Uzyskaj dostęp do tej i ponad 250000 książek od 14,99 zł miesięcznie
„Sesja 9” to adaptacja amerykańskiego horroru psychologicznego z 2001 roku w reżyserii Brada Andersona. Ekipa zajmująca się usuwaniem azbestu podejmuje się zlecenia w opuszczonym szpitalu psychiatrycznym Danvers State Hospital. Ich pracy towarzyszą narastające napięcie i tajemnicze wydarzenia. Tytuł nawiązuje do serii sesji terapeutycznych ze szczególną pacjentką, której tragiczną przeszłość poznajemy równolegle z doświadczeniami zespołu.
Brytyjski autor horrorów, Christian Francis, znany z powieści opartych m.in. na „Titan Find”, „Wishmaster” i „Vamp” rozwija scenariusz filmu „Session 9”, ukazuje portrety psychologiczne bohaterów, zabiera Czytelnika w mrok i sekrety ponurych, szpitalnych korytarzy.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 189
Rok wydania: 2025
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Tytuł: Sesja 9
Tytuł oryginału: Session 9
Autor: Christian Francis
Copyright © by Christian Francis
Copyright for the Polish translation
© 2025 by Przemysław Duda
Wszelkie prawa zastrzeżone.
All rights reserved.
Redakcja i korekta: Anna Dzięgielewska, Zeter Zelke
Przekład: Przemysław Duda
Projekt okładki: Łukasz Białek
Skład i łamanie: Krzysztof Biliński
Wydanie I
Wydawca: Planeta Czytelnika, Łódź 2025
planeta-czytelnika.pl
ISBN 978-83-68702-16-3
Dla Vicky x
Postacie i wydarzenia zawarte w tekście są fikcyjne. Wszelkie podobieństwo do prawdziwych osób, żywych, martwych lub nieumarłych, jest czysto przypadkowe i nie było zamierzone przez autora.
To normalne, kiedy zaczynasz pracę nad filmem, że najpierw piszesz scenariusz i osadzasz jego akcję w jakimś miejscu, a potem, kiedy przygotowujesz się do kręcenia, zaczynasz szukać lokalizacji, która tak bardzo, jak to tylko możliwe, odpowiada temu, co napisałeś. Innymi słowy: dopasowujesz rzeczywistość do swojego wyobrażenia. Z moim filmem „Sesja 9”było dokładnie odwrotnie.
Zobaczyłem Danvers po raz pierwszy na początku lat dziewięćdziesiątych, kiedy mieszkałem w Bostonie, i chcąc dostać się do Maine, musiałem przejeżdżać obok. Kiedy pędzi się na północ autostradą U.S. Route 1, można dostrzec wyrastające zza ciemnej linii drzew złowrogie zęby iglic i pokrytych miedzią wież. Ten dziwaczny widok zawsze mnie poruszał – dziewiętnastowieczny szpital psychiatryczny z granitu i cegieł, jakby żywcem wyjęty z dzieł Dickensa czy Poego, wyłaniający się na wzgórzu górującym nad salonami Hondy, klubami ze striptizem i tandetnymi rodzinnymi restauracjami. Widok, który zachęca, by przyjrzeć mu się z bliska.
Udało mi się to, kiedy pomagałem na planie filmu („Czarownice z Salem” – jakże odpowiednio), który wykorzystywał rzeczone budynki – te bezpieczne spośród nich – jako zaplecze produkcyjne. W tamtym czasie stan Massachusetts nieodpłatnie oferował tego typu opuszczone szpitale jak ten w Danvers czy Metropolitan State ekipom filmowym, by zwabić więcej hollywoodzkich przedsięwzięć w okolice Bostonu. Dziwna to była zachęta, przyznaję, lecz zadziałała. I, absolutnie szczerze, kto lepiej „wpasowałby się” do starego wariatkowa niż ci z bez wątpienia szalonego świata show-businessu.
Tak wyszło, że udało mi się wtedy trochę pozwiedzać. Zafascynował mnie ogrom tego miejsca i jaskrawy, niemal złowieszczy kontrast między jego pięknym sielankowym otoczeniem – sadami, łąkami, ogrodowymi ścieżkami – a przerażającym aspektem samego szpitala – jego ostrymi dachami z łupku, zamkniętymi oknami i znakami UWAGA – ZAKAZ WSTĘPU wiszącymi na prawie każdych drzwiach.
I tak wykiełkował we mnie pomysł: czemu wykorzystywać szpital jedynie jako „zaplecze”, skoro może stać się planem filmowym? Osadźmy tu historię – historię uszytą specjalnie na miarę tego miejsca. Korzyści od razu stały się dla mnie oczywiste…
Po pierwsze, i chyba najważniejsze, wszystko byłoby za darmo. Spektakularna lokalizacja – bez opłat. Spodoba się finansistom. Po drugie, ależ to wygodne. Kręcilibyśmy w jednym tylko miejscu, gdzie można by zorganizować także biuro produkcji. W istocie cały kompleks Danvers zostałby naszym zapleczem: szpital stałby się scenografią, a budynki pomocnicze biurami, cateringiem, garderobą itd. Wszystko w jednym miejscu. A po trzecie, nikt wcześniej czegoś takiego nie zrobił. Zdawało się to dość oryginalnym pomysłem.
Zatem, w roku 2000, jakieś sześć lat po pierwszej burzy mózgów, razem z moim partnerem, Steve’em Gevedonem, zaczęliśmy tworzyć historię, którą można by osadzić w tej niezwykłej lokalizacji. Wtedy też odkryliśmy czwartą korzyść z kręcenia w Danvers – miasto opływało w opowieści. Większe niż życie, heroiczne, straszne i tragiczne. Zaczerpnęliśmy z nich wiele pomysłów – czytając o nich w sieci czy rozmawiając z byłymi pacjentami, lekarzami i personelem pielęgniarskim ośrodka.
Mniej więcej w połowie pracy nad scenariuszem zdaliśmy sobie sprawę, że musimy raz jeszcze odwiedzić to miejsce. Steve nie był tam nigdy, ja od lat, pracowaliśmy więc w oparciu o moje wspomnienia.
Problem polegał na tym, że nie chcieliśmy tam jechać oficjalnie. Wiedziałem, że stanowi urzędnicy najprawdopodobniej będą nas zniechęcać do kręcenia w szpitalu. Danvers szybko się rozpadało. W pięć lat po tym, jak po raz pierwszy wędrowałem korytarzami i tunelami zakładu, piętra i sufity zapadły się, okna powybijano, a wyłożone dębowym drewnem pokoje padły ofiarami wandali. Azbest zwisał z każdej rury. Do wielu miejsc odmówiono nam wstępu ze względów bezpieczeństwa.
Zdecydowaliśmy się więc tam zakraść.
Nie tak dawno odkryłem kilka stron internetowych prowadzonych przez entuzjastów miejskiej eksploracji, tak zwanego urbexu – rodzaj ludzi uzależnionych od dreszczyku emocji, którzy włamują się do opuszczonych budynków, nieczynnych tuneli metra i starych szpitali. Robią dużo zdjęć, badają teren i piszą o tym w sieci. Dowiedziałem się, że jedna z takich grup planowała wybrać się do Danvers, tak więc wczesną wiosną Steve i ja do nich dołączyliśmy.
Zaparkowaliśmy za minimarketem niedaleko Danvers i ruszyliśmy przez las w górę wzgórza, na którym stał szpital. Wyglądaliśmy jak oddział Navy SEALs* – w ciemnych strojach, z plecakami, latarkami, a nawet krótkofalówkami. Szliśmy szybko i trzymaliśmy się blisko ziemi, uważając, by nie zauważyli nas chodzący po obiekcie ochroniarze.
Błyskawicznie pokonaliśmy na przełaj wielką łąkę. Lider grupy poinformował nas, że kroczyliśmy właśnie nad setkami anonimowych grobów pacjentów, którzy zmarli w Danvers na przestrzeni ostatnich stu pięćdziesięciu lat. Obiecujący początek. Zatrzymaliśmy się przed linią drzew. Główny budynek szpitala otaczały zardzewiałe latarnie i martwe pnie.
Podeszliśmy od nowocześniejszej strony budynku. Miłośnicy urbexu wyłamali zamek skorodowanych drzwi. Byliśmy w środku. Wyjrzałem przez rozbite okno i spytałem, jak dostaniemy się do starszego budynku, jakieś dwieście metrów2 dalej, nie przebiegając przez trawnik i nie dając się zauważyć strażnikom. Przewodnik tylko się zaśmiał i poprowadził nas w dół… do piwnicy.
Zardzewiałe nosze, straszne sprzęty medyczne, spleśniałe pudełka krakersów, bandaże, gazy i puszki brzoskwiń – jeszcze kilka lat temu Danvers pełniło funkcję schronu przeciwatomowego dla lokalnej społeczności. W podziemiu było zimno. Nienormalnie zimno. W świetle latarek widzieliśmy wydychane kłęby pary. Nagle znaleźliśmy się w wąskim tunelu. Na podłodze namalowane były strzałki wskazujące drogę do oddziału A. To nie brzmiało obiecująco – jedno z dziesiątek przejść łączących budynki w Danvers. W zimowe noce to tymi tunelami wożono jedzenie, zapasy i pacjentów. Szliśmy szybko. Nikt nic nie mówił. Przejście na drugą stronę zajęło nam zbyt wiele czasu, jednak kiedy weszliśmy w końcu do większego tunelu, przewodnik powiedział, że dotarliśmy do budynku głównego. Zaśmialiśmy się podekscytowani – tak, jakbyśmy przedostali się na terytorium wroga.
W ciszy wspięliśmy się po schodach przedzielonych wysokim metalowym ogrodzeniem odgradzającym kiedyś bardziej niesfornych pacjentów od personelu. Potem znaleźliśmy się w długim korytarzu oddziału A.
Po obu stronach otwierało się mnóstwo małych pomieszczeń – właściwie to celi – z zakratowanymi oknami i grubymi drewnianymi drzwiami. Miejsca odosobnienia. Pokoje pacjentów. Wszedłem do jednego.
Ściany oklejone były wycinkami ze starych gazet i magazynów przedstawiającymi góry, szczeniaczki, Richarda Nixona, kwiaty, kuchenkę. Obrazkami, które miały kiedyś dla kogoś znaczenie. Na podłodze leżał nienaruszony szkielet gołębia wybielony czasem i słońcem. Ptak musiał wlecieć do środka przez wybite okno, zgubić się i jakimś sposobem skończyć tutaj, gdzie zdechł.
Rety.
Marzenie filmowca. Albo i koszmar. Wiedziałem już, że dobrych pomysłów i ujęć starczy nam na dziesiątki scenariuszy. Zawołał nas przewodnik. Czas udać się do sali operacyjnej, gdzie rzekomo w latach pięćdziesiątych przeprowadzano lobotomie…
Przed wyjściem na korytarz przyłożyłem dłoń do ściany pomieszczenia. Czułem go. Przytłaczający smutek. Było go tam mnóstwo. Tak wiele zatrzymanych żyć. Kilka miesięcy później nasz główny aktor, Peter Mullan, powie, że miał takie samo odczucie, kiedy kręciliśmy tu „Sesję 9”. Przyznał mi się, że pomiędzy ujęciami przykładał do ścian ucho, a one przemawiały. Mówiły o dramatach. O tragediach. O samotności i niezliczonych życiach, które się tu skończyły. Powiedział, że to wrażenie wpłynęło na to, jak zagrał w filmie. Wierzę mu. Danvers to takie właśnie miejsce. Opowiada historię, przestrogę, tym, którzy zechcą słuchać.
Z ciemnej kuchni domostwa Hobbesów dobiegały budzące grozę dźwięki utworu The Platters1 – wydobywały się z trzeszczącego radia i wypełniały każdy pokój, wsiąkając w najgłębsze nawet cienie.
Świąteczna radość, która zanieczyszczała wszystkie częstotliwości od listopada, zniknęła na moment, zastąpiona nawiedzonymi smyczkami i pełznącymi po domu klawiszowymi nutami kłębiącymi się w mroku jak groźba. Światełka rozwieszone na sztucznej choince mrugały niepokojącym żółtobiałym blaskiem w pokoju dziennym. Zniekształcone złowrogo cienie tańczyły na ścianach w spektaklu groteskowej pantomimy. Sosnowy zapach mieszał się z czymś jeszcze – słabą, budzącą trwogę wonią czegoś metalicznego. Czegoś kwaśnego.
Ubrana w koszulę nocną Mary Hobbes siedziała ze skrzyżowanymi nogami na dywanie, trzymając w rękach nowiutką lalkę. Jako jedenastolatka powinna ekscytować się zapakowanymi ozdobnie prezentami pod choinką. Mimo to otwarty był tylko jeden – podłogę wokół pokrywał porwany papier. Na dywanie obok leżała głowa zabawki, której resztę ciała dziewczynka ściskała z lubością.
– A co to się stało? – mruknęła uprzejmie i dziecięco Mary. – Danny urwał jej głowę! – odpowiedziała sama sobie ochrypłym głosem. – Ojejku! Czemu zrobił coś tak strasznego? – dopytywała dziewczynka. – Bo Danny jest wredny… – Splunęła.
Siedziała w ciemnym pokoju, pochłonięta zabawą, kiedy spomiędzy ust wymknął jej się chichot. Oczy dziecka, zazwyczaj bystre i żywe, zalśniły z niepokojącą intensywnością.
– Już wszystko dobrze – powiedziała delikatnym głosem. – Danny cię nie skrzywdzi.
Zapłakała w ciszy.
Nie wiedziała, ile czasu minęło od pojawienia się Erniego Rivetta, sąsiada. Wiedziała jedynie, że zwyczajowy potok świątecznych melodii zagłuszył odtwarzaną dotąd piosenkę.
– Halo?! – zawołał stary mężczyzna, otwierając frontowe drzwi.
Ernie Rivett zrobił pierwszy niepewny krok i stanął na korytarzu, kiedy uderzyła go fala obaw. Jasne, ludziska z Lowell czasem nie zamykali domów – rozmyślał. Ale nawet wtedy nie zostawiali otwartych na oścież drzwi w środku nocy. Ani ryczącego od kilku godzin radia.
– Co tu się, do cholery, dzieje? – burknął z sercem podchodzącym do gardła.
Ernie znał rodzinę Hobbesów od lat – Frank i Nancy to dobrzy ludzie, może trochę nierozważni, kiedy umilali sobie czas, pijąc.
Ale tym razem coś było inaczej.
Nie dostrzegał oznak dobrej zabawy i świętowania. Podejrzewał, że dom stał pusty.
Mózg podsuwał mu kolejne potencjalne powody takiego stanu rzeczy – coraz bardziej złowróżbne. Czyżby ktoś się włamał? Zdarzył się wypadek?
Przełknął ślinę, czując w ustach gorycz strachu.
Nie należał do najmłodszych, a i nerwów nie miał już takich jak kiedyś. Lecz musiał dowiedzieć się, o co chodzi. Zwłaszcza że jego żona od dwóch godzin błagała, żeby zrobił coś z tym hałasem. Rozumiał, wbrew temu, co podejrzewała żona, że nie wybrał się na zwykłą muzyczną eskapadę do pijanych sąsiadów. Dom był pusty, lecz mimo to Ernie czuł, jakby ktoś obserwował go z ciemności.
Chłodne zimowe powietrze owiało go w progu. Kąsające zimno, gorsze niż to na zewnątrz, sprawiło, że zaszczękał zębami. Zapiął wyżej włożony na piżamę płaszcz.
– Frank?! Nancy?! – zawołał drżącym głosem. – Jest tu kto?!
Umysł podrzucał mu obrazy, jak natyka się na uzbrojonego intruza, któremu przeszkodzono w plądrowaniu. Powinienem wyjść – pomyślał.
Oświetlił drogę przed sobą trzymaną w dłoni latarką i ruszył niepewnym krokiem przez korytarz. Był gotów uciec w każdej chwili.
– Lepiej, żebyś po prostu się urżnął, Frank. – Westchnął.
Jeśli stanowił dla kogoś zagrożenie, to tylko wagi piórkowej – dobiegał osiemdziesiątki i nie miał ochoty ani siły na wszczynanie bójek czy kłótni.
Poświecił po kątach, a kiedy światło wpadło przez otwarte dwuskrzydłowe drzwi do pokoju dziennego, zaparło w nim dech. Serce zabiło mocniej i cofnął się o krok, telepiąc się na widok siedzącej do niego tyłem Mary. Jak na zawołanie piosenka w radiu ucichła zastąpiona trajkotaniem didżeja.
– To ty, Mary? – szepnął Ernie, postępując naprzód.
Dziewczynka nie obróciła się, cały czas spoglądając w dół na bezgłową lalkę w swojej dłoni. Załkała.
– Wiesz, gdzie są twoi rodzice? – Podszedł bliżej. – Płaczesz?
Kiedy tylko wybrzmiało jego ostatnie słowo, zrozumiał, że coś musiało się stać. W miarę jak się zbliżał, zaczął pytać sam siebie, czemu normalnie jasnorude włosy dziewczynki były tak ciemne w tym świetle, a jej koszula taka czarna.
Obszedł Mary na palcach i skierował światło latarki na jej twarz. To właśnie wtedy dopadła go nieprzyjazna i przerażająca rzeczywistość.
Gapił się na nią z rozdziawionymi ustami. Dostrzegł ubranie – nie czarne, lecz skąpane w szkarłacie. Podobnie ręce i nogi dziecka usmarowane były zaschniętą krwią.
Nim staruszek zdążył zareagować, Mary gwałtownie obróciła głowę w jego stronę. Nie płakała już. W blasku latarki na jej ubrudzonej twarzy pojawił się podstępny grymas, uśmiech pełzający pomiędzy kroplami krwi.
Szpital Stanowy w Danvers, znany kiedyś jako Zakład dla Umysłowo Chorych w Danvers, stał opuszczony od prawie dziesięciu lat na wzgórzu po zachodniej stronie miasta. Nawet przed zamknięciem – tak w mieście, jak i w całym stanie – krążyły na jego temat liczne plotki, a szpital obrósł w miejską legendę. Opowiadano sobie historie o podupadającej przez lata zaniedbań kondycji budynków i o nadużyciach i błędach personelu medycznego. Historie o okrucieństwie. O horrorze. Wszystkie przekazywane podekscytowanym szeptem; wiele z nich nieoparte na faktach.
Szpital Stanowy w Danvers stał się straszakiem dla lokalnej społeczności. Miejscem, w którym coś się działo – przynajmniej według słów kogoś, kto znał kogoś innego, kto raz spotkał człowieka, który rzekomo coś widział. Stał się miejscem, o którym mówiono w najobskurniejszych barach, że w murach jego rozległego kompleksu dochodziło do wydarzeń nadprzyrodzonych.
Dla ludzi o zdrowych zmysłach szpital był czymś, czego należało unikać. Przekonanie to nie zmieniło się od 1878 roku, kiedy to ów przybytek otworzył podwoje.
„Wariatkowo” – tak mieszkańcy Danvers potocznie nazywali szpital przez większą część stulecia.
Nie rób tak, bo skończysz w Wariatkowie! – stało się niegroźnym rodzicielskim upomnieniem dla przekraczających granice dzieci.
Jednak upomnieniu przybyło na groźności, kiedy miasto musiało powitać w swoich progach zwolnionych ze szpitala pacjentów. Chodzili po ulicach obojętni i otumanieni, pozbawieni osobowości. Produkty „umysłowego wytłumienia” i „chirurgicznego wyciszenia” – tym właśnie specjaliści okrzyknęli lobotomię.
Nie rób tak, bo skończysz w Wariatkowie! – wkrótce przekształciło się w: Nie rób tak, bo przyjdą po ciebie upiory z Wariatkowa!
Dzieci przez pokolenia przekazywały sobie opowieści o żądnych krwi potworach zrodzonych ze szpitalnego horroru. Przemienione w zombie leukotomiczne1 wydmuszki po niegdysiejszych ludziach pragnące mózgów do ucztowania – żart ze szkolnego podwórka, jasne, jednak żart brany przez młodsze dzieciaki całkiem poważnie.
Odkąd ją otworzono, placówka kreowała się na dbającą o społeczeństwo. Jej gotyckie budynki – wzniesione według typowego planu Kirkbride’a2 z długimi skrzydłami odchodzącymi od głównego gmachu – wprawiały przybyłych w podziw.
Nie inaczej rzecz się miała z wnętrzami, których ściany ozdobiono sztukaterią, wielkimi żyrandolami i blaszanymi sufitami.
Szpital wyglądał prawie jak dwór należący do bogatej arystokracji. Jednak prawdziwe przeznaczenie budynków zamaskowano w detalach konstrukcji: od środka mury zostały zaokrąglone, z niewieloma ostrymi krawędziami, a wszystko to dla bezpieczeństwa pacjentów. Na terenie posiadłości znajdowały się kamienne i metalowe powierzchnie z wygrawerowanymi obrazami dalii, a wewnątrz można było znaleźć fotografie samego szpitala.
Personel chętnie tłumaczył, że dalie to symbol nowego początku. Lecz z czasem, kiedy historie o dziejących się tam horrorach zataczały coraz szersze kręgi, owe kwiaty i przyświecająca im pełna nadziei ideologia zaczęły się zmieniać. Dalie bez koloru – nie licząc szarości metalu i kamienia, na których je wyryto – przekształciły się w czarne dalie o zgoła odmiennej symbolice: smutku i zdrady. Jak się okazało, dużo lepiej pasowały na emblemat ponurych szpitalnych opowieści.
Zaczynając jako placówka opiekuńcza z oddanym dobrostanowi pacjentów personelem, szpital przyjmował gości.
Rozległe ogrody na tyłach kompleksu mogły pochwalić się bogatymi klombami i rzeźbami z żywopłotu, przyciągając tysiące odwiedzających. Każdy zachwycał się pięknem budynków i przyległych terenów, postrzegając je jako efektowną ciekawostkę.
Jednak nie tylko okoliczności przyrody wabiły gości – czasami przybywali po to, by na własne oczy zobaczyć samo szaleństwo, wykorzystując ogrody jako pretekst, by ukryć własne makabryczne fascynacje. Nierzadko sadzano pacjentów na wózkach wzdłuż zagajnika, by cieszyli oczy zainteresowanych gapiów – przypominając o przyświecającym szpitalowi celu.
Czasem, dla złagodzenia poczucia winy, zwiedzający przynosili prezenty i dary: dziergane koce, flakony perfum, bezużyteczne dla rezydentów przybytku drobiażdżki i świecidełka – personel przyjmował je chętnie, zabierając do własnych domów. Widać pacjenci nie zasługiwali na takie upominki.
Potem, w latach pięćdziesiątych, pojawiły się nowe terapie psychofarmakologiczne i metody chirurgiczne – nowatorskie podejścia psychiatryczne, które szpital przyjął z entuzjazmem. Pacjenci wymagali mniej czasu na rekonwalescencję, a efekty leczenia ujawniały się szybciej, co oznaczało, że wypisanie ich z ośrodka następowało dużo wcześniej.
W umysłach członków zarządu Danvers stało się bastionem trzech „Z”: zysku, zysku i zysku. Uznali, że wprowadzenie nowszych metod opieki było niezbędne nie tylko po to, by zoptymalizować koszty terapii, ale by wyprzedzić przestarzałe placówki, które nie miały innego wyjścia, jak pójść w ich ślady.
Od Westin Hills w Ohio po Arkham w Massachusetts – model wprowadzony w Danvers postrzegano jako przyszłość psychiatrii. Przyszłość, w której pacjent nie stanowił elementu równania, a opieka nad nim stawała się nieistotna.
Wraz z nowatorskimi sposobami postępowania w zdrowiu psychicznym pojawił się szeroki strumień środków płynących ze stanowej kasy. Im więcej przyjmowano pacjentów, tym więcej placówka otrzymywała pieniędzy.
Szpital dopadła chciwość. Sale pękały w szwach, a liczba podopiecznych stale rosła. Limity przyjęć podwojono, potrojono, a potem poczworzono, a środki zamiast na utrzymanie budynków i uzupełnienie zapasów leków szły do kieszeni zarządu i starszych specjalistów.
Już wkrótce plotki o przeludnieniu szpitala nasiliły się – podobnie jak i te o wielu nadużyciach.
Terapia elektrowstrząsowa i psychochirurgia stały się rozwiązaniem dla wszystkich pacjentów niestosujących się do zaleceń – tak łatwiej. Jeśli przeskakujący między elektrodami ładunek nie zniwelował objawów epizodu maniakalnego, lobotomia przedczołowa stanowiła następną metodą z wyboru. To barbarzyństwo wymazywało wszelkie ślady osobowości i ostatecznie kończyło się wypisem chorego bez właściwego zaopiekowania.
Szeptane opowieści o rzekomym bestialstwie z czasem powtarzano coraz głośniej, a szpitala zaczęto się bać bardziej niż jakiegokolwiek więzienia. Jeśli sądy orzekały o czyjejś niepoczytalności, zsyłały takich ludzi do Szpitala Stanowego w Danvers, by wyleczyć ich ze zbrodniczych chorób umysłu – bez względu na wiek sprawcy.
Bezlitosne mury ośrodka chętnie przyjmowały tak dorosłych, jak i dzieci. Rok po roku, w miarę jak podopiecznych przybywało, szpitalny personel stawał się strażnikami więziennymi, dozorcami i klawiszami, a morderców trzymano razem z chorymi i ułomnymi – traktowano ich tak samo. Gorzej niż zwierzęta.
To, co kiedyś było szpitalem psychiatrycznym, stało się de facto ośrodkiem psychiatrii sądowej. Takim, w którym porządek utrzymywano siłą. Pacjentów, których nie nafaszerowano lekami albo nie okaleczono torturami, odizolowywano od wszystkich i wszystkiego – także od jedzenia i wody. Przeciążeni pracą sanitariusze przewyższający liczebnie personel medyczny uciekali się do okrucieństwa i strachu, by utrzymać swoją pozycję.
W latach osiemdziesiątych ten opiekuńczy niegdyś przybytek zamienił się w czeluść, do której raz wrzuconych pacjentów odurzano, rozcinano, a potem o nich zapominano. Władze stanowe nie mogły dłużej odwracać od tego wzroku.
Podczas następnej dekady działalność szpitala ograniczono, a jego podopiecznych przeniesiono do innych instytucji lub wypuszczono.
Latem 1992 roku drzwi przepełnionego zepsuciem i zaniedbanego kompleksu zamknięto na dobre.
Przez kolejne lata Szpital Stanowy w Danvers stał nietknięty, gnijąc aż do fundamentów. Zły duch nawiedzający lokalną społeczność. Spoczywał na granicy miasta w cichej złości. Uśpiona bestia, z którą nikt nie ośmielił się skonfrontować.
Niszczejąc, opuszczony monolit przyciągał głównie łupieżców i wandali. Tych, którzy przedzierali się przez pozostałości po ogołoconym szkielecie budynku i pokrywali jego mury graffiti.
Od czasu do czasu zapuszczały się do niego także szkolne dzieciaki. Podejmowały wyzwanie, jednak nie wytrzymywały tam długo, prędko uciekając do domów, przekonane o tym, że duchy maltretowanych pacjentów wciąż krążyły po szpitalnych korytarzach w poszukiwaniu zemsty.
Chociaż zakład w Danvers powstał jako latarnia niesienia światłej pomocy, to przeistoczył się w przerażającego potwora – był nim nawet teraz, w swojej uśpionej i porzuconej postaci. Samo jego istnienie wystarczało, by wywołać ciarki, kiedy się o nim mówiło – ściszonym głosem i przestraszonym tonem.
* * *
W zakamarkach na trzecim piętrze stanowego szpitala rósł grzyb. Czarne strzępki wspinały się po zawilgoconych spękanych ścianach. Rozprzestrzeniająca się bez ustanku pleśń czepiała się wszystkiego, co było w jej zasięgu.
Blask księżyca wpadł do korytarza przez liczne otwierające się na niego drzwi. Przechodząc przez soczewki ciemnych okien, przyoblekał się w brązowy odcień, nadając przejściu brudniejszego i plugawszego wyglądu. W pociemniałych smugach wirowały opadające z sufitu drobinki kurzu. Ledwo trzymający się na miejscu tynk sklepienia ozdabiała pajęczyna pęknięć, spod której prześwitywały spróchniałe belki.
Cały korytarz, cały budek, a nawet cały kompleks – były martwe i zgniłe.
Podłogę zaśmiecała stara dokumentacja medyczna – pozbawione teczek kartki z niedającymi się już odczytać zapiskami. Przypominały zrzucone z drzew liście wśród leśnego poszycia, dowód zieleniącego się kiedyś życia.
Na końcu przejścia prowadzącego do następnego skrzydła stało krzesło zabezpieczające – miało wytarte skórzane pasy i blokowało dalszą drogę. Za nim, w głębokim cieniu, z pokoju do pokoju przemykała ciemna postać.
* * *
Gordon Fleming wpatrywał się w zieleń łąki za metalową bramą przez przednią szybę swojego vana. Był zmęczony. Chociaż miał dopiero czterdzieści lat, czuł się na dwa razy więcej. Tak jakby w miejscu każdego przeżytego roku nagle pojawił się drugi, a on, osiemdziesięciolatek, siedział tu razem ze zrodzonymi dawno bólami. Bolały go kości, bolały go mięśnie i nawet zęby zaczynały go ćmić. Powieki opadały, domagając się snu. Ramiona zwisały, jakby dosłowny ciężar egzystencji stał się w końcu nie do przezwyciężenia.
Trzymał w dłoni papierowy kubek z ciepłą czarną kawą – taką, jaką pił co rano, by zmusić się do wkroczenia w nowy dzień. Chociaż robił to od dekad, dalej nienawidził jej smaku. Nie mógł znieść nadmiernej goryczy – choć odnosił wrażenie, że mylił się w swojej opinii co do jej intensywności. Pił więc i nie narzekał, przeczuwając, że taki właśnie powinien mieć nawyk.
Pomyślał, że kombinezon opinał się na nim bardziej niż zwykle – przytył albo ubranie skurczyło się w praniu. Mimo to był chudszy niż kiedykolwiek w życiu, a ciuchów nie prał od ostatniego zlecenia – chciał się tym zająć, ale na chęciach się skończyło. Całe szczęście, że jeszcze nie cuchnęły.
W tle rozbrzmiewały głosy radiowego show wydobywające się z zamontowanych na drzwiach vana głośników.
Wyczerpany Gordon nie słuchał ich – docierała do niego jedynie kakofonia niepowiązanych ze sobą zdań:
„Ile miałeś lat, kiedy utonęła?”
„Wszyscy grzesznicy zasługują na krzesło elektryczne.”
„Mam dość tych lewicowych ekoświrów.”
„Oczywiście, że podoba jej się ten top!”
„Czemu? Bo jest cholerną despotką, temu.”
Nic mu to nie mówiło i niczego dla niego nie znaczyło – tło z niskiej jakości kolażu dźwięków.
Przez sekundę wypełnioną frazesami i sloganami sączącymi się z radia wyjrzał zza miejsca kierowcy i zamyślił się: Kiedyś czułem się dobrze, prawda?
Wziął głęboki wdech i westchnął głośno.
– Przegadana, kurwa, audycja – rozległ się szyderczy męski głos z siedzenia pasażera.
Gordon nie usłyszał go, wciąż gapiąc się bezmyślnie przed siebie. Nie zauważył nawet, kiedy towarzysz zmienił stację na muzyczną.
– To co innego! – powiedział kompan.
Fleming spuścił wzrok na czarny płyn w swoich dłoniach. Kawa, której tak nienawidził. Lecz, jak zawsze, uniósł kubek i pociągnął spory łyk.
– Jeny, facet. Wyglądasz jak gówno. Na pewno dasz radę?
Gdy sens pytania do niego dotarł, Gordon obrócił się i spojrzał na przyjaciela.
Phil Maddow, rudzielec, trzydziestopięcioletni przystojniak, nosił taki sam szary kombinezon – z tym że w dużo lepszym stanie niż ten Gordona.
– To była twoja kolej, żeby nakarmić w nocy Emmę? – zapytał ze szczerą obawą, gładząc obfite brwi.
Fleming zmusił się do uśmiechu i ledwie zauważalnie pokręcił głową.
– Nie – powiedział niskim chropowatym głosem. – Wciąż ma tę infekcję ucha. Całymi godzinami jesteśmy przez nią na nogach.
– Wciąż? – Phil szeroko otworzył oczy. – Boże, nabawiła się tego na chrzcie, tak? Ile to już?
Gordon upił kolejny łyk.
– Jak się trzyma Wandy? – dodał po chwili Maddow.
Rozciągając obolały kark do tego stopnia, że aż w nim strzeliło, Gordon raz jeszcze zdobył się na wymuszony uśmiech.
– W porządku. Jest zmęczona. Wszyscy jesteśmy. Ciągle.
– Rodzicielstwo wita – stwierdził krótko rudy mężczyzna, szczerząc zęby. – Wiesz, jak to mówią? Dopóki nie wyjedzie do college’u, nic się nie zmieni.
– Przespałem chyba jedną noc. – Gordon parsknął prześmiewczo, acz szczerze. – I to dawno temu.
Phil dokończył własną kawę, zgniótł papierowy kubeczek w dłoni i cisnął go na deskę rozdzielczą, gdzie dołączył do dziesiątków innych pod przednią szybą.
– Jest coś, co mogę zrobić? – Otarł usta wierzchem ręki.
– Zrobić? – powtórzył Gordon, obracając się ku przyjacielowi. – Zrobić co?
– Coś dla ciebie. – Stłumił ziewnięcie. – Coś, żeby ci pomóc – dodał. – Żeby było ci choć odrobinę łatwiej. Sam nie wiem.
– Po prostu rób swoje. Niczego więcej mi nie potrzeba. – Zerknął w lusterko boczne i utkwił wzrok w strażniku siedzącym w aucie firmy ochroniarskiej za nimi, który rozmawiał przez telefon. Dłużej niż życzyłby sobie tego Gordon. – Czemu to tyle trwa? – mruknął pod nosem.
Tymczasem ochroniarz skinął twierdząco głową i powiedział: „Okej, już im mówię”, po czym rozłączył się, wysiadł z samochodu i ruszył w kierunku furgonu. Minął go z lewej strony, rzucając przelotne spojrzenie na duży napis na drzwiach: Hazard Elimination Corp. – głosiły tłuste litery. Pod nimi zaś, kursywą, widniało: Profesjonalne usuwanie azbestu.
Gordon opuścił szybę w drzwiach po stronie kierowcy i uśmiechnął się uprzejmie, kiedy w oknie pojawił się stróż.
– Wszystko gra? – zapytał.
– Rozmawiałem z Billem Griggsem – odparł sztywno mężczyzna. – Mówi, że schodzi z rampy i zaraz tu będzie.
– Dzięki.
Phil spojrzał przez szybę na wielki metalowy znak tuż przy bramie: Zakaz wstępu. Szpital psychiatryczny w Danvers. Własność Stanu Massachusetts, po czym odwrócił się ku ochroniarzowi.
– Mam pytanie: od jak dawna to miejsce jest zamknięte?
– Od osiemdziesiątego piątego – odpowiedział zaciekawiony strażnik. – Czemu pan pyta?
Gordon mógł jedynie trwać w ciszy, nie zakłócając toczącej się nad jego głową wymiany informacji. Utkwił wzrok w błoniach przed sobą.
– Cóż, zastanawiałem się tylko, o co chodzi z obstawą tego terenu. Czemu pan tu jest? – Phil się uśmiechnął. – Raczej nikt nie będzie próbował stamtąd uciec, co?
– Uciec nie. Ale zakraść się tam już tak. Moje zadanie to im to uniemożliwić.
– Kto chciałby się zakradać?
– Ci, co zawsze – odpowiedział ochroniarz, wtykając kciuki za pasek. – Dzieciaki, przestępcy, włóczędzy, byli pacjenci. – Tym razem to on się uśmiechnął, dostrzegając zaskoczenie na twarzy Phila. – O tak, wielu z tych, których tu leczono, skończyło na ulicy, kiedy zamknięto placówkę. I niektórzy wracają. Nie uwierzyłby pan jak wielu.
– O, cholera. I oni… „chcą” tu wrócić?
– W ostatnim roku znalazłem sześcioro – przytaknął stróż. – Są jak nietoperze. Przepędzi się ich, a niedługo i tak wracają pod swój dach.
– Pacjenci wracają? – zaakcentował Maddow, nie potrafiąc tego pojąć. Nie umiał się powstrzymać i wybuchnął śmiechem. – Przecież to chore!
– W dziesiątkę – rzucił strażnik i zaśmiał się uprzejmie. – Bóg jeden wie, czemu tak się dzieje. Poczekajcie, aż zobaczycie budynek. – Przerwał na chwilę i się skrzywił. – Jest w tak złym stanie, że wolałbym spać na ulicy. – Wzruszył ramionami, raz jeszcze wykrzywiając usta w uśmiechu. – Widać daleko mi jeszcze do szaleństwa.
Phil zarechotał.
– Uwaga – wtrącił Gordon, dostrzegając w lusterku nadjeżdżającego jasnopomarańczowego Chevroleta, który zatrzymał się obok samochodu ochrony.
Wiedząc, że nie był już potrzebny, strażnik klepnął dwukrotnie dłonią w bok vana i skinął mężczyznom głową na pożegnanie.
– Powodzenia, panowie. Uważajcie tam na siebie.
* * *
– A zatem, jaki jest haczyk? – zapytał Phil.
Gordon jechał za sunącym po wąskiej krętej dróżce Chevroletem.
– Okazaliśmy się najtańsi, jak mniemam. – Fleming wzruszył ramionami. – Environmental Solutions i Yankee Fiber przyjechali tu w zeszłym tygodniu. Więc razem z naszą mają już trzy oferty.
– Wiemy cokolwiek o tym, co „zaoferowała” konkurencja?
– Słyszałem, że Yankee rzucili niską cenę. – Gordon pokiwał lekceważąco głową. – I szybki termin.
– Zrobimy to szybciej. Tak im powiesz, prawda? Znasz Griggsa. Zawsze chce wszystko na już. Nasza oferta okaże się lepsza.
– Lubię bezpieczną robotę. Jeśli taką się okaże, wtedy tak. Nie zaryzykuję krzywdy kogoś z nas tylko po to, by wykonać zlecenie szybko.
– Nie szafuj tą robotą, Gordo… – powiedział Phil. – Nie stać nas na to, żeby ją stracić. Będziemy bezpieczni. Zawsze jesteśmy. Przecież wiesz. Jeśli chcesz, pogadam z Griggsem…
– Wiem, co robić – rzucił poirytowany, akcentując słowo: „wiem”. – Dobrze?
Jechali dalej, aż Gordon dostrzegł odległy budynek. Ujrzał go, kiedy minęli linię drzew – kolos z czerwonej cegły w stylu wiktoriańskiego gotyku. Wysoki na trzy piętra z granitowymi wykończeniami i ostrym dwuspadowym dachem pokrytym łupkiem. Ogromne zakratowane okna przypominały wgapiające się w przestrzeń oczy. Z betonowych gzymsów zwieszał się ciężko gęsty bluszcz porastający także przyległą ziemię. Zarówno budynek, jak i otaczający go teren nie były pielęgnowane od lat i wszystko wskazywało na to, że natura postanowiła przejąć kompleks na własność.
– Jezu – wydusił Phil, otwierając szeroko przepełnione strachem oczy.
[*] United States Navy Sea, Air and Land – Marynarka Wojenna Stanów Zjednoczonych Morze, Powietrze i Ląd, czyli w skrócie „Navy SEALs”, to siły specjalne amerykańskiej marynarki wojennej (wszystkie przypisy pochodzą od tłumacza).
[1] Wszystkie imperialne jednostki miar zamieniono na miary układu międzynarodowego.
[2] Afroamerykańska grupa popowa wykonująca muzykę soulową i R&B.
[3] Inna nazwa lobotomii przedczołowej to leukotomia przedczołowa.
[4] Projekt czy też plan Kirkbride’a to system budowania szpitali psychiatrycznych opracowany w XIX wieku przez psychiatrę Thomasa Kirkbride’a. Kirkbride wierzył, że w procesie zdrowienia z chorób psychiatrycznych niezbędny jest dostęp do światła słonecznego i świeżego powietrza – dlatego też ośrodki wznoszone według jego planu miały dwa długie skrzydła odchodzące po bokach budynku głównego, tak by żadna część konstrukcji nie zasłaniała słońca i nie chroniła przed wiatrem żadnej innej.
