Uzyskaj dostęp do tej i ponad 240000 książek od 14,99 zł miesięcznie
20 osób interesuje się tą książką
Ciało na piasku z łopatą w dłoni — i plotki o zaginionym klejnocie. Stare panów bractwo, którego członkowie wymierają w zastraszającym tempie.
W szóstej wielkiej sprawie duetu Macleod i McGrath toczy się śmiertelna gra o skradziony przed laty klejnot o bajecznej wartości. Gdy dawni przyjaciele usuwają swoich nowych wrogów, inspektor Macleod poluje na skrawki pergaminu, które mają go zaprowadzić do kryjówki oczka w głowie pewnego sułtana — i do morderców, którzy nie potrafią bez niego żyć. Czy król piratów wyjdzie z tego zwycięsko, czy też inspektor obróci cały plan wniwecz?
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 271
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Nie przegap kolejnych premier: w Klubie Kryminału Cowper Publishing piszemy o nowych kryminałach i thrillerach po polsku — a na powitanie dostaniesz darmowy e-book.
cowperpublishing.pl/kryminal
Cykl Macleod
Tom 6
G.R. Jordan
Tytuł oryginału: The Pirate Club
Wydanie oryginalne: 2020, G.R. Jordan, Wielka Brytania
Przekład: Hawthorne Author Services (www.hawthorneauthorservices.com)
© 2026 Cowper Publishing
Wydawca: Cowper Publishing, Stallschreiberstrasse 28, Berlin 10179
ISBN 978-3-69477-077-0
Wszelkie prawa zastrzeżone. Żadna część tej publikacji nie może być powielana ani rozpowszechniana w jakiejkolwiek formie bez zgody wydawcy i autora.
Fale obmywały plażę. Mokry piasek przez chwilę lśnił, nim woda wsiąkła między ziarenka, a po niej nadbiegła kolejna spieniona fala. Stopy zaczęły jej grzęznąć w gęstej, kleistej mazi i czuła, jak chłód pełznie w górę nóg. Cholera, jak dobrze. Na plaży nie było nikogo, a po wczorajszej nocy pogoda na szczęście się uspokoiła, więc mogła nacieszyć się chwilą z dala od despotycznej matki.
Jak to się stało, że mam czterdzieści pięć lat i wciąż wszędzie włóczę się z matką? To pytanie nie dawało jej spokoju, gdy patrzyła na mewę, która poderwała się do lotu, zanim fala zdążyła obmyć jej łapki. Gdybym tylko mogła być wolna jak ten ptak, pomyślała, gdybym tylko mogła zerwać te więzy i odlecieć. Wiedziała jednak, że przy słabych płucach matki nic z tego nie będzie. A kiedy matka zapragnęła przyjechać na Barrę, by gonić za marzeniami z dawnych lat, Karen nie mogła puścić jej samej. Musiała więc chwytać dla siebie każdą chwilę, jaka się nadarzy. A ta wczorajsza zaparła jej dech w piersiach.
Rybak lustrował ją z drugiego końca hotelowego baru. Z początku Karen nie zwracała na to uwagi, ale mężczyzna nie dawał za wygraną. Gdyby miała na sobie coś eleganckiego, do diabła, może nawet seksownego, pewnie aż tak by się nie zdziwiła. Była jednak w workowatym swetrze i długiej spódnicy. Matka trajkotała obok, zupełnie nieświadoma spojrzeń, jakie Karen wymieniała z tajemniczym nieznajomym po drugiej stronie sali. Wodząc wzrokiem po jego steranym, lecz wciąż silnym ciele, Karen przestała słuchać opowieści o receptach i lekarzach. Myślami była już na takiej plaży jak ta.
Kiedy matka opróżniła szklankę, Karen skorzystała z okazji i podeszła do baru. Stanęła tuż obok rybaka i złożyła zamówienie. Gdy przyglądał się jej bujnym kształtom, próbowała przybrać nieco prowokacyjną pozę. Uznała, że wszystko zepsuła, kiedy włosy spięte z tyłu głowy rozsypały się i opadły jej na twarz. On jednak delikatnie odgarnął je dłonią. Próbował coś powiedzieć, lecz szybko uniosła rękę, powstrzymując go. Posmutniał. Ale Karen napisała mu wiadomość na barowej serwetce i zostawiła ją przed nim. „Tutaj, o jedenastej”.
Nie bardzo wierzyła, że zaczeka, ale kiedy już położyła matkę spać, Karen wymknęła się pod pretekstem skurczów w nogach, które trzeba rozchodzić. Przedtem jednak zdążyła włożyć frywolną bieliznę i bluzkę na specjalne okazje. Bluzka była nieco odważniejsza, z dekoltem głębszym, niż matka uznałaby za stosowny u „przyzwoitej” młodej kobiety. Młodej, też coś! Opiekowała się matką od sześciu lat i przez cały ten czas zaznała jednego pocałunku. Bynajmniej nie namiętnego: dostała go od George’a z księgowości na przystanku autobusowym w chłodny, dżdżysty poniedziałkowy wieczór. Prawdę mówiąc, był jeszcze bardziej rozmemłany niż tamta plucha.
Jej rybak zaprowadził ją do samochodu. Wyjechali z Castlebay, głównej miejscowości na Barrze, i groblą dotarli na Vatersay, małą wyspę o cudownych plażach, takich jak tutejsza Traigh Siar. Uwielbiała gaelickie nazwy; dodawały wszystkiemu odrobinę tajemniczości. W jego zamiarach nie było jednak nic tajemniczego. A przy tym zachowywał się jak dżentelmen. Wysiedli z samochodu i poszli plażą, aż wreszcie przystanął i przeszedł do rzeczy. Oddała mu się bez reszty, pozwalając mu cieszyć się jej ciałem, i sama rozkoszowała się pierwszym od tak dawna naprawdę udanym zbliżeniem. Kiedy zakradła się z powrotem do wspólnego pokoju, była druga w nocy. Matka głośno chrapała.
Karen nie zmrużyła oka, więc wróciła na miejsce swojego triumfu. Słuchała szumu fal nabiegających na brzeg, a wraz z nim odżywało wspomnienie namiętności i głodu. Chciała przeżyć to wszystko jeszcze raz: tajemnicę, podniecenie, podbój. Spojrzała wzdłuż plaży i roześmiała się na myśl, że może gdzieś tu jeszcze leży jej bielizna. Kosztowała majątek i czekała na taką właśnie chwilę, a po jednym przelotnym spojrzeniu w mgnieniu oka poszła w odstawkę. Karen zadrżała na wspomnienie zimnego powietrza na nagim ciele i gęsiej skórki towarzyszącej wczorajszym szaleństwom.
Ktoś tam jest, na drugim końcu plaży, pomyślała Karen, wytężając zamglony z niewyspania wzrok. Nagle coś przyszło jej do głowy. Może tak go wykończyła, że wciąż tu spał? Chyba jednak nie, po tak zimnej nocy. I czy przypadkiem nie padało?
Ruszyła żwawo po piasku na bosaka, z butami kołyszącymi się w dłoni. Nie odrywała wzroku od postaci. Miała nadzieję, że zdoła wyraźniej ją zobaczyć, zanim podejdzie na tyle blisko, że będzie musiała wymyślić jakieś głupie wyjaśnienie, dlaczego tak pędzi do zupełnie obcej osoby. Wtem serce zabiło jej nierówno, a w brzuchu coś zatrzepotało. Płaszcz był tego samego koloru. I to był mężczyzna: pod długim płaszczem rysowały się szerokie ramiona. Jego ramiona były silne. Musiały na nich zostać ślady jej paznokci, bo w uniesieniu wczepiała się w niego z całej siły. Pobiegła.
Słońce przebiło się przez szarą chmurę, rozjaśniając ponury dzień, i Karen dostrzegła, że w plecach mężczyzny coś błyszczy. Im była bliżej, tym wolniej biegła, aż w końcu zaczęła się potykać i poczuła, że zaraz zemdleje. To niemożliwe. To nie mogło się stać. Należał do niej, kochał ją tak, jak nikt przez ostatnie dziesięć lat. Jakby znów była na studiach i spędzała tamtą letnią noc ze swoim rugbystą, którego imię zatarło się już w pamięci. Ale tym razem nie miało się skończyć na jednej nocy. Dostrzegła w tym coś więcej, zobaczyła szansę na wyrwanie się spod władzy matki.
Karen padła na kolana i położyła głowę na plecach mężczyzny, tuż obok sterczącego sztyletu. Niepewnie sięgnęła dłonią do jego twarzy i zaniosła się szlochem. Chłód skóry potwierdzał to, co mówił jej bezruch ciała. Serce nie biło, pierś nie unosiła się i nie opadała. Jej rybak nie żył.
Wiatr smagał Daniela po policzku, a drobny deszcz jeszcze potęgował chłód. Jednak nic sobie z tego nie robił. Tutaj był wolny i nie musiał się przejmować tym, co pomyślą ludzie. W domu na południowym wybrzeżu musieliby znosić natarczywe spojrzenia, a czasem nawet obelgi rzucane przez jakiegoś ograniczonego przechodnia, który nie rozumiał miłości. Tutaj ludzi było tak mało, że nikt im nie przeszkadzał. Zwłaszcza teraz, poza sezonem, gdy na kempingu byli tylko oni dwaj. Owszem, było zimno, ale razem nieźle się rozgrzali, a noc spędzili opatuleni, wtuleni w siebie. W domu też im się to udawało, tyle że zawsze towarzyszył im strach, że ktoś ich nakryje.
Daniel z przyjemnością patrzył, jak jego partner, z którym musiał się ukrywać, mija go i idzie niewielką groblą ku Sanday, wysepce połączonej z Canną. James był wysoki, barczysty, pod każdym względem silny. Po jego granatowej kurtce przeciwdeszczowej spływały powoli strużki wody i skapywały z jej dolnego brzegu. Ale ten deszcz orzeźwiał. Jak wszystko tutaj.
Daniel mógłby przeleżeć cały ranek w namiocie, w objęciach Jamesa, lecz ten się uparł, żeby ruszyć na Sanday i obejrzeć tamtejszy kościółek. Nie dlatego, że wyglądał na jakiś wspaniały zabytek, tylko dlatego, że James uznał go za świetny temat do zdjęcia. Wszędzie zabierał aparat i Danielowi wydawało się, że w ich związku jest jeszcze ten trzeci, sekretny kochanek, którego on sam nijak nie potrafi wygryźć. Ale to nie miało znaczenia, bo dzięki temu wyrywali się z tamtego cholernego miasta i panującej w nim nienawiści.
– Hej! – zawołał James. – Stań tam na mostku, trochę z boku, żebym mógł złapać w tle morze ciągnące się w dal.
Daniel posłusznie stanął we wskazanym miejscu, a za swój trud dostał od Jamesa całusa. James uwielbiał jego drobne, sprężyste loki i czarną skórę. Przy żadnym innym białym mężczyźnie Daniel nie czuł się tak doceniany. Przecież nic ich nie różniło, byli po prostu parą – dlaczego reszta świata nie mogła tego dostrzec? Jego rodzice, rodzice Jamesa, uniwersytecka drużyna rugby. Ale nie czas teraz na takie myśli.
– Możesz zejść z grobli na plażę? Wiem, że tam kamieniście, ale zdjęcie wyjdzie świetnie. Jak już zejdziesz, daj mi minutę, zmienię tylko filtr. To słońce kompletnie psuje mi światło.
Daniel zgramolił się na brzeg po drugiej stronie grobli, mocując się z małym plecakiem, w którym niósł napoje i przekąski na wycieczkę. Postawił go za sobą i zajrzał w wąskie szczeliny między ostrymi kamieniami, wypatrując niezliczonych stworzonek, których całe życie toczyło się w tych zapomnianych zakamarkach świata. Chciałbym po prostu zapaść się w jedną z tych szczelin, pomyślał. Z dala od wszystkich, z dala od wścibskich spojrzeń. Ale przecież sam też jestem wścibski, prawda? Zawsze znajdzie się ktoś, kto zechce popatrzeć i skomentować.
– Coś tam za tobą leży, Danny, na samym brzegu, tuż za tymi skałami. Włazi mi w kadr. Możesz to przesunąć?
Daniel skinął głową i obrócił się, szukając przedmiotu, który psuł ujęcie. James najwyraźniej nie dostrzegł z daleka, że to but. Daniel postanowił więc po prostu go podnieść i odrzucić. Był to porządny but trekkingowy, naprawdę drogi, ale co komu po jednym? Kiedy podszedł bliżej, zobaczył tuż obok drugi. Od razu się ożywił, zastanawiając się, czy będą na niego pasować.
Wtedy zobaczył nogę.
– James, ktoś tu jest.
– Skończ, kurde, z tą paranoją i po prostu usuń to z kadru.
– James, w tych butach ktoś jest. Widzę nogi.
– Co ty, do diabła, wygadujesz, Danny? Mam już wszystko ustawione, więc po prostu to przestaw. Szybko, bo światło znowu się zmieni.
Daniel niechętnie ruszył dalej ku butom, starając się patrzeć tylko kątem oka. Widział dwie białe nogi, a wyżej spódnicę, która wydęła się i podwinęła niemal pod same pośladki. Kobieta – tak, te nogi były zbyt smukłe jak na mężczyznę.
– James, chodź tu, natychmiast! Ktoś tu leży, może potrzebuje pomocy!
– Za każdym cholernym razem, kiedy chcę zrobić zdjęcie, ty się czegoś płoszysz. Nie ma tu psa z kulawą nogą, Danny. Po to przyjechaliśmy, tego chciałeś. Ty i ja, sami, a ty wciąż sobie wmawiasz, że ktoś przyjdzie się na ciebie gapić. Ciągle tylko ględzisz o…
James stał z otwartymi ustami i patrzył na białe nogi. Podszedł bliżej, przesuwając wzrok w górę, ku spódnicy, a potem ku kurtce przeciwdeszczowej okrywającej ciało. Była żółta, ale chyba czymś poplamiona.
– Co jest, do cholery, Danny? Nic jej nie jest? Dotknij jej. Sprawdź, czy oddycha.
– Nie dotknę. Nie dotyka się umarłych. Zostaw ich, po prostu to zostaw.
– Może potrzebuje pomocy, Danny. Dobra, ja się nią zajmę. – James podszedł i położył wielką dłoń na ramieniu kobiety. Mogła mieć najwyżej półtora metra wzrostu, a blond włosy też miała zlepione i poplamione. Jednym szybkim szarpnięciem przewrócił ją na plecy. Głowa zaczęła obracać się wraz z ciałem, lecz zaraz opadła daleko do tyłu, odsłaniając ranę ciętą biegnącą przez całe gardło. Niewiele brakowało, a oddzieliłaby się od tułowia.
James odwrócił się i zwymiotował na skały za sobą. Daniel cofał się chwiejnym krokiem, aż potknął się o kamienie i runął na plecy w płytką, odpływającą wodę.
– James! James. Boże święty, James. Ona nie żyje, ona nie żyje! – Ale James wciąż klęczał i wyrzucał z siebie resztki zawartości żołądka. Oczy miał pełne łez.
– Hope! Hope! Nadal siedzisz pod prysznicem?
Hope wciąż stała zgięta wpół. Woda chlapała jej na kark i spływała w dół – po trosze na osłonięty przed strumieniem przód ciała, po trosze prosto na podłogę. Była taka zmęczona. Ale ostatnio tyle się działo: egzamin na sierżanta, potem awans. Drzwi łazienki otworzyły się z impetem.
– Hope, dzwonili z pracy. Wygląda na coś poważnego. Chyba musisz się zbierać.
Słysząc głos Allinsona, chciała się wyprostować i uśmiechnąć do swojego mężczyzny, ale nie miała siły. Przejdzie jej. Jak zawsze.
– Dobrze się czujesz? – spytał Allinson.
– Tak – odparła Hope. – Jestem tylko zmęczona. – Wyprostowała się i ostrożnie wyszła spod prysznica. Niemoc nagle ustąpiła, lecz mięśnie nadal miała nieco spięte, więc lekko się skrzywiła.
– Jednak coś ci jest, prawda? – nie ustępował Allinson. Otulił ją ręcznikiem, a potem jeszcze ramionami.
– Nie niańcz mnie. Co mówili?
– Podobno dwa morderstwa. Jedno na Cannie, drugie na Barrze. Macleod chce, żebyś jak najszybciej przyjechała. Kazał ci spakować torbę. Chyba nici z naszej dzisiejszej kolacji.
Hope uśmiechnęła się, odchyliła głowę i szepnęła mu do ucha:
– Przez ostatni tydzień nacieszyłeś się mną aż nadto. Przydałoby mi się trochę snu.
– Nie narzekałaś. A teraz pani sierżant musi iść do pracy.
Ten tytuł poruszył w Hope jakąś strunę, budząc dumę i poczucie władzy. Lubiła kolegów z zespołu, detektywów Rossa i Stewart: Rossa, spokojnego i uprzejmego dżentelmena, i Kirsten, która wiecznie podsuwała okulary wyżej na nos. Już wcześniej zachowywała się jak ich przełożona, ale teraz miała odpowiedni stopień i oficjalnie nią została. Zmianę dostrzeże też u Macleoda: dumę z jej awansu i poczucie, że wreszcie tworzą prawdziwy zespół, w którym wszyscy zajmują właściwe stanowiska. Kiedy była jeszcze detektywem, nie zrezygnował z niej, choć mógł poprosić o sierżanta.
– No już, puść mnie, muszę się wytrzeć – powiedziała do Allinsona, a on opuścił ręce. Przy drzwiach odwrócił się i po prostu na nią patrzył. Wycierała się, dumna jak paw, rozkoszując się jego zachwytem, po czym owinęła się ręcznikiem i wypchnęła go za drzwi. Piętnaście minut później stała już gotowa, z torbą, pozwalając Allinsonowi tulić jej głowę do piersi. Rozpuścił jej rude włosy i teraz mierzwił je palcami.
– Dość!
– Nigdy – odparł.
– Muszę iść. – Hope odsunęła się i ponownie związała włosy w kucyk. – Zadzwonię wieczorem, gdziekolwiek będę. Ciągle brakuje nam dla siebie czasu, co?
W pewnym sensie tak właśnie było: przez cały ten tydzień spotykali się dopiero po dziesiątej wieczorem, kiedy uporali się z pracą. Allinson wytrwale przychodził do niej i czekał. Gotował, masował ją i w ogóle dawał jej wszystko, czego od niego oczekiwała, a ona w zamian chętnie dzieliła z nim łóżko. Jednak to, co wydarzyło się na urlopie, kiedy robił jej wyrzuty, że opala się zbyt skąpo ubrana, zmieniło ich związek. Owszem, później się pogodzili, ale problem pozostał. Co będzie następnym razem? Na razie jednak żyli dalej, jak gdyby nigdy nic.
Wjeżdżając na parking przy komisariacie w Inverness, Hope zauważyła szefa, inspektora Macleoda. Wysiadał właśnie z samochodu ze zmartwioną miną. Nie szafował uśmiechami, a jego znajoma twarz w pewien sposób dodawała jej otuchy. Kiedy wysiadła, zobaczyła, że czeka na nią przy tylnym wejściu do budynku.
– Pani sierżant! Gratulacje, Hope. Chciałem to jakoś uczcić, ale musimy ruszać. Za pięć minut u mnie w gabinecie.
I już go nie było. Hope wyjęła torbę z bagażnika, pospieszyła do szafki, a potem ruszyła prosto do gabinetu Macleoda. Drzwi stały otworem. Kiedy weszła, siedział za wielkim, masywnym biurkiem i popijał kawę. Przed nim stali Ross i Stewart. Ross odwrócił się ku niej i wyciągnął rękę. Uścisnęła ją.
– Gratulacje, szefowo.
– Nie, Ross, żadna szefowa. Może być „pani sierżant”, ale szef siedzi za tym biurkiem. Zgadza się, szefie?
Macleod uniósł wzrok znad kawy.
– I nigdy o tym nie zapominaj – powiedział z uśmiechem.
Wyglądało na to, że czeka, aż Stewart pogratuluje Hope, ale ta tylko skinęła głową i delikatnie podsunęła z powrotem na nos okulary w grubych oprawkach. Kirsten Stewart, najnowsza członkini zespołu, która trafiła do niego po tym, jak wykazała się podczas śledztwa na Lewis, wyróżniała się pod wieloma względami. Macleoda najwyraźniej fascynował jej tok myślenia, a ona sama niemal bez trudu znalazła wspólny język z Rossem.
– Co mamy, szefie? – spytała Hope.
– Znaleziono zwłoki na Vatersay, koło Barry. Mężczyzna zasztyletowany na plaży. Natknęła się na niego kobieta, którą poprzedniego wieczoru poderwał w barze. Tam jedziemy ze Stewart. Ty i Ross ruszacie na Cannę, gdzie przy brzegu znaleziono ciało kobiety z niemal odciętą głową. Było w wodzie, ale do zabójstwa doszło niedawno. Rozległa rana zadana nożem, głowa ledwie trzymała się tułowia. Tak przynajmniej wynika ze wstępnych ustaleń, ale do ich potwierdzenia będziecie potrzebowali ekipy techników.
– Dostanę Mackintosh? – spytała Hope. Mackintosh kierowała pracą techników kryminalistyki w tym rejonie i miała do Macleoda ogromną słabość. Wcale się z tym nie kryła.
– Nie, ona jedzie na Barrę. Musimy polecieć do Glasgow, a stamtąd na Barrę. I nie patrz tak na mnie, pani sierżant. To decyzja Mackintosh. To jej ludzie. Ja tylko zgłaszam, gdzie potrzebuję ekip, nie decyduję, kogo wysyła.
– Oczywiście – powiedziała Hope, ale zauważyła, że Stewart bawi się okularami.
– Miejscowa straż przybrzeżna zabezpieczyła wam miejsce zdarzenia, ale potrzebuje pomocy, więc wysłaliśmy tam kilku funkcjonariuszy przez Mallaig. To jednak twoja sprawa, pani sierżant, tylko informuj mnie na bieżąco. Ross ma więcej szczegółów, zapoznasz się z nimi po drodze. Czeka nas więc wszystkich sporo podróżowania, a skoro rozjeżdżamy się tak daleko, nasze siły będą chyba mocno rozproszone. Bądźmy w kontakcie. To wszystko. Stewart, zaczekaj na mnie na zewnątrz – powiedział Macleod, po czym uniósł dłoń, dając Hope znak, by została.
– Tak, szefie – odezwała się, gdy pozostali wyszli.
– Wiesz, jak się do tego zabrać, Hope. Możesz mieć tremę, bo oddaję ci całą sprawę, ale pamiętaj: gdybym nie uważał, że sobie poradzisz, nie byłoby cię tutaj. A ja jestem pod telefonem. Nie bój się dzwonić.
– Tak jest, szefie. Dzięki za zaufanie. Tobie też powodzenia.
– A właśnie, Hope, jak tam w domu z Allinsonem?
– Nie twoja sprawa, szefie. Ale lepiej.
– Tylko lepiej? – spytał Macleod.
– Jak mówiłam, nie twoja sprawa. – Uśmiechnęła się, ale wiedziała, że on i tak dostrzega rysy w ich związku.
– No dobrze – powiedział Macleod z rezygnacją. – Złap mi mordercę.
Vatersay łączyła z Barrą jedna grobla. Macleod uznał, że wyspa przypomina Lewis, gdzie się urodził. W dużej mierze dzika, z domami wciśniętymi w nierówności terenu, miała też kilka rozsianych po niej osad, w których wyczuwało się więź między mieszkańcami. Największe wrażenie robiło jednak morskie powietrze, którym wypełniał płuca. Inverness też leżało nad morzem, ale tu było zachodnie wybrzeże Szkocji. Powietrze orzeźwiało zupełnie inaczej, kiedy patrzyło się na Atlantyk, a wiatr targał włosy.
Ich bagaże zostawiono w miejscowym hotelu. Kiedy samochód zatrzymał się przy Traigh Siar, Macleod widział tylko zieleń przetykaną wystającymi skałami. Z wąskiej drogi z mijankami nie było widać samej plaży. Spojrzał w tamtą stronę, szukając morza, lecz zobaczył jedynie niebo: teren lekko się wznosił, a za tym wzniesieniem zapewne opadał ku plaży.
Stało tam kilka samochodów, w tym oznakowany radiowóz, a obok kręciła się grupka miejscowych, którzy przyglądali się wszystkiemu, co się działo. Hazel Mackintosh, szefowa techników kryminalistyki, która przyjechała razem z nimi, wyjęła z auta torbę i ruszyła w stronę plaży. Macleod pospieszył za nią w obawie, że zamknie dostęp do miejsca zdarzenia, zanim on sam zdąży tam dotrzeć.
Przechodząc pod pojedynczym przewodem rozpiętym nad głową, usłyszał głos przywodzący na myśl rozzłoszczoną nauczycielkę. Mackintosh właśnie zniknęła mu z oczu, schodząc na piasek.
– Czy ktoś ruszał to ciało? Niech mi pan powie, sierżancie: przenieśliście to ciało? Nie ma mowy, żebyście znaleźli ciało w tym miejscu. Przecież widać, że je wleczono, i to niezdarnie.
Kiedy Macleod minął szczyt niewielkiego wzniesienia, zobaczył Mackintosh dźgającą palcem w pierś umundurowanego sierżanta. Mężczyzna wyglądał, jakby właśnie spełniały się jego najgorsze koszmary. Nieopodal stał drugi policjant w mundurze, ale najwyraźniej nie miał ochoty przychodzić sierżantowi z odsieczą.
Stewart podeszła do Macleoda od tyłu i przyjrzała się tej scenie, po czym podsunęła okulary wyżej na nos i powiedziała półgłosem:
– Musieli przenieść ciało z powodu przypływu, panie inspektorze. Inaczej mogło je zabrać morze.
Oczywiście miała rację. Macleod szybkim krokiem podszedł do rozwścieczonej Mackintosh.
– Mackintosh, mogę prosić na słowo?
– Na słowo? To z tymi wyspiarskimi pajacami sobie porozmawiaj. Niszczą mi miejsce zbrodni.
– Mackintosh, na słowo. Tutaj – powiedział, wskazując miejsce, gdzie mogliby porozmawiać na osobności. Kiedy się nie ruszyła, chwycił ją za ramię, odwrócił i odprowadził na bok.
– Co ty, do cholery, wyprawiasz? – zagrzmiała.
– Posłuchaj – szepnął Macleod.
– Żadnych mi tu „posłuchaj”…
– Posłuchaj! Hazel, proszę, posłuchaj. Przenieśli ciało, bo inaczej porwałby je przypływ. Miejmy nadzieję, że zrobili zdjęcia. Jeśli nie, proszę bardzo, zmywaj im dalej głowy. Ale jesteśmy daleko od domu i przyda nam się każda pomoc, więc wykażmy się odrobiną profesjonalizmu i powściągliwości wobec kolegów. Poza tym mają widownię. Policjantów jest tu garstka i naprawdę nie potrzebują, żebyś przedstawiała ich mieszkańcom jako nieudaczników. Jasne?
W oczach kobiety wciąż płonął ogień, ale Macleod widział, że trybiki w jej głowie ruszyły i dociera do niej, o co mu chodzi. Hazel Mackintosh szarżowała jak nosorożec i działała skutecznie, ale tu, na krańcu świata, może przydałoby się nieco więcej taktu.
– Naprawię to, Seoras. Dziękuję.
– W porządku, tylko z wyczuciem, Hazel.
Dopiero wtedy dotarło do niego, że zwrócił się do niej po imieniu. Uśmiechnęła się, zanim odeszła, a on już wiedział, że dał się podejść, gdy na chwilę okazała przed nim słabość. Problem Macleoda z Hazel Mackintosh polegał na tym, że miała na niego ochotę. Dała mu to wyraźnie do zrozumienia, ale nie była na tyle prostacka ani bezczelna, by wprost złożyć propozycję mężczyźnie, który miał partnerkę. Zamiast tego stopniowo usypiała jego czujność, nakłaniając go do drobnych poufałości, choćby do tego, by w pracy mówił jej po imieniu. Tylko Hope zasłużyła na ten przywilej, bo była przy nim, kiedy jej potrzebował. A i tak nie przy innych.
– Stewart! – zawołał i wskazał sierżanta, który dopiero co zebrał taką burę. Pora porządnie wypytać go o to, co się wydarzyło, zamiast poprzestawać na suchym raporcie. Poza tym musiał trochę załagodzić sytuację po tym publicznym występie Hazel. I znowu to samo. To Mackintosh, zawsze Mackintosh. Jak na zawołanie dostrzegł, że zerka na niego przez ramię. Posłała mu szelmowski uśmiech niczym umykający kapitan pirackiego okrętu, który daje królewskiej marynarce do zrozumienia, że właśnie dostała łupnia.
– Sierżancie, jestem inspektor Macleod, a to detektyw Stewart. Czytałem przesłany przez pana raport. Czy ma pan więcej informacji o zmarłym albo o tym, z kim mógł przebywać?
– Sierżant McNeil, panie inspektorze. Ma pan przed sobą jednego z najlepszych szkockich śpiewaków, choć znanego chyba tylko w kręgach gaelickich. Występował na Mòdzie, zdobył nawet złoty medal, ale to było ze trzydzieści lat temu. Najlepsze lata miał już raczej za sobą. Nazywa się Alasdair MacPhail.
– Miejscowy? – spytała Stewart.
– Nie, według ostatniego adresu, jaki mamy, mieszka na Harris, ale pochodzi ze Skye. Wczoraj wieczorem zabiegał o względy kobiety, która przyjechała tu na urlop z matką. Niejakiej panny Karen Barton z Coventry. Uprawiała z nim seks na tej właśnie plaży, po czym wróciła do hotelu. Istny potajemny romans, skoro wymknęła się w środku nocy, żeby matka nie wiedziała. – Sierżant pokręcił głową i potoczył wzrokiem po plaży, jakby wypatrywał miejsca wczorajszych miłosnych igraszek.
– Młoda kobieta? – spytał Macleod.
– Ależ nie. To znaczy, nie dziecko. Ma… – Sierżant przerzucił kartki notesu. – Czterdzieści pięć lat.
– I wymyka się w tajemnicy przed matką?
– Nie wiem, czy regularnie robi takie rzeczy, panie inspektorze. Hotelowy monitoring potwierdza podane przez nią godziny wyjść i powrotów. Twierdzi też, że przed wczorajszym wieczorem nigdy nie spotkała pana MacPhaila. Sądziła, że to rybak, a kiedy zaczął ją obczajać przy barze (to jej słowa, nie moje), po prostu spróbowała szczęścia. Nie była za nic karana, nie dostała nawet mandatu za złe parkowanie.
– Chciałbym z nią porozmawiać – powiedział Macleod. – Zna pan nazwę hotelu?
– Oczywiście, panie inspektorze. Możemy pana od razu tam zawieźć. W hotelu czeka na pana wynajęty samochód, a z pańskiego wydziału przekazano nam, że będzie pan potrzebował sali albo jakiegoś pomieszczenia do pracy. Zajęliśmy dla pańskiego zespołu świetlicę w Castlebay. Gdyby czegoś brakowało, wystarczy powiedzieć. Proszę jednak pamiętać, że jesteśmy tu trochę na uboczu, więc na niektóre rzeczy trzeba będzie poczekać.
– Dawno nie mieliście tu, na Barrze, morderstwa? – spytała Stewart.
– Można tak powiedzieć – odparł sierżant. – Za mojego życia w każdym razie żadnego nie było. Prawdę mówiąc, ludzie są mocno wystraszeni, więc uprzedzam: trzeba się z nimi obchodzić ostrożnie.
– Rozumiem, sierżancie. Przynajmniej ofiara nie była stąd, bo wtedy dopiero byłby strach, a może i panika. A skoro zamieszana jest w to Angielka, to tutejsi mogą obwiniać właśnie ją.
Sierżant przechylił głowę, niemal przepraszająco, i wskazał policjanta stojącego na skraju plaży.
– To James, przyjechał z Glasgow. Zajmie się panem, kiedy będzie pan chciał stąd odjechać, panie inspektorze.
– Bardzo dobrze – powiedział Macleod. – Obejrzę ciało, a potem przesłuchamy naszego świadka.
– A, w takim razie radziłbym uważać, panie inspektorze. Lepiej nie robić tego przy matce. Zrzędliwa z niej krowa.
– Jestem pewien, że ma pan na myśli kobietę upartą albo wścibską, sierżancie. Dziękuję za pomoc.
Kiedy Macleod się odwrócił, sierżantowi zrzedła mina, a Stewart wymownie podsunęła okulary wyżej na nos, dopełniając reprymendy.
Macleod zauważył, że Mackintosh na chwilę odeszła od ciała, żeby włożyć biały kombinezon ochronny, więc podszedł po cichu tak blisko, jak mógł. Na piasku było sporo śladów stóp. Widział też ślad po wleczeniu ciała, urywający się w miejscu, do którego, jak przypuszczał, sięgnął ostatni przypływ. Zbliżył się ukosem, stawiając stopy tam, gdzie nie było żadnych śladów.
Mężczyzna leżał skulony na piasku z nożem wbitym w plecy aż po rękojeść. Był to ozdobny nóż o czarnym uchwycie, wysadzany jakimiś kamieniami. Macleod nie miał pojęcia, czy były cenne.
– Dlaczego zostawiono mu ten nóż w plecach, panie inspektorze?
– Brak czasu? Ktoś patrzył? A może obawa, że ktoś widział? – zastanawiał się Macleod.
– Nie, panie inspektorze, to nie ma sensu, chyba że miało to być przesłanie dla innych. Na nożu mogą zostać odciski palców albo inne ślady. Patrząc stąd, mam też wrażenie, że zadano mu więcej niż jeden cios. Dla mnie to trochę dziwne.
– Przyjmuję do wiadomości, Stewart, ale analizę tego, jak go zabito, zostawimy Mackintosh.
Macleod ukląkł i jeszcze przez dwie minuty przyglądał się ciału z pewnej odległości, a Stewart w tym czasie ruszyła wzdłuż plaży. Kiedy oglądał twarz mężczyzny, usłyszał za sobą kroki. Ktoś ukląkł obok niego. Poczuł zapach perfum i rozpoznał Mackintosh, choć znajdowała się tuż za nim.
– Daj znać, co ustalisz – powiedział Macleod. – Rozumiem, że ekipa przypłynie najbliższym promem?
– Tak, może za godzinę. Ale zaraz zaczynam i niedługo będę coś dla ciebie miała. Z daleka wygląda na to, że kurtkę przebito więcej niż raz. A rozmieszczenie tych dziur wskazuje, że sprawca wiedział, w które narządy celować. Na moje oko to fachowa robota, Seoras, a nie przypadkowa napaść.
– Czyli raczej nie napad szału? Na przykład kogoś, kto miał z nim romans i poczuł się zawstydzony albo odtrącony?
– Nie, Seoras. Zdecydowanie nie.
– Dobrze, daj znać, co jeszcze znajdziesz.
– Seoras, na którą mam zamówić w hotelu dzisiejszą kolację?
Macleod rzucił jej zaniepokojone spojrzenie.
– To znaczy dla nas wszystkich – dodała Mackintosh.
– Nic bym nie rezerwował, bo nie wiem, kiedy skończymy, ale dziękuję, że o tym pomyślałaś, Hazel.
Znowu to powiedział. A ona się z tego uśmiechała. Macleod potrząsnął głową, żeby zebrać myśli, i wrócił na zieloną murawę, przeciętą pośrodku wąską drogą z mijankami. Czas porozmawiać z naszym świadkiem.
Łódź motorowa, którą płynęli na Cannę, mogła według szacunków Hope pomieścić jakieś dwanaście osób. Z dodatkowymi policjantami i ekipą techników na pokładzie była niemal pełna. Ścisk trochę jej doskwierał, więc usiadła na rufie, na odkrytym pokładzie, żeby zaczerpnąć świeżego powietrza. W tej pracy wszystko działo się tak szybko. Jeszcze przed chwilą była szczęśliwa u boku swojego mężczyzny, a teraz czekała ich pewnie rozłąka, nie wiadomo jak długa. Przynajmniej Allinson to rozumiał; sam też był policjantem.
Czasami zastanawiała się, czy nie zaszkodziła jego karierze, wiążąc się z nim. Przeniósł się na równorzędne stanowisko do innego wydziału i wciąż był posterunkowym, a ona awansowała na sierżanta. Ale sam był sobie winien, bo skupiał się na sprawach poza pracą. Choćby na muzyce: po cichu się ulatniał, a potem dawał czadu z resztą kapeli w jakimś przypadkowym pubie na północy Szkocji. Owszem, lubiła patrzeć, jak wali pałeczkami w bębny, ale granie przeszkadzało mu w awansie. Miała o trzy lata krótszy staż w policji, a już wyprzedzała go o stopień.
Ross usiadł obok i wyjął notatki dotyczące sprawy, żeby je przejrzeć. Na razie mamy tylko strzępy informacji, pomyślała Hope, ale na miejscu wszystko powinno się wyjaśnić. Canna należała do archipelagu Small Isles, tuż na południe od Skye, i miała zaledwie dziesięć kilometrów kwadratowych powierzchni. Liczyła mniej niż trzydziestu mieszkańców, więc raczej się ją odwiedzało, niż na niej mieszkało, choć niewielka grupa ludzi próbowała to zmienić. Hope uprzedzono też, że jej komórka nie będzie tam działać, chociaż wyspa miała szerokopasmowy internet i telefonię stacjonarną.
Przez całą przeprawę słone bryzgi chłodziły jej twarz, ale wolała to od klaustrofobicznej ciasnoty głównej kabiny. Rozglądając się, co jakiś czas łapała na sobie czyjeś spojrzenia. Ludzie wiedzieli, że dziś to ona dowodzi, ale nie bardzo mieli pojęcie, kim jest. Obecność Rossa dodawała jej otuchy. Zachowywał się jak zwykle: do policyjnej roboty podchodził spokojnie i metodycznie.
– Kiedy dopłyniemy, Ross, zaprowadzimy techników na miejsce znalezienia zwłok i dokładnie zabezpieczymy teren. Potem zajmiemy się świadkami, a następnie porozmawiamy z mieszkańcami i sprawdzimy, czy ktoś nie zauważył czegoś podejrzanego. Trzeba będzie ustalić, kim jest ofiara, ale też czy zginęła na Cannie, czy morze przyniosło tam ciało. A jeśli na Cannie, to dlaczego akurat tam? Jeżeli to miejscowa sprawa, szczerze mówiąc, przeraża mnie to. Morderca grasujący na takim skrawku lądu, a wokół trzydzieści osób podanych jak na tacy. I żadnej policji na miejscu, kiedy już zrobimy, co się da.
Ross skinął głową, po czym wskazał niewielki port, do którego szybko się zbliżali. Nie było tam innych jednostek i Hope zastanawiała się, jak często kursuje tu prom. Brak samochodów miał im utrudnić pracę, zapewniono ją jednak, że miejscowi, wstrząśnięci tą tragiczną śmiercią, pomogą.
Kiedy zeszła na ląd, przywitał ją mężczyzna w charakterystycznym niebieskim mundurze straży przybrzeżnej. Uścisnęła mu dłoń.
– Andrew Farmer, dowódca stacji straży przybrzeżnej na Cannie. Witam, pani detektyw, ale proszę wybaczyć, jeśli powiem, że państwa widok wcale nas nie cieszy. Straszna sprawa. Do tej pory staraliśmy się jak najlepiej zabezpieczyć miejsce znalezienia zwłok. Mamy tu minibus, ale chyba będę musiał zrobić dwa kursy, bo jest państwa sporo. Proszę za mną.
Nawet nie zapytał, jak się nazywam, pomyślała Hope. Nawet nie chciał wiedzieć, kto dowodzi. Oczami wyobraźni zobaczyła, jak Macleod rusza za tym człowiekiem i chwyta go za ramię, żeby dać mu do zrozumienia, kto tu rządzi. Skoro Macleod mógł tak robić, to ona też. Hope przyspieszyła kroku i klepnęła Farmera w ramię.
– Sierżant wydziału kryminalnego Hope McGrath, panie Farmerze. Na czas pobytu na wyspie to ja kieruję zespołem, ale ze wszelkimi pytaniami może się pan zwracać do mnie albo do detektywa Rossa, tego wysokiego, eleganckiego mężczyzny z tyłu. Później będziemy potrzebowali jakiegoś transportu, żeby dotrzeć do wszystkich domów i rozpytać mieszkańców wyspy. Niewielu państwa tu jest, prawda?
– Wszyscy tu jesteśmy – odciął się. – Tu żyjemy, a nie przyjeżdżamy na wakacje.
Hope westchnęła cicho; nie to miała na myśli.
– Chodziło mi o to, czy ktoś nie wyjechał służbowo albo nie opuścił wyspy od czasu tego zdarzenia, proszę pana.
– Nie, nikt. Prawdę mówiąc, wszyscy jesteśmy trochę wstrząśnięci, więc im szybciej to wyjaśnimy, tym lepiej. Myślę, że morze mogło ją tu przynieść, ale w wodzie nie była zbyt długo. Może ktoś wyrzucił ją z łodzi.
– Dlaczego pan tak sądzi?
– No cóż, była cała mokra, ale skóra niewiele się zmieniła. Kiedy zwłoki długo leżą w wodzie, zmieniają się, puchną i tak dalej, robią się bardzo białe. – Hope skinęła głową; dobrze wiedziała, jak to wygląda. – Ale u tej kobiety niczego takiego nie było. Oczywiście nie podchodziliśmy bliżej, niż trzeba. Tylko trochę ją przesunęliśmy, żeby przypływ jej nie zabrał.
– Zrobili państwo zdjęcia, zanim ją przesunęli?
– Tak, pytaliśmy o to w Stornoway. Powiedzieli, że rozmawiali z państwa ludźmi i że możemy zabezpieczyć ciało. I owszem, kazali zrobić dużo zdjęć. Jeśli państwa ludzie ich nie mają, to w Stornoway na pewno są. Wysłaliśmy wszystkie.
Hope zajęła miejsce z przodu minibusa i obserwowała, jak Farmer przelicza wsiadających techników kryminalistyki i jednego umundurowanego policjanta.
– Ross, zostań tutaj i wyślij pozostałych funkcjonariuszy na rozpytanie po domach. Jak już puścisz ich w teren, dołącz do mnie na miejscu. Mam nadzieję, że nie będzie padać.
Pogoda była ponura, nad wszystkim wisiała szara kurtyna, ale na razie nie padało. Wszyscy spodziewali się jednak, że później się rozpada, a ciemne chmury zdawały się to potwierdzać. Ruszyli minibusem. Hope patrzyła, jak wąska żwirowa droga niknie za nimi, gdy jechali wzdłuż niskiego kamiennego murku. Miejsce zbrodni dzielił od nich zaledwie kilometr w linii prostej, ale przez liczne zakręty jazda trwała nieco dłużej, niż zakładali. Wkrótce jednak Hope zobaczyła drewniany most, dość szeroki, by przejechał nim samochód. Wokół niego stało kilku ochotników w niebieskich mundurach.
Przyglądała się, jak technicy zaczynają odgradzać taśmą teren wokół mostu, i zaczekała chwilę, aż odejdą członkowie straży przybrzeżnej. Każdemu z osobna podziękowała, po czym podeszła do kierowniczki ekipy techników, żeby poznać jej wstępną ocenę. Oczywiście Macleod zabrał ze sobą Mackintosh, z którą już pracowali. Hope miała natomiast współpracować z nową koleżanką, która dopiero niedawno przeniosła się w te strony.
