Osobisty cel - G.R. Jordan - ebook

Osobisty cel ebook

G. R. Jordan

0,0

Opis

Terrorysta zabija nad Kanałem Kaledońskim. Osobista tragedia wyrywa Macleoda ze śledztwa.

Gdy zamachy wstrząsają zachodnią Szkocją, Macleod i McGrath działają pośród mnóstwa służb, by zdemaskować stojącą za nimi organizację. Lecz właśnie gdy Macleod dokonuje wstrząsającego odkrycia, kryzys w domu wyrywa go z zespołu. Podczas gdy krajowe służby tropią w ślepym zaułku, wszystko spoczywa w rękach świeżo awansowanej sierżant McGrath: czy zdoła utrzymać zespół w garści i zapobiec ostatniemu morderstwu?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
Windows
lub macOS

Liczba stron: 262

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Klub Kryminału

Nie przegap kolejnych premier: w Klubie Kryminału Cowper Publishing piszemy o nowych kryminałach i thrillerach po polsku — a na powitanie dostaniesz darmowy e-book.

cowperpublishing.pl/kryminal

Osobisty cel

Cykl Macleod

Tom 7

G.R. Jordan

Tytuł oryginału: A Personal Agenda

Wydanie oryginalne: 2020, G.R. Jordan, Wielka Brytania

Przekład: Hawthorne Author Services (www.hawthorneauthorservices.com)

© 2026 Cowper Publishing

Wydawca: Cowper Publishing, Stallschreiberstrasse 28, Berlin 10179

ISBN 978-3-69477-085-5

Wszelkie prawa zastrzeżone. Żadna część tej publikacji nie może być powielana ani rozpowszechniana w jakiejkolwiek formie bez zgody wydawcy i autora.

Rozdział1

Rejs niewielkim wycieczkowcem okazał się strzałem w dziesiątkę. John stał na odkrytym pokładzie za barem i uśmiechał się z zadowoleniem. Dzieci zostawili na tydzień u babci, więc mogli się cieszyć cudowną ciszą i spokojem. Nie żeby ich nie kochał. Po prostu opieka nad nimi dzień w dzień nie dawała chwili wytchnienia. W wirze rodzinnego życia on i Alison oddalili się od siebie, a teraz mieli szansę na nowo rozniecić dawny żar.

Nieduży statek idealnie nadawał się do żeglugi po Kanale Kaledońskim: przepłynęli nim przez Loch Ness i Fort Augustus, aż dotarli do górnego krańca Schodów Neptuna. Ten zapierający dech w piersiach ciąg śluz biegł w dół zbocza ku kanałowi prowadzącemu do morskiej zatoki w Fort William. Spoglądając w dół, John widział inne jednostki, które już pokonywały schody, opadając w kolejnych śluzach wraz z wypuszczaną wodą.

Alison brała prysznic, a on przygotował już dla niej gin z tonikiem. Nie mógł się doczekać, aż przyjdzie w letniej sukience, którą kupiła specjalnie na ten wyjazd. Dziś po raz pierwszy podczas rejsu niebo było bezchmurne, więc rozłożyła ją na łóżku. Niedawno skończyła czterdzieści lat i nie była już tą młodą dziewczyną, z którą przed laty chodził, a potem się ożenił. Teraz jednak miała w sobie coś innego – coś jeszcze lepszego, pomyślał, mimo śladów, jakie zostawiło na niej życie. Prawdę mówiąc, czas obszedł się z nią łaskawiej niż z nim, ale kto by się tym przejmował, kiedy świeciło słońce, a alkohol miał się zaraz polać. Po spokojnym wieczorze czekała ich udana noc.

Naprzeciwko Johna stał Niemiec imieniem Klaus, z którym rozmawiał podczas rejsu po Loch Ness. Na wspomnienie jego opowieści o potworze John uśmiechnął się w duchu. Niemiec, naśladując olbrzymią bestię o długiej szyi, wymachiwał przed sobą rękami i bardziej przypominał jakiegoś zdeformowanego słonia. Był jednak miłym kompanem i mimo bariery językowej przyjemnie spędzili czas, podziwiając widoki i gawędząc o Nessie.

Czyjeś ręce objęły Johna w pasie. Uśmiechnął się i odwrócił głowę, żeby przez ramię pocałować żonę. Potem wysunął się z jej objęć, z zachwytem przyjrzał się sukience, a nawet poprosił, żeby się dla niego obróciła. Zza jego pleców dobiegł równie entuzjastyczny głos Niemca. John podał Alison gin i razem podeszli do relingu.

– Ile nam zajmie pokonanie tych schodów? – zapytała Alison.

– Pewnie większą część wieczoru. A co? Wybierasz się gdzieś?

– Tylko z tobą. – Wzięła go za rękę, a on nie skomentował tej ckliwej uwagi, tylko się uśmiechnął. Nie zawsze umiała znaleźć właściwe słowa, ale nigdy mu to nie przeszkadzało, bo jej uczucia były szczere. Zaproponował, żeby usiedli, lecz uparła się, że zostanie przy relingu i popatrzy na leżące w dole Fort William. W oddali po lewej John widział imponujący Ben Nevis i cieszył się, że nie mają czasu na wspinaczkę, choć Alison protestowała. Wszelką aktywność fizyczną wolał ograniczyć do sypialni, a teraz, patrząc na słynną górę, pomyślał, że nigdy nie zdołałby wejść tak wysoko. Nawet z pomocą kolejki linowej nie miał ochoty na taką wycieczkę.

Alison patrzyła jednak w przeciwną stronę, ponad drzewami rosnącymi wzdłuż schodów, na boisko do rugby i wzgórza w tle. Nagle cofnęła się nieco, niemal się zataczając, jakby coś zobaczyła.

– Wszystko w porządku? – zapytał John.

– Przepraszam, zdawało mi się, że widziałam mężczyznę z bronią. A właściwie wylot lufy karabinu. Szedł sobie tam na dole.

– Gdzie? – zapytał John, traktując jej słowa raczej jak fantazję niż powód do niepokoju.

– Ten mężczyzna… Och, do licha, już go nie ma. Jestem pewna, że tam był.

– Pewnie światło spłatało ci figla. Słońce jest już dość nisko. Masz, napij się trochę.

– No, Johnie – powiedziała Alison z uśmiechem – chyba nie próbujesz mnie upić, żeby zaciągnąć z powrotem do łóżka?

– Oczywiście, że tak – odparł ze śmiechem.

– Uwierz mi, nie muszę być pijana.

Całowali się jak nastolatki, nie przejmując się tym, kto na nich patrzy, a John położył nawet dłonie na jej pośladkach. Kiedy się od siebie oderwali, patrzył, jak podnosi szklankę do ust i pije szybkimi łykami.

– No to za to, żebyś mnie upił!

– To będzie dobra noc, ja! – odezwał się Klaus.

– Najlepsza – odparł John i znów objął żonę.

Rozległ się ogłuszający trzask. Za ich głowami rozprysnęła się lampa zamontowana na obudowie nad pokładem. John odruchowo się skulił, a potem odwrócił, żeby spojrzeć na rozbitą oprawę, której plastikowe odłamki posypały się na pokład.

– Rany, Ali, nie wiedziałem, że jesteś aż tak wybuchowa. – Żona zachichotała i mocno go objęła.

– Spokojnie – powiedział Klaus. – Chcielibyśmy, żeby do końca wieczoru statek pozostał w jednym kawałku.

John uśmiechnął się szeroko, lecz zaraz podskoczył, gdy powietrze znów przeszył potężny huk, a nad głową Klausa rozleciał się kawałek plastikowej obudowy. Tym razem Johnowi nie było do śmiechu. Ogarniała go panika.

– Strzały! Ktoś strzela! – wrzasnęła Alison.

Za plecami Klausa kelner krzyczał do gości, żeby weszli do środka, gdy nagle obrócił się i runął na pokład. Na białej koszuli zaczęła się rozlewać plama krwi. Stojący obok pasażer natychmiast uklęknął i zaczął go odwracać, szukając rany.

– Jestem lekarzem. Nie podnoście głów i zejdźcie z pokładu!

Trzeci strzał rozbił kolejny fragment obudowy nad nimi. Z brzegu kanału dobiegły krzyki spacerowiczów. Jeszcze przed chwilą wieczór był taki piękny. John wyciągnął komórkę z kieszeni i wybrał 999.

– Z którą służbą połączyć?

– Z policją! Do cholery, połączcie mnie z policją! Strzelają! Ktoś do nas strzela!

– Łączę – odpowiedział spokojny głos.

Po chwili w słuchawce odezwał się ktoś inny, ale głos rwał się i zanikał. Cholerny zasięg, pomyślał John i ostrożnie wstał, próbując unieść telefon wyżej. Wtedy padł kolejny strzał. Coś gwałtownie szarpnęło mu rękę w bok, lecz zdołał ją utrzymać. Dopiero po chwili przeszył go ból promieniujący z dłoni. Spojrzał na strzaskany telefon, który wciąż ściskał. Omal nie zwymiotował: zostały mu tylko trzy palce. Z kikutów zaczęła lać się krew. Usłyszał krzyk Alison.

Przez moment wszystko wokół wirowało. Spojrzał na Klausa, który klęczał za relingiem, osłonięty litą burtą statku. Dostrzegł jego wahanie, jakby Niemiec czuł, że powinien coś zrobić, ale nie wiedział, co. A potem Klaus wstał i ruszył w jego stronę.

– Nie – wymamrotał John. Głos go zawodził, kręciło mu się w głowie. Zdołał jednak unieść lewą rękę, dając Klausowi znak, żeby się cofnął. Znów huknęło. Tym razem Klausa poderwało w powietrze. Głowa odskoczyła mu gwałtownie do tyłu, a gdy padał, wszędzie wokół bryzgała krew. John leżał i patrzył, jak głowa Niemca przy uderzeniu o pokład obraca się w jego stronę. Jednego oka nie było, drugie patrzyło martwo. Twarz Klausa była niemal nie do poznania. Żółć podeszła Johnowi do gardła, trochę jej zwrócił. Za jego plecami Alison nie zdołała się tak opanować i zaczęła gwałtownie wymiotować.

– Nie podnoś się – wymamrotał, sam nie wiedząc, czy nadal mówi do Klausa, czy już do żony. Widział, że lekarz wciąż zajmuje się kelnerem, a inni pełzną po pokładzie do Klausa. W cieniu wysokiego relingu, dokąd nie sięgały promienie zachodzącego słońca, było chłodno. Zaczął marznąć. Nie miał siły dociekać, czy naprawdę jest zimno, czy to skutek ran albo szoku. Po prostu wpatrywał się w niedawno poznanego Niemca, który leżał teraz na pokładzie, odsłaniając zęby w czymś na kształt uśmiechu.

Na najwyższym pokładzie cała obsada sterówki leżała na podłodze, żeby nie wystawiać się na ostrzał przez przeszkloną ścianę, która zapewniała tak doskonałą widoczność. Wielu z nich uważało teraz, że lepiej byłoby prowadzić statek według wskazań radaru – mogliby wtedy bezpiecznie zamknąć się na mostku i nie podnosić głów. Kapitan trzymał mikrofon i powtarzał tylko:

– Mayday.

Inny członek załogi wybierał 999 na służbowej komórce. Jeszcze inny nacisnął ukryty przycisk, by wysłać e-mail z sygnałem alarmowym i informacją o możliwym ataku. Każdy przy tym przywierał do podłogi.

John leżał bez ruchu, coraz mniej świadomy tego, co działo się wokół. Gdzieś krzyknął przenikliwie ptak. John zasłuchał się, ciekaw, jak taki ptak wygląda. Kogo obchodziło to, co się stało? Ten dźwięk był taki piękny. Z tej błogości wyrwała go żona: klepała go po policzkach i pytała, czy nic mu nie jest. Ale John z trudem wydobywał z siebie głos, więc znów krzyknęła.

Powietrze wypełniały odgłosy bieganiny i krzyki pasażerów, którym udzielano pomocy, lecz broń złowieszczo milczała. Czy ten ktoś już odszedł? Czy strzelanina się skończyła? John zastanawiał się nad tym, powoli tracąc przytomność i pragnąc znów usłyszeć tamtego ptaka.

Rozdział2

Macleod przyglądał się kobiecie, która stała na jego tarasie i patrzyła na zatokę Moray Firth. Była łysa; dopiero teraz zauważył jej odstające uszy. Zwykle skrywały się pod gęstymi włosami, które opadały falami na ramiona. Sama często powtarzała, że straciła urodę. Powiedział jej, że ją odzyska, lecz tylko pogorszył sprawę. Nie rozumiał dlaczego. Jak na niego, zabrzmiało to wyjątkowo optymistycznie. Hazel widziała to jednak inaczej.

Hazel Mackintosh zamieszkała u Macleoda po powrocie z Glasgow, gdzie przeszła leczenie raka, które na zawsze zmieniło jej ciało. Gdy zobaczył ją po raz pierwszy po burzliwym śledztwie na Barrze, nie miał pojęcia, jak poruszyć ten temat. Nadal trudno mu było o tym mówić, ale Jane wiedziała, co powiedzieć. Jego partnerka okazywała Hazel niezwykle dużo serca, zważywszy na to, że ta miała na niego oko. Ale teraz nie chodziło o żadne ukryte zamiary. Był tylko ból.

Ktoś położył dłoń na ramieniu Macleoda.

– Trzyma się. Na tyle, na ile to możliwe. Dobry z ciebie człowiek, że pozwoliłeś jej tu zamieszkać.

Położył dłoń na ręce Jane, wciąż patrząc na plecy Mackintosh.

– To ty jesteś dobra. Wiesz przecież, co ona do mnie czuje.

– Cóż, trudno ją winić. Nie zna cię tak jak ja. Ja już popełniłam ten błąd, ona nie musi.

– Ależ ty jesteś złośliwa. – Macleod zdobył się na uśmiech, obszedł Jane i objął ją od tyłu. – Jak myślisz, długo tu zostanie?

– Jak długo będzie trzeba, Seoras. Spotkało ją jedno z najgorszych nieszczęść, jakie potrafię sobie wyobrazić. Może więc zostać, dopóki będzie tego potrzebowała.

– Jesteś niesamowita, Jane. – Przytulił ją mocno, lecz nagle puścił, kiedy Mackintosh zaczęła się odwracać. Zastanawiał się, czy ich widziała. Wtedy zadzwonił telefon i Macleod natychmiast odwrócił się, żeby odebrać. – Tak, Macleod, słucham.

– Stewart, panie inspektorze. W Fort William doszło do ataku z użyciem broni palnej. Jakiś szaleniec oddał kilka strzałów. Zginął Niemiec. Pani główna inspektor chce, żeby pojechał pan tam jak najszybciej. Jestem na komendzie w Inverness. Przyjechać po pana?

– Tak, Stewart, będę gotowy. Brat ma zapewnioną opiekę?

– Tak, panie inspektorze. Wszystko jest ustalone. Przyjedzie Alasdair, jego opiekun. Do zobaczenia za chwilę.

– Dokąd? – spytała Jane, gdy tylko Macleod odłożył słuchawkę.

– Do Fort William. Zastrzelono Niemca. Mam nadzieję, że szybko wrócę.

– Nie mów tak. Wiesz, jak to bywa. Nie mam złudzeń. Poza tym mam swoją pacjentkę.

– Mam nadzieję, że jestem tu gościem, nie tylko pacjentką. – Mackintosh weszła z tarasu do domu.

– Przyjaciółką, Hazel – odparł Macleod. – Ale ja muszę lecieć. W Fort William zastrzelono człowieka, więc musicie, drogie panie, zaopiekować się sobą nawzajem. – W oczach Mackintosh dostrzegł głód, pragnienie, by natychmiast popędzić na kolejne miejsce zbrodni. Zastanawiał się, czy w jej życiu jest cokolwiek poza pracą. W ich rozmowach na pewno nic takiego się nie pojawiło. Było mu jej żal.

– Powiedz Jonie, że gdyby czegoś potrzebowała, może do mnie zadzwonić.

– Powiem, Hazel, ale dobrze sobie radzi. Zdolna dziewczyna.

– W dzisiejszych czasach już nie wypada tak mówić, Seoras, nawet jeśli jest od nas prawie trzydzieści lat młodsza. – Mackintosh uśmiechnęła się i trąciła Jane łokciem. – Nic na to nie poradzi. Dla niego to wszystko dzieciaki.

– Bo przy nas to są dzieciaki, Hazel. Nawet Hope. – Macleod zauważył, że wyraz twarzy Mackintosh się zmienił, a w oczach stanęły jej łzy.

– Wrócisz do pracy, Hazel. Zaufaj mi.

– Nie składaj obietnic bez pokrycia, Seoras. – Szefowa kryminalistyki odwróciła się i wyszła z powrotem na taras, by znów wpatrywać się w Moray Firth.

– To nie twoja wina – powiedziała Jane. – Sama musi w to uwierzyć. A teraz zbieraj rzeczy i zmykaj, inspektorze Macleod. Zrób porządek z tą młodzieżą.

– Tak jest, proszę pani. – Macleod przytulił partnerkę, po czym ruszył schodami do sypialni.

Droga do Fort William wiodła wzdłuż Kanału Kaledońskiego. Słońce skrzyło się na wodzie. Gdy mijali centrum turystyczne nad Loch Ness, Macleod dostrzegł tłumy ludzi; każdy za wszelką cenę chciał choćby na chwilę zobaczyć nieuchwytnego potwora.

– Po co wydawać pieniądze na coś, co nawet nie istnieje? – rzucił w stronę Stewart.

– Taka wycieczka, panie inspektorze. Dzieci mają frajdę.

– Spójrz na tamtą parę. Nawet nie mają dzieci.

– Nie mają, ale dobrze się bawią. Może warto za to zapłacić.

Macleod zauważył, że Stewart unosi rękę i poprawia okulary: robiła tak zawsze, gdy uznała, że celnie zripostowała. Już miał ponarzekać na brak szacunku dla starszych, kiedy dotarło do niego, że właśnie czepiał się ludzi za to, jak spędzają urlop. Ostatnio zrzędził coraz częściej. Jakby znów stawał się zgorzkniały, tak jak w Glasgow. Musiał z tym skończyć. Kłopoty Hazel przygnębiały także jego.

Przejechali przez most przy destylarni Ben Nevis i Macleod wiedział już, że są blisko końca kanału. Za mostem nad kanałem, w gasnącym świetle słońca, Stewart skręciła i pojechała wzdłuż brzegu, obok niezliczonych wozów służb ratunkowych. Zwykle auta pojawiały się tu sporadycznie, ale dziś droga przypominała salon samochodowy. Kiedy nie dało się już jechać dalej, Stewart zaparkowała. Macleod wysiadł i pokazał legitymację służbową funkcjonariuszowi pilnującemu policyjnego kordonu.

– Tam, panie inspektorze. Widzę McGrath i Rossa. – Macleod spojrzał w kierunku wskazanym przez Stewart i dostrzegł swoją sierżant, która rozmawiała z umundurowanym policjantem. Ruszył ku niej żwawym krokiem, ale gdy szedł pod górę w garniturze, upał zaczął mu doskwierać.

– McGrath, poproszę meldunek.

– Tak jest, panie inspektorze. Też miło pana widzieć. – Macleod zignorował przytyk. – Sądzimy, że ktoś stał mniej więcej tutaj – ciągnęła Hope – i oddał kilka strzałów z karabinu o dużej mocy w stronę statku wycieczkowego Lord of the Isles, który schodził Schodami Neptuna, a ściślej pokonywał drugą śluzę. Wszystkie strzały poza dwoma chybiły. Jeden pocisk urwał turyście palce, drugi zabił niemieckiego turystę. Dzwonili do mnie z Londynu, bo obawiają się zamachu terrorystycznego, ale tak naprawdę w mediach nic o tym nie było, nikt też nie przyznał się do ataku. A jeśli to był zamach, to cholernie partacki.

– Mamy kilkoro świadków, panie inspektorze – odezwał się Ross. – Ale strzelec miał na sobie bluzę z kapturem i nikt nie widział jego twarzy. Wciąż ich przesłuchujemy i spisujemy adresy. Ciało Niemca nadal jest na pokładzie, technicy pracują na miejscu. Kieruje nimi Jona Nakamura. Drugiego poszkodowanego zabrano do miejscowego szpitala. Początkowo chcieli ratować palce, ale były tak zmasakrowane, że przyszycie ich nie przywróciłoby mu sprawności. Z Fort William przewieźli go do Glasgow.

– Ktoś zdążył z nim porozmawiać, zanim go przewieźli?

– Nie, panie inspektorze – odparła Hope. – Ale mam tam dwóch funkcjonariuszy, którzy spisują zeznania żony. Pozostali ludzie na mostku, których przesłuchaliśmy, nie widzieli, skąd padły strzały. Większość rzuciła się na pokład.

– Dobrze, ale ty albo Ross pojedziecie przesłuchać rannego turystę i jego żonę. Trzeba ustalić, kim są i czy mogli być celem. Stewart, ustal nazwiska pasażerów i sprawdź, czy nie ma wśród nich kogoś wartego uwagi. Może strzelec kogoś z kimś pomylił. Poza tym pływały tędy inne łodzie, w obie strony. Zbierz trochę informacji i sprawdź, czy nasz strzelec nie był tak beznadziejny, że trafiał w niewłaściwy statek.

– Tak jest! – rzuciła Stewart i ruszyła do pracy.

– Ja pójdę do pani Nakamury. Zobaczymy, czego się dowiedziała. Ale chcę dostać podsumowanie relacji świadków i wiedzieć, co tu się stało. Ross, to dla ciebie priorytet. McGrath, ty zajmiesz się naszym zabitym Niemcem. Kim jest? Znajdź tych, którzy z nim przyjechali. Dlaczego on? I dlaczego nasz człowiek bez palców?

Macleod już miał odejść, ale się zatrzymał. Zdjął marynarkę i podał ją Rossowi.

– Znajdź dla niej jakieś bezpieczne miejsce. Dziś jest na nią za gorąco.

Ross spojrzał na McGrath, a Macleod ruszył dalej pod górę, mijając kolejne śluzy składające się na Schody Neptuna. W Fort William znajdował się jeden z krańców Kanału Kaledońskiego, ale żeby dostać się z morskiej zatoki do wąskiego kanału prowadzącego ku Loch Lochy, trzeba było pokonać różnicę wysokości. Latem panował tu duży ruch turystyczny i żeglarski, bo kanałem można było dotrzeć aż do Loch Ness i Inverness, a stamtąd wypłynąć na zatokę Moray Firth. Macleod dobrze znał duży statek wycieczkowy, który ostrzelano. Widział go kilkakrotnie w Inverness, ale nigdy nie przyszło mu do głowy, że ktoś mógłby go zaatakować.

Statek unosił się na wodzie między dwiema śluzami, połączony z brzegiem kanału trapem. Macleod pokazał funkcjonariuszowi legitymację, wszedł na statek i ruszył na pokład dziobowy, gdzie zginął Niemiec. Już z daleka zobaczył Jonę Nakamurę. Była drobna, ale w pełni panowała nad sytuacją i z absolutną pewnością siebie rozdzielała zadania swoim ludziom.

– Hazel pozdrawia i mówi, że w razie potrzeby może pani do niej zadzwonić. Powiedziałem jej, że jest pani za dobra, żeby potrzebować pomocy. – Jona uśmiechnęła się szeroko na ten komplement, po czym spojrzała na niego z troską.

– Jak ona się czuje?

– Ciężko jej, Jono. Ale ma do pani pełne zaufanie. Proszę mi więc powiedzieć, co pani ustaliła.

– Ofiarę postrzelono w głowę z karabinu dużej mocy. Śmierć najprawdopodobniej nastąpiła natychmiast. Strzały padały z dużym rozrzutem: pociski trafiły w kilka elementów osłony nad pokładem i je roztrzaskały. Ustalam jeszcze tory lotu pocisków, ale według sierżant McGrath strzelec stał dość daleko w dole ciągu śluz i wstępna analiza by to potwierdzała. Zrobię jednak dokładniejsze pomiary, panie inspektorze, na wypadek gdyby był też drugi strzelec, którego nikt nie zauważył. Szukamy śladów wzdłuż brzegu kanału, ale szczerze mówiąc, służby ratunkowe pędziły ścieżką, ludzie rozbiegali się we wszystkie strony, więc wszystko będzie kompletnie zadeptane. Ale poszukamy.

– Dobrze, proszę mnie informować na bieżąco.

– Jeszcze jedno, panie inspektorze – powiedziała Jona. – Spodziewałabym się, że broni o takiej mocy użyje ktoś, kto umie się nią posługiwać. Wprawny strzelec. A te strzały mają naprawdę duży rozrzut. Jak u amatora, a nie u strzelca, który po prostu ma gorszy dzień albo dopiero wypróbowuje nowy celownik czy broń.

– Chce pani powiedzieć, że nasz niemiecki przyjaciel był przypadkową ofiarą? – spytał Macleod.

– Nie, panie inspektorze. Może właśnie on był celem, tylko strzelec potrzebował kilku strzałów, żeby go trafić. Ale trafienie w dłoń uniesioną ponad reling, gdy reszta ciała pozostaje poniżej, wygląda na przypadek. Zanim dłoń pojawiła się w polu widzenia, nie dało się rozpoznać tej osoby. To mógł być ktokolwiek. Poza tym po co strzelać ze ścieżki? Sprawca miał na sobie bluzę z kapturem i po prostu stanął tam z karabinem dużej mocy. Jeśli ktoś jest gotów strzelać z odsłoniętego miejsca, ma do wyboru broń, która lepiej się do tego nadaje. Wystarczyłoby stanąć z dobrym pistoletem tuż przy ścieżce, naprzeciw nas. Równie trudno byłoby rozpoznać sprawcę jak z dalszej części ścieżki, a broń łatwiej ukryć.

– Jak ukryto karabin?

– Musiałby pan zapytać zespół przesłuchujący świadków, ale potrzebna byłaby spora torba. Zwłaszcza że trzeba było wyjąć broń, oddać strzały, schować ją i uciec. Na otwartej przestrzeni nie ma czasu na składanie ani rozkładanie karabinu. A tory lotu pocisków wskazują, że wszystkie strzały padły z odsłoniętego odcinka ścieżki.

Macleod skinął głową i zszedł ze statku z powrotem na brzeg kanału. To musiało być przypadkowe zabójstwo. Niemal nie dało się przewidzieć, że ofiara stanie akurat na dziobowym pokładzie, chyba że sprawca był z nią w kontakcie. Duży rozrzut strzałów również przemawiał za tym, że zabójca wykorzystał nadarzającą się okazję albo przynajmniej wybrał ofiarę losowo.

Zadzwonił telefon Macleoda. Na widok zdjęcia przełożonej omal nie jęknął. Daj mi choć chwilę.

– Macleod, słucham pani.

– Seoras, chciałam cię tylko uprzedzić, że przy tej sprawie będą na nas mocno naciskać. Ty prowadzisz śledztwo, ale pion antyterrorystyczny z południa przyśle tu kogoś. Oczekuję pełnej współpracy i udostępniania wszystkich dowodów. Ich zdaniem to mógł być zamach terrorystyczny.

– Jeśli tak, proszę pani, to dość dziwny. Jeden strzelec, karabin dużej mocy, strzela na otwartej przestrzeni, a za kamuflaż służy mu kaptur. Na razie wygląda na to, że ofiarę wybrał przypadkowo. To nie przypomina zamachu terrorystycznego. I dlaczego Fort William? Zupełnie przypadkowe miejsce. Mógł też postrzelić mnóstwo ludzi na ścieżce wzdłuż kanału, a tam nikt nawet nie został ranny. Do tego strzelał wyjątkowo niecelnie. Amatorszczyzna.

– Mimo wszystko, kiedy przyjedzie ich człowiek, macie w pełni współpracować.

– Oczywiście, proszę pani.

– Nie zatrzymuję cię, Seoras. Informuj mnie na bieżąco.

Macleod zakończył rozmowę. Stojąc przy statku, popatrzył wzdłuż kanału, ponad innymi jednostkami uwięzionymi między kolejnymi śluzami, w stronę Hope rozmawiającej z mundurowymi. Strzelec mógł tu urządzić krwawą łaźnię. A jednak tego nie zrobił. Tylko jeden zabity, jeden ranny i uszkodzony statek. Dlaczego wybrał akurat tę jednostkę? Coś w tym wszystkim nie gra.

Podwinął rękawy koszuli i otarł pot z czoła. Schodząc w stronę Rossa, wciąż oglądał się na statek. W głowie brzmiały mu słowa Jony: z mniejszej odległości, przy użyciu innej broni, znacznie łatwiej byłoby trafić kogoś na pokładzie. Sprawca nie próbował też niczym odwrócić uwagi. I dokąd potem uciekł?

– Ross! – zawołał Macleod. Podwładny podszedł. – Co na razie wiemy o wyglądzie strzelca?

Ross wyciągnął notes.

– Wzrost od mniej więcej metra sześćdziesięciu pięciu do metra siedemdziesięciu ośmiu. Jak zwykle, każdy świadek mówi co innego. Czerwona bluza z kapturem, kaptur na głowie. Za duża na niego, zasłaniała mu twarz. Niebieskie dżinsy, czarny pasek. Brązowe buty trekkingowe. Niósł dużą torbę, podobno trójkątną. Proszę spojrzeć, jeden ze świadków ją dla mnie narysował.

Macleod spojrzał na ołówkowy szkic. Torba przypominała trójkąt o łukowatych bokach zbiegających się w wierzchołku. Zamek błyskawiczny biegł przez wierzchołek, dzięki czemu można było odpiąć cały bok i wygodnie dostać się do środka. Torba była jednak zbyt szeroka jak na pokrowiec na broń.

– Ktoś wie, co to za torba? Była na niej nazwa firmy?

– Easton – powiedział Ross. – Nie znam tej marki.

– Sprawdź od razu w Google.

Ross wyjął telefon, a Macleod czekał na wynik wyszukiwania. Sam by to zrobił, gdyby nie był beznadziejny w obsłudze komórki, o czym najlepiej świadczyły skróty i zdjęcia kontaktów, które Hope mu w niej poustawiała.

– Dostawca sprzętu łuczniczego, panie inspektorze.

– Sprytu mu nie brak. Nie wziął pokrowca na broń, żeby nie wzbudzać podejrzeń. Dokąd uciekł strzelec, Ross?

– Świadkowie na ogół są zgodni, że wbiegł na parking u podnóża Schodów Neptuna i tam zniknął. Nadal sprawdzamy, czy ktoś zauważył samochód albo widział, jak do jakiegoś wsiada.

– Dobrze, Ross, jeszcze jedno. Dlaczego „on”? Mamy cokolwiek, co jednoznacznie wskazuje, że strzelał mężczyzna?

Ross skinął głową.

– Świadkowie mówili o mężczyźnie. Kilkoro.

– Wszyscy?

– Nie.

– A ktoś mówił o kobiecie?

– Nie, panie inspektorze.

– Przepytaj ich jeszcze raz. Chcę wiedzieć, dlaczego twierdzą, że to mężczyzna, skoro nie widzieli twarzy. Mężczyźni i kobiety miewają podobne sylwetki.

Macleod zszedł energicznym krokiem, żeby porozmawiać z sierżant kierującą działaniami miejscowych mundurowych. Kobieta miała ogoloną głowę, co trochę go niepokoiło, choć sam nie wiedział dlaczego. Może dlatego, że widział, jak Mackintosh straciła całą bujną czuprynę. Nigdy nie rozumiał, po co kobieta miałaby ścinać włosy, skoro były taką ozdobą, ale cóż, rzadko rozumiał kobiety. Nawet gdy starał się być uprzejmy, potrafił którąś urazić.

– Pani sierżant, inspektor Macleod. Rozumiem, że w okolicy kontrolujecie i przeszukujecie ludzi? – Kobieta przytaknęła. – W jakim promieniu? – dopytał Macleod.

– W promieniu pięciu mil, panie inspektorze, ale prawdę mówiąc, mógł się stąd ulotnić, zanim zajęliśmy pozycje. Oczywiście od razu przyjechaliśmy tutaj, a do takiej akcji mamy niewielu ludzi. Nieczęsto coś takiego się tu zdarza. To nie Londyn.

Nie – pomyślał Macleod – to nie Londyn. Dlaczego więc tutaj?

– Inspektor Macleod?

Nie brzmiało to jak pytanie; ktoś go szukał. Macleod odwrócił się gwałtownie i zobaczył trzydziestokilkuletniego mężczyznę w szarym garniturze, który szedł sprężystym krokiem wzdłuż kanału. Miał bujną, jasną czuprynę, która jakimś sposobem zdawała się żyć własnym życiem. Macleod poczuł ukłucie zazdrości. Jego własne włosy najwyraźniej uznały, że w grę wchodzi już tylko czerń przetykana srebrem. Przybysz miał na sobie nieskazitelnie wyprasowaną kremową koszulę, której rękawy opinały potężne mięśnie ramion. Może były wojskowy, a może po prostu ćwiczył.

– To ja. A pan kim jest?

– Przepraszam, panie inspektorze. Parry, Scotland Yard. Przyjechałem współpracować z państwem i przyjrzeć się sprawie pod kątem terroryzmu. Nie chcę przeszkadzać, ale przydałoby mi się wprowadzenie. Dostałem już wstępne informacje zaraz po zdarzeniu, teraz jednak chciałbym poznać szczegóły, w miarę jak będziecie je państwo ustalać.

Macleod podszedł i wyciągnął rękę. Uścisk Parry’ego był jak imadło; Macleod z ulgą cofnął dłoń. Rozejrzał się, dostrzegł Rossa i Hope i przywołał ich do siebie.

– To moi współpracownicy z pionu kryminalnego: sierżant McGrath i funkcjonariusz Ross. – Zauważył, że przybysz szybko obrzucił wzrokiem ich oboje, po czym na moment wrócił spojrzeniem do Hope i dopiero wtedy podał rękę. – Jest jeszcze funkcjonariuszka Stewart. Przesłuchuje ludzi na statkach w śluzach. Każde z nich może pana zapoznać ze szczegółami naszych działań. A wy udzielajcie panu Parry’emu wszelkich informacji. Przyjechał z Londynu, z pionu antyterrorystycznego. Możecie też śmiało konsultować z nim swoje pomysły.

Macleod otarł czoło i zauważył, że Parry niemal się nie poci.

– Może pani sierżant McGrath zechciałaby przedstawić mi sytuację? – zapytał Parry.

– Przykro mi, panie Parry, ale McGrath jest mi teraz potrzebna. Ross pana oprowadzi i wszystkim się zajmie. Przedstaw go też pani Nakamurze, Ross. Niech wie, w jakim charakterze tu przyjechał.

– Dziękuję, panie inspektorze. Zobaczymy się, gdy Ross mnie ze wszystkim zapozna. – Macleod patrzył, jak obaj odchodzą, i dostrzegł jeszcze spojrzenie, które Parry rzucił przez ramię w stronę Hope. Uśmiechnął się w duchu. Gdyby to on tu przyjechał, też wolałby, żeby wprowadziła go Hope.

– Byłam panu potrzebna, panie inspektorze?

Macleod odwrócił się do niej.

– Nie, ale jesteś już sierżantem. Nie musisz nikogo prowadzić za rączkę. – Hope roześmiała się i wróciła do swoich zajęć.

Macleod stał i rozglądał się po miejscu zdarzenia. Co to było? Terroryzm? Jakiś świr? Jakieś nieznane porachunki? Jednego był pewien: ci turyści nigdy nie zapomną Schodów Neptuna.

Rozdział3

Świetlica na obrzeżach Fort William leżała blisko kanału i świetnie nadawała się na bazę operacyjną. Dzięki temu miejscowy posterunek nie musiał się zmagać z całym zamieszaniem, jakie towarzyszyło sprawie tej skali. Macleod ślęczał nad zeznaniami, próbując dowiedzieć się czegoś więcej o zabójcy. Tyle że z relacji świadków często wyłaniał się tylko ogólny obraz, bez szczegółów. Hope zdobyła za to nagrania z monitoringu i właśnie je przeglądała.

Ktoś zapukał do drzwi jego gabinetu. Pokoik mieścił się na tyłach budynku i był jednym z niewielu miejsc, gdzie Macleod mógł znaleźć odrobinę ciszy i spokoju. Po chwili Stewart zajrzała do środka, a on gestem zaprosił ją do wejścia.

– Mam nadzieję, że coś masz, bo te zeznania świadków do niczego nas nie prowadzą.

– Tak, panie inspektorze – odparła Stewart. – Ale nie wiem, czy moje informacje na wiele się zdadzą. Zabity nazywał się Klaus Schneider, przyjechał na urlop z żoną Mią. Podróżowali samochodem, a potem wsiedli na niewielki statek wycieczkowy. Miał trochę pieniędzy, lecz poza tym nic go nie wyróżniało. Pan Parry skontaktował się z kolegami z niemieckiej policji. Też niczego podejrzanego nie znaleźli. Wygląda na to, że Schneider po prostu był w niewłaściwym miejscu o niewłaściwej porze.

– A nasz ranny?

Stewart poprawiła okulary.

– John Green, z Sussex. Jego żona Alison właśnie wyszła na pokład, kiedy padły strzały. Oboje niekarani, bez powiązań z terrorystami czy przestępczością zorganizowaną. On prowadzi stajnie w kilku hrabstwach. Też ma trochę pieniędzy, ale nic nadzwyczajnego. Ona jest trenerką koni. Nie znalazłam żadnego powodu, dla którego ktoś miałby do nich strzelać. Nie znalazłam też niczego podejrzanego u nikogo, kto był wtedy na pokładzie. Sprawdziłam nawet sąsiednie łodzie. Tylko jeden były więzień, ale od dwudziestu lat żyje uczciwie, a łódź, na której przebywał, znajdowała się poza linią ostrzału.

– Dobra robota, Stewart. Wygląda na to, że trafił nam się jakiś świr, ale szukaj dalej. Zamknij drzwi, dobrze?

Stewart spojrzała na niego, po czym spełniła prośbę.

– A co z lękiem podczas pościgów i konfrontacji z podejrzanymi? Pomagają ci te sesje? Nie potrzebuję szczegółów. Muszę tylko wiedzieć, jak sobie radzisz, żeby móc planować działania. – Stewart poruszyła się niespokojnie na krześle. – Kirsten, muszę wiedzieć, do jakich zadań mogę cię kierować. Chodzi o bezpieczeństwo zarówno twoje, jak i reszty zespołu.

– Jest lepiej, panie inspektorze, ale wciąż się boję, że podczas pościgu źle zareaguję. Zwłaszcza gdyby ścigany odwrócił się i na mnie ruszył. Wróciłam do treningów MMA i na ringu nie mam problemów, ale to zupełnie inna sytuacja. Wciąż mam koszmary.

Macleod przypomniał sobie zdarzenie w Newcastle, gdzie Stewart omal nie zginęła. Uratowała ją tylko interwencja drugiego podejrzanego, który sam przypłacił to życiem. Nic dziwnego, że trudno jej było się z tym uporać. A przecież gdyby ktoś ich zaatakował, umiałaby się obronić znacznie lepiej niż on.

– Będę o tym pamiętał, Kirsten. Ale jeśli pojawią się jakieś problemy, koniecznie mi powiedz. Nie chcę narażać ani ciebie, ani nikogo innego z zespołu.

– Oczywiście, panie inspektorze. Wracam do pracy.

Kiedy Stewart otworzyła drzwi, weszła Hope i klapnęła na krzesło przed biurkiem Macleoda.

– Monitoring – zaczęła, po czym obejrzała się, żeby sprawdzić, czy drzwi są zamknięte. – Seoras, nasz podejrzany ma tak naprawdę jakieś sto sześćdziesiąt pięć centymetrów wzrostu. Miał na sobie czerwoną bluzę z kapturem, niebieskie dżinsy i buty trekkingowe. Ale czy to mężczyzna, czy kobieta – nie sposób stwierdzić. Na pewno nie kobieta z dużym biustem. Nawet mój byłoby widać pod taką bluzą.

Macleod starał się nie wyobrażać sobie tego widoku i nie zastanawiać, czy Hope ma rację. Wolał uwierzyć jej na słowo.

– A ogólna budowa ciała?

– I znów: mężczyzna albo kobieta. Żaden mięśniak, ale w tych ciuchach mógł się kryć przeciętnie zbudowany facet albo kobieta o małym biuście. Przykro mi, nie potrafię rozstrzygnąć. Za to udało nam się ustalić, którym samochodem odjechała ta osoba.

– Rozesłaliście komunikat o poszukiwaniu samochodu? – spytał Macleod.

– Oczywiście, Seoras, ale znaleziono go w płomieniach. Prawie nic nie zostało. Tuż naprzeciwko stacji kolejowej Locheilside. Sprawdzamy teraz nagrania z monitoringu kolejowego. Tyle że funkcjonariusz, który je przegląda, nie wypatrzył na nich tej osoby wsiadającej do pociągu. Nie mówiąc już o tym, gdzie wysiadła.

– Może wcale nie wsiadła. To mogła być zmyłka. Sprawdźcie w firmach taksówkarskich, czy kogoś stamtąd nie zabierali. Mogli przecież wieźć sprawcę i nawet o tym nie wiedzieć. Założę się, że bluza z kapturem spłonęła w tym samochodzie.

– Myślisz, że ta osoba wszystko tak dobrze zaplanowała, Seoras?

Macleod wstał i podszedł do małego okna z widokiem na otaczające ich wzgórza.

– Jeśli chodziło o to, żeby zaatakować i zabić, to coś mi tu nie pasuje. Karabin o dużej mocy, wokół mnóstwo ludzi, a strzały padają w stronę statku, który jest znacznie dalej niż ludzie na brzegu. Do tego przygotowany samochód, wystarczy dobiec, wsiąść i odjechać. Dowody spalone, sprawca ukryty w za dużej bluzie z kapturem. To nie była byle jak przygotowana próba siania terroru. A w pobliżu nie możemy znaleźć nikogo, kto mógłby być na liście zabójcy. Mam coś przed samym nosem i tego nie widzę.

– Jak do ciebie pomacha, daj znać, bo ja już zupełnie nic z tego nie rozumiem. A tak przy okazji, Parry chce nam wszystkim postawić kolację.

– Kiedy? O drugiej w nocy? Daj spokój, Hope, prędko stąd nie wyjdziemy.

– Ale to miłe z jego strony. Odkąd rozstałam się z Allinsonem, tylko Jona postawiła mi kolację. – Macleod dostrzegł smutek na twarzy Hope, nim wymusiła uśmiech. – Liczyłam na chwilę oddechu.

– Powiedz mu, żeby zamówił coś na wynos, tak na dziewiątą wieczorem. Tylko żadnych tanich kebabów ani niczego w tym rodzaju. Porządne curry albo chińszczyznę. Z londyńskiej pensji pewnie go stać.