Pleśń - Przemysław Żarski - ebook + książka

Pleśń ebook

Przemysław Żarski

0,0
39,90 zł

lub
-50%
Zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego i kupuj ebooki, audiobooki oraz książki papierowe do 50% taniej.

Dowiedz się więcej.
Opis

Przemoc łamie ludzi jak zapałki.

Mroczny kryminał z Sosnowcem w tle.

Maciek Miłek zaginął ponad 30 lat temu na obozie harcerskim. Nigdy nie rozwiązano tej sprawy, a ciała chłopca nie odnaleziono.

Jego brat dorastał w cieniu tragedii, uciekając od zrujnowanego życia rodzinnego w używki i subkulturowe wojny. Wszyscy przestali już wierzyć, że kiedyś dowiedzą się, co tak naprawdę wydarzyło się na tym feralnym obozie.

Podkomisarz Laura Halber wraca do siebie po utracie brata i odnajduje spokój w nowej relacji. Gdy natrafia na szczątki zwłok pod starym domem głośnego mordercy, wie już, że będzie musiała wybrać się w podróż do miejsc, do których nigdy nie chciała zaglądać. Po śladach, które dawno zniknęły pod grubą warstwą kłamstw i niedomówień.

Osadzona w znakomicie oddanych realiach Zagłębia i Górnego Śląska Pleśń to duszny, przepełniony emocjami dramat kryminalny, druga odsłona cyklu z podkomisarz Laurą Halber w roli głównej.

To nie jest zwykły kryminał – to wielogłosowa opowieść o buncie i samotności.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 399

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Opieka redakcyjna: ANNA MICHALIK

Redakcja: ANNA POINC-CHRABĄSZCZ

Korekta: PAULINA STOPAREK, JĘDRZEJ SZULGA, ANETA TKACZYK

Projekt okładki i stron tytułowych: TOMASZ MAJEWSKI

Fotografie na okładce: McKenna Phillips / Unsplash Zach Camp / Unsplash

Redaktor techniczny: ROBERT GĘBUŚ

© Copyright by Przemysław Żarski © Copyright for this edition by Wydawnictwo Literackie, 2026

Wydanie pierwsze

ISBN 978-83-08-09408-2

Wydawnictwo Literackie Sp. z o.o. ul. Długa 1, 31-147 Kraków bezpłatna linia telefoniczna: 800 42 10 40 księgarnia internetowa: www.wydawnictwoliterackie.pl e-mail: [email protected] tel. (+48 12) 619 27 70

Konwersja do formatu ePub 3: eLitera s.c.

Ten e-book jest zgodny z wymogami Europejskiego Aktu o Dostępności (EAA).

Wydawca zakazuje eksploatacji tekstów i danych (TDM), szkolenia technologii lub systemów sztucznej inteligencji w odniesieniu do wszelkich materiałów znajdujących się w niniejszej publikacji, w całości i w częściach, niezależnie od formy jej udostępnienia (art. 26 [3] ust. 1 i 2 ustawy z dnia 4 lutego 1994 r. o prawie autorskim i prawach pokrewnych [tj. Dz.U. z 2025 r. poz. 24 z późn. zm.]).

Wszystkim niepokornym duchom

przeglądającym się we własnych

porażkach i lękach; rozbijcie

to pieprzone lustro.

Zerwany łańcuch i pragnienie zemsty.

Tylko nienawiść i obnażone kły,

dopaść oprawcę i skończyć z nim.

Ruszamy do walki my, wściekłe psy.

REZYSTENCJA, WŚCIEKŁE PSYsł. Jerzy Nowak

PROLOG

1990

Las o świcie nie należy do nikogo. Jest ziemią niczyją, tajemnicą, żywiołem, którego nie da się oswoić. Ani zrozumieć.

To słowa Maćka. Wygłosił je przy śniadaniu na obozie, wzbudzając wśród kumpli salwę śmiechu. Nie rozumieli go, a ja wstydziłem się przyznać, że się z nim zgadzam. Byłem jego młodszym bratem i nie chciałem im podpaść. Żałuję tego.

Zaginął kilka dni później i nie zdążyłem mu powiedzieć, jak wiele dla mnie znaczył.

Wstałem wcześniej, o ile w ogóle położyłem się wtedy spać. Nie pamiętam. Czułem pod powiekami ciężar nieprzespanej nocy.

Wierzyłem, że się odnajdzie. Byłem na niego wściekły i myślałem, że robi to specjalnie. Lubił być w centrum uwagi. Wkurzała mnie ta potrzeba atencji.

Wszyscy poza mną się na to nabierali. W szukaniu poklasku umiał być cholernie irytujący i miał tendencję do przesady.

Ale kiedy ma się dziesięć lat, jak ja tego lata, wszystko wydaje się prostsze. Cienie na ścianie układają się w koszmarne obrazy, a prawdziwa groza przecieka nam między palcami. Nie zauważamy jej lub nie chcemy zauważać. A może tylko ja nie chciałem.

Wymknąłem się z obozu, korzystając z zamieszania, które zapanowało po zniknięciu Maćka. Nie mogłem wciąż o tym myśleć. Szliśmy z Procą nad rzekę, by wyprać przepocone i zalatujące ogniskiem ciuchy. Wciąż miałem przed oczami strzelające w niebo iskry, rozgrzane do czerwoności polana i osmolone ziemniaki, które wygrzebywałem z popiołu, soliłem i jadłem, brudząc sobie palce. Jeden z wychowawców grał na gitarze Enjoy the Silence. Kawałek Depeszów w akustycznej wersji przy ognisku brzmiał wspaniale.

Cisza nigdzie nie smakowała tak jak tu. Szkoda, że nawałnica zniweczyła nasze plany i musieliśmy wrócić w pośpiechu do obozu.

Odwróciłem się. Proca snuł się za mną. Zamulał, ale znudziło mi się popędzanie go. Skóra nas olał i przewrócił się na drugi bok, gdy zaproponowałem, aby szedł z nami.

Kierowaliśmy się w stronę rzeki. Mech układał mi się pod stopami niczym miękki koc. Las miał wyrazisty zapach. Gdzieś na horyzoncie widać było słońce. Wyglądało tak, jakby wdrapywało się na wierzchołek po gałęziach drzew.

Źle się czułem z tym, że nie zareagowałem na czas i nie stanąłem w obronie Procy, gdy matoły ze starszej grupy spuszczały mu łomot. Ale gdybym to zrobił, przestaliby gnębić jego i zabraliby się za mnie. Chcieli się wyżyć, a obóz to nie jest ochronka dla mazgajów. Im szybciej to zrozumiesz, tym lepiej.

– Czekaj, gdzie tak pędzisz?! – wydzierał się Proca, starając się dotrzymać mi kroku.

Patrzyłem, jak czyści okulary. Nosił szkła grube jak denka butelek po mleku. Mleko piliśmy na obozie codziennie i na samą myśl o przypalonym kożuchu robiło mi się niedobrze.

– Wolałbym zdążyć na śniadanie. Krauze dostaje piany, kiedy się spóźniamy – ponaglałem go. – Lepiej wracać, zanim zjadą się tu policjanci i zaczną się poszukiwania. Chociaż założę się, że jak dotrzemy na miejsce, ten głąb będzie na stołówce. Robi to specjalnie, żeby wszyscy się nad nim litowali – wymądrzałem się.

– Trzeba było siedzieć na dupie. A jeśli Maciek naprawdę przepadł? – powiedział z niepokojem w głosie.

– Wróci. Złego diabli nie biorą.

– Obyś miał rację – podsumował. – Marzę tylko o tym, żeby ten pieprzony obóz się wreszcie skończył.

– Naprawdę tak przeżywasz, że spuścili ci łomot? W sumie o co poszło? – zaciekawiłem się.

– O to co zwykle. Nie spodobał im się mój pedalski ryj. Uwzięli się na mnie. – Sięgnął po leżący pod nogami patyk i cisnął go w krzaki.

– Nie jesteś pedałem – stwierdziłem.

– Co ty nie powiesz? Pieprzą bez sensu. Skóra ich nakręcił, a ci łyknęli to jak pelikany – skarżył się Proca.

Wspinaliśmy się po niewielkim wzniesieniu. Proca stawiał kroki jak gejsza, by uniknąć spotkania z ostrężynami lub pokrzywami, których było tu pełno.

W końcu dotarliśmy do zakola rzeki; niedaleko stąd znajdował się sklecony z konarów mostek. Zbudowaliśmy go po przyjeździe na obóz i dzięki niemu przeprawialiśmy się na drugi brzeg. W dole nurt robił się zdradliwy.

Pewnego dnia wychowawcy kazali nam przepłynąć rzekę, żeby dostać się do obozu „wroga”. O mały włos się nie potopiliśmy. W tym miejscu nurt wydawał się spokojniejszy; zamierał na moment w zalegających przy brzegu chaszczach, by za chwilę nabrać sił, spływając w dół zbocza.

Zbiegliśmy po skarpie i dotarliśmy do miejsca, w którym dało się usiąść i uprać ciuchy. Proca sięgnął do plecaka i wysypał na trawę brudne ubrania. Uznał, że później rozwiesi je na sznurku rozpiętym między drzewami. Mama nakopałaby mu do tyłka, gdyby przywiózł jej śmierdzące gacie.

– Po co tam leziesz? – rzuciłem.

Zdjął buty i skarpety i wchodził głębiej w nurt.

– Coś tam jest.

– Co?

– Gdybym wiedział co, nie moczyłbym dupy w rzece. Myślisz, że noszę te cholerne bryle bez powodu? – Odwrócił się i wskazał na okulary. Brodził już po kolana w wodzie.

– Rób, jak chcesz, ale nie licz na to, że wyciągnę cię z rzeki, jak będziesz się topił. Pływasz jak baba – uprzedziłem.

– Wal się. Poradzę sobie. I łaski bez.

Proca już mnie nie słuchał. Szedł z patykiem wciśniętym w dno, jakby badał grunt.

Spieniłem ręce mydłem, miętoliłem w nich spodnie i zanurzałem je w rzece. Pozbycie się z materiału smrodu ogniska było trudniejsze, niż przypuszczałem. Szczególnie w lodowatej wodzie. Słońce wychylało się zza drzew i ogrzewało mi skórę.

Czas spędzony na obozie doceniałem dopiero po powrocie do domu. W środku lasu marzyłem o kąpieli, wgapianiu się w telewizor, a nawet o tym, by siąść na tronie i nie musieć już podcierać się liśćmi. Nie przestawałem myśleć o Maćku. Wychowawcy zabronili nam szukać go na własną rękę. Zamiast jednej zguby mieliby pełne ręce roboty. Sklecony przez nas mostek się rozpadł. Możliwe, że zniszczyła go nawałnica.

Proca, brodząc przy brzegu, szedł w stronę złamanego drzewa. Konar utworzył w tym miejscu zator, gałęzie blokowały nurt i sprawiały, że powstało nieruchome bajoro. Chłopak podszedł bliżej i schylił się, jakby wypatrzył coś w tej gęstwinie. Zniknął mi z oczu, a po chwili wrzasnął, jakby spotkał ducha.

Zaczął chlapać wodą na wszystkie strony i gnał, przestraszony, w stronę brzegu. Nie sądziłem, że ma w sobie tyle ikry.

– Kuba! Kuba, musisz to zobaczyć! – krzyczał, podtrzymując zsuwające się z nosa okulary. Potknął się i wpadł do wody. Koszulka lepiła mu się do ciała.

Gdy dowlókł się do brzegu, jego twarz przypominała rozgrzaną do czerwoności żarówkę. Był przerażony i nie mógł złapać tchu. Nie miałem ochoty nigdzie chodzić, ale w końcu odłożyłem ciuchy na bok i zrezygnowany ruszyłem za nim.

Spodziewałem się, że Proca przesadza. Jak z pobiciem, gdy żalił się, że starsi spuścili mu lanie, a tylko trochę go poszarpali. Wyrżnął o własne nogi i nabił sobie guza.

Lubił dramatyzować i trudno się dziwić, że nikt nie traktował go serio.

– O czym ty mówisz? Co mam niby zobaczyć? – próbowałem coś ustalić.

Kumpel złapał mnie za rękę i pociągnął za sobą. Wpadłem do wody i zakląłem, brodząc w niej po kolana. Proca nie zwolnił uścisku. Jego palce zacisnęły się na mojej skórze jak metalowe szczypce.

Znaleźliśmy się w pobliżu powalonego drzewa. Proca wskazał na coś, co wystawało z wody, i zasłonił usta. Odwrócił się. Nie chciał na to patrzeć.

Wyrwałem mu się. Podszedłem kilka kroków, wyczuwając pod nogami grząskie, zarośnięte śliskim paskudztwem dno. Lepiej nie zapuszczać się dalej, tam nurt był groźniejszy. Proca miał rację. Z wody wystawało coś, co przypominało unoszącego się na rzece topielca. Wmawiałem sobie, że przesadza; ktoś zapomniał ubrania, popłynęło z prądem i wplątało się w gałęzie.

Wystające z wody pnącza przypominały rozsypane na tafli mokre włosy. Przełknąłem ślinę. Miałem złe przeczucia. Wydawało mi się, że widzę siną dłoń zaplątaną w gałęzie. Wyglądała, jakby chciała mnie zatrzymać i wydostać się po moim truchle na brzeg.

Naoglądałem się zbyt wielu kiepskich horrorów. Starałem się chwycić za kawałek materiału, napuchnięty i unoszący się na powierzchni. Czułem opór, gdy odwracałem go na drugą stronę. Byłem pewien, że spod wody patrzą na mnie szare, mętne oczy topielca, a z jego bebechów wypłynęła ryba.

Wystraszyłem się i o mały włos nie straciłem równowagi. Osunąłem się na kolana i oddychałem z trudem. A co, jeśli to był Maciek? Sztywny i nabrzmiały od gazów.

Martwy i cuchnący.

Nie pamiętam, w jaki sposób dostaliśmy się na brzeg. Zasuwaliśmy ile sił w nogach, potykając się i oddychając rękawami. Dopiero w obozie zorientowaliśmy się, że coś przegapiliśmy. Wszędzie kręcili się dziwni ludzie. Gadaliśmy bez sensu, chcąc przebić się przez ten jazgot. Plątał mi się język. Odsuwałem od siebie myśl, że w wodzie mógł się znajdować mój brat, i robiłem wszystko, żeby tą paplaniną zagadać strach.

Modliłem się w duchu, by Maciek wrócił. Ale wiedziałem, że więcej go nie zobaczę.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki