w rzece, Josh spojrzał na jej długie nogi w dżinsach. Miała tak samo jak on mokre spodnie.
Zadrżał na wietrze. Był już koniec września i robiło się coraz chłodniej. Pomyślał, że i tak miał szczęście, że to nie środek zimy. Wtedy z pewnością by się przeziębił albo poślizgnął na zamarzniętej rzece.
Spojrzał na dół na Amber, która wciąż nie wstawała.
– Coś ci się stało? – zapytał nagle zaniepokojony tym, że kobieta się nie rusza. – Możesz wstać?
– Wszystko w porządku – odpowiedziała, wstając obok niego z ciężkim westchnieniem. – Po prostu jest mi wstyd.
– Nie przejmuj się tym – odparł Josh, uzmysławiając sobie, że kąpiel w zimnej wodzie ostudziła również jego emocje. – Dzięki temu nie muszę już brać prysznica.
Pochyliła się, żeby podnieść torebkę, która też wpadła do wody. Przyglądał się, jak sprawdzała jej zawartość. Prawdopodobnie większość z tych rzeczy została zniszczona. Przynajmniej telefon komórkowy nadal działał.
Oboje ruszyli przez rzekę w kierunku brzegu. Wychodząc z wody, Josh podał jej rękę.
Zdążyła mu podziękować, gdy drzwi sklepu otworzyły się i usłyszał mamę. – Amber? Czy to ty?
– Cześć, Cathy – powiedziała Amber, gdy kobieta do nich podeszła.
Nie zważając na to, że sama może się pomoczyć, zamknęła Amber w swoim wielkim uścisku. – Cześć, kochanie – powiedziała, w końcu się odsuwając. – Twoja mama przysłała mi SMS-a, że bezpiecznie wylądowałaś dziś rano. Co, u licha, wam się stało? – zapytała, patrząc na nich. – Wszystko w porządku?
– Tak – odpowiedział Josh. – Wpadliśmy do rzeki, więc się trochę zmoczyliśmy.
– To wszystko moja wina – oznajmiła Amber, a na jej policzkach pojawił się rumieniec. – Niezdara ze mnie.
– Co ty powiesz – odezwał się Josh, próbują rozluźnić atmosferę.
Ale Cathy posłała mu surowe spojrzenie. Nie było w tym nic dziwnego, w końcu byli już kilka minut po porannej kłótni. Oczywiście o sklep. Ostatnio ciągle się o to sprzeczali.
– Pamiętam, jak złamałaś nadgarstek na naszej trampolinie lata temu, ale myślałam, że już z tego wyrosłaś. Boże, pewnie przemarzłaś. Musimy się tobą zająć, zanim się przeziębisz – powiedziała Cathy, objęła Amber ramieniem i poprowadziła w stronę drzwi sklepu. – Wejdźcie oboje i się rozgrzejcie.
Josh poszedł za nimi w kierunku Cranbridge Stores. Widok podupadłego sklepu go zasmucił – jak zwykle, od kiedy wrócił tutaj dwa lata temu. To nie powinno było się zdarzyć. A jednak stało się. Utknęli w biedzie bez wyjścia.
Wszedł po kilku skrzypiących schodach na drewnianą werandę przed sklepem. Kiedyś prawie w każdy letni wieczór jego tata siedział tutaj w bujanym fotelu i grał na gitarze. Ale to było dawno temu, a teraz weranda była pusta.
Gdy mama otworzyła drzwi sklepu, usłyszał znajomy dźwięk zardzewiałego dzwonka, który wisiał nad tymi drzwiami, od kiedy sięgał pamięcią. Zawsze kojarzył mu się z wieloma klientami, którzy tu przychodzili i wychodzili. Ale teraz rzadko dzwonił. Mało kto tutaj przychodził.
Josh rozejrzał się po Riverside Line, ale jak zwykle nikogo nie było w pobliżu. Nie wspominając już o tym, żeby ktoś chciał robić zakupy w Cranbridge Stores. I nie można ich za to winić, pomyślał, przekraczając próg sklepu. W ten mokry i posępny jesienny poranek budynek wyglądał jeszcze gorzej niż zwykle. Wnętrze, zalane ostrym światłem świetlówek, których nikt nie wymienił od trzydziestu lat, było wypełnione prawie pod sam sufit: każda powierzchnia i półka w regałach były zastawione pudłami i towarami. Wszystko stłoczone bez ładu i składu, do tego wąskie alejki, którymi trudno było się poruszać. Co natychmiast potwierdziła Amber, przewracając jakąś wieżę pudełek z ciastkami wciśniętą w tę małą przestrzeń.
– Przepraszam – mruknęła tylko, patrząc szeroko otwartymi oczami na to wszystko, najwyraźniej zszokowana.
Josh wiedział, co czuła. I że jej wrażenia były dokładnie takie same jak wszystkich innych klientów, gdy tutaj wchodzili. I dlatego nigdy nie wracali.
– Mówiłam, że te ciastka będą przeszkadzać – krzyknęła jego matka przez ramię.
Josh przewrócił tylko oczami i szybko ułożył znowu stos. Ciastka były w promocji. Dużo i tanio. Pomimo tego okazało się, że garstka klientów, która tu przychodziła każdego dnia, nie potrzebowała ciastek w megapakach dla całej rodziny. Klienci zwykle chcieli jedynie mleko i gazetę. O ile tylko byli w stanie odnaleźć lodówkę – była zasłonięta stosem środków czyszczących.
Nic dziwnego, że prawie nie ma tutaj pieniędzy, pomyślał, gdy mijali starą kasę na tyłach sklepu i szli do magazynu. Jakich zysków można się spodziewać z takiego bałaganu?
Wiedział, że duże zamówienie ciastek ostatecznie przyczyniło się do zagracenia sklepu, ale już właściwie pogodził się z tym, jak to pomieszczenie wyglądało.
Mama przeszła przez magazyn do małej kuchni w kącie.
– Gdzieś tu mam ręcznik – powiedziała, szukając go obok zlewu.
Magazyn był dość duży. Rozciągał się na tyłach sklepu, na całej jego szerokości. Dwie trzecie jego powierzchni zajmowały niesprzedane towary. Ostatnią, jedną trzecią część obok kuchni zajmował mały traktor.
Jak zwykle jego widok przypomniał mu ojca. Nawet teraz widział go majstrującego przy nim, pochylonego nad maską, gdy próbował uruchomić silnik. Ojciec wykorzystywał to pomieszczenie na garaż, w którym próbował naprawić ten pojazd, ale nigdy nie udało się go uruchomić.
Zarówno Josh, jak i jego młodszy brat, Pete, spędzili swe nastoletnie lata, przyglądając się i czekając na wielki dzień, w którym zgodnie z obietnicą ojca traktor będzie działał. I będzie można się nim przejechać po dróżkach Cranbridge. Jednak ten dzień nigdy nie nadszedł i teraz, gdy już nie było z nimi ojca, na pewno nie nadejdzie. Ale traktor pozostał. Nikt nie był w stanie wyobrazić sobie rozstania z nim i cennymi wspomnieniami, które się z nim wiązały.
– Jest – powiedziała Cathy, wręczając Amber mały ręcznik. – Powinnaś zmienić ubranie. Musiałaś przemarznąć. Czy twoje walizki są na zewnątrz? Josh, czy mógłbyś je przynieść?
Josh już się odwrócił do wyjścia, gdy Amber powiedziała: – Nie mam żadnych bagaży.
– Nie masz? – zapytała zdumiona Cathy.
– Podróżujesz bez zbędnego balastu? – powiedział przeciągle Josh.
Amber pokręciła głową, rumieniąc się. – Nie, linie lotnicze go zagubiły – oznajmiła im. – Wysłali go gdzie indziej.
– Och! To okropne! – wykrzyknęła przerażona mama Josha. – Jaka szkoda! Ale nie martw się, mam coś, co tymczasowo możesz pożyczyć. Chodźmy na górę, a zaraz znowu będzie ci ciepło i sucho – oznajmiła. Potem popatrzyła przez chwilę na Amber i dodała z uśmiechem: – Od tak dawna cię nie widziałam. Wyglądasz zupełnie jak twoja mama, gdy była w podobnym wieku.
Chrześnica uśmiechnęła się. – Dziękuję. Ona pozdrawia cię serdecznie.
– Tęsknię za nią – wyznała mama Josha, wciąż się uśmiechając. – Chodź na górę. Pogadamy sobie wreszcie. Chcę usłyszeć wszystkie ploteczki o twoim bajecznym życiu w Nowym Jorku!
Josh patrzył, jak wchodzą po wąskich schodach z boku sklepu na górę, do dużego mieszkania na piętrze. Od tak dawna nie widział swojej matki ożywionej. Czy uśmiechała się w taki sposób, od kiedy zakończyła leczenie raka? Może tylko wtedy, gdy przyszły wyniki, że chemioterapia zadziałała i rak piersi zniknął. Chociaż wiadomo, już zawsze widmo kolejnych badań kontrolnych będzie czaić się za rogiem.
A wcześniej? Cóż, wszyscy byli pogrążeni w żałobie.
Trzeba było uporządkować tak wiele spraw po niespodziewanej śmierci ojca. Na szczęście jego brat, Pete, był wtedy w pobliżu i mógł pomóc. Chęć zarobienia dużych pieniędzy zawiodła go aż do Singapuru, gdzie pozostał do tej pory, pracując na rynkach finansowych.
Wprawdzie Pete mówił, że nie chce ich zostawiać, ale zarówno Josh, jak i jego mama nalegali, aby cieszył się swoim nowym życiem. Pete był młodszy tylko o dwa lata, ale zawsze był w rodzinie tym najmłodszym, dzieciakiem, i tak też pozostało. Przynajmniej spełniał swoje marzenia, pomyślał Josh. Ilekroć z nim rozmawiał, co ostatnio zdarzało się coraz rzadziej, Pete wydawał się szczęśliwy.
Własne życia tak pochłaniały braci, że prawie wcale ze sobą nie rozmawiali. Wcześniej byli bardzo zżytą rodziną. Do tego stopnia, że Pete namawiał brata, żeby do niego dołączył. Josha nawet trochę kusiło, aby się tam wybrać. Ale potem mama zachorowała na raka piersi.
Nie mógł jej zostawić w takim stanie. Ktoś musiał wziąć na siebie odpowiedzialność opieki nad nią, a to w końcu on był starszym bratem. Zatem zawiesił swoją całkiem udaną karierę konsultanta do spraw zrównoważonego rozwoju w europejskim sektorze usług biznesowych, opuścił Londyn i od dwóch lat mieszkał w Cranbridge.
Od tego czasu ani przez jeden dzień nie był szczęśliwy.
Jego mamie też nie było łatwo, dobrze o tym wiedział. Leczenie odebrało jej siły. Chociaż nigdy nie narzekała.
Skierował się na górę, do mieszkania. Słyszał mamę i Amber rozmawiające w najmniejszej sypialni.
Z westchnieniem wszedł do swojego pokoju, żeby się przebrać. Nie powinien był się wcześniej kłócić z mamą. Zawsze gdy się nie zgadzali, czuł się winny. Tylko że ona nie mogła się pogodzić ze śmiercią swojego męża. Niczego nie pozwalała zmienić w sklepie. Wszystko musiało być tak jak kiedyś. Jak zawsze.
A przecież wszystko się zmieniło. Pete wyjechał. Mama zachorowała. Tylko Josh pozostał taki sam. Utknął w Cranbridge i zastanawiał się, kiedy jego życie zacznie się na nowo.
Właśnie otworzył szafę, żeby wyjąć suche ubrania, gdy na jej dnie zauważył zestaw narzędzi. Czy traktor kiedykolwiek będzie działał? Tak bardzo próbował go uruchomić, ale jak dotąd bez powodzenia.
W tym momencie tak bardzo dotkliwie poczuł stratę ojca, że musiał powstrzymać łzy. Ale ojciec odszedł, a wkrótce prawdopodobnie zniknie także sklep. Cranbridge Stores znalazł się na skraju bankructwa. Josh nie miał jeszcze odwagi, aby powiedzieć o tym rodzinie.
Amber szła po schodach do mieszkania nad sklepem. Cały czas próbowała słuchać podekscytowanej Cathy idącej tuż przed nią.
Jednak z trudem mogła się skupić. A wszystko przez tę upokarzającą historię z rzeką. Wpadła do niej i co gorsza, pociągnęła ze sobą Josha! Naprawdę fatalnie rozpoczęła swój pobyt tutaj.
Teraz jeszcze bardziej niż wcześniej chciała mieć ten pobyt za sobą, aby jak najszybciej uciec od swojego wstydu. Miała nadzieję, że uda jej się zarezerwować lot już na następny weekend i uniknąć tego całego zażenowania.
Właśnie dlatego nic jej nigdy nie wychodziło, przypomniała sobie. Ponieważ była niezdarna i głupia. Dokładnie tak, jak lata temu powtarzały jej w kółko w szkole nastoletnie koleżanki.
Zadrżała, a mokre ubrania przylgnęły do niej jeszcze bardziej, gdy szła za Cathy przez przytulny i ciepły salon. Były w nim olbrzymie dębowe belki podpierające dach. Na dębowej komodzie leżał stos książek i płyt. Szafki kuchenne na jednej ze ścian również były wykonane z drewna dębowego, a w rogu stały wygodne sofy i fotel, na którym siedziała drobna staruszka.
– Mamo! Amber tutaj jest! – powiedziała Cathy, gdy podeszły tam po skrzypiącej podłodze.
– Witam! – odpowiedziała starsza kobieta z uśmiechem, który natychmiast zniknął z jej twarzy, a w jego miejsce pojawiło się przerażenie, gdy zmierzyła Amber wzrokiem od góry do dołu. – Znowu pada?
– Oni wpadli do rzeki! – krzyknęła Cathy ze śmiechem. – Amber i nasz Josh. Możesz sobie wyobrazić?
– Coś takiego – powiedziała staruszka, powoli wstając, żeby podejść do Amber. – Czyli nigdy nie zapomnisz tego powitania! Pewnie mnie nie pamiętasz. Jestem Clotilde, kochanie. Ale wszyscy mówią do mnie babcia Tilly.
– Dzień dobry – przywitała się Amber i uśmiechnęła się do niej.
Babcia Tilly mierzyła zaledwie cztery stopy wzrostu, miała okrągłą i przyjazną twarz. A spośród zmarszczek spoglądały zaskakująco niebieskie oczy. Amber domyślała się, że babcia Tilly zbliżała się do osiemdziesiątki.
Nagle przypomniała sobie, że Tilly dawała jej na przyjęciu urodzinowym dodatkowy kawałek tortu, gdy jak zwykle chowała się w kącie.
– Od tylu lat cię nie widziałam – powiedziała Tilly, wciąż miło się do niej uśmiechając. – O ile dobrze pamiętam, zawsze siedziałaś z nosem w książkach. Ślicznotka z ciebie, co?
Amber oblała się rumieńcem, nieprzyzwyczajona do komplementów.
– Czyż ona nie jest urocza? – powiedziała Cathy, obejmując Amber ramieniem i przytulając. – Ale teraz musisz się przebrać, zanim zamarzniesz na śmierć. Chodź ze mną. Jestem pewna, że mam coś, co będzie na ciebie pasować, choć jesteś o wiele szczuplejsza ode mnie.
Wyszły do korytarza. Po jego obu stronach znajdowały się drzwi.
– To będzie twój pokój – oznajmiła Cathy, wskazując drzwi po lewej stronie. – A to jest mój.
Amber weszła z Cathy do pierwszego pokoju, który wydawał się największy. Znajdowało się w nim duże łóżko, kilka szaf i stara toaletka. Okno wychodziło na boczną uliczkę.
– Popatrzmy, co będzie na ciebie pasować – powiedziała Cathy, otwierając szafę.
Amber była wzruszona uprzejmością i życzliwością Cathy. Ale bardzo bolało ją też, że nie miała przy sobie własnych ubrań, bo jej bagaż zaginął w transporcie.
– Proszę – odezwała się Cathy, wyciągając parę czarnych legginsów i błękitny sweter. – Myślę, że w tym kolorze będzie ci do twarzy. Mam też buty, które mogę ci pożyczyć, bo twoje są całkowicie przemoczone. Boże, nawet nie wiesz, jakie to cudowne uczucie mieć tutaj kobiece towarzystwo – dodała. Potem spojrzała na otwarte drzwi sypialni. – Mama przeprowadziła się tego lata do fantastycznego małego domku niedaleko – wyszeptała. – Tutaj codzienne wchodzenie po schodach dawało jej się we znaki. W końcu ma już siedemdziesiąt siedem lat.
Amber patrzyła, jak Cathy wyciąga z szafy duży ręcznik kąpielowy.
– Dziękuję – odpowiedziała, biorąc od niej ubrania i ręcznik. – Świetnie wyglądasz – dodała nieśmiało.
Atrakcyjną twarz Cathy pokrywało więcej zmarszczek niż kiedyś. Ale oczywiście ostatnie lata były dla niej bardzo stresujące. Wciąż nosiła pofalowane włosy do ramion, tyle że teraz jej kasztanowe pasemka mieszały się z siwymi.
Uśmiech Cathy trochę przygasł, a potem powrócił. – Dziękuję, kochanie – odpowiedziała trochę zbyt głośno. – Sześć miesięcy remisji i liczymy na więcej!
– To wspaniale – ucieszyła się Amber. – Mama tak bardzo się martwiła, gdy zachorowałaś.
– Kiedy się leczyłam, prawie codziennie ze sobą rozmawiałyśmy – wyznała Cathy, siadając na łóżku. – I odwiedzała mnie, gdy tylko mogła. Oczywiście zanim wyemigrowali. Tęsknię za nią. To znaczy, Josh jest świetny, ale nie chcę przez cały czas zadręczać syna wszystkimi swoimi bolączkami i dolegliwościami.
– A gdzie Pete teraz mieszka? – zapytała Amber, próbując sobie przypomnieć.
– W Singapurze – odpowiedziała Cathy z tęsknotą w głosie. – Podobno ma piękne mieszkanie.
– Byłaś go odwiedzić?
Uśmiech Cathy lekko przygasł. – Mogę tylko o tym pomarzyć. W każdym razie tutaj jest tyle roboty. Ze sklepem i ze wszystkim – zawahała się. – Teraz, gdy jesteśmy tylko my.
Amber pokiwała głową. Wiedziała, że Cathy zaledwie kilka lat wcześniej została wdową. A potem jeszcze rak. To musiał być naprawdę trudny czas. I do tego jeszcze chaos i bałagan panujący w sklepie na dole. Tak wielki kontrast z przepychem i porządkiem panującym w ogromnych domach towarowych typu Saks Fifth Avenue.
Wydawało się, że Cathy jednak jakoś się pozbierała. – Teraz pozwolę ci się przebrać. Łazienka jest po drugiej stronie korytarza. Możesz wziąć prysznic. Chyba o tym marzysz, po tak długim locie. Korzystaj z mojego żelu pod prysznic i wszystkiego, czego potrzebujesz. Nie spiesz się. Kiedy skończysz, znajdziesz nas w kuchni. Włączymy czajnik.
Amber zabrała rzeczy i ręcznik do łazienki. Znajdowała się w niej wiktoriańska wanna z głowicą prysznicową. Podobnie jak cała reszta mieszkania, tak i łazienka była przytulna i stylowa. Z kafelkami zawierającymi morskie motywy i obrazy.
Z wdzięcznością zdjęła z siebie mokre ubrania i rozkoszowała się prysznicem, który przywrócił jej przemarzniętej skórze ciepło.
Potem założyła legginsy, które pożyczyła jej Cathy. Były trochę za krótkie, ale pomyślała, że wyglądają, jakby były specjalnie przycięte. Sweter lepiej pasował i przynajmniej sięgał jej do ud. Pomimo nieco przestarzałego stylu była wdzięczna za suche i ciepłe ubranie.
Mokre ubrania rozwiesiła w łazience na wieszaku na ręczniki i ruszyła krótkim korytarzem w stronę głosów Cathy i babci Tilly.
– Jesteś – odezwała się babcia Tilly, spoglądając na nią znad sto łu , przy którym siedziały z Cathy. – Kawa czy herbata?
– Poproszę kawę – odpowiedziała Amber.
– Siadaj sobie – powiedziała Cathy i natychmiast wstała. – Już robię. Jesteś głodna? Zrobić ci kanapkę?
Amber pokręciła głową, siadając. – Jadłam śniadanie w samolocie, dziękuję.
– To zjedz chociaż ciastko – zaproponowała babcia Tilly, podsuwając talerz.
– Dziękuję – powiedziała Amber, częstując się herbatnikiem grubo oblanym czekoladą.
– Czy ona nie wygląda jak Denise, gdy była w wieku Amber? – Cathy skierowała to pytanie do babci Tilly, a babcia potaknęła.
– O tak. Wypisz, wymaluj, tylko z wyjątkiem blond włosów.
– Cóż, Denise próbowała kiedyś rozjaśniać włosy, pamiętasz? – przypomniała Cathy, uśmiechając się do swoich wspomnień. – A potem musiała je obciąć na krótko, bo strasznie się łamały. Bardzo się wtedy zdenerwowała.
– Moja mama? – zdziwiła się Amber. – Z rozjaśnionymi włosami? – dodała. Od zawsze pamiętała mamę z brązowymi włosami.
Cathy postawiła przed Amber kubek z kawą. – Wyglądała okropnie. Ale ty masz kolor włosów po tacie, więc blond ci pasuje, dzięki Bogu.
– Będziesz spała w mojej starej sypialni – oznajmiła babcia Tilly. – Ma najlepszy widok, bo jest z przodu.
– Brzmi cudownie – ucieszyła się Amber.
– Josh jest naprzeciwko ciebie, a ja jestem obok w dwuosobowej sypialni – powiedziała Cathy. – Zatem będziesz miała towarzystwo.
Amber nie była pewna, czy Josh będzie zadowolony z tak bliskiego jej towarzystwa po tym, jak zafundowała mu kąpiel w lodowatej rzece.
– To piękny pokój – kontynuowała babcia Tilly, jakby oszołomiona. – Bardzo tęsknię za widokiem z okna.
– Ale nie za schodami, co? – zaczepiła ją żartobliwie Cathy. – A twój bungalow jest równie cudowny, a z salonu widzisz rzekę.
Tilly pokiwała głową, choć Amber odniosła wrażenie, że jej uśmiech był wymuszony.
– Może jednak nie spodobać ci się moja tapeta w kwiaty – powiedziała babcia Tilly.
– Jestem pewna, że wszystko mi się spodoba – odezwała się do niej Amber i wróciła wspomnieniami do obskurnego pokoju, który wynajmowała w Nowym Jorku.
– Może Josh go trochę odmaluje i rozweseli na czas, gdy Amber zostanie z nami – powiedziała Cathy. – Zaraz mu powiem.
Amber była zdezorientowana. Przecież na pewno Cathy zdawa ła sobie sprawę, że ona jest tutaj tylko przejazdem, na kilka dni? Zanim poleci do Nowej Zelandii, do rodziców? W porządku, nie zarezerwowała jeszcze lotu, bo czekała na zwrot zaliczki od właścicieli pokoju, który wynajmowała w Nowym Jorku. Ale gdy tylko będzie miała wystarczająco pieniędzy, żeby zapłacić za bilet, zaraz wyruszy w drogę.
– Jestem pewna, że to wszystko tutaj wydaje ci się przygnębiające w porównaniu z tym, co widywałaś w Nowym Jorku – powiedziała Cathy z uśmiechem.