Uzyskaj dostęp do tej i ponad 240000 książek od 14,99 zł miesięcznie
51 osób interesuje się tą książką
Na odludziu i pośród burzy nikt nie usłyszy twojego krzyku.
Leśny domek Casey nie przetrwa tej nawałnicy. Dach trzeszczy, światła migoczą, a drzewa złowrogo gną się na wietrze. Jednak to nie żywioł przeraża kobietę najbardziej. Prawdziwy strach budzi dziewczynka, która nagle pojawia się pod oknem. Jest sama. I cała we krwi.
Nie chce wyjawić, skąd się wzięła ani puścić noża, który kurczowo ściska w dłoni. A gdy w środku nocy Casey dokonuje przerażającego odkrycia, sytuacja staje się jeszcze groźniejsza.
Nieproszona gościni ukrywa mroczny sekret. Taki, dla którego jest gotowa zabić. Jeśli Casey zbytnio zbliży się do prawdy, może nie dożyć świtu.
W tej dusznej, śmiertelnie niebezpiecznej opowieści o przetrwaniu i desperacji Freida McFadden testuje, jak daleko posunie się człowiek, by ocalić własne życie.
I jakie konsekwencje niesie za sobą ratunek za wszelką cenę…
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 339
Rok wydania: 2026
Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Tytuł oryginału: The Intruder
Copyright © 2025 by Freida McFadden
First published in 2025 by Sourcebooks, Poisoned Pen Press
Copyright © Wydawnictwo Poznańskie sp. z o.o., 2026
Copyright © for the Polish translation by Elżbieta Pawlik, 2026
Redaktorka inicjująca: Marta Kujawa
Redaktorka prowadząca: Joanna Zalewska
Marketing i promocja: Karolina Guzik
Redakcja: Paulina Jeske-Choińska
Korekta: Agnieszka Czapczyk, Lidia Kozłowska
Projekt okładki i strony tytułowe: Tomasz Majewski
Fotografie na okładce: © Tristen Lee | Unsplash
© Michał Mancewicz | Unsplash
© Nicolas Solerieu | Unsplash
© pine watt | Unsplash
Fotografia autorki na skrzydełku: © Mira Whiting
Zezwalamy na udostępnianie okładki książki w internecie.
ISBN 978-83-69003-14-6
CZWARTA STRONA
Grupa Wydawnictwa Poznańskiego sp. z o.o.
ul. Fredry 8, 61-701 Poznań
tel.: 61 853-99-10
www.czwartastrona.pl
Choć moje książki to thrillery, czyli gatunek, który z założenia skłania się ku mroczniejszym tonom, staram się, by pozostawały możliwie najbardziej przyjazne dla czytelników w każdym wieku. Nie znajdziecie w nich drastycznych scen przemocy ani dosłownych opisów seksu. (Głównie dlatego, że wiem, iż będą je czytać także członkowie mojej rodziny!)
Ludzie jednak różnie reagują na różne treści, a niektóre z moich książek poruszają tematy bardziej kontrowersyjne. Z tego powodu przygotowałam listę ostrzeżeń dotyczących treści we wszystkich moich thrillerach. Można ją znaleźć pod tym linkiem:
https://www.freidamcfadden.com/content-warnings/
To pomocne źródło zarówno dla czytelników, którzy chcą zadbać o swój komfort psychiczny, jak i dla rodziców, których dzieci sięgają po moje książki. Warto jednak pamiętać, że w kilku przypadkach takie ostrzeżenia mogą zdradzać istotne zwroty akcji pojawiające się w fabule.
Mając to na uwadze, życzę wam bezpiecznej i fascynującej podróży w głąb mojej wyobraźni!
Teraz
Casey
Prawdopodobieństwo, że w ciągu najbliższej doby dach wynajmowanego przeze mnie domku zawali się i mnie zabije, wynosi co najmniej pięćdziesiąt procent.
Jest to dość trafna metafora całego mojego życia.
Lecz o ile z moim pokiereszowanym życiem niewiele mogę zdziałać, o tyle sprawa dachu jest łatwiejsza do ogarnięcia. Przez ostatni miesiąc wydzwaniałam do Rudy’ego, od którego wynajmuję domek, żeby przyjechał i przynajmniej spróbował coś z nim zrobić. Nie było dnia, żebym nie znajdowała na ścieżce otaczającej domek kolejnych kawałków papy, i jestem przekonana, że któregoś dnia, siedząc na kanapie w salonie, będę mogła spojrzeć prosto w księżyc.
Kilka dni temu moje telefony stały się bardziej natarczywe. Zbliża się burza i jeśli ten dach zaraz nie zostanie naprawiony, mogę umrzeć. Kazałam więc Rudy’emu spiąć pośladki i tu przyjechać – natychmiast. Nie byłam miła, ale powiedziałam, co musiałam.
Teraz, dziesiątki wiadomości później, Rudy jest tu wreszcie we własnej osobie.
Stoimy ramię w ramię przed domkiem, a Rudy wpatruje się zmrużonymi niebieskimi oczami z opadającą powieką w mój dach. Jest wychudzonym mężczyzną po pięćdziesiątce, który wygląda, jakby spożywał tylko jeden, maksymalnie dwa stałe posiłki dziennie. Drapie się po siwym zaroście na brodzie i poprawia zniszczoną szarą czapkę z daszkiem, z którą się nie rozstaje. Jak zwykle cuchnie papierosami. Kiedy wprowadziłam się do tego domku, smród był obezwładniający i cały tydzień zajęło mi wywietrzenie go. Mimo to jeszcze miesiąc później wyczuwałam go w niektórych meblach.
– Jak dla mnie, wygląda w porządku, Casey – stwierdza.
Zaciskam pięści z ledwie opanowywanej wściekłości.
– Jak? Jakim sposobem to wygląda dla ciebie w porządku? Przecież masz tu koło nóg dziesiątki odpadniętych płatów papy!
Pozbierałam wcześniej te prostokątne odpadki na kupkę i wskazuję teraz na nią gniewnym gestem. Nie do końca rozumiem, jak skonstruowany jest dach, ale wiem na pewno, że te rzeczy powinny się trzymać. Fakt, że odpadają, nie świadczy dobrze o stanie budynku.
Na szczęście teraz prognozują zwykłą burzę z ulewą. Ale jak za jakiś miesiąc zacznie sypać śnieg? Biada mi. Któregoś ranka obudzę się w zaspie.
Żałuję, że nie mogę sobie pozwolić na porządną, odosobnioną chatkę w lesie.
– To nie jest bezpieczne – upieram się.
– Za bardzo się przejmujesz. – Rudy wyciąga z tylnej kieszeni spodni paczkę papierosów i zanim zdążę go poprosić, żeby tego nie robił, odpala jednego i zaciąga się głęboko. Nigdy nie widziałam, żeby wytrzymał dłużej niż dwie minuty bez palenia. – Musisz nauczyć się trochę relaksować, Casey.
Nauczyć się relaksować. Taki był mój cel, gdy wprowadzałam się do tego domku w Głuszy w stanie New Hampshire. Liczyłam na spokój i ciszę i dokładnie to dostałam. Nawet mimo ćwierkających ptaków i postukujących w drzewa dzięciołów jest tu tak cicho, że nic nie odrywa mnie od rozpamiętywania katastrofy, jaką stało się moje życie.
Przyjechałam tutaj po tym, jak straciłam pracę nauczycielki. Miałam pomysł, żeby przez jakiś czas pomieszkać z dala od cywilizacji, ale potem się dowiedziałam, co naprawdę oznacza życie bez dostępu do mediów. I chociaż nie mam nic przeciwko odrobinie survivalu, niekoniecznie miałam ochotę budować przydomową oczyszczalnię ścieków. Więc oto jestem i NIE żyję z dala od cywilizacji – mam elektryczność, bieżącą wodę (zimną i ciepłą) oraz działający telefon stacjonarny. Za to nie mam telewizora i z pogardą wspominam czasy, gdy mój smartfon był przyklejony do prawej dłoni. Sprzedałam go przed przeprowadzką tutaj.
Życie poza cywilizacją jest świetne. Dopóki możesz korzystać z toalety. Aha, no i zdecydowanie potrzebujesz dachu.
Zaciskam zęby.
– Ten dach ma być naprawiony, Rudy.
Wolałabym być wszędzie, byle nie tutaj. A zwłaszcza chciałabym być z powrotem w Bostonie, w sali lekcyjnej. Tęsknię za moimi uczniami. Zrobiłabym wszystko dla tych dzieciaków.
Jednak to właśnie z tego powodu wpadłam w kłopoty.
– Nie tak prędko, paniusiu – mówi Rudy. – Nie mogę teraz naprawić dachu. Zbliża się burza.
Zaciskam pięści. WIEM, że dziś ma być burza. Będzie lało jak z cebra, a wiatr ma być tak silny, że prawdopodobnie odetnie mi prąd. Wspominałam o tym w każdej z moich coraz bardziej natarczywych rozmów telefonicznych z Rudym.
– Cóż – odpowiadam przez zaciśnięte zęby. – Właśnie dlatego chcę, żebyś go naprawił.
– Tak, ale nie mam ze sobą narzędzi – zauważa. – Ani drabiny.
– Dlaczego nie, do diabła? Przecież mówiłam ci, że trzeba naprawić dach.
– Najpierw musiałem na to zerknąć, co nie? – Rudy ponownie zaciąga się papierosem. – Naprawię go po burzy, okej? W przyszłym tygodniu.
Nie podaje dokładnej daty ani godziny, co jest dla niego typowe. Na sto procent zadzwoni do mnie z godzinnym wyprzedzeniem i jeśli okaże się, że tego dnia akurat nie będzie mnie w domu, po prostu nie naprawi mi tego cholernego dachu. Będę musiała czepiać się go do upadłego, zanim w końcu weźmie się do roboty.
– Jeszcze jedno… – dodaję.
Rudy jęczy zniecierpliwiony.
– Jest tego więcej?
Mierzę go spojrzeniem. W skali od jednego do dziesięciu Rudy dostaje dwójkę jako gospodarz domu. Nie tylko nie odpowiada na moje wiadomości, ale też nie wierzy, że z czymkolwiek może być problem. Kiedy kilka miesięcy temu lodówka tak po prostu przestała działać, jego odpowiedź brzmiała: „Cóż, kiedy się wprowadzałaś, to działała”.
– Martwi mnie to drzewo – informuję go.
Rudy przekręca głowę w stronę, w którą wskazuję, na drzewo rosnące na skraju mojej posesji. Nie wiem, co to za gatunek, ale pień jest szerszy niż trzy mnie i góruje nad domkiem.
– A co konkretnie martwi cię w tym drzewie? – pyta protekcjonalnym tonem.
Podchodzę do winowajcy w moich kaloszach i przyciskam dłoń do kory. W reakcji na nacisk drzewo wydaje groźny jęk i przechyla się o jakieś pięć centymetrów.
Rudy marszczy brwi.
– No i?
– Drzewa nie powinny się tak ruszać.
– Czasami się ruszają.
– Nie, Rudy. Drzewa są nieruchome.
Zaciąga się głęboko papierosem i wydmuchuje ogromną chmurę dymu.
– Dobra. Wezwę ogrodnika. Zadowolona?
Nie. Będę zadowolona, kiedy to drzewo zniknie. Martwiłam się z jego powodu przez ostatni miesiąc, a teraz, kiedy zbliża się burza, mój niepokój staje się coraz większy.
Spoglądam na dach domku. Przypuszczam, że wytrzyma. A drzewo się pewnie nie przewróci. Prawdopodobnie nie umrę dzisiaj.
A jeśli nawet, to dobra wiadomość jest taka, że nikt nie będzie za mną tęsknił.
Rudy myśli, że już skończyliśmy. Przyjechał, zapewnił mnie co do stanu dachu i wygląda na to, że według niego to koniec jego zobowiązań. Mam ochotę kopnąć go w goleń, ale to niczego nie naprawi. Powinnam była zająć się tym sama, kiedy zaczęło do mnie docierać, że prawdopodobnie nie przyjedzie, ale naprawa dachu to nie jest łatwa sprawa. Pewnie są jakieś filmiki na YouTubie, ale bez internetu nic nie zdziałam.
Nie wiem, czy to przez niepokój na mojej twarzy, czy przez zaciśnięte pięści, ale Rudy dodaje:
– Domkowi nic nie będzie. Nigdy nie naraziłbym cię na niebezpieczeństwo, Casey.
Rzucam mu sceptyczne spojrzenie.
– Naprawdę – upiera się. – Wyobrażasz sobie te pozwy, jakie by mi spadły na głowę, gdybyś zginęła przez zawalony dach?
– Rany, od razu mi ulżyło.
Nie ma pojęcia, że gdyby coś takiego się stało, nie miałby go kto pozwać.
– Obiecuję ci – oświadcza – że dach przetrzyma tę burzę. A to stare drzewo nigdzie się nie wybiera.
– Cieszę się, że jesteś tego taki pewien.
Niestety, na tym etapie jest już za późno na poważne naprawy. Burza ma się zacząć wieczorem. Myślałam, że mógłby wzmocnić ten dach chociaż na tyle, żeby przetrwał te najmocniejsze prognozowane podmuchy, ale silny powiew wiatru, który właśnie wdarł mi się pod kurtkę, uświadomił mi, że czas na jakiekolwiek prace na wysokości już minął.
– Mam pomysł, słonko. – Rudy wydmuchuje dym prosto w moją twarz. – Co powiesz na to, żebyśmy się wybrali na drinka w przyszłym tygodniu, a potem zobaczę, co da się zrobić z tym dachem?
Nie wiem nawet, od czego zacząć wyjaśnienia, że to jest niewłaściwe na wszystkich możliwych frontach. Po pierwsze, jaki kretyn wypija kilka drinków PRZED wspięciem się na dach? Po drugie, nie zamierzam umawiać się z Rudym, jest prawie w wieku mojego ojca i robi mi się niedobrze na myśl, że miałby dotykać mnie po udzie pod stołem w jakimś podrzędnym barze.
Jak ja się w to wpakowałam?
– A co powiesz na to – cedzę przez zaciśnięte zęby – żebyś po prostu naprawił ten cholerny dach, do czego zobowiązuje cię umowa najmu?
Szczerzy się do mnie swoimi żółtymi zębami. Cóż, większość z nich jest żółta – jeden z siekaczy jest bowiem czarny.
– Mój pomysł jest ciekawszy.
Wzdrygam się na widok jego wzroku, którym pożera moje ciało, chociaż zakutane w zimową kurtkę i dżinsy pozostawia duże pole dla wyobraźni. Gdy podpisywałam dokumenty związane z najmem, dokładnie tutaj, w tym domku, nachylił się nade mną, żeby mi pokazać, gdzie mam złożyć podpis, i poczułam jego gorący oddech na szyi. „Przypadkiem” można musnąć kobietę po piersiach tylko określoną liczbę razy – potem staje się jasne, że to wcale nie jest przypadek.
Powinnam była od razu podrzeć tę umowę. Ale rozpaczliwie potrzebowałam miejsca do życia, a cena była odpowiednia. Mam mocno ograniczone możliwości, wziąwszy pod uwagę, że moje przychody wynoszą okrągłe zero.
– Nie, dziękuję – odpowiadam najspokojniej, jak potrafię.
Lodowaty ton mojego głosu nie ściera jednak lubieżnego uśmiechu z jego twarzy. Przez siedem miesięcy, odkąd tu mieszkam, nie zdarzyło się jeszcze ani razu, żeby podczas naszego spotkania nie próbował do mnie podbijać. Na szczęście rzadko się z nim widuję. Gdyby ten domek nie był taki tani, do tej pory już dawno bym się stąd wyprowadziła.
– Posłuchaj… – Mierzy mnie spojrzeniem z głodnym wyrazem twarzy. – Jeśli tak bardzo martwisz się o ten dach, serdecznie zapraszam cię do mojego domu w mieście.
Już lecę. Nie zamierzam spędzać nocy na odganianiu się od Rudy’ego. Już wolałabym dać się porwać trąbie powietrznej.
– Podziękuję.
– Daj spokój, Casey. – Jego obleśne spojrzenie sprawia, że nawet pod grubą warstwą ubrań przechodzą mnie ciarki. – Założę się, że nie masz nawet zapasów, żeby przetrwać burzę.
Mam mnóstwo zapasów. Nawet gdy nie widać żadnej burzy na horyzoncie, mam spiżarnię zapakowaną po sam dach konserwami, butelkowaną wodą, dziesiątkami świec i artykułami pierwszej potrzeby oraz latarkę tak jasną, że gdybyście poświecili nią sobie w oczy, groziłaby wam utrata wzroku. Zawsze jestem gotowa na najgorsze.
– Jestem przygotowana – odpowiadam cierpko.
– Mimo wszystko. – Stoi sztywno, nie naprawia mojego dachu i nie wykazuje najmniejszej ochoty opuszczenia mojej posesji. Wkurza mnie to. – Ze mną będziesz bezpieczniejsza. A jeśli zabraknie prądu… – puszcza do mnie oko – będziemy mogli ogrzewać się nawzajem.
Mam ochotę mu powiedzieć, że wolałabym, żeby sufit spadł mi na głowę, ale właściwie teraz zależy mi już tylko na tym, żeby sobie poszedł. Nie zamierza naprawić mi dachu, a jego obecność tylko mnie irytuje.
– No weź. – Zarzuca mi rękę na ramię w sposób, który jest zdecydowanie zbyt poufały jak na obleśnego gospodarza. – Nie przyjmuję odmowy, Casey.
Zanim poszłam do college’u, mój tato uparł się, że pokaże mi parę chwytów samoobrony, które opanował na potrzeby zajęć, których uczył. Pokazał mi dokładnie taką pozycję i do dziś pamiętam, co mi wtedy powiedział: „Jeśli jakiś facet obejmie cię za ramię, żeby się do ciebie dobrać, bardzo łatwo możesz się od niego uwolnić”.
Jego rada? „Zamiast go odpychać, wykorzystaj jego ruch przeciwko niemu”.
Zarzucam lewą rękę na jego ramię i napieram na niego. Następnie chwytam za jego prawe przedramię prawą ręką i wykręcam mu rękę za plecy. Potem kopię go w tył kolana, aż z jękiem bólu upada na ziemię. Papieros wypada mu spomiędzy warg.
Tato powiedział, że w takiej sytuacji następnie powinnam się wycofać i uciec, ale dokąd mam uciekać? To MÓJ dom.
Więc zamiast tego siadam na nim i przytrzymuję jego ręce za plecami. Dociskam kolanem jego lędźwie, żeby musiał opuścić twarz na ziemię, po czym zwiększam nacisk na prawej ręce i wykręcam mu bark.
– Co ty, do diabła, robisz, Casey? – warczy Rudy, prawdopodobnie z ustami pełnymi ziemi. – Odbiło ci?
Wykręcam jego rękę jeszcze o parę milimetrów i tym razem rozlega się jego krzyk.
– Złamiesz mi rękę! – wścieka się.
Nachylam się do jego ucha, żeby teraz to on poczuł mój oddech, chociaż mój nie śmierdzi tak jak jego.
– Nie waż się mnie więcej dotykać. Nigdy. Rozumiesz?
– Jezu, coś ty taka nerwowa?
Wykręcam mu rękę jeszcze bardziej i czuję, jak ścięgna się naciągają, grożąc pęknięciem.
– Pytałam, czy rozumiesz.
– Tak! – Kiedy tym razem wydaje z siebie okrzyk, jego twarz przybiera jasnoczerwoną barwę. W strąkowatych włosach ma błoto. – Chryste Panie, tak! Puść mnie!
– I naprawisz mi dach – dodaję. – Jak tylko burza się skończy, przyjedziesz tutaj i naprawisz ten cholerny dach. – Kiedy nie odpowiada, znów naciskam na jego rękę. – Tak?
– Tak! Jak sobie życzysz!
Czekam jeszcze parę sekund, nie zwalniając naporu na jego ręce, jego twarz zanurzona jest w miękkiej ziemi. Mówię sobie, że jeśli złamię mu rękę, to już na pewno nie naprawi mi dachu. Poza tym właśnie poczułam kroplę deszczu. Z westchnieniem puszczam więc jego ramię i uwalniam go.
Leży jeszcze przez chwilę, ciężko łapiąc oddech, po czym niepewnie się podnosi. Patrzy na mnie wilgotnymi niebieskimi oczami i masuje obolały bark.
– Co jest z tobą, ty walnięta suko?
Zakładam, że to pytanie retoryczne.
– Do zobaczenia za dwa dni, gdy przyjdziesz naprawić dach – mówię krótko.
Czekam, aż mi odmówi. Albo znów mnie zaatakuje, co właściwie sprawiłoby mi frajdę, ponieważ jestem przekonana, że dałabym sobie z nim radę. Jest ode mnie dwadzieścia lat starszy, tylko odrobinę wyższy, a na dodatek ma niewyrobione mięśnie, a teraz jeszcze obolałą rękę. Śmiało.
Ale musiał zobaczyć coś w moim wzroku, ponieważ spuszcza głowę i potakuje.
– Dobra. Wrócę, jak skończy się burza. – A potem dodaje: – Jeśli uda ci się przeżyć.
Nie wiem, czy to groźba, czy zwykłe stwierdzenie faktu, ponieważ spędzę tę noc sama w małym domku z uszkodzonym dachem i przy porywistym wietrze. Przyglądam się ściągniętej twarzy Rudy’ego i zastanawiam się, czy poczuje kiedyś potrzebę, żeby mi się odwdzięczyć za wciśnięcie jego gęby w piach. Wygląda na mściwego typa.
Cóż, po to właśnie mam pistolet.
Po powrocie do domku włączam radio. Doniesienia o burzy zdominowały pasmo lokalnych wiadomości.
Grzmoty i błyskawice. Porywy wiatru dochodzące do stu kilometrów na godzinę. Nie wyjeżdżać na drogi, chyba że okoliczności będą tego wymagały.
Liczyłam na to, że sytuacja się odwróci. Nie wiem, może front zmieni kierunek albo wiatr straci na sile. Czasami tak się zdarza – wydaje się wam, że będzie katastrofa, a kończy się na zwykłej ulewie. Jednak wnioskując z napięcia w tonie spikera, tym razem będzie ostro.
Wyglądam przez okno. Furgonetki Rudy’ego już nie ma na podwórzu, co oznacza, że musiał odjechać. Wychodzę na zewnątrz, żeby zerknąć w niebo i upewnić się, że obejście jest zabezpieczone. Chmury są teraz ciemniejsze i blokują promienie słońca, które jeszcze dziś rano tak pięknie świeciło. Wielka chmura wisząca tuż nad moją głową wygląda, jakby coś mrocznego i niebezpiecznego spoglądało na mnie złowrogo.
Uderza we mnie nagły podmuch wiatru. Unosi pasma mojego brązowego kucyka z karku i wydaje się przenikać przez grubą warstwę puchowej kurtki, jakby była uszyta z papieru. Drżę. W każdej chwili te przerażające chmury mogą się oberwać i zaleje mnie wodospad deszczu.
Na szczęście nie zostało mi już wiele do zrobienia. Zbieram kilka dużych gałęzi leżących luzem na ziemi, które mogłyby stanowić zagrożenie, oraz tanią, ręczną kosiarkę do trawy, którą kupiłam, gdy tu zamieszkałam. Zanoszę gałęzie i kosiarkę do szopy na narzędzia stojącej na skraju posesji.
Rzadko używam tej szopki. Właściwie stoi pusta, może poza jakimiś starymi, zardzewiałymi grabiami leżącymi w rogu. Dach na niej wygląda jeszcze gorzej niż ten na domku, więc stwierdzam, że lepiej jej unikać. Ale przyda się do zabezpieczenia kosiarki przed tym, żeby podczas silnego podmuchu wiatru nie wleciała przez okno kuchenne i nie skosiła mi głowy. (Miejmy nadzieję).
W szopie panuje ciemność, ponieważ znajduje się w niej tylko jedno małe okienko, a żarówka nie świeci. Wrzucam do środka gałęzie i kosiarkę. Zanim zamknę drzwi, dostrzegam błysk czegoś w rogu szopy, pewnie jakieś stare narzędzie ogrodnicze. Kiedy skończy się ta upiorna burza, będę musiała przejrzeć zawartość szopki, ale teraz nie ma na to czasu. Zamykam drzwi najdokładniej, jak to możliwe, chociaż wiem, że szanse na to, że zostaną wyrwane z zawiasami przy pierwszym silniejszym podmuchu wiatru, wynoszą pięćdziesiąt na pięćdziesiąt.
Wracając do domu, po raz ostatni rzucam okiem na dach. Szacuję prawdopodobieństwo, że w którymś momencie dzisiejszego wieczoru może odlecieć w siną dal. Moim zdaniem poszycie wygląda w miarę solidnie, ale prawda jest taka, że cały ten domek jest stary i rozpadający się. Klamka często zostaje mi w dłoni, co nie napawa mnie optymizmem w kwestii dachu.
Gdy zmrużonymi oczami patrzę w górę, lodowata kropla wody uderza mnie w czoło. Następny gwałtowny podmuch wiatru smaga mnie w twarz, przez co oczy najpierw mnie pieką, a potem łzawią. Cóż, jest już za późno, żeby teraz coś z tym dachem zrobić – burza nadchodzi i nie ma opcji, żeby Rudy naprawił go na czas. Będę musiała trzymać kciuki, żeby było dobrze. Zrobiłam wszystko, co mogłam.
Zaraz po wejściu do środka zamykam za sobą drzwi na klucz, jakbym sądziła, że ta zapadnia w zamku w jakiś sposób ochroni mnie przed burzą. Mam tutaj tylko jednego sąsiada, który na pewno by do mnie nie wtargnął, ale nigdy nie podejmuję ryzyka, jeśli chodzi o bezpieczeństwo.
Znajduję w spiżarni srebrną taśmę klejącą i naklejam ją na krzyż na szybie okiennej z nadzieją, że to ją zabezpieczy przed burzą. Najlepsze byłyby rolety antywłamaniowe, ale ponieważ nie widzę szans, żeby zmaterializowały się tutaj w ciągu najbliższej półgodziny, mam nadzieję, że taśma wystarczy. Tato zawsze powtarzał, że srebrną taśmą klejącą można naprawić wszystko, więc dziś to przetestujemy.
Kiedy okno jest już zabezpieczone, sięgam do dużego pudła w szafie, które zawiera szeroki wybór świec. Mam ich więcej niż w sklepie ze świecami. Te duże kupiłam zaraz po przeprowadzce tutaj, ponieważ wiedziałam, że w czasie każdej burzy będzie problem z prądem. Mam więc ich tyle, żeby oświetlić cały domek.
Wyciągam z pudła jedną świeczkę – pachnie drewnem cedrowym, to mój ulubiony zapach.
Robię rundkę po domu i rozstawiam świece w strategicznych miejscach, ponieważ nie zamierzam ich przestawiać, kiedy już braknie prądu. Kilka ustawiam w kuchni, większą liczbę w salonie, a jedną największą w łazience. Następnie zanoszę trzy sztuki do sypialni.
Sypialnia jest mała, jest tu akurat tyle miejsca, żeby zmieściło się łóżko w rozmiarze queen size, szafka nocna i samotna komoda zapełniona moją ubogą garderobą. Jak wszystko inne w moim życiu, także i to zostało zredukowane do minimum. Tak wolę.
Mieszkam tu od siedmiu miesięcy i podczas tego czasu ani razu nie miałam gościa w sypialni. To znaczy był raz Rudy, żeby wymienić iskrzące gniazdko, ale to by było na tyle. Jedyne osoby, które sypiają w moim łóżku, to ja, ja i jeszcze raz ja.
Gdybym miała ochotę na towarzystwo, znalazłoby się paru chętnych kandydatów. Jak na przykład Rudy, chociaż teraz może już niekoniecznie, bo prawie złamałam mu rękę. Był jeden koleś, którego poznałam w kolejce w sklepie spożywczym w zeszłym tygodniu. Poprosił mnie o numer telefonu i podałam mu go, celowo zamieniając miejscami dwie ostatnie cyfry. I jeszcze jedna osoba, którą podejrzewam, że chętnie spędziłaby noc w moim łóżku.
Ale ja nie jestem zainteresowana. Uwielbiam spać sama – zawsze tak było. Kocham rozciągać się na całej szerokości materaca i robić aniołki na materacu. Nie potrzeba mi kogoś, kto będzie mi zabierał kołdrę albo chrapał. Żal mi tych biedaków, którzy codziennie muszą dzielić z kimś łóżko.
Zastanawiam się przez chwilę nad najlepszym miejscem do rozstawienia świec. W końcu stawiam jedną na komodzie, a drugą na stoliku nocnym. Trzecią i ostatnią umieszczam na parapecie. Jednak w chwili, gdy mam ją przesunąć w prawy róg, coś mnie powstrzymuje.
Zza szyby wpatruje się we mnie jakaś blada twarz.
Wcześniej
Ella
Nie minęła jeszcze nawet połowa roku szkolnego, a to już moja szósta wizyta w gabinecie dyrektora.
Dyrektor Garber nie wygląda na zachwyconego moim widokiem. To zrozumiałe. Ma pod opieką wielu uczniów – całe przeklęte gimnazjum uczniów, za których odpowiada – więc to dla niego prawdziwa udręka, gdy ma do czynienia z recydywistami. Ale ja się tutaj nie prosiłam. To nie było częścią planu. To nie tak, że zaraz z samego rana powiedziałam: „Hej, niech mnie wyślą do dyrektora, żebym mogła sobie posiedzieć na tym malutkim plastikowym krzesełku przed jego głupim biurkiem”.
Ale zostałam przyłapana. Znowu.
– Ella – odzywa się dyrektor ostrym tonem. – Zaczyna się to robić problematyczne.
Gdy mówi, kosmyk jego zaczesanych na łysinę włosów powoli opada na jego spocone czoło. To hipnotyzujące.
Wiercę się na krzesełku przeznaczonym dla przedszkolaków, które nie ma wyściółki i gniecie mnie w tyłek. Który również nie ma wyściółki.
– Przepraszam – mówię z całą szczerością, jaką jestem w stanie z siebie wykrzesać.
Wydaje się niewzruszony moimi przeprosinami.
– To nie pierwszy raz, kiedy przyłapaliśmy cię na okradaniu innych uczniów – zauważa, jakbym miała zapomnieć o poprzednich razach.
– Nie kradłam – bronię się. – Już tłumaczyłam, że się pomyliłam. To była zwyczajna pomyłka.
Powód mojej wizyty w tym piekiełku zwanym gabinetem dyrektora jest taki, że zabrałam lunch innemu dziecku. Kiedy mnie przyłapano, tłumaczyłam się, że myślałam, że to moje jedzenie. Zwyczajna pomyłka. Tylko że nie do końca. Wiedziałam, że to nie był mój lunch, ponieważ nie wzięłam dziś swojego. Prawie nigdy niczego nie przynoszę. Ale Garber o tym nie wie.
Przygląda mi się ze zmarszczonym czołem, jakby nie wiedział, co ma ze mną zrobić. Nie posiadam dużego doświadczenia z rozczarowanymi mną dorosłymi mężczyznami, ponieważ nie mam ojca. To znaczy mam – to chyba oczywiste – ale nigdy go nie poznałam, więc nie miał szans być mną rozczarowany.
Gdy Garber patrzy na mnie, zauważam, że w kąciku ust ma okruszek chleba albo ciasta. Pewnie pozostałości po lunchu. Ten okruszek sprawia, że robię się głodna. No dobra, głodniejsza. Trzeba być dość zdesperowanym, żeby ukraść kanapkę z masłem orzechowym i dżemem zapakowaną w brązową, papierową torebkę.
– Wiesz, że stołówka codziennie zapewnia ciepłe posiłki – zwraca się do mnie.
Duszę w sobie sarkastyczny komentarz, który mu się należy za przedstawienie mi najoczywistszej informacji na całej planecie.
– I możesz złożyć podanie o dofinansowany albo nawet darmowy lunch – dodaje.
Jasne. Moja matka nigdy na to nie pozwoli. Wolałaby już nigdy w życiu nie dać mi jeść, aż zamienię się w chodzącego kościotrupa, niż zgłosić się do programu dla ubogich rodzin. „Mamy mnóstwo jedzenia w domu”.
– Wiem – mówię. – Ale ja przyniosłam swój lunch, więc…
Garber głaszcze się po zaroście na brodzie. Ten okruch nadal tkwi w kąciku jego ust.
– Masz w domu dość jedzenia, Ella?
– Tak, pewnie. – Zaplatam ramiona na piersi. Dużo innych dziewczyn w mojej klasie ma już piersi, ale ja nie. Tylko małe wypustki, jak ugryzienia komara. – Moja lodówka jest wypchana jedzeniem. Dosłownie nie da się już nic więcej do niej wcisnąć.
To pierwsze prawdziwe zdanie, jakie wypowiedziałam, odkąd weszłam do tego gabinetu. Gdyby Garber otworzył lodówkę w moim domu, zrozumiałby, o czym mówię.
– To była zwyczajna pomyłka – powtarzam. – Naprawdę.
Garber przygląda mi się przez dłuższą chwilę, a ja znów się wiercę. Gdyby chodziło o jakiegoś innego ucznia, pewnie by mu darował. W końcu chodzi o kanapkę z masłem orzechowym i dżemem, żaden koszt. Ale już tyle razy byłam wzywana do jego gabinetu. Dostałam etykietę „kłopotliwej”. Cokolwiek to znaczy.
W oczekiwaniu na werdykt nadal obejmuję się ramionami, próbując się nie trząść. Nie boję się ani nic. Tak naprawdę jest mi zimno. W jego gabinecie panuje straszny ziąb. Nie wiem dlaczego. Czy dyrektora nie stać na ogrzewanie?
Wreszcie podejmuje decyzję.
– Tydzień w kozie, Ella.
No świetnie, tydzień dziecięcego więzienia. Ale nie szkodzi. I tak nie mam nic lepszego do roboty po szkole. I zwykle zapewniają przekąski.
Kiedy wychodzę z gabinetu, na korytarzu przed drzwiami czeka inny uczeń. To Anton Peterson, kolejny ósmoklasista. Anton ma sterczące zielone włosy – farbuje je w domu jakimiś drogeryjnymi produktami, wnioskuję z zielonych smug na szyi. Siedzi na krześle i wydłubuje sobie dziurę w dżinsach na kolanie. Nie wygląda na zdenerwowanego, ponieważ ze wszystkich uczniów szkoły Anton jako jedyny był w tym roku na dywaniku u dyrektora więcej razy niż ja. Pewnie nawet dwa razy więcej.
Nie jestem złym dzieckiem, wbrew temu, co wszyscy myślą. Natomiast Anton to zupełnie inna historia. Każdy wie, co z niego za ziółko.
– Co zmalowałeś? – zagaduję do niego.
Anton podnosi na mnie swoje brązowe oczy.
– Nie twoja sprawa.
Teraz, gdy podniósł głowę, zauważam na jego prawej kości policzkowej ciemnoczerwony ślad. To odpowiedź na moje pytanie – wdał się w bójkę. Dziwne tylko, że tego drugiego, z którym musiał się bić, tutaj nie ma. Jedynie Anton.
– Bijatyka – domyślam się.
Prycha.
– A ciebie za co wezwali? Nie wiedziałem, że można wylądować na dywaniku za bycie brzydkim.
Pokazanie Antonowi środkowego palca tak, żeby sekretarka dyrektora tego nie zauważyła, jest wyzwaniem, ale udaje mi się. Mam doświadczenie. Anton, którego doświadczenie wcale nie jest mniejsze od mojego, nie pozostaje dłużny.
Mam dwie minuty do rozpoczęcia kolejnej lekcji, co oznacza, że muszę się pośpieszyć, jeśli nie chcę się spóźnić. Nienawidzę wchodzić w środku lekcji, bo wtedy wszyscy wiedzą, że byłam na dywaniku u dyrektora. Zresztą i tak już o mnie plotkują. Nie wiem, co jest takiego interesującego w głupiej kanapce z masłem orzechowym i dżemem, której nawet nie zdążyłam zjeść, zanim pani Kahill wyrwała mi ją z ręki.
Pędząc w stronę klasy, prawie zderzam się z kimś, kogo prawie nigdy nie widuję w okolicy gabinetu dyrektora. Brittany Carter.
Gdybym mogła zamienić się życiem z jedną osobą z całej szkoły, byłaby nią Brittany Carter. Ma mnóstwo przyjaciół, jest prześliczna i wszyscy nauczyciele ją kochają. A, i ze wszystkich przedmiotów dostaje same piątki, nie będąc przy tym kujonką. Brittany jest dosłownie idealna.
– Cześć – zwracam się do niej.
Brittany przerzuca falę lśniących włosów przez ramię. Jej ciemne włosy mocno kontrastują z jasnoniebieskimi oczami i bardzo bladą skórą, a jej usta są zawsze doskonale czerwone, nawet gdy nie używa błyszczyka. Wygląda jak żywa Królewna Śnieżka.
– Cześć, Ella.
Chociaż od przedszkola chodzimy do jednej klasy z Brittany, zawsze mnie dziwi, że wie, kim jestem. To tak, jakby jakiś celebryta znał moje imię. Zwykle nie mówi mi cześć. Chociaż jest popularna, nie jest taka wredna jak Anton. No, może poza tym jednym razem w czwartej klasie, kiedy zaprosiła na swoje urodziny całą klasę, tylko nie mnie. To zabolało.
– Za co tu trafiłaś? – pytam ją. Umieram z ciekawości, co zmalowała Panna Idealna, że odesłano ją do dyrektora. – Nie mogę uwierzyć, że wylądowałaś na dywaniku.
– Wcale nie – prycha Brittany. – Mama odbiera mnie wcześniej, bo jedziemy do dentysty.
Och. No tak, to ma sens. W końcu dlaczego jakiś nauczyciel miałby odesłać Brittany do dyrektora. Wszyscy ją uwielbiają.
Podnoszę wzrok i widzę, że Anton przysłuchuje się naszej wymianie zdań. Nasze oczy spotykają się na ułamek sekundy, ale zaraz masuje się po obolałym policzku i odwraca głowę. Dobrze przynajmniej, że nie jestem jedyną osobą, która sprawia kłopoty.
Teraz
Casey
Wydaję z siebie krzyk.
No pewnie, że krzyczę. Kto by nie krzyczał? Gdybym miała porównać do czegoś ten dźwięk, powiedziałabym, że tak brzmi człowiek obdzierany ze skóry. Odskakuję od okna i prawie przelatuję na drugą stronę łóżka. Świeca wyślizguje mi się z palców i zaczyna się toczyć po podłodze. Zerkam na komodę, w której trzymam pistolet, a kiedy wracam spojrzeniem do okna…
Twarzy już nie ma.
Podbiegam do szyby z dudniącym w piersi sercem. Wpatruję się w ciemniejący las, szukając osoby, która zaglądała do mojej sypialni. Ale nikogo nie widzę. Żadnych twarzy – nawet najmniejszego ruchu.
Nic.
Stoję przy oknie i przyglądam się drzewom w oddali. Nocą las wygląda tak groźnie – nigdy się tam nie zapuszczam po zmroku, choć właściwie jest tu bezpiecznie. W końcu poza sąsiadem mieszkającym jakieś pięć minut ode mnie jestem tu jedyną mieszkanką. To miejsce znajduje się z dala od utartych szlaków.
Więc kto stał za moim oknem?
Czy to mógł być Rudy? To moja pierwsza myśl. Nie tylko uszkodziłam mu rękę, ale też go upokorzyłam, każąc mu żreć piach. Chociaż było to dla mnie wielce satysfakcjonujące, uważam to za błąd. Rudy wygląda mi na człowieka, który potrafi długo chować urazę i będzie chciał się mścić.
Ale z drugiej strony – Rudy nie jest głupi. Nawet jeśli mnie nienawidzi, nie będzie ryzykował życiem w czasie niebezpiecznej burzy, tylko po to, żeby mnie nękać.
Prawda?
Nie, wątpię. Gdybym miała się założyć, powiedziałabym, że Rudy jest już u siebie w domu i siedzi z nogami wyciągniętymi na stoliku kawowym, a duży paluch wystaje mu z dziury w skarpetce. (Nie mam dowodu, ale podejrzewam, że nie posiada ani jednej pary bez przynajmniej jednej dziury). Mógłby to być jeszcze jeden człowiek, ale wątpię, że on czaiłby się za moim domkiem.
Może tylko sobie wyobraziłam tę twarz.
Kiedy wyglądałam przez okno, wydawała się bardzo realistyczna, ale muszę przyznać, że całą uwagę skupiałam na świecy. I zrobiło się bardzo ciemno – prawie nic już nie widać. Deszcz jeszcze nie rozpadał się na dobre, ale z nieba już siąpi. Czy to mogło dać złudzenie, że wgapia się we mnie biała twarz?
Biorę drżący oddech. Im więcej o tym myślę, tym bardziej jestem przekonana, że sobie to wyobraziłam. Mieszkam na odludziu i zbliża się potężna burza. Dlaczego właśnie dziś jakiś nieznajomy miałby krążyć wokół mojego domu? Niemożliwe. Bardziej prawdopodobne, że światło księżyca padło na szybę pod dziwnym kątem i dało chwilowe złudzenie ludzkiej twarzy, a tak naprawdę nikogo tam nie było. Mówi się przecież, że niektórzy w tarczy księżyca widzą ludzką twarz.
Ta przeklęta burza wywołuje u mnie halucynacje.
Schylam się, żeby wyciągnąć świecę, która potoczyła się pod łóżko. Po kilku sekundach macania wyczuwam pod palcami cylindryczny kształt. Wyciągam świecę razem z kilkoma kłębkami kurzu. Zdmuchuję go, po czym stawiam świecę na parapecie.
Już. Jestem gotowa.
Pozostało mi tylko czekać na tę nieuniknioną katastrofę, jaką przyniesie ze sobą burza. Robię to, co każdego wieczoru, czyli czytam jedną z moich licznych książek. Mam parę półek własnych egzemplarzy, ale co kilka tygodni udaję się do lokalnej biblioteki mieszczącej się naprzeciwko sklepu wielobranżowego i wymieniam kilka tytułów. Mogę czytać książki codziennie. W czasach, kiedy miałam telewizor, zapomniałam, jak bardzo lubiłam kiedyś czytać. To jeden z wielu bonusów mojej dobrowolnej izolacji.
Nalewam sobie zimnej wody z filtra w lodówce. (Nie ufam tutejszej wodzie, co jest kolejnym powodem, dla którego nie mogłabym żyć z dala od cywilizacji). Już mam przejść do salonu, żeby wybrać sobie lekturę, gdy coś przykuwa moją uwagę:
