Uzyskaj dostęp do tej i ponad 240000 książek od 14,99 zł miesięcznie
72 osoby interesują się tą książką
Jak opowiedzieć prawdę, gdy nie możesz wykrztusić słowa?
Victoria Barnett wiodła życie, którego każdy mógł jej zazdrościć. Wielka kariera, luksusowy dom i mąż, który świata poza nią nie widział. Wszystko to pękło jak bańka mydlana, gdy doszło do tragicznego wypadku.
Cena przetrwania okazuje się przerażająca. Victoria zostaje uwięziona na poddaszu rezydencji – zamknięta we własnym ciele, pozbawiona głosu i całkowicie zależna od innych.
Sylvia Robinson zostaje zatrudniona przez troskliwego męża do pomocy w opiece i szybko wyczuwa gęstą atmosferę tego domu. W oczach rzekomo sparaliżowanej Victorii zamiast obojętności dostrzega obłędny strach i niemy krzyk o pomoc. Kobieta desperacko próbuje wyjawić sekret, za który ktoś był gotów zabić.
Kiedy Sylvia znajduje ukryty w szufladzie dziennik Victorii, idealna fasada opada. Prawda zapisana na tych stronach jest gorsza niż jakikolwiek koszmar.
A Sylvia właśnie stała się częścią tej pułapki.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 377
Rok wydania: 2026
Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Tytuł oryginału: The Wife Upstairs
Copyright © 2020 by Freida McFadden
First published in 2020 by Sourcebooks, Poisoned Pen Press
Copyright © Wydawnictwo Poznańskie sp. z o.o., 2026
Copyright © for the Polish translation by Elżbieta Pawlik, 2026
Redaktorka inicjująca: Marta Kujawa
Redaktorka prowadząca: Joanna Zalewska
Marketing i promocja: Judyta Kąkol
Redakcja: Paulina Jeske-Choińska
Korekta: Agnieszka Czapczyk, Lidia Kozłowska
Projekt okładki i strony tytułowe: Tomasz Majewski
Fotografie na okładce: © Blake Cheek | Unsplash,
© Laura Chouette | Unsplash
Fotografia autorki na skrzydełku: © Mira Whiting
Zezwalamy na udostępnianie okładki książki w internecie.
ISBN 978-83-68889-36-9
CZWARTA STRONA
Grupa Wydawnictwa Poznańskiego sp. z o.o.
ul. Fredry 8, 61-701 Poznań
tel.: 61 853-99-10
www.czwartastrona.pl
Sylvia
Październik 2019
Poszukiwana opiekunka z zakwaterowaniem. W zakres obowiązków wchodzi karmienie, pielęgnacja oraz dotrzymywanie towarzystwa chorej, jak również lekkie prace domowe.
Gdybym zawahała się chociaż minutę, wszystko skończyłoby się inaczej.
Jej twarz powoli zmieniłaby barwę na sinoniebieską. Upadłaby na podłogę, gdy jej płucom zabrakłoby tlenu. Potem przyjechałaby karetka – za późno. Podróż do szpitala. Albo może prosto do kostnicy. Ponure telefony do krewnych – męża, córki, syna.
Nigdy nie zrobiłam nic heroicznego w życiu. Na szczycie listy znajdowałby się kot, którego dokarmiałam w zaułku obok mojego mieszkania. Nie wiem, czy dokarmianie bezpańskiego kota można uznać za heroiczny wyczyn. Zresztą słyszałam, że ten kot w końcu kogoś podrapał, więc może po prostu wspierałam bandytę w jego niecnych uczynkach…
Wszystko zaczęło się tydzień temu.
Agencja pracy poinformowała mnie o możliwości zatrudnienia w Montauk, na Long Island. Oferta obejmowała stanowisko z zakwaterowaniem, miałabym się opiekować matką mężczyzny nazywającego się Adam Barnett, którego najwyraźniej stać było na opłacenie mi podróży na wyspę z Brooklynu, gdzie mieszkam, bym mogła poznać jego matkę i odbyć oficjalną rozmowę kwalifikacyjną.
Z opisu ta posada przypominała moją poprzednią, gdy załatwiałam sprawunki i zajmowałam się domem starszej kobiety w górnej części wschodniego Manhattanu. Niestety, tamta praca zakończyła się w najgorszy możliwy sposób. Po tej porażce nie byłam pewna, czy w ogóle uda mi się cokolwiek znaleźć. Kobieta z agencji powiedziała, że mam „szczęście”, że dają mi tę możliwość.
Nie czuję się szczęściarą. Mimo że pieniędzy starcza mi ledwie na opłacenie czynszu, ostatnie, na co mam ochotę, to wyprowadzka na jakieś wygwizdowo. Ale kiedy agencja poinformowała mnie, ile mogłabym zarabiać, poczułam się jak ta postać z kreskówki, w której oczach pojawiają się symbole dolara. Ta praca to moja szansa na wydostanie się z głębokiego dołka, w którym żyję już zbyt długo. I dlatego zgodziłam się na rozmowę kwalifikacyjną.
Teraz jest późne popołudnie, siedzę już w pociągu linii Long Island Railroad od jakichś trzech wieków i zaczynam mieć wątpliwości. Przez pierwszą godzinę czytałam, ale widoki przemykające za oknami mnie przymuliły, więc co chwilę to przysypiam, to się budzę, po czym zerkam na zegarek i tłumię w sobie chęć wykrzyknięcia: „Daleko jeszcze?”.
A to nie jest jeszcze najgorsze.
Kiedy wsiadałam do tego pociągu, co teraz wydaje mi się odległą przeszłością, był zatłoczony. Siedzieliśmy w wagonie upchnięci jak sardynki, a powietrze było ciężkie od nieświeżego potu. Absolutnie każde miejsce było zajęte, a mnie udało się ulokować na siedzeniu przy oknie obok starszej kobiety, która zaraz po tym, jak pociąg ruszył, zaczęła jeść lunch. Nie byłam tym zachwycona, ale cóż mogłam zrobić – w końcu była pora lunchu.
Minęły trzy godziny. Pociąg opustoszał i w tej części wagonu zostałyśmy tylko ja i ta kobieta. Wszyscy inni przesiedli się na liczne wolne podwójne miejsca, a ona nadal siedzi obok mnie. I – co jeszcze bardziej zdumiewające – nadal je. Nie przestała przeżuwać, odkąd opuściliśmy Penn Station.
Czy to niegrzeczne poprosić kogoś, żeby się przesiadł na inne miejsce? Gdybym siedziała od strony przejścia, już godzinę temu sama zmieniłabym miejsce, ale przy oknie czuję się uwięziona. Czy ona naprawdę nie wolałaby mieć całego siedzenia tylko dla siebie i swojej torby? Ja bym chciała.
Nie potrafię też zrozumieć, gdzie ona mieści całe to jedzenie. Kobieta jest naprawdę drobniutka – waży góra czterdzieści kilo. Po tym, jak wcisnęła w siebie dwie kanapki, trzy paczki czipsów i brownie, byłam pewna, że skończyła posiłek, ale nie. Kilka minut temu wydobyła z torby gigantyczny bajgiel z makiem i teraz się nim zajada, przy okazji rozsiewając wokół siebie okruchy i ziarenka maku.
Odwracam się od niej do okna i rozmyślam o mojej potencjalnej pracy. Opieka nad starszą kobietą nie jest dla mnie trudna i nawet to lubię. Jednak jeśli zdecyduję się na tę posadę, będę skazana na te niekończące się podróże za każdym razem, gdy zechcę wrócić do miasta. Ale w sumie może to i lepiej. Przyda mi się dystans od tego, co zostawię w mieście.
Albo może powinnam powiedzieć – kogo.
Po raz pierwszy, odkąd usiadła obok mnie, kobieta przestaje przeżuwać. Najpierw kaszle – to takie lekkie, niemal uprzejme kasłanie. Potem kaszel ustaje, a ona jest niepokojąco cicho. Łapie się za gardło, takim samym gestem, jak kobieta na tym plakacie informującym o tym, co robić, kiedy ktoś się dławi.
Rany boskie, ona się dławi. Dławi się swoim makowym bajglem.
Rozglądam się spanikowana wokół, z nadzieją, że znajdzie się ktoś, kto wie, co robić. Ale oczywiście jesteśmy w tym wagonie zupełnie same. Kontroler biletów przeszedł jakieś dziesięć minut temu i już nie ma po nim widu ni słychu. Jestem tylko ja i ta dławiąca się kobieta.
Jeśli jej zaraz nie pomogę, będzie za późno. Ona umrze.
Kiedy miałam trzynaście lat, na obozie letnim uczyłam się chwytu Heimlicha. Ćwiczył wtedy na mnie David Malone, a ja byłam taka podekscytowana tym, że David mnie dotyka, że nie bardzo umiałam się skupić, ale to przecież nie jest żadna filozofia. Obejmujesz rękami krztuszącą się osobę, zwijasz dłonie w pięści pod mostkiem i uciskasz. Mocno.
Wstaję i z łatwością podnoszę kobietę z miejsca, zrzucając jej torbę i bajgla na podłogę. Obejmuję rękami jej szczupłą klatkę piersiową. I uciskam. Raz. Drugi. Trzeci.
Nie jest to w najmniejszym stopniu tak przyjemne, jak wtedy, gdy ćwiczyłam z Davidem Malonem.
W chwili, gdy zaczynam się obawiać, że to nic nie pomaga, z ust kobiety wylatuje kawałek bajgla. Ląduje w przejściu z plaśnięciem, tuż obok zmiętej chusteczki.
Uratowałam jej życie. Po raz pierwszy w życiu jestem bohaterką.
– Co ty, na litość boską, wyprawiasz?
Sądziłam, że staruszka będzie mi teraz dziękowała ze łzami w oczach. Bardzo ci dziękuję za uratowanie mi życia. Jak ci się kiedykolwiek odwdzięczę? Jednak wygląda na to, że niedoszła ofiara nie jest zbyt zadowolona. Właściwie to spore niedopowiedzenie. Patrzy na mnie z wściekłością w swoich wyblakłych niebieskich oczach i trzęsie się z furii.
– Chciałaś mnie zaatakować! – krzyczy, opierając się o jedno z siedzeń, a jej szczupłe ciało kołysze się wraz z ruchem pociągu.
– Zadławiła się pani – próbuję się tłumaczyć.
Kobieta prycha, jakby nigdy w życiu nie słyszała większego absurdu.
– Nic mi nie było. Odrobina wody wpadła nie w tę dziurkę! Zaatakowałaś mnie. Siedziałam sobie spokojnie, a ty się na mnie rzuciłaś!
Właśnie ten moment – odrobinę za późno! – wybrał sobie kontroler, żeby wejść do wagonu. Ma na sobie błękitną koszulę z krótkimi rękawami i kamizelkę, w której przechowuje wszystkie bilety i potrzebne blankiety. Podchodzi prosto do nas, nie starając się ukryć pogardy w przekrwionych, brązowych oczach. Ten człowiek nie wygląda na ani trochę szczęśliwszego, że musi przebywać w tym pociągu, niż ja.
– Jakiś problem? – pyta głębokim, donośnym tonem.
– Tak! – Staruszka podnosi swoją wypchaną różową torebkę i przyciska ją do piersi. – Ta młoda kobieta właśnie mnie zaatakowała i próbowała mi ukraść torebkę.
Ukraść jej torebkę? Chyba nie mówi poważnie!
– Nic nie…
– Chyba złamała mi żebro – jęczy kobieta, łapiąc się za bok. – Musi pan wezwać policję.
Policję? O Boże, to się nie może dziać naprawdę. Więc to by było na tyle, jeśli chodzi o moją rozmowę o pracę…
– Dławiła się… – odzywam się słabym głosem.
Kobieta patrzy na mnie.
– Powiem policji, że chcę wnieść oskarżenie o popełnieniu przestępstwa – syczy. – Dopilnuję, żebyś trafiła za kratki na długi czas.
Teraz to ja zaczynam się dusić. Chyba nie zamierza mnie oskarżyć o to, że właśnie uratowałam jej życie? Nie stać mnie na prawnika. Na moim koncie bankowym aktualnie hula wiatr.
– Dławiła się – powtarzam. Wskazuję na wypluty kawałek bajgla leżący na podłodze. – Tym.
Nie wiem, co byłoby dalej – pewnie dalej by zaprzeczała i wyprowadziliby mnie stąd w kajdankach – gdyby nie to, że kobieta ma kolejny gwałtowny napad kaszlu. Jej twarz zmienia kolor na jasnoczerwony i zaczynam się bać, że znów będę musiała zastosować na niej Heimlicha, ale udaje jej się wykasłać na dłoń kolejny duży kęs bajgla.
– Wszystko w porządku, proszę pani? – zwraca się do niej kontroler. – Wyglądała pani, jakby się dławiła.
Staruszka rzuca mu nieprzychylne spojrzenie.
– Dzięki za nic – warczy na niego.
Z tymi słowami, pomimo rzekomo złamanego żebra, wymaszerowuje z wagonu ze swoim bagażem i wielką, różową torebką. Albo przenosi się do innego wagonu, albo zamierza całkiem wyskoczyć z tego pociągu. Nie obchodzi mnie to ani trochę.
– Wszystko w porządku? – pyta mnie mężczyzna.
Potakuję roztrzęsiona.
– Tak. Po prostu… to długa podróż.
Kiwa głową ze współczuciem, ale ten facet nie przyszedł tutaj, żeby się nade mną roztkliwiać. Na szczęście do stacji Montauk zostało ostatnie pół godziny. Nie mogę się doczekać, aż wysiądę z tego pociągu.
Nie opuszcza mnie wrażenie, że cała ta scena była pewnego rodzaju znakiem dotyczącym tej pracy. Przez całe życie podświadomie czekałam, że spotka mnie coś złego. Mój były nazywał mnie pesymistką. Ale jeśli mam być szczera, w wielu wypadkach miałam rację. Co chwilę przytrafiało mi się coś złego. Sparzyłam się już tyle razy, że nic dziwnego, że z rezerwą podchodzę do okazji, które wydają się zbyt dobre, żeby mogły być prawdziwe.
Jednak jadę tym pociągiem już za długo, żeby się wycofać.
Zostało piętnaście minut do celu mojej podróży.
Mój potencjalny pracodawca, Adam Barnett, odbierze mnie ze stacji, ponieważ taksówki i ubery są rzadkością w tej okolicy. Teraz, gdy zostałam sama na moim podwójnym miejscu, siedzę w milczeniu i wyglądam przez okno. Kiedy pociąg wyjeżdżał z Nowego Jorku, wokół było pełno domów i innych budynków. Wraz z upływem czasu widziałam coraz mniej domów i coraz mniej budynków. Potem były już tylko domy. Teraz za oknami widać głównie zieleń.
Wyciągam telefon, żeby sprawdzić, czy jest tu jakiś zasięg. Serce zamiera mi w piersi, kiedy na wyświetlaczu widzę wiadomość od Freddy’ego. Zmieniłam numer, a jemu i tak udało się jakoś do mnie dotrzeć. Pewnie któryś z naszych wspólnych znajomych mu go dał. Natomiast on numeru nie zmienił, więc rozpoznaję cyfry nawet, gdy nie wyświetla się nad nimi jego imię.
Proszę, daj mi jeszcze jedną szansę. Proszę cię, Sylvie.
Prycham, patrząc na wyświetlacz. Do tej pory do Freddy’ego powinno już dotrzeć, że nie zamierzam mu dawać kolejnej szansy. To właśnie z jego powodu udaję się do Montauk, żeby nie wylądować na bruku. To wszystko jego wina. Całe moje życie jest jego winą. Właśnie zamierzam zablokować jego numer, gdy na wyświetlaczu wyskakuje kolejna wiadomość:
Proszę. Kocham cię. Zrobię wszystko, co zechcesz.
Iii… już, zablokowany. Ale znając Freddy’ego, i z tym sobie jakoś poradzi.
Gdy pociąg dociera na stację, szyję mam zesztywniałą jak kawałek deski. Rozciągam zastałe mięśnie i zbieram się na odwagę. To okropne przeczucie narastało z każdym kilometrem pokonywanym przez pociąg w stronę skraju wyspy, ale staram się je odpychać. Czuję się po prostu niespokojna, ponieważ całe życie mieszkałam w dużym mieście, nic więcej. To świetna propozycja pracy – jedyna w tym momencie – i byłabym głupia, gdybym jej nie przyjęła.
Mam ze sobą lekką kurtkę, ale jest zimniej, niż się spodziewałam. I wietrznie. W chwili, gdy wysiadam z wagonu, wiatr przenika przez moją kurtkę, jakby była uszyta z papieru. Nie mam już na sobie warstwy tłuszczu, więc jest mi zimno nawet w ciepłą pogodę. Powinnam była założyć dodatkowy sweter.
– Sylvia?
Męski głos woła moje imię. Odwracam głowę, by zerknąć na peron, na którym mężczyzna macha do mnie entuzjastycznie. Jest ubrany sensowniej niż ja, ma na sobie ciepłą niebieską kurtkę i szal owinięty wokół szyi, a na głowie czarną czapkę. Wyraźnie jest zaznajomiony z tutejszymi warunkami atmosferycznymi.
Podbiega do mnie, a ja tymczasem przyglądam się Adamowi Barnettowi. Jest po trzydziestce, ma jasnozielone oczy i wyraźne rysy twarzy. Jeśli po zdjęciu czapki na jego głowie nie ukaże się żenujący zaczes skrywający łysinę, będę mogła orzec, że ten mężczyzna jest wyjątkowo przystojny. Zwykle nie zwracam uwagi na takie rzeczy, ale w tym wypadku trudno tego nie zauważyć.
Poza tym jest miłym gościem. W końcu mieszka na końcu świata, w Montauk, i opiekuje się swoją starszą, schorowaną matką.
– Sylvia? – pyta ponownie.
– We własnej osobie – odpowiadam.
Jego usta rozciągają się w uroczym uśmiechu.
– Ja jestem Adam.
– Bardzo miło mi cię poznać.
Naprawdę tak myślę. To straszne, ale nie mogę przestać się na niego gapić. Na swoją obronę muszę powiedzieć, że minęło już sporo czasu, odkąd po raz ostatni działo się w moim życiu coś na polu romansowym. Naprawdę długo. Wydaje mi się, że w Białym Domu urzędował wtedy inny prezydent.
– Jak ci minęła podróż?
– Uch, w porządku. – Postanawiam nie opowiadać mu o moim heroicznym wyczynie, który okazał się sromotną porażką. Zamiast tego obejmuję się rękami i drżę. – Nie przewidziałam, że tu będzie z dziesięć stopni mniej niż w mieście.
Adam się śmieje.
– Tak. Dziś jest zimno. Chcesz mój szalik?
Zanim zdążę powiedzieć, że tak, odwija swój ciemnozielony szalik z szyi i zawiązuje ją wokół mojej. Przyjmuję go z wdzięcznością, ponieważ naprawdę marznę. To bardzo uprzejmy gest z jego strony. A jak ładnie pachnie. Drogą wodą kolońską.
Okej, chyba powinnam przestać zaciągać się zapachem jego szalika.
Adam prowadzi mnie na parking. Czuję przypływ ekscytacji, gdy naciska guzik na pilocie i migają światła BMW. Koleś jeździ beemką. Nigdy nie znałam nikogo, kto jeździ BMW. I nigdy w życiu nie byłam posiadaczką samochodu. Freddy prowadził jakiegoś grata – używanego Forda Fiestę, całego porysowanego, ponieważ nie stać go było na przemalowanie. Przez większość czasu prosił mnie, żebym zeszła na dół i pomogła mu ruszyć na pych. Muszę przyznać, że Adam wygląda na lekko zawstydzonego, kiedy zauważa, jak wpatruję się w jego samochód.
– Nic nie mów – odzywa się. – Wiem.
– Co wiesz?
– Że jeżdżę bryką bogatego dupka. – Siada na skórzanym siedzeniu za kierownicą, a ja zajmuję miejsce pasażera. Wow, skórzane siedzenia. Muskam dłonią materiał. – Ale naprawdę świetnie sobie radzi na śniegu. I Victoria go uwielbia.
– Victoria? – pytam.
– Moja żona.
Nie jestem w stanie całkiem ukryć rozczarowania. Oczywiście, że ma żonę. Jest miłym, trzydziestoparoletnim gościem, który przy okazji świetnie wygląda. OCZYWIŚCIE, że ma żonę. Tacy faceci nigdy nie są wolni.
Ale to dobrze. Bo jeśli zdecyduję się przyjąć tę pracę, ostatnie, czego mi będzie trzeba, to zepsucie tego bezcelowym flirtem. Zresztą jestem beznadziejna w flirtowaniu. Jeśli jest szczęśliwie żonaty, to nie będzie wchodziło w grę. A ja będę mogła się skupić na nowej pracy i skierowaniu swojego życia na właściwe tory.
Rzucam okiem na jego lewą dłoń, którą zaciska na kierownicy, i rzeczywiście jest na niej prosta obrączka z białego złota.
– Victoria jest świetna – mówi, sypiąc sól na ranę. – Myślę, że ją polubisz.
Wymuszam uśmiech.
– Z pewnością. Nie każda kobieta zgodziłaby się, żeby zamieszkała z nią teściowa.
Zapada dłuższa cisza, którą w końcu przerywa Adam.
– Teściowa? – pyta skołowany.
Czyżbym coś źle zrozumiała? Opis stanowiska przekazany mi przez agencję brzmiał jednoznacznie.
– Mam się zajmować twoją matką, prawda?
Znów zapada cisza, tym razem jeszcze dłuższa i bardziej niezręczna.
– Nie – odpowiada w końcu Adam. – Praca polega na pomocy mojej żonie.
Jego ŻONIE?
– Och… nie wiedziałam.
– Victoria ma… jest chora.
Nie wiem, co powiedzieć. Myślałam, że będę zajmować się starszą osobą, a to wydaje się czymś zupełnie innym. Biorąc pod uwagę, że Adam jest dopiero po trzydziestce, zakładam, że Victoria jest w podobnym wieku.
– Twoje obowiązki nie będą zawierały pracy opiekuńczej. – Zatrzymuje się na czerwonym świetle. Gdy czekamy na zielone, Adam bawi się swoją obrączką, obracając ją na czwartym palcu. – Do Vicky codziennie rano przychodzi pielęgniarka. A w nocy zajmuję się nią ja. Ale potrzebujemy kogoś, kto dotrzyma jej towarzystwa, gdy ja jestem w pracy.
Ma pielęgniarkę, która przychodzi do niej codziennie? To brzmi, jakby ta kobieta była poważnie chora. Kusi mnie, żeby zapytać, co jej się stało, ale to by chyba było niegrzeczne. A on nie udziela żadnych dalszych informacji. Gdyby chciał, żebym wiedziała, powiedziałby mi. Jeśli zgodzę się na tę pracę, pewnie w końcu się dowiem.
– Cały dzień jest sama – wyjaśnia. – Ja pracuję w domu, ale nie jestem w stanie być przy niej dwadzieścia cztery godziny na dobę. Szukam kogoś, kto będzie spędzał z nią czas. Może jej poczytał. Posiedział z nią podczas posiłku. Zaprzyjaźnił się z nią.
– Rozumiem – odpowiadam powoli. – Dam sobie radę.
Znów wydaje mi się miłym facetem, którego spotkały ostatnio duże trudności. Nie wiem, co się stało jego żonie, ale wyraźnie o nią dba. Jest skłonny zapłacić komuś, żeby był z nią, gdy on jest w pracy. Gdyby mnie się coś przytrafiło, pewnie skończyłabym pod mostem.
– Powiedziałeś, że pracujesz w domu – mówię. – Czym się zajmujesz?
Nastawiam się, że powie coś o komputerach, ponieważ większość ludzi pracujących z domu tym właśnie się zajmuje. Tymczasem on mnie zaskakuje, mówiąc:
– Jestem pisarzem.
– Żartujesz! Czytałam coś twojego?
Wzrusza ramionami.
– Może.
Nie jestem zapaloną czytelniczką, więc mógłby być nawet bestsellerowym autorem, a ja bym o nim nie słyszała. Zakładam, że nieźle zarabia, skoro stać go na to, żeby płacić mi za to, bym była przyjaciółką jego żony. No chyba że dostał jakiś wielki spadek. Albo może to Victoria ma pieniądze.
Zastanawiam się, co dolega Victorii. Co mogło się stać trzydziestoletniej kobiecie, że wymaga całodobowej opieki? Ma artretyzm? Toczeń? Fatalną alergię pokarmową? Nie zgadnę.
Adam musi wyczuwać, o czym myślę, ponieważ wyjeżdżając na główną drogę, rzuca:
– Doznała urazu głowy.
– Och…
– Dziewięć miesięcy temu spadła ze schodów. – Krzywi się. – W naszym domu. Mamy takie długie, kręte schody i… Akurat byłem cały dzień w mieście z moim wydawcą, więc znalazłem ją dopiero wieczorem. Gdybym tam był…
Głos mu się łamie na ostatnich słowach. Boli mnie serce, gdy wyczuwam jego ból. Nie dość, że musi się zmagać z chorobą żony, to jeszcze przytłacza go poczucie winy.
Ciekawe, czy Victoria też go obwinia.
Po około dwudziestu minutach jazdy głównie w milczeniu, podjeżdżamy pod żelazne ogrodzenie ciągnące się przez całą długość ulicy. Gdy Adam naciska guzik na pilocie i brama zaczyna się otwierać, uświadamiam sobie, że to właśnie tutaj musi mieszkać. Mieszka w gigantycznym domu ogrodzonym cholerną bramą. Dobrze, że przynajmniej nie ma fosy i smoka, chociaż na tym etapie nic by mnie już nie zdziwiło.
Adam musiał zauważyć, że rozdziawiłam ze zdumienia usta.
– Nieruchomości są tutaj naprawdę tanie – wyjaśnia. – Możesz kupić wielki dom za bezcen. Właśnie dlatego chcieliśmy się tu wyprowadzić. Chociaż oczywiście nie jest to najdogodniejsze.
W Montauk czy nie, nawet gdybym dożyła setki, nigdy w życiu nie będzie mnie stać na taką posiadłość jak ta.
Wziąwszy pod uwagę piękno domu, dziwi nieco zaniedbane podwórze. Trawa wygląda na dawno niekoszoną. Wszędzie leżą opadłe liście, a nad ścieżką wiodącą do garażu wiszą smutne gałązki. Całość nadaje posesji wygląd opuszczonego domu. Gdyby ktoś mi powiedział, że nikt tutaj nie mieszka, uwierzyłabym. Zwłaszcza że w żadnym z licznych okien dwupiętrowego domu nie świeci się światło, chociaż żona Adama przypuszczalnie jest w środku.
– Kiedyś zatrudnialiśmy ogrodniczkę – tłumaczy. – Ale ona… już jej z nami nie ma…
Wnętrze domu jest oszałamiające. Czuję się, jakbym wchodziła do opery lub czegoś podobnego. Salon jest tak duży, że mam wrażenie, że mógłby mnie połknąć. W tym pomieszczeniu zmieściłoby się z pięć moich mieszkań. Znajduje się tu przeogromny narożnik przylegający do prawdziwego kominka oraz telewizor z wielkim ekranem. Wszystko w tym domu błyszczy nowością i wygląda na drogie.
Adam mi się przygląda, więc czuję, że powinnam coś powiedzieć. Ale stać mnie tylko na:
– Wow. To miejsce jest…
– Duże, co? – Promienieje na widok mojej reakcji. Jest oczywiste, że kocha ten dom. – Właśnie dlatego je chcieliśmy. W mieście mieliśmy malutkie mieszkanko. Kiedy Victoria weszła tu po raz pierwszy, zaczęła kręcić się w kółko z szeroko rozłożonymi ramionami.
Potrafię ją zrozumieć, ponieważ mam ochotę zrobić dokładnie to samo. Ten dom jest stworzony do wirowania z szeroko rozłożonymi ramionami.
Mój wzrok przyciąga fotografia stojąca na półeczce nad kominkiem. To zdjęcie Adama obejmującego młodą kobietę z blond włosami.
– Czy… czy to ona? – pytam.
Potakuje.
– Tak.
Podchodzę bliżej, żeby się lepiej przyjrzeć, i mam nadzieję, że nie zostanie to odebrane jako niegrzeczne. Victoria jest… Co tu dużo mówić, jest piękna. Ma długie blond włosy spływające luźno wokół twarzy i ubrana jest w oszałamiającą czarną sukienkę, która jest do niej idealnie dopasowana.
Ale najbardziej przykuwa moją uwagę jej twarz. Ładna, a jednak jest w niej coś więcej – otwartość, szczerość, świeżość i niezwykle przyjazny uśmiech. Ja od zawsze zbyt mocno się maluję, natomiast Victoria prawie nie ma na sobie makijażu i doskonale to do niej pasuje. Wygląda na typ osoby, którą lubisz od pierwszego spotkania. Na tym zdjęciu wydaje się taka szczęśliwa.
– Jest piękna – mówię w końcu.
– Tak. – Adam opuszcza wzrok. – To prawda.
Robi się taki smutny, że żałuję, że się w ogóle odezwałam.
Po chwili odchrząkuje.
– Jest na górze. Chcesz ją poznać?
Patrzę na schody prowadzące na piętro. Nie żartował, kiedy mówił, że są długie i kręte. Stopnie są bardzo strome, a na podeście ledwie starcza miejsca na całą stopę. Gdyby ktoś z nich spadł, nie wyszedłby z tego cało. Patrzę na miejsce u stóp schodów i wyobrażam sobie blondynkę z fotografii leżącą tam z powykręcanymi kończynami.
Znów drżę. Czy w tym domu jest przeciąg?
Idę za Adamem na górę, kurczowo trzymając się poręczy. Jeśli spadnę ze schodów i doznam urazu mózgu, nie mam męża, który zatrudni ludzi do całodobowej opieki nade mną, więc lepiej zachować ostrożność na tej klatce schodowej.
– Nie zostawiam jej samej – wyjaśnia Adam, gdy wspinamy się na piętro. – Teraz jest z nią pielęgniarka, Eva. I tu właśnie widzę rolę dla ciebie. Żeby Eva mogła sobie zrobić przerwę. I… ja też.
Wstydzi się przyznać, że potrzebuje przerwy od żony. Ale ja to rozumiem.
– Żaden problem.
Podążam za Adamem długim korytarzem. Ten dom jest tak wielki, że musi tu być co najmniej pięć lub sześć sypialni. Prowadzi mnie do pokoju zlokalizowanego na samym końcu korytarza po prawej.
– To pokój Victorii.
– Nie macie wspólnej sypialni? – wyrywa mi się.
Adam otwiera szeroko swoje zielone oczy. Dlaczego to powiedziałam? Czemu ciągle wygaduję takie głupoty? Kim ja jestem, żeby oceniać ich sytuację życiową?
– Nie – odpowiada po dłuższej chwili. – Potrzebuje dużo sprzętu i… My po prostu… Nie, już nie. Nie.
– Oczywiście – odpowiadam szybko. – Rozumiem.
Adam stuka do zamkniętych drzwi, raz. Potem czekamy, a ja wstrzymuję oddech.
– Proszę wejść! – odzywa się zza drzwi głos z akcentem.
Wypuszczam powietrze, gdy Adam otwiera drzwi do pokoju. Najpierw rzuca mi się w oczy kobieta z krótko obciętymi przy skórze włosami i gładką brązową skórą. Ma na sobie dżinsy i dopasowany T-shirt i wygląda na tak wysportowaną, że mogłaby przerzucić mnie sobie przez ramię i biegać po domu z takim obciążeniem na plecach. Staram się oszacować jej wiek i określam go na tuż po trzydziestce.
– Pan Adam – mówi z niezidentyfikowanym akcentem. – Wrócił pan.
– Tak. – Błyska do niej bardzo wymuszonym uśmiechem. – Evo, poznaj Sylvię. Będzie nam pomagała z Victorią. Mam nadzieję. – Puszcza do mnie oko. – Sylvio, to jest Eva, pielęgniarka Vicky.
Kobieta uśmiecha się do mnie, ukazując rząd oślepiająco białych zębów.
– Witaj, Sylvio. Tak się cieszę, że mogę cię poznać.
Jej przyjacielskie nastawienie wydaje się niemal nieadekwatne do okoliczności. Dlaczego miałaby być aż tak szczęśliwa, mogąc poznać przypadkową – potencjalną – pracownicę tego domu?
Odchrząkuję.
– Bardzo mi miło cię poznać. Nie mogę się doczekać spotkania z Victorią.
Eva odwraca głowę, a ja podążam za jej spojrzeniem ku oknu. I wtedy zauważam kobietę siedzącą na wózku inwalidzkim ustawionym przodem do okna. Wózek ma zagłówek, ale widzę złote kosmyki oplatające czarny materiał.
– To ona? – pytam, chociaż to raczej oczywiste. Kto inny miałby to być?
– Tak. – Adam zmusza się do uśmiechu. – Możesz podejść i się przywitać.
Obchodzę dookoła szpitalne łóżko, starając się nie potknąć o coś, co okazuje się być swego rodzaju windą, dzięki której chora może być podnoszona i kładziona do łóżka. Adam odsuwa się na bok, żeby zrobić mi miejsce, bym mogła podejść do wózka. Stoi pod takim kątem, że ze swojej pozycji dostrzegam twarz Victorii.
I zanim zdołam się powstrzymać, wydaję z siebie zduszony okrzyk.
To nie jest ta sama kobieta, co na fotografii na dole.
To znaczy jest, ale jednocześnie to nie ona. Wiecie, co mam na myśli. Kiedyś była tą kobietą, ale jest jasne, że już nią nie jest. Jest cieniem tamtej osoby.
Nadal ma te same złote włosy, ale zwisają ciężko i są matowe, nie tak lśniące jak na tamtym zdjęciu. Po lewej stronie spod linii włosów ciągnie się długa blizna. Jej niebieskie oczy straciły wyrazistość i patrzą w dwóch kompletnie innych kierunkach. Lewa kość policzkowa jest niemal całkowicie wklęsła, a po całej długości twarzy biegnie paskudna, poszarpana blizna. Przez chwilę zastanawiam się, dlaczego posiadając takie pieniądze, nie zrobili jej operacji plastycznej, ale odpowiedź jest oczywista. Jej nie zależy już na wyglądzie.
– Cześć, Vicky. – Głos Adama łagodnieje, przyjmuje troskliwy ton, którego wcześniej nie słyszałam. – To jest Sylvia. Jest bardzo miła. Będzie dotrzymywała ci towarzystwa.
Victoria podnosi na mnie oczy. Prawym patrzy prosto w moją twarz, ale lewe nadal jest skierowane na okno. Trudno powiedzieć, czy mnie w ogóle widzi. Nie odzywa się.
– Niewiele mówi – wyjaśnia Adam cichym tonem. Zupełnie jakby miał nadzieję, że go nie usłyszy, chociaż znajduje się tuż obok nas. – Uraz głowy uszkodził część mózgu odpowiedzialną za mowę. Rozumie różne rzeczy, ale trudno powiedzieć, w jakim stopniu. Nie jest w stanie wypowiedzieć wielu słów. Czasem udaje jej się wyartykułować „hej” albo „okej”, ale przez większość czasu ma trudność choćby z podaniem swojego imienia.
Głos mu się łamie na ostatnich słowach. To musi być dla niego trudne, wyjaśniać te rzeczy komuś obcemu. Nie potrafię sobie wyobrazić, jakie to uczucie, gdy osoba, którą poślubiłeś, nie wie nawet, kim jesteś, ani nie może wypowiedzieć swojego imienia.
– Cześć, Victorio – odzywam się. Dociera do mnie, że mówię zbyt głośno i zbyt powoli, jakbym zwracała się do dziecka z wadą słuchu. Jeśli naprawdę tu jest i rozumie, co mówię, musi uznawać to za bardzo protekcjonalne. – Mam na imię Sylvia. Miło mi cię poznać.
Po czym z przyczyn kompletnie dla mnie niezrozumiałych wyciągam do niej prawą rękę.
To odruch. W pewnym momencie życia każdy z nas był uczony, by ściskać dłoń na powitanie. Ale prawa ręka Victorii leży jak przytwierdzona na podłokietniku jej wózka. Lewa dłoń podryguje, leżąc na kolanach, ale prawa ani drgnie. Patrzy na moją wyciągniętą dłoń, jakbym prezentowała jej jakiś egzotyczny przedmiot.
– W ogóle nie ma władzy w prawej części ciała – odzywa się Eva nazbyt radosnym tonem, jakby informowała mnie, że właśnie upiekła ciasto.
– Jasne. – Twarz mi płonie. Wmawiam sobie, że jeśli zdecyduję się na tę posadę, nie zawsze będzie tak niezręcznie. Po tygodniu będę wiedziała, co robić, i nie będę się już kompromitować. – Przepraszam.
– Najlepiej się czuje w swojej rutynie, powtarzalne czynności każdego dnia – mówi Adam. – Eva pomoże jej rano wstać, a jedno z nas zajmie się położeniem jej do łóżka wieczorem. Ty miałabyś się nią zajmować w ciągu dnia. Posiłki, podawanie jej potrzebnych rzeczy i po prostu dotrzymywanie jej towarzystwa. – Opuszcza wzrok na twarz żony i ściąga brwi. – Martwię się, że czuje się samotna. Ona tylko… Głównie lubi patrzeć przez okno, czasami ogląda telewizję.
Podążam za wzrokiem Victorii za okno. Ma widok na przód domu – na zarośnięty trawnik, drzewa i małą szopę. W oddali widać bramę.
– A co ze spacerami na świeżym powietrzu? – proponuję. Kiedy założyłam szalik Adama, zdałam sobie sprawę, że pogoda nie jest taka zła, jeśli się odpowiednio ubierze. Mamy jeszcze dobry miesiąc, zanim zrobi się prawdziwy ziąb.
Potakuje.
– Musiałabyś ją bardzo dobrze ubrać i przykryć kocem, ale jeśli chcesz, mogę ją znieść na dół.
Rozumiem, do czego zmierza. Victoria oczywiście nie jest w stanie sama zejść po schodach. To rodzi w mojej głowie pytanie, dlaczego trzymają ją na piętrze.
– Może byłoby lepiej, gdyby mieszkała na dole?
Adam kręci głową.
– Na dole mamy bardzo małą łazienkę, jej wózek by się tam nie zmieścił. A z piętra jest dużo lepszy widok z okna. Podoba jej się tu.
Naprawdę jej się tu podoba, skoro nigdy nie może stąd wyjść?
Adam znów spogląda na żonę z czułym wyrazem twarzy. Jej twarz natomiast jest kompletnie pusta. Mogłabym uznać, że jest nieżywa, gdyby nie fakt, że od czasu do czasu mruga oczami i bezmyślnie bawi się nitką koszuli palcami lewej ręki.
Przygryzam dolną wargę. Moja poprzednia podopieczna była dużo starsza niż Victoria, ale też dużo sprawniejsza umysłowo. Ciągle rozmawiałyśmy z Esther i szczerze lubiłam spędzać z nią czas. To znaczy do czasu, aż odkryłam, że jej córka kradnie jej drogą biżuterię. Biłam się z myślami, co zrobić z tym odkryciem, a w międzyczasie ta złodziejka bezczelnie oskarżyła mnie o okradanie starszej pani. Nie miała oczywiście żadnego dowodu i nie postawiono mi żadnych zarzutów, ale praca była spalona – kolejna rzecz na długiej liście pecha. Najgorsze było to, że Esther uwierzyła, że ją okradałam.
Adam Barnett zdaje się nie wiedzieć o tym, co się stało u mojej ostatniej pracodawczyni, a jeśli wie, nic go to nie obchodzi. Chce, żebym przyjęła tę pracę – rozpaczliwie.
Patrzę na Victorię Barnett. Jeśli mam przyjąć tę posadę – a nie mam wielkiego wyboru – muszę znaleźć jakiś sposób porozumiewania się z Victorią. Spoglądam na jej rozciągnięty T-shirt i spodnie dresowe i przypominam sobie, jak pięknie była ubrana na zdjęciu stojącym na kominku. Nie potrafię sobie wyobrazić, żeby ta kobieta chciała codziennie wkładać dresy. Zastanawiam się, jak by się poczuła, gdyby została ubrana w ładniejsze ciuchy.
Wtedy zauważam na jej szyi złoty łańcuszek z diamentową zawieszką w kształcie serduszka. Naszyjnik jest piękny i wygląda na drogi.
Jest jak przebłysk dawnej Victorii.
– Masz przepiękny naszyjnik, Victorio – mówię. Wiem, że każda kobieta lubi komplementy, nieważne czy mnie rozumie, czy nie.
Victoria znów podnosi swoje niebieskie oczy. Patrzy na mnie.
– Dzię… kuję.
Prawie wyskakuję ze skóry na dźwięk jej zachrypniętego głosu. Nie spodziewałam się, że się odezwie. Jej mowa okazała się nieco bełkotliwa, ale było wyraźnie słychać, co powiedziała. Oglądam się na Adama, który uśmiecha się szeroko.
– Odezwała się do ciebie! – Szczerzy się od ucha do ucha. – Prawie nigdy nie mówi! To niesamowite. Musiała cię naprawdę polubić. – Kładzie dłoń na jej ramieniu. – Sylvia jest miła, prawda?
Victoria nie odpowiada. Znów patrzy w okno. No cóż.
– Nie oczekuj, że będzie dużo mówiła – zwraca się Adam do mnie. – Uwierz mi, że to naprawdę potężny progres, że powiedziała do ciebie dwa słowa. Zwykle mamy szczęście, jeśli wypowie choć jedno. – Kręci głową. – Dobrze, chodź, pokażę ci pokój, w którym się zatrzymasz.
Wychodząc za Adamem z pomieszczenia, oglądam się jeszcze raz na Victorię. Nie odwraca się od okna. Wydaje się prawie nieświadoma, że w ogóle byliśmy w jej pokoju. Natomiast wzrok Evy podąża za nami niczym strzała. Ma dziwny wyraz twarzy, który wprawia mnie w niepokój.
– Miło było cię poznać, Evo – zwracam się do niej.
Macha do mnie entuzjastycznie.
– Ciebie też! To była główna atrakcja mojego dnia!
Nigdy nie spotkałam tak przyjaznej osoby – to niepokojące. Choć jest miła, w duchu mam nadzieję, że nieczęsto będę miała z nią styczność. Adam mówił, że przychodzi tylko rano.
Pokój, który przydzielił mi Adam, jest przepiękny. Większy niż całe moje mieszkanie w mieście. Stoi w nim łóżko, komoda i niewielki regał na książki. Jest nawet pościel. Brakuje jedynie czekoladki na poduszce.
– Mam nadzieję, że może być. – Ściska swoje dłonie. – Mogę załatwić furgonetkę, żeby przewieźć tutaj twoje meble, gdybyś chciała coś ze sobą zabrać, ale spokojnie możesz korzystać z tych rzeczy.
– Nie potrzebuję swoich mebli. – Meble z mojego mieszkania trzymają się chyba tylko siłą woli. Za każdym razem, gdy idę spać, boję się, że łóżko zarwie się pode mną w środku nocy. – Tak jest dobrze.
– A gdyby ten pokój był dla ciebie za mały, są inne… – Ogląda się na drzwi. – Ten na samym końcu jest mój, ale możesz sobie wybrać dowolny. Jest też poddasze, ale tam pracuję.
– Nie, przysięgam, ten jest wspaniały. – Przysiadam na łóżku i wyrywa mi się jęk zadowolenia. Pościel jest taka miękka i gładka. Nawet nie chcę sobie wyobrażać, ile kosztowała. Ciekawe, czy to Victoria ją wybierała. – Naprawdę macie tu sporo pokoi.
Adam znów smutnieje.
– Planowaliśmy mieć gromadkę dzieci.
O Boże. Wszystko w życiu tego mężczyzny jest takie dołujące. Ten biedak ożenił się z kobietą swoich marzeń, którą wyraźnie bardzo kocha, a potem zdarza się ten potworny wypadek i teraz ona prawie nie mówi i ledwo go rozpoznaje. Lecz zamiast zamknąć ją w jakimś domu opieki, przywiózł ją ze sobą do domu i wydaje fortunę, by zapewnić jej jak najlepsze warunki.
Może Victoria nie miała szczęścia. Ale z wyborem męża trafiła w dziesiątkę.
– Poza tym – dodaje Adam – mogę ci dać laptopa Victorii. Ona go nie używa… oczywiście.
Nie mogłam sobie pozwolić na własnego laptopa, więc posiadanie go do swojej dyspozycji byłoby fantastyczne.
– Byłoby świetnie, dziękuję.
– To co myślisz? – Adam przestępuje z nogi na nogę. – Nie chcę na ciebie naciskać, ale… Sama widzisz, jak trudno jest mi się wybrać do miasta, żeby przeprowadzać rozmowy o pracę. A zależy mi na załatwieniu tej sprawy przed nadejściem zimy.
– Ja…
Muszę się zgodzić. Bardzo potrzebuję tej pracy. Właściciel mieszkania dał mi czas do końca tygodnia, żebym zapłaciła za czynsz, a moje konto bankowe jest puste. Więc nie ma szans, żeby mi się to udało. A ten mężczyzna jest chętny płacić mi niesamowitą pensję, a także zapewnia zakwaterowanie i wyżywienie. I nawet ubezpieczenie zdrowotne, na litość boską! Musiałabym być niespełna rozumu, żeby nie wziąć tej pracy.
Dlaczego więc się waham? Tylko dlatego, że wszystko inne w moim życiu poszło w diabły, nie znaczy, że to też się tak skończy.
– Chodzi o pieniądze? – Przygryza wargę. – Potrzebujesz więcej pieniędzy?
– Nie o to chodzi. – Cholera, dlaczego to powiedziałam? To była moja szansa na wynegocjowanie wyższej pensji. – Po prostu czuję się tu strasznie… odizolowana.
Kiwa głową ze zrozumieniem.
– Wiem, o czym mówisz. Ja na początku czułem się tak samo. Ale nie jest tak źle, serio. Pięć minut stąd jest McDonald. I możesz korzystać z samochodu Victorii, żeby pojechać, dokąd zechcesz. Nie chcę, żebyś się czuła tutaj jak więzień… Możesz wychodzić wieczorami, gdy będę w domu, żeby zająć się Victorią.
– Jasne…
– Myślę, że ci się tu spodoba. – Nachyla się do mnie, aż dolatuje mnie zapach tej wody kolońskiej, którą czułam na szaliku. Nieświadomie daje mi kolejny argument, by tu zostać… Mój szef jest seksowny. A może to jest właśnie powód, by wziąć nogi za pas? – To spokojna okolica, a sklep jest tuż za rogiem. Victoria kochała to miejsce. To znaczy, zanim…
Nie mogę mu powiedzieć, co naprawdę myślę – czyli że ten dom przyprawia mnie o dreszcze. Może Victoria go kochała, ale ja nie. I jeśli już o tym mowa – jego żona też wprawia mnie w zakłopotanie. Jest coś takiego w niej i jej pustym spojrzeniu, co sprawia, że ciarki przebiegają mi po plecach. To okropne mówić coś takiego o kobiecie, która doświadczyła strasznych przeżyć, ale nic na to nie poradzę.
Ale co mam zrobić? Nie chcę wylądować na bruku.
– Okej – zgadzam się. – Przyjmuję posadę.
Leżę na wyleżanym materacu w moim mieszkaniu i fantazjuję o łóżku w domu w Montauk. O jedwabistej pościeli i cieplutkiej kołdrze. Założę się, że tam nie będą mnie budziły syreny służb alarmowych… co najmniej trzy razy w ciągu nocy. Albo tak jak którejś nocy w zeszłym tygodniu – strzały. Jestem przekonana, że gdybym pomieszkała tu jeszcze chwilę dłużej, w końcu oberwałabym jakąś zabłąkaną kulą.
Nie mogę się doczekać, aż się stąd wyniosę. A jednocześnie myśl o zamieszkaniu w tamtym gigantycznym domiszczu sprawia, że boję się jak głupia. Nie wiem, co przeraża mnie bardziej – dom czy sama Victoria. Kiedy zamykam oczy, wciąż widzę to jej puste spojrzenie. Wprowadzając się do tego domu, była zdrowa i szczęśliwa. A teraz… wystarczy na nią spojrzeć. Żałuję, że sytuacja zmusiła mnie do przyjęcia tej pracy. Żałuję, że nie miałam innego wyboru.
Mój telefon wibruje głośno na szafce nocnej. Podnoszę go i czytam:
Podejdź do okna.
Nie znam tego numeru, ale to nie znaczy, że nie znam jego właściciela. Bardziej prawdopodobne jest, że ktoś, kogo znam, kupił sobie jednorazowy telefon na kartę, żeby móc do mnie pisać, chociaż go zablokowałam.
Czyli… że to Freddy.
Odpisuję.
Idź sobie.
Nie, dopóki nie podejdziesz do okna.
Moje mieszkanie jest takie maleńkie, że odległość od łóżka do okna wynosi nie więcej niż trzydzieści centymetrów. Po dwóch krokach stoję już przy oknie mojego mieszkania znajdującego się na drugim piętrze i zgodnie z przewidywaniami – widzę Freddy’ego. Trochę pada i ma przyklepane do czaszki ciemnobrązowe włosy. Osłania oczy przed deszczem, zadzierając głowę, by patrzeć w moje okno.
Wzdycham ciężko i otwieram je.
– Idź sobie, Freddy. Mówię poważnie.
– Sylvie… – Grzebie w kieszeni swoich baggy dżinsów, nie spuszczając ze mnie wzroku. – Musisz dać mi kolejną szansę. Kocham cię.
– Zapomnij.
Wyciąga z kieszeni komórkę i podnosi ją do góry. Chwilę później z głośników rozlega się In Your Eyes Petera Gabriela tak głośno, że zaraz pobudzi sąsiadów.
– Wybacz mi, Sylvie, błagam cię.
Przewracam oczami. Freddie odtwarza klasyczną scenę z filmu Nic nie mów, kiedy John Cusack trzyma nad głową magnetofon z ryczącym z niego Peterem Gabrielem, żeby odzyskać Ione Skye. W filmie to zadziałało. Ponieważ to był FILM. No i też dlatego, że John Cusack i Ione Skye byli parą dzieciaków, które nie przeszły przez to wszystko, przez co ja przeszłam z Freddym Ruggiero.
Poza tym Freddy wie, że Nic nie mów to mój ulubiony film. Ciągle się ze mnie nabijał, że płaczę przy scenie z magnetofonem. Więc to ma sens, że właśnie w ten sposób próbuje do mnie dotrzeć. Ale nie ma najmniejszej szansy. Może gdyby przyniósł ze sobą prawdziwy magnetofon, a nie głupi telefon. Ale nawet wtedy nie bardzo.
– Dobranoc, Freddy – mówię i zatrzaskuję okno.
Wciąż słyszę, jak wykrzykuje moje imię, ale ignoruję go. Nigdy nie wrócę do Freddy’ego. Gdyby chciał ze mną być, nie zostawiłby mnie w chwili, kiedy najbardziej go potrzebowałam. Jedną z zalet tego, że uciekam z Brooklynu, jest to, że nigdy mnie nie znajdzie.
