Uzyskaj dostęp do tej i ponad 250000 książek od 14,99 zł miesięcznie
57 osób interesuje się tą książką
Zima w Białymstoku odsłania to, co miało pozostać ukryte.
Gdy w skutej mrozem stolicy Podlasia zaczynają ginąć ludzie, policja szybko odkrywa,
że brutalne morderstwa nie są dziełem przypadku. Zbrodnie układają się w przerażający rytuał, którego źródło tkwi w religijnej obsesji i dawno zapominanej przeszłości.
Podkomisarz Ariel Janicki i sierżant Monika Dydek prowadzą śledztwo, które z każdą
kolejną ofiarą coraz bardziej wymyka się spod kontroli. Trop wiedzie przez rodzinne
tajemnice, traumy i grzechy przeszłości. Im bliżej prawdy, tym wyraźniej zaciera się granica między sprawiedliwością a zemstą.
„Relikwiarz” to mroczny, bezkompromisowy kryminał, w którym zagadka zbrodni splata się z dramatami bohaterów. Autor z chirurgiczną precyzją kreśli portrety psychologiczne postaci, nie unikając tematów przemocy, wykluczenia, uzależnień i duchowej pustki. Gęsta atmosfera, czarny humor i nieoczywiste zwroty akcji sprawiają, że od tej historii nie sposób się oderwać.
Czy prawda okaże się bardziej niebezpieczna niż kłamstwo?
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 395
Rok wydania: 2026
Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Prolog
Ciało mężczyzny powoli zapadało się w gęstej pierzynie śniegu. Oddychał płytko, ale miarowo. Miał spokojny wyraz twarzy. Wyglądał, jakby zasnął po ciężkim dniu pracy i śnił o czymś wyjątkowo miłym. Spod jego czapki wypływały gęste strużki świeżej krwi i wtapiały się w posłanie, zamieniając jego kolor na czerwony. Grube, padające pod ostrym kątem płatki śniegu przykrywały jego tułów i nogi, jednak kiedy lądowały na twarzy, szybko znikały, przekształcając się w maleńkie kropelki wody.
– No i po co ci to było? – wycharczał, nachylając się nad mężczyzną.
Złapał go za kostki, uniósł nogi i oparł je na swoich biodrach. Były cięższe, niż się spodziewał. Spróbował zrobić krok w tył, jednak nieprzytomne ciało stawiało opór. Przeklął głośno i z całej siły zacisnął zęby. Musiał się spieszyć. Nie mógł zostać zauważony. Pomimo pogody, która nie zachęcała do spacerów, zawsze istniało ryzyko, że ktoś go zobaczy. Nie mógł sobie pozwolić na żadną wpadkę. Gra toczyła się o coś znacznie większego, o coś, co wykraczało poza pojęcie zwykłych śmiertelników.
Szarpnął z całej mocy, jednak ciało zamiast się ruszyć, nadal leżało nieruchomo. Wściekły pociągnął ze wszystkich sił, jednak tym razem podeszwy straciły przyczepność i runął w miękki puch.
– Cholera jasna – wycedził przez zęby i szybko się podniósł.
Przeklinając pod nosem, otrzepał się ze śniegu i obszedł mężczyznę. Musiał spróbować podejść go z innej strony. Stanął za nim, nachylił się, złapał pod ramiona i z jękiem uniósł bezwładne ciało. Miał wrażenie, że waży tonę, jednak tym razem był w stanie je ciągnąć. Łapczywie nabierał powietrza i z głośnym sykiem wypuszczał je, przebijając odgłosy świszczącego wiatru.
Doszedł do drzwi, barkiem oparł się o klamkę i kiedy ta puściła, z impetem wpadł do środka. Połowa sukcesu, pomyślał, jednak wiedział, że nie może pozwolić sobie na chwilę dekoncentracji.
Ponownie złapał go za kostki. Targanie takiej kupy mięśni było ponad jego siły. Był wyczerpany, a zabawa dopiero miała się zacząć. Podłoga wyłożona miękką gumową matą działała jak hamulec bezpieczeństwa, jednak dystans, jaki musiał pokonać, tym razem był niewielki. Dysząc ciężko i złorzecząc na cały świat, w końcu dociągnął go na środek pomieszczenia.
Z plecaka wyjął przygotowaną wcześniej linę i zaczął związywać nią nadgarstki mężczyzny. Wiedział, jakich więzów ma użyć, żeby nieszczęśnik nie mógł się wyswobodzić. Sznur tuż nad nadgarstkami przymocował – dla lepszego efektu – do kołka rozporowego. Kilkoma wprawnymi ruchami związał każdą z rąk osobno, zaciskając pętle tak, by unieruchomić ofiarę. Linę przerzucił przez koło przykręcone do sufitu i zaczepił ją o hak zamocowany do ściany.
Kiedy świadomość mężczyzny powoli zaczynała wracać, szybko zaparł się o ścianę i z całej siły pociągnął. Zmyślna plątanina zaskrzypiała, a ciało powoli zaczęło się unosić. Podnosząc je, poczuł niespodziewany ciężar. Plecy, ręce i nogi miał napięte do granic możliwości. Każdy ruch i każde pociągnięcie kosztowały go ogrom pracy i wysiłku, na szczęście uporał się z zadaniem. Oplótł linę na haku i spojrzał na wiszącego mężczyznę. Przypominał mu odrobinę Jezusa na krzyżu. Ładnie, pomyślał i dostrzegł czarny, połyskujący przedmiot wciśnięty za pasek jego spodni. Podszedł i wyciągnął go. Chwilę przyglądał się trzymanej w dłoni rzeczy, w końcu stanął naprzeciwko mężczyzny i wycelował w jego głowę.
– Co teraz, podkomisarzu Janicki? – zapytał i zaśmiał się szyderczo.
Rozdział 1
Wcześniej
Różowa, ciągnąca się w nieskończoność alejka przyprawiała go o zawroty głowy i mdłości. Ogrom form, ich mnogość i praktycznie nieograniczony wybór przytłaczały i dezorientowały. Był wystarczająco zmotywowany, żeby zatracić się w tym świecie, jednak przerażenie powoli przejmowało kontrolę nad ciałem. Jego serce łomotało jak oszalałe, ręce pociły się jak przed maturą, w gardle zaschło, a nierówny oddech spłycił się niepokojąco. To nie był świat, w którym się odnajdował. Powiedzieć, że nie czuł się tu komfortowo, to nic nie powiedzieć.
Rozejrzał się niespokojnie. Zapętlone w nieskończoność dźwięki wwiercały mu się w głąb głowy, a otaczający zapach oblepiał swoimi mackami, zostawiając ślad, który zapewne utrzyma się na ubraniu do wieczora. Jeśli kiedykolwiek musiałby wymyślić jakąś torturę, byłoby nią zamknięcie delikwenta w miejscu podobnym do tego, w którym właśnie się znajdował.
Głęboko nabrał powietrza i sięgnął po pierwsze lepsze pudełko. Nie zdążył mu się przyjrzeć, kiedy pojawiło się obok niego małe seledynowe zawiniątko, które darło się, jakby ktoś żywcem obdzierał je ze skóry, a w powstałe rany sypał sól. Krzyk rozpaczy, wołanie o pomoc, a może śmiech? Nie miał pewności. W tym miejscu nic nie było pewne.
– Ala, natychmiast wracaj! – krzyknęła matka za znikającą za regałem dziewczynką. – Alicja! – zagrzmiała groźnie.
Spojrzał na trzymany w ręce kartonik. „Barbie na Hawajach w zestawie z kabrioletem, ubrankami i koniem”. Po co jej koń, skoro ma samochód, bezskutecznie starał się dostrzec logikę w działaniu firmy produkującej zabawkę.
Spojrzał na cenę.
– Trzysta czterdzieści dziewięć złotych? – syknął sam do siebie. – Chyba was pogrzało.
Odstawił pudełko na miejsce i ruszył naprzód.
Ona jest na to za duża, przekonywał się w myślach. Poza tym taki niedorzeczny szajs za taką cenę? Bezsens. Moja dziewczynka zasługuje na coś lepszego.
Dostrzegł zestaw małego lekarza. Chwycił go i zerknął do środka. To, co zobaczył, w jednej sekundzie sprawiło, że powrócił jego najgorszy koszmar. Córka siedząca ze strzykawką w ręce nad zwłokami roznegliżowanego mężczyzny. Trucizna, którą wstrzyknęła, zmanipulowana przez psychopatycznego mordercę. Porwanie, strach, rozpacz… poczuł to na nowo. Kolejny raz wizja z przeszłości dała o sobie znać w najmniej oczekiwanym momencie. Który to już raz? Kiedy to się skończy, zastanawiał się w duchu.
Odstawił pudełko i szybkim krokiem ruszył dalej.
Zatrzymał się przed różowo-fioletowym kartonikiem z dziewczynką szyjącą na maszynie do szycia. „Cool Maker, Fashion Studio” – głosił biały napis na środku. Zmarszczył czoło i podrapał się po głowie. Może jej się spodoba, pomyślał. W sumie krawcowa to porządny zawód. Może kiedyś otworzy swój butik i będzie sprzedawać piękne suknie bogatym paniusiom albo zostanie cenioną projektantką mody. Może jej kreacje będą prezentowane na wybiegach w Mediolanie, Paryżu czy Nowym Jorku. Będzie sławna, pozna znanych ludzi z branży, innych projektantów, o których tyle się mówi. Przez głowę przeleciała mu nieznośna i makabryczna myśl. O czym to ja ostatnio czytałem, zastanawiał się. „Znany projektant zatrzymany…”. Obrazy w głowie przeskakiwały jak slajdy. Zatrzymany, ale za co? Narkotyki? Nie, paserstwo? Też nie. Co to było? Wykorzystywanie nieletnich, przypomniał sobie w końcu. Nie tylko jeden projektant, ale cała masa. Wszyscy umoczeni po uszy. Kilku pedofilów żerujących na nieletnich dziewczynkach, których marzeniem była kariera modelki lub projektantki.
Spojrzał na dziecięcą maszynę do szycia z niesmakiem i ruszył dalej.
Przystanął przed sekcją zabawek kreatywnych i artystycznych. Omiótł wzrokiem półki, na których dominowały kolorowe kredki, zestawy malarskie, sztalugi, dynamiczny piasek – czymkolwiek był, zestawy markerów do tatuażu, dziecięce krosno i studio projektowania paznokci. Jednym słowem nic, co mogłoby spodobać się Lenie.
– Dzień dobry, może mogę w czymś pomóc? – usłyszał za plecami kobiecy głos.
Obrócił się i dostrzegł młodą, na oko dwudziestokilkuletnią dziewczynę w koszulce z logo sklepu. Wpatrywała się w niego z lekkim uśmiechem i miną mówiącą: „Już nie musisz się niczym martwić. Jestem tu, aby ci pomóc”.
– Tak – odparł zachrypniętym głosem, po czym szybko odchrząknął. – Wie pani, szukam prezentu dla córki, dziewięć lat…
– Czym córka się interesuje? – przerwała mu.
Spojrzał na nią pytającym wzrokiem. Desperacko potrzebował wskazówek. Doświadczona sprzedawczyni od razu dostrzegła przerażenie w jego oczach. Widać było, że nie takich delikwentów przeprowadzała przez zawiły świat zabawek dla dziewczynek. Przestąpiła z nogi na nogę i uśmiechnęła się szeroko.
– Może córka lubi układać puzzle?
Ariel pokręcił przecząco głową.
– Lego – powiedziała pewna siebie i ruszyła wzdłuż alejki. – Wszystkie dzieci lubią Lego. Mamy tutaj najnowszy zestaw z filmu Disneya. Dopiero co była premiera. Wyprzedaje się…
– Tak, tylko że Lena nie bardzo lubi klocki. – Zatrzymał się na środku.
– Hmm… – Kobieta stanęła przed nim i się zamyśliła. – To może jakiś pluszak?
– Nie bardzo? – odpowiedział pytająco.
– Zestaw projektantki mody?
– Nigdy w życiu – rzucił zdecydowanie.
– To może laptop edukacyjny albo jakaś gra? – Zmarszczyła czoło.
– O! – Uniósł wzrok, wyraźnie poruszony. – Faktycznie, Lena lubi grać w Fifę. Macie może tę najnowszą?
Dziewczyna spojrzała na niego lekko zdezorientowana. Tym razem to ona potrzebowała pomocy.
– Fifa. – Spojrzał na nią pytająco. – Taka gra na PlayStation?
– Bardziej chodziło mi o jakąś planszówkę. Wie pan, my tutaj nie sprzedajemy gier wideo, ale mogę zaproponować na przykład klasykę: Monopoly albo Scrabble.
– Nie, nie. – Machnął ręką. – To ja kupię jej Fifę. Że też sam na to nie wpadłem. – Pokręcił głową. – Dziękuję bardzo.
– Polecam się. – Sprzedawczyni uśmiechnęła się niepewnie, po czym rozglądając się za kolejnym niezdecydowanym klientem, ruszyła w stronę kas.
Kiedy zadowolony wychodził ze sklepu, na progu rozległ się nieprzyjemny, wysoki dźwięk. Zdezorientowany zatrzymał się i spojrzał na rozstawione po obu stronach elektromagnetyczne bramki, informujące o potencjalnej kradzieży. Na przekór zdrowemu rozsądkowi zamontowane na środku światełka nie migały. Janicki spojrzał na stojącego obok pracownika firmy ochroniarskiej, który widząc jego dziwne zachowanie, poklepał się po nogawce od spodni.
– Kurwa, telefon! – Uderzył dłonią w czoło.
Ostatnio, kiedy spędzał czas z córką, Lena dorwała się do jego telefonu i pozmieniała kilka rzeczy. Na pulpicie zamiast jej zdjęcia wstawiła logo Hello Kitty, przestawiła język na angielski i najwyraźniej przypisała dyżurnemu jako dzwonek dźwięk wyjących bramek sklepowych.
– Co masz? – rzucił do słuchawki, dając ochroniarzowi znać ręką, że sobie poradził.
– Sto czterdzieści osiem na stadionie miejskim – powiedział wyraźnie przejętym głosem dyżurny, mając na myśli artykuł kodeksu karnego dotyczący zabójstwa
***
Purpurowe zasłony z weluru idealnie oddzielały zewnętrzny świat od wnętrza sypialni. Wpadające przez okno promienie słońca zatrzymywały się na grubym, falującym materiale, rozświetlając go niczym matowy klosz lampy. Zapalone na dwóch szafkach nocnych świece i podgrzewacze migotały niespokojnie. Było ciepło, za ciepło jak na tę porę roku, ale to akurat im nie przeszkadzało.
Na łóżku, będącym centralnym elementem pokoju, leżała młoda naga kobieta. Jej rozpuszczone, długie czarne włosy przykrywały niewielkie, ale jędrne piersi. Miała kształtne biodra i połyskującą od oliwki skórę. Na lewym boku, tuż pod pachą, ciągnął się tatuaż układu słonecznego w linii prostej, jak w wielkiej kosmicznej koniunkcji. Każda planeta znajdowała się w idealnym porządku, tworząc harmonijną, niemal rytmiczną kolejność. Kobieta przygryzała wargi i wyzywająco spoglądała przed siebie.
Monika patrzyła na nią podekscytowana. Czuła podniecenie i niepokój wymieszane ze sobą w równych proporcjach. Widok, o którym niejedna osoba mogłaby tylko pomarzyć, ona miała właśnie przed sobą. Niezdrowa fascynacja, ukrywana gdzieś głęboko w odmętach podświadomości i wewnętrzny strach przed jej uzewnętrznieniem. Może to strach tak na nią działał, a może obiekt pożądania. Nie wiedziała dokładnie. Nie miało to dla niej najmniejszego znaczenia. Nie przyszła tu po psychoanalizę.
W ustach poczuła gorzki posmak wina. Ciągle była spragniona i miała ochotę na więcej, jednak musiała się stopować. Dwie lampki czerwonego wytrawnego Purple Angel by Montes, które do tej pory wypiła, wprowadziły ją w odpowiedni nastrój. Nie chciała przesadzić i stracić tego, co najcenniejsze.
Jednym zdecydowanym ruchem rozpięła biustonosz, który powoli zsunęła z ramion, i zdjęła koronkowe figi. Zbliżyła się do jędrnych, rozchylonych ud kochanki i usłyszała stłumiony jęk. Ustami musnęła wewnętrzną część lewej nogi i z fascynacją obserwowała, jak gładka do tej pory skóra twardnieje i pokrywa się tysiącami malutkich wypustek. Koniuszkami palców przesunęła po jej płaskim brzuchu, wsłuchując się w coraz głośniejsze oddechy kochanki.
Uniosła głowę i powoli zbliżała się w kierunku jej wzgórka łonowego. Starała się obdarzyć pocałunkiem każdy centymetr jej ciała. Rozkoszowała się chwilą i rosnącym napięciem. Zaciągała się nią. Słodkawa woń perfum wymieszana z zapachem jej spoconego ciała i roztopionej parafiny tworzyły trudny do podrobienia aromat. Chciała go zapamiętać, zapisać w głowie jak dane na twardym dysku komputera i wracać do nich w każdej chwili, kiedy będzie tego potrzebować.
– Kocham cię – wyszeptała, kiedy znajdowała się nad jej łonem.
Nie miała pojęcia, dlaczego to powiedziała. Nie planowała wyznawać jej miłości i chociaż zdecydowanie to czuła, z przerażeniem oczekiwała odpowiedzi. Przedłużająca się chwila ciszy zdawała się nie mieć końca. O czym ona teraz myśli? Dlaczego nie odpowiada? Myśli kotłowały się jej w głowie. Może zaskoczyła ją do tego stopnia, że tamta zaniemówiła, nie wiedziała, jak się zachować, była szczęśliwa i skołowana zarazem, a może… może Monika właśnie przekroczyła tę cienką, niewidzialną granicę, za którą nie było szczęścia, jakie sobie wymarzyła, a zamiast tego znajdowały się nicość, smutek i samotność. Bała się spojrzeć na jej twarz. Napięcie, jakie do tej pory panowało w sypialni, teraz przekroczyło wszelkie granice. Wiedziała, że jedno słowo, odwzajemnienie uczuć, sprawi, że zapamięta tę chwilę do końca życia.
– W takim razie wyruchaj mnie, i to mocno – odpowiedziała kochanka i wcisnęła jej głowę między swoje uda.
Monika była w szoku. Nie wiedziała, jak interpretować jej słowa. Czy było to osobliwe wyznanie miłości, czy wręcz przeciwnie, sprytne ominięcie tematu? Szybko straciła ochotę na dalsze igraszki. Niepokojące pytania bombardowały ją z intensywnością cząsteczek krążących wokół każdej żywej istoty. Nie chciała jednak jej zawieść, bała się, że kochanka wyczuje jej nieszczere intencje. Na szczęście w odpowiednim momencie z kąta pokoju poniósł się dźwięk telefonu.
– Kurwa, nie teraz! – powiedziała z ukrywaną złością. Poprawiła włosy, powoli zeszła z łóżka i nie patrząc w stronę kobiety, wyciągnęła komórkę. – Oby to było ważne – rzuciła do słuchawki.
– Pani sierżant, mamy sto czterdzieści osiem – usłyszała głos dyżurnego.
Rozdział 2
Krwistoczerwone słońce leniwie chowało się za wierzchołkami drzew. Nieliczne podłużne chmury przesiąkały złowieszczą barwą. Niebo, na przekór utartym wyobrażeniom, płonęło od zachodu czerwienią przechodzącą w purpurę i gasło czernią na wschodzie. Pomimo wczesnej pory panowała przygnębiająca szarówka.
Ariel zaparkował swojego Jeepa Liberty na ulicy Słonecznej, tuż obok policyjnej kii stojącej na sygnale. Nie chciał wychodzić z nagrzanego auta. Wyświetlacz na desce rozdzielczej pokazywał minus osiemnaście stopni. Jednak nie temperatura była najgorsza. Kiedy po telefonie dyżurnego wyszedł z galerii do zaparkowanego w podziemiach samochodu, słyszał, jak iście huraganowy wiatr świszcze za cienkimi murami sklepu. Wiedział, że to, co pokazuje jego ukochane auto, tak naprawdę można wsadzić między bajki. Temperatura odczuwalna musiała oscylować w granicach zera absolutnego, a narażanie się na nią groziło natychmiastowym zamarznięciem płuc, krwi, gałek ocznych i całego ciała. Teraz na samą myśl o wyjściu z samochodu przeszedł go dreszcz.
Zgasił silnik, naciągnął grubą wełnianą czapkę uszatkę i nabrał głęboko powietrza.
Kiedy wreszcie otworzył drzwi i wyszedł na zewnątrz, arktyczny wyziew owiał jego twarz. Na początku pomyślał, że nie jest tak źle, jak się spodziewał, jednak już po kilku krokach kolejny raz musiał to zweryfikować. Było ekstremalnie zimno. Dla takiego ciepłolubnego gada jak on aktualna temperatura była wręcz zabójcza.
Niewiele się zastanawiając, podbiegł do przeszklonych drzwi stadionu miejskiego. Miał nadzieję, że denat został znaleziony w ciepłym wnętrzu klubowych pomieszczeń. Może w saunie, przeleciało mu przez myśl. Dyżurny mówił, że ciało należało do dozorcy. Znał tajniki pracy firm zatrudniających tego typu pracowników, więc się domyślał, że ofiarą jest starszy mężczyzna, zapewne z orzeczoną grupą inwalidzką. Ktoś taki nie szukałby przygód w zimnych, nieoddzielonych od świata zewnętrznego korytarzach albo, co gorsza, na płycie boiska. Nie chciałoby mu się marznąć. Pewnie siedział w ciepłej stróżówce, popijał koniaczek dla kurażu, aż w końcu pokłócił się o coś z kolegą – i o tragedię nietrudno.
Drzwi rozsunęły się z jękiem podobnym do tych, które można usłyszeć w najgorszych horrorach. Pewnie smar zamarzł, pomyślał Ariel, wchodząc do środka.
Kiedy tylko potępieńczy dźwięk dał znać, że drzwi się zamknęły, poczuł przyjemny wyziew ciepłego powietrza z nawiewu tuż nad nim. Uśmiechnął się, rozluźnił napięte do tej pory ramiona i ściągnął czapkę.
– Piździ jak w Kieleckiem, panie komisarzu – powiedział posterunkowy o chudej twarzy, którego zaszczytnym zadaniem było pilnowanie wejścia.
– Podkomisarzu. – Poprawił go. – I tak, zdrowo piździ. – Pociągnął nosem.
– Oj tam, pod czy nad. – Posterunkowy machnął ręką. – Mało istotne.
– I tu byście się zdziwili, posterunkowy, bo to są bardzo istotne kwestie – oświadczył surowym do granic możliwości tonem.
– Naprawdę?
– Naprawdę, naprawdę. No bo na przykład wiecie, co jest najważniejsze w seksie w pozycji na pieska? – zapytał.
Na rozbawionej do tej pory twarzy policjanta pojawił się grymas zdziwienia. Nie wiedział, co podkomisarz ma na myśli i jaki to ma związek z tym, jak jeszcze przed chwilą go tytułował.
– Nie mam pojęcia, panie komi… podkomisarzu – poprawił się.
– Zawsze być z tyłu.
Chwilę zajęło, zanim posterunkowy pozbierał wszystkie fakty w całość. Kiedy już zrozumiał, wybuchł śmiechem, opluwając przy tym mundur.
Drzwi kolejny raz zaskrzypiały. Do środka weszła sierżant Monika Dydek.
Pomimo iście apokaliptycznych warunków na zewnątrz policjantka miała na sobie kremowe buty trekkingowe, obcisłe jeansy i cienką pikowaną kurtkę. Jej ciemne włosy unosiły się chaotycznie na wietrze. Na sam widok partnerki bez szalika i czapki Ariela przeszedł mroźny dreszcz.
– Nie zimno ci w takiej kurtce? – zapytał i wyciągnął rękę na przywitanie.
– Gadasz jak moja matka. Poza tym, sorry, ale wolę zamarznąć, niż chodzić w takiej czapce jak ty. – Uścisnęła mu dłoń.
– No, no! – Ariel uśmiechnął się półgębkiem. – Dowcip ci się wyrabia. Niedługo będą mówić na ciebie „Żyleta”.
– Daj spokój, daleko mi do Pameli – powiedziała i jej wzrok uciekł na posterunkowego.
Janicki przyjrzał się jej podejrzliwie. W jej mimice i tonie głosu dostrzegł dobrze zakamuflowaną nutę zawstydzenia. Monika, odkąd się poznali, w taki sposób reagowała na komplementy. Za każdym razem, kiedy chwalił ją za pracę, uciekała wzrokiem, uśmiechała się jak mała dziewczynka i oblewała rumieńcem. Momentami kojarzyła mu się z córką, dlatego też nigdy nie patrzył na nią jak na kobietę, nie w sensie erotycznym. Pomimo że była atrakcyjna, Arielowi wydawała się jeszcze dzieckiem potrzebującym ochrony i opieki. Często karcił się w myślach, kiedy chciał zwrócić jej uwagę. Dziś nie zdążył.
– Ty wiesz, co ja właśnie sobie uzmysłowiłem? – zapytał po chwili.
– No, co takiego?
– Że w firmie każdy ma jakąś ksywkę. Posterunkowy. – Spojrzał na policjanta. – Jak tam na was wołają?
– Szerszeń – oznajmił i wyprostował się dumnie.
– Chuja tam, pewnie patyczak jesteście albo inna szczypawka. Nie ze mną te numery, posterunkowy. – Pogroził mu palcem.
– Nie no, poważnie, panie podkomisarzu, od nazwiska Szerszeniuk.
– Dobra, nieważne. – Machnął ręką i wzrokiem wrócił do partnerki. – Każdy ma ksywę oprócz ciebie. Może ja poważnie będę mówił na ciebie „Żyleta”.
Monika parsknęła śmiechem. Tym razem w jej zachowaniu nie było krzty zażenowania.
– Zapominasz, że ty też nie masz przezwiska.
– Moje imię i tak jest wystarczająco przypałowe.
– W sumie co racja, to racja. – Uśmiechnęła się półgębkiem.
– Patyczak. – Janicki popatrzył na posterunkowego. – My tu gadu-gadu, a denat stygnie. Gdzie mamy iść?
– Szerszeń – poprawił go.
– Pszczoła, osa, trzmiel. Będziemy tak wymieniać owady czy zabierzemy się do prawdziwej roboty?
– Tam. – Posterunkowy beznamiętnie wskazał na korytarz prowadzący na parking.
– Dzięki – odpowiedział. – Dobra, Żyleta, idziemy. – Puścił Monikę przodem, na co odpowiedziała mu wystawionym środkowym palcem.
Weszli do przestronnego holu, który tak jak poprzednie miejsce był przyjemnie ogrzewany. Za przeszklonymi drzwiami dostrzegli policjanta, który rozwijał taśmę policyjną, i kilku techników, którzy w gęstych chmurach pary wodnej uwijali się, wyciągając statyw pod lampy. Brukowana droga prowadząca do parkingów pod stadionem oświetlona była lichymi, żółtawymi lampkami wiszącymi pod sufitem, przez co panował tam nieprzyjemny półmrok.
– Widzisz gdzieś ofiarę? – zapytała Monika.
– Nie – odparł, uważnie przyglądając się spektaklowi przed sobą.
– To czemu ten policjant rozwija tu taśmę?
– Nie mam pojęcia. Może połączenia nerwowe mu pozamarzały.
– Musimy tam iść – prawie szepnęła.
– Wiem, ale tak mi się nie chce wychodzić na ten ziąb, że ja pierdolę.
Monika nie skomentowała. Zdecydowanym krokiem ruszyła w stronę kolejnych drzwi. Ariel postawił kołnierz kurtki, nasunął czapkę na uszy i ruszył za nią. Spodziewał się najgorszego, jednak to, co spotkało go po minięciu progu, przechodziło jego najśmielsze oczekiwania.
Świszczący, przeraźliwie zimny wiatr wpadał do wnętrza odsłoniętym wjazdem dla samochodów i niczym w ciągu kominowym sunął między ścianami, by wypaść otwartą górą odsłaniającą pierwszy poziom trybun. Wyszli z ciepłego pomieszczenia stadionowego i znaleźli się w samym centrum jego drogi.
Oczy Ariela momentalnie zaczęły łzawić od zimna.
– O kurwa! – rzucił, próbując złapać wdech.
– Faktycznie chłodno – powiedziała Monika, związując włosy w kucyk.
Podążyli w stronę walczącego z taśmą policjanta. Starszy posterunkowy na ich widok pokręcił zrezygnowany głową i bez słowa wskazał palcem koniec przeciwległej ściany.
Kiedy ruszyli we wskazanym kierunku, walczyli z podmuchami wiatru. Aby nie dać się porwać, musieli przechylić się lekko do przodu. Nieznośny do tej pory świst zagłuszało echo ich kroków i narastającego odgłosu spustu migawki aparatu fotograficznego.
Za rogiem znajdował się przestronny parking przeznaczony dla gości VIP. To tam swoje auta zostawiali prezesi przyjezdnych klubów, politycy chcący pokazać się w towarzystwie motłochu czy dziennikarze sportowi. Część miejsc parkingowych przeznaczona była dla piłkarzy Jagiellonii Białystok i ludzi związanych z klubem.
– Tutaj! – krzyknęła do nich prokuratorka Aldona Kunicka.
Policjanci patrzyli w kierunku, z którego dochodził głos, jednak nie byli w stanie nikogo dostrzec. Dopiero po chwili z cienia wyłoniła się dobrze im znana postać prokuratorki.
– Sorry. – Minął ich technik, niosący statyw.
Przyspieszyli kroku i za moment dostrzegli błyski fleszu rozświetlające czarny punkt na ścianie. Na parkingu panował przenikliwy mrok. Malutkie światła podsufitowe dawały mizerną łunę, czego efektem była oblepiająca wszystkich ciemność.
– Cześć. – Aldona skinęła do nich na przywitanie.
– Cześć – odpowiedzieli prawie chóralnie.
– Ale dziś pizga złem, co? – Ariel chuchnął w dłonie.
– Tu przynajmniej tak nie wieje jak na tej drodze. – Kunicka ruchem głowy wskazała miejsce, z którego przyszli.
– Daj spokój, myślałem, że łeb mi urwie. – Pociągnął nosem. – Szybko przyjechałaś.
– Akurat byłam w pobliżu.
– Szczęściara. – Zaśmiał się. – To mów, co tam mamy?
Z pomieszczenia rozbłysło jasne światło. Skrzeczący dźwięk pracujących jarzeniówek przykrył odgłosy wydawane przez wiatr. Ariel zajrzał do środka. W niewielkim wnętrzu dostrzegł nagiego, szczupłego mężczyznę leżącego na plecach. Jego ułożenie nie było przypadkowe. Nogi miał zsunięte obok siebie, ręce równo ułożone wzdłuż tułowia, a głowa sztywno opierała się o podłoże. Wyglądał jak manekin. O tym, że mają do czynienia z człowiekiem, świadczyły bordowe nacięcia na całym ciele.
– Z ustaleniami musimy czekać na patologa, ale technicy pozwolili mi tam zerknąć i zauważyłam, że ofiara ma ogromną ranę z tyłu głowy i dziesiątki mniejszych na całym ciele.
– Czemu na nim nie ma krwi? – zapytała Monika.
– A czujesz ten zapach?
Dopiero teraz się zorientowali, że wokół nich unosiła się drażniąca, chemiczna woń. Na początku nie zwrócili na to uwagi. Parkingi podziemne pełne są zapachu spalin, sadzy i benzyny. To, co początkowo wydawało im się naturalne, w tym środowisku tak naprawdę okazało się czymś obcym.
– Chlor? – zapytała policjantka.
– Tak. Zwyrol umył ciało wybielaczem.
– Chciał się pozbyć śladów – zauważył Janicki. – Wiadomo, kto to? – Wskazał na denata.
– Tak. – Aldona wyciągnęła kartkę ze skórzanego nesesera, z którym nigdy się nie rozstawała. – Bernard Rogalski. – Zaczęła czytać notatkę. – Pracownik firmy ochroniarskiej „Posejdon”, zamieszkały na Kamiennej 7 w Białymstoku, kawaler, lat sześćdziesiąt pięć. Wczoraj miał nockę, z rana miał go zmienić Mieczysław Jadziński, ale kiedy przyszedł do stróżówki, nikogo już nie było. Założył, że Rogalski ulotnił się wcześniej, co nie byłoby niczym nowym.
– Ten cały Jadziński go znalazł?
– Tak. Podobno godzinę temu robił obchód i zauważył brak świateł na parkingu podziemnym. Pomyślał, że, jak to ujął: „znowu wyjebało te cholerne korki”. Wziął klucze i przyszedł to sprawdzić. W tym pomieszczeniu, gdzie znalazł denata, jest skrzynka z bezpiecznikami. Drzwi były zamknięte, ale nie na klucz. Pan Mieczysław wszedł do środka, zobaczył zwłoki i zawiadomił nas.
– Dotykał czegoś? – zapytała Monika.
– Powiedział, że jak tylko zobaczył Bernarda, od razu wyszedł.
Po parkingu poniósł się szmer kombinezonów, w które ubrani byli technicy. Po chwili zza rogu wychyliło się dwóch mężczyzn, taszczących dobrze znany policjantom zestaw do pobierania odcisków palców.
– Dopiero paluchy będziecie zbierać? – dopytywał Janicki jednego z mijających go pracowników.
– Światła wcześniej nie było – rzucił od niechcenia.
Ariel zrezygnowany wypuścił powietrze, uniósł czapkę i podrapał się po głowie. Technicy tak naprawdę dopiero zaczynali pracę. Zanim dopuszczą ich do ciała, minie jeszcze kupa czasu. Nie uśmiechało mu się stanie na mrozie i czekanie, aż ci łaskawie pozwolą mu wejść. Musiał szybko coś wymyślić.
– Zginęło coś? – Spojrzał na prokuratorkę.
– Pan Mieczysław właśnie robi obchód.
– Twardy chłop. – Podkomisarz pokiwał z uznaniem. – Najpierw znalazł zaciukanego kumpla, a teraz nam pomaga. Takich jak on potrzeba u nas w firmie. Szkoda, że ma grupę inwalidzką.
– I wiek emerytalny. – Monika dokończyła jego myśl.
– Żyleta, pilnuj się, bo kogoś potniesz. – Janicki puścił do niej oko.
Aldona Kunicka patrzyła na nich miną zdradzającą mieszaninę niezrozumienia i zdziwienia. Monika zamknęła oczy i szeptem rzuciła do niej:
– Nie wnikaj.
Ariel się zaśmiał i ruszył w stronę pomieszczenia, w którym znaleziono ciało Rogalskiego. Miał nadzieję rozejrzeć się szybko. Nie miał zamiaru niczego dotykać ani zostawić swoich śladów. Chciał zobaczyć miejsce zbrodni takim, jakie zostawił je morderca. Już miał przekroczyć próg, kiedy zza pleców usłyszał głos szefowej techników, Eli Terlickiej.
– Nie idź tam! – krzyknęła nieznoszącym sprzeciwu głosem. – Jeszcze nie skończyliśmy roboty.
Janicki spojrzał zrezygnowany na kobietę. Elżbieta prawie biegła w ich kierunku. Dźwięk obcasów obijających się o brukowaną podłogę zdominował całą przestrzeń. Głośne do tej pory jarzeniówki, wiatr i rozmowy techników były niczym w porównaniu z tępymi uderzeniami kozaków.
– Długo wam jeszcze zejdzie? Dupa mi już odmarza – rzucił od niechcenia.
– Też się cieszę, że was widzę – przywitała się wymuszonym uśmiechem – i zapewniam, że wolałabym prażyć swoją dupę w tropikach niż tu, ale robota czeka.
Janicki wypuścił teatralnie powietrze i przewrócił oczami.
– Z naszą pensją jedyne tropiki, na jakie możemy sobie pozwolić, to te w namiotach turystycznych.
Prokuratorka parsknęła śmiechem. Choć na co dzień wymagała od siebie zawodowej wstrzemięźliwości i nienagannej prezencji, tym razem nie była w stanie się opanować. Przetarła załzawione oczy i spojrzała rozbawiona na szefową techników. Widząc jej zdziwienie, szybko się zmitygowała, odchrząknęła i rzuciła do podkomisarza:
– Elżbieta ma rację. Lepiej, żebyście poczekali, aż jej ludzie skończą pracę.
– Dziękuję. – Terlicka skinęła jej głową.
– Jak tam sobie chcecie. – Janicki machnął ręką. – Ja w takim razie idę rozpytać tego Miecia, a ty, Żyleta… – Spojrzał na Monikę. – Ogarnij kogoś, kto zabezpieczy nam nagrania. – Złapał za część czapki, której jego uszatka zawdzięcza nazwę, pociągnął i ruszył w stronę wnętrz stadionowych.
– O co mu chodzi z tą Żyletą? – Aldona była ciekawa.
– Naprawdę chcesz, żebym ci tłumaczyła?
– W sumie to chyba nie. – Zaśmiała się cicho.
– A, i jeszcze jedno! – Janicki krzyknął z rogu parkingu. – Gdzie są jego ciuchy?
Elżbieta Terlicka poczuła się wywołana do odpowiedzi, dlatego odkrzyknęła:
– Do labu już pojechały! Wcześniej leżały złożone w kącie tej pakamery.
– Złożone? – zapytał cicho sam siebie.
Ta sprawa zaczynała wyglądać co najmniej dziwnie. Na początku zakładał, że morderstwo mogło być wynikiem afektu, ale ta teza coraz bardziej traciła na sile. Morderca zadał sobie zbyt dużo trudu, żeby zatrzeć ślady. O ile jeszcze wyczyszczenie zwłok był w stanie zrozumieć, tak rozebranie ofiary i złożenie jego ubrań wydawało się dziwaczne.
– Krew na nich była? – krzyknął.
– Co? – Szefowa techników nie dosłyszała.
Pokręcił głową zrezygnowany i wrócił do kobiet.
– Krew była na ciuchach? – powtórzył pytanie, tym razem ciszej.
– Nie wiem. Spakowaliśmy je tak, jak leżały. Wyglądały, jakby złożyła je jakaś mała chińska rączka, która całe swoje życie poświęciła składaniu ubrań i to było sensem jej istnienia.
– Hmm – zamyślił się. – Czyli jak wkładaliście je do wora, pod spodem nie było krwi?
– No nie.
– Kazał mu się rozebrać, tylko po co?
– Może byli kochankami – wtrąciła Monika. – Przyszli tu pobaraszkować, pokłócili się, coś poszło nie tak, różnie bywa.
Janicki poprawił czapkę i kolejny raz zerknął do środka. Ułożenie ofiary nie dawało mu spokoju. Ktoś, kto pod wpływem emocji dokonuje zbrodni, nie zaprząta sobie głowy takimi detalami. Tutaj nie mogło być mowy o przypadku. Morderca działał przemyślanie, systematycznie, być może planował zbrodnię wcześniej.
– Sam nie wiem – rzucił i zamyślony ruszył w kierunku stadionu. – Pojebane to – dodał już do siebie.
Rozdział 3
Monika w zamyśleniu patrzyła na uwijających się w pocie czoła techników. Fascynowała ją ich praca. Niewiele jest zawodów, które wymagają takiego skupienia, dbałości o każdy szczegół i drobiazgowości. Ich mrówczy trud i zaangażowanie, często lekceważone przez innych funkcjonariuszy, niejednokrotnie przyczyniły się do rozwikłania spraw. Policjantka miała nadzieję, że i tym razem uda im się znaleźć coś, co pozwoli schwytać mordercę.
– Jak wam się układa po tamtym? – zapytała Aldona Kunicka, wybijając ją z zamyślenia.
Po słynnej na całą Polskę sprawie mordercy, którego opinia publiczna nazwała „Ręce Boga”, pracowało się im całkiem dobrze. Pierwszego dnia po powrocie z przymusowego urlopu, na który komendant wysłał Ariela, obawiała się jego reakcji. W końcu to ona powiadomiła przełożonych o planowanej przez podkomisarza akcji. Gdyby nie jej nadgorliwość i strach o partnera, być może byliby w stanie schwytać mordercę. Niestety kolejne radiowozy na sygnale spłoszyły zwyrodnialca, który pozostawał nieuchwytny do tej pory. Na szczęście Janicki szybko o wszystkim zapomniał i zamiast obwiniać ją o nieudaną akcję, dziękował, że pomogła mu odnaleźć córkę, którą ten zwyrol przetrzymywał.
– Dobrze – odpowiedziała zdawkowo.
– Na pewno? – dopytywała.
– Tak, nie mam na co narzekać.
Monika poczuła na sobie przenikliwy wzrok prokuratorki. Postanowiła nie być jej dłużna. Zamiast odwrócić głowę, wpatrywała się w jej oczy. Nie czuła skrępowania przy tak urodziwej kobiecie. Dawno temu się nauczyła, że wszystkie są takie same i nawet zatwardziałe heteroseksualistki potrafią dostrzec piękno w innej kobiecie. Symetryczna twarz, kształtne piersi, figura czy włosy działały na nie tak samo jak na mężczyzn. Prawda była taka, że nie stroiły się dla facetów, tylko dla innych kobiet.
– Pytam, bo Ariel to trudny typ. – Aldona uciekła wzrokiem na wychodzącego z pomieszczenia technika.
– Wiem, ale zna się na robocie. Poza tym odnoszę wrażenie, że mam na niego dobry wpływ. – Mówiąc to, policjantka miała na myśli skłonność do procentów swojego partnera. Na początku ich współpracy kilkukrotnie wyczuła od niego woń przetrawionego albo dopiero co wypitego alkoholu. Ostatnio miała wrażenie, że Janicki nie dość, że nie roznosił specyficznego zapachu, to jeszcze wyglądał lepiej. Nie przyjeżdżał do firmy skacowany, miał zdrowszą cerę, wydawał się szczęśliwy, o ile w ogóle można tak o nim powiedzieć.
– To dobrze. Wiedz, że jeśli coś będzie się działo, zawsze możesz ze mną porozmawiać.
– Znaczy się przyjść na skargę?
– Możesz to nazywać, jak chcesz. Ja pragnę ci tylko powiedzieć, że świat, w który wchodzisz, to brutalne miejsce, które nie znosi kompromisów. Poza tym idzie nowe, nikt nie może być pewny swojego miejsca – wyjaśniła prokuratorka.
– Dzięki za troskę, ale poradzę sobie. – Monika uśmiechnęła się półgębkiem.
– Pamiętaj, że moje drzwi zawsze stoją dla ciebie otworem.
– Będę pamiętać. Dzięki – powiedziała policjantka, po czym zgodnie z poleceniem Ariela ruszyła szukać kogoś odpowiedzialnego za monitoring obiektu.
Kiedy szła w kierunku pomieszczeń stadionowych, poczuła dopadającą ją falę zimna. Ciepło, które zabrała ze sobą z mieszkania kochanki, uleciało całkowicie. Przenikliwy wiatr wdzierał się pod krótką kurtkę. Koszulka, wciąż wilgotna od potu, zamiast chronić przed zimnem, tylko potęgowała chłód.
Po tym, jak dostała telefon od dyżurnego, wzięła taksówkę. Nie chciała, żeby Ariel dowiedział się, gdzie jest. Nie potrzebowała jego głupkowatych docinków czy uśmieszków pełnych niedopowiedzeń. Lubiła tego faceta, ale czasami jego poczucie humoru ją drażniło, a nawet irytowało. Ona zawsze wolała ugryźć się w język, przemilczeć coś, on wręcz przeciwnie. Na wszystko miał ripostę, z wszystkiego potrafił zażartować. Różnili się od siebie, ale to wychodziło im na dobre. Byli jak dwa przeciwstawne bieguny magnesu, plus i minus, które razem są w stanie zdziałać więcej niż osobno.
Weszła do środka, gdzie zobaczyła komendanta, nadinspektora Janusza Okuckiego, rozmawiającego z Szerszeniem. Nie miała ochoty na pogawędkę z szefem, dlatego postanowiła się wymknąć. Ukradkiem weszła na schody prowadzące na pierwszy poziom trybun, kiedy doszedł do niej głos przełożonego.
– A Janicki gdzie? – zapytał komendant, głośno dysząc. Najwyraźniej ludziom z nadwagą ciężko było nie tylko latem, kiedy sapali od upałów, ale też zimą.
– Poszedł rozpytać faceta, który znalazł ciało – odpowiedziała.
– A ty gdzie idziesz?
– Zabezpieczyć monitoring.
– Aldonka jest już na obiekcie? – dopytywał.
– Tam. – Wskazała drogę do prokuratorki.
Komendant skinął jej głową i wyszedł na zewnątrz. Monika poczekała chwilę, aż zniknie za rogiem, po czym zeszła ze schodów i ruszyła w stronę posterunkowego. Ten dał jej wskazówki, jak dojść do stróżówki ochrony.
Na miejsce dotarła bez najmniejszych problemów. Szerszeń opisał jej drogę na tyle jasno, że pomimo stadionowego labiryntu nie zabłądziła. Zastanawiała się, czy posterunkowy, tak jak jej partner, był fanem piłki nożnej i to miejsce nie miało przed nim żadnych tajemnic, czy po prostu miał dobrą pamięć do mapy, którą zapewne musiał przestudiować.
W niewielkiej klitce oddzielonej wysokimi szybami siedział starszy mężczyzna. Mógł mieć około sześćdziesięciu kilku lat. Był lekko otyły, miał charakterystyczny czarny, modnie zawinięty wąs.
Chwyciła za klamkę i weszła do środka.
– Dzień dobry, sierżant Monika Dydek z Komendy Miejskiej Policji w Białymstoku, mogę zająć chwilę?
– A i owszem, he, he. – Mężczyzna zaśmiał się rubasznie. – Jak mógłbym odmówić tak pięknej kobiecie?
– Mógłby pan, ale wtedy spotkalibyśmy się na komendzie – powiedziała beznamiętnym do granic możliwości tonem.
– Skoro pani sierżant zaprasza, to ja może… he, he… dałbym się skusić na takie spotkanie w cztery oczy, he, he, niekoniecznie na komendzie. – Puścił do niej oczko. – Jeśli wie pani, co mam na myśli.
– Nie wchodzę w prywatne relacje ze świadkami – rzuciła oschle – i jeśli to już mamy wyjaśnione, to proszę zabezpieczyć monitoring z ostatnich czterdziestu ośmiu godzin, i to już!
– Pani tak się nie denerwuje, he, he. Zaraz zadzwonię do szefa i zapytam, czy mogę.
– Proszę pana! – Wzrokiem starała się przewiercić mężczyznę na wylot. – Tu zabito człowieka. Na dole jest prokuratorka i komendant Komendy Miejskiej. Naprawdę pan myśli, że szef nie udostępni nam nagrań?
– Dobrze już, dobrze. Taka ładna, a taka nerwowa. – Cmoknął głośno, otworzył szufladę biurka i wyciągnął pamięć przenośną z logo zarządcy stadionu. – Już to zrobiłem, he, he. Myślałem, że porozmawiamy trochę dłużej.
Monika sięgnęła po pendrive’a i kątem oka spojrzała na monitor. Na jednym z małych kwadracików, na które podzielony był ekran, dostrzegła Ariela z rękoma uniesionymi w geście poddania i mężczyznę, który wymachiwał przed nim jakimś przedmiotem. Nie zastanawiając się długo, złapała za pamięć i wybiegła.
***
Janicki wszedł do ciepłego i przestronnego holu prowadzącego do poszczególnych trybun, rozejrzał się i zdjął czapkę. Stadion, na którym jego niegdyś ukochana drużyna rozgrywała domowe mecze, przeszedł ogromną metamorfozę. Od obiektu z lichymi drewnianymi siedzeniami na Jurowieckiej, przez stadion Hetmana Białystok, po nowoczesny, spełniający normy UEFA, ogromny moloch.
Lata temu, kiedy jako młody i zafascynowany ruchami kibicowskimi chłopak, uczestniczył w jednej z ustawek, zginął jego brat, a on ranny trafił do szpitala. Ta tragedia odcisnęła piętno na nim i całej jego rodzinie. Rodzice, nie mogąc pogodzić się z pustką, jaka wypełniła ich serca po utracie dziecka, zapełniali ją wódką. On obiecał sobie wendetę. Z kolegami szukał osoby odpowiedzialnej za tragedię, jednak kiedy ją odnalazł, pragnienie zemsty przestało być najważniejsze. Postanowił się zmienić. Zostawił za sobą przeszłość i wstąpił w szeregi policji, co oczywiście nie spodobało się jego byłym kolegom. Stał się persona non grata w środowisku. Do dzisiaj utrzymywał kontakt jedynie z Bladym, wysoko postawionym w hierarchii kibicem, który za nic miał odgórne ustalenia. Niestety pomimo jego buńczucznej natury, ich przyjaźń nie mogła ujrzeć światła dziennego. Policjant i kibol – to nie mogło wyjść na jaw.
Podkomisarz postanowił rozejrzeć się po obiekcie. Wiedział, że pan Mieczysław musiał kręcić się gdzieś w okolicach biur, sklepów, skyboxów lub kas. Jeśli zabójstwo miało motyw rabunkowy, to były jedyne miejsca, w których mógłby coś znaleźć.
Wszedł po schodach na pierwszy poziom trybun i podszedł do przeszklonej ściany oddzielającej je od płyty boiska. Było cicho i spokojnie. Gdyby nie szalejący za oknem wiatr, w środku panowałaby niczym niezmącona cisza. Zielona na co dzień trawa dziś przykryta była grubą warstwą szronu. Żółto-czerwone rzędy krzeseł przypominały teraz surowy syberyjski krajobraz, gdzie każde, nawet najdrobniejsze kolorystyczne odstępstwo od normy, momentalnie skuwane było lodem. Monochromatyczny obraz zawładnął kolorową do tej pory przestrzenią.
Pod skórą czuł, że nie należy już do tego miejsca. Był na tym terenie obcy, jednak gdzieś w głębi serca tęsknił. Zaczęło brakować mu dawnej, twardej rzeczywistości, kontrolowanej i zdominowanej przez argument siły. Dobrze się tam odnajdował, nigdy nie odpuszczał, nie chował głowy w piach, zawsze parł do przodu z wysoko uniesionym czołem.
– „Żółta Jotka w czerwieni się mieni…” – zaśpiewał pod nosem jedną z kibicowskich przyśpiewek.
To miejsce nie mogło być ciche. Cisza stała w sprzeczności z ideałami, które były tu przekazywane. Hart ducha, nieustępliwość, walka, wola zwycięstwa – to wszystko doprawione nieokiełznaną agresją, przesiąkniętą testosteronem, siłą i brutalnością. W tym miejscu nie było mowy o spokoju.
– Na dole jest policja – usłyszał za plecami głos starszego mężczyzny. – Bez numerów, kiurwa, bo pierdolnę pałką w łeb i zawołam pomoc – powiedział trochę bardziej hardo.
Ariel w milczeniu się odwrócił. Zobaczył dobrze zbudowanego jak na swój wiek mężczyznę. Wbrew temu, co się utarło, ochroniarz nie miał piwnego brzucha, nie kulał, nie wyglądał na inwalidę ani osobę upośledzoną. W grubej kurtce i bojówkach, z rozłożonymi na bok rękami bardziej przypominał komandosa niż ciecia.
Mężczyzna zrobił zdecydowany krok w jego stronę. Z pasa wyszarpnął pojemnik z gazem pieprzowym, a zaraz potem z kabury dobył pałkę teleskopową. Jednym zdecydowanym ruchem rozłożył broń, na co Janicki zareagował uniesieniem rąk.
– Benek! – krzyknął na całe gardło. – Benek, dawaj tu, kiurwa, bo intruza mamy!
– Pan się uspokoi. Policja. – Podkomisarz opuścił rękę i powoli starał się wyciągnąć legitymację służbową.
– Gdzie, kiurwa! – Ochroniarz wycelował pałkę w jego kierunku. – Łapy do góry, bo wpierdol! Benek, kiurwa, stawia się, dawaj no tu szybko! – Kolejny raz krzyknął w przestrzeń za sobą.
– Legitymację chciałem pokazać – tłumaczył Ariel.
– Nie ze mną te numery, kiurwa. Pies, co to piosenki kibolskie śpiewa, tak? Łapy! – Machnął pałką tuż przed Janickim.
– Mogę to udowodnić.
– Ta – parsknął śmiechem. – Ciekawe jak.
– Wystarczy, że pozwoli mi pan wyciągnąć legitymację – tłumaczył cierpliwie.
– Myślisz, że ja głupi jestem, młody? Pewnie broń jakąś tam trzymasz. Mnie też chcesz zajebać jak tego na dole? Łapy, kiurwa! – Machnął nerwowo pałką.
Ariel nabrał głęboko powietrza i uniósł ręce wyżej. Czuł, jak podkoszulka wychodzi mu ze spodni. Przewrócił oczami na samą myśl o przedzieraniu się przez kolejne warstwy ubrań tylko po to, żeby wsadzić to, co wypadło. Wiedział, że tę walkę przegra. Zawsze w takiej sytuacji robił więcej szkód niż pożytku. A to wciśnie coś nierówno, przez co zagięcie przez cały dzień będzie go męczyło, albo zaciągnie nogawkę bokserek, zamieniając je w stringi.
Zastanawiał się, czy obezwładnić mężczyznę. Owszem, ten miał broń, ale nie spodziewał się ataku. Szybki zwód w prawo zdezorientowałby staruszka. Biorąc pod uwagę jego roztrzęsienie i fakt, że wzywał zmarłego kolegę, na pewno dałby się na to nabrać. Ochroniarz zrobiłby zamach, co on skrzętnie by wykorzystał. Dopadłby go z drugiej strony, zadał mocny cios w wątrobę, który na chwilę ostudziłby zapędy dziarskiego mężczyzny. Jednym zdecydowanym ruchem wytrąciłby mu pałkę, wyrwał gaz, przewrócił i byłoby po zawodach. Jasne, mógłby tak zrobić, ale nie miał ochoty na walkę. Nie dziś, nie z takim przeciwnikiem.
– Benek, kiurwa, dawaj tu! – krzyknął.
– Pan Bernard panu nie pomoże. W tej chwili moi koledzy zaglądają w każdy otwór jego ciała, sprawdzając, czy morderca czegoś przypadkiem tam nie zostawił. – Starał się brzmieć do bólu spokojnie, chociaż tak naprawdę tracił cierpliwość do tego człowieka. Obawiał się, że gość nie wytrzyma ciśnienia i w końcu zamachnie się na niego. Nie chciał brudzić staruszkowi w papierach, szczególnie jeśli by go trafił. Napaść na funkcjonariusza to przestępstwo, za które mógłby pierdzieć na Kopernika. – Pan, panie Mieczysławie, znalazł go tam na dole, prawda?
Mężczyzna wpatrywał się w niego badawczo.
– Mówiłem, że jestem policjantem. Jeśli pan pozwoli, powoli wyjmę legitymację i pokażę.
– Nie tą ręką! – Wycelował pałką w prawą dłoń Janickiego. – Drugą.
– Dobrze. – Ariel sięgnął lewą ręką do lewej kieszeni spodni. Facet mu zaimponował. Pomimo stresu był w stanie zachować zimną krew.
– Podkomisarz Ariel Janicki? – Mężczyzna zmrużył oczy i czytał to, co było napisane na wystawionym w jego kierunku kawałku poliwęglanu.
– Mogę już opuścić ręce?
– Tak. Przepraszam. – Mieczysław uderzył czubkiem pałki o betonową podłogę, złożył ją i wpiął w kaburę. – Wie pan, panie komisarzu…
– Podkomisarzu. – Poprawił go.
– No tak, podkomisarzu. Chodzi o to, że tu zawsze spokój jest. Nikt nie chodzi, nie przeszkadza w pracy, a dzisiaj… – Pokręcił głową. – Taka tragedia. Ech.
Janicki schował legitymację i zawczasu wsunął rękę pod kurtkę. O dziwo, koszulka nie wyszła całkowicie, przez co z łatwością był w stanie wcisnąć ją głębiej.
– Dobrze znaliście się z Bernardem?
– Jak to z kolegą z pracy. Zdarzało się, że razem na zmianie byliśmy, to gadaliśmy, żeby czas zabić.
– Zwierzał się panu? Może miał jakieś problemy, ktoś mu groził, bał się kogoś? – dopytywał policjant.
– A gdzieżby tam, kiurwa. To spokojna chłopina była. Sam jak ten palec na tym świecie żył. Rodzina gdzieś w Polsce, tylko bratanka miał, ale on to młody, student, nie miał czasu dla stryjka, ale nie ma co się młodemu dziwić. Wie pan, my już inne pokolenie. Ja to na przykład tych telefonów to nie rozumiem. Odebrać, kiurwa, odbiorę, ale żeby SMS-y wysyłać, e-maila czy internety oglądać, to gdzieżby tam.
– A ten bratanek… to gdzie go znajdę?
– Na politechnice studiuje. Pokój ma w akademiku. Nazwisko takie samo, łatwo będzie znaleźć, ale imienia ni chryna nie pamiętam.
Janicki rozluźnił spięte do tej pory mięśnie pleców i dopiero teraz poczuł, że wcześniej dłonią zawinął bokserki. Chwycił przez nogawkę za kawałek materiału i pociągnął, wyrywając przy tym kilka włosów na udach. Skrzywił się, a do oczu napłynęły mu łzy.
– Zginęło coś? – zadał kolejne pytanie, ignorując dyskomfort.
– No właśnie nic. Została mi już tylko pakamera kibiców.
– Pakamera kibiców? – zapytał zdziwiony.
– A tak. Ultrasi mają tu takie pomieszczenie, gdzie trzymają te wszystkie flagi, sektorówki czy inne chorągwie. O tam. – Palcem wskazał na wąski, ciemny korytarz po lewej. – Chcesz pan, to razem możemy pójść.
– Jasne – odpowiedział.
Mężczyźni weszli do kolejnego pomieszczenia. Czujka ruchu wydała charakterystyczne pyknięcie i automatyczne światło rozjaśniło przestrzeń, ukazując szpaler z koszulek zasłużonych piłkarzy.
– Oczy się komisarzowi bardziej zaświeciły niż te lampy. – Ochroniarz się zaśmiał.
Janicki w pierwszym odruchu chciał go poprawić, jednak widok, jaki się przed nim rozciągał, odebrał mu zdolność mówienia. Patrzył na oprawione w antyramy koszulki ludzi, którzy kiedyś byli dla niego półbogami. Każda z nich opatrzona była autografem i komentarzem, w którym meczu piłkarz miał ją na sobie. Jego uwagę przykuł pierwszy, lekko wypłowiały uniform piłkarski. Zbliżył się do niego i wpatrywał, nie wierząc we własne szczęście.
– Nasz pierwszy reprezentant, Jacek Bajer. Panie, ale to był kot. Jakie on brameczki strzelał. Teraz to już nie ma takich piłkarzy. Nie sport im w głowie, a wyżelowane fryzury, drogie zegarki, sportowe fury. W reprezentacji grać to jak za karę, kiurwa, a kiedyś uuu… – Zmarszczył czoło. – Kiedyś, proszę pana, to był zaszczyt wyjść z orzełkiem na piersi, zaśpiewać hymn przed tysiącami kibiców. To było marzenie każdego młodego chłopaka. A dzisiaj, daj pan, kiurwa, spokój. – Machnął ręką zrezygnowany. – Kluby płacą im takie pieniądze, że dla kraju grać im się nie chce. Boją się, wie pan, że kontuzje złapią, z klubu wylecą i kurek z fortuną zostanie przykręcony.
– Święte słowa.
– A tam Frankowskiego koszulka wisi. – Pokazał w głąb korytarza. – Wie pan, jaka to miła osoba jest? Kiedyś przyszedł tu, porozmawiał, pożartował jak normalny człowiek, żadnego gwiazdorzenia.
Ariel pokiwał mu głową i ruszył w kierunku koszulki najbardziej rozpoznawalnego wychowanka klubu. Przyglądał się żółto-czerwonej pasiastej koszulce z czarnym autografem piłkarza. Poczuł coś na kształt dumy. Cieszył się, że tak znakomita postać reprezentowała jego miasto i klub. Naszła go myśl, że może niepotrzebnie oddalił się od sportu. W końcu to nie piłka nożna sama w sobie, a środowisko kibicowskie postawiło na nim krzyżyk. Może wiosną zabiorę Lenę na mecz, przeszło mu przez myśl. Przecież czasy burd i bijatyk minęły już bezpowrotnie, a na stadionach są specjalne sektory dla rodzin z dziećmi.
Jego rozważania przerwał dźwięk rozsuwanych drzwi i zdecydowany głos jego partnerki.
– Wszystko w porządku? – rzuciła, wbiegając do pomieszczenia.
– Tak. Co ty taka zdyszana?
– Widziałam na monitoringu, że…
– A, to. – Janicki machnął ręką. – To nic takiego. Pan Mieczysław pokazywał mi swoją taktykę walki batonem.
Monika spojrzała najpierw na niego, później na ochroniarza. Nie wyglądali, jakby przed chwilą wybuchł między nimi jakiś konflikt. Być może źle zinterpretowała to, co widziała. Poczuła, jak powoli oblewa się rumieńcem. Postanowiła jak najszybciej odwrócić od siebie uwagę mężczyzn.
– No to widzę, świetnie się tu bawicie – skomentowała.
– No. Przydałby się jeszcze szampan albo coś mocniejszego, ale nie można mieć wszystkiego, prawda? – Ariel zerknął na ochroniarza.
– Alkohol jest kategorycznie zabroniony na służbie – przyznał starszy mężczyzna.
– Panie Mieciu. – Janicki pokręcił zrezygnowany głową. – Ja to myślałem, że pan by się w policji odnalazł. Mało jest tak psychicznie odpornych ludzi. Znajduje pan martwego kumpla, dzwoni po służby, dokonuje rozpoznania. Postawa godna podziwu, ale zakaz spożywania alkoholu na służbie i to w dodatku kategoryczny? Zawiodłem się na panu.
Mężczyzna zaniemówił. Otworzył szeroko oczy, opuścił lekko żuchwę i wpatrywał się z miną nieskalaną myślą w policjanta. Monika tylko przewróciła oczami.
– No nic, sprawdźmy tę pakamerę – rzucił podkomisarz po chwili milczenia.
Ochroniarz jak wybudzony ze snu szybko zamrugał oczami, pokręcił głową i wyciągnął pęk kluczy. Podszedł do białych drzwi, wsunął jeden z kluczy i pchnął skrzydło do środka.
W ich nozdrza uderzył ostry, chemiczny zapach. Nie był to jednak taki sam swąd, jak ten z pomieszczenia, w którym znaleziono Bernarda. Tu śmierdziało rozpuszczalnikami, lakierami i farbą. Zapach, a zwłaszcza jego stężenie, bardziej przywodził na myśl lakiernię samochodową niż schowek na klubowe artefakty.
– Co tu tak jedzie? – zapytał ochroniarz i zapalił światło.
Szaro-pomarańczowe pomieszczenie wymazane było zieloną farbą w sprayu. Ściany, podłoga i zalegające na półkach płachty materiału pokryte były bezsensownymi wzorami, jakby do puszki sprayu dorwał się średnio uzdolniony przedszkolak.
– Flagi zajebał! – Ochroniarz wskazał drżącą ręką na pustą półkę. – Tam były flagi z herbem Jagiellonii.
Janicki oparł rękę na ramieniu mężczyzny i pociągnął go do wyjścia.
– Niech niczego pan nie dotyka! – rozkazał. – Monika, zostań tu i pilnuj, żeby nikomu nie przyszło do głowy włazić do środka. My pójdziemy na dół do Eli.
– Ja mogę pomóc pani Monice – zaproponował Mieczysław.
– Pan będzie mi potrzebny na dole. Dla pana mam specjalne zadanie.
Mężczyzna skinął mu głową na zgodę i ruszyli.
Kiedy znaleźli się na parkingu, wiatr lekko ucichł, przez co temperatura stała się odrobinę mniej mordercza. Przed pomieszczeniem, w którym znajdował się denat, nie było już prokuratorki. W środku cały czas krzątało się kilku techników. Ich pracę nadzorowała Elżbieta Terlicka, która zobaczywszy Ariela, rzuciła oschle:
– Daj nam jeszcze kilka minut.
Podkomisarz skinął jej głową, po czym dodał:
– Słuchaj, tam na górze jest kolejne pomieszczenie, które trzeba będzie prześwietlić. Wyślij któregoś ze swoich ludzi.
– Kolejne ciało?
– Nie tym razem. Nasz człowiek skroił klub z flag i postanowił odnowić wnętrze pomieszczenia.
– Artur! – krzyknęła szefowa techników.
Ze środka wyszedł wysoki mężczyzna w białym kombinezonie, z ogromnymi goglami ochronnymi i kapturem naciągniętym na głowę.
– Weź sprzęt i zacznij robotę w kolejnym pomieszczeniu – wydała polecenie.
Technik nabrał głęboko powietrza i już chciał coś powiedzieć, kiedy w słowo wszedł mu Janicki:
– Wcześniej odepnij panu Mieczysławowi batona. – Wskazał na przypiętą do paska pałkę teleskopową. – I dodaj do dowodów.
– Co też pan! – obruszył się ochroniarz.
– Panie Mieciu, pan wie, że wy nie możecie używać takiego sprzętu. Zabierzemy to od pana, coby pan krzywdy sobie albo komuś nie zrobił, sprawdzimy, czy aby krwi jakiejś nie ma. Jak wszystko będzie okej, zwrócimy.
– Ale…
– Nie ma żadnego ale. Artur! – Janicki spojrzał na przyglądającego się im technika. – Co tak stoisz jak słup soli? Leć po wora na dowody!
Redakcja: Olga Smolec-Kmoch Korekta: Elżbieta RożkiewiczProjekt okładki: Tomasz BiernatSkład: Tomasz Biernat
Copyright by Maciej Torebko 2026Copyright for the Polish Edition by Wydawnictwo Nocą,Warszawa 2026
Druk i oprawa:Drukarnia Sowa
ISBN: 978-83-68657-32-6
WYDAWNICTWO NOCĄul. Filipiny Płaskowickiej 46/8902-778 WarszawaNIP: 9512496374www.wydawnictwonoca.ple-mail: [email protected]
Spis treści
Prolog
Rozdział 1
Rozdział 2
Rozdział 3
