Uzyskaj dostęp do tej i ponad 240000 książek od 14,99 zł miesięcznie
20 osób interesuje się tą książką
Dwoje zmarłych w spalonym gnieździe miłości. Sekciarski świat i dzieci ukształtowane przez kontrolę.
Gdy nad Black Isle zapada zima, inspektor Macleod zostaje wezwany do spalonej chaty, w której śmierć ponieśli dwoje kochanków. Wraz z nieustraszoną partnerką McGrath musi rozplątać związek między rodziną żyjącą w cieniu sekty a rozgłośnią radiową, której pracownicy odchodzą "na emeryturę" jeden po drugim — na zawsze. Czy w środku zimy Macleod zdoła rzucić światło na mroczne relacje popychające zabójcę do kolejnych czynów, zanim znów zapadnie wyrok?
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 257
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
CYKL INSPEKTOR MACLEOD
CZĘŚĆ DWA
Schron umarłych
Tytuł oryginalny: The Bothy
Autor: G.R. Jordan
© Copyright by G.R. Jordan, 2019
© Copyright for the Polish edition by Wydawnictwo Cowper Publishing, Berlin 2026
Wszelkie prawa zastrzeżone. Żadna część niniejszej publikacji nie może być reprodukowana bez pisemnej zgody właściciela praw.
Wydanie I Berlin 2026
Wydawnictwo Cowper Publishing
ISBN 978-3-69477-063-3
Był chłodny dzień, powietrze szczypało od zimna, ale Georgie Haskins nie zamierzała się tym zrażać. Towarzyszący jej jack russell biegał to tu, to tam, wtykając nos w zarośla, a ona szła wzdłuż szpaleru drzew ku gęstwinie osłaniającej plażę. Jeżyny i inne rośliny tworzyły tam istną dżunglę, pod którą ginęła zdradliwa ścieżka na piasek. Ale gdy już zejdzie, trud się opłaci. Samotność, cisza, spokój. Zupełnie inny świat niż Londyn – i właśnie dlatego się tu przeprowadziła.
Dziś Georgie była w świetnym nastroju – zostawiła kochanka w łóżku, by mógł spokojnie zasnąć po nocnej zmianie. Był od niej o dziesięć lat młodszy i zaskoczyło ją, że zgodził się przeprowadzić z nią do szkockich Highlands, i to tak daleko na północ, aż do Inverness. Ale był zakochany – a przynajmniej tak to odczytywała. I bardzo jej się to podobało. Po latach harówki w wielkim mieście i przelotnych związków, w które wchodziła dla wygody, miała czterdziestkę na karku i mężczyznę, który o nią zabiegał. Czysta rozkosz. Nie musiała już szukać złota. Teraz samo za nią chodziło.
Paprocie i jeżyny na szczycie niewielkiego klifu omal nie zagrodziły jej drogi: kolczaste pędy oplatały wąską ścieżkę, która wiła się zygzakiem w dół zbocza. Nie po to jednak zaszła tak daleko, żeby zatrzymały ją byle zarośla. Wyciągnęła rękę w rękawiczce, odgarnęła gąszcz i niewiele brakowało, a przewróciłaby się o pieska, który przemknął jej między nogami i pognał naprzód. Na szczęście utrzymała równowagę. Dalej schodziła powoli, ale nie traciła zapału.
Była tu dopiero drugi raz, ale liczyła, że zacznie przychodzić regularnie. Wystarczyło pokonać ścieżkę, by mieć całą zaciszną plażę dla siebie. W skale był nawet otwór wysokości człowieka, prowadzący do osobnej małej zatoczki zalewanej przez przypływ, gdzie można było usiąść i zamoczyć stopy. Wyobrażała sobie, że latem mogłaby zabrać tu swojego Romea, żeby wygrzewali się w słońcu – gdyby w ogóle zrobiło się dość ciepło – a potem kochali się na piasku. Może z tym ostatnim trochę ją poniosło, bo ktoś jednak mógłby ich tu zobaczyć. Ale mogłaby odsłonić nieco więcej niż zwykle i podroczyć się z nim.
A to dziwne. Z budynku stojącego na pasie trawy tuż przy piasku unosiła się cienka smuga czarnego dymu. Podobno była to chata zwana bothy – miejsce, gdzie dawniej nocowali ci, którzy mieli zbyt daleko, by wrócić do domu, albo po prostu pracowali z dala od niego. Georgie nie znała szczegółów; rozumiała tylko, że to niewielki budynek prawie pusty w środku, z jedną izbą i paleniskiem.
Poczuła nagłą irytację. Kogo tu przywiało, żeby zakłócał jej spokój? Kto popsuł jej mały raj? Przyjechała aż z Londynu, żeby się tym nacieszyć – a oni skąd się tu, do diabła, wzięli? I jeszcze ten cholerny pies biegł się z nimi przywitać.
Minęło jeszcze pięć minut, zanim Georgie pokonała ścieżkę. Gdy stanęła na pasie trawy, pies szczekał na nią i podskakiwał, cały podekscytowany. Schyliła się i pogłaskała go po głowie, zapewniając, że jest „dobrym pieskiem”, a w duchu liczyła, że pobiegnie gdzie indziej i oszczędzi jej spotkania z tym, kto był w środku. Myślami wracała do poranka, kiedy dołączyła do kochanka pod prysznicem i wycisnęła z niego resztki energii, których nie pozbawiła go nocna zmiana. Tak, było o czym rozmyślać na plaży.
Ale pies miał własne plany. Mimo że miała go już od ośmiu tygodni, wciąż nie wymyśliła mu imienia, więc nazywała go po prostu „Psem”. Kolejny eksperyment w życiu z dala od Londynu, choć jeszcze nie wiedziała, czy udany. Opieka nad zwierzakiem miała w sobie mniej uroku, niż sobie wyobrażała. Zaklęła, gdy znów pomknął w stronę chaty i zniknął jej z oczu. Głupie psisko na pewno wlazło do środka. Teraz będzie musiała z kimś porozmawiać.
Georgie szła powoli w stronę budynku, próbując nadać naburmuszonej minie nieco przyjaźniejszy wyraz, i dziwiła się tej ciszy. Zwykle, kiedy Pies pakował się do obcych, robiło się zamieszanie albo padało przyjazne powitanie i zaczynały się żartobliwe przekomarzania. Tymczasem słychać było tylko jego szczekanie. Gdy Georgie skręciła za róg chaty, słońce skryło się za chmurą. Poczuła, jak listopadowy chłód szczypie ją w policzki.
Coś było nie tak. Najpierw zobaczyła przez drzwi nogę – szczupłą, smukłą i zupełnie nagą. Tyle że wyglądała na złamaną albo wykręconą pod niemożliwym kątem. Przemknęło jej przez głowę, że może powinna zawołać. Może groziło jej tam niebezpieczeństwo. Ale wtedy zdradziłaby swoją obecność. Ostrożnie zajrzała do środka przez na wpół otwarte, toporne drewniane drzwi.
Powiodła wzrokiem w górę nagiej nogi, dostrzegła gołe pośladki, a potem tułów dziewczyny. Cholera, mogła mieć najwyżej dwadzieścia lat, jeśli w ogóle tyle. Serce waliło jej w piersi, kiedy szukała twarzy dziewczyny. Nie było jej. Nad ramionami żadnych włosów. Nad ramionami nic. Odruchowo zwymiotowała lekkie śniadanie. Trzęsła się, żołądek wciąż podchodził jej do gardła, a jednak patrzyła dalej.
Georgie kazała sobie uciekać. Ale nogi nie chciały jej słuchać. Chorobliwa ciekawość pchnęła ją o krok do przodu. Wdepnęła we własne wymiociny, po czym odwróciła głowę w prawo. Leżał tam mężczyzna – białe, pulchne ciało i pokaźny brzuch przypominający owłosiony budyń. Omiotła wzrokiem nagą postać i zauważyła, że brakuje mu genitaliów. Wypływało z niego mnóstwo krwi. On też nie miał głowy.
Znów zaczęła się trząść i wymiotować. W żołądku nie zostało już nic, a mimo to nadal targały nią torsje. Patrzyła, jak Pies coś obwąchuje. Tuż przed jego nosem leżały dwie głowy. Musiała się stąd wydostać. Niemal oślepiona łzami Georgie dobrnęła do piaszczystej plaży, którą miała za plecami, i rozpaczliwie zaczęła szukać telefonu. Boże, nie. Nie było zasięgu.
Biegała po plaży tam i z powrotem, szukając choćby jednej kreski zasięgu. Nic. Zebrała resztki sił, biegiem wróciła na ścieżkę i zaczęła wspinać się na niewielki klif, przedzierając się przez kolcolist i inne kłujące zarośla, które drapały jej skórę. Nagle straciła grunt pod jedną stopą i upadła. Jedna noga osunęła się znacznie niżej od drugiej. Wyciągnęła rękę i chwyciła kolczastą gałąź. Mimo bólu trzymała się jej kurczowo.
Podciągnęła się i z trudem dotarła na szczyt klifu, po czym znów wyjęła telefon. Szukała kresek zasięgu, które pozwoliłyby jej wezwać pomoc. Była jedna. Dzięki Bogu, była jedna. Wyprostowała się, wybrała 999 i czekała, aż ktoś odbierze.
„Jakich służb pani potrzebuje? Halo, jakich służb pani potrzebuje?”
Ktoś mówił, ale Georgie miała przed oczami tylko te ciała i brak… pewnych części. Nie chciała wypowiadać tych słów.
„Nie żyją. Boże, nie żyją. Słychać mnie?”
Dyspozytorka policji, do której przełączono rozmowę, przez pierwsze dwie minuty słuchała odgłosów torsji. Po drugiej stronie słychać było szloch i krztuszenie się; dzwoniąca z trudem próbowała przemówić. W końcu odezwała się znowu, histerycznym głosem.
„Pali się. Ta cholerna chata się pali! Spłoną!”
Macleod umył twarz, a potem przyjrzał się sobie w lustrze. To był udany wieczór. Przedstawienie było nieco zbyt wydumane jak na jego gust, ale towarzystwo wspaniałe. Przed wyjściem do teatru zjedli kolację w tej małej greckiej restauracji na rogu. Słuchał, jak opowiadała mu o swoim dniu: o wyjątkowo trudnym kliencie, który nie chciał uwierzyć, że przez ostatnie dwie godziny parkował w niedozwolonym miejscu. Niby nic niezwykłego, ale potrafiła opowiedzieć o tym tak barwnie, że zaśmiewał się chyba przez większą część kolacji.
Tą kobietą była Jane Hislop, mieszkanka Glasgow, a wcześniej postrach kierowców parkujących nieprzepisowo w Cornish Town: strażniczka miejska, która mandat potrafiła wypisać od ręki. Dopiero niedawno sprowadziła się do miasta, a za ten nowy związek Macleod mógł winić Hope. Jego podwładna z policji zaczęła się nim szczególnie interesować po wydarzeniach na wyspie Lewis. Podczas tamtego śledztwa odżyła jego małżeńska przeszłość, zwłaszcza samobójstwo żony, i dała mu się boleśnie we znaki.
Po powrocie z tamtej traumatycznej sprawy Hope uznała, że jej szef potrzebuje okazji, by o wszystkim porozmawiać. Uparcie wyciągała go do indyjskich restauracji i różnych innych lokali, chcąc się upewnić, że wszystko z nim w porządku. Niestety, choć te wymuszone rozmowy przychodziły Macleodowi z trudem, łapał się na tym, że w mniej oficjalnej atmosferze z przyjemnością przygląda się siedzącej naprzeciwko partnerce. Jej swobodne, a jego zdaniem „przesadnie seksowne” stroje sprawiały, że wciąż wpatrywał się w krągłości, które naprawdę nie powinny go pociągać. Obecność Hope w biurze bywała miłym urozmaiceniem, ale podczas tych bardziej kameralnych spotkań wyobraźnia podsuwała mu już kurs taksówką prosto pod jej mieszkanie.
Dlatego Macleod postanowił wrócić „do gry”, jak to się niezbyt elegancko mówiło, i znaleźć kogoś stosowniejszego, z kim mógłby zaspokoić rozbudzone na nowo popędy. „Popędy” – cóż za brzydkie słowo, pomyślał, zwłaszcza w odniesieniu do kobiety, która teraz spała w jego pokoju gościnnym. To, że została u niego na noc, uważał za dość szokujący krok, bo znali się niespełna miesiąc, ale Jane tak bardzo zależało, by spędzać z nim jak najwięcej czasu. W niedziele chodzili razem do obu kościołów: rano do jego statecznego zboru prezbiteriańskiego, a wieczorem do jej bardziej charyzmatycznej wspólnoty.
Zawiązał szlafrok w pasie, poszedł do małej kuchni i zaczął parzyć kawę w nowym ekspresie przelewowym, który dostał od Hope w prezencie. Usłyszał coś za plecami, odwrócił się i zobaczył w drzwiach Jane, owiniętą tylko ręcznikiem.
„Woda jest zimna. Działa ci ogrzewanie?” – zapytała.
„A niech to! Mówili, że naprawili je w zeszłym tygodniu. Będę musiał się z nimi skontaktować”.
„Nie szkodzi, Seorasie. Umyję się szybko i tyle”.
„Chodź najpierw na kawę, a ja spróbuję coś zrobić, żeby była ciepła woda”.
„Dobra, ale przydałby mi się większy ręcznik. Znalazłam tylko ten. Chyba to ręcznik do rąk”.
Macleod spojrzał na nią znad stołu i zauważył, że ręcznik kończył się tuż poniżej jej bioder.
„Czemu wzięłaś właśnie ten? Zostawiłem ci przecież duży”.
„Wcale nie. Zostawiłeś mi ten, ty zbereźniku. Już ja wiem, co kombinujesz”.
Macleod udał zaskoczenie, ale usiłował sobie przypomnieć, który ręcznik dla niej przygotował.
„Przepraszam, nie chciałem. Niczego nie próbowałem—”
„Cicho, panie inspektorze. Zatrzymałeś mnie i przyłapałeś na gorącym uczynku. A może to ja mam cię pouczyć o twoich prawach?”
Macleod patrzył ze zdumieniem, jak Jane zrzuca ręcznik i podchodzi do niego całkiem naga. Dotąd trzymał się na wodzy i starał się nie spieszyć, żeby jej nie spłoszyć, a tu proszę. Chwyciła go za kark, przyciągnęła do siebie i pocałowała go namiętnie. Jej długie brązowe włosy zakołysały się jedną falą i musnęły mu policzki, a on poczuł, że żyje. Cofnęła się o krok i stanęła z rękami na biodrach. Przełknął ślinę. Jej zęby, niezupełnie białe, błysnęły w szerokim uśmiechu. Spojrzał na jej ciało. Wyglądała pięknie. Jane miała niewiele ponad czterdzieści lat, a była tak wspaniała, jak sobie wymarzył. Miała odrobinę nadwagi, ale uwielbiał każdą jej krągłość. Czuł, jak wzbiera w nim to samo podniecenie, które żona potrafiła budzić, kiedy tylko zechciała.
„No i co, aresztujesz mnie czy nie?”
Nie potrafił pojąć, dlaczego akurat w takiej chwili zaczął się zastanawiać, czy seks przed ślubem to dobry pomysł, czy obraza Stwórcy. Może kryło się w tym poczucie winy wobec żony. Może wiara słusznie dawała o sobie znać, by uchronić go przed głupstwem. A jednak wodził wzrokiem po ciele Jane, rozkoszując się widokiem.
I wtedy zadzwonił dzwonek do drzwi.
„Powiedz, że dla mnie go zignorujesz” – poprosiła Jane.
„Oczywiście” – odparł Macleod, zastanawiając się, kto to może być. Dzwonek odezwał się znowu, natarczywie, raz za razem.
„Przynajmniej nie odrywasz ode mnie wzroku” – zauważyła Jane i miała rację. Pal licho, pomyślał Macleod. Nie przepuszczę takiej okazji. Nieważne, jak daleko się posuniemy i co zrobimy, nie zepsuję tej chwili.
Wyciągnął ręce, objął Jane i przycisnął ją do siebie z głodem, który narastał w nim od dawna.
Na stole zawibrowała komórka. Potem odezwał się pager. A potem rozległo się łomotanie do drzwi, jakby piekielne ogary próbowały wedrzeć się do środka.
„Chyba to coś ważnego” – szepnęła Jane.
„Tak mi przykro. Masz szlafrok?”
„Tak, tak, mam. Ale on jest… Lepiej idź otworzyć”.
Macleod skinął głową i ruszył do drzwi wejściowych. Zajrzał przez dziurkę od klucza i zobaczył Hope McGrath w eleganckim, praktycznym stroju do pracy. Cholera, zaklął w duchu. O tej porze rano musi chodzić o coś poważnego.
Otworzył drzwi i zmierzył Hope wściekłym spojrzeniem.
„Wiem, wiem” – powiedziała jego koleżanka. „Nie byłoby mnie tutaj, gdyby się wszystko nie zesrało. Musisz się spakować, i to szybko. Szef chce nas wysłać na północ, na Black Isle. Zaginął jakiś didżej, znaleziono dwa zwęglone ciała i aż huczy od domysłów. Samochód czeka przed domem, panie inspektorze”.
Macleod patrzył, jak Hope mija go bez zaproszenia i kieruje się do kuchni. Ależ proszę, wejdź. Znali się już na tyle dobrze, że pozwalała sobie wobec niego na pewną poufałość, a jemu trudno było ją za to zganić. Może dlatego, że go pociągała. Tak czy inaczej, nikt inny z policji nie traktował go równie swobodnie.
Wszedł do kuchni i wskazał ekspres do kawy.
„Widzisz, używam go. Zrób sobie kawę, jeśli masz ochotę. Muszę się ubrać”.
„Jasne” – rzuciła Hope. „Udana noc, co? W każdym razie używa dobrych perfum. Poznaję ten zapach – to jedne z tych drogich. Chyba siedzieliście do późna, skoro jeszcze je czuć. Zresztą wcale ci się nie dziwię, ostatnio mamy sporo roboty, a ja…”
Hope urwała, gdy do kuchni weszła kobieta w prześwitującym szlafroku do kolan. Pod spodem miała przydługą czarną koszulkę: zakrywała biodra i sięgała niemal tak nisko jak szlafrok.
„Cześć” – powiedziała kobieta. „Jestem Jane”.
„Jane”. Hope odzyskała rezon. „Bardzo mi miło. Seoras tyle o tobie opowiadał. Miło cię poznać. Jestem Hope, Hope McGrath”.
„Domyśliłam się. Wspominał o tobie raz czy dwa. Chyba przynosisz złe wieści, skoro jesteś tu o tej porze”.
Macleod pojawił się za Jane i poprowadził ją w głąb kuchni.
„Przepraszam, Jane, naprawdę przepraszam. Muszę jechać. Na północ. Nie wiem, na jak długo. Ale zadzwonię. Jak tylko się czegoś dowiem”.
„Stało się coś złego?”
„Zajmujemy się zabójstwami, Jane. Rzadko mamy dobre wieści” – powiedziała Hope.
„Trzymaj” – powiedział Macleod, podając Jane komplet kluczy. „Zamknij za sobą i zatrzymaj je sobie. A… to twój szlafrok?” Przełknął ślinę. „A to moja koszulka. Więc wcześniej nie miałaś na sobie…”
„Zostawię was na chwilę samych” – powiedziała Hope. „Będę w samochodzie, kiedy będziesz gotowy, Seorasie”.
Macleod objął Jane.
„Tak mi przykro. Ale taki już jestem. Takie rzeczy się zdarzają. I nie wiem, na jak długo wyjeżdżam”.
„Wszystko w porządku, naprawdę. Musisz pracować, więc idź łapać złych ludzi. Ale daj mi znać, jeśli to się przeciągnie. Przyjadę na północ. Jeśli nie masz nic przeciwko, przyjadę do ciebie”.
„Wiesz, że nie musisz zakładać dla mnie takiego szlafroka ani zrzucać ręcznika. Przecież wiesz, że lubię cię taką, jaka jesteś”.
„Oczywiście. Ale może ja to lubię. W moim wieku nie zawsze czuję się atrakcyjna”.
„Na takie gadanie nie pozwolę” – powiedział Macleod i pocałował ją. „Zadzwonię, jak tylko będę mógł”.
„Wiem, że zadzwonisz”.
Jeszcze raz spojrzał na Jane – na ten nowy rozdział swojego życia – po czym wyszedł z mieszkania i wrócił do starego, dobrze sobie znanego. Wsiadł do samochodu i zobaczył, że Hope patrzy na niego z szerokim uśmiechem.
„Zamknij się i jedź. To wszystko twoja wina”.
Ale w szczegóły nie zamierzam się wdawać.
„Ty cwaniaku jeden!”
„Dość tego. Jesteśmy tylko przyjaciółmi, nic więcej, więc daruj sobie, pani detektyw”. Macleod odwrócił głowę i z uśmiechem wyjrzał przez okno.
„Przyjaciółmi? W takim szlafroku? Już wbiła w ciebie pazury”. Hope uśmiechnęła się szeroko, gdy znów na nią spojrzał. Nikomu innemu w policji taka uwaga nie uszłaby na sucho. Ale odkąd zwierzył jej się z tragicznej śmierci żony i z tego, jak trudno mu było pogodzić się z tą stratą nawet po dwudziestu latach, a ona zachowała to dla siebie, widział w niej kogoś więcej niż koleżankę z pracy.
„A teraz praca mnie od niej odrywa. Wielka szkoda. To z jakiego powodu zakłóciłaś mój raj, Hope? Musi chodzić o coś ważnego, skoro dobijałaś się do drzwi o tak wczesnej porze, choć wiedziałaś, że byłem poza domem”.
„Mamy dwoje zabitych na Black Isle, tuż na północ od Inverness”.
„Wiem, gdzie to jest”.
„Podobno byli w małym budynku, w chacie na plaży. Ciała były spalone, ale wcześniej ofiarom odcięto głowy. Kobieta, która znalazła zwłoki, odeszła stamtąd, żeby zadzwonić na policję. Kiedy złapała zasięg, budynek już płonął”.
„Skoro widziała ciała przed pożarem, może sporo się dla nas zachowało”.
„Obawiam się, że nie. Tamtejsza straż działa w systemie dyżurów pod telefonem, a miejsce leży na odludziu. Podobno to i tak duży sukces, że w ogóle tam dotarli i nie dopuścili, by ogień przeniósł się na roślinność. Ekipa kryminalistyczna już tam jest, ale niczego jeszcze nie ustaliła”.
Macleod skinął głową.
„A więc mamy zagadkę, dwa ciała i kogoś, kto wie, kim są ofiary, i chce to ukryć”.
„Jedno z nich może być znane, przynajmniej w okolicy. Zaginął didżej z miejscowej rozgłośni. Dziś o siódmej nie zjawił się na swoim porannym programie. Nie wrócił do domu i nikt go nie widział od wczorajszego wieczoru, kiedy wyszedł z pubu po spotkaniu z osobą kierującą stacją. To może być punkt wyjścia”.
„Masz wstępne raporty?”
„Tak, z tyłu, w niebieskiej teczce. Rozsiądź się i poczytaj, to kawał drogi. Chciałam lecieć, ale, prawdę mówiąc, wydawało mi się, że samochodem dotrzemy równie szybko, a jazda będzie przyjemna. Pomyślałam, że tobie też przyda się trochę czasu na dojście do siebie”.
„Hola, hola, spokojnie. Sześćdziesiątkę mam już za sobą, ale do zakładu pogrzebowego jeszcze się nie wybieram”.
„Ale wiesz co? Ona dobrze na ciebie działa. Odkąd wróciliśmy z Hebrydów, jesteś nie do poznania. Jakby spadł ci z ramion ciężar”. Hope posłała mu uśmiech, a Macleod z przyjemnością chłonął jego blask.
Sięgnął po teczkę i ją otworzył. Przebiegał wzrokiem po zdjęciach i notatkach, lecz myślami odpłynął do kobiety, którą zostawił w mieszkaniu. Ten szlafrok. A mówiła, że przyjedzie. Przyjedzie do mnie, jeśli sprawa się przeciągnie. Coś się dzieje.
Po drodze zatrzymali się tylko raz, na szybką kawę. Macleod chciał przejechać całą trasę bez postoju, ale w jego wieku pęcherz nie zawsze był sprzymierzeńcem. Na Black Isle skierowali się ku Cromarty, na drugim końcu zatoki. Zanim dotarli do miasteczka, skręcili w boczną drogę i dojechali do niewielkich zabudowań gospodarskich po południowej stronie wschodniego cypla. Jedną stronę drogi blokował radiowóz. Prasa już się zjechała. Gdy Macleod wysiadł, patrzył, jak dziennikarze ruszają ku niemu.
„Co nowego, panie inspektorze?”
Macleod zatrzymał się przed mężczyzną w szarym garniturze, który podetknął mu dyktafon pod sam nos. Siwiejące włosy miał zaczesane na bok, a spod nich prześwitywała skóra głowy. Pod zieloną parką nosił białą koszulę z rozpiętym kołnierzykiem. Było chłodno, ale Macleod spodziewał się po nim nieco więcej klasy. Cóż, prasa. W większości cholerne sępy.
„Dopiero przyjechałem” – oznajmił beznamiętnie. „Kiedy będę miał coś do przekazania, poinformuję państwa we właściwym czasie. Na razie śledztwo trwa. Żegnam”.
Zdążył odejść kawałek, gdy usłyszał komentarz mężczyzny:
„Gdybym prowadził śledztwo z nią, też bym się nie spieszył. Popatrz, jaki tyłek ma ta sztuka”.
Macleod odwrócił się na pięcie i podszedł do niego zamaszystym krokiem. Dziennikarz natychmiast znów podsunął mu dyktafon pod nos.
„Coś jeszcze, panie detektywie?”
„Owszem. I proszę mnie koniecznie zacytować. Ta kobieta ma nazwisko. Nazywa się detektyw McGrath i jest cholernie dobra w swojej robocie. Jeśli stać pana tylko na gapienie się na jej tyłek i zachęcanie kolegi do tego samego, to najwyższa pora nadążyć za duchem czasu. Wątpię, żeby pańskim czytelnikom spodobało się takie podejście. Chyba że właśnie tacy czytają ten szmatławiec. Tak czy inaczej, jeśli jeszcze raz odezwie się pan w ten sposób o mojej koleżance, będę musiał zatrzymać pana za molestowanie seksualne. Zrozumiano?”
Dziennikarz upuścił dyktafon. Macleod nie spuszczał z niego surowego wzroku, aż tamten stracił rezon. Dopiero wtedy odszedł. Mijając pierwszy policyjny kordon, dostrzegł minę Hope.
„Trzeba mu to było powiedzieć”.
„Sama sobie poradzę” – odparła Hope.
„Wiem, ale mnie to wkurza. Choć w jednym miał rację”.
„W czym?”
„Ładny tyłek”.
Hope uderzyła go w ramię.
„Ona dobrze na ciebie działa, wyciąga cię ze skorupy. To dobrze. Naprawdę dobrze”.
„Dość rozmów, czas do pracy” – powiedział Macleod, podchodząc do sierżanta.
„Dzień dobry, panie inspektorze. Detektyw Ross jest na dole, na miejscu zdarzenia. Wprowadzi pana w sprawę i przekaże śledztwo. Ale czeka pana spory kawał drogi: najpierw aleją wysadzaną drzewami, potem zarośniętą ścieżką w dół. Ekipę kryminalistyczną przewieźliśmy łodzią, ale pewnie zechce pan zobaczyć miejsce, w którym była pierwsza zgłaszająca”.
„Panu również dzień dobry, sierżancie. Tamtędy?” Macleod wskazał szpaler drzew.
„Tak, panie inspektorze. Ma pan kalosze? Przydałyby się”.
„McGrath, przynieś kalosze”.
Hope skinęła głową. Macleod znów zwrócił się do sierżanta.
„Gdzie teraz jest zgłaszająca?”
„W szoku, panie inspektorze. Zabrali ją do Raigmore, miejscowego szpitala. Dwa razy zasłabła, kiedy ją przepytywano. Nie sądzę, żeby dolegało jej coś poważniejszego”.
Hope wróciła z kaloszami, a Macleod rzucił sierżantowi buty.
„Proszę je wrzucić do naszego bagażnika, jeśli łaska”.
Mężczyzna skinął głową i nadstawił ręce, a Hope wrzuciła mu w nie parę botków.
„Myślę, że w tych też dałabyś radę” – zauważył Macleod.
„Nie chcę potem wszędzie nanosić błota. Dalej wygląda na niezłe bajoro”.
Sierżant energicznie pokiwał głową.
Marsz drogą wysadzaną drzewami zajął piętnaście minut. Macleod co rusz rozchlapywał kałuże. Puścił Hope przodem i szedł jej śladem. Już rozważał, co może zastać na miejscu, i wątpił, czy tak zamyślony ominie sterczące tu i ówdzie gałęzie i wywrócone pniaki.
Ze szczytu wzgórza dostrzegł morze, a bliżej pas jeżyn i innych zarośli, jak przypuszczał, na krawędzi klifu. Stojący tam na straży trzej policjanci wskazali mu wąską ścieżkę przez kolczaste krzewy.
„Niech pan uważa, panie inspektorze, strasznie tu zarosło”.
„Nie jestem dzieckiem, McGrath” – rzucił Macleod i w tej samej chwili noga mu się omsknęła, a on wpadł w pobliski krzak kolcolistu. „A niech to. Podaj rękę, mamuś” – poprosił niechętnie. Hope wyciągnęła go z krzaka, a gdy schodzili, Macleod usilnie skupiał wzrok na jej plecach. Naprawdę zdradliwe zejście. Jeśli zgłaszająca zeszła tędy albo wracała tą drogą na górę, musiało ją to kosztować sporo czasu i wysiłku.
Gdy minęli kolcolist, Macleod zobaczył niewielki schron na skraju plaży. Tuż przy nim urywał się pas trawy. Rozpoznał swąd pożaru, podszyty zapachem palonego ludzkiego ciała. Odór dusił, budził głęboką odrazę i przyprawiał o mdłości. Zewnętrzne ściany schronu były mocno osmalone. Zastanawiał się, czy w środku wiele się zachowało.
Za taśmą zabezpieczającą teren pracowali ludzie w białych jednorazowych kombinezonach. Macleod rozglądał się za osobą kierującą ekipą. Był poza swoim rewirem, więc nie znał miejscowych specjalistów z widzenia, wiedział jednak, że dowodzi nimi kobieta, Hazel Mackintosh. Wśród pracujących dostrzegł niską, pulchną kobietę, która, jak się zdawało, kierowała pracami ostrym, ochrypłym głosem i władczym spojrzeniem zza dużych okularów w czarnej oprawce.
Macleod podszedł do niebieskiej taśmy, uniósł rękę i zawołał:
„Przepraszam! Proszę tutaj podejść. Tak, właśnie panią, jeśli można”.
Kobieta pokręciła głową, wydała jeszcze kilka poleceń współpracownikowi i dopiero wtedy ruszyła w jego stronę.
„Tak?” – rzuciła oburzona. „Tylko szybko, słoneczko. Mamy tu masę roboty. Czego pan chce?”
„Chcę poznać ustalenia”.
„Kolejny chętny. Proszę zaczekać, a kiedy MacArthur skończy przeszukiwać pogorzelisko, przyślę go do pana”.
Teraz z kolei Macleod się oburzył.
„Nazywam się Macleod i to ja prowadzę tę sprawę. Idę do tamtego namiotu, gdzie, mam nadzieję, ktoś z miejscowej policji wprowadzi mnie w sprawę. Uprzejmie proszę do nas dołączyć przy pierwszej sposobności. Sugerowałbym, by nastąpiło to w ciągu najbliższych dziesięciu minut. Pani Mackintosh, jak mniemam?”
Kobieta wyprostowała się na krótkich nogach i zsunęła kaptur białego kombinezonu.
„Tak, Mackintosh. A u nas jest przyjęte, że ktoś, kogo nikt wcześniej nie widział, najpierw się przedstawia, panie inspektorze. Detektywa Rossa znajdzie pan w białym namiocie, w towarzystwie co bardziej makabrycznych pozostałości z wnętrza tego schronu. Zaraz tam przyjdę. A pani?” – zapytała, wyciągając rękę do Hope.
„Detektyw Hope McGrath, miło mi panią poznać”.
„Mnie również. Proszę mi dać chwilę, a przedstawię panu ustalenia, panie inspektorze”. Odwróciła się na pięcie, naciągnęła kaptur i zaczęła ostro strofować innego członka ekipy kryminalistycznej, na którego akurat padło jej spojrzenie.
„Udajmy się zatem do wspomnianego namiotu i zaczekajmy na Mamusię” – powiedział Macleod.
Hope zachichotała, a on do niej mrugnął. Mimo makabrycznej scenerii Macleod wiedział, że jest w dobrym humorze. Powiedziała, że przyjedzie, jeśli sprawa się przeciągnie. A ta chyba się przeciągnie. Myślami wrócił na chwilę do tamtego szlafroka i kobiety w nim. Tak, to może się przeciągnąć.
W białym namiocie stał niewielki stolik z kilkoma plastikowymi torebkami. Na długim stole leżał większy worek; Macleod rozpoznał, że to taki, w jakim przechowuje się fragmenty zwłok. Jakiś mężczyzna opisywał zabezpieczone przedmioty. Gdy zobaczył wchodzącego Macleoda, uniósł głowę, czekając, aż przybysz się przedstawi.
„Macleod. Szukam Rossa”.
„Tak, panie inspektorze. Jest tuż za mną”. Mężczyzna zawołał:
„Detektywie Ross, przyszedł inspektor wydziału kryminalnego z Glasgow”.
Przynajmniej niektórzy kojarzą nazwisko. Macleod ruszył naprzód i uścisnął wyciągniętą dłoń mężczyzny średniej budowy. Jedno oko uciekało mu w bok, jakby wpatrywało się w coś zupełnie innego. Widok był niepokojący, podobnie jak jego wyraźny brak wyczucia stylu: zielona koszula i ciemny krawat nie całkiem pasowały do srebrnoszarej marynarki i spodni. Brązowe buty też nie pomagały.
„Fraser. Miło pana widzieć, panie inspektorze. Czego pan potrzebuje?”
„Proszę mnie wprowadzić w sprawę, Ross. Od samego początku, żebym niczego nie przeoczył”.
„Tak jest, panie inspektorze. Dziś rano o szóstej trzydzieści Georgie Haskins spacerowała z psem. Schodziła tą samą ścieżką, którą pewnie i pan musiał tu zejść. Zobaczyła dym nad schronem, ale tylko z komina. Weszła do środka i znalazła dwa pozbawione głów ciała: mężczyzny w średnim wieku i młodszej kobiety. Natychmiast uciekła. Wspięła się z powrotem na niewielki klif, bo na dole jej telefon nie łapał zasięgu. Kiedy dzwoniła, zobaczyła, że schron staje w płomieniach. Gdy nasi funkcjonariusze dotarli na miejsce, budynek już cały płonął. Sprowadzenie strażaków i ugaszenie pożaru trochę trwało. W tym czasie zgłaszająca dwukrotnie zasłabła; teraz jest w szpitalu Raigmore”.
„Raigmore?” – spytała Hope.
„Główny szpital w Inverness” – wyjaśnił Ross. „Od tamtej pory odgrodziliśmy teren i sprowadziliśmy ekipę kryminalistyczną. Mamy też zgłoszenie o zaginięciu jednego z czołowych didżejów lokalnej rozgłośni Monster, Andy’ego «Howling» MacTavisha. Miał prowadzić poranny program od siódmej, ale zeszłej nocy nie wrócił do domu, a rano nie zjawił się w radiu”.
„Rozumiem. Nie znam go”.
„Bezczelny, zadufany w sobie, straszny krzykacz. Od lat filar stacji. Miał opinię kobieciarza; w gazetach pełno było plotek o romansach i tak dalej, ale żadnej z tych plotek nigdy nie potwierdzono. O, jest i Hazel Mackintosh, szefowa ekipy oględzin”.
„Nie trzeba” – wtrąciła Hope. „Już się poznali”.
Macleod rzucił Hope spojrzenie, po czym zwrócił się do Mackintosh.
„Dziękuję, że pani tak szybko przyszła. Co mamy?”
Hazel Mackintosh zakaszlała jak nałogowa palaczka i odezwała się chrapliwym głosem.
„Cholernie mało, Macleod. Budynek mocno się spalił, więc wątpię, żebym znalazła ślady linii papilarnych czy włókna. Ogień strawił całe wnętrze. Za panem, w czarnym worku, są szczątki jednej z ofiar; zachowały się zęby. Drugie ciało właśnie przenosimy. Jeśli będziemy mieli z czym porównać uzębienie, powinniśmy potwierdzić tożsamość. Poza tym mogę na razie stwierdzić tylko tyle, że obojgu odcięto głowy. Coś też mieli w ustach: u każdego znalazłam trochę tworzywa skurczonego od gorąca. Może osłaniało papier, może samo było jakąś osłoną. Ale to tylko domysły”.
„We wnętrzu znaleźliśmy jeszcze kanister z benzyną, też mocno zniszczony przez ogień. Strażak uważa, że to benzyna była głównym paliwem pożaru, i ja się z nim zgadzam. Podejrzewam, że był tu ktoś trzeci: znaleźliśmy pas zamiecionego piasku, jakby ktoś zmiatał ślady stóp. Biegnie od schronu w dół, ku plaży. Żwir też jest naruszony”.
„Dziękuję” – powiedział Macleod. „A więc odcięte głowy, coś w ustach, pożar wzniecony benzyną i droga ucieczki z powrotem ku morzu. Mackintosh, proszę zająć się szczątkami mężczyzny i porównać uzębienie z dokumentacją stomatologiczną zaginionego didżeja. Ross, proszę zostać tutaj i nadal nadzorować prace. Hope poda panu nasze numery komórek”.
„Musimy sprawdzić miejscowe zgłoszenia zaginięć młodych kobiet. Niech pan się tym zajmie, Ross. Chodzi o dziewczyny, które zaginęły w ciągu ostatniego miesiąca. Podejrzewam, że ciało za mną to didżej, ale potrzebujemy więcej informacji. Wracamy do samochodu, Hope. Jedziemy do Inverness, ale najpierw do Raigmore, porozmawiać ze zgłaszającą”.
Kiedy dotarli na szczyt niewielkiego klifu, Macleod patrzył, jak Hope odwraca się i spogląda na morze.
„Dobre miejsce. Romantyczne, z dala od ciekawskich oczu. W chłodną noc można się schronić. Niełatwo się tu dostać, a w listopadzie pewnie mało kto się zapuszcza. Gdybym była młoda i zakochana po uszy, to miejsce zawróciłoby mi w głowie. Można tu robić różne rzeczy. Pozwalać sobie na wszystko. Idealna miejscówka na bzykanie”.
I znowu ta wulgarność Hope. Macleod spojrzał na nią, gdy podziwiała widok, i przyjrzał się jej krągłym kształtom. Wyglądała z klasą, choć strój miała nieco prowokacyjny, a on zdążył ją polubić. Może właśnie ta wulgarność sprawiała, że sądził, iż mógłby ją zmienić na lepsze. Cholera, czasem jestem taki zarozumiały.
„Tak, dobre miejsce na zaloty, McGrath”.
Dużo lepsze słowo.
„Tyle że ktoś patrzył. To było zaplanowane. Kanister z benzyną, odcięte głowy. I coś w ustach. To nie była zwykła sprzeczka ani sprawka zazdrosnego mężczyzny czy kobiety. Ktoś w ten sposób próbował coś przekazać, ale mu przeszkodzono. Tylko kto i po co?”
Idąc w stronę szpitala, Macleod gapił się na wielki gmach. Nienawidził szpitali. Zawsze miał wrażenie, że trafia do nich tylko po to, by patrzeć, jak ludzie umierają. A jeśli nie umierali, to byli ciężko ranni. Na ogół uważał je za miejsca bez krzty radości. Ale przecież trafiało się tu tylko wtedy, gdy było się chorym.
Po wejściu do środka wysłał Hope, żeby ustaliła, na której sali dochodzi do siebie ich świadek, a sam zaczekał w małym sklepiku. Zauważył gazety na półce i zorientował się, że w późnych wydaniach zaczęły się już pojawiać doniesienia o sprawie. Po podróży z Glasgow było już późne popołudnie, a Macleod chciał jeszcze odwiedzić ludzi z rozgłośni radiowej, zanim zorganizuje sztab śledztwa. Wziął jedną gazetę i przeglądał ją pobieżnie, czekając na koleżankę.
Obok niego stanął jakiś mężczyzna. Macleod zmierzył go wprawnym okiem policjanta: pod czterdziestkę, a może już po, dość szczupły. Blond włosy miał starannie uczesane z przedziałkiem. Macleod zwrócił też uwagę na buty – czarne, lakierowane, wypolerowane tak, że lampy nad głową odbijały się w nich jak w lustrze.
Mężczyzna pochylił się w jego stronę. „Tylko niech się pan teraz nie odwraca, ale korytarzem idzie niezły kąsek”.
Macleod nie zamierzał zaszczycać tej uwagi reakcją, ale ciekawiło go, kogo ten człowiek uznał za „niezły kąsek”. Odwrócił głowę i dostrzegł znajomy uśmiech. Zaśmiał się pod nosem, po czym znów spojrzał na mężczyznę i oznajmił mu, że ta kobieta ma także głowę na karku, a w kostiumie kąpielowym wygląda obłędnie. Kiedy odchodził w stronę Hope, usłyszał, jak tamten zaklął, a potem rzucił: „Szczęściarz, drań jeden”.
„Piąte piętro, panie inspektorze. Z czego się pan śmieje?”
„Z niczego, McGrath, z niczego”. Mimo to Macleod nadal się podśmiewał. Hope, uznawszy najwyraźniej, że nie warto dalej dopytywać, poprowadziła go do głównych wind. Gdy czekali, aż otworzą się drzwi, obok Macleoda stanął ten sam mężczyzna ze sklepiku. Kiedy weszli do windy, dołączył do nich i zajął miejsce naprzeciwko Hope, najwyraźniej po to, żeby się jej dobrze przyjrzeć.
„Na które piętro?” – spytała Hope mężczyznę.
„Tam, gdzie pani jedzie”. Hope zmierzyła go krótkim spojrzeniem, po czym odparła: „Piąte”. Nacisnęła przycisk i spojrzała w kąt windy. Macleod natomiast dostrzegł, że mężczyzna taksuje Hope wzrokiem. Trudno go za to winić. Gdy drzwi się otworzyły, mężczyzna przepuścił Hope, lecz zanim sam wysiadł, musiał jeszcze poczekać, aż Macleod się ruszy.
