Nad wodą - G. R. Jordan - ebook

Nad wodą ebook

G. R. Jordan

4,0

Opis

Ciało wśród skał. Złamany śledczy wraca na miejsce największej tragedii swojego życia.

Dwadzieścia lat po bolesnej stracie żony inspektor Macleod musi wrócić na wyspę, na której się wychował. To człowiek zamknięty w sobie, ukształtowany przez surową religijną wiarę — a teraz musi dogadać się z nową partnerką, wolnościową i błyskotliwą wschodzącą gwiazdą policji. Razem tropią zabójcę młodej kobiety i wydobywają na jaw zło, które kryje się pod powierzchnią małej społeczności. By tego dokonać, Macleod musi raz jeszcze stanąć w miejscu, w którym niegdyś stracił wszystko...

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
Windows
lub macOS

Liczba stron: 245

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,0 (2 oceny)
1
0
1
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



NAD WODĄ

CYKL INSPEKTOR MACLEOD

TOM JEDEN

G. R. JORDAN

Nad wodą

Tytuł oryginalny: Water’s Edge

Autor: G.R. Jordan

© Copyright by G.R. Jordan, 2019

© Copyright for the Polish edition by Wydawnictwo Cowper Publishing, Berlin 2026

Wszelkie prawa zastrzeżone. Żadna część niniejszej publikacji nie może być reprodukowana bez pisemnej zgody właściciela praw.

Wydanie I Berlin 2026

Wydawnictwo Cowper Publishing

ISBN 978-3-912281-97-2

ROZDZIAŁ1

Nad portem wisiała ponura morska mgła. Wszystko poza niewielką latarnią znikało pod szarą zasłoną. Z najwyższego piętra stacji widział zwykle daleko w głąb cieśniny Minch. Czasem udawało mu się nawet wypatrzyć frachtowiec przepływający przez często wzburzone wody, które oddzielały wyspę od stałego lądu. O piątej nad ranem zmiana dawała mu się już we znaki. Z trudem utrzymywał otwarte oczy, zmęczone wpatrywaniem się w monitory niezbędne w jego pracy.

O tej porze prawie nic się nie działo. Zwykle panował spok—. Nie. Tego słowa nie wolno mu było wypowiedzieć pod żadnym pozorem — ani na głos, ani nawet w myślach — bo zaraz rozdzwoniłyby się telefony alarmowe, przynosząc całą lawinę nieszczęść. Jak dotąd noc mijała rutynowo. Tuż po rozpoczęciu zmiany awarii uległ jeden z jachtów, które zawinęły w te strony, więc pomagał zorganizować łódź ratowniczą, by bezpiecznie wprowadzić go do portu. Poza tym panował spok—; wszystko przebiegało rutynowo.

Odwrócił się od okna. Koleżanka siedziała ze słuchawkami na uszach, wpatrzona w ekran. Może sprawdzała kartę czasu pracy, bo jak na tę porę wyglądała na skupioną. Zresztą często tak się skupiała, zwłaszcza gdy coś burzyło spok— i wytrącało zmianę z rutyny. Za nią wisiał papierowy kalendarz z prostym znacznikiem przesuwanym po kolejnych datach. Na widok liczby, przy której stał znacznik, aż się wzdrygnął. Nie przesunęła go o północy. Kalendarz wciąż pokazywał wczorajszą datę, a on wiedział, że będzie do tego wracał myślami, dopóki znacznik nie trafi na właściwe miejsce. Coś musiało być z nim nie tak, skoro podobne błahostki tak go poruszały.

Znów odwrócił się ku oknu i przeciągnął się, rozprostowując ręce i nogi, w których zaczynały go łapać skurcze. Niełatwo było temu zapobiec. Kiedy siedzi się tak długo…

Elektroniczny sygnał alarmowy rozdarł ciszę w pomieszczeniu. Odwrócił się gwałtownie. Migał czerwony panel sygnalizujący zgłoszenie. Odruchowo rzucił się do biurka, chwycił słuchawki, założył je i nacisnął czerwony przycisk, przyjmując wezwanie ratunkowe.

— Służba ochrony wybrzeża, słucham!

— Służba ochrony wybrzeża! — wrzasnął ktoś. — Czy dodzwoniłem się do służby ochrony wybrzeża?

— Tak, proszę pana — odpowiedział spokojnie, choć puls mu przyspieszył, a żołądek ścisnął się z nerwów. To nie wróżyło nic dobrego. — Co się stało?

— Ktoś tam jest. Ktoś na skałach.

— Gdzie pan jest? — Najpierw ustalić miejsce. Potem wysłać pomoc. Tylko to miał w głowie.

— Chyba ten ktoś nie żyje. Boże, chyba ona nie żyje.

— Wyślemy pomoc, proszę pana, ale muszę wiedzieć, gdzie pan jest. Gdzie pan jest, proszę pana?

— O Boże, ona nie żyje. Na pewno nie żyje. Widzę jej gardło. Widzę wnętrze gardła. Nawet stąd.

— Gdzie pan jest? Niech mi pan powie, gdzie pan jest!

Połączenie się urwało. Serce mu waliło, lecz zmusił się do skupienia. Lokalizacja. Potrzebował punktu, do którego mógł wysłać zespoły. Spojrzał na ekran. Zgłoszenie było już zaznaczone na mapie. Ponieważ dzwoniono z telefonu komórkowego, system wskazywał tylko orientacyjne położenie, ustalone na podstawie danych z masztu telefonii komórkowej i informacji zebranych elektronicznie podczas rozmowy. Nie musiało być dokładne. Od tego trzeba zacząć. Po prostu od tego.

Wstał i zaczął wydawać koleżance polecenia, po czym krzyknął, żeby trzeci dyżurny wrócił z przerwy. Polecił wysłać łódź ratowniczą, zespoły ratownictwa brzegowego i śmigłowiec. Nadal przyjmował, że poszkodowana żyje, mimo słów dzwoniącego. Potem oddzwonił na numer pierwszego zgłaszającego — spanikowanego mężczyzny. Telefon dzwonił, ale nikt nie odbierał.

Gdy akcja poszukiwawczo-ratownicza ruszyła pełną parą, dotarło do niego, że skończył się spok—. Nocna zmiana przestała być rutynowa.

ROZDZIAŁ2

Inspektor policji kryminalnej Macleod siedział w kącie stołówki komendy z zamkniętymi oczami. Słyszał brzęk noży i widelców, szczęk łyżek o talerze z tłustym śniadaniem i miski z płatkami, stuk podnoszonych i odstawianych kubków z kawą, lecz sam trwał na własnej wyspie ciszy i spokoju. Dzień zawsze dobrze było zacząć od modlitwy. Tak też zrobił zaraz po wstaniu. Teraz, czekając na współpracowniczkę, pozwolił sobie na jeszcze kilka krótkich chwil sam na sam z Panem.

Tak wiele na świecie wymagało naprawy — służba przypominała mu o tym. Po dwudziestu latach w policji, obecnie w zespole zabójstw, widział już wiele — w przeciwieństwie do młodej karierowiczki, która zaraz miała do niego dołączyć. W ostatnich latach wszystko stanęło na głowie. Pracował już z kobietami. Większość znakomicie znała się na swojej pracy, a dzięki niektórym z nich udało się nawet rozwiązać kilka spraw. Ale wychował się w świecie, w którym kobiety znały swoją rolę w domu, i tę zmianę trudno mu było przełknąć.

A jednak ją przełknął — do tego stopnia, że jego przełożoną była kobieta, a on nie okazywał ani urazy, ani irytacji; przeciwnie, współpracował z nią najlepiej, jak potrafił. Pomagało, że zachowywała pełen profesjonalizm, znała go i wiedziała, jak pracuje. Mimo licznych zastrzeżeń dostosował się więc do nowej otwartości panującej w policji.

Jednak kobieta, która miała zaraz do niego dołączyć, była inna. Miała około dwudziestu pięciu lat, błyskawicznie wspięła się po szczeblach kariery i jako detektyw niedawno trafiła do jego wydziału. Choć nigdy nie pracował z nią bezpośrednio, widywał ją w komendzie: zwykle nosiła coś prowokującego i flirtowała bez najmniejszego skrępowania. I to nie tylko z mężczyznami. Krążyły plotki, że w życiu prywatnym nie odmawia sobie przyjemności, ale nie widział sensu, by sprawdzać to bliżej, skoro jego szefowa miała dość rozsądku, żeby nigdy nie przydzielać jej do jego zespołu. Po wypadku samochodowym Mackenzie nie mógł jednak pracować, więc nie było wyboru: musieli pracować razem.

Otworzył oczy i aż się wzdrygnął na widok odsłoniętej skóry tuż przed twarzą. Dwa guziki jej bluzki były rozpięte; był pewien, że dostrzega ramiączko stanika. Uniósł głowę i spojrzał na młodą, uśmiechniętą twarz. Rude włosy miała związane w koński ogon. Na szyi nosiła prosty złoty łańcuszek z małym krzyżykiem. Aż się w nim zagotowało na myśl, że ta kobieta zawłaszcza tak cenny symbol, lecz wiedział, że musi zachować spokój.

— Pani detektyw McGrath, dziękuję za punktualność. Sądzę, że pora jechać na lotnisko. Samolot na Lewis odlatuje, o ile się nie mylę, za niecałe dwie godziny.

Kobieta skinęła głową.

— Oczywiście. Ale proszę mówić mi Hope. Te wszystkie oficjalne tytuły tylko przeszkadzają, panie inspektorze.

Skinął głową i wstał z krzesła. Panie inspektorze. Dobrze. Dość formalnie. Seorasem nazywać mnie nie będzie. Wsunął krzesło pod stół i zobaczył, jak jeden z umundurowanych funkcjonariuszy podchodzi, by wręczyć Hope niewielką paczkę. Kiedy tamten odszedł, zapytał ją, co to takiego.

— To tylko kilka zdjęć z konwentu. Komiksowego, panie inspektorze. — Wyjęła kilka z paczki i podała Macleodowi. Na pierwszym zobaczył ją w grupie dziewczyn ubranych w jaskrawe, odważne kostiumy. Same stroje mu nie przeszkadzały. Gorzej, że odsłaniały tak wiele ciała. Nie mógł jej jednak od razu prawić kazania o tym, dokąd prowadzi taka droga.

— Bardzo dobrze — powiedział przyciszonym głosem — ale nie możemy tu tak stać. Czekają na nas zwłoki, które mają nam coś do powiedzenia. — Hope skinęła głową. Wiedział, że zrozumiała.

Po drodze zajrzeli do biura po niewielkie walizki, a potem Johnstone odwiózł ich na lotnisko. Zespół miał pozostać niewielki nawet po przybyciu wszystkich, lecz on i Hope mieli być na miejscu jak najszybciej. Do tego czasu miejscowi funkcjonariusze musieli wszystkiego dopilnować. Oby nie zrobili nic głupiego. W głębi duszy wiedział, że ta nieufność wobec miejscowej policji to tylko przykrywka dla własnego niepokoju przed powrotem do domu — na wyspę, na której spędził dzieciństwo i której nie widział od ponad dwudziestu lat.

W poczekalni położonej kilka stopni niżej przyglądał się twarzom wyspiarzy mających wraz z nim wejść na pokład małego samolotu. Ktoś powiedział, że boczny wiatr w Stornoway zapewni przy lądowaniu sporo wrażeń. Pamiętał diabelski uśmieszek mówiącego, jakby ten napawał się jego lękiem przed lataniem. Skrzydlaty autokar miał niewiele ponad trzydzieści miejsc, a Macleod miał siedzieć w kabinie obok Hope. Próbował skupić się na sprawie, lecz myślał o runięciu z nieba albo samolocie wypadającym z pasa i eksplodującym w płomieniach. Wiedział, że to niedorzeczne i dziecinne, ale nie potrafił odpędzić tych demonów od progu.

— Kawa, panie inspektorze.

Hope trzymała przed nim papierowy kubek, który przyjął z wdzięcznością. Patrzył, jak podchodzi do długiego okna i obserwuje ruch na płycie lotniska. Kilku innych mężczyzn wlepiało wzrok w jej pośladki. Kiedy nagle się odwróciła, zauważył, że błyskawicznie uciekli spojrzeniami, by po chwili znów zacząć się na nią gapić. Nie ulegało wątpliwości, że była niezwykle atrakcyjna, lecz zdaniem Macleoda ostentacyjnie eksponowała swoją urodę. Kiedy dorastał, dziewczęta zakrywały nogi; nie odsłaniały nawet mostka, nie mówiąc już o bieliźnie wystającej spod ubrania. Nie miała wprawdzie najobfitszego biustu, jaki kiedykolwiek widział, ale nie było potrzeby składać piersi w ofierze na ołtarzu męskich myśli.

Ożył system nagłośnienia. Macleod zaśmiał się w duchu: osoba nadająca komunikat stała zaledwie trzy metry od słuchaczy, a mimo to korzystała z nagłośnienia, żeby dać się usłyszeć. Stał z biletem w dłoni, Hope u boku, i zastanawiał się, jak muszą wyglądać w oczach innych: drobna dziewczyna jako jego towarzyszka. Nie, żadna z niej „drobna” dziewczyna. Detektyw McGrath miała prawie metr osiemdziesiąt trzy wzrostu i choć była dość barczysta, nie miała ani grama zbędnego tłuszczu. Może dlatego, że znajdowała się w kwiecie wieku — w latach, kiedy i jemu trudno było cokolwiek zarzucić pod względem wyglądu. Nie, zapewne wszyscy brali ich za współpracowników. Nie zamierzał dopuszczać do siebie myśli, że ktoś mógłby widzieć w nim starego lubieżnika.

Samolot rozpędził się po pasie i łagodnie wzbił w niebo, lecz zaraz zaczęły nim szarpać silne podmuchy. Macleod przełknął ślinę, usiłując zachować poważną minę. Ryk silników wdzierał mu się w uszy. Nagle zorientował się, że McGrath coś do niego mówi. Najwyraźniej pytała, czy wszystko w porządku. Pochyliła się i do nosa dotarł mu zapach jej perfum — subtelny, przyjemny, lekko odurzający. W połączeniu z widokiem dekoltu wywołał w nim falę ciepła. Ale to było niewłaściwe. Odwrócił wzrok i uniósł dłoń na znak, że nie potrzebuje pomocy.

Na szczęście lot był krótki i nim się obejrzał, Saab 340 zbliżał się do pasa w Stornoway. Pod sobą widział tylko białe chmury i zastanawiał się, jaką pogodę przyniósł wyspie ten dzień. Z dzieciństwa pamiętał posępne, dżdżyste dni, kiedy mżawka zdawała się nieodłączną częścią życia, a słońca nie widywało się wcale. Innym razem przychodziły wichury i deszcz, który — był tego pewien — nie spadał z góry, lecz smagał człowieka po twarzy z boku, wciskał się w ubranie i przenikał aż do skóry. To zimne, wilgotne uczucie, gdy wiatr miotał człowiekiem na ulicy, nigdy go nie opuściło.

Chmury nagle się rozstąpiły. Wyjrzał przez okno, by po raz pierwszy zobaczyć wyspę. Samolot leciał jednak zaledwie sto metrów nad ziemią, a za oknem widział pas startowy. To nie mogło być w porządku. Ten błogosławiony kawałek asfaltu powinien znajdować się przed maszyną, nie z boku. Zacisnął dłonie na podłokietnikach. Patrzył z przerażeniem, czując się zupełnie bezbronny. Nic nie mógł zrobić. Jego życie spoczywało w rękach pilotów. Trzeba było przypłynąć promem.

Ktoś położył dłoń na jego ręce. Odwrócił się. Hope mówiła, że wszystko jest w porządku. Mówiła głośno; z ryku silników wyłowił coś o bocznym wietrze i o tym, że samolot zaraz się wyprostuje. Wolną ręką wykonywała szybkie ruchy, żeby lepiej to zobrazować, lecz tak naprawdę uspokajały go jej uśmiech, przyjemny zapach i duże zielone oczy. Chłonął jej widok, gdy samolot lekko wyrównał i miękko wylądował. Wtedy wysunął dłoń spod jej ręki, zawstydzony. Zachował się jak jakiś starzec. Zaraz potem poczuł się winny, że napawał się jej widokiem. Bezwstydna kobieta. W duchu poprosił niebiosa o przebaczenie.

W niewielkiej hali przylotów czekał na nich konstabl Smith, oddelegowany z Inverness. Zaprowadził ich do jednego z miejscowych samochodów policyjnych. Droga do miasta była krótka. Macleod patrzył na zachmurzone niebo i drobną mżawkę. Tak, pamiętał takie dni. Bez wątpienia te małe diabły — meszki — już ruszyły na żer i dobierały się wszystkim do skóry. Jak na tak małe stworzenia potrafiły kąsać z zadziwiającą zaciekłością. Jasna skóra Hope byłaby idealnym celem. Znów przyłapał się na myślach o tej bezwstydnej kobiecie.

Pozostali członkowie zespołu zabójstw mieli przybyć później, lecz Macleod chciał jak najszybciej zabrać się do pracy i nalegał, by od razu zawieziono go na miejsce odnalezienia zwłok. Konstabl Smith poinformował, że będą musieli wstąpić na komendę po innego kierowcę, bo sam był potrzebny gdzie indziej. Na komendzie, po oficjalnych powitaniach, Macleod nalegał, by udostępniono im samochód, po czym poprosił Hope, żeby prowadziła. Lecz gdy otworzył przed nią drzwi od strony kierowcy, zdawała się urażona.

— Coś nie tak? Nie chce pani prowadzić? Chciałbym tylko przemyśleć parę spraw.

— Panie inspektorze — odparła McGrath — nie musi mi pan otwierać drzwi. Potrafię sama wsiąść do samochodu. Zdarzało mi się już prowadzić. A w drodze tutaj proponował mi pan miejsce, przepuszczał przodem, wyręczał mnie w drobiazgach, jakbym nie umiała sobie poradzić. Nie ma takiej potrzeby.

— Jestem tylko uprzejmy. Zachowuję się jak dżentelmen. Mężczyzna powinien okazywać kobiecie pewne uprzejmości. Tak po prostu wypada, żeby…

Hope natychmiast zripostowała.

— Uprzejmości? Czyli uważa pan, że jestem słabsza. Mogłabym skopać panu dupę w każdej chwili. I jakoś nie przypominam sobie, żebym to ja zesrała się ze strachu przy dzisiejszym lądowaniu.

Była taka ordynarna. Współczesne kobiety wyrażały się tak szpetnie.

— Proszę się tak do mnie nie odzywać, McGrath. Jestem pani przełożonym.

— Przepraszam, panie inspektorze! — Hope stała przed nim wyzywająco, jakby czekała, aż powie coś jeszcze.

Wiedział, że ją uraził. Tyle że nie miała powodu się obrażać; stwierdził jedynie prawdę. Bóg stworzył kobietę dla mężczyzny, rozsądek nakazywał więc, by mężczyzna ją chronił i otaczał opieką. Dziś jednak kobiety najwyraźniej chciały stać na własnych nogach.

— Możemy już ruszać? — zapytał Macleod.

— Oczywiście — odparła Hope. — Ale proszę sobie łaskawie darować to szowinistyczne pierdolenie. Panie inspektorze!

Przyłapał się na tym, że się w nią wpatruje — nie z gniewem, lecz z podziwem. Był przyzwyczajony do cichych kobiet. Jego matka właśnie taka była: silna, gdy chodziło o wychowanie dzieci, lecz cicha w obecności ojca. Hope należała do nowego pokolenia. Patrzył na jej niewzruszoną twarz i spięte barki — ta postawa niemało go podniecała. Jakby rzucała mu wyzwanie. To jednak było niewłaściwe.

— Dobrze, McGrath. Spróbujmy jeszcze raz. Czeka nas praca.

ROZDZIAŁ3

Samochód płynnie sunął wąską, jednopasmową drogą. Macleod obserwował owce wylegujące się leniwie; od czasu do czasu zrywały się do niezdarnego truchtu, gdy auto podjeżdżało zbyt blisko. Hope przeklinała zwierzęta, a on uznał, że prędzej czy później będzie musiał ukrócić to przeklinanie. Nie było żadnego powodu, żeby kląć, a już na pewno nic nie usprawiedliwiało słowa na „k”. Gdyby zaś wzywała imienia Pana nadaremno, z całą pewnością zwróciłby jej uwagę.

Samochód skręcił w wąską boczną drogę i krętą trasą zjechał ku krawędzi klifu. Przed nimi otworzył się rozległy widok na loch. Hope omiotła wzrokiem spokojną taflę i zagwizdała z uznaniem.

— Proszę spojrzeć, panie inspektorze. Idealne miejsce, żeby popływać, co?

— Woda jest tu zimna, jeszcze zimniejsza niż w Glasgow, a kąpiel w Clyde to już w ogóle czyste szaleństwo. Proszę zaparkować i ustalić, kto tu dowodzi.

Hope zatrzymała samochód na poboczu i ruszyła w stronę kilku radiowozów stojących nieco dalej. Macleod podążył za nią wolniej, analizując teren. Koniec świata. Nie mogli wybrać na jej śmierć miejsca bardziej odludnego ani piękniejszego. Gdyby wyszło słońce, okolica uchodziłaby za raj. Ale czy nie było tak ze wszystkimi tutejszymi wyspami? Pogoda potrafiła zupełnie odmienić odbiór takiego miejsca.

Gdy zbliżał się do grupy miejscowych funkcjonariuszy, Hope szła już w jego stronę w towarzystwie wysokiego mężczyzny w koszuli i krawacie. Mężczyzna wyciągnął rękę. Gdyby nie kalosze, pasowałby do każdego biura.

— Dzień dobry, panie inspektorze — odezwał się funkcjonariusz. — Pogoda trochę dziś daje się we znaki.

— Dziękuję. Detektyw…?

— Allinson, panie inspektorze. Mam nadzieję, że lot nie dał się panu za bardzo we znaki. — Mężczyzna uśmiechnął się z podejrzaną niewinnością i Macleod zastanowił się, czy Hope mu czegoś nie powiedziała.

— W porządku. W zupełnym porządku. Proszę mnie wprowadzić w sytuację, Allinson. Co tu mamy?

— Proszę tędy, panie inspektorze. Wszystko wyjaśnię po drodze. Rano spacerowicz dostrzegł ciało poniżej krawędzi klifu, od strony morza. Wygląda na to, że morze wyrzuciło je na skały, nie zaś że zrzucono je z góry. Poza rozciętym gardłem nie było na nim większych obrażeń. Właściwie gardło było raczej rozszarpane. Niezbyt czysta robota. — Allinson odruchowo przełknął ślinę na wspomnienie własnych słów. Macleod zastanowił się, czy mężczyzna widział już kiedyś ofiarę zabójstwa. Smutna prawda: w tej pracy człowiek z czasem przestawał reagować nawet na najbardziej makabryczne widoki. A przynajmniej tak sobie wmawiał. Tyle że koszmary mówiły co innego.

— Musieliśmy przenieść ciało — ciągnął Allinson — bo przypływ zabrałby je z powrotem do lochu. Członkowie miejscowej służby ochrony wybrzeża i załoga łodzi ratunkowej wspólnie wydobyli zwłoki. Są już w szpitalnej kostnicy. O, jesteśmy na miejscu.

Macleod ostrożnie zbliżył się do krawędzi i spojrzał na skały w dole.

— A więc przypływ całkowicie zalewa te skały? Zakładamy, że ciało przypłynęło z głębi lochu czy od strony morza?

Głowa Allinsona drgnęła na chudej szyi, a kącik ust powędrował w górę.

— Rozmawiałem ze stacją służby ochrony wybrzeża. Powiedzieli, że w tak ciasnym akwenie ich system modelowania prądów niewiele da, i odesłali mnie do sternika łodzi ratunkowej. Według niego wszystko zależy od tego, jak długo była w wodzie. Ze stanu zwłok wnioskujemy, że ciało spędziło w wodzie mniej niż dwanaście godzin i najpewniej znalazło się w niej nad ranem. Sternik uznał więc, że prądy wciągnęły zwłoki od strony morza, w głąb lochu.

— Czy dalej w głąb lochu są jakieś pomosty albo przystanie? — zapytała Hope, spoglądając w tamtą stronę.

— Dwa przy głównej drodze, ale dalej w głębi jest tylko jeden.

— Ma pan mapę? — zapytał Macleod. — Trochę się pogubiłem.

Allinson wyjął standardową mapę Ordnance Survey i rozłożył ją na masce samochodu.

— Panie inspektorze, przyjechali państwo ze Stornoway tą drogą, a potem skręcili tutaj. Następnie objechali państwo koniec lochu i teraz znajdujemy się po tej stronie. Jeśli pojadą państwo dalej, dotrą do zaznaczonego tutaj pomostu.

— Czy wiele osób z niego korzysta? — zapytała Hope.

— Niewiele. Pomost jest w kiepskim stanie, ale da się do niego dotrzeć. Ludzie czasem przyjeżdżają tam, żeby pobyć w spokoju.

— Takim, żeby uporządkować sobie myśli, czy żeby rżnąć się na całego?

— McGrath, nie ma potrzeby mówić tak ordynarnie — skarcił ją Macleod.

— Ten… hm… dwuosobowy, fizyczny — odpowiedział Allinson. Macleod dostrzegł rozbawione spojrzenie Hope. Najwyraźniej nie miała pojęcia, czym zawiniła. Tak to już było z nowym pokoleniem: obyczaje upadły zbyt nisko. Zdecydowanie zbyt nisko.

— Czy ktoś już tam był?

— Nie, panie inspektorze. Mieliśmy tu pełne ręce roboty przy zwłokach i zabezpieczaniu miejsca zdarzenia. Próbowaliśmy też ustalić tożsamość ofiary; chodziliśmy od domu do domu i rozpytywaliśmy mieszkańców.

— I? — ponaglił go Macleod.

— Ofiarą jest dwudziestojednoletnia Sara Hewitt. Angielka. Pracowała w mieście jako ekspedientka, wcześniej była ratowniczką, a niedawno otworzyła własny salon masażu.

— Co to za salon? — zapytała Hope. Allinson spojrzał na nią pytająco.

— Detektyw McGrath pyta, czy chodziło o zabiegi lecznicze, czy o zwykły dom schadzek.

Allinson znów wyglądał na zdezorientowanego.

— Dom schadzek — wyjaśniła Hope. — Staromodne określenie burdelu. Czy oferowała klientom coś więcej niż kojący masaż?

— Wątpię — odparł Allinson. — Lokal mieści się przy jednej z głównych ulic.

Macleod odwrócił się i znów spojrzał w głąb lochu.

— Musimy ustalić, co się wydarzyło — powiedział do nikogo konkretnego. — Skąd przypłynęła? Czy w nocy były tu jakieś samochody?

Omiotł wzrokiem okolicę, wypatrując zabudowań. Doliczył się zaledwie kilku, ukrytych z dala od drogi i ledwie widocznych. Myślami wrócił do pokonanej trasy i przypomniał sobie małą wieś, którą minęli po drodze.

— Allinson, żeby dotrzeć do pomostu dalej w głębi lochu, trzeba przejechać przez tę wieś za nami, zgadza się?

— Tak, panie inspektorze.

— Dobrze. Niech nasi ludzie rozpytają mieszkańców. Może ktoś widział coś w nocy albo zauważył obcych przejeżdżających przez wieś. Zapewne dwie osoby, może więcej. Jeśli nikt nie widział samochodu, mogła dotrzeć tu razem z zabójcą.

— Powinniśmy też sprawdzić drugi brzeg lochu, ten od strony miasta — dodała Hope. — Nie ma pewności, że ciało przypłynęło z tego bardziej odludnego brzegu.

— Słusznie — przytaknął Macleod. — Niech pani podjedzie do pomostu, McGrath, i sprawdzi, czy są tam jakieś ślady. Jeśli coś pani znajdzie, proszę do mnie zadzwonić. Allinson, może pan z nią pojechać albo wysłać któregoś ze swoich chłopców?

— Ludzi, panie inspektorze — poprawiła go Hope.

— Rzeczywiście. Ludzi. Proszę wybrać kogoś odpowiedniego z zespołu, Allinson.

Macleod stał i rozglądał się, chłonąc widok lochu i tutejsze powietrze, próbując wyobrazić sobie to miejsce nocą. Noc była pochmurna, więc światła musiało być niewiele. Idealne miejsce, żeby się kogoś pozbyć. Patrząc, jak Hope i Allinson wsiadają do samochodu i ruszają w stronę pomostu, wiedział, że potrzebuje kolejnego tropu, by dopaść zabójcę.

— Dobrze się państwo dogadują?

Hope zerknęła na Allinsona, próbując odgadnąć jego intencje. Sprawiał wrażenie dość szczerego.

— To nasza pierwsza wspólna sprawa. Macleod jest stąd, a mnie mu wcisnęli, bo jego prawa ręka miała wypadek samochodowy.

— Niezłe zastępstwo.

Ponieważ prowadziła, nie mogła się odwrócić i ocenić po jego minie, co miał na myśli, ale zabrzmiało to zdecydowanie jak podryw.

— Najlepsze — odparła.

— Pewnie nie jest pani przyzwyczajona do takich miejsc. Raczej widzę panią wśród świateł wielkiego miasta. Tutaj niewiele się dzieje. Chociaż jeśli lubi pani ruch na świeżym powietrzu, jest co robić. Klubów i grup też nie brakuje, tylko życie towarzyskie nie należy do najbardziej szalonych. — Allinson uśmiechał się do niej, a Hope czuła, jak pożera ją wzrokiem. Był całkiem przystojny i nie miała nic przeciwko temu, że ktoś na nią patrzy. W końcu ubierała się po to, żeby robić wrażenie — po co więc złościć się, kiedy się gapili?

— Nie jestem żadną dzikuską. Lubię wieś, świeże powietrze i otwartą przestrzeń.

— Gdyby czegoś pani potrzebowała, niech pani da znać. Chętnie pomogę koleżance po fachu z południa.

— Może i skorzystam, ale wątpię, żeby przez najbliższy dzień czy dwa znalazła się wolna chwila. Swoją drogą, czy hotel ma jakieś zaplecze sportowe, na przykład siłownię?

Allinson uśmiechnął się.

— Nie jestem pewien. Jeśli nie, w mieście zawsze jest centrum rekreacyjne. Zwykle wstaję wcześnie i ćwiczę, więc gdyby potrzebowała pani towarzystwa, jestem do dyspozycji.

Hope zaśmiała się w duchu. Wiedziała, że jest atrakcyjna i pewnie nieco zbyt dzika jak na gust większości mężczyzn, przez co często wytrącała ich z równowagi. Ale nie była płytka i nie odpowiadała na każdy podryw. Skoro wszystko dookoła zapowiadało się tak szaro, przynajmniej znalazł się ktoś, z kim można spędzić czas.

— Wszystkie tutejsze boczne drogi tak wyglądają? — zapytała Hope. — Mam wrażenie, że tej nie zbudowano z myślą o samochodach.

— To przecież nie są główne trasy. Chyba nikt już nie korzysta z pomostu. Pewnie zjeżdżają tu czasem zakochane pary, ale wielkiego ruchu nie ma. — Allinson roześmiał się. Sama myśl o dobrze utrzymanych drogach wyraźnie go bawiła. Serdeczny uśmiech i umiejętność śmiania się z własnej okolicy sprawiły, że Hope nabrała do niego sympatii. Pracowała w Glasgow z kilkoma osobami z Lewis i większość nie znosiła lekceważących uwag pod adresem wyspy.

Kilka minut później Hope zatrzymała samochód przy pomoście. Oboje wysiedli, rozeszli się i zaczęli sprawdzać obie jego strony. Hope gramoliła się po skałach, omijając niewielkie kałuże pozostawione przez odpływ. Widok przywołał wspomnienie dni, kiedy łaziła po podobnych skałach z dziadkiem i słuchała jego opowieści o morskich potworach mieszkających w każdej kałuży.

— McGrath, coś znalazłem.

Hope wyrwała się z zadumy i ruszyła po skałach z powrotem ku końcowi pomostu, skąd wołał Allinson. Kiedy podeszła, wskazał na ziemię — dokładnie tam, gdzie betonowa nawierzchnia zaczynała opadać ku wodzie.

— Włókna? — zapytała Hope.

— Tak, z kurtki albo czegoś podobnego. Chyba pasują kolorem do kurtki, którą miała na sobie. Chyba powinniśmy się odsunąć i wezwać techników kryminalistyki. Wygląda na to, że właśnie tutaj mogło do tego dojść.

— Zadzwonię do szefa — powiedziała Hope i nacisnęła przycisk w telefonie. Przyłożyła go do ucha, zastanawiając się, dlaczego na połączenie trzeba tak długo czekać.

— Musi pani kawałek wrócić samochodem. Tu, nad lochami, zasięg często jest kiepski. Niech pani jedzie, a ja tu zostanę, dopóki ktoś nie dotrze.

— Dziękuję. To naprawdę odludne miejsce. Ani jednego domu w pobliżu, długa droga do pomostu, z którego nikt nie chce korzystać, a do tego pochylnia schodząca prosto do wody. Miejsce niemal idealne.

— W folderach piszą po prostu „urokliwe” albo „malownicze”. Tyle że morderstw tu nie reklamujemy.

ROZDZIAŁ4

Na miejsce przybyli kolejni członkowie ekipy z Glasgow, w tym technicy kryminalistyki, którzy przejęli zarówno miejsce znalezienia ciała, jak i to, z którego mogło ono trafić na skały. Miejscowa policja ustaliła tożsamość ofiary, a nawet jej adres. Nikt nie zgłosił zaginięcia Sary Hewitt, lecz krążące po mieście pogłoski sprawiły, że jej chłopak zadzwonił na komisariat, gdy Macleod był jeszcze nad lochem. Gdy tylko inspektor otrzymał tę informację, zabrał McGrath i razem ruszyli z powrotem do Stornoway, w pierwszej kolejności do salonu masażu, który Sara niedawno otworzyła.

Choć w mieście panowało poruszenie, Hope dotarła do salonu bez przeszkód. Zauważyła jednak, że wielu miejscowych obserwuje ją z oddali. Nic dziwnego, pomyślała. Takie rzeczy pewnie rzadko się tu zdarzały. W Glasgow ludzie po prostu dalej robiliby zakupy.

— Jej chłopak jest na komisariacie — powiedział Macleod. — Ale najpierw rozejrzyjmy się w jej lokalu. Na razie pozostaje dla nas zagadką. Wolę najpierw wyrobić sobie o niej zdanie na podstawie jej rzeczy, a dopiero potem słuchać cudzych wersji.

Hope skinęła głową. Macleod miał rację: łatwiej ocenić cudze relacje, gdy najpierw samemu wyrobi się zdanie o ofierze. Weszła za nim do niewielkiego lokalu. Witryna reklamowała różne formy uzdrawiania duchowego i masażu, ale gdy tylko przekroczyli próg, poczuła, że coś tu nie gra.

Pomieszczenie od frontu urządzono skąpo. Pośrodku stał przykryty ręcznikami stół do masażu, a w kącie czaił się niewielki zestaw stereo. Obok butelek z rozmaitymi płynami ustawiono kilka rodzajów ziołowej herbaty, a przy sportowych bidonach stało parę szklanek. Całość była dziwnie niespójna — jakby lokal w połowie próbował uchodzić za przybytek duchowego uzdrawiania, a w połowie za zwyczajny salon dla panów.

Macleod podniósł z niskiego stolika oprawioną w sztywną okładkę księgę formatu A4 i zaczął ją kartkować. Hope zajrzała mu przez ramię. W środku widniały nazwiska mężczyzn, godziny wizyt i adnotacje o płatnościach.

— Ile teraz kosztuje masaż? — zapytał Macleod.

— Czterdzieści funtów, może trochę więcej. A co?

— A dwieście funtów? Brzmi rozsądnie? Kilku panów musiało korzystać z naprawdę długich masaży.

— Może płacili z góry? Wykupili pakiet? — podsunęła Hope.

— Przyjrzę się bliżej tej księdze, McGrath. Proszę obejrzeć resztę lokalu.

Hope skinęła głową i przeszła przez drzwi na zapleczu. Znalazła za nimi ciasny przedsionek i schody. Ciemnoniebieska wykładzina była już wytarta, a biała tapeta przybrała kremowy odcień — wyraźny ślad zbyt długiego zaniedbania. Strome schody prowadziły do drzwi, za którymi mieściła się skromna kawalerka.

Podwójne łóżko z porozrzucaną pościelą zajmowało róg przy oknach wychodzących na ulicę. Zasłony, w przeciwieństwie do większości mebli, wyglądały na nowe i skutecznie blokowały światło oraz wzrok ewentualnych podglądaczy. Na łóżku leżał biały szlafrok o jedwabistym połysku, wyglądający na dość prześwitujący. Nad nim wisiały plakaty przedstawiające kobiety w wysmakowanych, choć mocno erotycznych pozach.

Naprzeciw łóżka stało kilka szafek ze zlewem. Na blacie ustawiono mikrofalówkę i dwupalnikową płytę grzejną. W zabudowie Hope znalazła niemal pustą lodówkę. Były w niej tylko połówka melona i butelka wody. W szafkach również niewiele: kilka podstawowych garnków i patelni. Nad nimi wisiała mapa wyspy Lewis, najwyraźniej turystyczna, bo reklamowała miejscowe usługi. W głębi pokoju znajdowały się niewielkie drzwi. Za nimi Hope odkryła łazienkę z prysznicem i toaletą. Na haczyku po wewnętrznej stronie drzwi wisiały ręczniki, a pod prysznicem stało tylko kilka pustych butelek po żelu i szamponie.

Po powrocie do głównego pokoju Hope przeszukała szafki przy łazience. Znalazła w nich sporo odzieży sportowej i bielizny. Ta dziewczyna musiała żyć przede wszystkim ciałem, pomyślała. Odzież sportowa była porządna, z górnej półki. Bielizny zaś miała wręcz nienormalnie dużo, w tym sporo wyuzdanych, fetyszystycznych fasonów. Hope przerzuciła stos ubrań i znalazła kajdanki. Głębiej kryły się bardziej intymne akcesoria, wyraźnie nieprzeznaczone do używania w pojedynkę.

Nagle wyczuła czyjąś obecność za plecami. Odwróciła się z wibratorem w dłoni i zobaczyła obrzydzenie w oczach Macleoda.

— Znalazła pani coś przydatnego? — wycedził.

— Wygląda na to, że lubiła zabawiać gości. Pełno tu zabawek erotycznych i seksownych ciuchów. A te plakaty nad łóżkiem? Idealne do budowania nastroju. Tyle że całą tę scenografię urządziła niewielkim kosztem. Poza tym była chyba fanatyczką sportu albo przynajmniej kolekcjonowała odzież sportową. Te rzeczy są akurat porządnej jakości.

Hope obserwowała Macleoda. Podszedł do łóżka z ustami ściągniętymi w gniewnym grymasie, zatrzymał się i pokręcił głową.

Hope otworzyła kilka ostatnich szuflad. Znalazła suszarkę do włosów, kosmetyki i kilka kompletów drogiej bielizny. Było tam także kilka niewielkich białych pakiecików.

— Panie inspektorze — zawołała.

Macleod podszedł.

— Głupia dziewczyna — powiedział. — Takie życie zawsze źle się kończy.

— To trochę zbyt surowy osąd, panie inspektorze. Nic jeszcze o niej nie wiemy.

— Wręcz przeciwnie, detektyw McGrath. Wiemy, że lubiła budzić w mężczyznach dzikie instynkty, zapewne za pieniądze. Powiadam pani, takie dziewczyny nie mają pojęcia, jakie demony wyzwalają w mężczyznach, gdy się tym zajmują. Mężczyzna to dzikie zwierzę, McGrath, żywioł nieokiełznanych emocji. Powinny żyć skromniej i trzeźwiej.

— To nie znaczy, że zasłużyła, by ją zamordowano.

— Nie. Ale lwa lepiej nie budzić. Zbyt często sami wkładamy rękę w ogień. Tak było i w moim życiu. Dawno temu, zanim odnalazłem swoją drogę. Zbyt wielu jej nie odnajduje, McGrath. Zbyt wielu.

— Pan też kiedyś szalał? Nie wygląda pan na takiego, panie inspektorze — rzuciła Hope.

— Nie jestem dumny z tego, że dałem się zniewolić demonowi alkoholu. Teraz jednak należę do Pana, McGrath. Nad tym wszyscy powinniśmy się zastanowić.