Uzyskaj dostęp do tej i ponad 240000 książek od 14,99 zł miesięcznie
W samym sercu Hebrydów Zewnętrznych powstaje długo wyczekiwany klub krykietowy. Po uroczystym otwarciu w szatni zostaje zmasakrowane ciało.
W piątej odsłonie nieustępliwego duetu Macleod i McGrath wracają na wyspę Lewis, gdy pierwszy mecz świeżo założonego klubu krykietowego kończy się morderstwem. Odsłaniają napięcia w młodym stowarzyszeniu i muszą oddzielić sportowe ambicje od czystej żądzy mordu, by pojąć prawdziwy powód powstania tego dziwnego przedsięwzięcia. Jakie krwawe tajemnice kryją się za nieskazitelną bielą podstawowego składu?
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 243
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
CYKL MACLEOD
CZĘŚĆ PIĘĆ
Trup w klubie krykietowym
Tytuł oryginalny: Dead at Third Man
Autor: G.R. Jordan
© Copyright by G.R. Jordan, 2019
© Copyright for the Polish edition by Wydawnictwo Cowper Publishing, Berlin 2026
Wszelkie prawa zastrzeżone. Żadna część niniejszej publikacji nie może być reprodukowana bez pisemnej zgody właściciela praw.
Wydanie I Berlin 2026
Wydawnictwo Cowper Publishing
ISBN 978-3-69477-067-1
– Cholera jasna, ale mnie łeb boli. Nie mogę już tyle wychlać co kiedyś.
Alan Painter mówił tylko do siebie, a jednak uznał za stosowne oznajmić to pustej sali. W nowym budynku klubu szczególnie cieszył go mały bar z solidnym dębowym blatem, gdzie z nalewaków serwowano dwa gatunki lagera i stout. Jego słabość do ciemnego piwa była powszechnie znana. Dziś jednak głowa pękała mu od kolejek mocniejszego alkoholu, którymi popijali piwo.
A czemu, do diabła, mielibyśmy sobie odmawiać? – pomyślał. To był wielki dzień, taki, który przechodzi do historii. Właśnie wtedy wszystko się zaczęło: pierwszy mecz, pierwszy raz na nowym pasie gry i pierwsi goście w nowym budynku klubowym. W niewielkim barze mieściło się wygodnie czterdzieści osób, a wczoraj po meczu było ich tu ponad sześćdziesiąt. Jedni przyszli im kibicować, inni popatrzeć, jak przegrywają, ale świętowali wszyscy, kiedy Jackie uderzył za sześć punktów, posyłając piłkę ponad dachem klubu prosto w przednią szybę Porsche Carsona. Szyba poszła w drobny mak.
Carson wcale się tym nie przejął. Stał przy drugiej bramce i z radości wyrzucił kij w powietrze. Były gwiazdor baseballu osiadł na wyspie na emeryturze i dał się porwać szalonemu pomysłowi, że Lewis, ostoja zatwardziałego konserwatyzmu, może mieć własny klub krykietowy. I to nie kilku chłopaków bawiących się w krykieta, lecz prawdziwy klub grający w lidze krajowej. Pierwszy dzień rozgrywek udał się znakomicie.
Alan spojrzał na puste kufle i szklaneczki stojące na okrągłych stolikach. Mogły poczekać do popołudnia. W lokalu panował bałagan, ale był to bałagan po udanej zabawie. Zwietrzały alkohol szczypał go w nos jak ostry zapach środka odkażającego. Alan przedostał się za bar i znalazł jedyną szklankę, co do której miał pewność, że jest czysta. Na jednego nigdy nie ma złej pory. Nalał sobie lagera, oparł dłoń o blat i wypił piwo, ani razu nie odrywając szklanki od ust. Nie spieszył się; delektował się każdą kroplą spływającą mu do gardła.
Jeszcze jeden? Alan sięgnął po dźwignię kranu, by nalać sobie więcej złotego nektaru, lecz nagle zamarł. Usłyszał jęk dochodzący z zaplecza, gdzie mieściła się mała kuchnia. Odwrócił się, otworzył drzwi i roześmiał się na widok, jaki miał przed sobą. Bohater meczu leżał na plecach i chrapał w najlepsze. Zdjęty nagłym wzruszeniem Alan pochylił się, żeby objąć Jackiego. Potknął się jednak i runął na niego, wbijając mu kolano prosto między nogi.
– Kurwa mać! – wrzasnął Jackie. – Złaź ze mnie, ty durny draniu!
– Jesteś wielki, Jackie, chłopie, wielki! Pokazaliśmy im, pokazaliśmy tym nadętym, wymuskanym dupkom. Niepokonani? Gówno prawda!
Obaj z trudem gramolili się z podłogi, aż wreszcie stanęli na nogach i oparli się jeden o drugiego, łapiąc oddech w kuchni.
– Byłeś tu całą noc? – spytał Alan.
– Cholera wie – odparł Jackie i splunął do zlewu. – Obejmowałem Alice, położyłem rękę tam, gdzie jej się nie spodobało, i mi przywaliła. Pamiętam, że wstałem, żeby ją przytulić, a potem już nic. Masz jakiś paracetamol?
Alan zdążył już wrócić do baru.
– Dam ci najlepszy paracetamol, jaki znam. – Jackie wyszedł z kuchni i zaraz dostał kufel pod nos.
– Cholera, człowieku, nie! Chyba połowę baru mam jeszcze w sobie. Będę potrzebował taksówki.
– Jak nie chcesz, to będą dwa dla mnie – powiedział Alan i opróżnił kolejny kufel.
– Zabrał ktoś wczoraj mój sprzęt do domu? – spytał Jackie. – Pamiętam, że ktoś dorwał się do mojego ochraniacza krocza i rzucał nim po całej sali. Obrzydlistwo. Jeszcze próbowali namówić Alice, żeby go powąchała.
– Świntuchy – powiedział Alan. – Ale ona spisała się na medal. Wyeliminowała sześciu pałkarzy właśnie wtedy, kiedy tamci się rozkręcili. A wzrostu ma raptem jakieś sto pięćdziesiąt siedem centymetrów. Ale te jej ruchy przy rzucie – coś niesamowitego. Mogłaby przejść na zawodowstwo, wiesz? Grać dla Szkocji.
– No, ruchy to ona ma – odparł Jackie, zapatrzony w ścianę i pogrążony we własnych myślach.
Alan wypił trzeci kufel bez odrywania go od ust. Patrzył, jak Jackie pokręcił głową, bez słowa cmoknął z dezaprobatą i zatoczył się w stronę drzwi prowadzących do szatni. Projektując budynek, postanowili urządzić go jak najprościej: bar, mała kuchnia, dwie szatnie i pokój dla sędziego. Najbliżej baru znajdowały się toalety. Część z prysznicami była jedna, wspólna. Pojawienie się Alice w drużynie wywołało dyskusje, ale sama zdecydowała, że na mecze będzie przyjeżdżać już przebrana i odjeżdżać w stroju krykietowym. Wczoraj jednak, kiedy alkohol lał się strumieniami, była w szatni gospodarzy. Jackie pamiętał ją aż za dobrze: ani na chwilę nie spuścił jej z oczu.
Jackie potrząsnął głową, żeby otrzeźwieć, i powlókł się do toalety, gdzie pozbył się części wypitych poprzedniego wieczoru trunków. Potem wszedł do szatni swojej drużyny. Na wieszakach zostało jeszcze mnóstwo sprzętu, a całe pomieszczenie wyglądało jak po ravie. Podeszwy lepiły mu się do podłogi i odrywały od niej z mlaskiem. Spojrzał w kąt, w którym Shaun Macleod obściskiwał się ze swoją dziewczyną, Andreą MacIver, kiedy zabawa trwała w najlepsze. Alice nie chwyciła aluzji, gdy Jackie pokazał jej tamtą parę.
Przypomniał sobie resztę drużyny siedzącą w szatni, kieliszki wznoszone do kolejnych toastów, które zdawały się nie mieć końca. Big Jim, roześmiany facet z Glasgow, Gordy, terier z Yorkshire, Dickie Smith, stanowczo zbyt szybki jak na swój wiek. No i Declan. Dwadzieścia sześć lat, a za żonę miał Katie Macaulay, z którą Jackie chodził przez cztery lata w szkole. Ale mi przeszła koło nosa!
Tyle że wspominki nie przybliżały go do domu, kołdry, dwóch tabletek i maratonu dowolnego badziewia, jakie znajdzie w telewizji. Przestąpił przez wielką torbę na sprzęt leżącą na środku podłogi, zgarnął swój niebiesko-żółty strój i wepchnął go do czarnej torby sportowej. Dorzucił ochraniacze na nogi i kask, ale choć szukał wszędzie, ochraniacz krocza przepadł.
– Jackie! – zawołał Alan z zewnątrz. – Chodź no, zobacz coś.
Czego on znowu chce? Jackie zaklął pod nosem. Ale to Alan rozkręcił ten klub i należał mu się jakiś szacunek, nawet jeśli był moczymordą. Jackie wytoczył się więc z szatni i bocznymi drzwiami wyszedł na boisko. Alan stał po drugiej stronie i wpatrywał się w ziemię. Dojście do niego zajęło Jackiemu chwilę; Alan przez cały czas wpatrywał się w trawę.
– Nie wierzę – powiedział Alan, kiedy Jackie podszedł. – Właśnie tutaj, na pozycji third man. Ich zawodnik stał dokładnie tu, kiedy uderzyłeś za sześć i zapewniłeś nam zwycięstwo, a wyglądał całkiem normalnie.
– Jak to: wyglądał normalnie? A co miałoby mu być?
– Popatrz. Co za cholerny bajzel – powiedział Alan. Krwawy bajzel. Jackie nigdy w życiu nie widział tyle krwi.
– Co mu się stało? Wyrostek mu pękł? Cholera, nawet nie pisnął.
– Nie – odparł Alan. – Przecież wtedy tu przybiegłem. To musiało się stać później. Podczas meczu nie było tu krwi, nikt nie był ranny. Ciekawe, czy ktoś miał kłopoty z dotarciem do domu. Może powinniśmy do kogoś zadzwonić.
– Do kogo? Do działu mycia trawy firmy „Czysty domek Jenny – zawsze na błysk”?
– Nie mieszaj w to mojej córki. Prowadzi porządną firmę.
– Dobra – ustąpił Jackie. – Ale do kogo mamy dzwonić? Najlepiej po prostu spłukać to wodą. Ja w każdym razie zabieram rzeczy i jadę taksówką do domu. Ledwo żyję.
– Skoro i tak wracasz, pomóż mi z torbą na sprzęt.
Jackie kiwnął głową i obaj, zataczając się, wrócili do budynku klubowego. W szatni Jackie dalej pakował swoje rzeczy, ale Alan zawołał, żeby pomógł mu podnieść wielką torbę leżącą na środku podłogi. Chwycili ją za przeciwległe końce i z trudem dźwignęli na pobliską ławkę.
– Cholera, ale ciężka – powiedział Alan.
– Za dużo piwa, szefie. W tym problem.
– Nie, ona naprawdę jest ciężka. Popatrz, nawet nie schowaliśmy jeszcze do niej sprzętu. Na pewno nie całego.
Jackie uniósł brwi i obmacał torbę.
– Dziwne. Nie czuję kijów ani ochraniaczy. Raczej jakiś drąg albo coś twardego. Jakby kości.
– To zobaczmy, co tam jest – powiedział Alan i chwycił za suwak. Zaczął rozsuwać torbę, ale buchnął z niej stęchły fetor. Przypomniała mu się matka i ten odór zgnilizny, który ścisnął go za gardło, gdy wszedł do jej domu. Kiedy ją znalazł, nie żyła już od trzech tygodni. Wciąż nie potrafił sobie tego wybaczyć. Rozsunął suwak do końca i cofnął się.
– Ja tam nie zaglądam! – krzyknął, cofając się gwałtownie pod ścianę i potykając się o buty i ochraniacze.
– Dlaczego? Co tam jest?
Alan milczał, więc Jackie chwycił brzegi torby i jednym szarpnięciem rozchylił je na boki.
Twarz była wgnieciona, oblepiona skorupą zakrzepłej krwi, spod której gdzieniegdzie wystawały kości. Klatka piersiowa też była zmasakrowana, żebra jakby zapadły się do środka. Krew na koszuli tworzyła ciemnogranatowe plamy. Jedna noga sterczała pod nienaturalnym kątem, ale obie były wyraźnie połamane. Stopa zwisała, ledwie się trzymając.
– Alan! – krzyknął Jackie. Ale Alan już uciekł z szatni. Jackie znów wpatrzył się w ciało, po czym zwymiotował na zwłoki, wypełniając torbę rzygami. Nawet nie otarł ust. Zatoczył się do drzwi i runął na korytarzu, pociągając nosem i płacząc jak przerażone dziecko.
– Kiedy wraca?
Szum prysznica zagłuszył pytanie. Dopiero kiedy Jane zapytała po raz drugi, Macleod odpowiedział. Trzymając oburącz zielony ręcznik przeciągnięty za plecami, wycierał nim trudno dostępne miejsce w dole pleców. Ranek nadszedł za szybko. Jane miała wizytę u fizjoterapeuty z powodu kontuzji nogi, której nabawiła się podczas spaceru. Chciał ją zawieźć do Inverness, ale dźwięk budzika i tak go zaskoczył.
– Dzisiaj, kochanie. Mam nadzieję, że wyjazd się udał. Od tamtego rozstania w Glasgow nie jest sobą.
Hope McGrath, jego partnerka z pracy, była od dwóch tygodni na urlopie. Po raz pierwszy wyjechała z Allinsonem, detektywem, z którym oboje pracowali. Wybrali Grecję, a Jane, życiowa partnerka Macleoda, uznała to za świetny pomysł: mogliby razem wygrzewać się na słońcu, a wieczorami ruszać w miasto. Macleod uważał, że na plaży niewiele jest do roboty. Nawet kiedy Jane zauważyła, że pośród skąpo ubranych ludzi łatwo nabrać apetytu, nie dał się przekonać. Wolałby muzeum albo wycieczkę na łono natury. Poza tym nie cierpiał pokazywać się w kąpielówkach. Z takimi kolanami, a teraz jeszcze ze starzejącą się skórą, nie mógł dobrze wyglądać na plaży.
– Daj jej spokój – powiedziała Jane spod prysznica. – Albo będzie im razem cudownie i zamieszkają ze sobą, albo nic z tego nie wyjdzie i każde znajdzie sobie kogoś innego. Tak czy siak pewnie będą się dobrze bawić.
– Jak ci tam idzie? – zapytał Macleod. – Pamiętasz, że masz wizytę o dziesiątej?
– Świetnie mi idzie, więc się zamknij. I tak wstałeś za wcześnie. Nie było potrzeby.
Cała Jane: niczym się nie przejmowała, w przeciwieństwie do Macleoda. On wpisywał każdą wizytę do domowego kalendarza, a ona nawet do niego nie zaglądała. Zastanawiał się, jak udawało jej się gdziekolwiek dotrzeć na czas, zanim się poznali. Przecież musiała jeszcze się ubrać i przygotować. I po co brała teraz prysznic, skoro po powrocie od razu znowu się umyje? Szum wody ucichł.
– Seoras, jest tam jakiś ręcznik?
Macleod sięgnął do kosza na pranie stojącego na podłodze. Leżały w nim ręczniki uprane poprzedniego dnia. Wziął z wierzchu zielony i otworzył drzwi łazienki przy sypialni. Przedarł się przez kłęby pary i zastukał w drzwi kabiny. Jane się odwróciła. Odegnał przyjemne myśli, pokazał jej ręcznik, po czym upuścił go na podłogę.
– Wskoczysz na chwilę? – zapytała.
Jane zawsze puszczała pod prysznicem niewiarygodnie gorącą wodę. Miał wrażenie, że na skórę leje się wrzątek. A jednak to właśnie pod prysznicem nieraz byli sobie najbliżsi, gdy przywykali do wspólnego życia w nowym domu. Zdarzało się, że wracał wykończony, a ona dosłownie szorowała mu plecy. Tego ranka nie było jednak czasu.
– Fizjoterapeuta, Jane. Musisz wyjść spod prysznica i jechać do fizjoterapeuty.
Jane zakręciła wodę, otworzyła drzwi kabiny i stanęła przed nim bez cienia wstydu. Nie sięgnęła po ręcznik. Odgarnęła włosy z twarzy i otarła wodę z oczu.
– Rozumiem. Musimy się spieszyć, więc bierz mnie tu i teraz. Tobie to nigdy długo nie zajmuje.
Rzucił jej ręcznikiem w twarz. Wiedział, że się z nim drażni. Kiedy się odwróciła, klepnął ją w tyłek i wyszedł. Jane wiedziała, jak go podejść, i wcale mu to nie przeszkadzało. Takie poranne zaczepki często wprawiały go w dobry nastrój na resztę dnia. Wrócił do sypialni i dalej się wycierał.
Wtedy rozległ się ten przeklęty dźwięk. Elektroniczny sygnał syreny, od którego każdego przechodziły ciarki, bo nigdy nie zwiastował niczego dobrego. Włączał się, gdy ktoś z pracy dzwonił na jego prywatny numer. Na numer przypisany do drugiej karty SIM dzwoniono tylko w pilnych sprawach. Ten sygnał ustawiła Hope, a on, niemal technofob, nie miał pojęcia, jak go zmienić.
– Do dupy! – krzyknęła Jane z łazienki. Zdarzało jej się zakląć i Macleod próbował oduczyć ją tak soczystego języka, choć w gruncie rzeczy nie było to nic w porównaniu z tym, co codziennie słyszał na komisariacie. Zresztą miała rację. Do dupy. Tego popołudnia, po fizjoterapii, chciał zabrać Jane na Fyrish. To był jeden z ich ulubionych spacerów: podejście pod górę i oszałamiający widok. Potem mieli pójść na kolację i spędzić spokojny wieczór przy kominku. Miał wolne, choć pełnił dyżur pod telefonem, a ten telefon oznaczał, że wszystkie plany właśnie trafił szlag. Do dupy.
– Macleod – rzucił i niemal usłyszał, jak rozmówca podskoczył. Musiał zabrzmieć ostrzej, niż zamierzał.
– Przepraszam, panie inspektorze, ale jest pan potrzebny. Mamy zgon na Lewis, w klubie krykietowym. Rezerwuję panu miejsce na lot koło południa, jeśli ta pora panu odpowiada. Ekipa kryminalistyczna ruszyła na prom, ale pomyślałem, że pan będzie potrzebował trochę czasu na spakowanie się.
Klub krykietowy na Lewis? Macleod wychował się na wyspie. Nie było mowy, żeby działał tam jakiś klub krykietowy. To musiał być żart.
– Który klub krykietowy? – zapytał.
– O ile wiem, jest tylko jeden, panie inspektorze. Lewis Cricket Club, tak tu napisano. W Bhuinaig, koło Dalbeg. Jednego z graczy znaleziono martwego w torbie na sprzęt, w szatni. Z tego, co słyszę, paskudna sprawa.
Macleod poczuł, jak Jane obejmuje go od tyłu i przywiera do niego nagim ciałem. Zwykle lubił takie chwile, ale wiedział, że teraz Jane już tęskni za mężczyzną, którego służba nagle jej odbiera. Podczas rozmowy telefonicznej ich nagość wyraźnie go krępowała, choć rozmówca nie mógł ich przecież zobaczyć.
– Zaraz będę, a potem prosto na samolot. Kto tam jest na miejscu?
– Detektyw Stewart, Kirsten Stewart, panie inspektorze. Jest w Stornoway od kilku miesięcy. Z nią ma się pan kontaktować.
W głosie dzwoniącego słychać było niemal strach. Macleod widział ich oczami wyobraźni: każdy wyrywał się do dowolnego zadania, byle tylko nie musieć wzywać szefa do pracy w wolny dzień. W gruncie rzeczy było to całkiem miłe. Dzwonili więc tylko wtedy, gdy naprawdę był potrzebny.
– Niech się mnie spodziewa po południu. Zaraz po przylocie jadę do Bhuinaig. A McGrath powinna dziś wracać z urlopu. Znajdźcie ją i przekażcie, że jutro z samego rana ma tam być, a jeśli może, to wcześniej.
Macleod się rozłączył i poczuł, że Jane ściska go mocniej.
– W południe? Musisz jechać już teraz?
Odwrócił się i objął ją.
– Wybacz, obowiązek wzywa, jak to mówią. Możesz mnie podrzucić na komendę. A właściwie, jeśli to nie potrwa długo, pójdę z tobą na tę wizytę.
– Nie wygłupiaj się. Jedź do pracy, a jeśli zdążysz, pożegnam cię na lotnisku. Przynajmniej będę pewna, że naprawdę odleciałeś, zanim wpadnie na tydzień Fernando, mój dwudziestoletni instruktor fitness. Tak to już jest, kiedy zostawiasz kobietę samą: od razu ktoś zajmuje twoje miej—
Pocałunkiem przerwał jej w pół słowa. Mimo tych żartów wiedział, jak bardzo zabolał ją jego wyjazd. Po kilku czułych chwilach oderwali się od siebie i szybko się ubrali. Macleod wrzucił trochę rzeczy do dużej torby, Jane podmieniła mu kilka ubrań i dopilnowała, żeby miał kosmetyczkę oraz drugą parę butów. W ciągu dwudziestu minut znaleźli się na krętej drodze prowadzącej do A9 i Inverness.
Kiedy Jane wysadziła go przed komendą, znów zadzwonił telefon: na prywatny numer dzwoniła McGrath. Jej dzwonek brzmiał jak melodyjka z kreskówki, ale przynajmniej nie dało się go z niczym pomylić.
– Jak wakacje? – zapytał Macleod.
– Nie drąż. Jestem w Glasgow, więc polecę stąd prosto na wyspę. Powinnam być po południu.
Jej głos brzmiał poważnie, lecz Macleod nie sądził, by chodziło o sprawę, do której ją właśnie wzywano. Hope zazwyczaj tryskała w pracy energią, teraz jednak w jej głosie słychać było frustrację, może nawet gniew.
– Możesz wziąć dzień wolnego, Hope. Dam sobie radę do jutra. Rozpakuj się, ogarnij i przyleć jutro. Takie rzeczy często wymagają czasu.
– Będę po południu, Seoras. Mam ze sobą dość rzeczy.
– Wątpię, żebyś wzięła na wakacje ubrania do pracy. Jedź do domu i się przygotuj. Nie chcę, żebyś zjawiła się na miejscu zdarzenia w sarongu, sandałach i bikini.
Macleod uznał, że żartem przekazał jej, o co mu chodzi. Wtedy jednak zapadła ta cisza. Ta, po której wiadomo, że Hope zaraz wybuchnie.
– Może tam akurat ucieszyliby się na mój widok w bikini.
Macleod nie odezwał się ani słowem. Cokolwiek zaszło między Hope a Allinsonem, musiało być paskudne, a on nie zamierzał wychylać głowy z okopu.
– Dobra, zobaczymy się, kiedy się zobaczymy.
– Po południu, Seoras.
Macleod wysłuchał w biurze krótkiej relacji zespołu, po czym zawieziono go na lotnisko. Przy stanowisku odprawy zobaczył uśmiech pracownicy, ale w jej oczach wyczytał, że coś ukrywa.
– Będzie opóźnienie, prawda? – zapytał.
– Tylko godzina, proszę pana.
Kiwnął głową i ruszył w stronę bramek, ale usłyszał za sobą wołanie. Rozejrzał się po terminalu i zobaczył kobietę w dresowych spodniach i zielonym T-shircie. Machała do niego, z trudem łapiąc oddech.
– Mamy godzinę – wysapała Jane, kiedy do niego dotarła. Pot spływał z niej strumieniami. – Musiałam zaparkować kawał drogi stąd. Padam, Seoras, po prostu padam.
Macleod pomógł jej usiąść przy kawiarni i zamówił coś dla obojga. Gdy usiadła, zauważył, że jej twarz spoważniała. Spojrzenie domagało się szczerości, a brwi zdawały się czekać, by unieść się przy pierwszej oznace kłamstwa.
– Dasz radę lecieć tamtędy? Wiem, że samolot przelatuje blisko miejsca, gdzie ją straciłeś. Polecę z tobą, jeśli chcesz mieć kogoś przy sobie.
Macleod uśmiechnął się do kobiety siedzącej naprzeciwko. Z początku urzekły go jej zadziorność i to, jak dobrze się przy niej bawił. Była piękna, potrafiła go podejść jak nikt od czasów żony i wniosła w jego życie powiew świeżości, przełamując upór, w którym zasklepił się po śmierci żony. Ale kochał ją za coś więcej. Jane potrafiła spojrzeć na wszystko z cudzej perspektywy. Rozumiała nie tyle czyjeś racje, ile to, co człowiek czuje, jak zareaguje i jak się załamie.
– Poradzę sobie, Jane. Hope też przylatuje po południu. Mojej żony już nie ma, ale wciąż jest przy mnie. Teraz myślę o niej jak o rozdziale mojego życia, ogromnym, niezwykle ważnym. A teraz pisze się następny i to ty nadajesz mu kierunek. Nic mi nie będzie. Kochana jesteś, że o to pytasz.
Miał nadzieję, że udało mu się to dobrze powiedzieć, bo często nie potrafił znaleźć słów na to, co czuł. Zobaczył jednak, że napięcie na jej twarzy zelżało, spojrzenie złagodniało, a ramiona opadły.
– Czyli biegłam taki kawał na darmo – zażartowała.
– Nie całkiem. Spędziliśmy razem pół godziny. Ale to już mój lot.
– To dokąd konkretnie na Lewis się wybierasz? – zapytała Jane.
– Na Westside, na północ od Carloway. Do klubu krykietowego. Módl się za mnie, bo o krykiecie nie wiem kompletnie nic.
– A tam nie był popularny?
– Nikt o nim nie słyszał – odparł Macleod. Umilkł. Nagle coś do niego dotarło. – Mówili, że znaleźli go dziś rano, po wczorajszym meczu. Ale dzisiaj jest poniedziałek. Czyli grali w niedzielę. To się dobrze nie skończy!
Morze lśniło w dole, gdy Saab 340 podchodził do lądowania na lotnisku w Stornoway. Wiatru prawie nie było, więc pilot wybrał północny pas. Samolot nadlatywał znad morza. Macleod siedział po lewej stronie, przy oknie, i zobaczył ten skrawek morza koło Holm, który dwukrotnie odmienił jego życie. Najpierw wskoczyła tam jego żona i już nie wróciła. Potem on sam wskoczył do morza razem z Hope, by ratować ofiarę. Chłód tamtej wody nigdy go nie opuścił.
Może za sterami siedział pilot na szkoleniu, bo samolot dwukrotnie podskoczył przy lądowaniu, zanim się zatrzymał, zawrócił i podkołował pod niewielki terminal. Gdy Macleod wysiadł, poczuł ciepło, którego nie kojarzył z wyspą Lewis. Gdzie się podział ten wszechobecny wiatr, który pamiętał?
W hali przylotów czekał na niego umundurowany policjant, który zaprowadził go prosto do radiowozu. Do klubu krykietowego, położonego na północ od Barvas, po zachodniej stronie wyspy, jechali czterdzieści minut. Macleod rozsiadł się wygodnie i chłonął widoki. Za szybą mijały go torfowiska, a na nich stosy torfu wyciętego w kwietniu i maju, kiedy wszyscy uwijali się przy robocie. Teraz torf sechł. Macleod spojrzał na dłonie i przypomniał sobie, jak bolały go po kilku dniach wycinania torfu. Pomagał wtedy innym, a oni pomagali jemu. Lepka czarna maź, którą trzeba było zdrapywać z rąk. Zapach wrzosowej darni, pod którą krył się gruboziarnisty, kleisty czarny torf; nóż do torfu wchodził w niego z łatwością. To były dobre dni.
Teraz wycinano go coraz mniej. Widział wiele wyrobisk zarośniętych wrzosem niczym wiszące ogrody Babilonu; trudno byłoby znów wydobywać tam torf. Tam, gdzie porzucono wyrobiska, wrzosowisko wznosiło się i opadało stopniami. Zawsze współczuł turystom, którzy zapuszczali się w ten dziwny teren.
Gdy minęli Barvas, zobaczył ocean ciągnący się aż po horyzont. Ani jedna chmura nie przesłaniała widoku. W ogródkach uwijali się zapaleńcy, próbując wyczarować porządny trawnik z nierównych, często kamienistych skrawków ziemi tak typowych dla Lewis. Grube swetry i kurtki ustąpiły miejsca koszulkom i lekkim bluzkom, a tu i ówdzie ktoś paradował z gołym torsem. Macleod nigdy nie chodził z gołym torsem; wstydził się siwych włosów na piersi i swojej niezbyt atletycznej sylwetki. Miło jednak było patrzeć, jak wyspa zażywa słońca, zamiast zbierać cięgi od matki natury.
Budynek klubu krykietowego wyłonił się wśród falujących wzgórz niczym oaza. Niewielkie nierówności terenu wystarczyły, by skryć go przed wzrokiem, dopóki samochód nie objechał zagłębienia. Wtedy Macleod ujrzał olśniewająco biały budynek z małym pawilonem od frontu. Obok rozciągał się równy, wyasfaltowany parking, a nieskazitelna zieleń boiska wyglądała obco wśród surowych, nierównych połaci ziemi.
Na drugim końcu boiska stały w rzędzie cztery osiatkowane stanowiska do ćwiczenia odbić. Teraz świeciły pustkami, bo ruch panował na boisku i przy pawilonie. Macleod wysiadł i ruszył ku niskiej brunetce, która najwyraźniej kierowała grupką umundurowanych policjantów.
– Szukam detektyw Stewart – oznajmił zebranym, patrząc na kobietę.
– Inspektor Macleod, jak sądzę – odparła, odwracając się ku niemu. Przyjrzała mu się przez grube szkła okularów. Dotąd widział przede wszystkim jej duży kok i spodziewał się starszej kobiety. Tymczasem była chyba młodsza od Hope, mogła mieć około dwudziestu pięciu lat. Nie miała makijażu, a jej powściągliwa mina sprawiła, że poczuł się jak uczeń pod spojrzeniem nauczycielki. – Dobrze, wszyscy do roboty. Będę zdawała relację inspektorowi, gdyby ktoś mnie szukał.
Detektyw Stewart gestem zaprosiła go w przyjemny cień z boku pawilonu. Słońce było błogosławieństwem, lecz nie dla kogoś, kto stał w garniturze w jego pełnym blasku. Stewart miała na sobie czarne, schludne spodnie. Zdjęła marynarkę i podwinęła rękawy, jak ktoś, kto na dobre wziął się do pracy. Już zaczynał lubić tę detektyw, tak różną od Hope, gdy wyjęła notatnik i przystąpiła do meldunku.
– Przede wszystkim witam, panie inspektorze. Prawdopodobnie mamy do czynienia z morderstwem. Dwaj mężczyźni znaleźli w środku zwłoki w torbie na sprzęt krykietowy. Ciało jest roztrzaskane na krwawą miazgę. Poprosiłam techników, żeby spróbowali ustalić, czym dokładnie zadano obrażenia i kim jest denat. Jest aż tak zmasakrowany, panie inspektorze. Ma obrączkę, ale na niewłaściwej ręce. Może rozwodnik albo wdowiec, który zaczął nowe życie. Klub podobno istnieje od niedawna. Budowę siedziby skończono pod koniec stycznia, a drużyna przygotowywała boisko do pierwszego meczu. To pierwszy klub krykietowy na wyspie i pierwszy przyjęty do ligi seniorów. Na razie grają tylko mecze towarzyskie. Pełny terminarz będą mieli od przyszłego sezonu.
– Z kim grali? – zapytał Macleod.
– Z Paisley, panie inspektorze. To jedna z czołowych drużyn amatorskich. Gra w najwyższej dywizji, trzy poziomy wyżej niż liga, do której tutejszy klub dołączy w przyszłym roku. Podobno zapłacono im za przyjazd. Denat nie jest jednak jednym z ich zawodników: wszyscy są w hotelu w Stornoway. Odjechali razem autokarem mniej więcej godzinę po meczu. Wygląda na to, że nie umieli przegrywać, więc aż się proszą o podejrzenia, ale trudno mi sobie wyobrazić, jak mogliby być w to zamieszani. Świadkowie mówią, że ludzie byli na boisku do dziesiątej wieczorem, a drużyna z Paisley już wtedy wyjechała.
– Boisko? Co boisko ma do rzeczy?
– Uważamy, że właśnie tam zadano ofierze obrażenia – powiedziała Stewart. Zerknęła na Macleoda ponad okularami, po czym poprawiła je na nosie. – Jest tam tona zaschniętej krwi. Poprosiłam techników, żeby sprawdzili, czy należy do ofiary. Podobno znaleziono ją na pozycji third man. To pozycja w krykiecie, ale jej nie znam. Alan Painter, trener, który poświęcił mnóstwo czasu, żeby ten klub w ogóle powstał, znalazł najpierw krew, a potem ciało. Był z nim Jackie O’Neil, jedna z gwiazd wczorajszego meczu. Alan przyszedł zacząć sprzątanie, a jest co sprzątać, panie inspektorze. Czuć zwietrzałym piwem i mocnym alkoholem. Szczerze mówiąc, strasznie tam cuchnie. Zastał Jackiego O’Neila śpiącego w głównej sali barowej, wciąż pijanego po poprzedniej nocy. Kiedy Alan zabrał się za sprzątanie, przesunęli torbę na sprzęt i poczuli, że jest ciężka. Otworzyli ją, a pan O’Neil od razu zwymiotował do środka. Mackintosh nie jest z tego zadowolona.
Detektyw Stewart znów sięgała do okularów, kiedy Macleod jej przerwał.
– Mackintosh? Od jak dawna tu jest?
– Niespełna dwie godziny, panie inspektorze. Przypłynęła dziś rano promem.
– Dobrze. Niech da mi znać, kiedy będzie mogła. Proszę jej nie ponaglać. Ma dość doświadczenia, żeby wiedzieć, co i kiedy przekazać. A jeśli się ją przyciśnie, człowiek ściągnie sobie na głowę gniew tysiąca aniołów. Jak długo pani służy, Stewart?
– Siedem lat, panie inspektorze. Detektywem zostałam dwa miesiące temu, a potem przydzielili mnie do Stornoway. Spokojne miejsce na zdobycie doświadczenia, tak mówili.
Macleod wyczuł jej oburzenie i roześmiał się w duchu. Młodzi policjanci zawsze tak rwali się do akcji. Po tym, co sam przeszedł, w każdej chwili wybrałby spokojny dzień za biurkiem.
– Umówmy się tak, Stewart. Wkrótce dotrze tu detektyw Hope McGrath. Do niej proszę się zwracać ze sprawami administracyjnymi. Domyślam się, że to pani pierwsza poważna sprawa kryminalna jako detektyw. Chcę, żeby zajęła się pani organizacją pracy i dopilnowała codziennych spraw, tak żeby McGrath i ja mieli czas pomyśleć. Na razie dobrze sobie pani radzi. Kiedy ściągniemy całą drużynę na przesłuchania?
– Wyznaczyłam początek na siedemnastą, panie inspektorze. Ulokowaliśmy się w miejscowej świetlicy, mają nam przywieźć jedzenie. Ustalamy, gdzie wszyscy są. Chciałabym jak najszybciej wykluczyć choć część osób, bo potencjalnych podejrzanych mamy naprawdę wielu. Z drużyną związanych jest co najmniej piętnaście, może dwadzieścia osób. Myślałam, że—
Macleod podniósł rękę, bo za ich plecami rozległa się wrzawa. Blondynka w dopasowanym dresie i kasku rowerowym rzuciła rower na ziemię i zaczęła na kogoś krzyczeć. Macleod wyszedł z cienia i zobaczył młodego mężczyznę, który uniósł ręce w obronnym geście.
– Miałeś z tym coś wspólnego? – wrzasnęła. – Poważnie, Jackie, co ty, do cholery, zrobiłeś? On tylko na mnie spojrzał! Wyszłam, bo byłeś tak zalany, że nie mogłeś utrzymać łap przy sobie. Próbowałeś mnie rozebrać na oczach wszystkich. Oby to nie był Gordy!
Detektyw Stewart chciała podejść do nich, ale Macleod zatrzymał ją gestem i szepnął:
– Zobaczmy, jak zareaguje.
Mężczyzna tylko wzruszył ramionami, rozpłakał się i osunął na kolana.
– Daruj sobie, Jackie. To Gordy jest w środku? Powiedz mi: to, do cholery, Gordy?
Macleod opuścił rękę i Stewart wystąpiła do przodu.
– Przepraszam panią, kim pani jest? I o co dokładnie oskarża pani tego człowieka? – Blondynka spojrzała na Stewart. Jej twarz stężała, a spojrzenie przygasło. – Pytam, kim pani jest – powiedziała Stewart.
– Alice – odezwała się cicho kobieta. – Alice Degg.
– A jaka jest pani rola w drużynie?
– Główna rzucająca. Podkręcam piłkę. Odbijam jako czwarta.
– Pani gra? – zapytał Macleod.
– Oczywiście, że gram. To ja trzymam tę cholerną drużynę w kupie. Będę grać w reprezentacji Szkocji.
Macleod zorientował się, że znów wdepnął na grząski grunt seksizmu. Już sam krykiet na Lewis, ale jeszcze kobieta w drużynie? Skąd miałem wiedzieć?
– A dlaczego pani uważa, że to Gordy jest w środku?
– Bo Jackie wściekł się wczoraj, kiedy Gordy na mnie spojrzał. Naprawdę się wściekł, tyle że był kompletnie pijany.
– A kim jest Gordy? – zapytała Stewart.
– Gordon Watts, przyjechał rok temu z Yorkshire, jest po rozwodzie, to cholernie miły facet i nic więcej. – W ciągu jednego zdania jej głos wzbił się niemal do krzyku, po czym się załamał. – A Jackie go zabił – wychrypiała.
– Dobrze, spokojnie – powiedział Macleod. – Ustalmy wszystko po kolei.
– Panie inspektorze – wtrąciła się Stewart – chyba Mackintosh chce z panem mówić.
– Może poczekać, pani detektyw. To ważne.
– Ale mówił pan—
– To niech pani idzie sprawdzić, czego chce. A teraz, Alice, czy widziała pani, żeby Jackie coś zrobił? – zapytał Macleod, wściekły na Stewart za to, że mu przerwała.
– Nie, ale był zły. Od miesięcy jest zły. Myśli, że się z kimś spotykam, że mam kogoś innego – wyszeptała.
– A ma pani? – zapytał Macleod. Pytanie nie było subtelne, ale w emocjach ludzie czasem tracili panowanie nad sobą.
– Nie! Mówiłam ci, Jackie, że nie! Spójrz na mnie, Jackie. Kurwa, nie!
– A co pan robił wczoraj wieczorem, Jackie? Pamięta pan?
Mężczyzna klęczał i płakał.
– Nic nie pamiętam od chwili, kiedy wyszła. Przepraszam, Alice, przepraszam. Nie chciałem tego zrobić.
– Inspektorze, muszę z panem pomówić – odezwała się surowo Mackintosh.
– Zaraz do pani przyjdę.
– Nie! Teraz! – A potem dodała szeptem: – Zanim zrobi pan z siebie idiotę.
– Wszyscy zostają na miejscu – powiedział Macleod i odwrócił się do Mackintosh. Miała na sobie biały kombinezon z naciągniętym kapturem; niebieską maseczkę zsunęła pod brodę. – Co, do diabła, jest takie ważne?
– Pański trup, inspektorze. Nie mogę jeszcze potwierdzić, że to on, ale kiedy uporałam się z wymiocinami i przeszukałam jego ubranie, znalazłam portfel z całym stosem kart na nazwisko Bubby Carsona. Chyba pańska para młodych zakochanych trochę się zagalopowała.
I tak Macleodowi prysła nadzieja na szybkie rozwiązanie sprawy.
– Bubba Carson? – powiedział Macleod. – Kto to? Komuś coś mówi to nazwisko? – zapytał dość głośno, by usłyszeli go Alice i Jackie. Zatkało go, gdy Alice zawyła i osunęła się na kolana. – Kto to jest? – powtórzył.
– Bub – odparł powoli Jackie. – Bub był właścicielem klubu. Bub wszystko kupił. Bub stworzył to miejsce. Bub był tu najważniejszy.
– I był na meczu? – zapytał Macleod.
– Oczywiście, że był – wyjęczała Alice. – Boże drogi, tylko nie Bub. Dlaczego, do cholery, akurat Bub? Kto mógł chcieć skrzywdzić Buba?
Macleod patrzył, jak Jackie podchodzi do Alice i obejmuje ją ramieniem. Strząsnęła jego rękę i ruszyła jak burza ku stojącym opodal ludziom. Macleod dopadł ją, chwycił za ramię i odciągnął na bok.
– Proszę tego jeszcze nie robić. Musimy się upewnić, że to on, zanim powiemy reszcie. Na razie specjalistka od kryminalistyki i ja wiemy tylko, że człowiek w tamtej torbie miał przy sobie portfel Bubby Carsona. Nic więcej. Pamięta pani, w co był wczoraj ubrany?
– Ubrany? – Dziewczyna spojrzała na niego z niedowierzaniem. – A w co, do diabła, miał być ubrany? W ten cholerny niebiesko-żółty strój do krykieta, jak cała drużyna.
– I miał w nim portfel?
– Zostaliśmy w strojach do gry, nawet po tym, jak chłopaki wzięli prysznic. Rozebrali się, umyli i znowu je włożyli. Ja zostałam w swoim, ale zaciągnęli mnie do szatni na szampana, kiedy się przebierali. Cholera, co to była za impreza. Nie byłam tam jedyną kobietą.
– Dobrze, proszę spokojnie oddychać. Jak daleko stąd mieszkał pan Carson?
– Zaraz za tamtym wzgórzem – powiedziała, wskazując za pawilon. – Przyjechał samochodem, ale Jackie wybił mu przednią szybę zwycięskim uderzeniem za sześć punktów.
– Chcę, żeby pani tu została i nikomu nic nie mówiła, dopóki nie potwierdzimy, kto to jest. Da pani radę? Jeśli musi pani wracać do domu, załatwię samochód, który panią odwiezie. Tylko proszę zachować to dla siebie, póki nie będziemy mieć pewności.
Macleod odprowadził Alice i powiedział Stewart, co się stało. Zostawił jej Alice i Jackiego pod opieką, żeby ich czymś zajęła i nie pozwoliła im rozpowiadać nowiny, a sam rozejrzał się za samochodem, który zawiózłby go do pobliskiego domu. Wtedy zatrzymało się przed nim nieznane auto. Za kierownicą siedziała McGrath, opalona, z miną jak chmura gradowa.
– Dobrze, że jesteś – powiedział i zaraz poczuł się niezręcznie, bo stwierdził rzecz oczywistą.
