Uzyskaj dostęp do tej i ponad 240000 książek od 14,99 zł miesięcznie
Ponury, wilgotny dzień i mały prom wypełniony po brzegi. Gdy wszyscy już zjechali na ląd, jeden mężczyzna zostaje — martwy za kierownicą ostatniego samochodu.
Macleod i McGrath wracają do Cromarty, gdy na lokalnym promie znaleziono martwego mężczyznę w jego aucie. W miarę jak ustalana jest tożsamość pasażerów, trop wiedzie coraz dalej — przez Highlands i wyspy — a dawne winy zostają spłacone co do grosza. Czy zgrany duet dopadnie zabójcę, zanim rzeź rozleje się po całej okolicy?
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 249
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
CYKL MACLEOD
CZĘŚĆ CZTERY
Ostatni prom
Tytuł oryginalny: The Small Ferry
Autor: G.R. Jordan
© Copyright by G.R. Jordan, 2019
© Copyright for the Polish edition by Wydawnictwo Cowper Publishing, Berlin 2026
Wszelkie prawa zastrzeżone. Żadna część niniejszej publikacji nie może być reprodukowana bez pisemnej zgody właściciela praw.
Wydanie I Berlin 2026
Wydawnictwo Cowper Publishing
ISBN 978-3-69477-066-4
Dzień był po prostu paskudny. Szare chmury przykrywały niebo niczym bezkresna pierzyna, a nieustanna mżawka sprawiała, że zatoka wydawała się zamglona. Nawet pochylnia promowa była mokra i ponura, choć jeszcze wczoraj było jasno i sucho. Nie było zimno. Było po prostu dreich – szaro i mokro. Na szczęście nie było morskiej mgły zwanej haar, która często zasnuwa szkockie zatoki.
Prom zbliżał się do przystani w Nigg, na przeciwległym brzegu Cromarty Firth. Od wypłynięcia z Cromarty minęło niespełna piętnaście minut. Tym razem nie pokazały się nawet delfiny, które czasem można było tu zobaczyć. Rejs był zwyczajny aż do bólu. Nawet upchnięcie na pokładzie trzeciego samochodu obyło się bez emocji. Pozostałe auta nie musiały gorączkowo manewrować, żeby uniknąć otarcia, a kierowca cofnął wóz na pokład niemal idealnie. Wszyscy schowali się w kabinie przed mżawką.
Kapitan podprowadzał prom do pochylni, a Peter czekał, by pomóc przy cumowaniu. Nie był to prom typu ro-ro, na który samochody wjeżdżają i z którego zjeżdżają przodem. W Cromarty auta wjechały na pokład tyłem, więc teraz mogły szybko z niego zjechać.
Peter miał dopiero dwadzieścia jeden lat i był to jego pierwszy sezon na promie. Choć nadszedł maj, sezon wciąż się nie rozkręcił po niedawnych chłodach i potężnych śnieżycach, które dawały się we znaki jeszcze w kwietniu. Globalne ocieplenie, mówili. Peter wierzył, że to prawda. Sam jednak sumiennie segregował śmieci i codziennie chodził do pracy pieszo, więc miał czyste sumienie.
Kiedy prom przybił do pochylni, Peter opuścił rampę na beton, a potem odwrócił się i dał kierowcom znak, żeby zjeżdżali. Pierwszy samochód, mały czerwony hatchback, odjechał szybko. Nikt mu nawet nie pomachał. W środku siedziało chyba kilku mężczyzn. Peter nie poświęcił im więcej uwagi i spojrzał na drugi wóz, czarno-białe Mini z dwiema kobietami z przodu.
Kierująca miała wielkie, okrągłe okulary przeciwsłoneczne i policzki mocno wymalowane różem. Do tego nałożyła tyle tuszu do rzęs, że wyglądała jak namalowana, nie jak żywa osoba – niczym postać z kreskówki albo kolorowego magazynu. Nad kierownicą mignęły czerwone paznokcie. Auto szarpnęło do przodu i zaraz zgasło. Kierująca próbowała uruchomić silnik, ale bez skutku. Wtedy ktoś wysiadł po drugiej stronie samochodu.
Uwagę Petera przyciągnęły blond włosy związane w kucyk, który podskakiwał przy każdym kroku. Młoda kobieta podeszła do tyłu samochodu i zaczęła go pchać. Nie widział jej twarzy, ale na promie i tak niewiele się działo, więc szybko ruszył jej na pomoc.
Gdy do niej podszedł, uśmiechnęła się. Wyglądała na jego rówieśnicę. Miała miłą twarz, a ogrodniczki podkreślały jej zgrabną sylwetkę. Ogrodniczki zdobiła przypinka z kwiatkiem. Na szyi miała chustkę. Może była cudzoziemką. Skądkolwiek jednak pochodziła, była najciekawszą pasażerką, jaką widział od tygodnia.
Z samochodu wysiadł ktoś jeszcze, ale Peter dostrzegł tę osobę tylko kątem oka, gdy go mijała. Razem z jasnowłosą dziewczyną wypchnął Mini z promu na pochylnię. Kiedy zaczęli pchać auto pod górę, zrobiło się znacznie cięższe. Peter usiłował zachować swobodny uśmiech, choć mięśnie napinały mu się z wysiłku. Pchanie niewiele dawało, więc odetchnął z ulgą, gdy silnik nagle zaskoczył.
Wtedy serce mu się ścisnęło. Zaraz odjedzie. Ktoś przeszedł za plecami jasnowłosej pasażerki, a Peter patrzył na nią, chcąc jeszcze raz nacieszyć się jej widokiem. Nie była to miłość od pierwszego wejrzenia. Po prostu był młody, a ta ładna dziewczyna wpadła mu w oko. Uśmiechnęła się, podziękowała mu, po czym podeszła i pocałowała go w policzek. Zaraz potem wsiadła do Mini, które odjechało.
Peter patrzył za znikającym Mini, dopóki ktoś na niego nie krzyknął. Po stronie Cromarty czekały samochody, a ostatni wóz wciąż stał na pokładzie. Westchnął i, wciąż myśląc o twarzy dziewczyny, podszedł do nowoczesnego Jeepa stojącego blisko kabiny promu.
Coś było nie tak. Kierowca siedział w fotelu, osunięty do przodu, z głową opartą na kierownicy. Peter szybko otworzył drzwi i poklepał go po ramieniu. Mężczyzna był od niego starszy, może po czterdziestce, i w ogóle nie reagował. Peter złapał go za ramiona i mocno potrząsnął. Głowa mężczyzny bezwładnie opadła na bok; powieki miał zamknięte. Peter próbował przytrzymać go, żeby nie wypadł z fotela, i wtedy jego dłoń ześlizgnęła się po plecach mężczyzny. Poczuł coś mokrego. Cofnął się przerażony. Mężczyzna zsunął się z siedzenia i zawisł na zewnątrz Jeepa, z nogami uwięzionymi pod kolumną kierownicy. Dopiero z tej strony Peter zobaczył krew na koszuli mężczyzny. Barwiła materiał na ciemnoczerwono.
– Co ty tam tak długo robisz? – zawołał kapitan.
– On nie żyje, Angus. Ten człowiek nie żyje.
Peter spojrzał na lewą dłoń, całą we krwi. Przez chwilę tylko wpatrywał się w ciemny płyn, a potem wrzasnął tak przeraźliwie, że kapitanem aż wstrząsnęło. Peter podniósł wzrok, zobaczył rampę i pochylnię, po czym rzucił się do ucieczki. Nie wiedział, dokąd biegnie. Biegł, ile sił w nogach, byle dalej od tego człowieka. O jasnowłosej dziewczynie nie myślał już wcale.
Kapitan wołał za Peterem, który biegł w górę pochylni z wyciągniętą przed siebie zakrwawioną dłonią. Jej widok przeraził ludzi w czekających samochodach. Kapitan przez chwilę zastanawiał się, czy nie pobiec za Peterem, ale spojrzał na ciało zwisające z Jeepa. Wyjął z kieszeni telefon i trzy razy nacisnął tę samą cyfrę. Telefon drżał mu w dłoni, kiedy przyłożył go do ucha i odpowiedział na pytanie operatora.
– Policję! Nie, straż wybrzeża. Nie, karetkę. Przyślijcie kogokolwiek – jest tu martwy człowiek!
Macleod przyglądał się wielkim głazom pośród wrzosów kwitnących intensywnym fioletem. Podejście było dość wymagające, ale teraz, na szczycie Fyrish, rozumiał, dlaczego ludzie się tu wspinają. Spojrzał w stronę Inverness, potem na leżące w dole Alness. Półwysep Black Isle wyglądał przepięknie. Powiódł wzrokiem wzdłuż Cromarty Firth aż po bliźniacze przylądki Sutors, gdzie Cromarty Firth łączy się z Moray Firth.
– A mówiłam, że będzie pięknie.
Macleod odwrócił się i rozłożył ramiona. Jane niemal się w nie osunęła. Mimo dokuczającej kostki nie poddała się na podejściu, ale teraz wyglądała na wyczerpaną. Trzymała się go dla podparcia, a on poprowadził ją ku wolnemu miejscu wśród wrzosów, gdzie mogli usiąść. W plecaku niósł butelkę prosecco i swój gazowany napój jabłkowy. Rozpakowali też skromny prowiant.
– Ale ty masz kondycję, Seoras. Nie wiem, czy dam radę za tobą nadążyć.
– Może powinnaś pić trochę mniej prosecco?
Jane roześmiała się. Macleod był abstynentem i przy każdej okazji twierdził, że wszelkie zło bierze się z alkoholu. Wcale tak nie uważał, ale był to ich stały żart.
– Jakoś ci to nie przeszkadza nalewać mi wieczorem większą porcję prosecco, kiedy patrzysz na mnie w ten swój sposób. – Macleod niewinnie wzruszył ramionami. – Nie udawaj, Seoras. Kiedy Seoras ma ochotę na czułości, Jane dostaje większą porcję. Przejrzałam cię, słoneczko, i lepiej o tym pamiętaj.
Śmiech ucichł. Jane spoważniała.
– Na pewno chcesz się tu przenieść? To duży krok. Niełatwo będzie wrócić.
– A ty chciałabyś się tu przenieść? – spytał Seoras cicho, niemal bojąc się zadać to pytanie.
– Odkąd mama umarła, wiele się zmieniło, Seoras. Chcę wreszcie trochę słońca dla siebie. Naprawdę przeżyć dalszą część życia. I chyba chcę je przeżyć z tobą. Więc tak, wchodzę w to, Macleod. Przeniosę się tu, kiedy tylko zechcesz. Właściwie możemy już teraz rozejrzeć się za domem.
– Jakiś dom dla państwa Mac—
– Ani słowa więcej, Seoras. Nie wyjdę za ciebie. Byłam już mężatką i, szczerze mówiąc, to było okropne. Jakbym była jego własnością. A przynajmniej on tak uważał. Nie chcę pierścionka ani wielkiego ślubu w kościele. Nawet ślubu cywilnego. – Jane odwróciła się do niego plecami. – Jeśli mnie chcesz, bierz mnie taką, jaka jestem. Przykro mi, jeśli nie da się tego pogodzić z naszym chodzeniem do kościoła i z twoją wiarą, ale tak właśnie czuję.
Macleod patrzył na jej długie włosy spływające po plecach. Wyciągnął rękę, pogładził włosy, a potem zaczął pieścić jej kark. Już miał coś powiedzieć, gdy zadzwonił telefon. Jane pomogła mu ustawić kilka różnych dzwonków. Ten rozlegał się tylko wtedy, gdy Hope dzwoniła ze służbowego telefonu.
– Odbierz – powiedziała Jane. – To musi być coś ważnego.
Macleod wyjął telefon i wpisał kod.
– Hope, co się stało?
Jane odwróciła się i obserwowała jego twarz. Macleod potakiwał, słuchając Hope, a potem pokręcił głową, choć przecież nie mogła tego zobaczyć.
– Spotkamy się na miejscu. W Cromarty powinienem być za jakieś trzy godziny. Rozumiem, że Ross już się tym zajmuje. Nie Ross, tylko Allinson, ten ze Stornoway. No tak, wszyscy krążą z miejsca na miejsce. Dobrze, ruszamy.
Jane patrzyła, jak Macleod chowa telefon i zaczyna pakować resztki posiłku.
– Praca wzywa, Seoras? Nocowaliśmy już kiedyś w Cromarty, prawda?
– Tak – odparł bezbarwnie Macleod.
– Słuchaj, przed telefonem zrobiło się trochę ciężko, więc teraz o tym nie myśl. Musisz pracować. Porozmawiamy później.
– Nie, nie porozmawiamy.
Macleod zapiął plecak, wziął Jane za rękę i pomógł jej wstać.
– Musimy o tym porozmawiać, Seoras. Chyba musimy wiedzieć, dokąd zmierzamy. Przykro mi, ale nie mogę wyjść za mąż. Po prostu nie mogę. To nie przez ciebie. Chodzi o mnie, ja—
– Jane – powiedział Macleod stanowczo. – Zamknij się. Musimy zejść z tej góry. Mamy co robić.
– Nie zasłaniaj się pracą. Mówiłeś, że trzy godziny, a możesz tam dotrzeć w dwie godziny, może nawet szybciej. Nie przeciągaj tego—
– Jane, zamknij się. Musimy wynająć dla ciebie samochód.
– Co?
– Samochód. Ja będę zajęty, więc wynajmiemy ci auto, a ty poszukasz domów, które ci się spodobają. Będę je oglądał, kiedy tylko znajdę czas.
Podniósł wzrok i zobaczył na twarzy Jane wściekłość.
– Nie zamierzam kupować domu tylko dla siebie, żebyś ty wpadał tam, kiedy ci wygodnie. Chcę domu dla nas obojga. Na stałe! Dotarło to do ciebie, detektywie?
– Możemy już iść? – zapytał Macleod. – Zejdziemy na dół i wynajmiemy ci samochód. Ty znajdziesz kilka domów. Razem zdecydujemy, który wybrać i przeprowadzimy się tu z Glasgow. Bez ślubu, bez rozgłosu, bez ceregieli. Tylko ty, ja i butelka prosecco, bo po tym wszystkim nabiorę ochoty na czułości. Pasuje ci? Możemy iść?
Jane podbiegła i wskoczyła mu w ramiona. Macleod zachwiał się i runął na plecy. Ból przebiegł mu po plecach, a twarz obsypały mokre pocałunki.
– Cudowny jesteś. Cholernie cudowny!
– Jane, moje plecy! Kobieto, moje nieszczęsne plecy!
Jadąc krętą drogą przez Jemimaville w stronę Cromarty, Macleod wciąż czuł ból pleców po upadku na kamień, gdy Jane na niego skoczyła. Wiercił się na siedzeniu, próbując rozmasować bolące miejsce. A jednak uśmiechał się jak wariat. Nie było długich dyskusji ani ważenia za i przeciw. Po prostu zaufał temu, co czuł. Jego zmarła żona osłupiałaby, ale pochwaliłaby tę decyzję. Jane tak na niego działała: przy niej stawał się bardziej impulsywny. I teraz dobrze mu z tym było.
Z drogi widział zakłady w Nigg, gdzie rozładowywano i obsługiwano statki oraz inne jednostki. Mżyło już, a chmury zaczynały przesłaniać słońce. W zatoce ciągnął się długi szereg platform: jedne miały ogromne bloki mieszkalne, inne były potężnymi platformami wiertniczymi, a po pozostałych zostały już tylko cztery nogi sterczące z wody. Morski przemysł wydobywczy miał lata świetności za sobą.
Kiedy jechał nadbrzeżną promenadą, dostrzegł tłum, który zatrzymano przy niewielkim porcie. Pokazał legitymację, przejechał jeszcze kawałek, zaparkował i ruszył w stronę miejsca, z którego odpływał prom. Gdy prowadził w Cromarty poprzednią sprawę, prom nie kursował. Teraz, w sezonie turystycznym, korzystał z pochylni, którą Macleod widział wtedy pustą.
Gdy zbliżył się do górnego krańca pochylni, zobaczył mały prom po drugiej stronie zatoki, przy Nigg. Pokład osłaniał wielki namiot. Tu, po stronie Cromarty, zbliżał się do niego mężczyzna i wyciągnął rękę.
– Allinson, dobrze cię widzieć. McGrath mówiła, że to ty. Co dla mnie masz?
– Na razie niewiele, szefie. Jak pan widzi, prom stoi po drugiej stronie i pracują na nim technicy kryminalistyczni. Pod namiotem na pokładzie stoi Jeep, jeden z trzech samochodów, które wjechały na prom w Cromarty. Według członka załogi w jednym aucie jechali mężczyźni, w drugim z przodu siedziały dwie kobiety, a trzecim był ten Jeep. Ponieważ podczas przeprawy mżyło, wszyscy przeszli do kabiny pasażerskiej. Gdy prom dobijał do brzegu, wrócili do samochodów. Najpierw zjechało auto z mężczyznami. Drugie, Mini, chyba zgasło i członek załogi pomógł młodej kobiecie zepchnąć je z pokładu. Wydaje mu się, że z auta wysiadł jeszcze ktoś, ale nie potrafi nic więcej powiedzieć o tej osobie.
– Gdy udało im się uruchomić Mini, samochód odjechał, a on zajrzał do trzeciego auta, Jeepa, którego silnik nie zapalił. Otworzył drzwi, a martwy mężczyzna osunął się do połowy na zewnątrz. Pracujemy nad ustaleniem tożsamości i próbujemy zdobyć numery rejestracyjne aut. Na razie niewiele więcej wiem. Jeśli chce szef zobaczyć prom, to drogą wokół zatoki jedzie się jakieś czterdzieści minut. Próbuję też załatwić małą łódź, żebyśmy mogli się do niego dostać.
– Dobrze, Allinson, na razie zadbałeś o podstawy. Korzystacie z tej samej sali co poprzednio?
Policjant spojrzał na Macleoda ze zdziwieniem, nim zrozumiał, o co mu chodzi.
– Ostatnim razem był tu chyba detektyw konstabl Ross, ale poza tym nie znam szczegółów tamtej sprawy. My urządzamy się w ratuszu w Cromarty. Przygotowałem kilka miejsc do rozmów ze świadkami i wysłałem ludzi, żeby rozpytali osoby w okolicy.
– Czy McGrath się ostatnio odzywała? – zapytał Macleod.
– Będzie za jakąś godzinę, szefie.
– Dobrze. Mamy kogoś, kto widział te auta po tej stronie?
– Tak – odparł Allinson. – Kawiarnia przy przystani była otwarta. Pracowała tam młoda dziewczyna, Gina Walker. Nadal jest na miejscu, choć lokal już zamknięto. Przyjechał też właściciel, pan Bean. Zabawne, prawda? Stąd nazwa Bean Shakers Coffee Shack. Dziewczyna widziała większość tego, co się działo, ale mówi dość niepewnie.
– W porządku. Pójdę do niej, póki McGrath jest w drodze, a potem popłyniemy na prom łodzią, którą uda ci się załatwić, Allinson. Dobrze znów z tobą pracować.
Allinson skinął głową i wrócił do swoich mundurowych, którzy przepytywali ludzi w okolicy. Macleod ufał mu i wiedział, że dopilnuje całej organizacji. Wolał myśleć, że przypadła mu ważniejsza rola: ustalić, co naprawdę się wydarzyło, zamiast grzęznąć w organizacyjnych drobiazgach. Za młodu miał ich aż nadto.
Macleod podszedł do małej kawiarni przy górnym końcu pochylni. Przed nią stały prowizoryczne stoliki i krzesła sklecone ze starych desek i beczek. W słoneczny dzień wyglądało to zapewne zachęcająco, ale w tej mżawce chciał tylko wejść do środka.
Otworzył drzwi i zobaczył, jak przytulnie było w środku. Jane byłaby zachwycona: prawdziwy piecyk na drewno, przy którym można usiąść, wygodna kanapa, wszystko ustawione dość ciasno. Miejsce, w którym ludzie na pewno wdawali się w rozmowy.
– Zamknięte – odezwał się jakiś głos. Dość przyjazny, ale stanowczy. Głos właściciela lokalu.
– Pan Bean? – zapytał Macleod.
– Tak, ale jak mówiłem, mamy zamknięte.
– To dobrze, nikt nam nie przeszkodzi. Nazywam się Macleod. Jestem inspektorem wydziału kryminalnego i prowadzę śledztwo w sprawie zdarzenia na promie. Szukam Giny Walker.
– Oczywiście. Zechce pan usiąść? Gina poszła tylko do toalety, tam na końcu. Zaraz wróci. Podać coś panu? Może latte, flat white, cappuccino albo herbatę?
Mężczyzna stał za wielkim ekspresem do kawy i uśmiechał się, jakby właśnie miał spełnić swoje życiowe powołanie.
– Dziękuję, panie Bean. Poproszę czarną kawę.
Za niebieskimi drzwiami w głębi małej kawiarni zaszumiała spłukiwana woda. Po chwili wyszła stamtąd młoda kobieta i stanęła jak wryta na widok Macleoda. Nie dałby jej nawet dwudziestu lat. Sprawiała wrażenie bardzo zdenerwowanej. Miała na sobie zwykły niebieski sweter i dżinsy, a w nosie kółko.
– Kto to? – zapytała.
– To człowiek, który prowadzi śledztwo, Gino. Inspektor…?
– Macleod, Gino. Jestem inspektorem policji kryminalnej. Wydaje się pani spięta, jeśli wolno mi tak powiedzieć. Proszę się nie denerwować. Nikt pani tu nie osądza. Nie jest pani podejrzana, tylko przypadkowym świadkiem. Chcę tylko zadać kilka pytań i dowiedzieć się, co pani pamięta z tego, co się stało. Zgoda?
Skinęła głową, ale Macleod miał wrażenie, że nie jest z nim do końca szczera. Wyglądała na przerażoną. Żałował, że nie ma tu McGrath; ona lepiej dogadywała się z młodymi.
– O której zaczęła dziś pani pracę, Gino? – zapytał Macleod, wskazując ręką, żeby usiadła.
– Tuż przed ósmą. Otwieramy o ósmej, wie pan.
– A pamięta pani ostatni dzisiejszy kurs promu? Spotkała pani kogoś, kto na niego czekał?
– Chyba tak. Tylko wie pan, obsługiwałam klientów, więc nie przyjrzałam się im dobrze. Była taka grupka mężczyzn, siedzieli na zewnątrz. Jednego wysłali do środka, a sami zostali przed kawiarnią. Zresztą spędzili tu trochę czasu.
– Rozumiem – powiedział Macleod. – Ilu ich było?
– Trzech. Ale dobrze widziałam tylko tego, który przychodził po napoje. Wszedł dwa razy i za każdym razem zamówił to samo: latte, herbatę z mięty pieprzowej i flat white.
Jak na zawołanie Gerrard Bean postawił przed Macleodem kawę, po czym usiadł za swoją pracownicą. Pogładził Ginę Walker po ramieniu z poufałością, która Macleodowi nasunęła na myśl bliską przyjaźń, i uśmiechnął się do niej uspokajająco.
– A ten, który wchodził do środka – jak wyglądał?
– Niższy od pana, krępy, ale dobrze zbudowany. Miał dość gęste wąsy, choć nie aż takie, żeby wyglądały śmiesznie. Był bardzo uprzejmy i za każdym razem płacił gotówką. Nosił zielony płaszcz, dżinsy i czarne buty.
– Wspomniała pani, że mówił uprzejmie – powiedział Macleod. – Miał jakiś akcent?
– Chyba był Anglikiem. Mówił bardzo poprawnie. Gerrard czasem włącza tu Radio 4, kiedy nie ma klientów, i ten człowiek mówił jak ludzie w Radiu 4. Bardzo poprawnie.
– Dobrze – powiedział Macleod. – Widziała pani jeszcze kogoś?
– Było kilku miejscowych. Annie, George i reszta tych, co wyprowadzają psy.
– Świetnie, będę potrzebował nazwisk wszystkich. Chociaż podała je już pani?
Dziewczyna skinęła głową. Allinson był dokładny.
– Widziała pani kogoś w Jeepie albo w Mini, które wjechały na prom?
– Jeep podjechał i od razu wjechał na prom. Pochylnia była wtedy pusta, więc znalazł się na czele kolejki. Potem przyjechało Mini i stanęło za nim. Podjechał jeszcze jeden samochód. Trzej mężczyźni sprzeczali się z kimś z tego ostatniego auta. Chyba chcieli się dostać na prom, co wydało mi się dziwne, skoro zdążyli tu zamówić napoje dwa razy.
– Jak bardzo byli zdenerwowani, próbując dostać się na prom? – spytał Macleod.
– Bardzo. Nie dosłyszałam stąd słów, ale brzmiało to jak ostra kłótnia.
– I wtedy widziała ich pani po raz ostatni?
– Tak.
– Zapamiętała pani numer rejestracyjny któregoś z samochodów?
– Nie – odparła kobieta. – Przykro mi, nie zwracałam na to uwagi. Obsługiwałam klientów.
– Proszę się nie martwić, bardzo nam pani pomogła. Niech pani tu zaczeka. Przyślę funkcjonariusza, który zaprowadzi panią do ratusza, gdzie się rozlokowaliśmy. Tam policyjny rysownik spróbuje sporządzić portret pamięciowy tego człowieka.
Kobieta skinęła głową, wstała i wróciła za ladę. Macleod usłyszał stuk, gdy opróżniała kolbę z fusów, a potem szczęk przy wsuwaniu do ekspresu nowej porcji kawy.
– Przepraszam, panie sierżancie, nie zapytałam, czy ma pan ochotę na jeszcze jedną.
– Inspektor wydziału kryminalnego Macleod. Ale nic się nie stało. Muszę już iść. Bardzo nam pani pomogła.
Kobieta się uśmiechnęła, a Macleod pogratulował sobie, że tym razem nie zraził młodej świadkini swoim sposobem bycia. Wydawała się spokojniejsza, choć nadal coś ją gryzło. Może chodziło po prostu o morderstwo. Dla wielu osób sam ten fakt był wystarczającym wstrząsem.
– Panie Bean, do pana też kogoś przyślę. Będziemy potrzebowali nazwisk i adresów wszystkich, którzy dziś weszli do kawiarni, również miejscowych. Chcę też ustalić, kto płacił przy kasie. Nie widzę żadnych kamer. Rozumiem, że nie ma pan monitoringu?
– Niestety, jeszcze nie. Niedługo będziemy modernizować lokal. Ale wszystko, czego pan potrzebuje, na pewno przygotuję.
Macleod podziękował skinieniem głowy i wyszedł z kawiarenki w mżawkę. Podszedł do brzegu i zapatrzył się na prom zacumowany po drugiej stronie zatoki.
Żywy przy wypłynięciu, martwy po dopłynięciu. Przynajmniej krąg potencjalnych sprawców jest niewielki. Zabity na promie. Ale przez kogo i dlaczego? Potrzebuję nazwisk i numerów rejestracyjnych samochodów.
Macleod stał u szczytu pochylni promowej w Cromarty, kiedy usłyszał okrzyk. Wołał Allinson, a Macleod mógłby przysiąc, że w jego głosie pobrzmiewało więcej ożywienia, niż wypadało w tej sytuacji. Pod nabrzeże podjechał samochód. Macleod rozpoznał wysiadającą z niego kobietę. Patrząc, jak wyraźnie podekscytowany Allinson podchodzi do niej szybkim krokiem i ściska jej dłoń, zaśmiał się w duchu. Przypomniał sobie pobyt na Lewis podczas swojej pierwszej sprawy z detektyw konstabl Hope McGrath. Już wtedy wpadła Allinsonowi w oko. Jemu samemu zresztą też, jeśli miał być szczery. Od tamtej pory stała się dla niego bliską współpracownicą, a on przekonał się, że jest silną, odporną psychicznie śledczą.
– McGrath! – zawołał Macleod. – Zaraz podpłynie łódź, która zabierze mnie na prom. Chodź ze mną!
Allinson i Hope zamienili jeszcze kilka słów, po czym pospieszyła do Macleoda. Wyglądała na zmęczoną, może po podróży, ale jak zwykle miała ciepły wyraz twarzy.
– Dzień dobry, szefie. Na drogach było tłoczniej niż ostatnim razem, kiedy tu jechaliśmy. Po drodze przekazano mi najważniejsze informacje, ale to dość dziwna sprawa.
– Owszem – odparł Macleod. – Rozmawiałem już z właścicielem kawiarni i jego pracownicą, Giną Walker. Gina jest teraz w ratuszu, gdzie urządziliśmy tymczasową bazę, i pracuje z rysownikiem nad portretem pamięciowym. Widziała z bliska jednego z pasażerów. Sprawdzamy też płatności kartą, choć podejrzewam, że żaden z naszych pasażerów nie płacił nią w kawiarni.
– Widziałeś już prom?
– Nie, łódź dopiero po nas płynie. Technicy kryminalistyki i tak już nad nim pracują, więc pewnie zaraz mnie stamtąd przepędzą. – Uśmiechnął się do Hope, a ona odpowiedziała mu słabym uśmiechem. – Wszystko w porządku? Wyglądasz na zmęczoną.
– To nic. Kłopoty z facetem. Przez większą część nocy z nim zrywałam.
– Naprawdę? Nie wiedziałem nawet, że się z kimś spotykasz.
– Nie wszyscy żyją teraz w krainie szczęścia, szefie.
Macleod chciał dopytać, ale się powstrzymał. Po tylu miesiącach i tylu wspólnych sprawach wydawało mu się, że łączy ich już coś więcej niż dobra współpraca: przyjaźń, która nie kończyła się wraz ze służbą. Może dla niego znaczyła więcej niż dla Hope. Teraz jednak musieli zająć się sprawą.
– Przykro mi, Hope. Wsiadajmy na łódź i skupmy się na śledztwie.
Uśmiechnęła się do niego. Razem poszli wzdłuż brzegu do portu i wsiedli na niewielką łódź, która miała ich przewieźć na drugą stronę zatoki. Niebo wciąż było zachmurzone, lecz widoczność pozwalała ogarnąć wzrokiem całą zatokę: od Invergordon po Cromarty i dalej, aż do Sutors u wejścia do Moray Firth.
Macleod podziwiał przylądki Sutors wznoszące się po obu stronach ujścia zatoki. Myślał o członkach załogi promu, którzy codziennie przemierzali tę trasę w tę i z powrotem. Mieli taki widok na co dzień, choć za plecami Macleoda znajdowały się zakład przemysłowy i platformy wiertnicze stojące w zatoce. Zdawało mu się, że w Highlands nawet przemysł jakoś wrastał w krajobraz, stawał się jego częścią, zamiast szpecić widok. Może miejscowi widzieli to inaczej. Glasgow wyglądało inaczej; niektóre dzielnice można było, jego zdaniem, lepiej zaplanować. Tutaj było miejsce i świeże powietrze. A może po prostu się starzał i za dużo rozmyślał.
– Słyszałam, że to jeden z najmniejszych wciąż kursujących promów – powiedziała Hope.
Macleod odwrócił się. Hope patrzyła w głąb zatoki, w przeciwnym kierunku niż on.
– Chyba masz rację, McGrath – odparł, pamiętając, że w pobliżu są inni ludzie. Po imieniu zwracał się do niej tylko wtedy, gdy byli sami albo poza służbą. – Wygląda na to, że zabiera najwyżej trzy samochody. Auto pełne mężczyzn usiłowało się na niego dostać za wszelką cenę. Jeepem jechał tylko kierowca, a pozostałe auta go zastawiły. Musiał albo wjechać na prom tyłem, albo z niego tyłem zjechać. Przed Jeepem stał samochód z kobietami, który wjechał jako drugi. Prawdopodobnie były trzy, choć marynarz zauważył tylko dwie. No i ten samochód z mężczyznami, który wjechał na końcu. A przecież wcześniej siedzieli w kawiarni całe wieki.
– Aż za bardzo im zależało – powiedziała Hope. – Potem, przy zjeździe z promu, zgasł silnik samochodu, którym jechały kobiety. Ktoś wysiadł, a kiedy wypchnięto auto na pochylnię, silnik nagle zapalił, mimo że trzeba było ruszać pod górę. Dziwna sprawa.
– Musimy znaleźć pasażerów. Załoga promu liczy tylko dwóch ludzi. Kapitan przez cały czas siedział w sterówce, a marynarz przebywał na pokładzie wśród pasażerów, tylko że jego relacja jest dość mglista. Porozmawiamy z nimi, kiedy tu skończymy. Staramy się też ustalić tożsamość ofiary. Sprawdziliśmy tablice rejestracyjne, ale pochodzą z innego samochodu, należącego do pary z Inverness. Właściciele zgłosili kradzież tablic wczoraj wieczorem.
– Zaraz zarezerwuję hotel – powiedziała Hope. – Dobrze mi zrobi praca z dala od spraw w Glasgow.
– Ciężko było? To znaczy, jak się trzymasz? – Macleod zniżył głos do szeptu. – Jeśli potrzebujesz na jakiś czas odpocząć od tego, co dzieje się w Glasgow, powiedz. Przez ostatni rok wiele dałaś tej robocie. Zasłużyłaś na trochę oddechu.
– Nic mi nie jest – powiedziała Hope, ale Macleod nie był przekonany.
Zeszli z łodzi na brzeg po stronie Nigg, podeszli do promu i zatrzymali się przed pochylnią. Za nimi rozciągał się policyjny kordon, a niewielki tłum przyglądał się miejscu, gdzie tak nagle zginął człowiek. Macleod zatrzymał jednego z techników i spytał o szefa zespołu. Wtedy ktoś mu przerwał.
– Panie inspektorze, jeśli czeka pan na informacje z oględzin, chętnie ich udzielę.
To była Hazel Mackintosh, kierująca oględzinami, którą Macleod niechcący uraził podczas poprzedniego pobytu na Black Isle. Stała w białym kombinezonie i patrzyła na niego przez okulary w ciemnych, grubych oprawkach. Macleod podszedł do niej i zmusił się do uśmiechu. Ostatnim razem go zirytowała, ale tym razem postanowił załagodzić napięcie.
– Miło panią widzieć, pani Mackintosh. Opowie mi pani o ustaleniach, kiedy znajdzie pani chwilę. Jestem pewien, że ma pani mnóstwo pracy.
– Dla pana, panie inspektorze, zawsze znajdę czas.
Cała wymiana brzmiała sztucznie. Macleod pomyślał, że dla kogoś z boku musieli wyglądać absurdalnie, lecz przynajmniej oboje zachowywali uprzejmy ton. Mackintosh zaprowadziła ich do rozstawionego nieopodal białego namiotu i poprosiła obecnych w środku o ciszę. Kilku członków jej ekipy wyszło. Zdjęła biały kaptur i posłała Macleodowi wymuszony uśmiech.
– Przeczesaliśmy prom i samochód, panie Macleod. Jeśli chodzi o ustalenie tożsamości, szczerze mówiąc, nie wygląda to najlepiej. Na promie pełno odcisków palców, trudnych do rozróżnienia. Spróbujemy ustalić, do kogo należą, ale to potrwa. A nawet wtedy nie będziemy mieć pewności, czy należą do kogoś z tego rejsu, czy z któregoś z poprzednich.
– A samochód? – spytała Hope.
– To kolejna dziwna sprawa. Sprawdzamy numer nadwozia, może coś nam powie. Jeśli chodzi o odciski palców, auto jest nieprawdopodobnie czyste. Znaleźliśmy kilka włosów i próbki naskórka, ale nie wiadomo, czy uda się z nich cokolwiek ustalić. Mogą należeć do denata. Wiem za to, że miał w bagażniku sporo gotówki, ukrytej w bocznym schowku. Przy sobie nie miał żadnych dokumentów ani kart kredytowych. Niczego, co zdradzałoby, kim był i po co tu przyjechał.
– Ktoś, kto się ukrywał? – spytał Macleod.
– Możliwe, panie inspektorze. Na podłodze przed fotelem pasażera leżały jakieś śmieci. Pewnie zatrzymał się po coś do jedzenia. Na opakowaniach widać logo, więc warto przejrzeć nagrania z monitoringu okolicznych stacji benzynowych. Prawdopodobnie nie zdążył ich wyrzucić.
– A sam denat? – spytała Hope. – Postura, znaki szczególne, fryzura, cokolwiek?
– Ma co najmniej kilkudniowy zarost, ale włosy krótko i starannie ostrzyżone. Podejrzewam, że służył w wojsku, ale to tylko przeczucie. Paznokcie też miał przycięte. Nieliczne przedmioty w Jeepie były starannie ułożone.
– Jeśli chodzi o jego śmierć, ugodzono go nożem w bok. Cios był fachowy, wymierzony tak, by szybko zabić. I zabił. Jest jednak pewna komplikacja. – Hazel Mackintosh spojrzała na Macleoda znad okularów w grubych oprawkach. – Ten człowiek już umierał.
– Jak to? – spytała Hope.
– Został otruty. Kiedy zadano mu cios nożem, trucizna zdążyła już sparaliżować jego ciało. Nie mógł się w ogóle ruszać. Znalazłam ślad po wkłuciu, przez które ją podano. Musimy zrobić badania, żeby ustalić, co to była za substancja, ale podano ją fachowo. Cios nożem też był fachowy. Albo ktoś się wystraszył, że trucizna nie działa, albo ten człowiek podpadł dwóm różnym stronom.
– Dobrze. To wszystko? – spytał Macleod.
– Na razie tak – odparła Mackintosh. – Mogą państwo wejść na pokład i się rozejrzeć. Chyba mamy już większość potrzebnego materiału. Tylko proszę niczego nie dotykać… i założyć kombinezony.
– Oczywiście. Dziękuję, pani Mackintosh.
– Panie inspektorze.
Macleod poszedł poszukać kombinezonu. Kiedy zorientował się, że Hope nie idzie za nim, zawrócił i dotknął jej ramienia.
– Wszystko w porządku? Naprawdę? Jesteś jakaś nieobecna.
– W porządku, szefie. Iain też służył w wojsku.
– Jeśli potrzebujesz chwili…
– Nic mi nie jest! – powiedziała Hope zbyt głośno, by zabrzmiało to przekonująco. – Wszystko dobrze, szefie.
– Dobrze, ale jeśli tak nie jest, powiedz mi. A teraz włóż kombinezon. Zadzwonię do Allinsona, niech sprawdzi monitoring na stacjach benzynowych i w przydrożnych punktach obsługi. Potem obejrzymy prom.
Macleod zadzwonił do Allinsona, lecz podczas rozmowy nie spuszczał wzroku z Hope. Nie była sobą. Nigdy nie widział, żeby tak przygnębił ją jakiś mężczyzna. Ani cokolwiek innego. Zwykle nie brakowało jej nadziei. Imię zobowiązywało. Gdy skończył rozmawiać, sam włożył kombinezon i dołączył do niej przy rampie promu.
Prom miał prostą konstrukcję. Na niewielki pokład samochodowy można było wjechać przodem albo tyłem. Macleod był pod wrażeniem, że zdołano tam zmieścić trzy auta. Za otwartym pokładem znajdowała się kabina z kilkoma siedzeniami i oknami, przez które pasażerowie mogli podziwiać widoki. Z kabiny widać było tylko część pokładu samochodowego; trudno byłoby przez całą przeprawę mieć na oku auta.
Wyżej mieściła się druga kabina, sterówka, z której kapitan prowadził prom. Wszystko wyglądało zwyczajnie. Na jednostce rozmieszczono sprzęt ratunkowy, kosze na śmieci i plakaty informujące o delfinach i morświnach, które czasem można było wypatrzyć podczas rejsu przez zatokę.
Jeep nadal był przykryty. Macleod zajrzał pod osłonę i zobaczył zakrwawiony fotel, na którym siedziała ofiara, zanim zabrano ciało. Jeśli cios zadano tak, jak mówiła Mackintosh, sprawca musiałby otworzyć tylne drzwi samochodu. Nie wiadomo było, kiedy podano truciznę. Dopóki nie poznają sposobu jej działania, mogło do tego dojść w dowolnym momencie.
Schodząc z promu, Macleod zsunął biały kaptur i spojrzał na wodę.
– To nie będzie łatwa sprawa, McGrath – powiedział na głos. – Zabito go z zimną krwią, spokojnie i po cichu. Wygląda to na robotę zawodowców. Obstawiałbym płatnych zabójców albo żołnierzy. Musimy uważać, żeby sami nie oberwać kulą. Albo czymś innym.
– Płatne zabójczynie, szefie. Nic nie wyklucza, że to były kobiety.
– To tylko takie powiedzenie, Hope. Oczywiście, mogły to być kobiety. Albo mężczyźni i kobiety. Zabito go dwa razy. A przynajmniej dwie osoby próbowały go zabić.
Hope stanęła obok Macleoda i również zapatrzyła się w wody zatoki.
– Ale dopóki nie znajdziemy czegoś więcej, utknęliśmy na mieliźnie, prawda?
– Prawda. Czas porozmawiać z załogą promu. I liczyć, że mundurowi coś znajdą. Poza sposobem zabójstwa nie mamy prawie nic. Może jeden czy dwa portrety pamięciowe.
