Uzyskaj dostęp do tej i ponad 240000 książek od 14,99 zł miesięcznie
414 osoby interesują się tą książką
Szukała ideału. Znalazła śmierć.
Sydney Shaw, jak każda singielka w Nowym Jorku, ma dość randkowego piekła. Kłamcy z aplikacji, faceci, którzy „zapominają” portfela, i maminsynki to jej codzienność. Ale w końcu los się do niej uśmiecha.
Jej nowy chłopak jest po prostu idealny. Przystojny, czarujący i – co brzmi jak marzenie – jest szanowanym lekarzem w miejscowym szpitalu. Sydney czuje, że w końcu odnalazła swoją bezpieczną przystań.
W tym samym czasie miastem wstrząsa seria brutalnych morderstw. Policja jest bezradna wobec seryjnego zabójcy, który działa według przerażającego schematu: najpierw umawia się ze swoimi ofiarami na randki, a potem odbiera im życie.
Sydney powinna czuć się bezpieczna u boku wymarzonego mężczyzny. Jednak ziarno niepewności zaczyna kiełkować. Czy ten ideał to tylko starannie dopracowana maska? Prawda może okazać się bardziej zabójcza niż samotność...
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 386
Rok wydania: 2026
Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Tytuł oryginału: The Boyfriend
Copyright © 2024 by Freida McFadden
First published in 2024 by Sourcebooks, Poisoned Pen Press
Copyright © Wydawnictwo Poznańskie sp. z o.o., 2026
Copyright © for the Polish translation by Elżbieta Pawlik, 2026
Redaktorka inicjująca: Marta Kujawa
Redaktorka prowadząca: Joanna Zalewska
Marketing i promocja: Aleksandra Wróblewska
Redakcja: Paulina Jeske-Choińska
Korekta: Agnieszka Czapczyk, Lidia Kozłowska
Skład i łamanie: Teodor Jeske-Choiński
Projekt okładki i strony tytułowe: Tomasz Majewski
Fotografie na okładce: © Mockup Free | Unsplash,
Taras Chernus | Unsplash
Fotografia autorki na skrzydełku: © Mira Whiting
Zezwalamy na udostępnianie okładki książki w internecie.
ISBN 978-83-68889-32-1
CZWARTA STRONA
Grupa Wydawnictwa Poznańskiego sp. z o.o.
ul. Fredry 8, 61-701 Poznań
tel.: 61 853-99-10
www.czwartastrona.pl
Dawniej
Tom
Jestem totalnie, rozpaczliwie, idiotycznie i na zabój zakochany.
Ma na imię Daisy. Poznaliśmy się, gdy mieliśmy po cztery lata. Kocham tę dziewczynę od czwartego roku życia – niech to świadczy o tym, jaki jestem żałosny. Po raz pierwszy zobaczyłem ją na placu zabaw, gdy rzucała kawałki swojej kanapki głodnym wiewiórkom, i pamiętam, że pomyślałem, że nigdy w życiu nie spotkałem piękniejszej i milszej istoty niż Daisy Driscoll. I przepadłem.
Przez bardzo długi czas nie mówiłem jej o swoich uczuciach. Nie byłem w stanie. Wydawało się niemożliwe, żeby ten anioł ze złotymi włosami, błękitnymi oczami i skórą gładką niczym porcelana naszej łazienkowej umywalki mógł czuć do mnie choć jedną dziesiątą tego co ja do niej, więc nie było sensu nawet próbować.
Ale ostatnio to się zmieniło.
Ostatnio Daisy pozwala mi się odprowadzać ze szkoły. Czasami, gdy dopisze mi szczęście, pozwala mi też chwycić się za rękę. I uśmiecha się do mnie tajemniczo tymi swoimi wiśniowymi ustami, od czego miękną mi kolana. Zaczynam myśleć, że może chce, żebym ją pocałował.
Ale boję się. Boję się, że gdybym spróbował ją pocałować, zdzieliłaby mnie po twarzy. Że gdybym jej powiedział, co naprawdę czuję, popatrzyłaby na mnie ze współczuciem i powiedziała, że nie odwzajemnia moich uczuć. Że już nigdy nie pozwoliłaby mi odprowadzić się do domu.
Ale to nie tego boję się najbardziej.
Najbardziej boję się tego, że gdybym nachylił się, żeby pocałować Daisy, pozwoliłaby mi na to. Że zgodziłaby się zostać moją dziewczyną. Że zaprosiłaby mnie do swojego pokoju podczas nieobecności rodziców, byśmy w końcu mogli pobyć sami.
I jestem przerażony, że w chwili, gdy zostałbym z nią sam na sam, owinąłbym palce wokół jej ślicznej, białej szyi i wycisnął z niej życie.
Teraz
Sydney
Kim jest ten człowiek i co zrobił z facetem, z którym umówiłam się na randkę?
Umówiłam się dziś na dwudziestą na kolację z mężczyzną o imieniu Kevin. Pierwotnie miał to być drink o osiemnastej – z drinka łatwiej się ulotnić – ale Kevin napisał do mnie wiadomość poprzez aplikację randkową Cynch1, że musi zostać dłużej w pracy i czy możemy to zamienić na kolację o dwudziestej.
Wbrew zdrowemu rozsądkowi – zgodziłam się.
Kiedy ze sobą pisaliśmy, Kevin wydawał się bardzo miły. A na zdjęciach był przystojny. Naprawdę przystojny. Miał taki chłopięcy uśmiech, iskierki w oczach, a jego jasnobrązowe włosy były uroczo zmierzwione i opadały mu na czoło. Wyglądał jak młody Matt Damon. Byłam już na wielu randkach z Cyncha, ale do tej podchodziłam z ostrożnym optymizmem. Przyszłam nawet do restauracji trochę wcześniej i od dziesięciu minut siedzę przy barze i co chwilę niecierpliwie oglądam się na drzwi.
– Sydney? – odzywa się jakiś mężczyzna, stając przede mną.
– Tak?
Patrzę na niego, jakbym się spodziewała, że zaraz mi powie, że Kevin zginął w tragicznym wypadku w drodze na naszą randkę, ponieważ ten gość zdecydowanie NIE JEST Kevinem. Jednak zamiast tego on wyciąga do mnie rękę.
– Jestem Kevin – mówi.
Nie ruszam się ze swojego stołka barowego.
– Naprawdę?
Okej, spójrzmy prawdzie w oczy – nikt nie wygląda w prawdziwym życiu tak dobrze jak na zdjęciach w aplikacji randkowej. Przecież jeśli szukasz kogoś, z kim chcesz się ewentualnie umówić na randkę, nie wrzucisz tam fotki, jak leżysz rozwalony na łóżku z kacem gigantem. Zrobisz się na bóstwo, pstrykniesz sobie co najmniej piętnaście ujęć pod każdym możliwym kątem i w przeróżnym oświetleniu, a potem wybierzesz jedno najlepsze. Tak podpowiada zdrowy rozsądek.
I hej, może się też zdarzyć, że to jedno perfekcyjne ujęcie zostało zrobione dziesięć lat temu. Nie zgadzam się z tą logiką, ale rozumiem, dlaczego ludzie to robią.
Natomiast ten facet…
Nie ma opcji, żeby to był ten sam człowiek, co w aplikacji Cynch. Ani dziesięć lat temu, ani nigdy. Po prostu w to nie wierzę.
Chociaż to wyjątkowo niegrzeczne, z torebki wyciągam telefon i porównuję go ze zdjęciem w aplikacji. Zestawiam z sobą przystojnego mężczyznę z chłopięcym urokiem na zdjęciu i faceta stojącego przede mną. Zgadza się – nie ma szans.
Osoba, która przedstawiła mi się jako moja randka, jest co najmniej dziesięć lat starsza od nieznajomego na zdjęciu i chuda jak patyk, na granicy wygłodzenia. Wydaje mi się, że kolor oczu też się nie zgadza. Jego blond włosy są mocno przerzedzone, a to, co zostało, jest długie i ściągnięte w nieujarzmiony kucyk.
To nie jest człowiek ze zdjęcia. Jestem tego bardziej pewna niż faktu, że uwielbiam długie spacery w Central Parku i nałogowo oglądam Netflixa.
– Tak, to ja – zapewnia mnie Fałszywy Kevin. (Chociaż właściwie to facet ze zdjęcia jest Fałszywym Kevinem. Może na tej fotografii naprawdę jest Matt Damon. Zaczynam sądzić, że tak jest).
Mam ochotę zacząć się wykłócać, że nie wygląda jak na zdjęciu, ale gdy wypowiadam te słowa najpierw w swojej głowie, wydają mi się strasznie płytkie. Okej, owszem, Kevin wygląda ZUPEŁNIE inaczej niż na zdjęciu profilowym w aplikacji. Ale czy to naprawdę ma znaczenie? Pisaliśmy do siebie poprzez Cynch i wydawał się miłym gościem. Powinnam dać mu szansę.
A jeśli nie będzie dobrze szło, moja przyjaciółka Gretchen zadzwoni do mnie za dwadzieścia minut z przygotowaną wcześniej wymówką dla mnie, żebym mogła się stąd zmyć. Nigdy, przenigdy nie chodzę na randki bez planu awaryjnego.
– Bardzo miło mi cię poznać w realu – mówi Prawdziwy Kevin. – Wyglądasz dokładnie tak jak na zdjęciu.
Czy on oczekuje, że odwzajemnię się tym samym? Czy to jest jakiś test?
– Hm – odmrukuję.
– Chodź – proponuje – znajdziemy jakiś stolik.
Zajmujemy boks za rogiem baru. W drodze do stolika nie uchodzi mojej uwagi, że Kevin góruje nade mną. Zawsze lubiłam wysokich facetów, ale jemu rozpaczliwie przydałoby się trochę mięsa na kościach. Mam wrażenie, jakbym szła z kijem od mopa.
– Tak się cieszę, że wreszcie się spotkaliśmy – zapewnia mnie Kevin, gdy siada naprzeciwko mnie. Dlaczego jego kucyk jest taki rozczochrany? Nie mógł się przynajmniej porządnie uczesać przed randką?
– Ja też – odpowiadam, co tylko trochę jest kłamstwem.
Kevin mierzy mnie wzrokiem i na jego wychudzonej twarzy pojawia się wyraz aprobaty.
– Muszę ci powiedzieć, Sydney, że teraz, gdy spotkaliśmy się osobiście, naprawdę mam wrażenie, że jesteś kobietą idealną.
– Och?
– Absolutnie. – Uśmiecha się do mnie. – Gdybym zamknął oczy i miał sobie wyobrazić perfekcyjną dziewczynę, byłabyś nią ty.
Wow. To… urocze. To prawdopodobnie jeden z najmilszych komplementów, jakie otrzymałam na randce. Dziękuję, Prawdziwy Kevinie. Zaczynam się cieszyć, że zostałam. I tak jak mówiłam – lubię wysokich mężczyzn, więc chociaż wygląda zupełnie inaczej niż na zdjęciu profilowym, czuję do niego odrobinę przyciągania.
– Dziękuję.
– Cóż – dodaje – poza twoimi ramionami.
– Moimi ramionami?
– Masz trochę obwisłą skórę. – Marszczy nos. – Ale poza tym… wow. Jak powiedziałem, jesteś kobietą idealną.
Chwila. Mam OBWISŁĄ SKÓRĘ?! Zarzucił mi, że mam pelikany?! Czy on to naprawdę powiedział?
Co gorsza, teraz próbuję potajemnie obejrzeć swoje nagie ramiona. Dlaczego założyłam dziś sukienkę bez rękawów? Mam tylko dwie takie. Mogłam założyć coś bardziej zabudowanego, co zakryłoby moje najwyraźniej szkaradne ręce, to nie, wybrałam tę.
– Mogę zaproponować coś do picia?
Nad nami stoi kelnerka z uniesionymi brwiami. Odrywam wzrok od moich monstrualnych obwisłych ramion i spoglądam na nią.
– Poproszę… dietetyczną colę.
– Dietetyczną colę? – Kevin wydaje się urażony. – To nudne. Zamów sobie prawdziwego drinka.
Nigdy nie piję alkoholu na pierwszej randce z facetem poznanym na Cynchu. Nie chcę w żaden sposób upośledzać swoich zmysłów, by nie zamgliły mi osądu.
– Dietetyczna cola to jest prawdziwy drink.
– Wcale nie.
– No ale to płyn. – Patrzę na niego ponad lepkim blatem stołu. – Więc można nazwać ją drinkiem.
Kevin przewraca oczami, patrząc na kelnerkę.
– Dobra, ja poproszę Coronę, a dla tej pani dietetyczna cola. – Mruga do kelnerki i wypowiada bezgłośnie słowo „przepraszam”.
Zerkam na torebkę leżącą obok mnie. Kiedy ta Gretchen zadzwoni? Potrzebna mi awaryjna wymówka.
Ale może jestem niesprawiedliwa. Znam Prawdziwego Kevina od pięciu minut. Powinnam dać mu szansę. Dlatego właśnie kazałam zadzwonić Gretchen dopiero po dwudziestu minutach. Pięć minut to za mało na wyrobienie sobie opinii. Jeśli nie zdobędę się na poświęcenie facetowi więcej niż pięć minut, będę się umawiać na pierwsze randki przez następne dwadzieścia lat. A ponieważ mam już trzydzieści cztery, taki luksus jest poza moim zasięgiem.
– Ale laska – stwierdza Kevin, śledząc wzrokiem kelnerkę, która oddaliła się do baru po nasze zamówienie. – Ma naprawdę świetne ręce.
Gretchen, gdzie jesteś?
– Więc jeśli jesteś nowym członkiem dołączającym do grupy, musisz zapłacić dwa tysiące dolarów – wyjaśnia mi Kevin – ale od każdego sprzedanego pakietu wakacyjnego masz prowizję w wysokości pięciu tysięcy. Nieźle, co?
Przeciągam frytkę przez kleks ketchupu na moim talerzu. Ta randka trwa już prawie czterdzieści minut, a ja z jakiejś niewytłumaczalnej przyczyny wciąż tu jestem. Głupia Gretchen. Migdali się ze swoim chłopakiem czy coś i całkiem o mnie zapomniała. Wysłałam jej nawet wiadomość o treści „S.O.S.”, a ona nadal do mnie nie zadzwoniła.
– Bez problemu mógłbym cię wciągnąć do grupy. – Kevin wgryza się w pikantne skrzydełko kurczaka. Ma niezwykły apetyt jak na tak chudego człowieka. Zwróciłam mu przedtem uwagę, że ma sos barbecue na policzku, a on go starł, ale przy każdym kolejnym kęsie znów się nim brudzi. Po pewnym czasie znudziło mi się już zwracanie mu na to uwagi. – Chcesz, żebym zadzwonił do Loisa z siedziby głównej? To niesamowita okazja, Sydney. Masz szczęście, że na mnie wpadłaś.
– Nie, dziękuję – odpowiadam.
Kevin sięga po moją dietetyczną colę. Kiedy kelnerka przyniosła jego skrzydełka, narzekał, że są zbyt pikantne, i w piętnaście minut zdołał wypić swoje piwo, potem kolejne, a teraz czai się na moją colę.
– Czemu nie? Dlaczego miałabyś odrzucić okazję zarabiania sześciocyfrowych kwot rocznie?
– Bo to piramida finansowa?
– Piramida finansowa! – Kevin aż się dławi. – Dlaczego tak myślisz?
– Bo jestem księgową i wiem, jak działają takie piramidy?
– Nie, nic nie rozumiesz – upiera się. – Słuchaj, wyświadczam ci przysługę, Sydney. Cały dzień zajmujesz się tymi nudnymi cyferkami. Nie wolałabyś sprzedać kilku pakietów rocznie i przez resztę czasu odpoczywać w swojej luksusowej wakacyjnej rezydencji?
Nie wiem, co mam odpowiedzieć, więc podnoszę torebkę.
– Idę do toalety.
Mam nadzieję, że jest tam okno, przez które będę mogła uciec.
Jednak kiedy wchodzę do damskiej łazienki, okazuje się, że nie ma w niej okna. Korzystam więc z toalety, a potem przez dwie minuty przeglądam się w lustrze, uważnie oglądając swoje „obwisłe” ramiona. Nie wyglądają tak źle, prawda?
PRAWDA?
Zaczynam googlować ćwiczenia na wysmuklenie ramion, gdy telefon zaczyna dzwonić. Na wyświetlaczu pojawia się imię Gretchen, a ja zaciskam zęby. TERAZ dzwoni, niech ją cholera. Jak już od czterdziestu pięciu minut jestem w trakcie kolacji. Przesuwam palcem, żeby odebrać.
– Serio, Gretchen? – warczę do telefonu bez powitania. – Jestem na najgorszej randce w życiu i to w głównej mierze twoja wina.
To nie jest do końca fair. Prawdziwy Kevin ponosi co najmniej pięćdziesiąt procent winy za ten koszmarny wieczór. Ale jestem wkurzona i muszę się na kimś wyładować.
– Strasznie cię przepraszam! – woła moja przyjaciółka. – Randy i ja oglądaliśmy film i straciliśmy poczucie czasu…
– Mhm.
– Ja nawet nie chciałam oglądać tego filmu – upiera się. – Randy obiecał, że nie pozwoli mi zapomnieć o tym telefonie, ale potem, no wiesz…
Słyszę w tle głos Randy’ego, który woła:
– Hej, nie zwalaj tego na mnie!
A potem Gretchen zaczyna chichotać, jakby ją łaskotał czy coś. Zagryzam wargę, tłumiąc zazdrość z powodu szczęścia Gretchen i Randy’ego. Kiedy się zaprzyjaźniłyśmy, obie byłyśmy singielkami. Ale któregoś dnia jechałyśmy razem windą i zaczęła się rozwodzić nad tym, jaki przystojny jest konserwator mojego budynku. I teraz są już parą od jakichś sześciu miesięcy!
Nie zrozumcie mnie źle. Cieszę się, że moja przyjaciółka znalazła sobie faceta marzeń. Ale ja nadal szukam swojego.
– Gdzie teraz jesteś? – pyta.
– Chowam się w łazience, to chyba oczywiste.
– O Boże, tak cię przepraszam.
– Dobra już – mamroczę. – Pewnie uprawiałaś upojny seks ze swoim chłopakiem, a ja utknęłam tu z typem, który próbuje mnie namówić na piramidę finansową.
– O nie, Syd! Serio?
– A to wcale nie jest najgorsze – mówię ponuro. – W samym środku posiłku zadzwoniła jego matka przez FaceTime i wyobraź sobie, że on ODEBRAŁ! Musiałam się z nią przywitać! Jego MATKA, Gretchen! Na pierwszej randce!
– Bardzo mi przykro, naprawdę – mówi, chociaż słyszę, że powstrzymuje śmiech.
– Aha, jasne.
– Serio, Syd. Jestem najgorszą przyjaciółką świata. Jutro po jodze kawa i muffinki na mój koszt.
Przypuszczam, że mogłabym zaakceptować te przeprosiny. W końcu randka prawie się już kończy. Za jakieś pięć minut już nigdy nie zobaczę ani prawdziwego, ani fałszywego Kevina. To znaczy, fałszywego mogę zobaczyć, jeśli pójdę na film z Mattem Damonem.
Żegnam się z Gretchen, rzucam ostatnie krytyczne spojrzenie na swoje ręce (które są w porządku takie, jakie są, Kevin!), po czym wracam do stolika. I oto – patrzcie i podziwiajcie! – zdarzył się cud i na stoliku czeka na mnie rachunek. Może uda mi się stąd wyjść szybciej, niż się spodziewałam.
– Długo cię nie było – komentuje Kevin. Wyciera usta rękawem. Starł sos z ust, ale za to rozsmarował go po całej koszuli w biało-czerwoną kratkę. Już mnie to nie obchodzi. – Utopiłaś się tam?
Zdobywam się na słaby uśmiech.
– Dziękuję za kolację.
– Nie ma sprawy. – Kevin przesuwa rachunek do mnie. – Twoja część to trzydzieści osiem dolarów.
Nie liczyłam na to, że Kevin postawi mi tę kolację, ponieważ nie chcę być mu nic winna, ale trochę trudno mi zrozumieć, jakim sposobem moja mała sałatka i dietetyczna cola plus napiwek mogą kosztować trzydzieści osiem dolarów. Jako księgowa mam ochotę podnieść ten rachunek i obliczyć rzeczywisty koszt mojego posiłku, ale jako kobieta nie zamierzam przeciągać tego ani sekundy dłużej. Rzucam więc na stolik dwie dwudziestodolarówki.
Gdy Kevin wychodzi z boksu, w radiu właśnie zaczyna lecieć Eye of the Tiger. Uśmiecha się i puszcza do mnie oko.
– To moja ulubiona piosenka. Czy Rocky nie jest najlepszym filmem pod słońcem?
– Nie widziałam go.
Kevin łapie się za klatkę piersiową, jakbym mu powiedziała, że zabijam szczeniaki dla zabawy.
– Nie WIDZIAŁAŚ go?
– Nie.
– Noo, to już wiemy, co będziemy robić na drugiej randce.
Postanawiam nie pozbawiać go złudzeń, że będzie kolejna randka. Ale kiedy tylko stąd wyjdę, natychmiast zablokuję go na Cynchu. Nie podałam mu mojego numeru telefonu, więc nie będzie miał jak się ze mną skontaktować.
– A potem – dodaje – będziemy mogli obejrzeć Rocky II na trzeciej randce. I Rocky III na czwartej!
Kiedy wychodzimy z baru, jest w trakcie planowania naszej siódmej randki (Rocky VI). Jest środek sierpnia, więc to idealny moment na sukienkę bez rękawów, która eksponuje moje groteskowo obwiśnięte ramiona, ale jest to również czas największej wilgotności w Nowym Jorku. Pomimo odżywki bez spłukiwania i ogromnych starań za pomocą prostownicy moje włosy już zaczynają się puszyć. Całe szczęście, że nie interesuje mnie, co człowiek, z którym umówiłam się na randkę, myśli o moich włosach.
– Odprowadzę cię do domu – oznajmia Kevin.
Prawie się dławię.
– Nie trzeba.
Wysuwa do przodu podbródek.
– Absolutnie nalegam. Jest ciemno. Co byłby ze mnie za dżentelmen, gdybym pozwolił ci wracać samej w ciemności?
– Nie trzeba. Naprawdę.
– Ktoś może cię zabić, Sydney.
To się wydaje mało prawdopodobne. Zresztą jestem skłonna zaryzykować śmierć, byle tylko uwolnić się od tego człowieka. Ale na jego twarzy rysuje się taka determinacja, że zaczynam podejrzewać, iż najłatwiejszą opcją będzie po prostu pozwolić mu się odprowadzić do domu. Nie, żebym NAPRAWDĘ dała mu się odprowadzić do domu. Mieszkam dziesięć przecznic stąd i pewnie po jakichś czterech czy pięciu wskażę na pierwszy lepszy budynek i powiem mu, że to mój. I wtedy uwolnię się od Prawdziwego Kevina na zawsze.
– W porządku – burczę. – Więc chodźmy.
Uśmiecha się do mnie.
– Prowadź.
Biorąc pod uwagę, że jest wtorkowy wieczór, a nie weekend, ulice są bardziej opustoszałe, niż kiedy chodzę nimi po zmroku sama. Zwłaszcza że zazwyczaj poruszam się po bardziej zatłoczonych okolicach, a teraz przecinam na wprost osiedla mieszkaniowe, żeby jak najszybciej dotrzeć do celu. Okolice domów mieszkalnych są zwykle spokojniejsze, a także unosi się w nich dużo słabszy smród uryny niż w bardziej zaludnionej ścieżce prowadzącej do mojego bloku. Jest tu tak pusto, że właściwie towarzystwo Kevina nie jest aż takie straszne.
Ale i tak nie zamierzam mu pokazać, gdzie mieszkam. Wtedy już nigdy nie pozbyłabym się tego typa.
Zatrzymuję się przed kamienicą z czerwonego piaskowca znajdującą się kilka przecznic od mojego mieszkania. Wskazuję na poręcz.
– To tutaj!
Miejmy nadzieję, że nie będzie się upierał, że odprowadzi mnie aż do środka, bo nie mam możliwości tam wejść. Jednak wydaje się niechętny do odejścia.
– Świetnie spędziłem czas, Sydney – zwraca się do mnie Kevin.
Nie jestem w stanie zmusić się do odwzajemnienia się tym samym komplementem, chociażby po to, żeby być miła.
– Mhm.
Kącik jego ust się unosi.
– Co powiesz na przytulasa?
– Hm… – Zerkam na jego wyprostowane ramiona i plamy potu pod pachami, które pojawiły się podczas spaceru w wilgotnym, sierpniowym powietrzu.
– Nie zwykłam się przytulać na pierwszych randkach.
– Och.
Początkowo wydaje mi się, że będzie protestował, ale po chwili mówi:
– To może w takim razie całus?
Czy jemu odbiło z tymi czułościami? Nie chcę się z nim nawet przytulić, nie wspominając już o dotykaniu moich warg przez jego obleśne usta.
– No proszę – nalega. – Postawiłem ci kolację. Naprawdę nie dasz mi nawet małego całuska?
On kupił mi kolację? Na jakiej planecie moje czterdzieści dolarów za sałatkę oznacza, że ON postawił MI kolację?
– Nie całuję się na pierwszych randkach – wyjaśniam. A potem, na wypadek, gdyby wyskoczył z jakimś zderzaniem się biodrami czy diabli wiedzą czym jeszcze, dodaję: – Mam zasadę: żadnego dotykania.
– Poważnie?
Robi krok w moją stronę. Góruje nade mną, ale i tak czuję kwaśny zapach piwa w jego oddechu. Cofam się i uderzam stopą o schody prowadzące do wejścia do budynku, w którym twierdziłam, że mieszkam. Rozglądam się po ulicy, zaniepokojona, że w zasięgu wzroku nie ma ani jednego przechodnia. Myślałam, że Kevin to niewypał, ale uznałam go za nieszkodliwego.
Duży błąd.
– No weź, Sydney. – Robi kolejny krok w moją stronę. Tym razem znajduje się już niepokojąco blisko. Może i jest chudy, ale wygląda na silnego. A już na pewno silniejszego ode mnie. – Nie możesz się tak ze mną droczyć. Proszę cię tylko o całusa, na miłość boską.
– Uważam tę randkę za zakończoną – oznajmiam stanowczo.
– Nie bądź taka. – Marszczy brwi, a jego rysy wykrzywiają się w słabym blasku latarni nad nami. – Wy, kobiety, wszystkie jesteście takie same. Nigdy nie znajdziecie sobie męża, jeśli nawet nie chcecie się pocałować z facetem na randce, wiesz?
Moje myśli galopują, zastanawiam się, co mam w torebce i co mogłabym wykorzystać jako broń. Gretchen dała mi puszkę gazu, ale po jakimś czasie przestałam ją nosić, bo ciągle z niej ciekło, a poza tym nigdy nie byłam w sytuacji, w której gaz mógłby mi się przydać. Mam za to buteleczkę z płynem do dezynfekcji rąk w spreju. Czy gdybym prysnęła mu nim w oczy, zadziałałby podobnie? Tylko oczywiście najpierw musiałabym ją zlokalizować w mojej gigantycznej torebce, której osiemdziesiąt procent zawartości stanowią zużyte chusteczki higieniczne.
Uznaję, że najsensowniej będzie przepchnąć się obok niego i uciec. Jestem pewna, że na następnej przecznicy na kogoś wpadnę.
– Sydney – mówi.
Unikam kontaktu wzrokowego, gdy próbuję przebiec obok niego. Ale Kevin jest szybszy, niż się wydaje. Zaciska dłoń na moim nadgarstku i przyciska mnie do nierównej ceglanej ściany budynku. Jego cienkie palce wbijają się w moją skórę.
– Proszę, Sydney – mówi. – Nie kończ tego tak szybko. Zabawa się dopiero zaczyna.
Kevin napiera na mnie swoim ciałem. Zapach nieprzetrawionego piwa jest obezwładniający i muszę odwrócić głowę, kiedy próbuję się uwolnić.
On nie chce się tylko całować. Chce czegoś więcej. I nie ustanie, dopóki tego nie otrzyma. Nie powinnam była się zgadzać, żeby mnie odprowadzał.
Boże, dlaczego on jest taki silny?
– Puść mnie! – syczę.
– Powiedziałem ci – cedzi przez zaciśnięte zęby – żebyś się ze mną nie droczyła.
Jego ciało, nieprzyjemne i ciepłe, dociska się do mnie. Otwieram usta, gotowa do wydania z siebie ogłuszającego krzyku. Znajduje się tu kilka budynków. Ktoś z pewnością mnie usłyszy, nawet mimo tego, że wszystkie okna są pozamykane, a w mieszkaniach huczy klimatyzacja. Jednak nim cokolwiek wydobędzie się z moich ust, gdzieś z tyłu rozlega się dudniący głos:
– Hej! HEJ! Co tu się dzieje?
Kevin zwalnia uścisk na moim nadgarstku. Odsuwa się ode mnie o parę centymetrów, a ja postanawiam skorzystać z okazji, że znów mogę się poruszać. Przytrzymuję się metalowego kubła na śmieci stojącego obok mnie, unoszę lewą nogę i z całych sił kopię go w krocze.
Czuję satysfakcję z powodu tego, jak szybko Kevin upada na ziemię. Nigdy jeszcze nie kopnęłam żadnego faceta w jaja i wow, to naprawdę dobrze działa. Kuli się, trzymając się za klejnoty, a jego twarz robi się czerwona. To bardzo satysfakcjonujące – no cóż, dopóki nie tracę równowagi i nie przewracam się na ziemię, uderzając głową o metalowy kosz na śmieci.
– Ty suko! – sapie Kevin. – Co jest z tobą, do cholery, nie tak?
Gdy podnoszę się chwiejnie na nogi, wpatruję się w cień na postać, która przybyła mi na ratunek. Jest za ciemno, by widzieć wyraźnie, ale to z pewnością mężczyzna – średniego wzrostu i budowy. Patrzy na zwiniętego w kłębek Kevina, a potem podnosi wzrok na mnie.
– Nic ci nie jest?
– To nie twoja sprawa! – wykrzykuje do niego Kevin. – Jesteśmy na randce, ty dupku. Świetnie się razem bawiliśmy.
Tajemniczy mężczyzna nie odrywa ode mnie wzroku. Czeka na moją odpowiedź.
– Wszystko w porządku. – Otrzepuję chodnikowy kurz z niebieskiej sukienki na ramiączkach, której pewnie już nigdy więcej nie włożę z wielu powodów, w tym z powodu skrępowania moimi obwiśniętymi rękami. Powinnam wyrzucić ją po tym wszystkim. – To znaczy, TERAZ jest już w porządku.
– W porządku?! – wybucha Kevin. – Powinienem cię pozwać za napaść!
Tajemniczy mężczyzna wydaje z siebie rozbawione prychnięcie.
– Widziałem, co próbowałeś zrobić. Z radością zadzwonię na policję i opiszę im całe zajście.
Po tych słowach wyciąga z kieszeni komórkę, jakby miał zamiar wybrać numer alarmowy. Znów patrzy na mnie, jakby oczekiwał mojej zgody, a ja kręcę głową. Nie chcę, żeby ten wieczór tak się skończył. Marzę tylko o powrocie do domu i zanurzeniu się w wannie. I o zablokowaniu Kevina na Cynchu. Mogłabym go zgłosić administratorom, oni mają jego dane osobowe.
Po raz pierwszy Kevin wygląda na realnie zaniepokojonego. Z pewnym trudem udaje mu się wyprostować.
– Hej – rzuca. – Hej, słuchaj, może źle to zinterpretowałeś. Nie zamierzałem…
– Spieprzaj stąd. – Mój wybawca wchodzi mu w słowo. – JUŻ. Zanim twoja znajoma zmieni zdanie na temat wezwania glin. – Następnie zniża głos o kilka tonów, niemal warczy: – A jeśli jeszcze kiedykolwiek będziesz ją niepokoił, z przyjemnością zeznam, co widziałem. Wiesz, jak w więzieniach traktuje się przestępców seksualnych?
Źrenice Kevina się rozszerzają. Wreszcie do niego dotarło.
Przyglądam się, jak moja randka kuśtyka ulicą w przeciwnym kierunku niż ten, w którym znajduje się moje mieszkanie. Dopiero kiedy znika mi z zasięgu wzroku, jestem w stanie rozluźnić spięte ramiona.
– Jesteś pewna, że wszystko w porządku? – zwraca się do mnie Tajemniczy Nieznajomy.
Obracam głowę w jego stronę. Wszedł w plamę światła rzucaną przez latanię, więc wreszcie mogę się mu przyjrzeć. I…
Och, wow.
Znacie to banalne stwierdzenie, że ktoś spojrzał na kogoś i poczuł się tak, jakby przeszyła go błyskawica? Zawsze sądziłam, że to kompletnie absurdalne, dopóki nie przytrafiło się mnie samej trzy lata temu, gdy poznałam mojego pierwszego elektryzującego faceta. Ale nie wyszło nam i porzuciłam nadzieję, że jeszcze kiedykolwiek tego doświadczę. A jednak teraz znów to poczułam. Znów ta cholerna błyskawica.
Tajemniczy Nieznajomy jest – najłagodniej mówiąc – przystojny. Ma gęste czarne włosy i oczy jak węgle, a intensywność jego spojrzenia wyzwala we mnie kolejne wyładowania elektryczne. Jego mocno zarysowana szczęka nadaje mu wygląd pewnego siebie i sprawującego kontrolę, a twarz to książkowy przykład symetrii. Facet ma na sobie czarny T-shirt, który podkreśla jego szczupłą budowę i sprawia, że jego włosy i oczy wydają się jeszcze intensywniejsze. A na lewej dłoni nie ma śladu po obrączce.
Ale najlepsze ze wszystkiego jest to, jak na mnie patrzy. Jeśli mnie przeszyła błyskawica, to jego z pewnością też. Mogłabym się założyć o wszystko.
– Nic mi nie jest – wyduszam z siebie. – Jestem tylko… wstrząśnięta.
Tajemniczy Nieznajomy spogląda w dal, upewniając się, że Kevin naprawdę odszedł.
– To twój chłopak?
Kręcę głową.
– Spotkaliśmy się dopiero dzisiaj. Poznaliśmy się przez Cynch. – Rumienię się lekko. – To znaczy… do niczego nie doszło. Byliśmy na randce. – Po czym dodaję, zupełnie niepotrzebnie: – Było kiepsko.
– Domyśliłem się.
– On nie wie, gdzie mieszkam. – Obejmuję się ramionami. – Zgłoszę go do aplikacji. Oni poważnie traktują takie zgłoszenia. Nie sądzę, żeby jeszcze kiedyś mnie zaczepiał. Ale… dzięki za pomoc.
Uśmiecha się do mnie półgębkiem.
– Wygląda na to, że całkiem nieźle poradziłaś sobie z nim sama. Ledwo mógł chodzić.
Uśmiecham się z satysfakcją na wspomnienie tego uczucia, gdy moje kolano zderzyło się z jajami Kevina.
– Dzięki.
Tajemniczy Nieznajomy wpatruje się we mnie, a na jego ustach nadal gości ten półuśmiech. Napięcie pomiędzy nami jest namacalne.
Czasami nie mam pewności, czy facet jest mną zainteresowany, czy nie. Ale wnioskując ze sposobu, w jaki patrzy na mnie Tajemniczy Nieznajomy, WIEM, że mu się podobam. I chociaż jestem wstrząśnięta tym, co mnie przed chwilą spotkało, z przyjemnością dałabym mu w tej chwili swój numer telefonu.
Co za urocze spotkanie. Już sobie wyobrażam, jak opowiadam o nim naszym dzieciom. Jeden dupek próbował mnie pocałować i właśnie tak, drogie dzieci, poznałam waszego tatę.
Okej, może się trochę zagalopowałam. Ale jak się wie, to się wie.
– Mogę odprowadzić cię do domu? – pyta mnie Tajemniczy Nieznajomy.
Rozglądam się dookoła. W ciągu ostatnich paru minut na ulicach zrobiło się nieco tłoczniej. Nie wyglądają już na tak wyludnione jak wtedy, kiedy Kevin mnie napadł.
– Dam sobie radę.
– Świetnie – kwituje.
A potem, ku mojemu rozczarowaniu, zaczyna się odwracać. Żeby ODEJŚĆ.
– Eee, jeszcze raz dziękuję! – wołam. – Bardzo to doceniam. Jesteś, jakby, moim bohaterem.
To wywołuje pełny, szeroki uśmiech na jego twarzy. I jeśli to możliwe, to gdy się uśmiecha, jest jeszcze przystojniejszy. Musi być jakimś aktorem albo modelem czy kimś w tym rodzaju. No bo, raaany…
– Nie ma sprawy – odpowiada. – Cieszę się, że nic ci się nie stało.
Jeszcze przez parę chwil wpatrujemy się w siebie, a ja wyobrażam sobie następne słowa, jakie padną z jego ust…
Mogę kiedyś do ciebie zadzwonić?
Mogę cię zaprosić w sobotę na randkę?
Czy możemy uprawiać dziki seks dziś wieczorem? Masz na to ochotę?
Ale nie mówi żadnej z tych rzeczy. Nawet nie pyta o moje imię. Zwyczajnie podnosi rękę i rzuca:
– W takim razie… dobranoc.
A potem odchodzi.
Co. Do. Diabła?
Dawniej
Tom
Daisy.
Nie mogę przestać się na nią gapić.
Moje zachowanie jest zbyt oczywiste. Jeśli ciągle będę się w nią wgapiał z odległości i nie zrobię jakiegoś kroku, w końcu zacznie mnie uważać za czubka. Ale naprawdę trudno się na nią nie gapić. Tak ślicznie dziś wygląda. Włosy ma w kolorze środka stokrotki i wyglądają prawie jak lśniące w słońcu złoto, gdy stoi otoczona koleżankami przed wejściem do naszego liceum. Dopasowany sweter w chabrowym kolorze podkreśla wszystkie krągłości jej ciała.
Przestań się gapić, Tom. W tej chwili. Zachowujesz się jak kretyn.
Podnosi wzrok, a ja zamieram. Przyłapany. Czekam, aż zmruży swoje niebieskie oczy, ale nie robi tego. Zamiast tego rozciąga piękne usta w leniwym uśmiechu. Kilka jej koleżanek zauważa, że się na siebie patrzymy, i słyszę rozlegające się chichoty. Rozróżniam słowa „Tom” i „słodki” wypowiedziane w jednym zdaniu.
– Jezu, Tom. Nie bądź cykorem i wreszcie z nią pogadaj!
Mój najlepszy przyjaciel, Ślimor, nachyla się do mnie i wlewa mi do ucha słowa mądrości. W jego oddechu czuć papierosy, mimo że spryskuje jamę ustną potężną dawką miętowego odświeżacza, żeby ukryć ten zapach przed rodzicami. Musieliby być głupi, żeby nie wiedzieć, że ich syn pali. Prawdopodobnie to olewają. Ślimor jest najmłodszym z piątki rodzeństwa i z tego, co obserwuję, zwyczajnie już im się nie chce. Dopóki nie skacze po dachach, są zadowoleni.
– Pogadam – odpowiadam.
Ale nie ruszam się z miejsca. Nogi wrosły mi w ziemię.
Ślimor tak dramatycznie przewraca oczami, że pomiędzy jego powiekami widać tylko białka.
– Gdyby jakaś dziewczyna patrzyła na mnie tak jak Daisy na ciebie, już bym ją posuwał za trybunami, zamiast tu stać i się gapić.
Ślimor ślini się do wszystkich dziewczyn w szkole, a one uważają, że jest obleśny. Bo jest obleśny, to fakt. Oczywiście tak naprawdę wcale nie ma na imię Ślimor. Zarobił sobie na ten przydomek w podstawówce, ponieważ miał miły zwyczaj jedzenia robaków – prawdziwych, żywych robaków. Na przerwach, kiedy wychodziliśmy na boisko i większość dzieciaków biegała albo kopała piłkę, Ślimor zajadał się insektami. Głównie mrówkami. Jednak pewnego dnia natknął się na obślizgłego ślimaka bez skorupki i przyniósł go do stołówki w czasie lunchu, po czym w bardzo teatralny sposób połknął go przed całą naszą klasą.
Po tym większość dzieci nie chciała się już z nim zadawać. Więc gdy któregoś dnia usiadłem przy jego stoliku w stołówce, był zachwycony. Po dziesięciu latach od tamtego wydarzenia nadal jesteśmy najlepszymi przyjaciółmi. On przestał już jeść robaki, przynajmniej przy ludziach, ale w dalszym ciągu nie ma wielu znajomych.
Co można powiedzieć o siedemnastolatku, który nosi przezwisko Ślimor? A co to mówi o mnie, że jest moim najlepszym przyjacielem? Moim JEDYNYM przyjacielem.
W jego relacjach z dziewczynami nie pomaga też to, że mimo iż w ciągu dwóch ostatnich lat wystrzelił w górę na ponad metr osiemdziesiąt, przytył może z pięć kilo od czasu, gdy miał metr pięćdziesiąt. Wygląda jak chodzący kościotrup w dżinsach i T-shircie, a ponadto ma całą twarz w pryszczach.
Prycha teraz, patrząc na mnie.
– Czego się, do diabła, boisz? Przecież WIESZ, że się jej podobasz.
Poprawiam ramiączko plecaka na ramieniu.
– Dobra.
Oczy mu się świecą.
– A jak już będziesz z nią rozmawiał, szepniesz dobre słówko o mnie Alison?
– Jasne – zapewniam go, żeby mu nie było przykro, chociaż Ślimor ma większe szanse zaliczyć modelkę Victoria’s Secret niż najlepszą przyjaciółkę Daisy.
Serce dudni mi w piersi, gdy zbliżam się do Daisy i jej koleżanek. Dziewczyny stoją przy schodach prowadzących do głównego wejścia do szkoły, przed ścianą, do której przyczepiono parę plakatów. Tuż za głową Diasy wisi plakat zapowiadający tegoroczny szkolny musical, którego debiut ma się odbyć za dwa tygodnie – Grease – a obok niego ktoś zawiesił czarno-białe zdjęcie nastolatki z jednym słowem napisanym wielkimi literami: ZAGINĘŁA. Rozpoznaję na zdjęciu Brandi Healey z naszej klasy, która uciekła z domu na początku roku szkolnego. Teraz jej zdjęcie jest już zniszczone przez pogodę.
– Tom! – Twarz Daisy się rozjaśnia, gdy znajduję się w zasięgu słuchu. – Myślałam, że dajesz dziś korepetycje!
Kręcę głową. Od zawsze miałem smykałkę do matematyki i fizyki, więc już od pierwszej klasy udzielam korepetycji z tych przedmiotów. W zeszłym semestrze miałem zajęcia trzy razy w tygodniu, żeby sobie dorobić, ale w tym już tylko dwa. Cieszy mnie, że Daisy zna mój grafik.
– Już nie.
Kiedy na mnie patrzy, jej oczy mają kolor Oceanu Spokojnego. Nigdy nie widziałem takiego czystego odcienia błękitu. Dosłownie nie jestem sobie w stanie wyobrazić żadnej dziewczyny, która byłaby taką doskonałą pięknością jak Daisy Driscoll.
Jednak z jakiejś przyczyny mój wzrok odrywa się od jej twarzy i przenosi na smukłą szyję. Patrzę na jej pulsującą tętnicę szyjną tuż pod linią szczęki. U większości ludzi serce bije od sześćdziesięciu do stu uderzeń na minutę. Ciekawe, jak szybko bije serce Daisy. Gdybym mógł ją poobserwować przez minutę, byłbym w stanie obliczyć rytm jej serca.
– Więc jesteś wolny, tak? – pyta Daisy.
– Mhm. – Drapię się po karku. Przyjaciółki Daisy gapią się na mnie i poszturchują się porozumiewawczo. Byłoby miło z jej strony, gdyby odeszła od nich parę kroków, żebym mógł z nią porozmawiać bez upokorzenia. Ale nie wygląda, jakby miała taki zamiar. – Czy… hm… czy chcesz, żebym… eee… odprowadził cię do domu?
Moje pytanie wywołuje lawinę chichotów ze strony loży szyderców. Jedna dziewczyna zakryła usta dłonią, jakby to była najśmieszniejsza rzecz, jaką usłyszała w tym roku.
– Cii. – Daisy odwraca głowę i karci wzrokiem koleżanki. A potem patrzy na mnie z poważną miną. – BARDZO bym chciała, żebyś mnie odprowadził do domu, Tom.
Jestem taki szczęśliwy, że nawet mnie nie obchodzi, że te głupie dziewuchy ciągle się śmieją. Niech się śmieją. Ja wracam do domu z Daisy.
Jednak zanim Daisy oddali się od przyjaciółek i dołączy do mnie, dziewczyna stojąca najbliżej niej, z prostymi jak druty brązowymi włosami i w grubych okularach, chwyta ją za rękę. To Alison – najlepsza przyjaciółka Daisy. Ja mam Ślimora, a ona ma Alison. Oboje prawdopodobnie mogliśmy trafić lepiej.
– Daisy – mruczy do niej.
I tylko tyle. Tylko jedno słowo. DAISY. Co pozwala mi sądzić, że wcześniej mówiła o mnie wiele innych rzeczy. A teraz tym jednym słowem przypomina jej te wszystkie okropieństwa, jakie o mnie wygadywała, gdy nie znajdowałem się w pobliżu.
Alison mnie nie lubi. Dała mi to jasno do zrozumienia. I nie chodzi o to, że mnie nie zna i nie rozumie. Alison zna mnie bardzo dobrze. W tym roku pracujemy w parze na laboratorium z biologii. Spędzamy ze sobą mnóstwo czasu. I z każdą minutą, jaką ze mną spędza, lubi mnie coraz mniej.
– Cicho – ucisza ją Daisy, tym razem bardziej stanowczo.
Alison puszcza rękę Daisy, ale obrzuca mnie najbardziej nieprzyjaznym spojrzeniem z wszystkich, jakimi mnie kiedykolwiek uraczyła. Gdybyśmy byli zwierzętami w dżungli, właśnie wydrapywałaby mi oczy. Nie mogę uwierzyć, że Ślimor coś w niej widzi.
Ale nie obchodzi mnie to, ponieważ już po chwili Daisy macha do przyjaciółek i opuszczamy we dwoje teren szkoły, a następnie kierujemy się w stronę jej domu. A kiedy się do mnie uśmiecha, zapominam kompletnie o Alison. Jaka znowu Alison?
Dziś jest naprawdę świetny dzień. Słońce świeci, a po najdłuższej i najzimniejszej zimie w historii nareszcie nie potrzebujemy kurtek. Nie jestem w stanie myśleć o niczym innym poza Daisy. Ma rozmarzoną minę i niemal podskakuje u mojego boku. Znam Daisy od bardzo dawna i czasami przypomina mi tę małą dziewczynkę z kitkami po bokach, którą obserwowałem na placu zabaw, gdy miałem cztery lata, choć wtedy jedyne, na co mogłem liczyć, to przyjaźń. Ale nawet w wieku czterech lat wiedziałem, że chcę poślubić Daisy Driscoll.
I któregoś dnia to zrobię.
– Poniosę ci plecak – wypalam.
Patrzy na mnie zdziwiona.
– Potrafię nieść własny plecak.
Ale czy nie tak powinien zrobić chłopak? Nosić ciężkie rzeczy dziewczynie? Nie chcę tego schrzanić. Daisy jest zbyt ważna.
– Wiem, ale chciałbym ci go ponieść.
Rozważa przez chwilę moją ofertę. W końcu wręcza mi swój fioletowy plecak.
– Ale z ciebie dżentelmen, Tom.
Uśmiecham się do siebie – dobrze wyszło. Uśmiech nie schodzi mi z twarzy, dopóki nie zarzucam sobie plecaka na ramię. On musi ważyć z tonę! Co ona tam, do diabła, nosi? Cegły? Jezu…
– Masz… masz tam dużo rzeczy – sapię.
– Lubię nosić ze sobą wszystkie podręczniki. – Patrzy na mnie zmrużonymi oczami. – Jest dla ciebie za ciężki?
– Nie. NIE. Oczywiście, że nie.
Przecież nie mogę go jej oddać. Nie musiałem jej tego proponować, ale nie trzeba być Einsteinem, żeby zrozumieć, że nie mogę stracić punktów, mówiąc jej, że jej plecak jest dla mnie za ciężki i nie dam rady go nieść. Cierpię więc w milczeniu. Większość energii poświęcam na skupianie się, żeby nie polecieć do tyłu pod ciężarem dwóch plecaków, gdy pokonujemy kilka przecznic w kierunku jej domu. Na szczęście to niedaleko. Mieszkamy w małym miasteczku – około dziewięćdziesięciu minut od Buffalo w stanie Nowy Jork – w którym jest tylko jedno liceum, wszyscy się ze wszystkimi znają, a całą miejscowość można obejść dookoła w godzinę.
– Zawsze jesteś taki milczący, Tom – zauważa Daisy.
Cholera, te plecaki mnie rozpraszają.
– Naprawdę?
– Nie na lekcjach – poprawia się. – Na lekcjach ciągle się zgłaszasz.
Twarz mi płonie. Czy ona uważa, że się popisuję na lekcjach? Staram się tego nie robić. Po prostu zależy mi na dobrych ocenach. W przyszłym roku będziemy składać podania do college’u i chcę się dostać do najlepszego, żebym potem mógł pójść na studia medyczne. Odkąd pamiętam, zawsze chciałem zostać chirurgiem. Dużo o tym myślę. Mam całą półkę książek medycznych i wszystkie przeczytałem.
Zastanawiam się, jakie to uczucie, ciąć człowieka skalpelem. Czuć pod dłonią, jak jego skóra się rozstępuje. Zobaczyć jego wnętrzności.
Nie mogę się doczekać, aż się dowiem.
– Nie przeszkadza mi to – dodaje. – Jesteś mądry. Nie ma nic złego w byciu mądrym. Właściwie – uśmiecha się – to podniecające.
A to coś nowego.
– Na-naprawdę?
Daisy przystaje i podnosi głowę, by spojrzeć mi w oczy.
– Wiesz, że cię lubię, Tom, co nie?
Przestaję myśleć o ciężarze na moich plecach i przenoszę wzrok znów na jej szyję. Jest tak szczupła, że doskonale widzę pulsowanie jej tętnicy. Zauważam nawet, że jej rytm przyśpiesza w oczekiwaniu na moją odpowiedź na jej wyznanie.
Tętnica szyjna to duża tętnica doprowadzająca krew do mózgu. Znajduje się zaledwie dwa i pół centymetra pod skórą. Przecięcie jej skutkuje śmiercią w jakieś dziesięć sekund. Żyła szyjna jest jeszcze bardziej narażona – leży tuż pod linią żuchwy i z łatwością można ją przeciąć ostrym nożem.
Jednak wyczuwam, że Daisy nie byłaby zainteresowana ciekawostkami na temat delikatnych żył i tętnic w jej szyi. Więc zamiast dzielić się z nią tym, ujmuję jej dłoń.
Wygląda na bardzo zadowoloną takim obrotem wydarzeń. Podejrzewam, że dużo bardziej niż gdybym przeciął jej żyłę nożem.
W czasie drogi Daisy cały czas mówi, nawija o swoich zajęciach i przyjaciółkach. Ja słucham, potakuję i zadaję odpowiednie pytania w odpowiednich momentach. Jednak głównie skupiam się na tym, jak bardzo poci mi się ręka. Próbuję myśleć o suchych rzeczach, ale to trudne. Dłoń Daisy jest sucha, miękka i idealna.
Chociaż uwielbiam przebywać w jej towarzystwie, czuję ulgę, gdy stajemy przed schodami prowadzącymi do jej domu i mogę oddać jej ten pięciotonowy plecak oraz zabrać z jej ręki moją spoconą dłoń. Najdyskretniej jak to możliwe, wycieram ją w dżinsy. Jakby Daisy mogła nie zauważyć, że na mojej dłoni zrobiła się kałuża.
Dom, przy którym się zatrzymujemy, jest ładny – ma trzy kondygnacje i jest świeżo pomalowany na bladoniebieski kolor, który pasuje do koloru oczu Daisy. Jest to jeden z nowszych budynków w okolicy i nie domaga się generalnego remontu jak mój. Rodzina Daisy ma więcej pieniędzy niż moja i założę się też, że ona nigdy nie jest budzona w środku nocy wrzaskami rodziców i hukiem naczyń roztrzaskiwanych o ścianę.
– No to… – odzywa się. – Dzięki, że mnie odprowadziłeś do domu. I że poniosłeś mi plecak.
– Nie ma za co.
– Jesteś taki miły. – Chichocze, jakby była zarówno ucieszona, jak i rozbawiona moją uprzejmością. ZAWSZE jestem uprzejmy, ponieważ w domu poniósłbym konsekwencje, gdybym nie był. – Zawsze jesteś takim dżentelmenem?
W jej głosie kryje się dziwny ton, jakby czegoś ode mnie oczekiwała. Czy ona chce, żebym ją pocałował? Przez dwadzieścia minut trzymaliśmy się za ręce. Pocałunek byłby naturalnym kolejnym krokiem. Ale to nie jest dla mnie łatwe. Nigdy wcześniej nie miałem dziewczyny i nie wydaje mi się, żeby Daisy miała chłopaka.
Szczerze powiedziawszy, tylko raz całowałem się z dziewczyną i nawet tego nie chciałem. To ona mnie pocałowała. Ale jedynymi osobami, które o tym wiedzą, jesteśmy ja i ona. A teraz już tylko ja.
– Tom?
Wystawia ku mnie twarz – wyraźnie chce, żebym ją pocałował. Wyciągam rękę i muskam palcem linię jej szczęki. Jej usta, wydęte w moją stronę, lśnią od błyszczyka. Pewnie są miękkie i gładkie i… Jezu Chryste, dlaczego nie mogę jej po prostu pocałować?
– Hej, czy to Tom Brewer?
Odskakuję od Daisy na co najmniej półtora metra, słysząc grzmiący głos dobiegający od strony domu Driscollów. Jestem lekko przerażony myślą, że gdybym nie był takim tchórzem, ojciec Daisy przyłapałby mnie na całowaniu jego córki. Dzięki Bogu za tę drobną łaskę.
– Cześć, tato. – Daisy uśmiecha się do ojca. – Wcześnie wróciłeś.
Jim Driscoll staje przed nami, prężąc całe swoje sto dziewięćdziesiąt centymetrów wzrostu. Składa się z potężnej góry mięśni i gdyby przyłapał mnie na całowaniu się z Daisy, najprawdopodobniej by mnie stąd wykopał. Daisy ma dwóch starszych braci – obaj wyjechali do college’u – więc nie dość, że jest najmłodsza z rodzeństwa, to jeszcze jedyna dziewczyna. Jej ojciec musi być wobec niej bardzo opiekuńczy.
Ale może nie stłukłby mnie na krwawą miazgę, gdyby nas przyłapał na całowaniu się. Jeśli już, to wydaje się bardziej rozbawiony niż wkurzony. A poza tym ja nie jestem jakimś leszczem. To nie tak, że przyłapał ŚLIMORA na całowaniu jego córki.
– Mam dziś nocną zmianę – wyjaśnia pan Driscoll córce. – Przyjechałem tylko po to, żeby się przebrać i pocałować mamę na do widzenia.
Daisy marszczy swój guziczkowaty nos.
– Fuj, tato. Nie musiałam tego wiedzieć.
Jej ojciec wybucha dudniącym śmiechem.
– Uważasz, że to obrzydliwe? Nie wydaje mi się, żeby twój kolega Tom tak na to patrzył. – Puszcza do mnie oko. – Co, Tom?
Chciałbym, żeby ziemia rozstąpiła mi się pod nogami.
Pan Driscoll kładzie swoją ciężką rękę na moim ramieniu. Urosłem w tym roku do stu siedemdziesięciu centymetrów wzrostu, ale ojciec Daisy nadal przewyższa mnie prawie o głowę. Tak samo jak mój.
– Powinieneś kiedyś wpaść na kolację. Daisy ciągle o tobie mówi. Moja żona i ja chętnie cię lepiej poznamy.
– Tato! – Nie wiem, co jest bardziej satysfakcjonujące: to, że dziewczyna, o której fantazjuję od dawna, cały czas o mnie mówi, czy to, jaka zawstydzona się wydaje, kiedy jej ojciec ją wsypał. Rzuca mi przepraszające spojrzenie. – Wcale tak nie jest.
Ojciec ją ignoruje.
– To jak będzie, Tom?
– Tak, pewnie – mamroczę. – Brzmi świetnie.
Ojciec Daisy znów puszcza do mnie oko.
– Powiedz mojej żonie, kiedy masz czas, a ona przygotuje ucztę. Nie musisz nawet zakładać krawata. Chociaż gdybyś go miał, zarobiłbyś parę punktów więcej.
Blada skóra Daisy przybiera uroczy różowy odcień. Gdy jej ojciec znika w domu, kręci głową, patrząc na mnie.
– Nie musisz przychodzić. Naprawdę.
Cieszę się, że to powiedziała, bo nie mam zamiaru kiedykolwiek siadać do kolacji z rodziną Driscollów. Chociaż myślę o Daisy w każdym momencie dnia, nie mam ochoty poznawać jej rodziców. Nie chcę spędzać z nimi czasu. Zwłaszcza z jej ojcem. Nie miałbym nic przeciwko, gdybym już nigdy w życiu nie musiał rozmawiać z ojcem Daisy.
W końcu im mniej czasu spędzę w obecności komendanta policji, tym lepiej.
1 Cynch – wymyślona przez autorkę na potrzeby niniejszej książki aplikacja randkowa dla osób mieszkających w Nowym Jorku (wszystkie przypisy pochodzą od tłumaczki).
