Uzyskaj dostęp do tej i ponad 240000 książek od 14,99 zł miesięcznie
Zastępstwo w ostatniej chwili na weekendzie z grą fabularną. Jeden śmiertelny "wypadek" za drugim.
W odległej posiadłości na wyspie Harris zbiera się osobliwe towarzystwo, w którym rządzą fantasy i groza — a wśród nich śledczy Macleod i McGrath. Gdy wypadki zaczynają się mnożyć, Macleod dostrzega rękę mordercy i musi odkryć, co łączy ofiary. Szalejąca śnieżyca odcięła jednak wyspę od świata i inspektor może liczyć wyłącznie na Hope McGrath — zanim sami trafią na listę ofiar.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 257
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
CYKL MACLEOD
CZĘŚĆ TRZY
Morderczy weekend
Tytuł oryginalny: The Horror Weekend
Autor: G.R. Jordan
© Copyright by G.R. Jordan, 2019
© Copyright for the Polish edition by Wydawnictwo Cowper Publishing, Berlin 2026
Wszelkie prawa zastrzeżone. Żadna część niniejszej publikacji nie może być reprodukowana bez pisemnej zgody właściciela praw.
Wydanie I Berlin 2026
Wydawnictwo Cowper Publishing
ISBN 978-3-69477-064-0
Macleod wiercił się w fotelu, szczelnie otulony szlafrokiem. Patrząc na śpiącą w łóżku Hope, wyobrażał sobie, jak ciepło i wygodnie musi być pod kołdrą. Jakąś godzinę temu odrzuciła ją przez sen, odsłaniając ramiona i cienką koszulkę, w której spała. Jej rude włosy rozsypały się na poduszkach – wyglądała jak uosobienie snu.
Wpatrywał się w zegar na ścianie, próbując oderwać myśli od kobiety śpiącej w jego łóżku. Jane nigdy nie mogła się o tym dowiedzieć. Jak by to wytłumaczył? Czasem człowiek po prostu nie ma wyboru. Nie, nigdy o tym nie wspomną.
Po co w takich wielkich domach kładli drewniane podłogi? – pomyślał Macleod. Ależ tu zimno. Tu i ówdzie leżał wytarty dywanik, ale większość desek pozostawała odsłonięta. W pokoju mieszały się style: nowoczesny telewizor wisiał na jednej ścianie, a pod przeciwległą stała leciwa szafka. Do tego szafa jak z czasów królowej Wiktorii i stolik nocny, który równie dobrze mógł pochodzić ze szwedzkiego marketu meblowego.
Z przyjęciem było podobnie: zbieranina ludzi, których niewiele łączyło. No, może poza tym, że był wśród nich idiota czy dwóch. Tak, idioci – pomyślał. Wcale nie jestem zbyt surowy. Tyle że nigdy nie rozumiałem tego świata blichtru i znanych twarzy. I po co, na miłość boską, szefowa wystarała się o zaproszenie na coś takiego, nawet jeśli jej mąż przyjaźnił się z gospodarzem, Davidem Macaulayem? A do tego to całe odgrywanie ról, zmuszanie ludzi do przebieranek. Nie podobało mu się, że wrobili go w rolę śledczego w jakiejś marnej inscenizacji horroru. Sztuczne efekty wizualne, sztuczne duchy, sztuczne odgłosy. Wszystko takie sztuczne, a może kryło się za tym coś mroczniejszego. To nie mógł być wypadek. Nie umiał tego uzasadnić, ale instynkt bił na alarm.
Hope najwyraźniej w to nie wierzyła. Lepiej odnajdywała się w całym tym cyrku, a nawet trochę flirtowała z tym wielkoludem, który wyglądał, jakby zszedł z okładki magazynu. Macleod przywykł widywać ją ubraną do pracy. Niektóre stroje, które nosiła tutaj, odsłaniały zbyt wiele jak na jego konserwatywne wychowanie. Nie wiedział, gdzie podziać wzrok. A raczej – wiedział, tylko usiłował się powstrzymać. I nie tylko przy Hope. Była jeszcze ta Walijka. Lubiła, kiedy na nią patrzono. Choć było w niej coś jeszcze – była zbyt dociekliwa. To nie wyglądało na zwykłą ciekawość. Niemal jak jedna z nas – pomyślał.
Usłyszał kroki na korytarzu. Gdy kilka godzin wcześniej udali się do pokoju, upewnił się, że drzwi dobrze się domknęły, i przekręcił klucz w zamku. Hope spojrzała na niego wtedy, jakby oszalał, ale nie zaszedłby tak daleko w pracy śledczej, gdyby nie ufał własnemu instynktowi. Jego partnerka – ta z pracy, rzecz jasna – spała w jego łóżku, tyle że bez niego. Była dobrą śledczą. Była sumienna i potrafiła trafnie oceniać ludzi. Należała do innego pokolenia, więc często dostrzegała to, co jemu umykało, i patrzyła na sprawy z innej strony. Ale jej instynkt nie był tak wyostrzony jak jego. Jeden z plusów bycia starym pierdzielem!
Podest za drzwiami prowadził na balkon, który widział wcześniej tego dnia. Balkon znajdował się kilka pięter nad ziemią przed głównym wejściem. Przed upadkiem chroniła balustrada sięgająca Macleodowi do bioder. Rzucił tam tylko okiem, kiedy schodzili na dół, przebrani już w te absurdalne kostiumy. Teraz, nad ranem, na dworze szalała wichura. Mimo wycia wiatru wyraźnie usłyszał krok na deskach podestu.
Nagły podmuch zimnego powietrza przemknął po podłodze i wdarł mu się pod nogawki, jeżąc włosy na goleniach. Ktoś musiał otworzyć drzwi na balkon. Kto przy zdrowych zmysłach wyszedłby na spacer w taką noc? I znowu odezwał się ten instynkt.
– Ej, kiedy mówiłeś, że zajmiesz fotel, myślałam, że przynajmniej trochę pośpisz.
Hope usiadła w łóżku. Kiedy Macleod spojrzał w jej stronę, przyłapał się na tym, że wpatruje się w opinającą jej ciało bluzkę od piżamy. Bez wahania chwycił z krzesła obszerny wełniany sweter i rzucił go jej.
– Załóż to, jest zimno.
Hope złapała sweter i naciągnęła go na siebie.
– Przepraszam. Powinnam była się nie odkrywać. Ale to ty zaprosiłeś mnie do łóżka.
Macleod zmrużył oczy i odwrócił się, kierując się powoli ku drzwiom. Hope zajmowała osobliwe miejsce w jego myślach i sercu. Lubił ją, szanował. Ufał jej jako partnerce z pracy, uważał ją nawet za przyjaciółkę, ale trudno mu było nie czerpać przyjemności z patrzenia na nią. Kłóciło się to z jego prezbiteriańskim wychowaniem i nie wiedział, czy kiedykolwiek mu przejdzie. Starał się nasłuchiwać, co dzieje się za drzwiami, i nie zwracać uwagi na Hope wstającą z łóżka.
– Co jest?
– Ktoś chodzi – powiedział Macleod. – Otworzył drzwi na balkon.
– To stąd ten cholerny przeciąg? Niektórych gówno obchodzą inni.
W duchu uniósł brwi. Taki ordynarny język. Nie przystoi kobiecie. I wtedy usłyszał krzyk.
Jak najszybciej przekręcił klucz w zamku, otworzył drzwi i omiótł wzrokiem ciemny korytarz. Na bogato zdobionym podeście nie było nikogo. Drzwi na balkon wciąż stały otworem, a wiatr hulał w przejściu między sypialniami. Macleod zadrżał. Nawet w kostiumie wciąż czuł chłód z zewnątrz.
Macleod wybiegł na balkon. Walcząc z wiatrem, dotarł do ażurowej kamiennej balustrady. Nikogo tam nie było. Z wnętrza domu dobiegał gwar. Ktoś pytał, co się dzieje. Odruchowo wychylił się przez barierkę. W dole zobaczył ogrodzenie z ostro zakończonych prętów, otaczające niewielkie rabaty przed domem. Pokrywający je śnieg szarzał pośród nocnej czerni. Ale dostrzegł ciemniejsze plamy. A potem zobaczył postać zwieszoną na prętach. Dwa z nich przebiły ciało na wylot.
Hope stanęła tuż przy nim i spojrzała w dół.
– Jasna cholera, Seoras. Biedny drań. Skoczył?
– Wątpię – powiedział Macleod, wytężając wzrok, by dostrzec w ciemności jakiś przedmiot. – Ludzie rzadko dźgają się nożem w plecy, zanim skoczą.
– Chce pani, żebym pojechał na Harris w taką pogodę? Wie pani, jaka wichura nadciąga?
Macleod krążył po kuchni, słuchając prośby szefowej. Następnego dnia miał wrócić do pracy po dwóch tygodniach urlopu i wcale mu się nie uśmiechało krzątanie się po biurze podczas nawałnicy nadciągającej z północy. Potężny wiatr z porywami, które miejscami mogą przekroczyć sto sześćdziesiąt kilometrów na godzinę, i śnieg, który uszczęśliwi każde dziecko. Może zamkną szkoły, na drogach będzie mnóstwo utrudnień, a po powrocie będzie na niego czekał stos papierkowej roboty.
Szefowa wyjaśniała szczegóły, a on patrzył, jak do kuchni wchodzi Jane, otulona szlafrokiem po prysznicu. Praktycznie już u niego mieszkała i niemal nie ruszała się z domu, co Macleodowi ani trochę nie przeszkadzało. Powiódł wzrokiem po jej gołych nogach aż do miejsca, gdzie szlafrok okrywał pośladki, i uśmiechnął się. Wychowano go w ścisłym poszanowaniu zasady: żadnego seksu przed ślubem. Teraz jednak, na stare lata, doszedł do wniosku, że nie ma na co czekać. Nie puszczał się przecież na prawo i lewo, jak mawiała jego matka o takich mężczyznach.
Jane bezgłośnie zapytała, czy chce kawę, a on skinął głową. Zwykle robił ją sam, ale Jane dostąpiła zaszczytu: wolno jej było zbliżać się do jego drogocennej kawy ziarnistej i młynka. Owszem, robiła kawę zbyt mocną, zasypując filtr po brzegi. Ale zwykle przynosiła mu rano filiżankę do łóżka, a towarzyszący jej widok był lepszy niż jakakolwiek kawa. No… tak, był.
– Więc pojedziesz, Seoras?
W słuchawce usłyszał swoje imię. Nie „Macleod”, nie „inspektorze”, tylko „Seoras”. Szefowa niedawno załatwiła mu też bilety do opery, do pierwszego rzędu. Męczył się tam straszliwie, za to Jane była zachwycona całym wieczorem, a notowania Macleoda w oczach Jane poszybowały jeszcze wyżej, choć i tak sięgały już stratosfery. Nie zdoła się wykręcić.
– Jane – powiedział i spojrzał, jak ukochana się odwraca. – Muszę pojechać na kilka dni na północ. Powinny wystarczyć dwa, najwyżej trzy.
Jane skinęła głową i wróciła do przygotowywania kawy. Po chwili znów się odwróciła.
– I tak miałeś pracować, więc w porządku. Pojadę na kilka dni do siostry. Pewnie przyda jej się pomoc, zwłaszcza że nadciąga ta wichura.
Siostra Jane straciła władzę w nogach w wypadku samochodowym i choć na ogół radziła sobie sama, starsza siostra od czasu do czasu jej pomagała. Macleod spotkał Annę kilka razy i była równie ujmująca jak Jane. Z całej rodziny zostały już tylko one dwie. Żadna nie miała dzieci. Jane była po czterdziestce, Anna ledwie po trzydziestce – jak sama mówiła, rodzice bardzo późno się na nią zdecydowali. Choć Macleod spędził w jej towarzystwie zaledwie kilka dni, i to z przerwami, zastanawiał się, jak to możliwe, że wolni mężczyźni nie padają jej do stóp. Może chodziło o wózek. W dzisiejszych czasach wspominanie o tym nie było politycznie poprawne, ale uprzedzenia wciąż były powszechne, nawet jeśli się o nich nie mówiło.
– To gdzie właściwie jedziesz? – spytała Jane.
– Na wyspę Harris.
– To Hebrydy?
– Tak – powiedział Macleod. – Tuż na południe od Lewis. Naprawdę muszę cię tam kiedyś zabrać, pokazać, skąd pochodzę. Pokazać ci moją przeszłość, pokazać, gdzie…
O mało mu się nie wyrwało. O mało znowu nie zaczął mówić o swojej zmarłej żonie, Hope.
– Gdzie poznałeś Hope – powiedziała Jane. – Gdzie zostaliście parą, gdzie pierwszy raz spędziliście całą noc poza domem, gdzie pierwszy raz zrobiliście to na dworze!
Macleod się roześmiał.
– Jesteś niemożliwa.
– I musisz zrozumieć, że nie jestem zazdrosna o Hope. Zajmowała ważne miejsce w twoim życiu, była dla ciebie kimś wyjątkowym. To także dzięki niej stałeś się mężczyzną, którego mam przed sobą. Którego pragnę i którego nie potrafię nie kochać, choć tak niepewnie i niezręcznie mówisz o dawnej miłości. Możesz ze mną o niej rozmawiać.
– Wiem.
– Naprawdę? – spytała Jane. – Wiem o tobie więcej, niż ci się wydaje, Seoras Macleod. Potrafię ci powiedzieć rzeczy, których sam o sobie nie wiesz.
– Myślałem, że to ja jestem detektywem.
– Na przykład – ciągnęła Jane, nie pozwalając mu zmienić tematu – wiem doskonale, że wolałbyś sam zaparzyć kawę. Wiem, że mam u ciebie szczególne względy, skoro w ogóle pozwalasz mi dotykać tych ziaren. – Zachichotała na widok jego przerażonej miny. – Ale przede wszystkim wiem, dlaczego oddajesz swoją cenną kawę w ręce takiej profanki jak ja: mam na sobie tylko szlafrok, a ty liczysz, że będziesz miał na co popatrzeć, kiedy będę ją parzyć.
Macleodowi zrzedła mina.
– To trochę niesprawiedliwe. Może po prostu się z tobą dzielę, daję ci cząstkę siebie.
Jane roześmiała się i odwróciła z powrotem do ekspresu. Podciągnęła szlafrok, odsłaniając gołe pośladki.
– Właśnie tu się gapisz. – Wciąż się śmiejąc, odwróciła się do Macleoda, podeszła, oplotła go ramionami i pocałowała w policzek. – Nigdy nie spuszczaj ze mnie oczu. Możesz mnie nazwać niepewną siebie głupią babą, ale masz się na mnie gapić, do cholery, Seoras Macleod. – Przytulił ją mocno. – I opowiedz mi o Hope Macleod. Z tego, co o niej słyszę, chyba byśmy się dogadały. – Przytulił Jane jeszcze mocniej.
Kuchenne okno drżało od wiatru, a Macleod, wciąż trzymając ją w objęciach, spojrzał na zewnątrz. Padał śnieg. Płatki wpadały w krąg światła ulicznej latarni, wirując w tańcu – sama Boża łaska. Boże drogi, cóż za dar od Ciebie trzymam w ramionach? Dziękuję Ci.
Jane wysunęła się z objęć i sięgnęła po kawę stojącą na blacie.
– Dostajesz tylko trzy dni, Macleod, pamiętaj. Ani dnia dłużej. Słyszysz?
Macleod skinął głową i rozpromienił się na jej widok.
– Dobrze, a teraz na górę. Spakujesz się rano. Kiedy już mi przypomnisz, jak młodzi wciąż jesteśmy, opowiesz mi wszystko o wyjeździe.
Było jeszcze ciemno, gdy Macleod wstał, wziął prysznic i ubrał się na wyjazd. Poprzedniego wieczoru Jane zaciągnęła go na górę, więc teraz próbował pakować się po ciemku, dopóki Jane nie poskarżyła się, że za bardzo hałasuje, i nie zapaliła światła. Kiedy zszedł po schodach, potykając się po drodze, stała już w spodniach dresowych i wielkim swetrze, z rozczochranymi włosami i zaspanymi oczami. Ale to był teraz jej dom, pomyślał. Czuł się coraz pewniej w ich związku, a przyszłość zapowiadała się dobrze.
Gdy patrzył przez okno, Jane objęła go i oparła głowę na jego plecach. Błogą chwilę przerwał przyjazd samochodu. Klakson rozdarł poranną ciszę.
Jest piąta rano, Hope. Trochę ogłady – pomyślał. Jane pocałowała go na pożegnanie, poprosiła, żeby na siebie uważał, po czym stanęła w drzwiach, gdy szedł do czekającej partnerki.
– Dzień dobry, Seoras. Czemu muszę wstawać o tej przeklętej porze, żeby jechać na jakąś imprezę? – spytała ziewająca Hope.
– Przecież to zaszczyt: dwie noce poza domem. Niejeden u nas by się o to bił.
– To niech się biją o moje miejsce. Ja chcę do łóżka.
Macleod roześmiał się i pomachał Jane na pożegnanie, gdy Hope ruszyła powoli ulicą Glasgow. Na zewnątrz było zimno, a wiatr znów zaczynał się wzmagać. Miasto leżało pod śnieżną pierzyną, która skrywała szary brud, lecz przy krawężnikach zmieniała się w mokrą breję.
– Byłeś w ogóle na Lewis od czasu naszej pierwszej sprawy? – spytała Hope, gdy jechali.
– Nie. Zamierzam zabrać tam Jane, niech zobaczy, skąd pochodzę. Niech zobaczy, gdzie umarła moja Hope. Myślę, że to mogłoby mi pomóc.
Macleod poruszył się niespokojnie, gdy to powiedział. Mimo że miał teraz w życiu Jane i tak bardzo cieszył się jej towarzystwem i miłością, wciąż nosił w sobie ból, który nie chciał odejść.
– To dobrze. Wygląda na to, że dobrze wam się układa. Jest naprawdę cudowna, Seoras. Ale ci się trafiło.
– A co z tobą? Naprawdę trudno mi uwierzyć, że jesteś sama, Hope. To znaczy…
Macleod urwał. Omal nie wypalił, jak świetnie wygląda, tyle że w dużo bardziej wulgarny sposób. W dzisiejszych czasach trudniej było prawić kobietom komplementy. Powiedzieć kobiecie, że dobrze wygląda, to już obraza. Uwielbiał w Jane to, że nie miała nic przeciwko temu, jak na nią patrzył, ale Hope nie była jego kochanką i powinien bardziej pilnować języka. W końcu przy takiej kobiecie jak Hope zbyt łatwo było dać się ponieść wyobraźni, zwłaszcza gdy tak blisko się z nią pracowało.
– To znaczy co? – spytała Hope.
– Chodzi mi o twoją osobowość. Jest bardzo zaraźliwa.
Macleod uśmiechnął się w duchu.
– Nieźle wybrnąłeś. Jeszcze zrobimy z ciebie nowoczesnego mężczyznę – powiedziała Hope ze śmiechem.
Wczesnym rankiem lotnisko w Glasgow jak zwykle było zatłoczone. Macleoda irytował ten pośpiech, ta panika, żeby jak najszybciej przejść kontrolę bezpieczeństwa, a potem i tak siedzieć przez pół godziny i czekać na samolot. Zamiast czekać w niewielkiej części terminalu przeznaczonej dla pasażerów lecących na wyspy, zaciągnął Hope do kawiarni i zamówił dwie bułki z boczkiem i kawę. Przez wielkie okna widział pługi śnieżne sunące po pasie startowym i na ten widok aż przeszedł go dreszcz. Dziesięć lat temu zimno mu nie przeszkadzało, ale teraz marzł bardziej niż kiedykolwiek. Hope siedziała obok w długim czarnym płaszczu. Spod rozpiętych połów widać było białą bluzkę. Wyglądała, jakby było jej ciepło. Szczęściara!
Po godzinnym opóźnieniu pędzili już po pasie startowym małym samolotem na trzydzieści kilka miejsc. Hałas silników niemal uniemożliwiał rozmowę podczas lotu. Macleod krzywił się za każdym razem, gdy wpadali w turbulencje, czując się jak na kolejce górskiej. Znów spojrzał na Hope – spokojną, opanowaną, odsłaniającą w uśmiechu niemal idealne zęby. Najlepiej być młodym.
Samolot wylądował na północnym pasie i Macleod zobaczył staroświecką wieżę kontroli lotów, niewielką w porównaniu z tą w Glasgow, a wręcz maleńką przy tej w Edynburgu. Gdy samolot kołował na płytę postojową, dwaj pracownicy obsługi lotniska pomachali w jego stronę. Jeden miał na uszach słuchawki.
W terminalu Macleod zauważył mężczyznę trzymającego tabliczkę z napisem „Macleod / McGrath”. Gdy podszedł, mężczyzna mocno uścisnął mu dłoń, po czym odebrał od nich bagaże. Wyjaśnił, że zanim ruszą dalej, muszą poczekać na jeszcze jednego gościa. Wskazał im miejsca do siedzenia i zaproponował, że przyniesie coś z lotniskowej kawiarni. Macleod odmówił i zapytał, gdzie będzie czekał samochód, bo miał ochotę się przejść.
Mężczyzna pokręcił głową.
– Do posiadłości polecą państwo helikopterem, proszę pana. Zaraz zaniosę państwa bagaże na pokład. Spodziewamy się jeszcze jednego gościa za pół godziny. Proszę tu wtedy wrócić, a zaprowadzę państwa do helikoptera.
Macleod skinął głową i wyszedł z terminalu. W drzwiach obejrzał się na partnerkę rozmawiającą z mężczyzną, który ich powitał. Mężczyzna skupiał na niej całą uwagę, a ona gawędziła z nim swobodnie, bawiąc się włosami. No cóż, w końcu miał helikopter – pomyślał Macleod. Ale Hope po prostu była sobą.
Na zewnątrz było zimno. Macleod szedł w czarnych butach po zaśnieżonym chodniku. Dobrze, że śnieg nie był głębszy, bo inaczej zmarzłyby mu stopy albo by je przemoczył. Po porannych lotach ruch na lotnisku powoli zamierał. Przystanął i patrzył na czerwony pojazd, który jeździł tam i z powrotem po pasie, od czasu do czasu się zatrzymując. Kierowca co jakiś czas wysiadał i wystrzeliwał w powietrze flarę. Ta opadała, po czym wybuchała z głośnym hukiem niosącym się po całym lotnisku. Za którymś razem w powietrze poderwało się wielkie stado gęsi.
Zza chmur wyjrzało słońce, choć wciąż wiał wiatr. Macleod spojrzał na piętrzące się chmury, które zdawały się przesuwać po obu stronach lotniska. Miał nadzieję, że nie przejdą wprost nad lotniskiem, bo spod nich sypało gradem i śniegiem. Wtedy dostrzegł mały odrzutowiec lądujący na pasie i usłyszał, jak Hope go woła.
– To nasz kolejny gość. Wróćmy na chwilę do środka. Ten pan mówi, że po nich pójdzie i nam ich przedstawi.
Gdy tylko znaleźli się w środku, Macleod poczuł, jak ciepło wraca mu na policzki. Spojrzał w stronę wejścia od głównej płyty postojowej, niecierpliwie wyczekując towarzyszy na najbliższe kilka dni. Miał nadzieję, że nie okażą się nudnymi, starszymi biznesmenami, którzy tylko trajkoczą o swoim majątku. Nie należał do cierpliwych słuchaczy.
Macleod patrzył w złą stronę, kiedy przez główne drzwi wszedł pilot z przedstawicielem lotniska i dwojgiem młodych ludzi – młodych przynajmniej w oczach Macleoda. Pierwszym był wysoki czarnoskóry mężczyzna, który, sądząc po wyglądzie, był w życiowej formie. Macleod dałby mu jakieś dwadzieścia pięć lat. Miał na sobie elegancki garnitur o modnym kroju, w jakim Macleod nigdy nie czułby się swobodnie. Buty lśniły, a całości dopełniał stylowy kapelusz, z którego sterczało nawet pióro. Obok niego szła drobna dziewczyna, na oko niespełna dwudziestoletnia lub niewiele starsza, o blond włosach spiętych w kucyk. Ona również miała sportową sylwetkę. Nosiła elegancką bluzkę i spodnie, choć taki opis nawet w połowie nie oddawał szyku jej stroju.
– Proszę państwa, przedstawię teraz wszystkich – oznajmił pilot. – To inspektor Macleod i detektyw McGrath z Police Scotland. A to…
– Aldo Brace i Zara Dawson – wtrąciła Hope. – Bardzo miło was poznać. Mówcie nam po imieniu: Hope i Seoras, przecież nie jesteśmy tu służbowo. Jesteście razem od jakiegoś miesiąca, prawda?
– Tak – powiedziała Zara. – W końcu go zdobyłam.
– Mam słabość do rugbistów – powiedziała Hope. – A do tego reprezentant kraju jak Aldo Brace! No, dziewczyno, ale ci się trafiło!
Zdaniem Macleoda Hope poczynała sobie nazbyt śmiało. I kim właściwie byli ci ludzie? Skąd ona ich znała? Sam też lubił od czasu do czasu obejrzeć mecz rugby, ale Amerykanin? Nie znał żadnych amerykańskich gwiazd rugby. Czy takie w ogóle istniały? Gavin Hastings, owszem, Weir i reszta. Ale Aldo Brace? Nigdy o nim nie słyszałem.
– Miło pana poznać, panie inspektorze – powiedział Aldo, wyciągając rękę do Macleoda, po czym ścisnął mu dłoń tak mocno, jak jeszcze nikt.
– Seoras, po prostu Seoras – powiedział Macleod. – Mnie również bardzo miło. Choć przyznam, że nie orientuję się w dzisiejszym sporcie tak dobrze jak Hope. Mam nadzieję, że mi pan wybaczy. Nie powinien pan być teraz na treningu czy czymś w tym rodzaju? Jeśli gra pan w Europie, sezon zapewne już trwa w najlepsze.
– Kontuzja. Wypadłem z gry na trzy miesiące, Seoras.
– Na moje szczęście – powiedziała Zara, a Macleod pomyślał, że jej uśmiech jest tak szeroki, że zaraz rozsadzi ściany.
– Znasz pozostałych gości? – zapytała Hope.
– Nie, właściwie nie, ale mój agent uznał, że warto tu przyjechać, więc jestem – odpowiedział Aldo.
– A gdzie on, tam i ja – dodała Zara.
Pilot dał znak, że czas ruszać, i poprowadził grupkę na niewielką płytę postojową naprzeciwko wieży kontroli lotów. Wieża wyglądała jak żywcem wyjęta z czasów drugiej wojny światowej. Macleod zauważył łuszczącą się na krawędziach limonkową farbę. Przypomniał sobie budynki, które widział wokół lotniska – wszystkie zielone, zamaskowane przed obserwacją z powietrza. Dziś odbywały się tu już tylko loty komercyjne, ale cieszył się, że pozostały ślady tamtej przeszłości, o której tak niewiele słyszał, gdy dorastał.
Zaprowadzono ich do niewielkiego helikoptera. Macleoda, Hope i Zarę przypięto pasami na tylnych siedzeniach, a Aldo usiadł z przodu obok pilota. Kiedy odlatywali z lotniska, Macleod dostrzegł helikopter ratowniczy straży przybrzeżnej stojący na płycie na północ od dużego zielonego hangaru po wschodniej stronie lotniska. Czuł na sobie wzrok Zary, kiedy wpatrywał się w maszynę.
– Widział pan kiedyś taki w akcji? – zapytała.
Macleod milczał, więc odpowiedziała za niego Hope:
– Tak, robi wrażenie.
– Owszem, robią wrażenie – powiedział Macleod. – Ale widziałem je w akcji już zbyt wiele razy.
Helikopter przeleciał nad lotniskiem i minął port. Patrząc przez okno, Macleod dostrzegł miejsce, do którego wracał myślami przynajmniej raz dziennie. Nigdy o tobie nie zapomniałem, moja droga. Wciąż tak mi przykro.
Helikopter pędził nad białym krajobrazem, w którym gdzieniegdzie ciemniały dachy ogrzane na tyle, że śnieg na nich stopniał. Macleod wiedział, że lecą na Harris, do jednej z tamtejszych posiadłości, ale zorientował się, że najpierw skierowali się wzdłuż wschodniego wybrzeża Lewis, a dopiero gdzieś w okolicach Scalpay odbili ku Harris. Tarbet, miasteczko z portem, z którego kursowały promy na Skye, wyglądało jak z pocztówki. Z wyspami wiązało się tyle dobrych wspomnień, o których przez te wszystkie lata zdążył zapomnieć.
Wśród bieli wyrósł okazały dom, a jedyną niebiałą plamą w zasięgu wzroku był niewielki strumyk płynący po jego wschodniej stronie. W śniegu widniał jednak także pomarańczowy krąg z wielką literą „H” pośrodku. Pilot skierował się prosto ku niemu. Przed lądowiskiem jakiś mężczyzna, opatulony jak w kołdrę, wymachiwał rękami. Gdy helikopter wylądował, Macleoda i resztę towarzystwa wyprowadzono na zewnątrz i poprowadzono przed dom, a następnie przez wielkie drzwi między kolumnami. W środku panowało ciepło. Macleod rozejrzał się po ścianach wyłożonych drewnem, na których wisiały wielkie obrazy i imponujące gobeliny.
Do holu wpadł sprężystym krokiem mężczyzna w kilcie i marynarce. Zaczął energicznie ściskać dłonie nowo przybyłych.
– David Macaulay do usług. Jakże się cieszę, że państwo dotarli! Martwiliśmy się, czy przy tych wichurach helikopter w ogóle doleci. A z drogami tyle kłopotu, więc dobrze, że już państwo są. Mam nadzieję, że wszyscy mają ochotę na trochę zabawy.
Mężczyzna miał kręcone rude włosy. Macleod uznał, że mógłby być twarzą kampanii promującej turystykę, bo mówił z tym szkockim akcentem znanym z telewizji. Tym, na którego dźwięk krzywi się każdy rodowity Szkot, bo nikt tutaj tak nie mówi. Gospodarz miał pewnie sześćdziesiąt kilka lat, a szefowa Macleoda mówiła, że to magnat wydawniczy, człowiek z naprawdę grubą kasą. Sama nie miała pojęcia, dlaczego ją zaproszono, ale okoliczności sprawiły, że nie mogła przyjechać. Wysłała więc Macleoda i McGrath, o których zrobiło się głośno po sprawie morderstw na Lewis. Gospodarz podobno był tym zachwycony.
– A pan musi być inspektorem Macleodem. Wspaniała robota w Stornoway. Na wyspach takie historie nie zdarzają się zbyt często, więc brawo za wyjaśnienie sprawy. Jak rozumiem, pan też pochodzi z Lewis. Świetnie, że pan tu jest! Idealnie się pan nada do tego, co planuję.
– A co konkretnie pan planuje? – spytał Macleod, nie kryjąc braku entuzjazmu. Zostawił Jane, żeby tu przyjechać, i wcale go to nie cieszyło.
– Zobaczy pan! Ach, i detektyw McGrath. Wykazała się pani niesamowitą odwagą, utrzymując tę dziewczynę na powierzchni wody. Przeżyła dzięki pani.
– Dzięki nam obojgu, proszę pana. Jesteśmy zespołem.
– Ależ oczywiście – powiedział mężczyzna. – Ale to pani jest ładniejszą częścią zespołu, jeśli mogę tak powiedzieć, i bez wątpienia w dużej mierze także jego mózgiem. A pan Brace, co za zaszczyt. Tyle razy pisaliśmy o panu na naszych łamach. I przywiózł mi pan jeszcze pannę Dawson. Cóż za przyjemność, są państwo po prostu idealną parą ze świata show-biznesu. Tak się cieszę, że państwa goszczę.
Mężczyzna rozejrzał się, jakby czegoś szukał, po czym wypadł przez pobliskie drzwi i po chwili wpadł z powrotem.
– Dobrze, dobrze. Kyle ma państwa bagaże i zaprowadzi państwa do pokoi. Nie byłem pewien, czy życzą sobie państwo osobnych pokoi – powiedział, patrząc na młodszą parę. – Na wszelki wypadek przygotowaliśmy ich dość, żeby każdy z państwa mógł mieć własny. W pokojach czekają eleganckie stroje. Proszę je włożyć i dołączyć do mnie na dole, w bibliotece. Trzeba przejść przez te drzwi, a potem jeszcze przez dwoje kolejnych. Jestem pewien, że trafią państwo bez trudu, a jeśli nie, Kyle wszystkich odnajdzie.
Przez główne drzwi weszła jakaś kobieta i szepnęła coś Macaulayowi do ucha. Ten skinął głową, po czym przytrzymał ją za ramię, zanim zdążyła odejść.
– To, moi drodzy, pani Smith, moja gospodyni. Zadba o wszystko, czego będą państwo potrzebować, a jej syn Kyle jest naszym kucharzem. Proszę mi wierzyć, to wschodząca gwiazda, więc czekają państwa prawdziwe przysmaki. Ale odbiegam od tematu, a musimy się pospieszyć, żeby zacząć punktualnie. Proszę więc udać się do swoich pokoi, a ja poczekam na państwa w bibliotece. I proszę się pięknie wystroić, moi drodzy.
Mężczyzna wypadł przez te same drzwi, którymi wszedł, zostawiając gości nieco zdezorientowanych. Pani Smith przejęła inicjatywę i poprosiła, by wszyscy poszli za Kyle’em, a jej mina jasno dawała do zrozumienia, że nieposłuszeństwo zostanie surowo ukarane.
Macleod rozejrzał się, ignorując uniesione brwi Hope, i jako ostatni ruszył po drewnianych schodach za ich przewodnikiem. Dom miał co najmniej trzy kondygnacje, a gości zaprowadzono na najwyższą. Z obszernego podestu prowadziły drzwi do wielu pokoi. Macleod czekał tam z Hope, podczas gdy Kyle pokazywał Aldo i Zarze ich pokój. Kiedy Kyle stamtąd wypadł, Macleod ledwie za nim nadążał. Kyle od razu otworzył drzwi naprzeciwko, oznajmiając, że ten pokój zachwyci każdą parę.
– Przepraszam, Kyle, ale my nie jesteśmy razem – powiedział Macleod. – Jesteśmy partnerami, owszem, ale nie parą.
Kyle wyglądał na zdezorientowanego, więc Hope przyszła mu z pomocą.
– Koledzy, Kyle. Koledzy z pracy, nic więcej. Widzi pan, on po prostu nie jest zainteresowany.
Kyle uniósł brwi. Zanim zaprowadził Hope do jej pokoju, poprosił Macleoda, by zaczekał na miejscu. Zabrał też kilka sztuk odzieży i Macleod został sam.
W pokoju stało wspaniałe łóżko z baldachimem, a klasyczny wystrój pasowałby do szalonych lat dwudziestych. Obok uroczej lampy stojącej i obitego tkaniną fotela znalazły się jednak także całkiem nowoczesne udogodnienia, takie jak telewizor z dużym ekranem i sprzęt grający. Macleod zauważył na ścianie gniazda USB. Za to za niewielkimi drzwiami kryła się łazienka jak z minionej epoki. Spłuczka miała nawet tradycyjny łańcuszek, ale gdy Macleod przyjrzał się jej bliżej, dostrzegł na zbiorniku nazwę współczesnego producenta.
Wrócił do pokoju i rozpakował małą walizkę. W szafie i komodzie w dawnym stylu było niewiele miejsca na ubrania. Macleod starannie ułożył przybory do golenia, po czym usiadł w fotelu. Był to solidny mebel, wykonany z pieczołowitością przez prawdziwego rzemieślnika. Mógłby tu siedzieć godzinami, gdyby tylko miał przy sobie dobrą książkę.
Nie oglądał jednak pokoju w poszukiwaniu czegoś podejrzanego. Po prostu starał się nie patrzeć na leżący na łóżku strój, który zostawił mu gospodarz. Już sama zapowiedź jakiejś gry, a przynajmniej przebieranek, wprawiła go w oburzenie. Był za stary na takie błazeństwa, zwłaszcza że mógłby siedzieć w domu ze swoją Jane. Mimo to zaczął z ciekawością zerkać w stronę łóżka.
Zobaczył elegancki garnitur i kapelusz z szerokim rondem, co natychmiast przywiodło mu na myśl klasyczne czarno-białe filmy. Coś takiego mógłby nosić Humphrey Bogart w Sokole maltańskim. Był tam też obszerny trencz. Macleod od razu rozpoznał strój detektywa. Na łóżku leżała karteczka z przekreślonym nazwiskiem, obok którego delikatnym pismem dopisano jego własne. A więc ten strój miał być dla męża szefowej.
Rozległo się pukanie do drzwi i Macleod z ulgą poszedł otworzyć, byle tylko nie musieć się jeszcze przebierać. Hope stała w spodniach, kremowej bluzce i prostych czółenkach. Na nosie miała okulary w grubych czarnych oprawkach, zsunięte – jak zauważył Macleod – tak, by mogła spoglądać znad nich. Wyglądała świetnie, jak we wszystkim, co nosiła, ale tym razem sprawiała wrażenie raczej kompetentnej niż zadziornej.
– A za kogo masz być przebrana? – zapytał Macleod.
– Za kulturalną bibliotekarkę. Nie widać? Moim zdaniem całkiem szykownie. Ale czemu ty się jeszcze nie przebrałeś? Zapowiada się niezła zabawa.
– Jeśli jest tu whisky, to chyba zacznę pić, Hope. Co to w ogóle za bzdury? Szefowa będzie się musiała gęsto tłumaczyć. Sama się z tego wykręciła, i to specjalnie.
– A tobie co dali? – spytała Hope, mijając Macleoda i podnosząc ubranie z jego łóżka. – O rany, w tym będziesz wyglądał świetnie. Uwierz mi, zrobisz furorę. Zresztą i tak masz coś z Sama Spade’a.
Macleod spojrzał na Hope spode łba. Droczyła się z nim i dobrze o tym wiedział. Ale robiła to z uśmiechem i tak rozbrajającym spojrzeniem, że trudno było się na nią złościć. Widać było, że to jej żywioł.
– Idę przypudrować nos, a potem stawisz się pod moim pokojem. Nie każ damie czekać.
– Wiesz, że to ja tu rządzę – powiedział Macleod, przytrzymując jej drzwi.
– Czasami – odparła Hope z uśmiechem i wyszła.
Macleod poszedł do swojej łazienki i umył twarz. Wczesne wstawanie należało zostawić młodszym. A może to przez zarywanie nocy. Ktokolwiek twierdził, że starsi ludzie potrzebują mniej snu, był kłamcą. Wyjął kosmetyczkę, nałożył na twarz trochę pianki i ostrożnie się ogolił. Rano tego nie zrobił. Choć zarost ledwie było widać, i tak czuł, że musi być gładko ogolony.
Włożył przygotowany strój i stanął przed wysokim lustrem w pokoju. Pomyślał, że chyba wygląda całkiem przystojnie. Garnitur naprawdę dobrze leżał, a z lustra patrzył na niego detektyw z dawnych czasów. Zsunął kapelusz odrobinę na czoło. Cóż, skoro już miał brać udział w tej szopce, równie dobrze mógł spróbować się przy tym bawić. Fabuła całej zabawy z pewnością okaże się dziecinna. Sądził, że czekała ich jakaś zagadka – po co inaczej byliby potrzebni detektywi?
Rozległo się pukanie do drzwi i zawołał, żeby wejść. Hope wkroczyła do środka i gwizdnęła z uznaniem.
– A nie mówiłam! Wiedziałam, że będziesz w tym świetnie wyglądał.
– Masz pojęcie, o co w tym wszystkim tak naprawdę chodzi? – zapytał Macleod.
– Też mi detektyw. Nie przeczytałeś kartki leżącej obok? – powiedziała Hope.
– Nie, goliłem się.
– Najpierw uroda, potem obowiązki, co? – Spojrzała na niego znad okularów, a on przyglądał jej się z przyjemnością.
– Może trafią się tu jacyś goście z grubym portfelem – powiedział Macleod. – Może uśmiechnie się do ciebie szczęście. Wrócisz do domu z jakimś miliarderem.
– Moje życie prywatne to nie twoja sprawa – odparła, zamaszystym krokiem podchodząc do lustra. – Ale masz rację, wyglądam obłędnie. Dziwię się, że Jane puściła cię tu ze mną.
Macleod podniósł wzrok i zobaczył jej szelmowski uśmiech. Hope wcale nie była aż tak próżna. Na widok zaczepnego błysku w jej oczach sam też się uśmiechnął.
– Dobrze, że mi ufa.
– Raczej mnie – powiedziała Hope. – No chodź, rozkręćmy tę imprezę. Pewnie niedługo podadzą lunch. Dochodzi już dwunasta.
Macleod zerknął na zegarek. Kwadrans po jedenastej. Hope musi być głodna, pomyślał. Podał jej ramię, a ona wzięła go pod rękę.
– Rozdawali klucze do pokojów? – spytał Macleod. – Czy coś przegapiłem?
– Tak, przegapiłeś. Ale właściwie co ktoś miałby ci tu ukraść? Chodź już.
Macleod miał przy sobie portfel i telefon, więc uznał, że Hope ma rację. Zamknął za sobą drzwi, sprowadził ją po schodach i odnalazł drzwi do biblioteki. Kiedy wszedł, zobaczył mnóstwo ludzi w strojach z epoki, a na drugim końcu sali swojego gospodarza. Mężczyzna wspiął się na krzesło i zastukał łyżeczką w małą szklankę.
– A oto i nasi detektywi, więc zaczynajmy.
– Wybaczcie, przyjaciele, że stoję na krześle, ale dzięki temu wszystkim będzie mnie trochę lepiej widać. Przede wszystkim pozwólcie, że serdecznie powitam was tu, na Harris, w naszej posiadłości – jednej z największych w okolicy, którą nabyłem dwa lata temu. Nie zawiodłem się.
David Macaulay uśmiechnął się szeroko i napawał się uznaniem, jakie wzbudzało jego ogromne bogactwo. Powiódł wzrokiem po pokoju, jakby chciał dobrze przyjrzeć się zgromadzonym gościom.
– Zapewne zastanawiacie się, co zaplanowałem na ten weekend. Większość z was zna mnie z interesów albo przynajmniej wie, kim jestem. Jak dotąd nikt z was nie znalazł się w gronie moich najbliższych przyjaciół. Nie żebym kogokolwiek celowo wykluczał – po prostu wcześniej się nie spotkaliśmy. Ale zgromadziłem was tutaj z konkretnego powodu. Otóż z tym domem jest pewien problem.
Macleod wpatrywał się dotąd w książki zapełniające liczne regały biblioteki, znudzony całym przedstawieniem. Na wzmiankę o problemie nadstawił jednak uszu. Odwrócił się ku gospodarzowi i zobaczył, jak ten marszczy brwi. Macaulay nadal miał na sobie kilt i marynarkę, choć strój był staromodnego kroju.
– Widzicie, przyjaciele, niektórzy twierdzą, że to miejsce jest nawiedzone, ale ja się z tym nie zgadzam. To coś więcej niż nawiedzenie. Coś innego przenika tu spoza naszego świata, być może z innego obszaru przestrzeni albo czasu. W tym domu dochodziło do dziwnych zdarzeń… Wyczuwano obecność innych istot, przedmioty zmieniały miejsce, ludzie znikali. Zawiadomiłem miejscową policję, ale mają mnie za wariata. Właśnie dlatego potrzebowałem kilku z najlepszych detektywów w kraju.
Nie, nie, nie! Tylko nie rola gwiazdy – pomyślał Macleod. To będzie jedna z tych idiotycznych, domorosłych zagadek, które w ogóle się nie kleją, a na koniec spróbują zrobić ze mnie dupka.
– Inspektor Macleod i urocza detektyw McGrath z Glasgow. To oni prowadzili śledztwa w sprawie morderstw na Lewis i Black Isle. Najlepsi – jak zapewnił mnie komendant główny.
Już na początek bzdura – pomyślał Macleod. Niby kiedy komendant główny raczył się ze mną spotkać?
– Mam tylko nadzieję, że zdołają mi państwo pomóc. Pozostałych zaprosiłem ze względu na fachową wiedzę, oczywiście wraz z osobami towarzyszącymi. Pozwólcie, że wszystkich przedstawię – ciągnął Macaulay.
Zeskoczył z krzesła, a goście rozstąpili się, tworząc krąg z Macaulayem pośrodku. Wyciągnął rękę i chwycił łysego mężczyznę, któremu takie obcesowe traktowanie wyraźnie nie przypadło do gustu. Mężczyzna miał na sobie długi płaszcz, zielone spodnie i białą koszulę. Macleod uznał, że wygląda jak malarz z dawno minionej epoki.
