Uzyskaj dostęp do tej i ponad 240000 książek od 14,99 zł miesięcznie
160 osób interesuje się tą książką
Mroczny sekret ukryty w sercu Gór Stołowych…
Maj 1945 roku. W okolicach Dusznik-Zdroju rozbija się niemiecki samolot wojskowy. Prawda o jego tajemniczym ładunku zostaje pogrzebana pod ziemią na ponad osiemdziesiąt lat.
Mężczyzna szukający prawdy o tej katastrofie spada ze skalnego urwiska. Przy jego ciele policja odnajduje misternie złożone, papierowe skrzydła.
W tym samym czasie w pobliskim Karłowie rekonwalescencję przechodzi inspektor Arek Zimny. Zamiast upragnionego spokoju odnajduje zwłoki turysty. Gdy Zimny rusza tropem mordercy, z internetowych forów znika tajemniczy internauta o nicku „Gabriel” – człowiek, który zdawał się rozumieć reguły tej krwawej gry.
Śledztwo nieuchronnie prowadzi inspektora w przeszłość... Czy zdoła rozwiązać łamigłówkę, zanim śnieg przykryje kolejne ciała?
To gęsty, emocjonujący kryminał, którego nie odłożysz, dopóki góry i ludzie nie odsłonią swojego prawdziwego oblicza.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 340
Rok wydania: 2026
Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Mężczyzna był około pięćdziesiątki, siwe włosy strzygł krótko. Trzymał formę, co było widać po jego sylwetce i ruchach. Zero przykurczu mięśni, ograniczenia ruchu w stawach, nie miał piwnego brzucha, nie garbił się. Po kilku kilometrach marszu rozgrzał się, jego chód stał się jeszcze pewniejszy, widać było w nim sprężystość i energię. Pewnie uprawiał jakiś sport. Ten człowiek na pewno będzie niebezpieczny, gdy dojdzie do konfrontacji. Jeśli oczywiście do niej dojdzie. Anděl nie narzekał na formę, lata spędził na chodzeniu po górach, ale było coś w tamtym, co kazało mu zachować większą czujność. Coś wewnątrz ostrzegało go, żeby tamtego nie lekceważyć. Zawsze słuchał wewnętrznego głosu.
Miał na pewno jeden znaczący punkt przewagi nad siwowłosym. Zaskoczenie.
Anděl przystanął i oparł się o drzewo. Wyciągnął lornetkę. Musiał uspokoić oddech, bo obraz w soczewkach drgał. To nie była wina zmęczenia, kondycję miał dobrą. Po prostu emocje brały nad nim górę. Trudno było nad nimi zapanować. Wyrzut adrenaliny i nieznanych związków chemicznych sprawiał, że skracał mu się oddech i tracił kontrolę nad ciałem. Nienawidził tego. To była słabość, której nie potrafił przezwyciężyć.
Wczoraj śledził tego mężczyznę w okolicach Zieleńca. Facet dotarł w miejsce dawnej katastrofy bezbłędnie, trafił tam jak po sznurku. Spędził na torfowisku kilka godzin. Zabrał ze sobą wykrywacz metalu, ale znalazł tylko trochę śmieci. Kilka lat temu sporą część szczątków samolotu wydobyli ludzie z Dolnośląskiego Towarzystwa Historycznego. Anděl wiedział, że nie znaleźli wszystkiego. Maszyna rozpadła się w powietrzu. On znał dokładną lokalizację reszty utopionej w torfowisku maszyny, nie miał jednak zamiaru dzielić się z nikim tą wiedzą.
Tyle że ten mężczyzna najwyraźniej też ją posiadał. Anděl przekonał się o tym tego samego dnia, gdy człowiek przemieścił się kilkaset metrów dalej na północ. Już wtedy było jasne, że to nie jest ktoś przypadkowy.
Coś było nie tak. Anděl poczuł niepokój. Mężczyzna zachowywał się nonszalancko. Był zbyt pewny siebie. Zostawił wyraźne ślady w sieci. Jakby chciał dać znać o swojej obecności i próbował zwrócić na siebie uwagę. Udało mu się, zwrócił uwagę Anděla.
Ten facet świadomie wkładał kij w mrowisko.
Anděl przez cały czas przypatrywał się mężczyźnie. Uderzyło go coś w jego ruchach, postawie, jakby znał jego albo kogoś do niego bardzo podobnego.
Musiał zwolnić i dać tamtemu wysforować się do przodu. Na terenie, na jakim się znaleźli, trudniej było się ukryć; skały i obumarłe drzewa nie zapewniały wystarczającej zasłony.
Mężczyzna szedł pod górę, w stronę zamkniętej dla turystów części Szczelińca. Anděl poczuł, jak mocno bije mu serce. Nie dopuszczał do siebie wcześniej tej myśli, ale teraz było jasne, że siwowłosy wiedział, dokąd iść. Znał lokalizację rozbitego samolotu i wiedział, co stało się z jego pasażerami. Szedł do miejsca, o którym mogła mu powiedzieć tylko jedna osoba.
Anděl niecierpliwie przyłożył lornetkę do oczu. Zlustrował teren. Zdekoncentrował się i przez to stracił mężczyznę z pola widzenia. Tamten rozpłynął się w powietrzu jak duch. Może jednak poszedł w innym kierunku? Może trafił tu przez przypadek?
Nie. Wiedział o fotopułapkach. Ominął je. Za chwilę będzie na Szczelińcu Małym.
Anděl ruszył pod górę. Znał ten teren jak własną kieszeń. Chadzał tędy od dziecka.
Przystanął; coś mówiło mu, żeby się wycofać. Nie był jednak w stanie odwrócić się na pięcie i wszystkiego zostawić. To było silniejsze od niego.
Zawahał się. Znał punkt, z którego będzie miał dobry widok na miejsce, gdzie to się wydarzyło. Mógł obserwować mężczyznę niezauważony.
Anděl wspiął się po głazach i zalegających tu blokach skalnych. Kilka metrów wyżej zatrzymał się i zaczął nasłuchiwać. Tamten powinien być teraz kilkadziesiąt metrów na prawo. Chwilę zajmie mu dostanie się na skalną ścianę. Przed Andělem było jeszcze kilkadziesiąt metrów podejścia. Musiał uważać, żeby nie nadepnąć na zaschnięte gałęzie i nie zsunąć się z ostańca.
Ciało rozgrzało się od wspinaczki. Wysiłek przywrócił mięśniom pewność siebie. Anděl przykucnął na szczycie skały tuż przy skarlałym, przechylonym świerku, który stanowił wystarczającą zasłonę przed ciekawskimi spojrzeniami.
Spojrzał przed siebie. Tamtego wciąż nie było na skalnej półce. Może nie wiedział, jak się do niej dostać? A może wcale jej nie szukał? Jego cel wizyty na Szczelińcu Małym mógł być przecież zupełnie inny. Anděl skarcił się w myślach, niepotrzebnie spanikował.
Cisza, odezwał się jedynie myszołów krążący gdzieś wysoko nad drzewami.
Anděl wyciągnął lornetkę. Wychylił się i spojrzał w dół. Ani śladu mężczyzny.
Nagle poczuł uderzenie gorąca. W jego kark wbiły się ostre igiełki. Odwrócił się wolno za siebie.
Tamten kucał kilka metrów od niego. Łokcie opierał na kolanach. W dłoni trzymał broń.
– English?
Anděl pokręcił głową.
– Deutsch?
Potwierdzenie wolnym skinieniem.
– Wiedziałem, że kogoś wywabię, ale nie spodziewałem się… wyobrażałem sobie ciebie zupełnie inaczej – mówił mężczyzna. Głos miał chłodny, metaliczny.
– Nie rozumiem – odpowiedział Anděl.
– Niemieckiego czy sytuacji?
– Nie wolno tu panu przebywać. Zawiadomię…
– Nie wygłupiaj się, śledzisz mnie od Zieleńca. Leziesz za mną jak cień.
– Ciekawość.
Mężczyzna się zaśmiał. Pokręcił głową.
– To jasne, dlaczego za mną idziesz i po co przyjechałem. Przyjąłem twoje zaproszenie. Dasz mi to i po przyjacielsku się rozejdziemy.
– Nie wiem, o czym mówisz.
Mężczyzna skinął głową bez większych emocji. Był na taką odpowiedź przygotowany. Anděl zastanawiał się, na co jeszcze się przygotował.
– Wiem o niej – powiedział, patrząc Andělowi w oczy. Te oczy znów wydały się znajome. Bardzo podobne do tych, które widywał codziennie.
– Kto wyciągnął? – wychrypiał. – Nie wiem, o czym mówisz. Ja tylko…
– To stało się tam, w dole. Musisz o tym wiedzieć…
Anděl odruchowo spojrzał w bok.
– Połóż się na ziemi. – Mężczyzna sięgnął do plecaka i wyjął z niego coś, co zmroziło Anděla. – Załóż to.
Kajdanki, opadając na kamień, wydały metaliczny odgłos.
– Nie.
– Jeśli będziesz stawiać opór, będzie bardziej bolało.
Mężczyzna się podniósł. Broń wcisnął za pasek, wyciągnął z kieszeni kurtki nóż. Był pewny siebie; profesjonalista. Anděl spojrzał za siebie. Czy był w stanie skoczyć? Jakie miał szanse przeżyć upadek z kilkunastu metrów?
A jakie ona miała szanse? Wtedy, gdy ktoś inny mierzył do niej z broni, nie dając jej wyboru?
– Nie rób tego. Jeśli oddasz mi to, co należy do mnie, będziesz żyć. Teraz to będzie zwykłe samobójstwo.
Anděl popatrzył na mężczyznę. Zrobił krok w tył. Zadrżał, poczuł, że jego pięta trafia w pustkę. Mężczyzna zareagował błyskawicznie i skoczył w jego stronę. Gałąź świerka pękła z głuchym trzaskiem. Gdy ciało runęło w przepaść, myszołów wciąż krążył nad Szczelińcem.
Oberfeldwebel Matthias Becker niecierpliwił się, a musiał zachować spokój. Wiedział, że za chwilę znajdzie się w strefie śmierci, a tam będzie zdany tylko na siebie.
Na razie trzymał się torów kolejowych w kierunku Breslau. Wykorzystywał rzadkie obłoki jako zasłonę. Oczy miał dookoła głowy, ale często patrzył w dół. Ziemia z góry nie wyglądała na skażoną wojną; łaty drzew, prostokąty pól, nitki rzek wyglądały malowniczo. Muskały je srebrzyste promienie księżyca. Nawet gdyby wytężył wzrok, nie byłby w stanie dostrzec śladów wojny: spalonych domów, lejów po bombach i połamanych słupów. Wystarczyło jednak unieść głowę i spojrzeć przed siebie – wschodząca na horyzoncie łuna była zapowiedzią płonącego cmentarzyska, w jakie zamieniło się Breslau.
Zbliżał się do piekła, do piekielnego kręgu światła, w które wlatywał na swoim „Bocianie” niczym ćma. Dzięki Bogu, ufał tej maszynie bez granic. Już kilkakrotnie lądował Fieselerem Fi 156 na lotnisku, którym stał się dawny Scheitniger Stern (Gwiazda Szczytnicka). Za chwilę nakieruje maszynę na teren leżący na osi Kaiserstrasse (Plac Grunwaldzki) pomiędzy mostami Kaiserbrücke (Most Grunwaldzki) i Adolf-Hitler-Brücke (Most Szczytnicki).
Robił to już w kwietniu, gdy przydzielono go do eskadry lotniczego pogotowia medycznego. Dostarczał do Breslau ładunek i zabierał rannych. To był jeden z powodów, który zadecydował o powierzeniu mu tego zadania.
Gdy pierwszy raz pojawił się nad Kaiserstrasse, serce podeszło mu do gardła. Nie poznawał swojego miasta. Brandkommando wypaliło całą dzielnicę naukową, a saperzy dopełnili wizję biblijnej apokalipsy. Zniknęła kamienica, w której się urodził, i wszystkie sąsiednie budynki. Nie było już wież Kościoła Świętego Piotra Kanizjusza i Kościoła Marcina Lutra. Domów na Uferstrasse (Fryderyka Joliot-Curie i Wybrzeże Stanisława Wyspiańskiego) i Marienstrasse (Władysława Nehringa), skwerów, po których biegali z siostrą i znajomymi. Był jedynie szary, upstrzony lejami po bombach pas, otoczony sczerniałymi kikutami niegdyś wspaniałych kamienic.
Mieszkańcy Breslau niczym mrówki wytyczyli w tym gruzowisku nawierzchnię miejskiego lotniska. Stało się to kosztem tysięcy istnień. Ich ciała zalegały w tym cmentarzysku w bezimiennych grobach, sprasowane w jedno z gruzem i stalowymi prętami.
Siostra. To był drugi powód, dla którego go wybrano. Był pewny, że stracił ją w styczniu, gdy po ogłoszeniu alarmu bojowego dla twierdzy nakazano cywilom opuszczenie miasta. Matka nie przeżyła siarczystych mrozów podczas marszu, siostrę uratowała grupa znajomych, którzy mimo zakazu zawrócili do Breslau. Próbując ocalić życie, znaleźli się w strefie śmierci.
Od tamtej pory tylko raz udało mu się wymienić z nią wiadomości. Napisała, żeby o niej zapomniał, że umarła wraz z matką. Matthias nie potrafił zapomnieć. Próbował zdobyć zgodę dowódcy na wywiezienie Emily, ale nikt nie chciał nawet o tym słyszeć. Aż do teraz. Kilka godzin temu wezwał go do siebie Generalmajor Fritz Morzik.
Rozmowa była krótka.
– Polecisz do Breslau.
– Tak jest.
– Nie ukrywam, to samobójcza misja. Poproszono mnie o wytypowanie pilota. Wybrałem ciebie.
– Dziękuję, generale.
– Nie pytasz, dlaczego ty?
Matthias milczał. Patrzył na Fritza wyczekująco. Morzik znał go od dziecka. Z ojcem Matthiasa byli najlepszymi przyjaciółmi, wspólnie służyli w czasie Wielkiej Wojny, a potem byli instruktorami w berlińskiej szkole pilotów. Fritz uczył Matthiasa pilotażu, wspierał jego rodzinę po śmierci ojca.
– To pytanie zadali mi ci, którzy zaplanowali ewakuację generała Hermanna Niehoffa z Breslau. Powiedziałem, że jesteś jednym z najlepszych pilotów. Zapytali, dlaczego nie wysyłam najlepszego. Powiedziałem, że masz coś, co sprawi, że zrobisz wszystko, żeby wyjść z tego żywy. A to dla generała najlepsze zabezpieczenie.
Matthias poczuł, jak krew napływa mu do twarzy. Bardzo chciał usłyszeć kolejne słowa Fritza.
– W „Bocianie” masz trzy miejsca.
Fritz nie musiał nic więcej dodawać. Matthias z trudem opanował emocje.
Widział jednak chmurę na twarzy dowódcy.
– Uważaj na siebie, Matti.
Snopy reflektorów macały niebo, próbując sięgać w stronę sunącego gładko Fieselera. Matthias zadecydował, że już czas. Zanurkował i wszedł w szybkie, ciasne zakręty. Rosjanie na szczęście go nie wypatrzyli. Ziemia zbliżyła się błyskawicznie, a lądowanie było ciężkie. Koła orały po nierównym pasie startowym. Lewe trafiło na lej po bombie, wydawało się, że odpadnie. „Bocianem” zatrzęsło. Matthias wypatrzył mężczyznę dającego sygnał latarką. Wskazano mu miejsce pod siatką maskującą. Wylądował w mieście śmierci. Miał wywieźć z niego dwa duchy. Modlił się, żeby Emily otrzymała jego wiadomość.
– Zimno idzie, Bartuś.
Bartek Sondej wyprostował plecy. Rozciągnął mięśnie, które zastały się podczas żmudnej pracy. Spojrzał na starego Zilmanna.
– Zima idzie, to i zimno – odpowiedział filozoficznie, jak zwykli to robić ludzie stąd.
Stary uniósł kącik ust. Tak dawał znać, że jest rozbawiony. Oczy jednak pozostały bez wyrazu, szare jak popiół. Zilmann patrzył gdzieś w stronę Szczelińca, na czubki drzew. Bartek też spojrzał w tamtą stronę. Z góry schodził wiatr; sprawiało to dziwne wrażenie, bo jeśli już tu wiało, to raczej z innych kierunków. Czubki świerków zakołysały się, jakby coś przedzierało się dołem, rozpychając pomiędzy wiekowymi pniami. Coś wielkiego i niecierpliwego. Wydało mu się, że nawet tu, na dole, słyszy szelest rozbudzonych liści. Dźwięk był suchy, coś tarło o siebie, zatrzeszczały z oburzeniem rozłożyste konary drzew.
Milczeli, obserwując to zjawisko. Bartek odruchowo przymknął oczy, gdy lodowaty podmuch uderzył go w policzki.
To nie był tylko chłód, to było coś więcej. Coś, co przenikało go do szpiku kości, nawet przez grubą kurtkę, nawet przez rozgrzane pracą mięśnie.
Sondej poczuł, że zatkały mu się uszy. Takiego wrażenia doświadczał, gdy nagle zmieniało się ciśnienie.
– Na dziś koniec.
Głos starego dochodził niczym zza grubej szyby. Bartek przełknął ślinę i próbował ziewnąć, żeby pozbyć się ucisku w uszach. Gdy wreszcie słuch wrócił do normy, popatrzył na Zilmanna. Nie wierzył w to, co usłyszał. Szef nigdy nie pozwalał im kończyć przed czasem. Twardą ręką trzymał pracowników, trzeba było mu meldować, nawet jak się szło na stronę. A teraz, pół godziny przed fajrantem, ogłosił, że kończą. Było to wydarzenie równie niewiarygodne jak podwyżka.
Wiatr go zaniepokoił? Jakaś myśl z tym związana? Twarz starego stężała niczym pergamin, usta zamieniły się w dwie sine kreski. Wyglądał, jakby nagle zapragnął znaleźć się gdzieś indziej, w swojej ciepłej kuchni, ze szklanką herbaty w dłoni, otoczony gazetami i albumami ze zdjęciami.
– Co się stało, panie Zilmann? Bywają tutaj przecież i ostre zimy. Wieje czasem tak, że łeb urywa.
Stary nie wyglądał najlepiej. Bartek nagle uświadomił sobie jego kruchość. Nigdy o tym nie myślał, bo Zilmann wydawał się zakonserwowany jak niemiecka wołowina. Nieraz koledzy mówili, że skurwiel przeżyje ich wszystkich. Nigdy nie miał kataru; jak na wycince spadło na niego drzewo, to następnego dnia był już w pracy. Cały w pokrwawionych bandażach, bo uciekł ze szpitala.
– Jak zaczniesz jutro z rana, to dokończysz przed śniegiem.
Głos starego był metaliczny, suchy jak te liście, które w lesie poruszył wiatr.
Bartek zdał sobie sprawę, że otacza ich absolutna cisza. Nie trzeszczało już żadne drzewo, nie świergolił ptak, a wiatr ucichł, jakby ktoś go odłączył od prądu.
– Śnieg?
W prognozach nie było go przez najbliższy tydzień. Przymrozki miały chwycić, ale niezbyt dokuczliwe.
– Śnieg – powtórzył stary.
Zilmann znał te góry, wiedział o nich wszystko. Chodzący barometr. Jeśli mówił, że będzie śnieg, to nie było wątpliwości, że spadnie.
– Może niech pan idzie, ja wolę dokończyć dzisiaj. Rano nie będzie mi się chciało wstawać. A jak pan mówi, że białe idzie, to lepiej…
Stary go nie słuchał. Patrzył w bok na wybrukowany trakt, który latem roił się od turystów.
Teraz leżało na nim kilka liści i deski, których używali do zabezpieczania stoisk na zimę. Szlak na kilka miesięcy pustoszał, zamieniał się w alejkę duchów. I jeden taki duch od kilku dni tędy przechodził. Mijał ich codziennie o tej samej porze.
Mężczyzna szedł wolno, przechylał się z boku na bok jak marynarz, który po zejściu ze statku nie przywykł jeszcze do stabilnego lądu. Bartek przyjrzał się facetowi już wcześniej. Ten człowiek marynarzem nie był, po prostu kulał, wyraźnie oszczędzał jedną kończynę. Pod spodniami na kolanie widać było wybrzuszenie. Wyglądało to na ortezę.
Co kilkanaście metrów mężczyzna przystawał. Łapał oddech, czasem patrzył na nadgarstek, jakby sprawdzał puls. Pewnie miał jeden z tych przyfisiowanych zegarków, co mierzą tętno i częstotliwość oddawanego stolca. Potem facet rozglądał się chwilę, patrzył po czubkach drzew, napawał się pięknem przyrody i szedł dalej.
Trudno było ocenić jego wiek. Może był po czterdziestce, ale na oko Bartka bliżej mu było do pięćdziesiątki. Twarz mężczyzny była pulchna, na takiej trudno o wyraźne zmarszczki. Wiek odczytywał raczej po posiwiałych włosach i zgarbionej sylwetce.
– Jak daleko dziś dojdzie? – zapytał odruchowo Zilmanna.
Z Heńkiem, z którym pracowali u starego, robili każdego dnia zakłady. Obstawiali, że do schroniska uda się facetowi dojść gdzieś na wiosnę. Spacery codziennie wydłużał o kilka minut, ale nie udało mu się jeszcze nawet doczłapać do schodów prowadzących na Szczeliniec. Gdy wreszcie tam zawita, będzie robił przerwy co schodek.
Bartek zaśmiał się pod nosem na tę myśl, ale Zilmann na jego wesołość nie zareagował.
Znów spojrzał na starego. Ten stał sztywno, jak zmrożony, jakby naprawdę zobaczył ducha. Może wcześniej się na faceta nie natknął, ale przecież musiał o nim słyszeć. Wszyscy już o nim mówili – od Radkowa po Kudowę.
– Zna go pan?
Teraz dopiero Bartek uświadomił sobie, że mogło tak być. Ten duch pochodził podobno z okolic Karłowa, wrócił tu po latach. Niektórzy pamiętali go jako młodego chłopaka. Nie zapomnieli o nim, doskonale wiedzieli, co robił przez ten czas, gdzie mieszkał, gdzie pracował. Plotki odżywały, gdy pojawiała się o nim wzmianka w jakiejś gazecie. Wrócił podobno na ziemię kłodzką, żeby dojść do siebie. Miał jakiś wypadek, może zawał, tutaj akurat pojawiło się kilka sprzecznych informacji. Wszyscy byli jednak zgodni, że facet witał się już z kostuchą, ale cudem przeżył. Karłów miał mu pomóc powrócić do życia.
Gdy Bartek patrzył na faceta, musiał szczerze przyznać, że na razie to powracanie do życia szło tamtemu mozolnie. Posuwał się chwiejnie, jakby miał się zaraz zawinąć do trumny.
– Dzień dobry – rzucił Bartek, gdy mężczyzna znalazł się w zasięgu jego głosu.
– Dobry…
Facet skinął głową i przesunął po nich wzrokiem bez wyraźnego zainteresowania. Traktował te uprzejmości jako przykry obowiązek. Gdy się do nich zbliżał, szedł jak najdalej skrajem drogi, żeby ominąć pracujących szerokim łukiem. Bartek był w stanie się założyć, że facet nie cierpiał ludzi. Wyglądał na samotnika, w dodatku mocno stukniętego. Gdyby teraz o coś go zagadnął, ten ich karłowski duch pewnie udawałby, że nie usłyszał.
– Dziwak, nie? – Bartek chciał cokolwiek z Zilmanna wyciągnąć, ale ten nie reagował.
Stary miał zaciśnięte pięści i szczęki. Zaczął dopiero oddychać, gdy tamten oddalił się od nich na kilkanaście kroków.
– To podobno glina, nie? Przyjechał z Wrocławia.
– Śnieg idzie – powtórzył stary.
Bartka na te słowa przeniknął chłód, bo wydawały się zupełnie od czapy.
Zilmann jakby się zawiesił. Patrzył za tamtym, a potem uniósł wzrok i prześwidrował szarym spojrzeniem górę, to miejsce, z którego zszedł wcześniej zimny podmuch. Zupełnie jakby połączył wiatr z tym człowiekiem w jedno.
– Pewnie jutro facet wymięknie i nie wyściubi nosa z domu…
Bartek spojrzał na Zilmanna, ale tego już nie było obok. Szedł w stronę lasu żwawym krokiem, nawet jak na niego. Wkrótce zniknął pomiędzy drzewami.
– Drugi duch, cholera.
Pozostało wzruszyć ramionami i wrócić do pracy. Bartek przyłożył gwóźdź do drewna. Uderzył młotkiem. Głuche uderzenia rozeszły się w pustce.
Zza ciężkich chmur wyszło słońce. Cisza przed burzą. Bartek miał dziwne wrażenie, że ta burza niesie ze sobą coś złowróżbnego, co rozbrzmiewa echem przeszłości.
*
Arek Zimny starał się utrzymać stałe tempo. Szedł krok za krokiem. W pierwszych dniach nawet je liczył, w domu zapisywał na karteczce odległość i czas. Ale ileż można się w to bawić? Szybko zaczęło go to denerwować. Nudna powtarzalność jednak go męczyła, cierpliwość nigdy nie była jego mocną stroną. Próbował się wyłączyć na otoczenie. Udawało mu się na kilka minut. Wtedy zdawał sobie sprawę, że pokonał zaledwie kilkadziesiąt metrów. Denerwowało go to ślimacze tempo. Podnosiło mu się ciśnienie, zaczynała go swędzieć skóra, pocił się, a w jego głowie przewijały się dosadne przekleństwa.
Przeklinał sam siebie. Zamienił się w emeryta, rencistę, człowieka uszkodzonego. Do jakiego poziomu sprawności mógł wrócić? Tego nie wiedzieli nawet lekarze. Serce mogło mu wysiąść w każdej chwili. Aktywność fizyczna, ćwiczenia, leki były tylko po to, żeby dał radę sam dotrzeć spacerkiem na cmentarz, do wykupionej na Grabiszyńskiej kwatery.
Zabolało go kolano, pochylił się, żeby poprawić ortezę. Gdy się prostował, pociemniało mu przed oczami. Poczuł niemoc w ciele. Serce zagalopowało. Chwilę trwało, zanim odzyskało właściwy rytm. Bał się takich momentów. Był świadomy tego, co się z nim dzieje, i nie mógł nic na to poradzić. Zastanawiał się przez chwilę, czy nie wrócić do wynajmowanego pokoju. Tylko po co? Co by tam robił? Leżałby i użalałby się nad sobą, gapiąc się w ścianę. Depresja pukała do drzwi. W pierwszych dniach po wyjściu ze szpitala nie ruszał się z łóżka. Spał, mało jadł, nie miał siły i ochoty podnieść ręki. Zapadał się w sobie. Po przyjeździe do Karłowa też tak było. Popatrzył jednak za okno, na płaską jak stół linię szarej skały wznoszącej się nad lasem. Pomyślał, że chce sprawdzić, jak bardzo się tam zmieniło. Ile pamiętał, ile zapomniał. Wtedy uznał, że lepiej zdechnąć na szlaku niż w łóżku.
Zimny przymknął oczy. Otworzył się na nowe wrażenia: świst wiatru i skrzypienie drzew. Las trzeszczał, ożywał. Drzewa, gdzieś z głębi grubych pni, uwalniały przeciągłą skargę.
Drgnął, gdy w jego kieszeni zawibrował telefon. Powrócił zasięg, szturm na skrzynkę przypuściło kilka esemesów i wiadomości na komunikatorze. Każda biła się o pierwszeństwo. Arek miał wrażenie, że łapał tu, w Karłowie, zasięg jakimś rykoszetem, czasem w zupełnie nieoczekiwanych miejscach. Elektromagnetyczny strumień odbijał się od skał, meandrował pomiędzy wzgórzami. Gdy on się gubił, gubił się i człowiek.
Zimny wyciągnął telefon z kieszeni z myślą, że gdy będzie czytał wiadomości, przestanie myśleć o kolejnych krokach, o swoim żółwim tempie i ułomnościach.
Co masz na sobie?
Zaśmiał się i pokręcił głową. Wiadomość od ZombieGirl. Od razu domyślił się, kto się kryje pod tym nickiem na WhatsAppie. Odpisał:
Wiesz, że na to można się leczyć?
Niby na co? Boisz się, że znów ci serce stanie, jak chwilę poświntuszysz?
W moim wieku nie staje już nawet serce…
Wykasował ostatnie zdanie. Zamiast niego napisał:
Czuję się dobrze.
ZombieGirl. Wiedział, że na swój pokrętny sposób sprawdzała, czy żyje. Nie potrafiła napisać wprost, że o kogoś się martwi. A już, nie daj Boże, gdyby miała przyznać, że na kimś jej zależy. Nie miał z nią kontaktu od kilku miesięcy, odkąd wyszedł ze szpitala. Właściwie to nie był pewny, czy kiedykolwiek jeszcze się do niego odezwie. Zniknęła, bo chciała i potrafiła. Teraz się jednak odezwała. Dlaczego?
Znał ją na tyle, żeby wiedzieć, że nie może jej zapytać o to wprost. Spłoszyłby ją. Mógł zapytać dziewczynę o coś innego. Miał do niej jakieś pytanie? Niby jakie?
Radzisz sobie? Bez sensu, wiedział, że sobie radzi. Gdzie jesteś? Nie powiedziałaby mu, wolała przebywać gdzieś, gdzie czuła się bezpiecznie, zamknięta w swojej skorupie. Jak się czujesz? Nie odpowiedziałaby, bo co odpowiedzieć na te puste słowa?
Zimny zawahał się, w końcu palce wcisnęły odpowiednie litery.
Co masz na sobie?
Nie odpowiadała. Sprawdził telefon. To nie była wina zasięgu. Kolejny ruch należał do niej. Sama zaczęła tę partię szachów, musiała wiedzieć, na co się pisze.
Wcisnął na ekranie ikonkę koperty. Przyszła wiadomość od siostry. To ona poradziła mu, żeby tu przyjechał i się zrestartował. Nie do końca był przekonany, że jest jej za to wdzięczny. Niektóre stare maszyny przy próbie ponownego włączenia już nigdy nie ożywały.
Zastanawiał się chwilę, co jej odpowiedzieć. W końcu przesłał krótką wiadomość. Skłamał w niej przynajmniej trzy razy. Tak naprawdę wcale nie czuł się dobrze, powrót do przeszłości nie był dobrym pomysłem i nie miał zamiaru spotkać się z nikim z dawnych znajomych.
Siostra na pewno zorientuje się w tych kłamstwach, wiedział jednak, że w żaden sposób tego nie skomentuje.
Zimny wcisnął telefon w kieszeń płaszcza i popatrzył przed siebie. Zatrzymał się. Nie miał pojęcia, gdzie jest.
Po lewej las, po prawej spora wycinka i skalne wzniesienie. Rozpoznał je. Musiał dotrzeć do wejścia na trasę na Szczeliniec Wielki. Odruchowo ominął schody i ruszył niebieskim szlakiem, tak zwanym obejściem Szczelińca Małego. Ta ścieżka prowadziła przez płaski teren aż do parkingu.
Jednak się wyłączył. Przeszedł kilkaset metrów na autopilocie. Zajął czymś umysł i przestał analizować każdy krok. Co dziwne, wcale nie czuł zmęczenia. Może rzeczywiście wszystko jest w głowie? Odetchnął głębiej. Nie zasapał się, nie brakowało mu powietrza. Skontrolował smartwatcha. Jeśli teraz zawróci, zrobi dwa razy więcej kroków niż do tej pory. Cholerny sukces. Zapisze to sobie w zeszycie wielkimi literami.
Z tym że do powrotu jakoś mu się nie spieszyło.
Zimny popatrzył przed siebie. Mógł iść dalej szlakiem do parkingu pod Szczelińcem i stamtąd zawrócić. Mógł dotrzeć do starego pruskiego fortu, Baterii nad Pasterką, i tam pobłądzić. Kusił go jednak inny kierunek.
Arek spojrzał w prawo. Pamiętał to miejsce. Chodził tędy z siostrą i znajomymi w stronę Szczelińca Małego. Mieli swoje przejście prowadzące pomiędzy pionowymi ścianami.
Kusiło go, żeby spróbować podejść pod wzgórze i dotrzeć do podnóża skałek.
Wiedział, że teraz to ścisły rezerwat przyrody i wstęp jest zakazany, ale i tak nie byłby w stanie wspiąć się na tyle wysoko, żeby jakoś szczególnie naruszyć ograniczenie.
Zegarek ostrzegał go natarczywymi piknięciami, że jego tętno podskoczyło poza bezpieczny zakres. Przystanął i otarł pot z czoła. Zrobił kilka powolnych wdechów i głębokich wydechów. Metoda się sprawdzała. Tętno powoli, ale jednak opadło.
Zimny ruszył wolniej pod górę. Krok za krokiem, bez pośpiechu. Przystawał przy kolejnych ostrych dźwiękach wydawanych przez smartwacha.
Tempo było iście żółwie, bo nachylenie stoku stało się zaskakująco strome. Bardziej strome, niż Zimny pamiętał.
Góra raczej się nie zmieniła, jako dzieciak po prostu nawet nie zwracał na to uwagi. Lata temu wbiegał z siostrą pod skały na Szczelińcu jak kozica. Teraz był starym capem, który ledwie przebierał kopytami. Śmierdział też jak stary kozioł.
– Cholera jasna, zamknij się wreszcie!
Zimny walczył przez chwilę z ustawieniami zegarka. Próbował wyłączyć irytujący dźwięk pipczenia, a gdy mu się to nie udało, wyłączył urządzenie całkowicie.
– Od razu lepiej.
Arek popatrzył na skałki. Podchodził kilkadziesiąt metrów jakiś kwadrans. Kolejny kwadrans zajmie mu podejście wyżej.
– Zdechniesz tu, Zimny. Serce ci pęknie. Znajdą cię na wiosnę.
Ta myśl go rozbawiła. Zaczął wyobrażać sobie swoje ciało rozkładające się w skalnym rumowisku. Potem wyobraził sobie swój pogrzeb. Ludzi, którzy na niego przyjdą. Wyobraził sobie, co o nim mówią. To już nie było jakoś specjalnie zabawne. Przez cały ten czas wolno, ale konsekwentnie drałował pod górę.
Zimny znalazł się nagle między wysokimi wapiennymi kolumnami. Przeszył go ziąb. Było tu chłodniej i bardziej wilgotno. Na wyschniętych trawach wciąż widać było szadź. Kryształki lodu przyprószyły wciskające się między skały wątrobowce. Wiatru nie czuł, choć ten przeciskał się między pionowymi ścianami z głębokim pomrukiem.
Zimny się zmęczył. Miał jeszcze kilka kroków do skały, na której przesiadywał z siostrą. W wąskim wycinku nieba nad głowami wypatrywali myszołowów.
– Kurrr… zapiał.
Zimny potknął się i przywalił czubkiem buta w kamień. Bolało jak cholera.
Arek dokuśtykał do głazu i na nim przysiadł. Przez chwilę zastanawiał się, czy nie ściągnąć buta i nie sprawdzić szkód. Był pewny, że uszkodził duży palec. Być może przyjdzie mu zrywać paznokieć.
Już na samą myśl o tym, że będzie musiał się schylić albo, nie daj Boże, w ekwilibrystyczny sposób unieść nogę, dostawał zawrotów głowy.
Postanowił przeczekać pulsujący ból i skupić się na otoczeniu.
– Zimno w dupę, cholera…
Arek wstał, otrzepał spodnie. Jeszcze tego brakowało, żeby dostał wilka. Z wysiłku przy porannym stolcu mógł umrzeć na sedesie jak Elvis Presley. Takiej śmierci nie chciał.
– Dupa – powiedział.
Wszystko go denerwowało. Irytowała go każda cholerna pierdoła. Im bardziej próbował być spokojny, tym większa ogarniała go gorączka. Swędziała go skóra, swędziało pod skórą, kości, mięśnie, mózg. Wszystko.
– Dupa! – krzyknął.
To był tak głośny krzyk, że aż sam się nim przeraził. Zwielokrotniło go echo odbijające się od ścian.
Zimny się uśmiechnął. Echo. Pamiętał je. Często z siostrą wykrzykiwali tu jakieś słowa.
– Durny Żelkowski! – wrzasnął Zimny.
Zastanawiał się, czy znienawidzony nauczyciel chemii jeszcze żyje.
– Spoczywaj w spokoju! – dodał nieco skruszonym głosem.
Zimny znów przysiadł na skale, zapominając o zagrożeniu hemoroidami.
Siostra. Arek nagle zapragnął, żeby tu z nim była. Żeby oboje mogli pokrzyczeć jak za dawnych czasów.
Sięgnął po telefon. Brak zasięgu. Nie mógł nawet do niej zadzwonić. Obiecał sobie, że zrobi to później. Ela czuła się już na tyle dobrze, że mogła go tu odwiedzić. Pokonała swoją chorobę, więc nic nie stało na przeszkodzie, żeby przyjechała do Karłowa. Posiedzieliby na tej skale, pokrzyczeliby, popatrzyli przez kolorowe szkiełka na otoczenie, tak jak kiedyś Niemcy na szczycie Szczelińca. Tamci też wiedzieli o echu. Strzelali z pistoletu, a potem z moździerza, dla lepszego efektu.
Zimny popatrzył przed siebie. Coś nie dawało mu spokoju. Musiał to zarejestrować wcześniej, gdy po raz pierwszy siadał na skale. Co to było?
Arek znów się podniósł. Popatrzył na podnóże piaskowcowej skały. Coś wystawało ponad szarym głazem. Z tej odległości nie był w stanie rozpoznać, co to jest. Instynkt podpowiadał mu jednak, że ten kształt nie pasuje do otoczenia. Kurtka? Górna jej część z widocznym srebrnym pasem, może z zamkiem. I jeszcze coś.
Zimny nie spuszczał tego obiektu z oczu. Ruszył w jego kierunku. Na chwilę widok przysłonił mu duży głaz, musiał go ominąć. Ruszył w bok, w ostatniej sekundzie zobaczył pęknięcie w skalnym podłożu. Próbował je przeskoczyć, ale kolano odmówiło mu posłuszeństwa. Poczuł, jak traci równowagę i osuwa się w wąską szparę. Zdążył wydać z siebie jedynie nieokreślone westchnienie. Noga się wykrzywiła. Ból przeszył łydkę i biodro. Wybuchł jasnym rozbłyskiem gdzieś w głowie.
Arek szarpnął się w tył, ale tylko pogorszył sprawę. Uderzył potylicą w skałę, strużka krwi pociekła po karku w stronę kołnierza. Pociemniało mu w oczach i zaraz odpłynął.
*
Gdy się ocknął, nie do końca wiedział, co się z nim stało. Od klatki piersiowej w dół był sparaliżowany. Obejmowała go twarda, zimna okowa. Szarpnął się odruchowo, ale niewiele to zmieniło. Zaklinował się.
– Cholera…
Nawet echo jakoś niechętnie poniosło ten wulgaryzm. Zimny próbował unieść się, wykorzystując siłę rąk. Nie był w stanie. Zaprzestał chwilowo jakichkolwiek ruchów, starając się ocenić sytuację. Poruszył palcami u nóg. Wisiały bezwładnie gdzieś w dole. Spuchły, tak jak i kolano. Brzuch wpasował się w przestrzeń między skałami. Idealnie wypełnił szczelinę. Ręce miał za słabe, żeby się unieść.
Próbował znaleźć podpórkę dla stopy, czubek jego buta dotknął skały, ale ten punkt oparcia był niewystarczający. Na boki też nie mógł się przesunąć.
Zimny zaśmiał się, ale w jego głosie był chłód. Zaklinował się. Szarpnął się raz, potem drugi. Żyły wyskoczyły na jego czoło. Niemoc była przerażająca.
– Ratunku! Ratuuunkuuuu! Pomoooocy!
Stracił oddech. Zakłuło go w piersiach. Nie wiedział, czy zbliża się zawał, czy atak paniki.
– Do cholery, Zimny, myśl!
Skarcił się ochrypłym od krzyku głosem.
Telefon. Gdzie go miał? W kieszeni? Nie. Miał go w dłoni, gdy wpadł w szczelinę.
Rozejrzał się. Smartfon leżał na skale. Musiałby mieć dwumetrową rękę, żeby go dosięgnąć. Pocieszał się tym, że w tym miejscu pewnie nie było zasięgu.
Usłyszał wibrowanie przychodzącej na skrzynkę wiadomości.
Czyli zasięg był.
– To nie dzieje się naprawdę – zaśmiał się gorzko.
Od tego momentu krzyczał o pomoc w mniej więcej równych odstępach czasu. Ktoś, do cholery, powinien pojawić się na szlaku.
Arek znalazł podparcie dla rąk. Napiął mięśnie barków i wciągnął brzuch. Nogi mu zdrętwiały, ale zrobił wszystko, żeby pomóc sobie też stopami. Uniósł się może na sekundę. Opadł zaraz, i choć to wydawało się niemożliwe, zaklinował się jeszcze bardziej. Kamienna okowa ścisnęła mu klatkę piersiową. Miał problem, żeby wziąć głębszy oddech. Był pewny, że zaraz się udusi.
Zimny popatrzył w niebo. Pojawił się myszołów. Zawisł wysoko nad jego głową.
Ile czasu tkwił już w tej pułapce? Według zegarka blisko godzinę.
Zimny analizował swoją sytuację. Zrobiło się lodowato. W nocy na pewno będzie przymrozek. Jeśli tak jak wczoraj temperatura spadnie do minus dziesięciu, nie dotrwa świtu. Zamarznie. Nie wziął ze sobą lekarstw, pewnie najpierw wysiądzie mu serce. Jak go tu w końcu znajdą, wyciągną kawał zmrożonego mięsa. Będzie wstyd na całą wioskę. Ba! Na całą Polskę! Nie tak wyobrażał sobie własną śmierć.
– Ja pierdolę…
Mężczyzna szarpnął się, ale ruch ograniczył się wyłącznie do głowy i rąk.
Cierpły mu nogi, dolna część kręgosłupa oddzielała się od górnej, jakby miał się rozerwać w połowie. Pomyślał, że wtedy na pewno łatwiej byłoby mu wyjść.
Na tę absurdalną myśl znów się zaśmiał. Nie mógł przestać się śmiać przez dłuższą chwilę.
Zaczną go szukać. Przecież Gośka, właścicielka pensjonatu, zorientuje się, że coś jest nie tak. Wezwie pomoc. Pójdą jego trasą. Domyślą się, że nie wszedł na schody i że skręcił na niebieski szlak. Będą tędy przechodzić i nawoływać. Nie był daleko od głównego traktu, powinien usłyszeć ekipę poszukiwawczą. Było jednak na nich jeszcze za wcześnie. Dopiero zaczął zapadać zmrok, Gośka podniesie alarm lada moment.
Zimny nastawił uszu. Nie docierał do niego żaden dźwięk oprócz szumu wiatru i popiskiwania myszołowa. Jednak od godziny docierało do niego coś jeszcze – zapach, który próbował ignorować. Znał tę mdłą woń bardzo dobrze.
– Strasznie się spasłeś.
Zimny zamarł.
Ten głos był tak nierzeczywisty, jakby go sobie tylko wyobraził.
– Jak ty żeś to wykombinował? Nigdy czegoś takiego nie widziałem.
Arek spojrzał w bok. Przez chwilę miał absurdalne wrażenie, że przemówił do niego trup. Mężczyzna przykucnął nieopodal, kilka metrów od niego. Wtopił się w szare tło skały. Mógł tak siedzieć już od dłuższej chwili. Na pewno mu się przypatrywał.
– Wyciągnij mnie – powiedział Arek.
– Wyciągnij mnie, proszę – powtórzył mężczyzna, akcentując ostatnie słowo.
– Pierdol się, Lechu.
– Czyli mnie poznałeś. – Mężczyzna się zaśmiał, ale nie ruszył się z miejsca.
– Po głosie cię poznałem, gęba ci tak spuchła od wódy czy masz jakieś problemy ze zdrowiem? – wycedził Arek.
– Przyganiał kocioł garnkowi. Pójdę lepiej po pomoc, Zilmann ma tu jakiś dźwig na tuczniki.
Zimny parsknął.
– Skąd wiedziałeś, gdzie mnie szukać? – zapytał.
– Przychodziłeś tu z siostrą, nie?
No tak. Leszek Góralczyk o tym wiedział. Kiedyś chyba nawet zabrali go ze sobą. Podkochiwał się w Eli, ale ta wiedziała, że związek z Góralem oznacza pozostanie w Radkowie. Ela za wszelką cenę chciała się stąd wyrwać.
– Połamałeś się, Zimny?
– Nie.
– Jakiś krwotok wewnętrzny?
– Odwal się. – Arek zacisnął zęby. Słyszał śmiech Górala.
– Wiesz, pytam, bo jakby co, to śmigłowiec jest w pogotowiu. Ludzie z Radkowa i Karłowa, a nawet z Kudowy szukają cię po lesie. Na pewno będą chcieli cię tu zobaczyć…
– Ulżyłeś sobie?
– W sumie to jeszcze nie.
Zimny spojrzał na Górala. Nie widzieli się… Ile? Dwadzieścia? Nie, trzydzieści lat! Nigdy wielkimi przyjaciółmi nie byli, ale Góral miał wtedy do Zimnego jakieś większe pretensje. Arek nie zawracał sobie tym zupełnie głowy, bo zaczynał nowe życie we Wrocławiu.
Leszek podniósł się, zeskoczył ze skały. Chudy jak szczapa, zasuszony jak wołowina. Wciąż młodzieńcze ruchy. Zimny był przy nim jak pampuch przy spaghetti.
– Dajcie mi punkt podparcia, a poruszę Zimnego.
– Jak chcesz to zrobić? – wycedził Arek.
– Unieś ręce.
Uwięziony mężczyzna poczerwieniał na twarzy, poczuł się całkowicie odarty z godności.
– Może ci jakoś…
– Nie ruszaj się, Zimny.
Arek poczuł, jak się unosi, jakby Góral dźwignął ważącą tyle co nic kukłę, a nie ponadstukilowego faceta. Nawet nie sapnął.
Zimny wylądował na kolanach. Nogi miał nie swoje. Nie zdecydował się jeszcze na nie stanąć.
Góral odsunął się o krok, patrzył na niego wyczekująco.
– Dziękuję.
– Ledwie ci to przez gardło przeszło, Zimny, nie?
Arek odetchnął głęboko. Doznał niesamowitej ulgi, niemal się rozpłakał. Popatrzył na szparę między skałami. Czuł się w niej jak w trumnie, kilkakrotnie miał sen, że pochowano go żywcem. Było jak w tamtym koszmarze.
– Możesz iść, Zimny?
– Mogę.
– To na co czekasz? – Góral schodził już w stronę szlaku.
– Masz latarkę? – Zimny wreszcie podniósł się z klęczek.
Leszek się zatrzymał.
– Zgubiłeś coś?
Arek ostrożnie schylił się po leżący na ziemi telefon, bateria była na wyczerpaniu. Latarka w smartfonie podziała kilka minut, ale tyle powinno mu wystarczyć.
Odwrócił się od Góralczyka i ruszył w bok, do miejsca, które wcześniej przyciągnęło jego uwagę.
– Gdzie leziesz? Drugi raz cię nie wyciągnę!
Zimny nie odpowiedział. Poświecił latarką przed sobą. Zmrok zapadł bardzo szybko. Wszystko rozpłynęło się w czerniach i szarości. Snop światła musnął skałę. Czyżby wcześniej miał zwidy? Nic tu nie było?
Arek przesunął światło w bok. Zrobił kilka kroków i po chwili przykucnął. Latarkę wystawił przed siebie. Umieścił ją nad twarzą leżącego mężczyzny. W tym świetle otwarte oczy były matowe, a skóra wydawała się niemal błękitna.
– O kurwa… – Góral stanął obok Zimnego. Włączył swoją latarkę i oświetlił denata.
– Znasz go? – zapytał Arek.
– Niby skąd? – Leszek pokręcił głową.
Zimny się nie odezwał. Spojrzał w górę.
– Spadł… – Góral zgodził się z jego przypuszczeniami. – Chyba już trochę tu leży.
– Straciłem zasięg. – Zimny sprawdził telefon. – A ty?
– Zasięg jest na szlaku, kilkaset metrów stąd.
– Wezwij służby – powiedział Arek.
– A ty tu zostaniesz?
– Będę stąd złaził dłużej niż ty.
Góral się skrzywił.
– Temu biedakowi i tak się chyba już nie spieszy – zauważył.
– Dam radę. Zawiadom, kogo trzeba.
Leszek patrzył chwilę na Zimnego. W końcu skinął głową, podał Arkowi latarkę i zniknął w ciemnościach.
Zimny wyłączył światło w swoim smartfonie. Latarkę Górala skierował na martwego mężczyznę. Przyzwyczajenie i rutyna wzięły górę.
Facet był około pięćdziesiątki. Średniego wzrostu, krępy, zadbany. Kurtkę miał rozpiętą do połowy. Zimny sięgnął do kieszeni i wyciągnął z niej długopis, potem rozchylił poły odzienia. Z wewnętrznej kieszeni wystawał papier, zgięte na czworo kartki z jakimś wydrukiem. Mapa, trochę tekstu w języku niemieckim. Plecak wystawał z boku, zamek był niedomknięty. Utkwiła w nim gałązka. Oderwała się z krzewu, na którym leżał denat. Wystawała też charakterystyczna część wykrywacza metalu.
Latarka zjechała niżej, na dłonie denata. Arek przyjrzał się palcom, paznokciom i nadgarstkom. W końcu latarka oświetliła fragmenty miękkiego poszycia, które wchłonęło krew z rozbitej potylicy.
Arek podniósł się, patrzył jeszcze przez chwilę na martwego mężczyznę, a potem poświecił w górę. Biały okrąg sięgnął kilkanaście metrów wyżej, ogarnął skalny klif i rachityczne drzewko.
W końcu inspektor Arek Zimny obrócił się na pięcie i ruszył w dół, do szlaku.
Matthias wyskoczył z maszyny. Stanął przy żołnierzu, który naprowadził go na ten prowizoryczny schron. Pochylił się odruchowo, gdy usłyszał przeciągły świst i odgłos wybuchu. Na pasie startowym uniosła się chmura pyłu. Na jednym z takich lejów niemal wywrócił maszynę.
– Moździerze. Ruscy walą cały czas. Chcą nas tu trzymać, aż wszyscy zdechniemy.
Mężczyzna zamyślił się, gdzieś odpłynął. Na umorusanej twarzy widać było tylko białka oczu.
– Zamelduj do sztabu generała Niehoffa, że jestem!
– Już wiedzą. Ktoś ma przyjść.
– Dobrze. Zameldował się ktoś do mnie?
– Nie.
Matthias poczuł ciężar na żołądku. Czyżby Emily jednak nie dostała wiadomości? Kto wie, w której części tego piekła teraz była… Może coś jej się stało? Gdzie miałby jej teraz szukać? Ile miałby na to czasu? Wstawał świt. Od zachodu widać było złocistą łunę, która zaraz zaleje miasto. Jeśli za chwilę nie wyruszą, stracą szansę, którą daje im ciemność. W świetle Rosjanie wypatrzą go momentalnie.
– Powinna tu trafić kobieta. Mam ją ze sobą zabrać.
– Nic o tym nie wiem.
Matthias dostrzegł ruch od strony wypalonych budynków. Kilku ludzi szło w ich stronę szybkim krokiem. Pierwszego z nich rozpoznał od razu. Ugięły się pod nim nogi. Nie był to generał Niehoff. Zamiast niego pojawił się Reichsführer-SS. Jeśli on także miał lecieć, to oznaczało, że nie starczy miejsca dla Emily.
– Herr Gauleiter! – Matthias uniósł dłoń w geście pozdrowienia i stuknął obcasami, gdy mężczyzna znalazł się pod siatką maskującą. – Oberfeldwebel Matthias Becker melduje się…
– Znam twoje rozkazy, Becker. – Karl Hanke przerwał mu niecierpliwym ruchem ręki. Wąskie usta ułożone w prostą linię rozwarły się na ułamek sekundy. Wyraźna szrama na policzku zaczerwieniła się. Małe okrągłe oczy skoncentrowały się na pilocie, a potem na jego maszynie.
– „Bocian”? Dobry samolot. Wystarczy sześćdziesiąt metrów, żeby wystartować…
– Tak jest, Herr…
– Na co więc czekasz? Ruszamy!
Matthias zamarł.
– Herr Gauleiter, mój rozkaz…
– Zmienił się. Startujemy natychmiast.
– Tak jest…
Matthias miał wrażenie, że jego słowa wpadły w studnię bez dna. On sam czuł się tak, jakby osuwała się pod nim ziemia. Jest tak blisko Emily. Nie tylko jej nie uratuje, ale nawet nie zobaczy.
– Masz dla mnie spadochron?
– Tak jest, Herr Gauleiter.
Matthias znalazł się przy kokpicie, sięgnął do wnętrza. Wyciągnął spadochron, pomógł Gauleiterowi założyć go i zabezpieczyć.
– Jestem gotowy.
Karl Hanke wspiął się na „Bociana”, po chwili zajął miejsce w fotelu.
– Szybciej, Becker! Na co czekasz?
Matthias również wspiął się do kokpitu i wsunął do środka.
Zobaczył poruszenie wśród ludzi Gauleitera. Unieśli broń, wycelowali ją w dziewczynę, która pojawiła się eskortowana przez żołnierza.
– Co się tam dzieje? – Hanke zmarszczył brwi.
– Herr Gauleiter, to moja siostra. – Matthias czuł, że jego głos drży. Nie mógł dać się ponieść emocjom, musiał to dobrze rozegrać. Miał mocny argument w rękach, i to dosłownie. Nie sądził, żeby którykolwiek z ludzi Hankego był zdolny pilotować „Bociana”. – Generalmajor Morzik zezwolił mi na zabranie jej z Breslau. Uzgodnił to z generałem Niehoffem. Zmieniły się jednak rozkazy czy pan…
– Pospiesz się.
– Emily! Chodź tutaj!
Matthias wyskoczył z samolotu. Po chwili trzymał siostrę w ramionach. Była lekka jak puch, wyczuwał pod bluzką same kości. Nie miał czasu o tym myśleć ani o nic jej pytać.
– Chodź – powiedział i niemal poniósł ją na rękach do samolotu.
– Nie rozumiem, jak… jak to możliwe… – wyszeptała.
– Później… wyjaśnię wszystko później.
Założył jej spadochron. Był spokojny, że w razie czego, jako siostra i córka lotników, będzie wiedziała, jak go użyć. Pomógł jej się wdrapać do kokpitu.
Zamarła, gdy zobaczyła Hankego, próbowała się wycofać, ale Matthias nie zwrócił na to uwagi. Siłą wciągnął ją na fotel. Miał już na pokładzie komplet. Teraz wszystko zależało od niego. Musiał wzbić się w powietrze i oddalić od Breslau.
Silnik zakaszlał, sapnął, w końcu złapał rytm. Maszyna zarezonowała serią drżeń, w pełni gotowa i chętna do wysiłku. Matthias dodał gazu do pełna. Ruszyli w towarzystwie dźwięków bębnienia i trzeszczenia konstrukcji oraz towarzyszącego im cmokania amortyzatorów.
„Bocianowi” do startu wystarcza sześćdziesiąt metrów, Hanke miał rację, ale teraz samolot wzbił się szybciej, jakby nie mógł doczekać się tego lotu albo jakby chciał jak najszybciej uciec z tego miasta.
Matthias też chciał stąd jak najszybciej uciec, zostawić za sobą martwe już Breslau, pokryte ospą kraterów prowadzących do wnętrza piekła.
Redakcja
Aleksandra Zok-Smoła
Korekta
Joanna Rodkiewicz
Skład i łamanie wersji do druku
Łukasz Slotorsz
Projekt graficzny okładki
Mariusz Banachowicz
© Copyright by Skarpa Warszawska, Warszawa 2026
© Copyright by Tomasz Duszyński, Warszawa 2026
Wydanie pierwsze
ISBN: 9788384306086
Zezwalamy na udostępnianie okładki książki w Internecie.
WYDAWCA
Agencja Wydawniczo-Reklamowa
Skarpa Warszawska Sp. z o.o.
ul. K.K. Baczyńskiego 1 lok. 2
00-036 Warszawa
tel. 22 416 15 81
www.skarpawarszawska.pl
@skarpawarszawska
Przygotowanie wersji elektronicznej
Okładka
Strona tytułowa
6 maja 1945
2025
6 maja 1945
Strona redakcyjna
Spis treści
