Sigil - Sławiński Bohdan - ebook + książka

Sigil ebook

Sławiński Bohdan

0,0

Opis

Młody copywriter Słowik, który niby odurzony zmysłowym Teraz i TU bożek wina Dionizos, zgubił z samym sobą związek… w stołecznej placówce pieśnią reklamowego spotu wznosi bastiony sztucznego świata. Byleby usunąć stygmat winy, którą naznaczył Słowika przeklęty, odmieniony w Upiora przodek. Copywriter bezwiednie wzywa i poszukuje duchowego ojca, ścieżki uzdrowienia. Na evencie dedykowanym żonie, Słowikowi objawi się Mistrz O., dwuznaczny jak Wąż z Drzewa Wiadomości, którego pełne pokus tajemne sztuki mogą być po równi lekiem, co trucizną…

Bohdan Sławiński zadebiutował powieścią "Królowa Tiramisu" uznaną za jeden z najlepszych debiutów powieściowych 2008 roku, uhonorowaną nominacjami do najważniejszych ogólnopolskich nagród literackich (m.in. Nagrody literackiej NIKE i Paszportu Polityki). "Sigil", kolejna powieść Sławińskiego, to monumentalny moralitet, historia współczesnego Fausta i jego ucznia, młodego pisarza – autorskiego porte parole, naśladującego swego Mistrza, buntującego się przeciw niemu, marzącego o sławie, uznaniu i stworzeniu arcydzieła. Walka czy też raczej – współzawodnictwo należących do różnych pokoleń głównych postaci – uwikłanego w PRL Mistrza i reprezentującego młode pokolenie kandydata na artystę, ukazana została na tle fantazmatyczno-realnej Polski, zbudowanej po części z odtworzonych z pietyzmem realiów historycznych i współczesnych, po części zaś wysnutej z wielu znanych tekstów polskiej i światowej kultury. Książka zwraca uwagę gęstą i bogatą fakturą językową – poetyckością, giętkością stylistyczną w licznych literackich (i nie tylko literackich) nawiązaniach i pastiszach.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 601

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0



redaktor prowadzący: Paweł Orzeł

opieka redakcyjna, korekta: Maciej Robert

korekta: Michał Trusewicz, Andrzej Śnioszek

okładka i ilustracje:Zuza Charkiewicz / Podpunkt(ilustracja na okładce zainspirowana Czarną magią René Magritte’a z 1934 r.)

© Copyright by Bohdan Sławiński, 2022 [email protected]© Copyright by Państwowy Instytut Wydawniczy, 2022

Wydanie pierwsze, Warszawa 2022

Państwowy Instytut Wydawniczyul. Foksal 17, 00-372 Warszawatel. 22 826 02 01e-mail: [email protected]

księgarnia internetowa: www.piw.plwww.fb.com/panstwowyinstytutwydawniczy

ISBN:

Autor jest stypendystą Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego

POSZERZONE POLA CELEBRACJI ŻYCIA

Przechodniu, moja piosenka zaczyna się… pod starym słońcem, które leniwie toczyło się w stronę życia jesieni. Zdaje się, że nazywałem się wtedy Słowik, wokół trwał nostalgiczny event trzydziestych urodzin złotej Angeli, a uprzedzając wypadki… za chwilę, która jeszcze trwa! zjawi się z orszakiem mądry Mistrz i wszystko odmieni. Na razie Słowik był, jak i ja byłem… i jest, jak ja już nie jestem… copywriterem, w upalny wieczór przeszłego do wieczności święta odrodzenia kraju, wieczór naznaczony nieba pomrukami, dalekimi błyskami, miodną wonią lip… bawi się z pokoleniem, którego zanurzone w PRL-u dzieciństwo za górę lodową, a bieżąca dorosłość… chwiejący się nad istnienia tonią… przypisów do młodości szklany szczyt, skąd schodzą zwietrzałych słów lawiny. O Przechodniu, jak to szybko zleciało, zapisane… ledwie życia chwila, byle bal, i trzeba odchodzić od kości… nawet złota Angela jak wszystko przemija i więdnie, pozłota śniedzieje. O Ty, co dziś z lubością się w witrynie życia przeglądasz, szczerząc licówki, prężąc jędrne mięśnie… mimo wszystko pamiętaj, że vanitas vanitatum, memento mori, choć dziś jeszcze, raz ostatni! nim wicher prochy rozwieje… carpe diem. Trwa feta złotej Angeli, o Przechodniu, by uczcić trzydziesty rok narodzin księżniczki i wejść, wystarczy powiedzieć… jednakie hasło i odzew: carpe diem!

Pamiętam, to był event à la późny sekretarz Gierek, wczesny stan wojenny, kiedy to zaklęta w księżniczkę Angela przyszła na świat. Ale przecież, o Przechodniu, historyczne piany i szumy, kto na to odporny… prócz emanacji dziecięcych artefaktów schyłku epoki PRL-u – wewnętrzne narodowym mitem porażenie. Późny wnuk pod kostiumem przebierańca… targał na fetę bombę sprasowanego w sobie dziada, który podczepiony pradziadem pod powstania i zabory, głębiej! pod terra felix mitycznej Sarmacji, wreszcie pod robaczkowe ruchy ludów-jelit jednoczonej Europy. Ach, ile wtedy się jadło i piło, ile myślało się i mówiło… kosmopolityczna kuchnia fusion, tartinki i ptifurki, litry absolutu z gorzelni Hoene-Wrońskiego krzyżowanego z ultrakatolicką czystą i żytnią, ultramontanizm pajd chleba ze smalcem i ogórkiem kiszonym. Pamiętam, goście wokół ołtarza wystawionego na balkon elektrycznego grilla… oto my, swoi i obcy, w manichejskim splocie, w czasie zatrzymani, na zawsze… około trzydziestoletni, wiecznie atrakcyjni, witalni i zdrowi. Mimo wszystko, kreśląc… przepisując linię czasu, po latach na zgromadzonych z sympatią patrzę… na te dziecinne upiory przebrane za postacie z mitów i bajek dzieciństwa, za Czterech Pancernych, Żwirki i Muchomorki, sanitariuszki, telegrafistki i damy, za powstańców i podchorążych, za wcielenia wolności… Wasze i Nasze! Niewinni Przebierańcy, co wyznają wiarę, że złożone w ofierze niepewnej przyszłości… dziecko, które każdy w sobie nosi… niby feniks przywrócone z popiołu… choć na chwilę po świt… ożywi sforsowanych drapieżną rzeczywistością dorosłych. W górę serca!

Pamiętam, zawiesina tłustego upału pogrobowego święta odrodzenia kraju, miodny zapach lip, pomruki wyschłego na wiór nieba i dalekie błyski ulgi… a wokół nas, Przebierańców, zwały sforsowanych czasem zabawek, co komu na strychach, komóreczkach i piwnicach bloków rodzinnych po eksplozji czasu zostało. Plastikowe żołnierzyki o sparzonych atomowym ogniem entropii kończynach, pułki okraczające nieistniejące już siodła, spieszeni chłopcy malowani, ułani i husarze w liszajach złotej chwały farby, za którymi jedynie pamięć jak tren woła: na koń! na koń! na koń! Zużyte pospiesznie pracującym w klepsydrach czasem damy i lale w makijażach porcelanowych pajączków, łat, wgnieceń i spękań, poprute misie, za którymi niby za kmieciem Grzesiem, co piachu wór niesie, sypią się trociny; jeszcze odpustowe korkowce o zaspawanych rdzą iglicach, a wszystko to widać w zmętniałych szklanych kulach, którymi zmęczone oczy pogrobowców PRL: ja, ty, on, ona, oni… my? A ponad naszymi głowami… niby sztandar! naścienna narodowa galeria, spazmy i sploty przepuszczanej przez maszynkę czasu historii: Wróg czuwa!; Tylko Polska Ludowa zapewni waszym dzieciom chleb i opiekę; Coś ty zrobił dla realizacji planu? Ach, gdy wreszcie jak wszystko do szczętu pomrzemy, odmieniając się – oby! – w nowe i inne… zawińcie nas w pomniejszego mitu całun, a zamiast wieńców, wiązanek, przysypcie mogiły powyższym przeszłych emfaz i paroksyzmów dzieciństwa confetti! Niechby wieczność falujących cieni podobna była do stanu, gdy mając niewiele lat… w rzece błogiej niewiedzy zachwycało się swoim falującym, tęczowym niby pstrąg odbiciem. Ach, co to nie my… a tu mija, minęło dziesięć lat, i każdy dzień miast euforii – przechodnia klęska, myślałem, że będę miał więcej do powiedzenia…

Pamiętam, czekając na Mistrza, który do lekkiego niby piórko życia doda eksplozję głębi… Słowik, którego miejscowo zawierałem, w kostiumie ułana animował biesiadników, a koronny klejnot… księżniczka Angela nakręcała fetę, machając czarodziejską różdżką. Na jej rozkazanie wyświetlała się Kronika Filmowa i uchwalano setny raz, mieszając w kociołku etnoregionu, manifest PKWN-u. W alchemicznym laboratorium, gdzie entropii sierp i kreacji młot… wrzała materia ludzka, walcowana, piłowana, cięta… wytapiał się i rafinował Duch, a poddane ekstrakcji cząsteczki małorolnych tłukły się w garncu wczesnego PRL-u o parcelowane po kułakach morgi… równolegle migały picassy z Malediwów czy Bali, gdzie para otwartych na nowe wycieki promieniowania pomniejszego mitu geowspólnoty, jakim może być turystyka… panujących tu gospodarzy niedawno była i doznała, a teraz dzieli się swoim wielogwiazdkowym szczęściem, jedzcie i pijcie z tego wszyscy!

Pamiętam; a my jedziemy do… – głosów gości polifonia, nowe współrzędne wypraw, co komu takie tematy szkodzą, nie za głęboko, nie za wysoko, akurat. Gdzieś pojechali, obejrzeli, wydali i wrócili, w swym segmencie o poszerzonym, wywyższonym standardzie… po kres ciał dekoracji aspiracyjnie żyć będą. Och, Przechodniu, nie bądź zbyt surowy, życie, które cieknie, przecieka, i ty je miałeś, masz… nie mów, że wszystko mara, dym. Tylko, pamiętam, za sprawą znajomego, po stokroć zdradzieckiego… Ortoprotetyka (przecież, burząc letni spokój, o zabronionym krzyczeć musiał!) nad elektrycznym grillem, gdy unosiły się słów Przebierańców o egzotycznych wyprawach szampańskie bąbelki, gdy pod niebo wznosiła się woń ofiarnego mięsa… z ust Ortoprotetyka – pamiętam! – buchnął swąd bieżącego ze środków oficjalnego przekazu. O Przechodniu, zamiast perlistej zabawy… nagle pociekła ropa kolizji partii wodzących na linii młody/stary, postępowy/wsteczny, lewy/prawy; z odwiertu… uleciał gaz, zarysowała się granica… migracji pokładów pierwiastka terroru i amalgamatu dwutlenku węgla… wreszcie Przebierańcy doszli nad elektrycznym grillem do mrocznego niby Czarna Madonna credo, tajemnicy pospolitej brzozy, która skrzydłem cięta. Pamiętam, o tu, ależ się przebrany za ułana Słowik, donosząc karkówkę z karmionej jedynie żołędziami iberyjskiej świni, oburzył, podzwaniając imitacją szabelki… letni wieczór 22 lipca, miesiąc elitarną listę zaproszonych na carpe diem układał, by szlachetna oprawa trzydziestki księżniczki Angeli! a goście niewdzięczni o krętych pospolitej brzozy demonicznych korzeniach, które niby węże z koafiury Meduzy się wiją, strzykają jadem… jeszcze gotowi zbudzić Upiora ze starszego tła! A kysz, a kysz… nim trupiego jadu wycieki mózgowia w oprawie zmurszałej czaszki, w której dziura w oficerskiej potylicy, i spod ziemi nieproszony głos, co zamiast mosty wspólnoty budować… dudni, sepleni, krztusi się o wiecznym odwecie. Dość! Kto winny? Na koń, na koń, na koń! Kto wie, może bieżącą czaszkę zdradzieckiego Ortoprotetyka, co znów montuje w spróchniałej kości mitu tytanowe kły… naznaczyłaby karbem szabelka, ale czarodziejska różdżka panującej w ten przeszły do wieczności dzień odrodzenia Angeli przykrą dyskusję utnie: bawmy się. Co było robić: „O pójdźcie za mną w pijanym korowodzie! – wołał przebrany za ułana Słowik – Na koń, na koń, na koń!”.

Pamiętam, wzbudzani do zabawy goście… jeszcze pomostowe słówko poświęcą dyżurnemu… (o Przechodniu, tłumaczę, takiemu jednemu… zmarłemu, który, nim stał się rozległym NIC, w tym saloniku do świata z pretensjami onegdaj…) nim ponaglani przez przebranego za ułana gospodarza eventu, od jątrzącej, fosforycznej niby krzyż brzozy, która w ciemnościach ściętym pniem świeci, się oddalą. Każdy miał chyba pogrzeb w rodzinie, na który pobrał ze szkoły zwolnienie, słowem… zdolny był chłopak, ale sam wybrał, że nie żyje… natomiast, czy to sprawiedliwe… pośmiertnie wystawiany, a my? My jeszcze żyjemy! Słowem, trupy precz, o, bracia, siostry, za mną! uwiązanym do osiołka pamięci sylenem, tanecznym korowodem… byle dalej od przykrej ukrzyżowanej brzozy, której liść, korzeń, pień… z wirażu cudzego zgonu już nieskrępowanie w bieżące życie, które woła: carpe diem!

Pamiętam, chwiał się saloniku pokład w procentów szarży… przebrany za ułana Słowik u masztu słowa, dyskontował wobec przebranej za atrakcyjną działaczkę proletariatu doktorantki swoje nad grillem wojownicze wystąpienie, co to nie on…. szarżą słów głuszył, gdy doktorantka ustalała za trudne współrzędne: „Czytałeś Kristevą, Derridę, Barthesa, Bachtina, Pynchona?”. O Boże, a cóż to za wojacy… przewrotnie wyzna: „Miła, czytam tylko narodowych wieszczów, reszta to blaga”, kłamie, ja go znałem, znam… jeśli wygniatanie ze słów winnego moszczu skróci drogę ku obopólnemu falowaniu, zwiastowaniu ciał… przecież Słowik gotów dla poklasku roztrząsać choćby światowe strategie translacji Finnegans Wake! Ale co tam Wielkie Duchy, które do końca świata będzie się ostrożnie przepisywać… jest też TU i TERAZ, wsłuchaj się, Miła, w przyjemnie brzęczące, jak ostrogi i szabelka… głosy tła wieszczące za petro-spot kapitałowy sukces, feta trwa, pozornie dedykowana złotej Angeli, bo głębiej to tylko słowicze, ułańskie JA!

Pamiętam, doktorantka taka bezkresna… atrakcyjnie znerwicowana, co kawę za kawą, nawet nocą, by jej drapieżne niby łasica sny gwizdały jak czajnik. „O, wrząca, o, piękna, o, mądra, widzę cię… Ty, Asztarte, Ty, Izis, patronka czarodziejskiej wiedzy, którą można świat przebudować… jak Bakunin spalasz się w idei – lały się copywritera lepkie słowa – preparujesz bomby opresorom, rzucasz pod nogi Cara-Baltazara! ale dziś, w ten letni wieczór pełen zapachu lip… przekujmy tanatejskie czyny w Erosa intertekstualne przyjemności”.

Przechodniu, ileż ten galopujący na słowa osiołku… przebrany za ułana copywriter w fazie przebóstwienia… wcielenia arcyważnego spotu… miał słów za free (słowniki frekwencyjne przesypywały się, jak dziś… sypie się proch. Deszcze zacierają tropy, cienie rozwiewają się, po kolumbariach pająk rozsnuł swą lepką sieć. Mimo wszystko wciąż nie chcę wierzyć, że życie to jeno dym i mara…). Zaraz gospodarze eventu kupią na zaawansowany kredyt, bo dogmatowi wiecznej pożyczki byli oddani – loft, potem dwa tygodnie spokoju w jakimś egzotycznym Ultima Thule, gdzie ciepła plaża i morza szum. Słowem, między sukcesem spotu… realizacją nowego locum, a wczasami – płynęły rojenia o wiecznym TERAZ i TU przebranego za ułana copywritera Słowika, którego falujące jak pijany Sylen marzenia, przed Tobą, o Przechodniu, niby egzotyczną tkaninę rozwijam, furczą świadomości krosna…

Ty, który wchodzisz… posłuchaj rodzimych i orientalnych wątków monotonne trzy po trzy: może jeszcze copywriter zdąży odwiedzić doktorantkę, gdzieś między Kristevą a Lyotardem to nęcące, buchające ogniem mądrych słów i żyznych myśli, ciało na chwilę posiąść… pielęgnując wzlot w nieskończoność iskrzącego się w klatce ciała – ducha? Panie, który wszystko projektujesz, budujesz i demolujesz, przydaj copywriterowi… ślizgającemu się po istnienia powierzchni – głębi, rozłóż, zmaceruj i przekuj w nowe, zaklinam. Solve, Solve et Coagula! Niebezpieczne myśli wiraże…

Na razie, o jak kląskał w swojej stołecznej budce dla ptaszków… przebrany za ułana Słowik, jakże wzniesiona była wobec atrakcyjnej działaczki proletariatu słowa szabelka… gdy właśnie w drzwiach czekany, tematycznego eventu clou, artysta wielkoformatowy, znany jako O. – na Dionizje dedykowane panującej tu dziś Angeli zstępuje (mimo ustalonej eventu etykiety… w ubraniu cywilnym). Przyszły adiutant Słowik (choć wtedy, o Przechodniu, myślał, że przyszłość wyznacza petro-spot, długonogi przepych za niego sutej zapłaty, ojro czy dolarów diengi, wakacyjnego luksusu Ultima Thule…) rzuci doktorantkę, poleci witać: Mistrzu, niegodnym… Carpe diem. „Carpe diem, a pan się nie przebrał – zawtóruje mężowi księżniczka Angela i pogrozi wielkiemu artyście czarodziejską różdżką – Zamienię w żabę”. Mistrz O., który przecież jak każdy mędrzec własne stanowi prawa, odpowie: „Carpe diem… a ja jestem, który jestem, księżniczko”.

Pamiętam, za Mistrzem O. na event wnikną jego dwuznaczni przyboczni, zwieziona karetą maybacha świta: dwaj montażyści i pachnąca planem filmowym zielonooka gwiazdka… w sukni z epoki galanterii (ach, szeroki jak Oka dekolt, wzniosło-wyniosłe, uciśnięte fiszbinami ożyłkowania marmurowych piersi, które tajemna siła w opakowaniu trzyma… moja wina, moja wina!), do gospodarza eventu dama szepnie: „A ja jestem Makowa Panienka, szukam… Emmanuela”. Skąd wiecznie nadchodzisz… trzymając w rękach miodu słój i gałązkę kwitnącej lipy, jakie kosmiczne źródło tobą tryska, co za siła, zmieniając ciała, niza miłosne paciorki pamięci, jak ten pokład się buja… – kobiecości fala zmywa pokłady świadomości Ułana-Sylena.

Przechodniu, vanitas, mak dedykowany godzinie śmierci, gdy ciało zamiera, ale uroda płatków Makowej Panienki, miodu słój, który niesie, jak przed wiekami niosła inna… nawet dziś, gdy jego „żywot” referuję, Słowika słabości… natarczywe jak seksualne upodobania, erotyczne, ryte w kamieniu skrypty.

Ledwie się na evencie gwiazdka z gałązką kwitnącej lipy i miodem objawi, przed oczami błyśnie… przebrany za ułana copywriter raniony… słania się, chwytając tkaniny mak. Ach, wyzwolona energia, gdy w fuzji reakcji światłoczułej przeszłości z dzisiejszym katalizatorem, Makową Panienką – nieskończenie odległej supernowej błysk. Oto z głębin pamięci – strzela Betelgeza, wyrzucając chmury plazmy! Ale to nie kosmiczna zagłada, chwalmy tę chwilę, gdy zmysłów zaćmienie wewnętrzny wzrok wyostrza… W mroku – świetlista szczelina, jak przed laty, gdy rozwierały się drogi… gdy, pamiętam, stukał Nowy Rok, a pewna dziewczyna – aromat identyczny z naturalnym… – afirmując upływające o północy życie (zegar vanitas bije!), odurzona tyknięciem jednostki czasu, rzucała się Słowikowi na szyję… Pamiętam…

I oto słania się oślepiony przebrany za ułana copywriter, jak dawno temu pod ratuszowym Zegarem się słaniał… żadnego wstępnego rozpoznania z czyjego nieba Gwiazda spada, czy nie ma czasem ważnej misji, w której się spala? Żadnych słusznych wątpliwości, gdy objawiona tak bezinteresownie Gwiazda nawet nie zapyta: masz żonę? Od razu w bój, chwała! Oczarowana słowiczymi trelami, osiołkiem, który w swej bachicznej procesji, bo i cóż… carpe diem! Jasne, Słowiku, jak przed laty, gdy bije życia wczesna wiosna, teraz i zawsze odtwarzana… znów wybrano cię z wiwatującego tłumu pod ratuszowym zegarem, gdy tykał Nowy Rok, nawet nie wiedziałeś, że twoja nieskończenie w czasie odległa supernova przed godziną – czyli rok temu – pokłóciła się z chłopakiem. Za kilka słodyczy pocałunków plus muśnięcie otulonej puchem kurtki krągło-strzelistej w domyśle piersi, gdy trafiłeś na jej orbitę… mimo mrozu wracając tanecznym krokiem do domu, o ten cal nad cudowną, wirującą ci w głowie ziemią… o, cudzie życia! po mordzie dostaniesz… Jej były oczywiście w czeluści bramy w wianuszku koleżków, co zamiast owiniętych winoroślą tyrsów dzierżyli flachy aquadestylaty made in Polmos, och, nie męskie menady to, lecz menele… Ty, który wchodzisz, żegnaj się z nadzieją. Przechodniu, przecież znasz… ten noworoczny witraż księżycowego krajobrazu: zmiażdżone kubki, strzępy konfetti i rac, szampanów szmaragdowy tłuczeń. Nikogo nie winiąc, wygląda na to, że panna spod Zegara, co na tobie na chwilę (niech wiecznie trwa!) zawisła… sprawdza, która bardziej ofiarna wojska chorągiew. Jeśli wygrasz, gwiazdkę z nieba na sztandar dostaniesz, wierząc, że wystarczy na kolejny rok, że nie będziesz musiał… ze swoimi kolegami na kolejnego tanecznego pretendenta, tego derwisza miłości! w tej samej przechodniej bramie czekać… miłosnego zachwytu powracająca fala, co o brzegi świadomości uderzyła, uderza… niemożliwe, by przebrany za ułana copywriter Słowik, co kroczył ścieżką smugi cienia, tego nie wiedział. Jakby miał poza świadomością, mimo przykrych doświadczeń, innego dyspozytora woli. Co tam przedwieczny Ratusz i Zegar stukający Nowy Rok, ledwie intro, które prowadzi przez wilgotny po letniej burzy dawno zapomniany ogród. O Przechodniu, mimo ostrzeżeń, spójrz… Otwiera się, uchyla furta… ścieżka żwirowa przez wieki się wije, a Ona, ta Pierwsza i Jedyna, która błysnęła pod Zegarem… Niepojęta! ucieleśniająca najwyższą tajemnicę, ze słoikiem pełnym miłosnego miodu, czeka na nas w aureoli świetlików, w cienistej altanie…

W głębinach umysłu copywritera, który na eventu pierwszym planie, wskrzeszała się z utraconego przed wiekami Ogrodu miłosna Galaktyka, nadlatywała z szybkością światła, a ratuszowy Zegar wybijał północ… natomiast w eventu tle niby to porzucona Angela (choć zasługiwała jedynie na wieczne wywyższenie!) wobec kosmosu słów Mistrza… jaka zasłuchana! a ile wcześniej dąsów: po co zapraszać zgranego jednym filmem, pysznego niby paw starca z osmalonym nowoczesnością kuprem, wypalonego dawnymi uniesieniami, gdy życie domaga się współczesnych tropów? Ale, że event tematyczny, vide nostalgia à la późny Gierek, wczesny stan wojenny, nadto święto cieni, gdy każdy musi wobec panującej tu dziś księżniczki Angeli skandować narodowe trzy po trzy (pod karą z zabawy ekspulsji… zakazana była tylko ścięta skrzydłem brzoza, o Przechodniu, pamiętasz?), Słowik żonę przekonał, że starzec doda nostalgicznej fecie głębi; artysta na kartki podniesie średnią wieku, ukoronuje ją bezzębnym świadectwem, podobnej ospie wietrznej epoce PRL-u, gdy na ciele transformującej ludzkości wyrósł krasny czyrak…

Pamiętam; Angela oczywiście nie darowała sobie wstępnej… bezczelności, skoro Mistrz śmiał zstąpić do jej Królestwa w opakowaniu zastępczym: „Pan w istocie przebierać się nie musi”. Winna paść riposta… Tylko, jak już mówiłem, Makowa Panienka ze świty Mistrza oślepionemu copywriterowi świat przesłoniła, wpadli na siebie w rozbłysku, jakie to nieoczekiwane! Dwa słońca na niebie! O Przechodniu, czy to można… odrzucić? Choćby tam życia królowa, stabilna jak kotwica… Madonna majestatu… czy można odrzucić, nie przepisując siebie? Tajemne siły, gdy carpe diem… mimo ostrzeżeń, ach, ta zieleń oczu, a włosy… rzeka, która płynie przy fabryce rudych farb kaskadą na nagie plecy! Jak ta Pierwsza, przedwieczna… z miłosnej altany, gdzie formował się w copywritera człekopodobny twór, hałaśliwy, niezgrabny… Pamiętam, chrzęścił ścieżki żwir, w dole płynęła rzeka… Unieś go, unieś, o, rzeko! Przechodniu, jakby na copywritera ktoś zmysłowy czar rzucił.

Popatrz… dłonie przebranego za ułana Słowika w płatkach maku nieznajomej, no co złego? Wstępnie akademii za mądra od farmy myśli Kristevej czy Lyotarda… Rózia Luksemburg, w rozwinięciu wieczoru… dama, no co złego… Tyle na evencie faktur i barw obojga płci, tyle ślicznotek, co uciekły na chwilkę od przyszłych troskliwych mężów, co chcą je w prezencie ślubnym uziemić mozolnie nabranym kredytem na trójcę dzieci, ustawić w witrynce aspiracyjnego życia, okredytowanego podmiejskiego bliźniaka. Górna półeczka: zleasingowany SUV na rozległym podjeździe z kostki Bauma, dolna: samoodkurzająca się centralnie żona i wymagająca wiecznej uwagi kryształowa zastawa-dziatwa, niech na wieki wieków… starczy środków! No co złego… Tylu na evencie przyszłych zapracowanych ojców, co zazwyczaj na konferencji paliwowej, po której jako antystresator suta kolacja i przetaczane cysterny whisky, a strategiczny klient, by utrwalić biznesową bliskość, wzywa zastęp wysokopłatnych callgirls. Jaka zabawa, gdy wpychać prawne środki płatnicze za pachnące piżmem sznurki stringów, jakie pyszne te anonimowe biodra nad tobą, na stole, och, baby, jak karuzela kręć się, kręć, a my, nim do nas, baby, rozwarta zstąpisz, wykąpiemy cię w cysternie whisky! A Słowik tak skromnie, Przechodniu, zważ… co złego taka zmysłowa chwilka, taka ze świty Mistrza miła… Basia czy Kasia z animacji kulturalnej, attachatu czy pionu HR? Co za różnica, skąd ona… carpe diem!

Miał Słowik pokazać Mistrzowi O., jak dostatnio żyje i mieszka, ile je i pije, ale dłonie ślizgały się po cudownych konturach ciała Makowej Panienki, na które został rzucony, przybity do tego różo-krzyża… ratuj się! nim Angela zobaczy, że od godziny tylko gwiazdka Mistrza, jej cudowny blask… Tyle tych nieostrych konturów, ile po drugiej stronie braku zgody na eksplorację, a tu… terra incognita od razu zamienia się w przyjemną macierz? Ratuj się! Choć makowa tkanina tak śliska, może by i przebrany za ułana Słowik złapał równowagę, zobowiązania i urodziny złotej żony, ale wezbrała rzeka wina i lepkich słów, w tle Angela na wyspie-kanapie, zasłuchana w Mistrza O., nowa lira… na której Mądry Starzec zręcznie gra? Copywriter pozwoli się uwieść… kapryśnej rzece przyjemności.

Pamiętam, czas płynął w ten upalny dzień przeszłego do wieczności święta odrodzenia kraju, a mit z własnej karykatury się śmiał. Oto przebieraniec Słowik z gwiazdką dostojnego gościa faluje śród morza wina… szczęśliwego, kolorowego tłumu równych sobie przebierańców, przypływ rzuci ich… Zatrzasną, zaryglują drzwi… W alkowie łazienki scementują nieoczekiwaną, jak każda przygoda, wspólnotę, przecież carpe diem! Czas płynie, wiecznością jest każda minuta! Pamiętam, szczerzył się do nieoczekiwanych kochanków… fluoryzowany futrzak ze szczoteczką w łapce: „Członkiem klubu Wiewiórka może być uczeń, który posiada własną szczoteczkę…”. Nad wanną plakat z wojny roku 1920, gdzie trójca stanów społecznych bolszewika biła, a podpis głosił: „Hej, kto Polak, na bagnety!”. Na lustrze plaster propagandowego plakatu z maszynką do mielenia mięsa: „Stój, palce nie odrastają!”. Ostrzeżenia przed dywersją/sabotażem/zdradą, a oni niebaczni. Strzeżcie się!

„Emanuelu, dziś ramy wierności płynne – szepnie Makowa Panienka do ucha przebranego za ułana copywritera. – Wyznaj mi… liryczny wiersz, a płatki maku…” – tu (nie licząc opadającego i wznoszącego się marmurkowego żyłkowania biustu…) jej dłonie rozchylą suknię i długa, przebrana w pończochę noga, która po wewnętrznej kończy się wszechrzeczy źródłem, jakie to nieoczekiwane… Ten copywriter Słowik, neurotyczna, pozbawiona instynktu samozachowawczego sierota, jak mi w nim ciasno, gdy wobec nieuchronnego zrzucenia imitacji munduru, uniesienia… rozgorączkowany a to szczebiocze na uszko, a to muska spiesznej kochanki kark. Jaka cudowna ociekającą lipową patoką gałąź, na której utkał swoje pierzaste życie, i kolejnej Jedynej, w jednej chwili w obliczu… okrytego nylonem, poliamidem i koronką… wiecznego źródła, do stóp! Moja miła, w Twoim blasku skąpałem się. Tak oto przebrany za ułana copywriter Słowik odmienia się w motyla Emanuela, opiewa wdzięki Makowej Panienki: „Mnie sama miłość śpiewać każe”. Spiętrza się czas! A potem to już otwarta róża, która jest różą, jest różą, różą jest. No, graj, póki możesz, Słowiku, na swoim czarodziejskim fleciku, na ułańskiej szabelce, łącz, co było, z tym, co nadejdzie. Tylko przykre, że te wieczne starania o wszystko, ten płynny ruch w kierunku źródła, takie pospieszne, ledwie chwilka… w ramie pasa pończoch – nektar i rosa.

Pamiętam; o, jaka Słowikowi gwiazda nieoczekiwanie przychylna, falująca, otwarta i wsparta o wannę: bierz, masz, daj, dam. To nie kobieta, to o kobiecie spot! Słowiku, dwie godziny temu nawet nie wiedziałeś, że TA, z którą obcujesz… istnieje, nie budzi to twoich podejrzeń? Za drzwiami łazienki trwają obleczone w animowany mit urodziny Angeli, bawi się pokolenie zaprzyjaźnionych nekromantów… Paraliż samozachowawczych sekcji mózgu, dopiero za te trzy święte lśniące wilgocią minuty, które wybija perłowa struga… gong, który przywraca świadomość. O Przechodniu, wciąż ich w lustrze pamięci widzę: nałożone pospiesznie na siebie falujące cienie, które unosi przyjemności rzeka. I choć wiry, mielizny, do sanktuarium łazienki ktoś się dobija, później będą stanowczo utrzymywać, że pochłonęła ich… historycznych plakatów galeria! „Angela, do niczego nie doszło”. Oprowadzał po domu i… zbłądził. Moja wina, moja wina…

Pamiętam, gdy opadły wody, zgasł paraliżujący wolę blask, wyładowany w jakże wzniosłym akcie… Łomot tarana wściekłych piąstek! Przechodniu, zobacz sam… Mistrz w livingroomie akurat indoktrynował koło pogrobowców PRL-u, że sztuka to tylko przez duże S! że artysta tamburynkiem czy bębenkiem, który wyzywa, na którym wzywa… ciemne siły, w jego mowach było coś o pokrętnych marszach Sztuki Wysokiej i bolesnych werblach w czas alchemicznej fuzji narodów, o czołgach w śniegach Stanu Wojennego i Podchorążych w mgłach Listopada, molekuły… pacierze Bohaterów, litanie Matek-Polek i kresowych stanic akty wiary coraz bardziej niejasne, a wszystko rozgrywane z męczeństwa górnego C. Młodzież, ta współczesna tresowana nowymi kodami, wykwitami kapitału… przebierańców podchorążówka, śmiała się, że to się nie sprzeda, nie kupi, ej, Starcze, którego zaproszono, byś nas bawił… co to za sztuka poza doktryną przyjemności, co to za ciemne i dziwne słowa, które na klęczkach wokół grobów odmawiasz? Gdzie nas, Upiorze przeszłości, wleczesz, my jeszcze żyjemy… Pamiętam, równolegle operetkowa małżeńska kometa rozświetliła hol. Rozżarzona Angela żądała wyjaśnień, swym cudownym sopranem, wobec którego zawstydzony kamerton… przecież jej nogi dłuższe (od tej Makowej Panienki, której się zdaje, że wystarczy oblec się w płachtę czerwieni, włączyć sygnalizator STOP do łazienki i łupić cudzą własność…), ciało wonniejsze, nie rozumie… i też się może, z kim tylko chce, pieprzyć! Ale ona! przynajmniej nie dała by się na tym nakryć! jeszcze tu! w jej urodziny! przy znajomych! in flagranti?

Ot, życie, które uporczywie pcha się na pierwszy plan, ujrzane chce być w całej urodzie i zgrozie. Przechodniu, pamiętam, kiedy ów trawiony żarem… okruch małżeńskiej lawy wpadnie przez rozstępujący się tłum do livingroomu: Angela palące oskarżenia krzyczy, Słowik się broni: że Miłość i Wierność niezłomna… jasne, wspólnych kredytów więzienne mury, okowy, kajdany! – słyszę jak z tła, jakaś siła zaklęcia sepleni: burzyć, burzyć! A w kącie saloniku ta podstępna i cudowna… o Przechodniu, patrz… spadająca z Mistrza nieba Gwiazdka, Makowa Panienka, korzystając z zasłony dymnej… rozmywa się w konstelacji zgromadzonych, stało się…?

Stanie się! Pamiętam, to wtedy wielki artysta O. do rozbawionej sali (śmiali się śmiać z wielkiej myśli Mistrza pereł, co przed hodowlane masową doktryną wieprze!) na tych, co miziają się ze swoim jedynym w dziejach neurotycznym dzieciństwem, buksując w czasie… klątwę rzuci: „Przechodniu, powiedz, że lżony… poległem tu w służbie”. Jakby na dzisiejszą podchorążówkę przebierańców splunął… Nim rozlegnie się buczenie, pamiętam, właśnie wtedy przebrany za ułana Słowik, ten nagłych przyjemności ekstremista, na którego nacierała walkiria Angela, potknie się o wyświetlający ciepłe morza i wyspy płatnej szczęśliwości rzutnik, i nieoczekiwanie! za sprawą dziwnych sił i batuty Mistrza? który neurotyczną młodzież cechować chce tryskającym z czakr pamięci cierpieniem… nie wiadomo. Ważne, że tamburynek, którym zdaniem Mistrza artysta winien być, marsza niby armijny werbel zagra. Słowik, jak strącony z piętra Starego Boga serafin upadnie…

Pamiętam, blisko było północy, godziny Duchów… powietrze gęste, wysycone przelanym winem i ogólnym tarciem, gdy ciała o ciała magnetycznie, gdy ty do mnie, ja do ciebie, gdy trzeszczały tekstylia, krzesząc fluidy i elektrony, gdy szukaliśmy okazji, by nieuchronną maskaradę zdychania feromonami maskować, gdy jeszcze witalni, w miarę atrakcyjni, przeglądamy się w sobie bez wstydu, o, chodź Młoda do Młodego… Oto po upalnym dniu nadciąga długo czekana burza, zaraz od ulewy będą sepleniły rynny, a ciemne siły i odwieczne, spychane w opłotki codziennego życia duchy w tego nędznego przebierańca… ułana-Słowika w livingroomie wtargną, jakby podczas upadku uderzył się w głowę, bo w istocie o czyjąś nogę (zapewne zdradzieckiego ortoprotetyka!)… tam pod jarem, legł, koledzy go nie żałują, jeszcze końmi go stratują…

Widzicie? copywriter niby demoniczna pospolita brzoza ścięty… a dalej, a głębiej… brzezina, gdzie przez trzecie oko w potylicy ulatywało tchnienie o wadze: 21 gram… Twardy statyw rzutnika, jak boli… Ta skrwawiona w jednej chwili niby sztandar głowa przebranego za ułana copywritera, za którą, pod którą… niby drzewne słoje: głowa dziada i pradziada, a pradziad, który z drzewnego miąższu niby próchno świeci – ten to już powszechny!

Przechodniu, jeśli pamiętasz monotonne niby pacierza mantry lekcje i skurcze mąk powszechnej historii, wspólnego przodka łatwo wyobrazisz sobie. Zarodniki pamięci komórkowej, mojej i twojej, Waszej i Naszej! po livingroomie rozsypią się, co współczesne zmiesza się z minionym, które dotąd przebrane w poprawne formy. W tym pomieszaniu nagle spiętrzony, rosnący ku nieskończoności Mistrz O., który ten stan olśnienia wyczarował… dziwić się, że rannemu w głowę Słowikowi podobny wydał się… mężowi stanu, herosowi czy bóstwu? Sztuki Apollinowi czy raczej Pierwszemu Marszałkowi Polski, do kolan którego późny wnuk – ponowoczesne dzieciątko: jam ociemniały, wskaż drogę! – sięga… A może nawet, kto wie… Najwyższemu, Temu, czy przyczynie Tej, co ahistoryczne kamienne tablice uniwersalnej etyki wykłada, boskie ogrodzenie? Pamiętam, rozciągnięty na podłodze i w czasie Słowik (ta etniczna imitacja ułana!) po scenie saloniku niby ryba w sieci miotał się, i nim do kolan świetlistego starca-opoki, który przybrał formę Mistrza O., dopełzł, z rozśpiewanego dzióbka ulał mu się fantomowy biogram, którym wywoła…

Zaprawdę, powiadam, padnie kilka kropel krwi na planszę rzutnika! Zamiast zadanej ku chwale złotej Angeli piosnki, gdzie nikt nikogo nie dosięga, nikt nikogo nie obraża… jakby na Mistrza rozkazanie, wybrzmi w katedrze livingroomu ponadjednostkowa… przelanej daremnie krwi symfonia: de dur brzuszny, tyfus plamisty, gruźlica, dezynteria… słowem, etnoregionu bolesna historia.

Ze sceny-ołtarza livingroomu uderzony mocno w głowę, przebrany za ułana copywriter zawoła, że rodzina z… kresów, a przodków kres, gdy bolszewików eszelony sparciałe granice forsowały. Nie pomogła opieka Madonny, która z Jasnej… Ostrej… Góry i Bramy, nie pomógł krzyżowany rozbiorami Chrystus-Król. On, przyszły copywriter, jak było… widzi: ciało chorążego KOP-u (kuzyn z Wołynia) na słupie granicznym niby wahadło, a mechanizmem wieżowym organicznego zegara – skrzydlaty niby husarze wiatr. Och, jak łopocze. Sznur wypycha sczerniały chorążego język, by przekroczyć barierę ust, by wypowiedzieć, jak było, jak jest. Salutując trzema palcami (Przechodniu, Ty wiesz… pozostałe dwa tradycyjnie urwane w obronie sztandaru!), przebrany za ułana copywriter Słowik, gdzieś tam, gdzie wiedzie go cudza gasnąca pamięć… mija roztańczone zwłoki kuzyna, dalej, dalej! galopuje za ławą tanków w skłębiony mrok, nasłuchuje oddalającego się chrzęstu. Nie zdąży! nie zdąży jego zdezorientowana myśl, która po wszystkich stronach frontu, teoretycznie mogłaby nieść równość wraz z Czerwoną Armią, bo samo założenie słuszne, choć metody… – słyszycie? Tak ze sceny livingroomu darła się do współczesnych imitacja ułana, raniony statywem rzutnika copywriter Słowik. Przechodniu, zdaje się, że choć w głowę ledwie draśnięty… po dziadku miał w spadku… przykre dziedzictwo. Zamiast – odrzucając narodowe partykularyzmy – bezboleśnie rozmywać się w stawie geowspólnoty, nawiedzał odrębny, sekularny czyśćca pamięci cmentarz. Wieczne z duchami obcowanie, od narodzin po zgon.

Wyznawał zgromadzonym Słowik: pradziad Apolinary, zwany Apollem, ze swoim pułkiem, prababcia Aniela sama we dworze, w kołysce kwili najmłodsze dziecię. Pierwsze języka podrygi, gdy ulewa się, przelewa wraz z pokarmem zalążek słowa. Ile słodkiego gruchania, ale już gwiżdżą kule, lecą kamienie, pęka szkło. I życie, do którego wezwano w nadziei, że z nas będzie sztafeta, że z ojcem, dziadem, pradziadem, wieczność wygramy, po nic? Za oknami dziejowa jutrznia, a dotąd względnie bezpieczny pokarmu transfer, mleczna droga matki podchodzi krwią. Głowa dostojnej prababci Anieli krucha jak saska porcelana, osuwa się śród krochmalonej bieli… wyprawka malucha niby sztandar! Tropy ognistych tanków, co niby syberyjskie tygrysy… szarpiąc omdlałe ciało, które wbrew Duchowi Czasów! cudem scalone; a wokół niestabilnego dworku, który niby gniazdko ptaszka w konarach trafionego piorunem dziejowej zawieruchy drzewa życia, Mesjasza konwulsji… – bunt drapieżnych fornali! Biedne ciało prababci Anieli – kwiat, rzucony śród ruczaju, który mróz ścina. Śpij, kochana, zamiast krzyżyka na ostatnią drogę – salut chorążego (kuzyna z Wołynia), którego ciało jak wahadło, bim-bam-bom, i martwy obol języka. Widzicie, w bryle lodu Prababcia Aniela niby śpiąca królewna zamarza w sukni z łyskających drobnych rybek, w confetti wodorostów, a kręte skorupki ślimaków niby drogocenne gemmy.

Tak szczebiotał w livingroomie przebrany za ułana copywriter Słowik, może takie były emocje po rzekomej zdradzie, twardy niby pień pospolitej brzozy… statyw rzutnika albo i tłumiony, wyparty… narodowy duch, który pełza na granicy zaczopowanej świadomości, szukając w aktach terroru ujścia wyobraźni? Przecież wieczna sztafeta pokoleń, wieczne obcowanie… wżarte w karki późnych wnuków – choć pozornie spróchniałe – lepione przez zaświatowych ortoprotetyków trupie szczęki przodków, byłyby złożone na nic krwawe ofiary? Zatem śpiewał… Na pożywce tego ducha odwetu i przelanej daremnie krwi copywriter rósł… o Przechodniu, może pod koniec opowieści, gdy indywidualne stopi się ze zbiorowym, będzie – niby serafin jaśniejąc! – prócz barów atlety, miał wzrostu metry trzy czy cztery? A może ten Przebieraniec tylko sprytnej wymówki szukał (to najprędzej!), cud uderzenia w głowę wybawił go od płonącej walkirii, zatem mataczył i przewlekał? Co mu teraz, współczesna Angelo, zrobisz? Czym twoja wąsko interpretowana, partykularna zdrada wobec otchłani klęsk narodowych, wobec Sprawy, Naszej Rzeczy, w której Wielkie Zdrady nad ołtarzami przypadkowego ciała, drobnej, równie przypadkowej przyjemności? Wobec grozy wspólnej przeszłości, doraźna kobieto o rozmytej na zbyt wielu frontach erotycznej przynależności… na kolana! jak i on przed wielkim artystą O., przed… Mistrzem, na kolana przed Tobą, o ile zawrzesz umęczone bohaterstwo pierwszej Anieli! Zamiast tropić partykularną zdradę, musisz go, jak tysiące, jak miliony występujących na scenie życia przed tobą kobiet, wpierw… opatrzyć. Kochana, ta rana przez wieki krwawi!

Pamiętam, Mistrz O. improwizacji copywritera uważnie słuchał, jakby ta imitacja ułana, świergoczący Słowik, wybitnego artystę… poraził? Jakby ten ślizgający się po powierzchni copywriter, który każdą życia sprzeczność łatał wybuchem libido, ukazał wielkiemu artyście O. (temu alchemikowi natury ludzkiej, wobec którego wietrznej mądrości chylę się jak trzcina, która uczy się myśleć…), że odpowiednio użyty przemieni się w NOWY, tyle lat szukany tajemny stop… możliwe to? Sprawa nuty piżma i sensacji krwi, mocnego uderzenia w głowę Przebierańca, Mistrza prowokacyjnych czarów… zgęstnienia powietrza, gdy hen, za oknem saloniku zmyślnej parki ptaszków… w upalny dzień byłego odrodzenia kraju zanosi się na światową burzę, gdy codzienne akordy, staccatta wojny informacyjnej? Możliwe czy nie, ale biesiadnicy „dzień po” mówili, że feta… pycha kostium i improwizacja: skrwawiona głowa i przywleczone z zaświatów staroświeckie słowa! jakby przebrany za ułana Słowik wstał na urodzinowy event Angeli z… grobu? Bravo! Pięścią na cztery strony świata wygrażał i jak wampir krzyczał: krwi! Toczyć ją chciał ze swej słowiczej pieśni. Krwi! Bo są krzywdy… Ach, jak podzwaniała głosu szabelka.

Pamiętam, słuchali go, czekając na swoją kolej, na dedykowane Andżelce wierszyki i piosnki, a Słowik pod zwalonym pniem statywu… na kolanach przed Mistrzem, który mu intuicyjnie za proroka i wodza… opowiadał sztafetę głodnych Duchów, które mimo wysiłków nie chcą na wieczność iść spać, szukają byle pretekstu, by warstewkę rzeczywistości, tego syntetycznego prochu! kłami przebić…

Przechodniu, posłuchaj pieśni: nim granic szwy pękły, jak prababcia Aniela wybornie zarządzała domem, jakie spod jej dobrej dłoni nalewki z derenia czy arcydzięgla, driakwie z lebiody, z arniki, jakie miała toalety, jakie ekwipaże. Ile inicjatyw dobroczynnych, ile starań, by na ludzi folwarczny plankton, by nawet taki… partacz, żegnający się krwią dobrodziejów… muzykant Jewgenij pojął… zapis nutowy. Natomiast mąż świetnej pani Anieli, rotmistrz Apollo, co w głębinie syberyjskich rud Puszkina i wiolinowe tony białych łkań Mallarmégo czytywał w oryginale, ale nade wszystko praktyczna lektura… tej ziemi Horacy, Czarnoleski Jan, którego wczasy i pożytki w swoich kluczach i siołach pradziad wcielał… Ach, rodzina niby wibrująca od pszczół lipa, pod którą nad garncem miodu siedzi rodu patriarcha… – szczebiotał u kolan wielkiego artysty O. przebrany za ułana copywriter Słowik, ten talerzyk wprawiony miłosnym zdarzeniem w łazience, „raną” pod palem statywu, wreszcie Mistrza-medium zaklęciem w zaświatowe wibracje, słyszycie? Jak to przyzywa wielkich słów duchy, jak biorą go w posiadanie… – Ale burze i kuliste pioruny, martwa pasieka…

Widzicie? Oto Rotmistrz Apollo, adiutant Wodza, na moście podczas Przewrotu AD 1926, gdy jedyną nadzieją symbiozy… Pan Marszałek zaklina oddziały rządowe, by przelewaniem bratniej krwi się nie kalały: „Chłopaki, będziecie strzelać?”. I stało się, jak stać się miało, bo wtedy Pan Marszałek, tak ponoć mawiał Rotmistrz… to była Polska, że mimo wszystko, my i oni… oni i my… werbel serc. Jak w cud nad Wisłą w pamiętne dni… gdy dojrzewająca do faszystowskiego wrzenia, szukająca imago w podświadomości, przyszła III Rzesza, stała na granicy, by zadać cios w plecy. Rozumując, że to, co z polskiego pozaborowego interioru wygląda na plecy, jest jej istotnym organem, morgami jelit, zwłaszcza tłuste Poznańskie, nadto morska latarnia Gdańska… Niemożliwy korytarz, rozcinający żywe ciało Prus, czym ma mocarstwo trawić? I powie Rotmistrz Apollo odwieczne i nudne jak modlitwa, jak flaki z olejem, jak sytuacja geopolityczna, gdy Wschód z Zachodem ciało apetycznej, tranzytowej Apolonii wciąż napada: „Wodzu, tu Prusacy, tam Moskale-bolszewicy”, ofiary nam trzeba, on gotów…

Pan Marszałek rotmistrza Apolla z dubeltówki ucałował, a przyszły papież, natenczas visitatore apostolico per la Polonia, bo wobec zagrożenia bolszewizmem polska ufortyfikowana Jasną Górą, Ostrą Bramą, okopami Świętej Trójcy, które ryte niby blizny Czarnej Madonny w każdym sercu… wiecznego przedmurza placówka najważniejsza na świecie była, błogosławił pradziada misji. Jako relikwię podał Rotmistrzowi ryngraf wielkiej mocy, gdzie Madonna miłościwa nam. Ryngraf jeszcze spod Grunwaldu, gdzie ocalił Narodów Obojga Jagiełło, na hartowanej chorałami stali blizna po krzyżackim kartaczu, który – gdyby nie wiary tarcza – przebiłby serce Korony i Pogoni… potem ryngraf zamknięty w armatniej kuli i wystrzelony wraz ze śrutem różańca w oblegającego Jasną Górę heretyckiego Szweda, który dziś udaje porażonego demencją. Niby że jego stan umysłu jak skandynawska topografia… poszarpana wybiórczej pamięci fiordami, szkierami. Powiadam wam, robota kartacza ryngrafu, stalowej śruty koralików pacierza! – tak w byłe święto odrodzenia śpiewał przebrany za ułana Słowik, którego piosnkę przytaczam…

O Przechodniu, ci sąsiedzi, jak okiem sięgnąć… zawsze za twórczy i za duzi, zbyt szaleni i za śmieszni, gdy tu wciąż cudzych bitew równiny, mieszające się w niezgodzie kości… nawet odgrodzony fosą szarego morza Szwed nie dość, że wypracował sobie immunitet słabości, nieskończenie silniejszy. Zdolny skutecznie kwestionować wieki szabrowania, jak kwestionował Zygmunta III: necnon Suecorum hæreditarius rex. Zamiast, co zabrał, kompensować i oddać, on sprytnie zaklina, zachowując łupy: o silne kobiety, brońcie mnie, a przyznam wam prawo, nawet zgrzybiałym i jak rodzynki pomarszczonym, wygrzewania się w stroju, zwiedzionej przez Węża, pramatki Ewy na rajskich plażach południowej Europy… bo choć z zewnątrz dalej muskularny jestem, to wewnątrz niby dziecię z Bullerbyn, nieznaczny jak Tomcio Paluch, mój maleńki duszek, ta święta kulka Swedenborga… niby kamyk obija się o żebra klaty zapaśnika niejasnej płci… nawet ochoty na seks jasno nie komunikuję, by nie zostać posądzony o intencje złe, pierwszy stopień prekognicji gwałtu! co najwyżej o pogodzie nad szkierami chrząkam, licząc na zbliżenia cud. Wypracowałem sobie miejsce… wcale mi nie wstyd, że mnie, dawnego muskularnego rajtara, który pasjami gwałcił i zarzynał, że moją esencję po Wojnie Północnej… zarżnęli i zgwałcili. Zatem wyrzekam się przyszłych łupów i markietanek, brońcie mnie, silne kobiety, przyznajcie mi prawo zapomnienia, o, wy, spiętrzone wody Lety, jasnowłose Walkirie, a dam wam w zamian prawo… do śmierci! zbrojnym w implanty i protezy! leżeć laickim plackiem na ciepłej Południa plaży, i ukazywać – natarte wonnym balsamem z filtrem UV – swoje pomarszczone niby egzotyczne owoce na płótnach barokowych mistrzów organy rodne. Niech smętne tocatty i fugi wygrywa wirtuoz entropii… O Przechodniu, tak śpiewał w swoim saloniku o eksperymentalnej, północnej placówce płochy copywriter Słowik, a mądry Mistrz O. przyszłego Ucznia naprowadzał na cel: „Zaprawdę ciepła plaża lepsza od leżenia zapienionym krzyżem w kościele, turystyka to ważna gałąź gospodarki, jak dawniej były wojenne łupy, a nieskończenie cenna wolność osobista… Słowem, ta pomarszczona plaża rodzynek i popsutych pracą nieubłaganego czasu owoców granatu… zalążek pomniejszego mitu zjednoczonej Europy, hołd Północy, ale tu…”.

„Dlaczego tu, tu, tu – darł się przebrany za ułana Słowik w swoim saloniku – są tylko cudzych bitew równiny, nisza daremnie przelanej krwi”. Przechodniu, gdy nadchodzi Świata Nowy Porządek, gdzie zostaną wpasowane… drzazga z krzyża fantazji o wielkości, rzaz w pniu pospolitej brzozy, okruchy czaszek wieszczów i pocztu królów, pleśnie i mgły Listopada, blizny i skazy rodzinnego horroru… to maleńkie zadymione szkiełko witrażu błękitnej kuli – pachnąca całunem i spalinami tirów, przechodnia niby w amfiladzie pokój… Polska? Czy to funeralne szkiełko będzie pasowało do wspólnego, zdrowego i witalnego świata postpejzażu? Te wibrujące nerwice, które śpiewa przebrany za ułana Słowik, są wyryte… na nagrobnej płycie, która – pomimo leczniczych nauk Mistrza – gra poza świadomością w stanach… wysokiego napięcia! O jaka natrętna jest trawiona dziejowym cierpieniem rdzenna nieświadomość zbiorowa, na której księżycowe, niejasne pływy i odpływy mimo przemienienia w syntetyczny proch… Przechodniu, zapewne tak jak Ty… nie wytworzyłem odporności. Być może otrzymasz lepszą szczepionkę nowego mitu, nie będziesz klepał nudnych pacierzy historii, które niby wpuszczony w żyły kontrast kleszą mową znaczą język, ale ja, mój cień, który zaznał na szczęście eucharystii Mistrza… leżę w otwartej trumnie mitu, przewiewają, mieszają się we mnie Dziadów słowa i prochy, nim wybuchną…

…bajali, że postrzelony ryngrafem przystojny Szwed zaraz spod Jasnej Góry odstąpił – śpiewał przebrany za ułana Słowik – długie dzieje ryngrafu, bo i konfederatów chronił, i Kościuszkę w Ameryce, aż z wolną myślą, gdy rozbiorców okowy spadły – do kraju wrócił. Z ryngrafem, dzięki jego świątobliwej, darzącej niewidzialnością mocy! pradziad Apollo w przebraniu, trawiony imaginacją… przekradł się przez linie wroga, transzejami do samego namiotu dowodzenia Armii Czerwonej, gdzie nad mapami globu… dziś Polska, jutro cały świat! w kostiumie wąsatego wujka Jo – demon zniszczenia, Apollyon! Oto wielka tajemnica historycznej wiary… Dotąd cudownie niewidzialny, Rotmistrz daje się poznać, z fasonem przykłada sztych szabli do piersi arcykomisarza Stalina: po trzykroć przeklęty… Azazelu, Belzebubie, Samaelu… oddaj bumagę – niby że plany.

„Widzę, że papież jednak ma pancerne dywizje” – drwił demon, którego słów lepka smoła, toksyczne miazmaty… Zmierzyli się spojrzeniami… Dobro i Zło, pachniało krwią, tajemna moc ryngrafu, jaśniała szabelka niby miecz płomienisty, skrzydła serafina… i zło skurczyło się, na placu duchowej bitwy zostawiło samotne ciało, które wojenne plany kornie oddaje… Pradziad odsunął płachtę namiotu, przeżegnał się karabelą, klingę ucałował spierzchniętymi ustami… rzekł „z Bogiem!”, demon gdzieś z zakamarka ciała wziętego w niewolę burknął: „Twojego Boga nie ma”. Ty taki owaki! Pradziad zawrócił, ostrze znów jaśnieje, misja misją, ale byt podniebny… Rotmistrz ukazał czarodziejski ryngraf, módl się: Zdrowaś Mario; krasnyj Imperator nie chciał, szydził tylko, że lepiej już dziś, dobrowolnie, szczepionkę komunizmu przyjąć, przesądy, zabobony z głów mas przegonić… że Rotmistrz polityczny durak, jezuicka szliachta…

Nagle pobladłszy, pradziad Apollo… do płazowania! Za bluźnierstwo… błogosławioną szablą, aż przebrany za człowieka demon nauczy się w pamiętny dzień, gdy głuszono radiostacje Czerwonych nadawaną w eter ewangelią, choć strofki Zdrowaś. „Masz szczęście, czerwony diable, obowiązek wzywa, do rana byś cały pacierz. Z Bogiem, z fasonem!” – rzekł pradziad Apollo, zasalutował i… dzięki mocy ryngrafu niewidzialny wyszedł z namiotu dowodzenia w sierpniową noc pełną ognisk, zastygłych taczanek, parskania koni i miłosnego chrzęstu cykad. Mołojcy się dziwili, skąd modły wodza, może te miliony, które do piachu słał, wróciły jako nemezis, skubały przez sen ciało, krew piły… i też się po transzejach modlili, że nie tylko na świecie jest samotne ciało, ale choćby u niektórych… ta drobina, iskierka rozproszonego aerozolu Stwórcy, rwąca się na powrót w górę? W górę! Tak oto pradziad Apollo osłabił Konarmii morale w wigilię boju…

„Tego nie ma w podręcznikach!” – Przechodniu, pamiętam, w saloniku… zdradziecki ortoprotetyk wątpliwości szerzył, że przebierańca Słowika pasyjne opowieści… mrzonka i humbug! Skarcił niedowiarka Mistrz: „Historia – skalpel wbity w pokonanego wojownika. Jak przyznać się, że niewidzialny oficer przejął tajne plany? Osobiste upokorzenie Książę Ciemności… mógł zamaskować klęską ofensywy, nu, sołdaty, puściliście wroga do namiotu wodza? Tylko za to całych armii smiert. Śpiewaj, Słowiku, w górę serca!”.

Bolszewicy zaatakowali, a tam skrzydlaci niby anieli amarantowi ułani, młody i piękny… pradziad Apollo na karym koniu, prowadziła ich Bolesna Madonna! Nasza myśl bojowa… Świetliste lance, ułańskich proporców husarskie skrzydła, błyskawice szabel, hurrra! Zatrzymaliby się aż na Kaukazie, czemu nie oprzeć tam granic? Wieczne dzieci, co badają granice znanego świata, aż ktoś dorosły po łapach da. Dalej! Rzeczpospolita po Władywostok i Sachalin. Tylko na Kaukazie dla karych koników za wysoko. Papieski ryngraf w szarży zapał podsycał: patataj, katolicka Ruś, katolicka Azja, nowe obszary katolickiej eksploracji… patataj, katolickie surowce, ropa, gaz, dopiero Pan Marszałek zapalnych ułanów powściągnął: dalej nie leźcie.

Ach, byli na ustach całego świata, te wrzące czołówki: „La Croix”, „L’Osservatore Romano”, pradziad Apollo triumfalnie obok Pana Marszałka, pokonani składają przed nimi sztandary, zwiastun majówki w Berlinie 1945! a oni po krasnym kobiercu jasną drogą w najdalszą dal partykularnego nacjonalizmu… – Prababcia Aniela przechowywała te wycinki niby najdroższą relikwię, ale wszystko przepadnie podczas wojny. Bo nie było już Pana Marszałka, po krótkim jak sen… złotym wieku nadszedł od razu spiżowy, sytuacja międzynarodowa zmieniała się jak marcowa pogoda, wstępnie na Narodów Giełdzie… grano hossę III Rzeszy, ryngraf darzący niewidzialnością przestał działać… kozackie patrole przepatrywały kresy, by pochwycić sławnego Rotmistrza i wieść przed oblicze Imperatora. Otoczono Rotmistrza w jarze, gdzie mogiłka styczniowych powstańców – nie ostatni kapitulował major Hubal! Widzicie? Pradziad Apollo szablę ucałował, o kolano złamał, by się wrogowi nie dostała, za siebie ułamki karabeli odrzucił, dłonie oplecione różańcem skrzyżował na piersi niby przesławny więzień Szlisselburga, major Łukasiński. Widzicie… Stopa Rotmistrza na powalonym pniu brzozy jak na lawecie armaty, rozdarty na piersi mundur, serce gorejące czeka na bolszewicki bagnet… dymy z wilgotnej ściółki… nadchodzili, nic to. Jakie piękne bohaterstwo, jaka piękna żałoba, jakie długie bohaterstwa remisje! Na zbiorowego przodka czekali już ci, co w 1863 wykłuci w jarze bagnetami, już podawali widmowe dłonie, zapraszali do duchów kompanii, do melancholijnego wiru, gdy z żywym wżarty w kark trup tańczy. Słyszycie? Oni, choć martwi, wciąż z mitu wykrotu szepczą: kości mchem porosną, użyźnią ziemi szmat…

Rotmistrz Apollo spojrzał nad bolesną brzeziną w niebo, w jaśniejące oblicze… ostatni raz wspomniał żonę i synka, który – duszyczka, połowica-gołąbeczka list przysłała – podczas jego nieobecności… na świat, o cudzie, przyszedł. Wspomniał rodzinne gniazdo pod wezbraną od pszczół lipą… już ich nigdy nie zobaczy: nic to. Pod Twoją Obronę. Salwa lub bagnety, koniec. Ale nie rozdarli mu piersi, w opieczętowanym wagonie uwieźli do nowego Szlisselburga. Podobno Imperator, nim pochyliłby niezdolnego do świadomości przeorientowania… Rotmistrza nad zbiorowym grobem, by mu w potylicy otworzyć trzecie oko o powiece z miąższu mózgowia i opiłków strzaskanej kości, w którym zastygłaby homogenizowana papka mózgowia… wstępnie osobiście… darłby z pradziada Apolla skórę, ucząc Manifestu Komunistycznego. Ale jak w AD 1920, zdarzy się cud (czarodziejski ryngraf ostatni raz się wzbudzi…), niewidzialny Rotmistrz z obozu śród złowróżbnych brzóz, których nawet na krzyże nie zetną, tam będzie ciężko oddychała sokami zwłok ziemia, zbiegnie… do zgliszcz rodowego dworku. Miał tylko karabin z wypadającym zamkiem i zdobytego na patrolu kozackim konia, a zima była sroga, pękała drzew kora. Pod gwiazdami stycznia, gdy tańczyły biesy w śnieżnej zawiei, trzeba bezgłośnie szlochać na kolanach przed ruiną grobowca-domu, zwalonej, osmalonej lipy, której miód karmił pokolenia, tej samej nocy… strząsając z powiek zamarznięte sople łez… nawiedzić niby pański Upiór folwarcznych, dawnych rejestrowych, szukając krwawej pomsty. Ale nim wszystko się skończy, jak skończyć się musi, vanitas vanitatum… nade wszystko rąbać lód w potoku, po ludzku pochować zatopioną żonę, która ubrana… zamiast trumny – w bryłę lodu, w klejnoty z wodorostów, gemmy skorupek ślimaków, brokat ryb. Wwieźć święte, zamarznięte ciało, którego żadnym innym się nie zastąpi… do rodowego salonu, napalić ostatni raz z potrzaskanych mebli, skrzynkowych zegarów i portretów przodków, płakać nad zamarzniętym ciałem duszyczki-gołąbeczki, która jak śpiąca królewna? Może by żonę dzielny Rotmistrz odczarował… ułożył na bryle lodu czarodziejski ryngraf, lód tajał, trzepotały po podłodze przywrócone do życia drobne rybki, jakby… wracały kolory na licach Anieli?! Ale wycie wichru, rozlewająca się po podłodze krwawa plama, tej ukochanej istoty… ruchome kości strzaskanej podstawy czaszki… zindoktrynowana czerwienią czerń znów podchodziła pod ruinę dworku, dobić Upiora, który ssał z ludu pracującego materialną krew! Pradziad Apollo… tysiące kilometrów o głodzie i chłodzie, a gdy skończyła się amunicja… z oficerskim kordem w ostatni bój się rzucił! Pod wirującymi płatkami śniegu, w chichocie wichru, przez który jątrzące zaklęcia biesów: Nie ma Boga, nie ma Boga, nie ma, nie… zostali martwi, z żywych… jedynie ludowy muzykant, Jewgenij, którego pani Aniela uparła się słać do konserwatorium; któremu Pan Dziedzic pewne… krzywdy, z młodziutką żoną prawo pierwszej nocy, luki w zbiorowej pamięci, która nurza się w narodowe partykularyzmy, zamiast świetlistej unifikacji… ale dura lex, sed lex. Muzykant pierwszy w dworku okno kamieniem, a potem to niewinne, omdlałe i białe ciało, które jak hostia… Rotmistrz zlany swoją i cudzą krwią – zaciągnął nieprzytomnego muzykanta do grobu-domu, a ich przelana krew – jeden trop, gdy ofiara i morderca w najdziwniejszej komunii; czy to po chrześcijańsku? Oto Apollo, Apollyon! będzie łupił ze skóry plebejskiego Marsjasza… Przewrócony wielki świecznik, Pradziad jak św. Jerzy, a Jewgenij – plugawy smok. Rotmistrz Apollo odrąbał głownię z knotami, zaprzągł konia, cmoknął: wio! – na oś świecznika, niby na pal: Kriwo idiet! na ustach muzykanta-świętokradcy krwawe bąbelki; masz! za Polonię-Restitutę, za żonę, dziecko, dom… święty ogień raz ostatni zapalić! Trzepotały na podłodze salonu drobne rybki, kapała krew na stopy jaśniepani: Rotmistrz zasłonił byłemu słudze rozdarte przyrodzenie, by żony nieboszczki… nie gorszyć. Jeszcze oczy otworzy, tak słodko śpi gołąbeczka, a papieski ryngraf złotym blaskiem po jej obliczu, w aureoli! jak święta. Hospody, pomiłujtie… Jewgienij rozpięty na świeczniku wyznał, że jaśniepani, nim od ciosu orczykiem zginęła (prababcia Aniela włosy miała grube, gęste, ponoć trzy razy uderzał nim ubił… on tylko chciał te piękne, dworskie skrzypce, obiecała mu, a potem, gdy nie czynił postępów w nauce… obietnicy nie dotrzymała!), ukryła synka, że go we dworze nie znaleźli.

Przechodniu, tak Rotmistrza Apolla jedyny dziedzic, Maurycy, Słowika przyszły… dziadek, ocalał, cudownym skurczem, spazmem historii, niby dzieciątko na wodę puszczone… wstępnie pozbawiony pamięci, wychowany przez dobrych ludzi… dostanie się z kresów czarnej baśni do interioru Mazowsza, gdzie, kiedy zrozumie już kim jest… z niczego stworzy ostatni rodzinny folwark. Tam, nim mu zaparkuje przed gankiem idący z Zapadu na Ost Sturmgeschütz czy Jagdtiger, idący z Siewieru na West Zwieroboj czy T-34, posadzi na pamiątkę matki przechowanej w dossier zbiorowej nieświadomości – miodną lipę, a bory porastające skarpę nad mętną Rzeką nazwie – na pamiątkę ojca, którego nigdy nie poznał – Czarnolasem… ale to wszystko znów przepadnie, krótkie szczęścia interwały, pszczoły lot nad lipy miodu kwiatem, który warzy mróz.

Widzicie? Wspólny pradziad, Rotmistrz Apolinary… na kolanach, przed tym, co kochał i w jednej chwili utracił… umierał, umierał też nad rozmarzającym ciałem prababci Anieli, muzyk Jewgienij, pod własnym ciężarem osiadał, jeszcze ostatni skurcz… oś świecznika przebiła plecy! Rotmistrz śmiertelnie ranny, brocząc krwią, podpalił dworek wraz z prababcią Anielą, na stos! Sypnęły się żagwie i zapadł się pod ziemię mitotwórczy… kresowy dworek, już tyle co kopiec gorącego popiołu. Spłonęli razem, jak razem żyli – gołąbeczki, ulecieli do nieba… spłonął też prababci Anieli kat, może ziemski ogień wytrawił jego grzechy? Może przodkowie zabrali ze sobą „duszę” błędnego muzykanta, by im miał kto przygrywać, by w niebie było jako i na ziemi? A może po dziś dzień Rotmistrz Apollo, niewpuszczony do nieba, które zanika… szuka, jako Wieczny Tułacz, zagubionego syna? O Panie, uwikłany w wieczną wojnę, gdy Dobro i Zło wybiera wciąż nowe przebrania, nie mogąc zwyciężyć… wchłoń iskierkę ducha pradziada Apolla, skrę prababci dobrodziejki! Wchłoń i kiedyś mnie, który tu zostałem… niby stępiony kord po Rotmistrzu, którym można rozcinać koperty… ja-przycisk do papieru, późny, opóźniony historycznie wnuk, któremu spod stóp uciekają schody spajającego mitu… ten mit oniemiał i niczego już nie tłumaczy. O Panie, kim po upadku będę?

Pamiętam, tak w okredytowanym livingroomie na kolanach przed mądrym Mistrzem O. modlił się wypieraną historią Słowik; by odwoławszy się do Najwyższego, na wibrującej nucie umilknąć. Najpierw milczeli, by bić… brawo! Burza oklasków, jaka dla złotej Angeli tematyczna laurka! Jakie duchów na konsumencką ziemię magnetyczne przyciąganie… Tylko, pamiętam, ortoprotetyk-zdrajca wciąż mącił i nudził, że fakty się nie zgadzają, bajki ku dwuznacznej krzepliwości serc fastrygujesz, a za tobą nie wiadomo kto lub co stoi, może masonia, może Moskwa… masz na te wywody imprimatur? Mistrz wątpliwości niewiernego Tomasza od remontów szczęk głuszył, podnosząc z kolan rannego Słowika: „Szkoda by było, by ten różaniec klęsk i zasług, który odmawiasz, skończył się na tobie”.

Pamiętam, słowa Mistrza jak zaklęcie, i zgasło światło, gdy zaokiennego wyładowania wielki błysk… event zastygł, odrapane figurki i zabawki z epoki PRL-u, które zgromadzili… jak śpiący rycerze, pomniki… fosforyzowała w ciemnościach tylko nasza trójca, Słowik ze skrwawioną głową, po prawicy przyszłego duchowego ojca… w centrum – wszechmocny Mistrz, unosiła się nad nimi Angela, dla której każda zastana forma za mało pojemna. Pojęciu wymyka się. Tyle co wezbrana emocją muzyka. Słyszycie? Po niebie, za oknem wreszcie… przetoczył się grzmot, w byłe święto odrodzenia kraju kolejna błyskawica! za nią sinusoida jęku pędzącej przez stołeczną noc karetki. Pamiętam, szmer podobnego ulewie głosu Angeli: „Nie boicie się, że obudzicie Coś, Wyższą Siłę?”. Słyszę, jak Mistrz odpowiada: „Boję się, dziecko, ale trzeba mierzyć się ze strachem. Głupiec siedzi pośrodku pokoju otoczony ciemnością, mędrzec choć rozbija sobie o ścianę głowę”.

Tak oto cały event zastygł niby o brzasku pewnego Wesela, gdy po rodzimych wertepach wleczony kikut sznura. O Przechodniu, przecież pamiętasz, choć pamięć to męka… czasem zabrzęczy kosa na sztorc osadzona, senna mucha w lepkiej pajęczynie, a oni… jak próchno z ciemności świecą, zwróceni ku sobie, łyskające błękitem podniebnych wyładowań wodorosty. Ale już pora, dłoń Angeli musi poprawić złote włosy, osunąć się na kontakt, a czas ruszyć z kopyta, znowu będzie jakieś dzisiaj. Znów błyśnie w pamięci synkretyczny event, przez czas popłyną do przebierańców-podchorążych wykwitów kapitału obojga płci Mistrza mowy: „Nie dziwcie się, że czyn niewidzialnego pradziada Słowika nieznany. Zaprawdę, powiadam wam, w czułej i modalnej zbiorowej niepamięci liczne są niewidzialne karby…”.

Pamiętam, podniosły nastrój święta Angeli, które odmieniło się w święto Duchów i Cieni… wciąż psuł wyznawca Dmowskiego, zdradziecki ortoprotetyk, który w pasie sanacyjnej historii irytująco oczytany: „Ten twój pradziad, Słowiku, rzekomy Rotmistrz, o ile taki w ogóle istniał, nie mógł być podczas Przewrotu adiutantem tego… agenta wpływu i bigamisty, co białego orła z krzyża i cesarskiej korony rozebrał, co nogi mu przebił hufnalami! Prawdziwa historia uczy, że był nim generał Orlicz-Dreszer, zatem pomyliłeś się albo świadomie kłamiesz, bo możesz być na przykład z frankistów… twój dziadek, powiadasz, Maurycy, Moryc… – wywodził – a to znaczy Mojżesz… pozornie zasymilowany przechrzta”. Och, jak uniósł się Mistrz w akompaniamencie zaokiennych gromów: „Ty wysoko płatny chamie, co myszkujesz między zębami… padlinożerco! Artysta za free słowem autografy rozdaje, jak ty płatne mostki i między dziąsłami przerzuty. Ty myślisz, że artysta chce… twoich obelżywych uwag w barterze implant? Ja cię, kpie, zaraz!”. I do kabury, gdzie broń… Pax, panowie, pax! Na szczęście mocno spóźnieni goście: z wilgotnymi od deszczu włosami, pachnące ozonem… dobre wróżki, Migotki i Dobrawy, Śnieżynki i Pszczółki Maje, trzydziestoletnie małe dziewczynki z biznesowych krain Oz, które zapominają na chwilę nowe paradygmaty myślenia – treningi interpersonalne, string-toki, cold-calle – tylko machają skrzydełkami, różdżkami i pod sufit fruną. Słyszycie? Brzęczenie zadowolonego z siebie ula, jak ślicznie tu pachnie, jak tu kolorowo: burze włosów, płytki tipsów, kompozycje strojów, a w środku barw i aromatów – zachwycające właścicielki. Wita je rozbrojona z pancerza Walkirii Angela, ściskając w nieco drżącej dłoni zamiast miecza – kielnię szpatułki do tortu: „Pozdrawiamy kobiety pracujące dla pokoju i rozkwitu ojczyzny”. Ach, ile lekkiego, perlistego śmiechu… „Uprzejmie i szybko obsługujemy ludzi pracy. Komu absolutu, żytniej komu? Bo idę do domu”. Słowik uwolniony od przesłuchań, co w tej łazience i jak to było z niewidzialnym Rotmistrzem, z obandażowaną na bakier głową, fason Powstańca ’44… z głową pełną dymu, zalany procentami, znów dosiada syleniego osiołka i wraz z chórem znajomych na modłę rustykalną śpiewa: „Jest już torcik dla Anielki, a w kieszeni trzy cukierki”, bo znów gasną światła i wjeżdża tort: „Sto lat, sto lat!”, wiruje świat, a kto ty jesteś? Ty, którego dłonie we włosach, po konturach ciała błądzą, a skóra trze o skórę, nieważne, jakiej jesteś płci, bylebyś był… jak dobrze. Pamiętam, w sobotni letni wieczór przebijają się przez zawodowe makijaże, lecą hymny „pokolenia”, którego wzniosłym patronem rzekomo JP2, święty od żelaznej kurtyny, a miła Zuzia, taka… lalka nieduża z konsulatu, podaje melodię psalmu: „Puszek okruszek, puszek kłębuszek”, całuje Pankracego, który wykłada Aramisowi – ach, te jędrne łydy efeba! marsowo toczone uda, kolumny Trajana… wzniosły zapis zwycięstw, klęsk… Ganimedesa nad Adonisem… – o cudownym zdarzeniu: „On taki śliczny, pyta: Jesteś gejem? Ja: Nie… A ty jesteś gejem? On: Nie… I naraz mówimy: Jaka szkoda!”. O Przechodniu, gdy wicher prochy miesza, mimo wszystko… tęsknię za tym lekkim, kipiącym życiem, gdy jeszcze nie byłem suchy niby gaszone wapno. A moje łzy w ten wiek męski… jeśli poleją się – ocet, solny kwas. O, Mistrzu, jeśliś tam jest i wciąż odczuwasz, rozumujesz i widzisz… wybacz płoche słabości akolity…

Zu, kapryśny lipstick, nim wpije się w różane usta Pankracego – zgromadzeni podłapią psalm… wzmaga się pieśń, przebierańcy… rzekome pokolenie JP2, którego dzieciństwo przeorała ustrojowa transformacja, porzuca Kukulską Natalkę dla repertuaru Fasolek, istna orgia, gdy zgromadzone na nostalgicznej fecie czarodziejskie fasolki rosną, w sufit pukają, by w niebo: „Nie koziołek, nie biedronka, lecz to ja, Zając Poziomka! Ogon, uszy, zęby dwa, hej, Poziomka, hej, to ja!” – przez saloniku mchy i paprocie leci znów szczęśliwy Kolargol, Gucio wrzeszczy: „Kto widział Dziabąga, on śmiesznie wygląda”, a Uszatek z Plastusiem mu wesoło: „Szczotka, pasta, kubek dynamitu!”. To już ryk: „Misia A, Misia B, Misia Kasia konface!”, trzęsą się ściany, gdy o północy tłuką z całej siły butami o podłogę, gdy skaczą, objęci! „Ptaszków posłuchamy, w berka też zagramy!” Raaazem! W górę! Wysoko! Znów sięgają nosem ledwo ponad stół, że tak skakać mogą, ale tak naprawdę, będąc dziećmi, mają wzrostu metry trzy czy cztery! Głową nad chmury, a w dole, pod nimi, toczy się błękitna kula, gdzie przyjazne lądy i oceany, znów wszystkie drogi rozwarte, choć za młodzi byli na łupy po Starym, za starzy, by bezkrytycznie wierzyć w Nowe, teraz już o nic nie dbają, stopami z całej siły uderzają. Nawet nie w podłogę livingroomu, ale o ziemię. Wyżej, wyżej, jeszcze raz! Dygot kamienicy, osiedla, dzielnicy, jacy szczęśliwi są TERAZ, ryk, jeszcze młodych, którzy jednym głosem, wyśpiewują jednoczący ich hymn: „Kolorowe kredki w pudełeczku noszę, kolorowe kredki bardzo lubią mnie, kolorowe kredki, kiedy je poproszę, namalują wszystko to, co chcę!”. Na cóż im przerywać marudnie, że każde pokolenie, jak powiadał Mistrz, ma swoją chwilę, jak wstępowało, tak zstąpi… lepiej, nim wybrzmią, w proch się jak ja, ty, my… rozsypią, raz jeszcze puszczę ich, posłucham, skrycie otrę żrącą łzę. Czy to mało? Jeszcze żyjemy… Jakie cudowne czasy! Jak dobrze, że z powodu niewłaściwej formacji kulturowej… nie otwierają w potylicy trzeciego oka… bezpośredniego dostępu do zawartości rozbełtanego zabawą mózgowia. Chwała nowy wiek!

Zbliża się ranek, zaznana… Kasia czy Basia, wszystko jedno, jak masz doraźnie na imię, dla Słowika jesteś z utraconego Ogrodu, skąd został wygnany… w aureoli świetlików, Ty, tajemnica żywa, choć zaklęta w bieżącą kobietę. Marmurowa Makowa Panienka zostawi Słowikowi wizytówkę – o! jednak Asia… z zawodu: śpiewaczka, aktorka, fordanserka. Zadzwoń, szepnie na ucho copywritera niby sanitariuszka, łagodnie gładząc owijający kruchą czaszkę bandaż, pod którym skryta rana się obiera. W imieniu wstrząśniętego… zabawą copywritera, który tej zabawy – mimo pozorów zwycięstwa – rozbitek, dziękuję ci, Makowa Panienko, bo ta efemerycznej zdrady rafa… przypomni, co utracone, nieświadomy Słowik lata temu, nim zamienił się w syntetyczną pastylkę… Ciebie właśnie zgubił i podobno w każdej szuka, pora wiarę z twardą rzeczywistością zderzyć. Ale, jak mówiłem, już świta i pomału z eventu zanika ze swoim orszakiem mądry Mistrz O. (choć zarodniki jego płodnej myśli pozostaną…), a powietrze tak pachnie ozonem po nocnej burzy. Niemrawe rozpoznania, kiedy ostatnie metro, a w kałużach odbija się przechodnie Miasto, po burzy oleiste sadzawki pachnące miodem, tak grają gargulce studzienek odpływowych… a jeszcze sycząc niebieskimi iskrami, śpiewają pierwsze tramwaje: Na prawo most… Pięknie jest! Nowe życie się ściele pod nogi, stołeczna piosenka.

W kątach livingroomu dopalają się trudne historie: kto w intencji przyszłego maluszka łyka folik, czy dzieciątko już zawczasu, przeciw starości, szczepić… gdzie na zakwasie chleb? Pasta do zębów bez fluoru? Czy szkodzi, czy nie, melanż glinu i tlenku tytanu, powiedzmy, w witaminie C? Kto się za mega-kredyty buduje, kto się rozwodzi – bo ileż można z kimś, kto nie jest tobą/mną, wytrzymać? Trzeba wciąż poprawiać, o Przechodniu, jak radzi mediów centralnie sterowane lustro, własne nieposłuszne rysy twarzy… spiesznie rozbijać i mozolnie kleić, trzeba się – jak będzie powiadał Słowikowi Mistrz O., chwaląc zmiany – niby ponowoczesny Faust na poszerzonych polach celebracji życia – męczyć i trudzić, by naprawdę żyć. Nie pytaj, co dobro, co zło… głupcze, chwyć węża dwuznacznej rzeczywistości w zbrojnej wiedzy dłoń, tak by dłoni nie kąsał, oddał za to usługi.

A tam, Przechodniu, patrz… przetrwała w swej brzemiennej, odurzającej inności do białego rana. Czerwony Kapturek, równoległa do Angeli coach biznesu, której Anielka unika (nam niebieski kot starczy!), wciąż z dłonią na rosnącym nieubłaganie brzuszku-koszyczku: „Urodzi się późną jesienią. Cudownie!” – zmęczone fetą… trzydziestoletnie dobre wróżki różdżkami błogosławią nowe, jeszcze ich nie stać i nie pora, może za kilka lat? Pamiętam, Przechodniu… Mistrz O., gdyby dłużej na evencie został, pewnie by Przebierańcom otuchy dodał, powiedział, że progresywny człowiek przesunie granicę rozrodu, nadejdą dni, że jeśli tylko My, ludzkość, zapragniemy… starcy będą nam rodzić dzieci, słowem, nie trać duszko nadziei… postępowi wieczna chwała! Myśl Mistrza, którą wciąż się zachwycam, choć pojąć jej w pełni zdolny nie jestem… Prowadź mnie, Mistrzu, którego przyjąłem, którego zdradzałem i wielbiłem, bym nie zapomniał Twej myśli sztuki wysokiej… wobec codziennych trudów, nadziei i wzruszeń… bym nie zapomniał, jak onegdaj bywało… choćby o tradycyjnym, zadanym z ambony wydalaniu rok po roku owocu żywota, które kończyło się przemianą w cmentarny kompost przesilonej żyznością matki. Przecież dziś – nie raz powiadałeś, Mistrzu – kobieta żywa… atrakcyjna, witalna i silna, bez wstydu i winy… może przejąć i odmienić w NOWE męskie mity, by w fuzji płci powołać doskonalsze, jutrzejsze androgyne. Przechodniu, tako rzecze Mistrz, a ja, wobec jego mądrości Uczeń-robak, te słowa niepojęte – choćby doraźnie bolało – przytaczam i wyznaję… adorując Rozum.

Wracając do niedobitków eventu, pochylając się nad nimi, tradycyjnie… gdy myśl, zamiast rwać w górę, rozmywa się w egotyzmie współczucia, wybacz, Mistrzu, któryś wielbił Malthusa… ujemnie skalkulowane dzieciątko, rosnące niby Pallas Atena w nieświadomości, na które z każdym oddechem coraz mniej czasu – boli, ale nim nam nieoczekiwanie wyskoczy z głowy, cieszmy się cudzym, bo my tylko kota mamy! Angela lula go i pieści… Słyszysz, Przechodniu? O czwartej nad ranem pod makijażem wcieleń nowoczesności bolesne litanie zaświatowych babć wżartych w pogrobowe trzydziestolatki PRL, ich słowa jak trupi jad: kochana wnusio, tak bez dzieci… kto zadba o twój grób, jak jeszcze dbasz o mój… szorując lastryko w wigilię Wszystkich Świętych, z kim w wieczności… spoczniesz, czy starczy miejsca, by wyryć imiona twoich absztyfikantów na płytce w kolumbarium? Ja miałam tylko primo… voto… czy dostatecznie dużo zarobisz, by na zawsze wykupić miejsce… jak podskoczy cena dzierżawy… a jak twoje prochy niby piasek z kociej kuwety na śmietnik rzucą? Miałaś do mnie przyjść, leżeć koło mnie, na mnie, ty ze mnie, pniesz się wzwyż, z nas czarodziejska niby fasola… pępowina, jak w dziełach tej… Fridy Kahlo, które tak lubiłaś, a ty… ja tylko trójkę, ale moja matka – twoja babka! dziewięcioro wykarmiła! Co ta twoja wieczność… jaka ona mała, pusta łupinka orzeszka, byłaby tylko tu? Co ona zawiera, to, co sobie kupisz, co odwiedzisz, co masz… Jeszcze dziejesz się, jeszcze dekada, dwie… ale przekroczysz straszne życia półwiecze, kiedy zgrzytanie zębów i potępieńcze jęki, przecież wiesz, że mężczyzna, ten tresowany współczesności pornografią, myślący poniżej pasa cap… na pierwsze muśnięcie choroby, na reflux, guzki piersi, przewlekłe zapalenie stawów, pooperacyjną nieobecność macicy… wybierze na kredyt tę młodą i zdrową w wieku reprodukcyjnym, będzie się ozdupką mógł pochwalić w gronie znajomych… taka mądra jesteś, zrobiłaś doktorat, a tego nie wiesz? Mogłabyś dzieckiem, gdy wasze utuczone narcyzmem mózgi niezdolne do małżeńskiego porozumienia, gdy leje się papka urabiająca cię na niemożliwy obraz, wzmagając tylko konflikty i obustronne roszczenia… w dziecku mogłabyś poszukać spokoju, przekroczyć swoje zapiekłe JA, ale skoro nim też zamierzasz walczyć… może lepiej, że zamiast dziecka kota masz. Uśpicie albo oddacie do schroniska. Związek, sankcjonowany prawem, nie jest dla was, jest dla dziecka, by miało większe szanse, by nie było taką jak ty… neurotyczną sierotą, której, co ma myśleć, wciąż trzeba dyktować. Co ja i twoja matka ci zrobiłam, że nas z siebie wyrzucasz…

Apage! O Przechodniu, tak o czwartej nad ranem budzą się… jakie to staroświeckie, przykre i bolesne! tak nas, przed przemienieniem w proch, nie rozumieć… Trupy precz! Jeszcze jedno, dwa pokolenia… dobije się i te pomniejsze upiory. Będzie tylko totalitaryzm świętego TU i TERAZ. Żyjesz, to żyjesz, i nie ma cię, jeśli umierasz, ale przecież ty jeszcze nie umierasz? Trupy precz, nie wgryzajcie się w karki, szyje… Świta, coraz trudniej przed atakami z zaświatów Przebierańcom się bronić… blade światło dnia odsłoni etatów redukcje i rozwody, piramidy i pętle stresu, pola minowe kredytów, przewlekłe choroby rodziców, groby, przy których razem jedynie w Święto Zmarłych w niemożności porozumienia… żywych dance macabre… deformacje postrzegania, zapowiedzi jutrzejszego kaca, który za rok, za dwa, za chwilę od braku umiaru, pylenia pleśni, słodzików toksyn… zaowocuje powszechnym rakiem. Żal mi ich… Nas! i może ten żal nie pozwala i sobie… z miejsca nekrolog skrobnąć, na wietrze rozwiać się. Wciąż pamiętam, przepisuję, w nadziei, że słowo jak ziarno, co z popiołu kiełkuje…

Przechodniu, a potem, gdy stołeczne tramwaje będą już na dobre kląskać i świergotać śród betonowego drzewa życia, które ktoś przewrócił… (żałuję, ale wierzę, wyznając myśl Mistrza, że tylko na operacyjną chwilkę, że nadejdzie powszechna harmonia sfer, a odchudzona, wydestylowana populacja ludzka – sobie braćmi… prawda myśli Mistrza nie może być tylko snem!) nawet niedobitki fety z kątów znikną. Pamiętam, walały się stanu wojennego stare zabawki, które wyciągnęli ze strychów i szaf dzieciństwa, żołnierzyki i lale, misie i pudle z obracającą się kulą w głowie, na której zdrapane przez czas oczy; a gospodarze eventu z poczerwieniałych gałek ocznych ściągali kontaktowe soczewki. Angela zmywała z siebie kostium zaklętej księżniczki, Słowik z zabandażowaną głową salutował szczoteczką suszącej zęby wiewiórce; kolorowe kredki namalowały mu dziś, przywróconą z otchłani… gwiezdną Makową Panienkę, więcej! wysokiej sztuki ułańskie exposé, a jutro wszystko to, co chce? Ech, młody przyjacielu, nim dostaniesz po łapach, dzisiaj Polska, jutro cały świat… marzy ci się?