Uzyskaj dostęp do tej i ponad 240000 książek od 14,99 zł miesięcznie
Niektóre sekrety rodzą się ze strachu, inne z milczenia...
W małym mieście nikt nie znika bez śladu, a jednak Laura zniknęła. Z każdym dniem rośnie niepokój, a pytania pozostają bez odpowiedzi. Ci, którzy próbują ją odnaleźć, zaczynają dostrzegać, że prawda nie jest prosta i że Laura nie mówiła wszystkiego.
Z każdym dniem cisza staje się coraz głośniejsza, a pytania coraz bardziej niewygodne. Bo prawda nie zawsze chce zostać odnaleziona, a milczenie potrafi być najgłośniejszym krzykiem.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 240
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Łukaszowi. Dziękuję, że zostajesz ze mną zawsze wtedy, gdy wszyscy idą spać…
LAURA
20 listopada 2024
Nienawidzę tego miasta za jego kurewstwo.
Znowu zadaję sobie pytanie: gdzie jesteś…?
Wiesz, w Stukocinie spadł dziś śnieg. Lubisz śnieg? Nawet tego nie wiem. Ja nie lubię. To białe gówno przykrywa dosłownie wszystko.
A może to dobrze? Bo pod śniegiem znika szarość tego cholernego miasta.
Ostatnio coraz mniej chce mi się żyć. Chciałabym cię znaleźć, porozmawiać, zapytać, dlaczego odszedłeś. Nie mam ani jednego twojego zdjęcia. Nie wiem, jak wyglądasz. Ale też nie za bardzo pamiętam, jak sama wyglądam.
Czy osoba w lustrze to naprawdę ja?
Wiesz, to zabawne – mój telefon ma funkcję face ID i on też czasem mnie nie rozpoznaje.
Czy wciąż jestem sobą?
Ciężko mi.
Proszę, wróć.
MATKA
28 sierpnia 2025
Poranne słońce wlewało się przez kuchenne okno, oświetlając stół zastawiony naczyniami i jedzeniem. Matylda stała przy nim w zamyśleniu, z rękami złożonymi w modlitewnym geście. Wpatrywała się w pustą ulicę za szybą. Laura nie wróciła w nocy. Nie odbierała telefonu. Nie odpowiedziała na wiadomości. Wzrok kobiety przeniósł się na krzesło, na którym zwykle siedziała córka. Może została u Kacpra? Nie byłby to pierwszy raz, już się tak zdarzało, jednak zawsze dawała znać. Tym razem było inaczej – pokłóciła się z córką przed jej wyjściem. Gdyby miała się zastanowić, to lato generalnie było inne. Grzeczna, spokojna dziewczyna, którą była jej córka, zmieniła się w kogoś trudnego do ogarnięcia. Stała się buntownicza, niezależna. To pewnie przez cały ten stres przed ostatnią klasą, a może wpadła w złe towarzystwo, bo na pewno nie… Nie, matka Laury wypierała inne możliwości. Zresztą nie wierzyła, że Kacper pozwoliłby jej wpaść w złe towarzystwo. Ten chłopiec zawsze był obok jej córki, niczym anioł stróż. Kiedy był z Laurą, kobieta była spokojna.
Usłyszała jego ciężkie kroki, zanim drzwi do kuchni otworzyły się z impetem. W drzwiach stanął jej mąż, ojczym Laury.
– Znowu nie wróciła? – warknął, a gdy potwierdziła skinieniem głowy, rzucił ostro: – Szlag wie, co się z nią dzieje! – Rzucił jej pełne irytacji spojrzenie. – Nie masz nad nią żadnej kontroli!
Kobieta westchnęła, prostując plecy. Jego porywczość zawsze była dla niej trudna, czasem bolesna, ale pamiętała, ile mu zawdzięcza. Dał im dom, życie, na które sama nie mogłaby sobie pozwolić. Tę surowość, wybuchy złości można było jakoś uzasadnić – taka była wola Boga. A przynajmniej tak to sobie tłumaczyła.
– Pewnie została u Kacpra – mruknęła, starając się zachować spokój, a jednocześnie nieudolnie broniąc córki. – Nic jej się nie stało.
Mężczyzna prychnął i wpakował do ust kanapkę, którą mu zrobiła. Jego gniew powoli tracił na sile w obliczu jej pewności. Kiedy skończył jeść, wstał, szurając krzesłem po posadzce.
– Idę.
– Miłego dnia – odparła mechanicznie, odwracając się do zlewu, by włożyć do niego brudne naczynia.
Poczekała, aż echo jego kroków opuści dom. Dopiero wtedy westchnęła, w duchu powtarzając modlitwy. Jeszcze nie wiedziała, że ten rok szkolny i nadchodząca klasa maturalna przyniosą więcej pytań niż odpowiedzi.
Dokończyła poranne obowiązki w kuchni, zmyła naczynia i przeszła do pokoju córki. Na podłodze walały się świeżo zakupione podręczniki i zeszyty. Podniosła je i ułożyła równo na biurku, a następnie poprawiła poduszki na łóżku, jakby uporządkowanie przestrzeni mogło przywrócić spokój w jej sercu, chociaż Laura wciąż nie wróciła.
Gdy skończyła sprzątać, udała się do łazienki i nałożyła delikatny makijaż; chciała wyglądać świeżo na poranne wyjście. Jak zawsze planowała odwiedzić małą kaplicę przy liceum. Modlitwa była dla niej codziennym rytuałem, sposobem na uporządkowanie myśli i zebranie sił.
Ponownie wyjrzała przez okno na ulicę i krótki chodnik prowadzący do jej domu. Sprawdziła zegarek i z cichym westchnieniem ruszyła do wyjścia. Już po chwili zeszła z delikatnego wzniesienia i skręciła w prawo, kierując się do kaplicy. Miasto budziło się do życia. Jej wzrok przyciągnął wszechobecny brud – na chodnikach zalegały papiery, puszki, a w płynącym wzdłuż ulicy potoku tonęły butelki. Na moment przymknęła oczy i westchnęła. Z roku na rok ludzie coraz mniej dbali o przestrzeń publiczną. Wiecznie dokądś gnali, zaniedbując to, co wspólne. Nie mogła tego zrozumieć. Jej myśli jednak szybko wróciły do codziennych spraw. Zakupy, obiad, obowiązki. Trywialne, zwykłe rzeczy wypełniły jej głowę, dając złudzenie kontroli, podczas gdy świat jej córki wydawał się coraz bardziej nieprzewidywalny.
Zanim się spostrzegła, stanęła przed drewnianymi drzwiami kaplicy. Pchnęła je lekko i z zaskoczeniem przyjęła fakt, że nie zaskrzypiały – najwidoczniej zostały naoliwione. Uśmiechnęła się, doceniając, że ksiądz dba o to miejsce, jakby wiedział, że daje jej ono ukojenie. Usiadła w swojej ławce, złożyła dłonie i zamknęła oczy, by oddać się modlitwie. W takich chwilach mogła uporządkować myśli, wzmocnić wiarę i poczuć, że świat, choć pełen niepokoju, wciąż ma swoje stałe punkty.
– Dzień dobry, pani Matyldo – usłyszała za plecami znajomy, miękki głos.
Otworzyła oczy i zobaczyła stojącego w drzwiach kaplicy księdza z sekatorem w ręce.
– Dzień dobry, ojcze Marku. – Skinęła pokornie głową, choć znali się jeszcze z czasów szkolnych.
– Co słychać? Laura gotowa na ostatni rok w szkole?
Matylda uśmiechnęła się lekko, z opanowaniem, nie dając po sobie poznać, że ma problemy z córką. Przyjdzie na to czas przy konfesjonale, kiedy wyzna spowiednikowi, ile razy miała ochotę uderzyć córkę, by ta się opamiętała. I choć nigdy nie podniosła na nią ręki, grzeszyła myślą.
– Naturalnie – odparła. – Zeszyty kupione, wszystko gotowe.
Ksiądz kiwnął głową, uśmiechając się ciepło, po czym dodał:
– Bardzo dobrze. Sam nie mogę się doczekać, kiedy zasiądę z nimi w klasie. – Wskazał sekator w ręku. – Muszę podciąć kilka drzewek obok kaplicy, żeby było ładnie, gdy wrócą uczniowie. Miłego dnia.
– Przynajmniej ojciec dba o to, by jakiś skrawek Stukocina był piękny. Miłego dnia…
Skinęła głową, patrząc, jak kapłan wychodzi na zewnątrz. W jej wnętrzu zapanował spokój. Na krótką chwilę świat stał się uporządkowany, przewidywalny, a ona mogła kontynuować swój poranek bez nerwów.
Wyszła z kaplicy i skierowała się pod górkę, w stronę centrum miasta. Po drodze minęła księdza Marka pochłoniętego pracą; widziała, że ma w uszach słuchawki, co ponownie przywołało na jej twarz uśmiech. Sutanna sutanną, ale pewne rzeczy się nie zmieniają. Matylda była prawie pewna, że w dalszym ciągu słucha ostrego metalu, od którego kiedyś głowa niemal pękała jej na milion kawałków. Wchodząc na rozchybotany mostek nad potokiem, zaciągnęła się rześkim powietrzem. Ostatnie dni lata wypełniało słońce. Na chodniku obok prywatnej przychodni minęła znajomą, która przywitała się z nią serdecznie.
– Dzień dobry – odparła Matylda, starając się zachować pogodny ton, chociaż powoli znów zalewał ją lęk.
Myśl o Laurze nie dawała jej spokoju, mimo że wciąż przekonywała samą siebie, że córka jest u Kacpra. Miała nadzieję, że zastanie ją w domu po powrocie.
Dotarła do sklepu i przeszła między regałami, metodycznie wybierając produkty na obiad. W głowie przewijała listę zakupów. Każdy dzień miała zaplanowany co do minuty, tak by przygotowany posiłek podać na czas, gdy mąż wróci z pracy.
W drogę powrotną ruszyła inną trasą, tym razem omijając kaplicę. Zanim się spostrzegła, była na ulicy prowadzącej do jej domu. Postanowiła, że jeśli Laury nadal nie będzie, zadzwoni do Kacpra. On zawsze wiedział, gdzie jest jej córka. Byli przecież nierozłączni. Matylda liczyła, że zostaną ze sobą już do końca życia. Chłopak pochodził z porządnej rodziny, był miły, kulturalny, dobrze wychowany, nie miał problemów z nauką, do tego trenował hokej. Nie pił, nie palił, przynajmniej Matylda nic o tym nie wiedziała. No i najważniejsze – wpatrywał się w jej córkę ze szczerym uwielbieniem. Przez długi czas była niemal pewna, że Laura czuje to samo, ale w ostatnim roku szkolnym coś się zmieniło. Córka gasła w oczach, zaczęła się dystansować – również od niego.
Weszła do domu, zostawiła torbę z zakupami w kuchni i od razu sięgnęła po telefon. Nie miała wątpliwości, że córka nie wróciła. Z jej pokoju nie dobiegała muzyka, którą na pewno Laura włączyłaby na cały regulator, gdyby tylko zorientowała się, że jest sama. Usiadła na kanapie w salonie. Na chwilę jej palec zawisł nad imieniem córki, ale wiedziała, że Laura na pewno nie odbierze, więc postanowiła skontaktować się z Kacprem. Wybrała numer i po kilku sygnałach usłyszała jego głos.
– Halo? – odezwał się bez zaskoczenia; w tle słychać było szum ulicy.
– Dzień dobry, Kacper, z tej strony mama Laury – powiedziała, starając się zachować spokój w głosie.
Chłopak zaśmiał się cicho.
– Pani Tylko, przecież mam wpisany pani numer. Co potrzeba?
Matylda przymknęła oczy. Kacper nazywał ją panią Tylko trochę od jej imienia, a trochę dlatego, że zawsze gdy wychodzili gdzieś z Laurą, mówiła „Tylko uważajcie na siebie”.
– Kacper, czy Laura została wczoraj u ciebie na noc?
– Nie… – Chłopak zamilkł na moment, a potem jego ton lekko zadrżał. – Nie została. Wyszła z ogniska szybciej, twierdziła, że źle się czuje. Chciałem ją odprowadzić, ale powiedziała, że nie ma potrzeby… Nie wróciła jeszcze do domu?
Matylda poczuła, że serce jej przyspiesza, a ciało oblewa zimny pot. Właśnie tego obawiała się najbardziej.
– Nie – odparła cicho, próbując opanować strach. – Myślałam, że została u ciebie na noc, jak zwykle.
– Nie tym razem… – Kacper się zawahał, w jego głosie brzmiała mieszanka zdziwienia i niepokoju. – Wróciłem właśnie z treningu. Mogę do pani przyjść. Spróbuję ustalić, czy nie została u kogoś innego…
Matylda poczuła, że coś zadrżało w jej wnętrzu.
– Dziękuję, Kacper, nie przychodź – wyszeptała, starając się ukryć narastającą panikę. – Mąż niedługo wróci. Ale daj mi, proszę, znać, jak się czegoś dowiesz, dobrze?
– Oczywiście. – Słychać było, że chłopak sam zaczyna się martwić. – To naprawdę dziwne, że nie wróciła…
– Może za chwilę dotrze. Wtedy ja dam znać tobie.
– Zadzwonię do niej…
– Dobry pomysł. Jak ma od kogoś odebrać, to pewnie od ciebie. Do usłyszenia, Kacper…
– Do widzenia.
Matylda odłożyła komórkę na stolik kawowy. Ręce jej drżały. Myśli galopowały w głowie. Próbowała szukać racjonalnego wyjaśnienia, uspokoić samą siebie, ale niepokój nie dawał się tak łatwo uciszyć. Czuła, że stało się coś złego.
KACPER
Odłożył telefon na biurko, ale już po sekundzie znów go chwycił. Słowa matki Laury dudniły mu w uszach. Nie wróciła na noc… Ta informacja uderzyła go bardziej, niż chciałby przyznać. Wybrał jej numer. Raz, drugi, trzeci. Zawsze to samo: kilka długich sygnałów, a potem głucha cisza. Laura czasem nie odbierała, kiedy była zła, ale w końcu odpisywała. Albo chociaż rzucała krótkie „Żyję, pogadamy potem”. A tym razem nic.
Westchnął i zaczął pisać wiadomość.
Hej, odezwij się jak najszybciej. Twoja mama dzwoniła, martwi się. Ja też. Gdzie jesteś?
Wysłał i od razu zaczął odtwarzać w głowie wczorajszy wieczór. Szum ogniska, muzyka z głośnika Staszka, śmiech, dym, ktoś opowiadał idiotyczne historie, których dziś nikt już pewnie nie pamiętał. Laura siedziała obok niego, owinięta kocem, bo noc była chłodniejsza niż zwykle o tej porze. Wydawała się spięta. Próbował ją rozśmieszyć, ale szybko się zirytowała. Powiedział coś głupiego, nawet nie pamiętał co. Nie pokłócili się na serio, takie ich drobne przepychanki były normą, jednak tym razem spojrzała na niego ostrzej niż zwykle. I wtedy podszedł ten gość z czwartej B. Jak mu było…? Łukasz? Łysy? Łysy Łukasz? Coś takiego. Kręcił się koło Laury cały wieczór. Niby nic w tym dziwnego. Odkąd Laura zmieniła styl, nagle połowa szkoły zaczęła ją zauważać. Ale Kacper poczuł wtedy dziwne ukłucie. Nie tyle zazdrości, ile niepokoju. Koleś coś do niej powiedział. Był zbyt blisko, zbyt pewny siebie. Laura skrzywiła się i odeszła. Kacper ruszył za nią, ale powiedziała tylko, że boli ją głowa i wraca do domu. Zaproponował, że ją odprowadzi, jednak odmówiła. „Zostań, dobrze się bawisz. Ogarnę sama, Pele”, rzuciła, zmuszając się do uśmiechu.
„Ogarnę sama”… – Kacper mimowolnie powtórzył to w głowie. Teraz, gdy o tym myślał, coś mu nie pasowało. Nazwała go co prawda tą uroczą ksywką, którą nadała mu jeszcze w dzieciństwie, ale w jej oczach nie było rozbawionych iskierek towarzyszących jej zawsze, gdy to mówiła.
Otworzył czat i napisał do Sylwii, jedynej osoby, z którą Laura naprawdę dużo gadała. Prawie tyle, co z nim.
Kacper: Hej, jak się czujesz? Rozmawiałaś wczoraj z Laurą, prawda?
Odpowiedź przyszła po minucie.
Sylwia: Stary, mam kaca jak stąd do wieczności. Prawie nic nie pamiętam. Ona już wychodziła, jak z nią gadałam… chyba?
Przygryzł wargę i odgarnął jasne włosy opadające mu na oczy. „Chyba”… Wszyscy wypili wczoraj po kilka piw. Niektórzy coś mocniejszego. On też. Ale nie zrobił się na tyle, żeby urwał mu się film. Oparł łokcie o biurko i przetarł twarz. Czuł, że coś jest nie tak. I to bardziej, niż mogło się wydawać matce Laury. Bardziej, niż chciał przyznać sam przed sobą.
Wstał i otworzył okno, by wpuścić do pokoju świeże powietrze.
– Gdzie jesteś, Lauro…? – wymamrotał.
Znowu spojrzał na ekran telefonu, jakby miał nadzieję, że tym razem zobaczy nowe powiadomienie. Ale ten świecił tylko zimnym światłem. W końcu nie wytrzymał i wybrał numer Sylwii. Może jednak dziewczyna pamięta więcej, niż napisała. Długo nie odbierała. Już nawet przeszło mu przez myśl, że wyłączyła dźwięk i śpi, ale w końcu usłyszał jej udręczony głos:
– Kacper, błagam… Powiedz, że nie dzwonisz z jakąś bzdurą… Ja tu serio umieram…
– Chodzi o Laurę – od razu przeszedł do rzeczy. – Nie wróciła na noc do domu. Jej matka do mnie dzwoniła. Ty… widziałaś ją wczoraj z tym Łukaszem? Z czwartej B?
Zapadła krótka cisza, a potem Sylwia mruknęła:
– Z Łukaszem? Hm… no możliwe. Oni od dłuższego czasu mają jakiś kontakt…
Kacper poczuł, jak coś ściska mu żołądek.
– Co?
– Serio nie wiedziałeś? – zdziwiła się. – Przecież on ją odprowadzał po szkole, pisał do niej. Myślała, że wszyscy wiedzą…
Nic mi nie powiedziała – wydusił.
– No to nie wiem… Może nie chciała cię martwić? – Sylwia ziewnęła przeciągle. – Albo po prostu miała swoje sprawy, Kacper, jesteśmy prawie dorośli.
– Ale… – zaczął, jednak Sylwia burknęła, że musi iść pod wodę, i rozłączyła się bez pożegnania.
Przez chwilę stał w miejscu, ściskając komórkę w dłoni, aż poczuł nagłą potrzebę ruchu. Zaczął krążyć tam i z powrotem po pokoju, jakby w ten sposób łatwiej mu było się skupić. Laura wiedziała o nim wszystko, a on o niej. Albo tak tylko mu się wydawało. Widział, że się zmienia – najpierw subtelnie, potem coraz wyraźniej. Różowe pasemka w blond włosach, ciężkie buty, czarne paznokcie, eye-liner, który robił z jej oczu dwie ostre kreski. Zawsze była śliczna, ale ostatnio… była inna. Wciąż mu się podobała, nawet bardzo, ale miał wrażenie, że ta jej wersja to jakaś maska, zbroja, którą nagle zaczęła nosić.
– Czemu nic nie mówiłaś…
Próbował ją podpytać w ostatnich miesiącach, próbował zrozumieć, skąd te zmiany. Ale ucinała każdą próbę rozmowy, złościła się. Wymykała mu się. Coraz częściej była poza jego zasięgiem. Znikała na całe weekendy, imprezowała z ludźmi, których nie znał, starszymi, z innych szkół – a on krył ją przed matką. Raz w szkolnej toalecie usłyszał, jak dwóch chłopaków gada o tym, że Laura zaciągnęła mefa na imprezie i odleciała tak, że musieli ją wynieść na balkon. Parsknął wtedy śmiechem, pewny, że to głupia plotka. Laura? Ona? Przecież znał ją całe życie! Wiedział, co robi, co lubi, czego się boi. Znał jej sekrety, jej historie, wszystko. Wiedział… prawda? Teraz niczego już nie był pewny.
Chodził coraz szybciej. Ręce drżały mu od napięcia, a myśli kołatały w głowie. A co, jeśli Laura wpakowała się w coś dużego? Co jeśli to nie jest zwykłe zniknięcie? Myślał o tym, że wczoraj wyszła sama. O tym całym Łukaszu. O jej nagłej zmianie. O rzuceniu siatkówki. W końcu – o jej milczeniu.
– Gdzie jesteś…? – szepnął znowu, a w jego głosie brzmiał lęk, którego nie potrafił już ukryć.
Nie umiał się na niczym skupić. Nie zjadł nawet obiadu. Było mu niedobrze. Usiadł na łóżku, otworzył wiadomości i zaczął przewijać ich czat. Setki, tysiące linijek, głupie żarty, memy, kłótnie, wyznania, ciche rozmowy o trzeciej nad ranem, kiedy świat wydawał się prostszy, a przyszłość nieskończona jak długa, szeroka droga. W ostatnich miesiącach ich rozmowy wyglądały inaczej. Zrobiły się cięższe. Ciemniejsze. Zatrzymał się na jednej wiadomości Laury sprzed kilku tygodni.
Laura: Zastanawiam się, czy on jeszcze żyje. Może ma drugą rodzinę. Może jestem dla niego nikim.
Kacper pamiętał, że odpisał od razu.
Kacper: Jesteś kimś. A jeśli on tego nie widzi, to go znajdziemy, nawet jak twoja matka nic nie powie. Razem.
Odpowiedziała wtedy serią serduszek i głupią naklejką, którą często mu wysyłała – a on czuł, jakby naprawdę mogli wszystko. W końcu mieli plan: po maturze znaleźć ojca Laury. Opuścić miasto, które oboje nienawidzili.
Przewinął niżej. Do wiadomości, która teraz była jak cios prosto w brzuch.
Laura: Obiecaj mi, że jak skończymy szkołę, to stąd uciekniemy. Z tego kurewskiego, zatęchłego miasta. Daleko. Obiecaj.
Obiecał jej to wtedy bez wahania. A ona kontynuowała, wyraźnie wzburzona.
Laura: Bo ja nie chcę tu być. Nie chcę mieszkać z matką, która całymi dniami klepie zdrowaśki i pozwala sobą pomiatać facetowi, którego każe mi nazywać ojcem, chociaż on nim nie jest.
Pamiętał, że wtedy długo patrzył na te słowa, jakby nie powinien ich czytać. Laura rzadko mówiła wprost o swoim domu. Może nie chciała go obciążać, może było jej wstyd, ale on i tak dużo wiedział z własnych obserwacji. Teraz przewijał kolejne wiadomości, jakby szukał w nich odpowiedzi, której wczoraj nie zauważył.
Laura: Zabierz mnie z tego domu. Chociaż na jeden dzień.
Laura: Nie mogę tu oddychać.
Laura: Nie mogę dłużej patrzeć na nią, jak klęka przed Bogiem, ale nie ma odwagi klęknąć przede mną i powiedzieć prawdy.
Przełknął ślinę. Miał wrażenie, że między tymi wiadomościami była przestrzeń, której wtedy nie rozumiał, a która powinna była zapalić w nim lampkę ostrzegawczą. Zatrzymał się na ostatniej dłuższej rozmowie, raptem sprzed kilku dni.
Laura: Kacper… a jakbym nie chciała czekać do matury?
Kacper: Co masz na myśli?
Laura: Że może powinnam wyruszyć już. Sama. Nie wiem… Myślę o tym coraz częściej.
Kacper: Laura, przecież mieliśmy to zrobić razem.
Laura: Wiem. I chcę. Ale jestem już taka zmęczona.
„Zmęczona” – to słowo paliło go teraz pod skórą. Pomyślał, czy mogła wyjechać bez niego, ale od razu pokręcił głową. Nie. Nie Laura. Ona trzymała się ich wspólnych planów jak koła ratunkowego.
Usiadł na łóżku, odłożył telefon i schował twarz w dłoniach. Zawsze mówiła, że mu ufa. Zawsze powtarzali sobie, że jak nadejdzie odpowiedni moment, wsiądą w pierwszy lepszy pociąg i nie obejrzą się za siebie. Czy to się mogło zmienić? Czy wydarzyło się coś, co pchnęło ją do działania wcześniej? Jakiś impuls? Lęk o coś? Kłótnia w domu? Znał ją całe życie. Znał jej uśmiech, jej radość, jej strachy. Przecież, kurwa, ją znał! Ale czy na pewno? Im dłużej o tym myślał, tym bardziej rosło w nim przerażające, drapiące uczucie – jak potwory pod łóżkiem. Co jeśli naprawdę w coś się wpakowała albo gorzej – ktoś jej w tym pomógł?
Usłyszał sygnał nadchodzącej wiadomości i drżącymi palcami sięgnął po komórkę. Ale to nie była ona.
LAURA
3 grudnia 2024
Nie wiem, po co to piszę. Może żeby pamiętać. A może żeby nie zwariować. Dni są teraz krótkie, światło znika o czwartej, a ja mam wrażenie, jakby ktoś zgasił je też we mnie. Może to tylko zima. Może to ja.
Matka mówi, że adwent to czas czuwania. Pierdolenie, bo ja czuję się jak ktoś, kto próbuje nie zasnąć w autobusie, bo boi się przegapić swój przystanek. To takie czuwanie, które boli.
Robert codziennie wraca z pracy i tupie w korytarzu, jakby chciał ogłosić światu swoje przybycie. Matka biegnie mu otworzyć, uśmiecha się do niego, a mnie skręca w brzuchu. Nie wiem czemu. Kiedyś go lubiłam. A teraz czuję, jakby każde jego spojrzenie było za długie, zbyt ciężkie. Jakby patrzył na mnie inaczej. Jakby coś wiedział – i przez to darzył mnie pogardą. Może tylko mi się wydaje. Chcę wierzyć, że mi się wydaje.
W szkole też jest dziwnie.
Facet z polskiego zachowuje się tak, jakby chciał być bliżej uczniów. Lubi powtarzać, że nas rozumie, że wie, jak to jest być młodym. Czasem, gdy przechodzi obok mojej ławki, kładzie mi dłoń na ramieniu. „Dobra praca, Lauro. Pięknie napisałaś”. Kolejne pierdolenie. Wiem, że się opuściłam. Niby nic, ale zawsze wtedy czuję, jak mrowieje mi kark, choć wiem, że nie robi niczego, czego nie robił do tej pory. Po prostu ja się zmieniłam i mi to nie pasuje. Chyba nikt tego nie widzi. Albo widzą i mają to gdzieś.
Rzuciłam siatkę. Nie dam rady dłużej trenować. W domu była awantura, ale oni nigdy nie zrozumieją. Kacper mówi, żebym się nie przejmowała. Ale Kacper nie widzi wszystkiego. Nie widzi tego, jak matka zmienia ton, kiedy próbuję jej o czymś powiedzieć. Jakby słyszała tylko to, co chce słyszeć, a nie to, co mówię.
Powiedziała mi dzisiaj, że jak się bardziej postaram, to Pan Bóg odmieni moje serce. Ale ja nie chcę, żeby ktokolwiek zmieniał moje serce. Chcę tylko, żeby przestali mnie naciskać. Wszyscy.
Coraz częściej się zastanawiam, jaki jest mój ojciec. Jak wygląda. Gdzie mieszka. Czy w ogóle pamięta, że jestem. Może jakbym go znała, byłoby inaczej. Lepiej. Bezpieczniej. Na pewno nie pozwoliłby na to wszystko. Ochroniłby mnie…
Kacper mówi, że jak skończymy szkołę, pomoże mi go odnaleźć. Wierzę mu, ale nie wiem, czy starczy mi cierpliwości, żeby tyle czekać. Dopiero grudzień, a ja już mam wrażenie, że z każdym dniem trudniej mi się oddycha.
Nie wiem, co się ze mną dzieje.
Może nic.
Może wszystko.
MATKA
Matylda stała przy kuchence, mieszając zupę; nie pamiętała, czy dodała sól, czy nie. W skroniach dudniło jej jedno. Laura powinna już wrócić. Powinna wejść do domu, zamknąć drzwi, jak zawsze z lekkim trzaśnięciem, i krzyknąć przez korytarz, że jest głodna. Zamiast tego – cisza.
Gdy usłyszała klucz w zamku, podskoczyła. Robert wszedł do domu ciężkim krokiem, rzucając torbę na krzesło, jak zwykle. Przeszedł do kuchni, rozejrzał się i zmarszczył brwi.
– Gdzie Laura? – zapytał, nalewając sobie wody do szklanki.
Poczuła, jak w gardle rośnie jej twarda gula. Słowa, które powinna powiedzieć: „nie wróciła”, uwięzły jej w krtani i nie miała odwagi ich uwolnić. Nie przed nim. Nie, kiedy kierował w jej stronę to oceniające, kontrolujące spojrzenie. Zamiast prawdy wypłynęło z niej zdanie, które przyszło samo, jak odruch:
– Była. Wpadła na chwilę i powiedziała, że idzie do Kacpra.
Mąż spojrzał na nią podejrzliwie.
– Do tego chłopaka? Tego… jak mu tam… Pele? – Machnął ręką. – No dobra. Grunt, że nie szlaja się po mieście.
Skinęła głową, choć jego słowa ugodziły ją jak policzek. „Szlaja się”. Z jaką łatwością to powiedział.
Robert zdjął koszulę i w podkoszulku usiadł przy stole. Przysunął sobie talerz, jakby to był zwykły dzień. Jakby nic złego się nie stało. Ona jednak czuła, że powietrze robi się cięższe. Że Bóg, który widzi wszystko, patrzy na nią z góry i wie, że skłamała. Dlaczego? Dlaczego tak lekko przyszło jej to kłamstwo? Dlaczego nie powiedziała mężowi, że Laura do tej pory nie pojawiła się w domu? Znała odpowiedzi na wszystkie pytania. Bo on by się wściekł. Bo zacząłby krzyczeć. Bo powiedziałby, że nie ma nad nią kontroli i że to wszystko jej wina. Że wychowała buntowniczkę. Że Laura jest jak jej ojciec – nieodpowiedzialna i nieposłuszna. Bo choć nie miał pojęcia, kim był jej ojciec, lubił wydawać taki osąd. A Matylda nie chciała tego wszystkiego słuchać. Nie dzisiaj. Nie teraz, kiedy jedyne, czego pragnęła, to żeby jej dziecko wróciło do domu całe i zdrowe.
Odwróciła się do zlewu, żeby nie widział, jak drżą jej ręce. Oparła się o blat i zamknęła oczy, szepcząc w duchu błagalną modlitwę: „Panie, spraw, żeby wróciła. Spraw, żebym nie musiała się bać. Spraw, żeby to był tylko zwykły dzień”… Wiedziała, że powinna zadzwonić na policję. Powinna była to zrobić już rano, gdy odkryła, że jej nie ma. Ale nie potrafiła. Bo wtedy musiałaby przyznać przed sobą, że to, czego zawsze się obawiała, to, o czym myślała skrycie przez ostatnie miesiące, właśnie się wydarzyło. Że Laura zniknęła naprawdę – i tym razem nie zamierzała wrócić.
*
W telewizji nadawali wieczorne wiadomości, a Robert siedział w fotelu jak król, który wrócił do swojej twierdzy. W dłoni trzymał pilota i zmieniał kanały z irytacją, jakby świat nie potrafił dostarczyć mu niczego wartego uwagi.
Matylda siedziała obok w sztywnej pozie. Jej szkliste spojrzenie zacięło się w jednym punkcie na ekranie. Napięcie narastało w niej z każdą minutą, jakby miała w środku sprężynę, która zaraz pęknie. Przypomniała sobie, że kilka dni temu, kiedy rozmawiała z córką o szkole, ta chciała jej powiedzieć coś bardzo ważnego, ale wtedy zadzwonił Robert. Matylda odebrała, a kiedy skończyła z nim rozmawiać, Laury już nie było. Wyszła i przez kolejne dni nie wróciła do tematu. Zrobiła się tylko jeszcze bardziej wycofana.
Nagle wstała.
– Idę po wodę – rzuciła, kierując się do kuchni.
Ale nie wzięła wody. Wyjęła z szafki wino na „nagłe wypadki”, jak je kiedyś nazwała. Nalała sobie solidną lampkę, a nieco mniej wlała do drugiego kieliszka, dla męża. Oparła się o blat i wzięła pierwszy łyk, czując, jak alkohol rozgrzewa jej gardło i klatkę piersiową. Nie upijała się, ale czasami lubiła ukoić nerwy lekkim trunkiem. Wróciły obrazy, które od lat trzymała zamknięte. Siedemnaście lat temu ona też była młoda, przestraszona i sama, choć wokół niej byli ludzie, którzy wiedzieli lepiej. Jej rodzice. Dystyngowani, zasadniczy, wielcy katolicy z nazwiskiem, którego nie wolno było splamić. Gdy dowiedzieli się o ciąży córki, zamknęli ją przed światem. „Nie będziesz się zadawać z tym chłopakiem – powiedzieli. – Nie pozwolimy na skandal”.
Nie miała wtedy odwagi walczyć. Zawsze była tą posłuszną, ułożoną, grzeczną córką z dobrego domu. Urodziła Laurę w cieniu narzuconej przez rodziców tajemnicy. Ojciec dziecka zniknął z jej życia, zanim zdążyła z nim porozmawiać, a kiedy zjawił się ponownie, nie wyjawiła mu prawdy. Nie potrafiła zniszczyć jego poukładanego życia. Potem rodzice zmarli, a ona przyjęła wszystkie decyzje, które przyszły po kolei, jakby były częścią jakiegoś odgórnego planu. Robert pojawił się akurat wtedy. Silny, zdecydowany, zachwycony starym domem, jego historią, jego duszą. Przerobił go na swoją modłę. Malowanie, burzenie, wstawianie, przemeblowanie. A ona? Zgodziła się na wszystko, bo przy nim czuła, że ktoś wreszcie bierze odpowiedzialność za jej życie. Że ona może po prostu płynąć z prądem.
Przez lata był dobry. Dbał o Laurę. Uczył ją jeździć na rowerze, woził do szkoły. Ale kiedy dziewczyna weszła w wiek nastoletni, coś się zepsuło. Zaczęły się spięcia. Komentarze. Coraz większe oczekiwania Roberta. Coraz większy bunt Laury. A między nimi Matylda, która próbowała łagodzić, gasić, układać, a tak naprawdę coraz bardziej traciła grunt pod nogami. Czasami Matylda podejrzewała, że Robert dowiedział się, kim jest ojciec dziewczyny, ale sądziła, że gdyby naprawdę tak było, nie powstrzymałby się i rzuciłby jej to w twarz. Tak jednak się nie stało.
Wzięła kolejny łyk wina. Głębszy. Gdy wróciła do salonu, podała mężowi kieliszek.
Zerknął na nią podejrzliwie.
– I co z tą gówniarą? – zapytał, udając obojętność. – O której wróci?
Matylda przełknęła ślinę.
– Robert… to ostatnie dni wakacji. Pewnie siedzi z Kacprem. Daj jej spokój.
Zerknął na nią ostro, jak drapieżnik, któremu ktoś stanął na ogon.
– W moim domu panują moje zasady. Chyba o tym zapomniałaś – warknął, upijając łyk wina, które mu nalała, jakby to był jego przywilej, a jej obowiązek.
Przez ułamek sekundy miała ochotę powiedzieć, że to nie jest jego dom, tylko jej, a on jest gościem, któremu pozwoliła tu wejść. Ale głos jej matki odezwał się w niej niemal mechanicznie: Mężczyźnie, który dba o rodzinę, trzeba ustąpić. Trzeba być łagodną. Trzeba być wdzięczną. Trzeba…
Dlatego tylko skinęła głową i powiedziała:
– Porozmawiam z nią jutro. Jak wróci.
Jeśli wróci, dodała w myślach. Wino nie pomagało, tylko rozmywało obraz. Rozluźniało ciało, ale w sercu wciąż rosła panika. Coś złego wisiało nad tym domem. Coś złego stało się z jej dzieckiem. I Matylda, po raz pierwszy od wielu lat, poczuła, że modlitwa może nie wystarczyć.
Redakcja
Anna Płaskoń-Sokołowska
Korekta
Joanna Rodkiewicz
Projekt graficzny okładki
Mariusz Banachowicz
Skład i łamanie wersji do druku
Agnieszka Kielak
© Copyright by Skarpa Warszawska, Warszawa 2026
© Copyright by Emilia Szelest, Warszawa 2026
Wydanie pierwsze
ISBN: 9788384304167
Zezwalamy na udostępnianie okładki książki w internecie.
WYDAWCA
Agencja Wydawniczo-Reklamowa
Skarpa Warszawska Sp. z o.o.
ul. K.K. Baczyńskiego 1 lok. 2
00-036 Warszawa
tel. 22 416 15 81
www.skarpawarszawska.pl
@skarpawarszawska
Przygotowanie wersji elektronicznej
Okładka
Strona tytułowa
Prolog
Rozdział 1
Rozdział 2
Rozdział 3
Rozdział 4
Strona redakcyjna
Spis treści
