Ślepą, czarną nocą - Przemysław Piotrowski - ebook
NOWOŚĆ

Ślepą, czarną nocą ebook

Przemysław Piotrowski

0,0
14,99 zł

lub

0 zł
jeśli wykorzystasz 149 punktów Klubu Mola Książkowego


Możesz zamówić 2 tytuły w miesiącu bez dopłaty, wykorzystując punkty. Oferta dla wybranych użytkowników.

Ten tytuł znajduje się w Katalogu Klubowym+.

Dowiedz się więcej o KMK i KK+

145 osób interesuje się tą książką

Opis

Na starym cmentarzu ktoś zakopał żywcem mężczyznę. Trzech innych zaginęło bez śladu. Czy coś łączy te zdarzenia?

Chojnice. Na miejscowym cmentarzu policja dokonuje makabrycznego odkrycia. W płytko zakopanej trumnie znajduje ciało mężczyzny, a wszystko wskazuje na to, że został pochowany żywcem.

Prowadząca śledztwo aspirant Wiktoria Sarnecka przypuszcza, że zbrodnia ma związek z niedawnymi zaginięciami trzech mężczyzn. Odkrywa również trop prowadzący do sprawy, która kilka miesięcy wcześniej miała miejsce w Bieszczadach i zwraca się o pomoc do świadka tamtych wydarzeń – dziennikarki Niny Baceli. Razem próbują ustalić, co łączy ofiary i dlaczego ktoś wybrał dla jednej z nich tak przerażającą śmierć.

Im bardziej kobiety zbliżają się do prawdy, tym większe grozi im niebezpieczeństwo. Ktoś zrobi wszystko, aby pewne tajemnice na zawsze pozostały pogrzebane…

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)

Liczba stron: 339

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Książka, którą naby­łeś, jest dzie­łem twórcy i wydawcy. Pro­simy, abyś prze­strze­gał praw, jakie im przy­słu­gują. Jej zawar­tość możesz udo­stęp­nić nie­od­płat­nie oso­bom bli­skim lub oso­bi­ście zna­nym. Ale nie publi­kuj jej w inter­ne­cie. Jeśli cytu­jesz jej frag­menty, nie zmie­niaj ich tre­ści i koniecz­nie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiu­jąc jej część, rób to jedy­nie na uży­tek oso­bi­sty.

Sza­nujmy cudzą wła­sność i prawo.

Wię­cej na www.legal­na­kul­tura.pl

Pol­ska Izba Książki

Copy­ri­ght © 2026 by Prze­my­sław Pio­trow­ski Copy­ri­ght © 2026 by Wydaw­nic­two Czarna Owca

All rights rese­rved

Redak­torka pro­wa­dząca: Agnieszka Radzi­kow­ska Redak­cja: Jacek Ring Korekta: Anna Brze­ziń­ska, Maciej Kor­ba­siń­ski, Bar­tosz Szpojda Pro­jekt okładki: Piotr Cie­śliń­ski Przy­go­to­wa­nie okładki do druku: Mag­da­lena Zawadzka Wer­sję elek­tro­niczną w sys­te­mie Zecer przy­go­to­wała Róża Rozaxa

Wszel­kie prawa zastrze­żone. Niniej­szy plik jest objęty ochroną prawa autor­skiego i zabez­pie­czony zna­kiem wod­nym (water­mark). Uzy­skany dostęp upo­waż­nia wyłącz­nie do pry­wat­nego użytku. Roz­po­wszech­nia­nie cało­ści lub frag­mentu niniej­szej publi­ka­cji w jakiej­kol­wiek postaci bez zgody wła­ści­ciela praw jest zabro­nione.

Wyda­nie pierw­sze War­szawa 14 paź­dzier­nika 2026 ISBN 9788384571378

Przy­ja­cie­lowi Danie­lowi Sta­chur­skiemu – bez komen­ta­rza PS. Nad­ra­biaj zale­gło­ści, bo Cię spraw­dzę ;)

Prolog

Mrok mię­dzy sosnami był gęsty jak szlam.

Ona leżała w bło­cie. Miała na sobie zwiewną sukienkę w kwiaty, teraz mokrą i ciężką, włosy roz­pusz­czone, teraz poskle­jane w strąki, na szyi wisior upać­kany tak bar­dzo, że nie widać było wzoru. W oczach zbie­rały się łzy.

– No dalej – usły­szała. – Po to tu przy­szłaś, co nie?

Przy jej gło­wie ugrzązł but. Duży, czarny, ciężki glan. Miał wysoką, oble­pioną gliną cho­lewę, cia­sne wią­za­nia i dwie wyryte w skó­rze bły­ska­wice. Usły­szała mla­śnię­cie, a potem paskudny, szy­der­czy śmiech. Poja­wiły się kolejne buciory, które wyro­sły przy niej, jeden przy dru­gim, jak las.

Chciała zaprze­czyć, ale słowa nie opu­ściły ust. Zatrzy­mały się gdzieś pod języ­kiem, cięż­kie i bez­u­ży­teczne. Młode, prze­pite głosy roz­bi­jały ciszę, w powie­trzu wisiał odór alko­holu, potu, dymu papie­ro­so­wego i cze­goś kwa­śnego, od czego robiło się nie­do­brze.

Poczuła szarp­nię­cie, a świat zawi­ro­wał. Mokre kosmyki przy­kle­iły się do skóry na policz­kach. W prze­świ­cie mię­dzy koro­nami drzew bły­snął księ­życ, przy­ga­szony, wpa­da­jący w czer­wień, jakby ktoś prze­tarł go brudną szmatą.

Usły­szała odgłos roz­pi­na­nej sprzączki, a potem zgrzyt­nię­cie suwaka w roz­porku. Bek­nię­cie, śmiech, brzęk pęka­ją­cego szkła. W kręgu cza­iły się cie­nie. Cztery? Pięć? Wię­cej? Wszyst­kie podobne: ogo­lone głowy, napuch­nięte od alko­holu twa­rze, kurtki poły­sku­jące od wil­goci. Poczuła kolejne szarp­nię­cie, a jej twarz znów wylą­do­wała w bło­cie. Poli­czek prze­tarła szorstka pode­szwa.

– Jedziemy po kolei. Bez wyjąt­ków.

Głos wydał się jej chło­pięcy i zde­cy­do­wa­nie za młody na to, co robił. Kamienny krąg odpo­wie­dział recho­tem, a chwilę póź­niej czy­jaś ręka zaci­snęła się na jej ramie­niu tak mocno, że prze­szył ją ból. Na policzku poczuła cie­pło wyję­tej z żaru gałęzi. Usły­szała syk, skwier­cze­nie, zapie­kło, ale nie krzyk­nęła. Wie­działa, że to ich tylko roz­ju­szy.

Ktoś kop­nął pustą butelkę, która poto­czyła się po kamie­niach i zatrzy­mała tuż przy jed­nym z gła­zów. Wbiła palce w mokry mech, a drobne igły sosny przy­kle­iły się do dłoni. Chciała wpeł­znąć pod zie­mię, scho­wać się mię­dzy korze­niami, po pro­stu znik­nąć, ale zie­mia była twarda i obo­jętna.

Sły­szała urywki zdań, prze­kleń­stwa, prze­zwi­ska, czyjś przy­spie­szony oddech. Ktoś zachar­czał śmie­chem, ktoś inny splu­nął, ktoś powie­dział, żeby prze­stała się szar­pać, bo nikt jej tu prze­cież nie zabija. I wła­śnie wtedy zro­zu­miała naj­gor­sze – że dla nich to nie było nic wiel­kiego. Że wrócą stąd do domów, do łóżek, do poranka, a potem będą pić her­batę przy kuchen­nym stole i mówić mat­kom, że byli z chło­pa­kami w lesie.

Zaci­snęła powieki, ale dźwięki nie zni­kały. Rosły, obła­ziły ją jak robac­two. I wtedy poczuła pierw­sze pchnię­cie. Po nim przy­szło dru­gie, trze­cie, czwarte, piąte. W końcu prze­stała liczyć, a jej świat zawę­ził się do jedy­nej czyn­no­ści – trwa­nia.

Nad lasem coś zaszu­miało. Może wiatr, może sowa, może nic. A potem usły­szała:

– I tak nikogo nie będzie to obcho­dzić.

Otwo­rzyła oczy. Żar ogni­ska się dopa­lał. Księ­życa już nie było, skrył się gdzieś za chmu­rami i noc zro­biła się czarna jak otchłań. Krew spły­nęła cienką strużką po udach, po kamie­niach, po mchu, a zie­mia przy­jęła ją bez oporu, jakby tylko na nią cze­kała.

Została sama, nad nią tylko cięż­kie niebo, wokół głazy, a za nimi las. Ciemny. Głodny. Uważny. Las, który był nie­mym świad­kiem i nie zamie­rzał o tym zapo­mnieć.

Rozdział 1

Oddział pach­niał środ­kiem dezyn­fek­cyj­nym i pla­sti­kiem.

Nie była to woń szpi­tala, lecz cze­goś bar­dziej ste­ryl­nego, jakby ktoś pró­bo­wał zetrzeć z tego miej­sca nie tylko bak­te­rie, ale i wspo­mnie­nia. Białe ściany odbi­jały świa­tło jarze­nió­wek tak mocno, że oczy bolały od patrze­nia. Nawet cisza była tu inna – nie natu­ralna, ale wygła­dzona i kon­tro­lo­wana.

Nina sie­działa przy sto­liku pod oknem i tępo wpa­try­wała się w kra­jo­braz za szybą. W rękach trzy­mała pla­sti­kowy kubek, a obok leżały dwie tabletki: jedna biała, druga lekko żół­tawa. Wło­żyła je do ust, połknęła i zachłan­nie popiła wodą, jakby chciała mieć to już za sobą.

Wie­działa, że nie pomogą. Nie na to. Zapach ziemi wra­cał i tak. Cza­sem w środku nocy, cza­sem w poło­wie zda­nia, cza­sem bez powodu, kiedy patrzyła na wła­sne dło­nie i miała wra­że­nie, że pod paznok­ciami wciąż jest brud.

Zaci­snęła pię­ści i wtedy usły­szała zgrzyt zamka.

– Pani Bacela?

Pod­nio­sła wzrok. W drzwiach stała młoda pie­lę­gniarka o twa­rzy pokry­tej pie­gami, przez co wyda­wała się nie paso­wać do tego miej­sca.

– Ma pani gościa – oznaj­miła.

– Nie uma­wia­łam się z nikim.

– Wiem. Ale panią pro­szą.

Nina patrzyła na nią chwilę dłu­żej.

– Kto?

– Poli­cja.

Pie­lę­gniarka nie wypo­wie­działa tego ani gło­śno, ani dra­ma­tycz­nie, a jed­nak coś się w Ninie poru­szyło. Odsu­nęła krze­sło, wstała, meta­lowe nogi zaskrzy­piały o pod­łogę.

– Czego chcą? – zapy­tała.

– Jest tylko jakaś pani. Nie powie­działa po co.

Pie­lę­gniarka otwo­rzyła drzwi sze­rzej i Nina powoli ruszyła we wska­za­nym kie­runku. Miękka wykła­dzina tłu­miła kroki. Mijała kolejne pokoje, z któ­rych więk­szość była zamknięta. W jed­nym z nich ktoś się śmiał, w innym ktoś mówił coś szybko, ner­wowo, bez prze­rwy, w trze­cim ryt­micz­nie stu­kano o ścianę.

Zatrzy­mała się przed drzwiami do sali odwie­dzin. Pie­lę­gniarka zapu­kała lekko i je uchy­liła. W środku sie­działa drobna bru­netka, plus minus w jej wieku. Miała ciemne oczy pod­kre­ślone kre­ską, w uszach poły­ski­wało kilka kol­czy­ków, lewa strona głowy była pod­go­lona, a z pra­wej włosy opa­dały na bok. Mogła podo­bać się face­tom, choć nie wszyst­kim. Kurtka poli­cyjna wisiała na opar­ciu krze­sła.

– Nina Bacela? – zapy­tała, gdy pod­nio­sła się z krze­sła.

– Tak.

– Aspi­rant Wik­to­ria Sar­necka z komendy powia­to­wej w Choj­ni­cach.

Nina popa­trzyła na nią bez­barw­nie, bo co do cho­lery mogła od niej chcieć jakaś poli­cjantka z Choj­nic?

– Mówią na mnie Sarna. – Kobieta wycią­gnęła rękę.

Nina zawa­hała się, ale ją uści­snęła. Dłoń była zadbana, choć chłodna. Kobiety usia­dły naprze­ciwko sie­bie i przez dłuż­szą chwilę żadna się nie odzy­wała. Cisza z cza­sem zro­biła się nie­zręczna i Nina odnio­sła wra­że­nie, że kobieta oce­nia jej moż­li­wo­ści poznaw­cze, jakby w isto­cie nie była pewna, czy przy­pad­kiem nie ma do czy­nie­nia z wariatką.

– Czy­ta­łam pani tek­sty – zaczęła w końcu Sarna.

– I?

– Dla­tego tu jestem.

– To ma być powód?

Poli­cjantka lekko unio­sła brew.

– Nie. Powód jest inny. – Się­gnęła do torby i wyjęła teczkę. Poło­żyła ją na stole, ale jej nie otwo­rzyła. – Dostrze­głam w pani repor­ta­żach pewne… hmm… wzory.

– Ludzie lubią widzieć wzory.

– Ja też. – Na chwilę zamil­kła. – Tylko że tym razem mam coś, co do nich pasuje.

Nina odchy­liła się na opar­cie krze­sła.

– Jakie „coś”?

– Znaki.

– Jakie znaki?

– Takie, które pani już widziała.

Nina przez dłuż­szą chwilę wpa­try­wała się w poli­cjantkę.

– Nie wiem, o czym pani mówi – rze­kła w końcu.

Sarna ski­nęła głową, jakby spo­dzie­wała się wła­śnie takiej odpo­wie­dzi.

– Mogę poka­zać?

– Skoro pani tu przy­je­chała.

Poli­cjantka otwo­rzyła teczkę i wyjęła jedno z licz­nych zdjęć.

– Mamy trupa – powie­działa. – Zna­le­ziony dwa tygo­dnie temu na ponie­miec­kim cmen­ta­rzu w Borach Tuchol­skich.

Nina spoj­rzała na foto­gra­fię sta­rej trumny. Była ciemna, brudna i nasiąk­nięta wil­go­cią. Na roz­bi­tym wieku wid­niały dłu­gie i nie­równe linie przy­po­mi­na­jące ślady po dra­pa­niu drewna.

– Leżał tam co naj­mniej pół roku – cią­gnęła Sar­necka. – Potrze­bo­wa­li­śmy sporo czasu na iden­ty­fi­ka­cję, bo roz­kład ciała był mocno zaawan­so­wany. – Wyjęła kolejne zdję­cie. – Zako­pany płytko. Tra­fił na niego grzy­biarz, gdy po ule­wach zie­mia się roz­su­nęła.

Nina patrzyła jak zahip­no­ty­zo­wana, ale sta­rała się nie dać tego po sobie poznać.

– To w końcu tylko stary cmen­tarz, ale…

– Ale trup świeży – dokoń­czyła za nią Sarna.

– Zakła­da­cie zabój­stwo?

– Ktoś go tam wło­żył, a ślady od środka wska­zują, że denat pró­bo­wał się wydo­stać.

– Został zako­pany żyw­cem?

– Na to wygląda.

Nina poczuła lek­kie swę­dze­nie na wewnętrz­nej stro­nie uda.

– I co ja mam z tym niby zro­bić? – zapy­tała.

– To.

Sarna pod­su­nęła kolejne zdję­cie. Na drew­nie, przy kra­wę­dzi, wyryte były znaki. Pięć nacięć, z tego trzy od lewej prze­kre­ślone. I jesz­cze kukiełka z gałą­zek.

Nina pochy­liła się mini­mal­nie, a jej serce przy­spie­szyło.

– Widzia­łam już podobne – przy­znała.

– Dla­tego tu jestem.

– Ale tamto… – Nina na chwilę się zatrzy­mała. – Tamto to było coś innego.

– Na pewno?

Bacela się wypro­sto­wała i zaci­snęła pod sto­łem uda, bo pie­cze­nie stało się bar­dziej inten­sywne, jakby coś pod skórą usły­szało jej słowa i wła­śnie pró­bo­wało prze­śli­zgnąć się przez szcze­linę, aby wyjść na zewnątrz.

– Nie chcę do tego wra­cać – rzu­ciła.

– Może jed­nak pani to prze­my­śli…

– Nie.

Sarna zebrała zdję­cia i z powro­tem wło­żyła je do teczki. Zamknęła ją z cichym wes­tchnie­niem.

– Rozu­miem. – Wstała i zarzu­ciła kurtkę na ramię. – Dzię­kuję za poświę­cony czas.

Ruszyła w kie­runku drzwi, ale zatrzy­mała się przy klamce.

– W ciągu roku w oko­licy zagi­nęło jesz­cze trzech męż­czyzn – powie­działa, nie odwra­ca­jąc się.

Nina pod­nio­sła wzrok.

– Różni. Różne miej­sca. Różne histo­rie. Żaden się nie odna­lazł. Poza tym jed­nym…

Czas jakby na chwilę zwol­nił.

– Znik­nęli bez śla­dów? – zapy­tała Nina.

– Pra­wie.

– Pra­wie?

Sar­necka odwró­ciła głowę i spoj­rzała Ninie w oczy.

– Zie­mia.

Jedno słowo wystar­czyło, aby w Ninie coś drgnęło. Może jej się tylko wyda­wało, ale znów poczuła jej zapach. Wil­gotny, ciężki, duszący.

– Brud tam, gdzie nie powinno go być – dodała Sarna. – Nie­wiele, a przy­naj­mniej za mało na dowód, który można przy­piąć do sprawy.

– To prze­cież las…

– Wiem.

– Więc?

– Może to tylko las. – Sarna wzru­szyła ramio­nami. – A może nie…

Otwo­rzyła drzwi i zro­biła krok.

– Pocze­kaj.

Sarna się zatrzy­mała, następ­nie powoli się odwró­ciła. Nina patrzyła na nią, ale już ina­czej.

– Pokaż jesz­cze raz tę trumnę.

Pół godziny póź­niej Bacela sta­nęła naprze­ciwko leka­rza pro­wa­dzą­cego. Dok­tor Antoni Łysaj był szczu­płym i sto­sun­kowo przy­stoj­nym męż­czy­zną po pięć­dzie­siątce z – w jej oce­nie – nie­pa­su­ją­cym mu kom­plet­nie kol­czy­kiem w uchu. Podał jej doku­menty, a ona zło­żyła pod­pis.

– Powo­dze­nia, pani Nino – powie­dział, odbie­ra­jąc wypis.

– Nie dzię­kuję – odparła.

– A to dla­czego?

– Żeby nie zape­szać.

Dok­tor uśmiech­nął się, ski­nął i odszedł. Nie miał poję­cia, że w tym samym momen­cie Nina zaczęła wydłu­by­wać spod paznok­cia coś, czego nie powinno tam być.

Rozdział 2

Samo­chód Wik­to­rii do niej nie paso­wał.

Nina zauwa­żyła to od razu, kiedy wyszły z budynku szpi­tala i zeszły po beto­no­wych scho­dach na mały par­king dla per­so­nelu i odwie­dza­ją­cych. Po Sar­nie spo­dzie­wa­łaby się cze­goś małego, zadzior­nego, może nawet osten­ta­cyj­nie spor­to­wego, cze­goś, co pró­bo­wa­łoby krzy­czeć światu, że wła­ści­cielka nie boi się ani drogi, ani ludzi. Tym­cza­sem aspi­rant Sar­necka jeź­dziła kil­ku­let­nią, gra­na­tową Skodą, czy­stą, ale bez prze­sady, z jed­nym zadra­pa­niem przy tyl­nym nad­kolu i lekko pęk­niętą obu­dową pra­wego lusterka.

– Służ­bowe? – zapy­tała Nina, kiedy Wik­to­ria odblo­ko­wała zamek.

– Pry­watne. – Sarna rzu­ciła jej krót­kie spoj­rze­nie. – Służ­bo­wym bym po panią nie przy­je­chała.

– Bo?

– Bo zaraz pół komendy wie­dzia­łoby, gdzie byłam i po co. A na razie wolę tego unik­nąć.

Nina wsia­dła od strony pasa­żera. W środku pach­niało kawą z papie­ro­wego kubka, deli­kat­nym odświe­ża­czem o zapa­chu igli­wia i czymś jesz­cze – dam­skimi per­fu­mami, lek­kimi, tro­chę zbyt ostro cytru­so­wymi, jakby miały przy­kry­wać zmę­cze­nie, które i tak prze­bi­jało spod skóry. Na tyl­nej kana­pie leżały pla­sti­kowa rekla­mówka z butelką wody i dwa segre­ga­tory prze­wią­zane gumką, a na pod­ło­dze po stro­nie kie­rowcy walały się zgnie­ciony para­gon i opa­ko­wa­nie po bato­nie pro­te­ino­wym.

Wik­to­ria wrzu­ciła torbę za sie­dze­nie, zatrza­snęła drzwi i uru­cho­miła sil­nik. Przez chwilę żadna się nie odzy­wała. Szpi­tal szybko został za nimi. Minęły szla­ban, potem kilka blo­ków, sta­cję ben­zy­nową, sklep z wiel­kim szyl­dem „LIKWI­DA­CJA – TANIEJ NIE BĘDZIE”, a póź­niej wje­chały na auto­stradę.

Niebo było niskie, szare, brudne od chmur. Wycie­raczki co jakiś czas prze­ci­nały szybę suchym, draż­nią­cym ruchem.

– Ile potrwa podróż? – zapy­tała Nina.

– Do Choj­nic jakieś cztery godziny. Potem zależy, dokąd poje­dziemy dalej. – Sarna wrzu­ciła kie­run­kow­skaz i wyprze­dziła cię­ża­rówkę. – Ale naj­pierw komenda.

– Czyli jed­nak nie oglę­dziny…

– Nie od razu. Naj­pierw chcę pani poka­zać wszystko, co mamy. Bez pośpie­chu.

Nina patrzyła przez okno. Na polach zale­gały jesz­cze resztki śniegu, a korony drzew ugi­nały się pod napo­rem wia­tru. To była ta pora roku, w któ­rej wszystko wyglą­dało, jakby miało się roz­paść albo dopiero zacząć gnić. Już nie zima, jesz­cze nie wio­sna, ale taka chlapa pomię­dzy.

– Nie musi mnie pani cały czas spraw­dzać – ode­zwała się po dłuż­szej chwili Wik­to­ria.

– Słu­cham?

– Widzę, jak pani na mnie zerka. Jak­bym… no nie wiem… zaraz miała zro­bić coś głu­piego?

– A przy­je­cha­nie po dzien­ni­karkę do szpi­tala psy­chia­trycz­nego i wcią­ga­nie jej do śledz­twa, któ­rego wła­sna komenda nie chce cią­gnąć, to aby na pewno jest mądre?

– Punkt dla pani.

Nina pierw­szy raz od dawna poczuła coś w rodzaju roz­ba­wie­nia. Ledwo zauwa­żal­nego, ale przy­jem­nego.

– Dla­czego pani to robi? – zapy­tała.

Sarna przez chwilę zasta­na­wiała się nad odpo­wie­dzią.

– Bo coś mi tu śmier­dzi – powie­działa w końcu. – I wcale nie cho­dzi o zwłoki.

– To aku­rat dość czę­sty pro­blem przy śledz­twach.

– Wie pani, o co mi cho­dzi…

– Wiem, ale pytam o co innego. Cho­dzi o pani ambi­cję czy o coś innego?

Wik­to­ria zer­k­nęła na nią z ukosa.

– Może prze­sta­niemy sobie „panio­wać”? Tak na począ­tek.

– W sumie…

– Jestem Wik­to­ria, ale możesz mówić na mnie Sarna.

– Nina.

Przez dłuż­szą chwilę mil­czały.

– Czyli chcesz awansu…

– Awans zawsze mile widziany, ale to chyba nie to.

– To co?

Wik­to­ria przy­gry­zła dolną wargę i wes­tchnęła.

– Przy­dzie­lili mi sprawę tego trupa, bo nikt nie chce się w niej babrać. Nie ma dowo­dów, nie wia­domo, o co cho­dzi, nie ma ciśnie­nia, bo trumna na cmen­ta­rzu to w sumie żadna nowość. Góra naj­chęt­niej zamknę­łaby sprawę, ale ja czuję, że to ma dru­gie dno. Nie wiem tylko, jakie i jak głę­boko się ono znaj­duje.

– To ma jakiś zwią­zek z tymi zagi­nio­nymi?

– Tak sądzę, cho­ciaż odno­szę wra­że­nie, że nikt w komen­dzie nie chce tego łączyć. Trup w trum­nie to jedno, ale zagi­nię­cia… – Wik­to­ria prze­nio­sła wzrok na Ninę. – Zagi­nięć nikt nie lubi, bo psują sta­ty­styki. Łatwiej wytłu­ma­czyć, że ten czy tam­ten miał dość i uciekł od żony albo po pro­stu wyje­chał z kraju. Kło­pot znika.

– Ty myślisz ina­czej…

– Tak już mam.

– To w tej pro­fe­sji chyba dobra cecha.

– Zależy, kto o tym decy­duje.

Przez chwilę sil­nik mru­czał jed­no­staj­nie, a Nina dała sobie czas na prze­tra­wie­nie słów Sarny. Coraz bar­dziej podo­bały jej się odpo­wie­dzi tej mło­dej poli­cjantki. Wyglą­dała na taką, któ­rej sys­tem jesz­cze nie zepsuł.

– Mówi­łaś, że zagi­nęło jesz­cze trzech – ode­zwała się w końcu. – Kim byli?

Sarna wyprze­dziła kolejny samo­chód, zje­chała na prawy pas i dopiero wtedy odpo­wie­działa.

– Pierw­szy to nie­jaki Tomasz Wójt. Czter­dzie­ści dzie­więć lat. Wła­ści­ciel składu budow­la­nego pod Bru­sami. Znik­nął w sierp­niu. Ofi­cjal­nie poje­chał spo­tkać się z kon­tra­hen­tem. Samo­chód zna­le­ziono dwa dni póź­niej przy leśnej dro­dze. Zamknięty, klu­czyki w schowku, port­fel na miej­scu, tele­fon wyłą­czony i wrzu­cony do rowu jakieś sto metrów dalej.

– Ślady walki?

– Żad­nych. – Sarna zmarsz­czyła lekko nos. – Tylko błoto na dywa­niku od strony kie­rowcy i resztki wysu­szo­nego wrzosu na fotelu. Poli­cjant z patrolu wpi­sał w notatkę, że pew­nie naniósł sam.

– Wyczu­wam jakieś „ale”.

– Bo uwa­żam, że facet był pedan­tem. Mamy zezna­nia żony, pra­cow­ni­ków, nawet mecha­nika. Mył auto czę­ściej niż ręce i raczej nie zosta­wiłby cze­goś takiego.

Nina słu­chała w mil­cze­niu.

– Drugi nazywa się Jacek Paw­la­czyk. Pięć­dzie­siąt dwa lata. Były nauczy­ciel WF-u. Zagi­nął mie­siąc temu. Miesz­kał sam. Sąsiadka twier­dzi, że wie­czo­rem sły­szała, jak z kimś roz­ma­wia przed domem. Rano drzwi były uchy­lone, świa­tło w kuchni zapa­lone, czaj­nik spa­lony na pły­cie. Faceta jed­nak nie było.

– Też błoto?

– Na progu, w sieni i na łóżku. Tro­chę jakby ktoś spe­cjal­nie syp­nął tam garść ziemi. No i jesz­cze śla­dowe ilo­ści wrzosu na tap­cza­nie.

– Spraw­dzi­li­ście w labo­ra­to­rium?

– Spraw­dzi­li­śmy. – Sarna wzru­szyła lekko ramio­nami. – Tylko że w labo­ra­to­rium stwier­dzono tyle co nic. Gleba kwa­śna, tor­fowa, z domieszką cze­goś mine­ral­nego. Z wrzo­sem podob­nie. W Borach Tuchol­skich rośnie tego pełno.

– A trzeci?

– Mie­czy­sław Lubasz. Pięć­dzie­siąt jeden lat. Radca prawny. Znik­nął kilka dni temu. Wra­cał z kola­cji. Moni­to­ring uchwy­cił jego samo­chód, a potem już nic. Auto zna­leź­li­śmy na par­kingu przy jezio­rze. Bez śla­dów wła­ma­nia, bez krwi, bez niczego. Ale w bagaż­niku były dro­biny ziemi i wrzosu. Je też dałam do labo­ra­to­rium, ale na wyniki pew­nie jesz­cze trzeba będzie chwilę pocze­kać.

– Łączy ich coś poza płcią?

– Na pierw­szy rzut oka nie­wiele.

– A na drugi?

Wik­to­ria zje­chała z auto­strady A1 i skrę­ciła w eks­pre­sówkę na Toruń.

– Przy­naj­mniej dwóch się znało. Wójt i Lubasz cho­dzili do tej samej szkoły. Każdy z nich miał też w papie­rach coś, co dało się przy­kryć sło­wem „incy­dent”. U Wójta była to sprawa o pobi­cie pra­cow­nika. Umo­rzona. Paw­la­czyk miał kie­dyś zarzut o prze­kro­cze­nie upraw­nień wobec uczen­nicy, ale skoń­czyło się na naga­nie dys­cy­pli­nar­nej i eme­ry­tu­rze tro­chę wcze­śniej, niż pla­no­wał. Lubasz repre­zen­to­wał kilku bar­dzo cie­ka­wych klien­tów w spra­wach o prze­moc domową i mole­sto­wa­nie. Zawsze po tej samej stro­nie.

– Męskiej?

– Tak.

Nina odwró­ciła wzrok ku szy­bie. W oddali prze­su­wały się pola, puste działki, samotne gospo­dar­stwa z eter­ni­tem na dachach. Wszystko wyglą­dało chłodno i odle­gle.

– A ten z trumny? – zapy­tała.

– Roman Brze­ziń­ski. Czter­dzie­ści osiem lat. Pro­wa­dził firmę trans­por­tową. Zagi­nął pod koniec lata. Rodzina zgło­siła zagi­nię­cie po trzech dniach, bo wcze­śniej zda­rzało mu się zni­kać na week­endy. Kochanki, dele­ga­cje, alko­hol, takie rze­czy. – Sarna zaci­snęła dło­nie moc­niej na kie­row­nicy. – Wyszło na to, że miał roz­po­znaną tafe­fo­bię, na którą leczył się od czasu, gdy kil­ka­na­ście lat temu w kopalni odkryw­ko­wej przy­sy­pała go zie­mia. Miał szczę­ście, że kole­dzy dogrze­bali się do niego już po kilku minu­tach. Ale trauma pozo­stała i od tam­tej pory czuł silny lęk przed zamknię­tymi prze­strze­niami takimi jak windy czy piw­nice. A zwłasz­cza groby.

– Kto o tym wie­dział?

– Żona, była part­nerka, lekarz. Pew­nie paru kole­gów. – Wik­to­ria spoj­rzała na drogę. – Ale to nie była infor­ma­cja powszech­nie znana.

– A mimo to ktoś wsa­dził go do trumny.

– I zako­pał na sta­rym nie­miec­kim cmen­ta­rzu.

– Płytko.

– Tak.

Nina lekko odsu­nęła się w fotelu.

– Czyli nie cho­dziło tylko o sam akt pozba­wie­nia życia.

– Tak wła­śnie myślę.

– Bar­dziej o… wia­do­mość?

– Może…

Przez kilka minut jechały w ciszy. W radiu leciał jakiś lokalny ser­wis infor­ma­cyjny, ale Wik­to­ria po chwili prze­łą­czyła sta­cję. Widocz­nie i jej prze­szka­dzał ten czyjś prze­sad­nie pogodny głos.

– A ty byłaś w takim miej­scu? – zapy­tała nagle.

– W jakim?

– Zamknię­tym. No wiesz… Pod zie­mią, bez wyj­ścia.

Sarna zadała to pyta­nie, jakby naprawdę nie znała odpo­wie­dzi. To tro­chę ziry­to­wało Ninę, prze­cież wszystko opi­sała w swo­ich arty­ku­łach.

– Nie odpu­ścisz, co?

– Przy­je­cha­łam po cie­bie do psy­chia­tryka. – Sarna posłała jej dwu­znaczny uśmiech. – Gdy­bym miała pro­blem z nie­zręcz­nymi tema­tami, to bym wybrała księ­go­wość.

Nina spoj­rzała na nią chłodno. Przed oczami sta­nęły jej wykrot, korze­nie, krwawa breja. Prze­łknęła ślinę.

– Tak, byłam – odparła w końcu. – Ale nie chcę o tym teraz gadać.

– Okej.

Nina odwró­ciła wzrok. Szosa wła­śnie prze­cięła las i zro­biło się ciem­niej.

– Czy­ta­łam wszystko, co napi­sa­łaś – ode­zwała się ciszej Wik­to­ria. – A to, czego nie napi­sa­łaś… – prze­krzy­wiła głowę – pró­bo­wa­łam sobie jakoś dopo­wie­dzieć.

– Tego dru­giego bym nie radziła.

Nina oparła głowę o zagłó­wek. Przez kilka sekund tylko oddy­chała. Poczuła, jak napię­cie wraca cienką war­stwą pod skórę. Nie gwał­tow­nie. Bar­dziej jak zimno, które naj­pierw dotyka karku, a dopiero potem scho­dzi niżej.

– Czy­ściec był miej­scem, które nie powinno ist­nieć – powie­działa w końcu. – Niby zwy­kła wieś, która wygląda jak każda inna, ale to tylko pozory. Gdy weszło się głę­biej, prze­sta­wała być wsią, a zaczy­nała dzia­łać jak orga­nizm. Każdy wie­dział, co mówić i kiedy mil­czeć. I kiedy odwró­cić wzrok.

– Sekta?

– Gorzej. – Nina wes­tchnęła. – To był dosko­nale naoli­wiony mecha­nizm oparty na ludz­kich lękach, folk­lo­rze i lokal­nych zabo­bo­nach. Uwierz, że to było skraj­nie poje­bane.

– Chcia­ła­bym o tym posłu­chać.

Nina skrzy­wiła się, wes­tchnęła, popra­wiła włosy. Przez dłuż­szą chwilę patrzyła w prze­wi­ja­jący się za oknem kra­jo­braz.

– Zni­kały kobiety – powie­działa w końcu. – Albo wra­cały inne. Wyci­szone, wypa­lone, wypłu­kane z życia. Były też takie, które wcale nie wra­cały.

Sarna zaci­snęła szczęki.

– A męż­czyźni?

– Męż­czyźni naj­czę­ściej pil­no­wali, żeby wszystko dzia­łało.

– Jak zawsze…

Przez dłuż­szą chwilę mil­czały. W końcu Sarna skrę­ciła na sta­cję ben­zy­nową i zaje­chała pod dys­try­bu­tor. Zga­siła sil­nik.

– Kawy? – zapy­tała.

– Mokkę. Czuję, że spadł mi cukier.

– Jasne.

Poli­cjantka wysia­dła, zatan­ko­wała i weszła do budynku sta­cji. Nina patrzyła przez przed­nią szybę na ludzi prze­wi­ja­ją­cych się mię­dzy roz­su­wa­nymi drzwiami a par­kin­giem. Facet w robo­czych spodniach niósł hot doga, kobieta w pucho­wej kurtce popra­wiała dziecku czapkę, kie­rowca tira palił papie­rosa i patrzył w tele­fon. Zwy­czajne rze­czy, zwy­czajni ludzie. Świat, który trwał obok wszyst­kiego.

Spoj­rzała na swoje dło­nie. Były czy­ste, a przy­naj­mniej z wierz­chu. Pie­cze­nie na udzie osła­bło, ale nie znik­nęło, tylko zmie­niło się w coś tępego, głęb­szego, jakby ciało pró­bo­wało przy­po­mnieć jej o czymś, czego nie chciała już nosić.

Wik­to­ria wró­ciła z dwoma kub­kami i paczką palusz­ków. Uru­cho­miła sil­nik i po chwili włą­czyła się do ruchu. Upiła łyk, zagry­zła palusz­kiem.

– Chcesz wie­dzieć, dla­czego zosta­łam poli­cjantką?

Nina spoj­rzała na nią z ukosa.

– Strze­lam, że nie przez seriale.

– Nie lubi­łam seriali. – Sarna popra­wiła chwyt na kie­row­nicy. – Jak mia­łam czter­na­ście lat, wra­ca­łam ze szkoły przez las. Wiesz, przez taki skrót, który wszy­scy znali. I natknę­łam się na kobietę.

– Mar­twą? – zapy­tała Nina.

– Jesz­cze żyła. Ledwo. Leżała za rowem, mię­dzy mło­dymi sosnami, roze­brana od pasa w dół. Pamię­tam, że miała jedną nogę dziw­nie wykrę­coną i włosy pełne igli­wia. – Wik­to­ria prze­łknęła ślinę. – Wtedy nie wie­dzia­łam jesz­cze, co widzę. Może tylko to, że coś się nie zga­dza. Że czło­wiek nie powi­nien tak leżeć w lesie.

Nina się nie ode­zwała. Cze­kała.

– Zadzwo­ni­łam po pomoc. Przy­je­chali szybko. Karetka, poli­cja, póź­niej jesz­cze wię­cej poli­cji. Ojciec chciał, żebym o tym nie mówiła, matka uda­wała, że to w ogóle się nie wyda­rzyło. A ja potem przez mie­siące nie mogłam przejść obok tego miej­sca.

– Zła­pali sprawcę?

Wik­to­ria pokrę­ciła głową.

– Nie. A przy­naj­mniej nic o tym nie wiem. Sprawa roze­szła się po kościach. Naj­pierw wszy­scy byli poru­szeni, potem coraz mniej, w końcu usły­sza­łam, że prze­cież „takie rze­czy się zda­rzają” i że mam się tym nie inte­re­so­wać, bo tylko sobie namie­szam w gło­wie.

Nina poczuła zna­jomy chłód. Aż za dobrze znała tego typu wyświech­tane tłu­ma­cze­nia.

– I wtedy posta­no­wi­łaś wło­żyć mun­dur…

– Nie od razu. Naj­pierw chcia­łam zostać wete­ry­na­rzem, potem psy­cho­lożką, był też czas, że wszystko mia­łam w dupie. – Sarna par­sk­nęła cicho. – Ale to wra­cało. To miej­sce. Tamta kobieta. To, jak wszy­scy chcieli przy­kryć temat uda­waną ciszą. No i tak tra­fi­łam do poli­cji.

– Żeby napra­wiać świat?

– Żeby przy­naj­mniej nie być jedną z tych osób, które odwra­cają wzrok.

To było lep­sze niż wiele odpo­wie­dzi, jakie Nina sły­szała od poli­cjan­tów przez lata. Pomy­ślała, że po raz pierw­szy od dawien dawna nie roz­ma­wia z try­bi­kiem zardze­wia­łego sys­temu, ale z czło­wie­kiem z krwi i kości.

– I działa? – zapy­tała.

– Cza­sem. Czę­ściej wkur­wia.

Obie par­sk­nęły śmie­chem. Natu­ral­nie, bez uda­wa­nia. Przez kolej­nych kilka minut mil­czały, chru­piąc paluszki i popi­ja­jąc je kawą.

– Dla­czego tam byłaś? – zapy­tała nagle Sarna.

– Gdzie?

– W tym szpi­talu.

Nina odło­żyła kubek do uchwytu.

– To chyba pyta­nie, któ­rego nie zadaje się komuś pięt­na­ście minut po wypi­sie.

– Minęły już ze dwie godziny.

– Na­dal słabo.

– Możesz nie odpo­wia­dać.

– A ty możesz prze­stać pytać.

Sarna przy­tak­nęła ze zro­zu­mie­niem i sku­piła się na dro­dze. Około kwa­dransa jechały w mil­cze­niu.

– Nie zamknęli mnie – prze­rwała ciszę Nina. – Sama tam poszłam. Mia­łam pro­blemy ze snem, z kon­cen­tra­cją, z impul­sami.

– Jakimi impul­sami?

– Takimi, któ­rych czło­wiek nie chce w sobie roz­po­zna­wać. – Upiła kawy, schru­pała paluszka, chwilę patrzyła w okno. – Myśla­łam, że jak się ode­tnę, to przej­dzie – dodała. – Wiesz… cisza, leki, białe ściany, ten cały ste­rylny teatrzyk. Liczy­łam na to, że orga­nizm w końcu odpu­ści.

– I?

– Nie odpu­ścił. A przy­naj­mniej nie do końca.

– Mam się bać?

– Przy­je­cha­łaś, to się teraz bój.

Nina puściła do niej oko i się­gnęła po następ­nego paluszka. Las za szybą zgęst­niał. Przed oczami migały jej sosny, świerki, jodły, woda w rowach przy dro­dze miała kolor za moc­nej her­baty. Po zjeź­dzie za Byd­gosz­czą droga mocno się zwę­ziła. Coraz czę­ściej mijały kolejne miej­sco­wo­ści, a w nich cha­łupy, sklepy, warsz­taty, ludzi. I lasy.

Nina patrzyła na to wszystko, czu­jąc, że coś, co pró­bo­wała od sie­bie odsu­nąć bia­łymi ścia­nami i tablet­kami, pod­nosi się znowu. Powoli, bez pośpie­chu, jakby od początku wie­działo, że prę­dzej czy póź­niej sama do niego wróci.

Rozdział 3

Naj­pierw poczuł zapach.

Nie poja­wił się nagle. Nie ude­rzył. Raczej wpełzł i powoli osiadł na bło­nie ślu­zo­wej wewnątrz nosa i na języku. Słod­kawy i zgniły jed­no­cze­śnie. Taki, jakiego nikt ni­gdy nie chciałby poczuć zaraz po prze­bu­dze­niu.

Męż­czy­zna otwo­rzył oczy, ale mate­riał przy­kle­jony do twa­rzy prze­pusz­czał tylko cie­nie. Pod brudną tka­niną coś się poru­szało. Coś żywego.

Zamarł. Spró­bo­wał zła­pać powie­trze, ale to był błąd, bo zapach wszedł głę­biej. Zgniłe warzywa, liście, pleśń, coś kwa­śnego jak prze­tra­wione jabłka, gni­jące mięso i stara pasza dla świń. Cien­kie odnóża nie­ustan­nie zaha­czały o rzęsy.

– Kurwa… – jęk­nął, ale wyszło z tego jedy­nie nie­zro­zu­miałe burk­nię­cie. W ustach miał kne­bel.

Poru­szył się gwał­tow­nie, a przed oczami prze­su­nęły się cie­nie. To były ściany z desek, kilka z nich wyła­ma­nych, ze szpa­rami, na górze dach, dziu­rawy, coś z niego kapało.

Obora, pomy­ślał. No tak, u babci bywał w obo­rze, wieki temu. Ten smród też pamię­tał. Drewno, które nasią­kło wil­go­cią i roz­kła­dem, siano, coś jesz­cze. I kom­po­stow­nik, do któ­rego dzia­dek wyrzu­cał wszyst­kie resztki, aby póź­niej nawo­zić zie­mię na polu. Na powiece znów coś się poru­szyło.

I wtedy zro­zu­miał. W ustach kne­bel, oczy zawią­zane, nad­garstki i kostki w dybach.

Chry­ste, pomy­ślał, a potem gwał­tow­nie się szarp­nął. Zabo­lało, gdy w ciało weszły drza­zgi. Wrza­snął, ale kne­bel stłu­mił dźwięk.

I wtedy przy­szło kolejne ude­rze­nie. Zro­zu­miał, że kom­po­stow­nik nie był gdzieś obok. Kom­po­stow­nik był tu, a on w nim.

Znów spró­bo­wał krzyk­nąć, ale kne­bel zatrzy­mał wszystko. Szorstka szmata wepchnięta w usta nasią­kła śliną i tym samym kwa­śnym zapa­chem, który przy­pra­wiał go o wymioty. Sma­ko­wała jak wszystko wokół – roz­kład, wil­goć, coś, co było kie­dyś żywe.

I jedno takie żywe coś spa­dło mu na poli­czek. Małe i mięk­kie. Zsu­nęło się i znik­nęło pod mate­ria­łem nasu­nię­tym na oczy. Zaci­snął powieki, ale to nic nie dało. To coś wpeł­zło, a teraz szu­kało celu, zagłę­bie­nia, miej­sca, gdzie jest jesz­cze wil­got­niej i cie­plej.

Zawył w kne­bel, ale dźwięk wró­cił do niego zdu­szony i lepki. Wtedy coś ruszyło się na szyi. Poczuł na skó­rze kolejną parę odnóży, tym razem na klatce pier­sio­wej, pod koszulą. To zatrzy­my­wało się na moment, jakby badało teren, to wędro­wało dalej, wzdłuż żeber, do pachwin.

Szarp­nął się jesz­cze raz. Gwał­tow­niej, jakby wie­rzył, że wyrwie się z pułapki. Kom­post zare­ago­wał natych­miast. Zapadł się, coś spod niego wyszło. Coś chłod­niej­szego, bar­dziej wil­got­nego i żyw­szego niż reszta. Coś, co miało pan­cerz.

Wsu­nęło się wzdłuż krę­go­słupa. On się wygiął, prze­krę­cił ciało, zawył w kne­bel.

I wtedy wszystko poru­szyło się tak, jakby ktoś zamie­szał w tym ręką. Coś wdarło się do nosa. Małe i szyb­kie. Zatrze­po­tało gdzieś głę­boko. Zakrztu­sił się, szarp­nął głową, zmarsz­czył nos. Czuł, że serce wali w piersi z pełną mocą.

Nie, nie, nie, powta­rzał w myślach, ale nie mógł zro­bić nic wię­cej. Nie mógł tego strzą­snąć, ode­pchnąć, zabić ani nawet zoba­czyć. Mógł tylko czuć i zga­dy­wać.

Zaczął pro­sić, bła­gać, modlić się, choć tego ostat­niego nie robił od dekad. Nikt nie odpo­wie­dział.

I wtedy coś go ugry­zło w bok. Krótko, szybko, punk­towo. Prze­krę­cił się, ale wów­czas poczuł ukłu­cie w pachwi­nie. Nie wie­dział, co to, ale to czuł, a to było gor­sze, bo wyobraź­nia robiła resztę. Odnóża, pan­ce­rze, szczęki, żuwaczki. Poczuł coś na brzu­chu. Było więk­sze niż reszta, a do tego cięż­sze, wol­niej­sze, pew­niej­sze w swo­ich ruchach. I to coś na chwilę zatrzy­mało się, a potem bez zapo­wie­dzi ener­gicz­nie ruszyło w dół.

Jego krzyk wchło­nął las.

Rozdział 4

Komenda pach­niała ina­czej niż szpi­tal.

W psy­chia­tryku wszystko było ste­rylne, wygła­dzone, wyka­stro­wane z życia. Nawet strach wyda­wał się tam przy­ci­szony, jakby podany w odpo­wied­niej dawce razem z lekami i świa­tłem jarze­nió­wek. Tutaj niczego nie masko­wano. W powie­trzu wisiał zapach sta­rej kawy, wil­got­nych kur­tek, papieru, tonera, kurzu i ludz­kiego zmę­cze­nia, a dym papie­ro­sowy sie­dział w futry­nach i ubra­niach jak intruz, któ­rego nikt nie miał zamiaru wypra­szać.

Nina bez słowa weszła za Wik­to­rią do środka. Kory­tarz był długi, jasno oświe­tlony i raczej mało repre­zen­ta­cyjny. Po pra­wej mijały pokoje z tablicz­kami, po lewej odra­pane ściany w kolo­rze, który kie­dyś miał być kre­mowy, a teraz przy­po­mi­nał obsi­kany śnieg. Gdzieś dzwo­nił tele­fon, gdzieś ktoś prze­kli­nał pół­gło­sem, nieco dalej dało się sły­szeć trzask zamy­ka­nego segre­ga­tora. Życie toczyło się tu nor­mal­nie, zbyt nor­mal­nie jak na zaist­niałą sytu­ację.

Wik­to­ria szła szybko, ale nie ner­wowo. Nie oglą­dała się za sie­bie, jakby zakła­dała, że Nina i tak jest z tyłu. Na końcu kory­ta­rza skrę­ciła w boczne przej­ście i zatrzy­mała się przed poko­jem z mleczną szybą. Otwo­rzyła drzwi klu­czem.

– Chodź – rzu­ciła, roz­glą­da­jąc się na boki.

Pokój był nie­wielki, zbyt mały na ilość papie­rów, które tu zgro­ma­dzono. Dwa biurka zesta­wione pod kątem, meta­lowa szafa, regał obwie­szony sko­ro­szy­tami, dwa krze­sła dla gości, w rogu czaj­nik elek­tryczny i kubek z zaschnię­tym osa­dem po kawie. Na ścia­nie wisiała tablica kor­kowa, na któ­rej pinez­kami przy­cze­piono wydruki zdjęć, notatki zapi­sane mar­ke­rem, kilka map, nazwi­ska i daty, część z nich nie­chluj­nie i krzywo.

– To twoja meta? – zapy­tała Nina.

– Moja i Jana. – Poli­cjantka rzu­ciła torbę na biurko. – W prak­tyce głów­nie moja, bo on czę­ściej sie­dzi w tere­nie albo u naczel­nika, gdzie słu­cha, czego znów nie wolno robić.

Nina nie odpo­wie­działa. Pode­szła do tablicy i omio­tła ją wzro­kiem.

Cztery nazwi­ska. Cztery zdję­cia. Cztery daty. Obok każ­dego kilka słów klu­czy.

Brze­ziń­ski – trumna.

Wójt – las.

Paw­la­czyk – dom.

Lubasz – jezioro.

Pod spodem strzałki, pytaj­niki, dwa czer­wone pod­kre­śle­nia i słowa ZIE­MIA oraz WRZOS.

Nina poczuła ciarki na udzie. To jesz­cze nie był ból, ale bar­dziej zna­jome, podłe napię­cie, jakby coś pod skórą znów pod­no­siło głowę i zaczęło nasłu­chi­wać.

– Usiądź – powie­działa Wik­to­ria.

Nina usia­dła na jed­nym z obro­to­wych krze­seł. Sarna zdą­żyła zdjąć kurtkę i odsu­nąć część papie­rów na bok. Wyjęła z szu­flady grubą teczkę, roz­wią­zała tasiemkę, otwo­rzyła ją i wycią­gnęła kilka zdjęć. Nie podała ich od razu. Naj­pierw przez chwilę trzy­mała je w dłoni, jakby zasta­na­wiała się, od któ­rego zacząć.

– Powin­nam cię o czymś uprze­dzić – powie­działa.

– O czym?

– Te foty są mocne.

– Widzia­łam gor­sze rze­czy na żywo.

Sarna ski­nęła głową, ale nie sko­men­to­wała. Podała pierw­sze zdję­cie.

Trumna.

Stara, ciemna, nasiąk­nięta wodą i zie­mią. Leżała pod nie­wiel­kim kątem, czę­ściowo odsło­nięta po odko­pa­niu przez tech­ni­ków. Wokół wid­niały ślady ich butów, taśma, łopata oparta o pień, wieko było od wewnątrz wyraź­nie roz­dra­pane. Nina przy­pa­try­wała się długo, ana­li­zu­jąc każdą rysę czy drza­zgę.

– To nie wygląda na jeden zryw – oce­niła.

– Bez dwóch zdań. – Wik­to­ria się­gnęła po spięty zszy­wa­czem plik kar­tek. – Pato­mor­fo­log opi­sał to bar­dziej pre­cy­zyj­nie.

Odchrząk­nęła i zaczęła czy­tać.

– Zwłoki męż­czy­zny, wiek bio­lo­giczny około pięć­dzie­się­ciu lat. Stan roz­kładu zaawan­so­wany, odpo­wia­da­jący co naj­mniej sze­ściu mie­sią­com prze­by­wa­nia w śro­do­wi­sku o pod­wyż­szo­nej wil­got­no­ści, przy ogra­ni­czo­nej wymia­nie powie­trza.

Spoj­rzała na Ninę.

– Dalej jest bar­dziej obra­zowo.

– Czy­taj.

– Tkanki mięk­kie w znacz­nym stop­niu roz­ło­żone, czę­ściowo prze­obra­żone gnil­nie. Widoczne roz­le­głe odwar­stwie­nia skóry, zmiany barwy, miej­scowa mace­ra­cja. W obrę­bie jamy ciała obecne pro­dukty roz­padu tka­nek i płyny pośmiertne. – Wik­to­ria zawie­siła głos. – Chcesz, żebym to skra­cała?

– Nie.

Sarna prze­wró­ciła stronę.

– Zwłoki odna­le­zione w pozy­cji nie­na­tu­ral­nej, skrę­co­nej, z unie­sio­nymi koń­czy­nami gór­nymi i zgię­tymi w sta­wach pod nie­ty­po­wym kątem, co wska­zuje na podej­mo­wane przed zgo­nem gwał­towne próby zmiany pozy­cji ciała w zamknię­tej prze­strzeni. – Unio­sła wzrok znad raportu. – Mówiąc po ludzku, facet wal­czył do końca.

– Na to wygląda.

Nina wzdry­gnęła się, gdy przed oczami sta­nął jej wykrot. Sama myśl, że było tak bli­sko, aby skoń­czyła swój żywot w podobny spo­sób, do tej pory przy­pra­wiała ją o ciarki.

– Wszystko w porządku? – zapy­tała Sarna.

– Tak. Po pro­stu… zresztą nie­ważne.

Nina z powro­tem sku­piła wzrok na zdję­ciach. Prze­łknęła ślinę.

Dło­nie, a raczej to, co po nich zostało, wyglą­dały kosz­mar­nie. Kości i resztki tka­nek z zacho­wa­nymi frag­men­tami paznokci zdra­dzały, że ofiara wal­czyła do samego końca. Wik­to­ria kon­ty­nu­owała:

– W obrę­bie palicz­ków i resz­tek tka­nek mięk­kich dłoni stwier­dza się urazy mecha­niczne odpo­wia­da­jące inten­syw­nemu tar­ciu i dra­pa­niu powierzchni drew­nia­nej. Pod zacho­wa­nymi frag­men­tami pły­tek paznok­cio­wych obecne dro­biny drewna i włó­kien.

Nina zamknęła oczy. Ciało pamię­tało aż za dobrze. Wró­ciły korze­nie, wil­goć, bru­natna maź, ści­ska­jące się gar­dło, krew.

– Jak długo mógł być żywy? – zapy­tała.

Sarna cmok­nęła.

– Pato­mor­fo­log nie chciał się z tym wychy­lać – powie­działa. – Napi­sał tylko, że śmierć nastą­piła „naj­praw­do­po­dob­niej wsku­tek postę­pu­ją­cej nie­wy­dol­no­ści odde­cho­wej i nie­do­tle­nie­nia w warun­kach zamknię­tej prze­strzeni”. Ale… – Wik­to­ria zamknęła raport i spoj­rzała na zdję­cie wieka. – Ale przy takim sta­nie drewna i tych śla­dach nie mówimy o minu­tach.

– Godzina?

– Dwie, może trzy. A może mniej, jeśli wpadł w panikę.

– On miał stwier­dzoną tę… jak to się nazywa?

– Tafe­fo­bię. I to silną. Po tym epi­zo­dzie, kiedy przy­sy­pała go zie­mia w kopalni, mie­wał ataki lękowe, któ­rych ni­gdy się nie wyzbył. Wyobraź sobie, co musiał prze­ży­wać w tej trum­nie.

Wik­to­ria potrzą­snęła głową, ale Nina nie odry­wała wzroku od foto­gra­fii. Wpa­try­wała się w trumnę jak zahip­no­ty­zo­wana.

– Wszystko w porządku? – zaga­iła poli­cjantka.

– Tak… – Nina zamil­kła, bo poczuła sil­niej­szy impuls pod skórą na udzie. Napięła mię­śnie i przez chwilę w pokoju sły­chać było tylko bucze­nie jarze­niówki. – Pokaż kolejne – rzu­ciła.

– Na pewno? – zapy­tała Wik­to­ria.

Nina odpo­wie­działa jej chłod­nym spoj­rze­niem.

– Po to mnie tu ścią­gnę­łaś, prawda?

– No prawda, prawda. Po pro­stu pytam.

– Dawaj.

Kolejne zdję­cie przed­sta­wiało twarz. Albo raczej jej resztki. Czę­ściowo zapad­nięta, z ciem­nymi, pustymi oczo­do­łami i war­stwą brudu, który po tylu mie­sią­cach nie był już tylko zie­mią. Mate­riał koszuli przy­kleił się do szyi, koł­nierz miał ślady szar­pa­nia, jakby ofiara jesz­cze w środku pró­bo­wała go odcią­gnąć od gar­dła.

– Brak obra­żeń typo­wych dla zabój­stwa z uży­ciem ostrego narzę­dzia, broni pal­nej lub siły bez­po­śred­niej powo­du­ją­cej roz­le­głe zła­ma­nia kości dłu­gich. – Wik­to­ria znów weszła w ton raportu. – Nie wyklu­cza się obez­wład­nie­nia far­ma­ko­lo­gicz­nego lub fizycz­nego przed umiesz­cze­niem ciała w trum­nie, jed­nak sto­pień roz­kładu unie­moż­li­wia pełne potwier­dze­nie.

Pod­nio­sła wzrok.

– No sam się tam facet nie zamknął. To na pewno – skwi­to­wała Nina. – Pokaż mi jesz­cze raz ten wyryty znak.

Sarna wyjęła foto­gra­fię zbli­że­nia wieka. Przy bocz­nej kra­wę­dzi, gdzie drewno było mniej znisz­czone, wyryto pięć pio­no­wych nacięć. Trzy od lewej były prze­kre­ślone.

– Tego nikt nie rył dla ozdoby – stwier­dziła.

– Tyle wiem.

– To rachu­nek. Albo lista, jak kto woli.

Wik­to­ria zmarsz­czyła brwi.

– Myślisz, że liczy ofiary? – zapy­tała.

– Yhy.

– W Czyśćcu wyglą­dało to podob­nie, mam rację?

– Podob­nie. – Nina pochy­liła się nad zdję­ciem. – Tylko to by ozna­czało, że to nie jest pierw­sza ofiara.

Sarna mil­czała przez kilka sekund.

– Ale na razie nie mamy innego trupa. Chyba że… – Ner­wowo podra­pała się po bro­dzie. – Ten topie­lec…

– Jaki topie­lec?

– W ubie­głym roku zna­le­ziono na bagnach zwłoki faceta. Pro­ku­ra­tor nie doszu­kał się udziału osób trze­cich i uznano to za nie­szczę­śliwy wypa­dek.

– Może to był nie­szczę­śliwy wypa­dek?

– Może to za mało. Poja­wiła się też hipo­teza, że to samo­bój, i chyba nawet tak to przy­kle­pano.

– Bo?

– Facet był dege­ne­ra­tem. Pijak, ćpun, zło­dziej. Miał kar­to­tekę jak stąd do War­szawy, a długi jesz­cze więk­sze. Chyba nikomu nie chciało się w tym babrać, dla­tego sprawę szybko zamknięto.

– A ty co myślisz?

Poli­cjantka zro­biła kwa­śną minę.

– Teraz to już sama nie wiem.

– Mogły­by­śmy poje­chać w to miej­sce – zapro­po­no­wała Nina.

– W które?

– No tam, gdzie go wycią­gnę­li­ście z tego bagna. Skoro, jak powie­dzia­łaś, nikt nie chciał się w tym babrać, to może ktoś coś prze­ga­pił? Gdy­by­śmy zna­la­zły jakieś ślady, znaki…

Sarna przy­tak­nęła, bo słowa Niny miały sens.

– Pomy­ślimy – skwi­to­wała, po czym się­gnęła do szafki pan­cer­nej. Otwo­rzyła ją klu­czem i wyjęła z wnę­trza prze­zro­czy­ste pudełko. – Ale naj­pierw to – dodała, sta­wia­jąc pojem­nik na stole.

Sarna unio­sła wieko i wyjęła z wnę­trza zawar­tość, na którą skła­dały się gałązki, sznu­rek, kawałki mchu i wrzosu oraz coś, co mogłoby być tylko stward­niałą gliną, gdyby nie to, że całość przy­po­mi­nała kształ­tem czło­wieka.

To była kukła, którą stwo­rzyły ludz­kie ręce, i nie było co do tego naj­mniej­szych wąt­pli­wo­ści. Ta infor­ma­cja spra­wiła, że piętno na udzie znów stało się cie­plej­sze. To nie był ból, bar­dziej mro­wie­nie, jakby piętno wyczuło, że o nim mowa. Wtedy Czy­ściec wró­cił całą masą obra­zów: jama, wykrot, korze­nie wyglą­da­jące jak palce, zapach ziemi tak gęsty, że można nim było oddy­chać jak dymem. I te paskudne kukły. Wiszące na gałę­ziach, leżące pod drze­wami, wetknięte mię­dzy korze­nie jak ostrze­że­nia, znaki, obiet­nice.

– Gdzie to zna­leź­li­ście? – zapy­tała, gdy opa­no­wała przy­pływ wspo­mnień.

– Około ośmiu metrów od miej­sca odsło­nię­cia trumny. Leżała przy pniu, czę­ściowo w mchu. Tech­nik chciał to wrzu­cić do worka razem z gałę­ziami, bo uznał za śmieć.

– I co?

– Kaza­łam zabez­pie­czyć.

Nina nie odpo­wie­działa. Wpa­try­wała się w kukłę jak zahip­no­ty­zo­wana, zaci­ska­jąc uda.

– W Czyśćcu były takie same? – prze­rwała ciszę Wik­to­ria.

– Nie ma dwóch takich samych – odparła Nina po dłuż­szej chwili. – To nie są fabryczne przed­mioty. Ale mecha­nizm jest ten sam. Forma, spo­sób zwią­za­nia, inten­cja. – Prze­łknęła ślinę. – To nie jest amu­let, ale znak. I ostrze­że­nie.

– Przed kim?

– Wła­śnie tego musimy się dowie­dzieć. Bo cza­sem to ostrze­że­nie, a cza­sem wska­za­nie. A cza­sem coś, co ma pro­wa­dzić dalej. – Nina wes­tchnęła krótko. – W Czyśćcu one zawsze coś ozna­czały. Ni­gdy nie wisiały przy­pad­kiem.

Sarna opu­ściła wzrok na pudełko.

– To tro­chę za mało, aby pójść z tym do naczel­nika.

– To do niego nie idź.

– Ina­czej tego nie ruszę. Mam trupa w trum­nie, ślady od środka, czło­wieka zako­pa­nego żyw­cem, znak na wieku i tę kukłę. I mam trzy zagi­nię­cia, które śmier­dzą podob­nie. Ale jak pró­buję to spiąć, to każdy mówi mi, żebym nie odpły­wała.

– Skądś to znam…

Sarna ski­nęła ze zro­zu­mie­niem. W repor­ta­żach Nina nie patycz­ko­wała się z poli­cją i wyjąt­kowo mocno zga­niła sys­tem za brak dzia­łań.

– No dobra – powie­działa w końcu poli­cjantka. – Powiedz cho­ciaż, czego powin­nam teraz szu­kać.

– Powta­rzal­no­ści. Nie jed­nego wiel­kiego dowodu, tylko drob­nych rze­czy, które nie pasują. Ziemi, sznur­ków, miejsc, które wyglą­dają zwy­czaj­nie, dopóki nie spoj­rzysz drugi raz.

– Aha.

– Ludzi, któ­rzy nagle przy­po­mi­nają sobie, że ktoś cho­dził do szep­tu­chy, wróżki, zna­chorki… jak­kol­wiek je tu nazy­wa­cie.

Wik­to­ria podra­pała się po nosie.

– No mamy tu takie – odchrząk­nęła. – Ludzie do nich cho­dzą i… pocze­kaj chwilę. – Sarna nagle się oży­wiła i pospiesz­nie zaczęła prze­glą­dać akta doty­czące faceta z trumny. Przez chwilę było sły­chać tylko sze­lest papieru. – Tak, mam. Jest tu wzmianka o tym, że żona zabrała go kie­dyś do… hmm… „kobiety od szep­tów”. Miała go wyle­czyć z bez­sen­no­ści po tym wypadku. Ale nie ma nazwi­ska.

– I od niej bym zaczęła. Kiedy to było?

– Co kon­kret­nie?

– No kiedy ta żona go tam zabrała?

– Nie mam daty. Tylko „kie­dyś”. Nie potrak­to­wa­łam tego zbyt poważ­nie i…

Wtedy drzwi do gabi­netu się otwo­rzyły. Bez puka­nia. Do środka wszedł wysoki i szczu­pły męż­czy­zna, na oko po trzy­dzie­stce. Miał krótko przy­strzy­żone włosy, trzy­dniowy zarost, twarz pocią­głą z tym rodza­jem zmę­cze­nia, który nie bie­rze się z jed­nej nie­prze­spa­nej nocy, tylko z kilku lat pracy w miej­scu, gdzie ludzie regu­lar­nie kła­mią ci w twarz. Nosił ciemne spodnie i poli­cyjny polar roz­pięty pod szyją. W ręku trzy­mał tele­fon.

– A to kto? – zapy­tał bez przy­wi­ta­nia.

– To Nina – odparła Sarna. – Nina Bacela. Dzien­ni­karka.

– Ta Nina Bacela?

Brwi męż­czy­zny unio­sły się mini­mal­nie, a jego spoj­rze­nie prze­su­nęło się po Ninie tak, jak prze­suwa się wzro­kiem po kimś, kogo postrzega się jako poten­cjalny pro­blem.

– Wła­śnie ta.

– I co ona robi w naszym pokoju?

– Pomaga mi.

– Serio?

– Serio. – Sarna wstała. – To star­szy aspi­rant Jan Kasz­czor. Mój part­ner.

– Dzień dobry – przy­wi­tała się Nina.

Poli­cjant wes­tchnął ciężko, cmok­nął, pokrę­cił głową z nie­do­wie­rza­niem. Wyglą­dało to tak, jakby już wcze­śniej znał temat, ale od początku był prze­ciw­ni­kiem wcią­ga­nia Niny w śledz­two.

– Poga­damy o tym póź­niej – uciął. – Mamy kolej­nego trupa.

– Gdzie? – zapy­tała Wik­to­ria.

– W jakimś sta­rym bun­krze pod Męci­ka­łem. Jedziesz?

– No chyba. Wia­domo kto?

Kasz­czor wymow­nie prze­niósł wzrok na Ninę.

– Ona jedzie z nami. Możesz mówić otwar­cie – uprze­dziła go Sarna.

– Wika…

– Jan, nie teraz.

Krótka pauza. Wymiana spoj­rzeń.

– Wójt.

Krótko póź­niej cała trójka sie­działa w radio­wo­zie. Gdy Jan odpa­lił sil­nik, Nina poczuła, jak piętno odpo­wiada zło­śli­wym sku­ba­niem od środka.

Rozdział 5

Las sza­rzał z każ­dym mija­nym kilo­me­trem, jakby ktoś powoli spusz­czał z niego kolor.

Drzewa gęst­niały, konary opusz­czały szpo­nia­ste gałę­zie coraz niżej, świa­tło nik­nęło jak poświata dopa­la­ją­cej się świeczki. Szu­trowa droga była wybo­ista i służ­bowa Kia kilka razy zaryła pod­wo­ziem o pod­łoże. Jan zapar­ko­wał przy pro­wi­zo­rycz­nej taśmie roz­cią­gnię­tej pomię­dzy dwoma sosnami i uchy­lił szybę.

– Tym dalej nie poje­dzie­cie, bo ugrzęź­nie­cie albo się zako­pie­cie – oznaj­mił palący papie­rosa poste­run­kowy.

– Daleko to?

– Jakieś dwie­ście metrów w las. – Męż­czy­zna wska­zał brodą gęsto poro­śnięty, pofał­do­wany teren na zachód od drogi. – I uwa­żaj­cie, żeby sobie kostki nie skrę­cić. Od cho­lery dołów i wysta­ją­cych korzeni.

Nina aż się wzdry­gnęła. Ostat­nie słowo poli­cjanta podzia­łało na nią jak sól na otwartą ranę.

Jan zga­sił sil­nik i wysie­dli. Ude­rzyła ich ta spe­cy­ficzna cisza lasu. Nie taka jak w szpi­talu albo gabi­ne­cie. Nie przy­cięta i nie kon­tro­lo­wana. Ona była żywa, bo pełna drob­nych dźwię­ków: trza­sku gałęzi, sze­le­stu igieł pod sto­pami, odle­głego stu­ka­nia dzię­cioła, któ­rego nie dało się zlo­ka­li­zo­wać.

– Dalej idziemy pie­szo – oznaj­mił Jan, jakby to nie było oczy­wi­ste.

Ścieżka była wąska i ledwo widoczna. Wyglą­dała, jakby ktoś ją kie­dyś wydep­tał, a potem prze­stał jej uży­wać. Gałę­zie zaha­czały o ich kurtki, igły sypały się za koł­nie­rze bluz. Zie­mia była roz­mię­kła, jakby ktoś w niej nie­dawno grze­bał, powie­trze gęst­sze i cięż­sze niż przy dro­dze. Pach­niało wil­go­cią, żywicą i tor­fową glebą, a pomię­dzy drze­wami wid­niały roz­wie­szone paję­czyny pokryte kro­pel­kami wody.

Nina szła z tyłu, sta­ra­jąc się uda­wać, że jej nie ma. Patrzyła pod nogi, jakby oba­wiała się, że wysta­jące korze­nie zaraz owiną się wokół kostki i wcią­gną ją pod zie­mię. Las gęst­niał, osa­czał, ale jed­no­cze­śnie wcią­gał i kusił.

Znała to uczu­cie. Ciało pamię­tało. W takich miej­scach cie­ka­wość zawsze wygry­wała z roz­sąd­kiem.

Do celu dotarli po kilku minu­tach mar­szu. Słońce wciąż wisiało nad hory­zon­tem, ale blade, pra­wie mar­twe, bo skryte za chmu­rami i koro­nami sosen i świer­ków. Gdzieś pomię­dzy nimi bły­skały stru­mie­nie świa­tła z lata­rek.

Przy bun­krze krę­ciło się kilka osób. Dwóch mun­du­ro­wych stało przy taśmie i roz­ma­wiało pół­gło­sem, tech­nik w kom­bi­ne­zo­nie pochy­lał się nad czymś przy ziemi, robiąc zdję­cia, a jakiś facet z buj­nymi wąsami trzy­mał na sta­ty­wie reflek­tor, który rzu­cał ostre, zimne świa­tło na beto­nową kon­struk­cję wysta­jącą z ziemi.

– Kto tu dowo­dzi? – zapy­tał Kasz­czor.

– Ja – odparł face­cik o zaro­śnię­tej szczęce. Widać było, że dużo czasu spę­dza na siłowni. – Wy z powia­to­wej?

– Star­szy aspi­rant Jan Kasz­czor, a to aspi­rant Wik­to­ria Sar­necka. Przej­mu­jemy temat.

– No ja myślę.

– A co to ma niby zna­czyć?

– Sami zobacz­cie. Tylko radzę nie oddy­chać przez nos.

– Aż tak źle?

– Zła to może być zupa pomi­do­rowa żony. To jest, kurwa, no…

– Chuj­nia z grzyb­nią – dokoń­czył drugi z mun­du­ro­wych.

– No dosłow­nie. Chuj­nia z grzyb­nią.

Wik­to­ria wyjęła z kie­szeni chu­s­teczki zapa­chowe i obda­ro­wała nimi Jana i Ninę. Przy­jęli je bez gada­nia.

– Kto go odna­lazł? – zapy­tała Sarna, wsa­dza­jąc latarkę w czarny otwór.

– Jakieś dzie­ciaki. Bawiły się w pod­chody czy coś.

– Szu­kały taj­nego miej­sca – uzu­peł­nił drugi.

Gdy wkro­czyli do wnę­trza bun­kra, smród ude­rzył natych­miast. Stary, głę­boki, zale­ga­jący w powie­trzu jak zgni­li­zna, która zdą­żyła wsiąk­nąć w beton. Pierw­szy wszedł Jan, potem Wik­to­ria, na końcu Nina. Bun­kier był niski i czę­ściowo zapad­nięty, dla­tego trzeba było się mocno nagim­na­sty­ko­wać, aby nie wyrżnąć głową w skle­pie­nie albo wysta­jący pręt zbro­je­niowy. Kory­tarz pro­wa­dził ziem­nym nasy­pem w dół, pod kątem, jak do jakiejś zapo­mnia­nej piw­nicy. Beton był popę­kany, poro­śnięty mchem i czymś czar­nym, co wyglą­dało jak stara wil­goć.

Bun­kier bar­dzo szybko połknął świa­tło z reflek­tora na dwo­rze. Pozo­stały im latarki i wże­ra­jący się w skórę smród. Nina pomy­ślała, że dzie­ciaki musiały być bar­dzo zde­ter­mi­no­wane, aby dotrzeć tak głę­boko i po dro­dze nie zwy­mio­to­wać. Znowu wygrała ludzka cie­ka­wość.

Jesz­cze krok, dwa, pięć. I wtedy go zoba­czyła. Naj­pierw tylko zarys, potem całą resztę.

– Kurwa mać… – mruk­nął Jan i moc­niej przy­ci­snął chu­s­teczkę do nosa.

Wik­to­ria na chwilę odwró­ciła głowę, ale szybko się zre­flek­to­wała.

Męż­czy­zna był przy­pięty do ściany gru­bym, zardze­wia­łym łań­cu­chem, zapla­mio­nym czymś, co mogło być zakrze­płą krwią albo zasty­głymi wymio­ci­nami. Owi­nięty wokół tuło­wia i jed­nej ręki łań­cuch, prze­ple­ciony przez zagięte pręty zbro­je­niowe, nie dawał żad­nych szans na wyswo­bo­dze­nie się i ewen­tu­alną ucieczkę. Głowa trupa opa­dała na bok, jakby zaraz miała odpaść od szyi.

– Leży tu od mie­sięcy – wychry­piał Jan, doci­ska­jąc chu­s­teczkę do nosa.

– Co naj­mniej od pół roku. Może dłu­żej – odpo­wie­dział mu głos zza ple­ców.

Cała trójka odwró­ciła się w tym kie­runku. Wik­to­ria aż pod­sko­czyła.

– Nie świeć­cie po oczach – rzu­cił męż­czy­zna w luźno zwi­sa­ją­cym kom­bi­ne­zo­nie.

– Dok­tor Żukow­ski? – zapy­tała Sarna.

– We wła­snej oso­bie – odparł przy­bysz. – Chyba was nie wystra­szy­łem, co? – Zaśmiał się. – Gniję tu już z tym trup­kiem od pół godziny, a że mnie przy­ci­snęło, to musia­łem pójść na stronę.

– Nie sły­sza­łem tego – mruk­nął Kasz­czor.

– Spo­koj­nie, Janek. Odda­li­łem się. Zresztą tech­nika dała przy­zwo­le­nie. Po tylu mie­sią­cach i tak gówno tu znaj­dziemy.

– Co usta­li­łeś?

– Zby­szek zabez­pie­czył dowód oso­bi­sty, więc znamy toż­sa­mość ofiary. Wiemy nie­wiele wię­cej poza tym, że sam się tu nie przy­piął. Jed­nym sło­wem – zabój­stwo.

– Pro­ku­ra­tor się ucie­szy.

– Nie wąt­pię.

Nina przy­słu­chi­wała się roz­mo­wie, czu­jąc, jak pod skórą na udzie pul­suje krew. Z tru­dem powstrzy­my­wała się, aby nie zacząć się dra­pać. I ten smród. Nawet w wykro­cie nie był tak inten­sywny jak tutaj. Zbie­rało się jej na wymioty, ale nie mogła ode­rwać wzroku od zwłok.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki