Oferta wyłącznie dla osób z aktywnym abonamentem Legimi. Uzyskujesz dostęp do książki na czas opłacania subskrypcji.
14,99 zł
Kapitan Klinger powraca. Tym razem ściga szpiega, który wyszedł z mgły. Od Smoleńska po Głębię Bornholmską rozpoczyna się wyścig z czasem. Polska ekipa wywiadu wojskowego staje przed diabelskim wyborem: ocalić najważniejsze źródło NATO w Moskwie czy powstrzymać scenariusz, który może wysadzić w powietrze bezpieczeństwo całej Europy.
Warszawa, Moskwa, Baku, Teheran, Wilno i Narwa stają się areną bezwzględnej gry. Hakowanie aut, bomby logiczne, spyware i floty cieni – arsenał hybrydowej wojny XXI wieku to codzienność w pracy a szpiegów. Ale to nie technologia, tylko spryt, lojalność i przyjaźń rozstrzygną, kto przeżyje.
W świecie zdrady, jedno jest pewne: nawet zdrajca nie jest bezpieczny.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 528
Zdradę lubię,
zdrajców nienawidzę.
JuliuszCezar
Wszystkie wydarzenia przedstawione w niniejszej książce nigdy nie miały miejsca, a wszelkie podobieństwo do zdarzeń i osób jest przypadkowe, choć czytelnik może doszukać się pewnych analogii i związków z rzeczywistymi, historycznymi wypadkami. Autorzy czerpali co prawda inspirację z dorobku historii najnowszej, jednak to, jak poprowadzili akcję powieści, w zupełności nie pokrywa się ze zdarzeniami, które miały miejsce.
Podziękowania
Klara, Robert, Wiktor, „Troll” – ich już znacie. Czas na nowe przyjaźnie. Istnieją bowiem ludzie, których na kartach tej książki nie odnajdziecie, a są w równym, albo i dużo, dużo większym stopniu schowani za jej okładkami.
To przede wszystkim cały zespół Czarnej Owcy. Katarzyna Słupska – wielkie podziękowania za Twoje zaufanie, cierpliwość i wiarę w to, że nasze pisanie może zapewnić rozrywkę czytelnikom. Iwona Walska – wiesz najlepiej, że napisanie książki to tylko początek i gdyby nie Twoje profesjonalne umiejętności, na pisaniu by się skończyło. I – last but not least – wielkie słowa podziękowania dla naszej redaktorki. Praca, którą Anna Płaskoń-Sokołowska wykonała, jej oko do szczegółów, wiedza i humor sprawiły, że żmudny proces wprowadzania poprawek nie odwiódł nas ostatecznie od planów napisania kolejnych książek.
Za pomoc przy zrozumieniu skomplikowanej materii techniczno-komputerowej chcielibyśmy podziękować Piotrkowi Żakowi – serdecznemu przyjacielowi, jednemu z najmilszych i najbardziej uzdolnionych ludzi, jakich udało nam się poznać. Piotr – oprócz pasji do komputerów – jest jedynym człowiekiem, który był w stanie stworzyć działającą maszynę do jednoosobowego układania gipsokartonowych paneli sufitowych i dokładnie oraz przystępnie wyjaśnić nam zasady hakowania aut i wszystkiego, co ma elektroniczne bebechy.
Olbrzymiej i nieocenionej pomocy podczas opisywania przesłuchania „Trolla” udzieliła nam Agnieszka Leszczyńska, wiceprezes Polskiego Towarzystwa Badań Poligraficznych, biegły sądowy oraz przemiły człowiek. Przepraszamy, Agnieszko, że nie zastosowaliśmy się do wszystkich Twoich rad, ale książka rządzi się swoimi prawami i coś, co rani Twoje serce fachowca, co odbiega od metodyki badania, mamy nadzieję, uraduje czytelników. Staraliśmy się jednak być jak najwierniejsi realiom. I doceń, że ani razu nie użyliśmy sformułowania „wykrywacz kłamstw”.
Pod wodę zaprowadził nas Rafał Rola, nurek i pasjonat sportów wymagających ekstremalnej siły i wytrzymałości. To on pokazał nam, gdzie w naszej opowieści fikcja miesza się z prawdą. Jesteśmy mu za to bardzo wdzięczni. Za wiedzę dotyczącą znajomości broni palnej i strzelectwa dziękujemy jak zwykle nieocenionemu Robertowi. Dominikowi i Krzysztofowi dziękujemy za cenne uwagi dotyczące systemów bezpieczeństwa narodowego. Dzięki Waszym podpowiedziom nie wdepnęliśmy na grząski grunt, a fikcja literacka jest nadal tylko i wyłącznie fikcją. Za „konstruktywną krytykę” fragmentów opisujących pracę Morskiej Jednostki Rakietowej z Siemirowic, dzięki której żadna z tajnych procedur tej elitarnej jednostki nie została ujawniona, autorzy dziękują dowódcy MJR, panu komandorowi Bogdanowi Tomaszyckiemu. Dobrym duszom z korpusu dyplomatycznego dziękujemy za podpowiedzi, jak skutecznie wykorzystać obowiązujące procedury podróżowania osób z immunitetem, by – nieco naginając rzeczywistość – najbardziej dramatyczne momenty naszej historii przeprowadzić przez granicę rosyjsko-estońską. Za pomoc w odkrywaniu tajników sztuki motorowodniackiej, bez której nie byłyby możliwe ekscytujące wydarzenia na jeziorze Pejpus, dziękujemy Przemkowi Ciesielskiemu; Przemku – stopy wody pod kilem. Kluczowe epizody tej odsłony przygód Klary Klinger nie byłyby tak emocjonujące, gdyby na pewnym etapie ich tworzenia nie pojawiła się Anna Przewoźniak z Kongsberg Defence. Dziękujemy jej za energię, zaangażowanie i pomoc na ostatniej prostej pracy nad książką. Na koniec chcieliśmy też podziękować naszym rodzinom, żonom, synom. Za Waszą cierpliwość i wsparcie…
Musimy też napisać parę słów wyjaśnienia. O tajemnicach min jądrowych przeczytaliśmy ponad dekadę temu w książce Atomowi komandosi. Rozbroić miny jądrowe w Niemczech Zachodnich pióra Jarosława Rybaka. Ten wyśmienity dziennikarz opisał Pas Trettnera, system bunkrów, które miały służyć jako miejsca ukrycia tajnej broni NATO – min atomowych. Doskonale udokumentowana książka historyczna do dziś robi wrażenie.
O minach atomowych wspominał też słynny generał Aleksandr Iwanowicz Lebied. Tylko że on mówił o minach walizkowych. W wywiadzie opublikowanym 7 września 1997 roku przez magazyn śledczy CBS „Sixty Minutes” Lebied powiedział, że rosyjska armia straciła kontrolę nad ponad setką bomb atomowych wielkości walizki, z których każda mogła zabić 100 000 osób. Co się z nimi stało? My w naszej książce opowiadamy o jednej z tych stu, ale jak mówi bohater filmu Peacemaker: „Nie boję się tego, który ma tysiące atomówek, przeraża mnie ten, co chce mieć jedną”.
Wszystkim, którzy z lupą przy oku sprawdzają szczegóły w czytanych powieściach, życzymy miłej lektury i prosimy, aby pamiętali, że ta książka jest wyłącznie fikcją literacką. Dlatego nie bądźcie zdziwieni, jeśli nie wszystko pokrywa się z rzeczywistością. To zabieg świadomy, umyślnie przez nas zastosowany. Tym, którzy lubią „easter eggs”, proponujemy zabawę w szukanie w Regułach zdrady miejsc, nazwisk i postaci z naszych ulubionych książek.
Oczekującym od nas kolejnych wyzwań proponujemy, by poczekali kilka miesięcy i wraz z naszym nowym bohaterem, inspektorem Horacym Sterlingiem, i jego polską córką Ireną przenieśli się do Londynu czasów I wojny światowej, by rozwiązać zagadkę „Szpiega Admiralicji”.
Dobrej zabawy!
Akta osobowe
Według pojawiania się w sprawie o kryptonimie „Strefa rażenia”
Pułkownik Tadeusz Hupała
– były oficer Ludowego Wojska Polskiego. Zdezerterował do Rosji. 10 kwietnia 2010 roku zarejestrowano jego obecność na lotnisku Smoleńsk-Siewiernyj. Kawaler, rodzice zmarli. Miejsce pobytu siostry nieznane.
Generał Stanisław Klinger
– generał brygady Ludowego Wojska Polskiego w stanie spoczynku. Ojciec Klary i Laury Klinger. Chory na alzheimera. Zmarł w 2015 roku.
„Dowódca”
– były szef Służby Wywiadu Wojskowego (dane utajnione). Zmarł na raka płuc w 2014 roku. Jego siostra Ida Larssen wciąż w służbie.
Pułkownik Robert Duszyński
– zastępca szefa wywiadu wojskowego, nazywany przez podwładnych „Zastępcą”. Po zmianie rządu przeszedł ze swoim zespołem do Zarządu Analiz Wywiadowczych i Rozpoznawczych P-2 Sztabu Generalnego.
Kapitan Wiktor Abramowicz
– podczas kursu wywiadu był na jednym roku z córką generała Klingera, Klarą. Służył w kontrwywiadzie wojskowym. Skierowany do zespołu Klary Klinger. Obecnie w P-2. Wdowiec. Bezdzietny.
Ida Larssen
– oficer wywiadu wojskowego. Wykładała na kursach dla młodych tej służby. Siostra zmarłego w 2014 roku „Dowódcy” szefa SWW. Na stałe mieszka w Danii.
Kapitan Klara Klinger
– oficer wywiadu wojskowego w zespole operacyjno-inspekcyjnym szefa SWW, po zmianie rządu w Zarządzie Analiz Wywiadowczych i Rozpoznawczych P-2 Sztabu Generalnego. Dwukrotnie ranna. Samotna.
„Hafsa”
– była snajper specnazu. Po zakończeniu służby wojskowej została kontraktorem GRU. Uczestniczyła w wywiezieniu z Kijowa byłego lidera i jego rodziny. Niezamężna, jedna córka.
Wiaczesław Siemionowicz Kostiuk
– zaufany doradca i zarządca majątku rodziny byłego kijowskiego przywódcy. Był jednym z „czerwonych dyrektorów”.
Pułkownik Jan Moske
– po śmierci „Dowódcy” został szefem Służby Wywiadu Wojskowego. Wcześniej pełnił służbę w Omanie.
Porucznik Robert Rapacki
– operator Jednostki Wojskowej 2305. Ranny w Afganistanie. Pełnił służbę jako obserwator OBWE w Gruzji. Oddelegowany na prośbę szefa SWW, dołączył do zespołu operacyjno-inspekcyjnego. Żonaty (w separacji), dwie córki.
Ewa Krukowska
– pod nazwiskiem legalizacyjnym Kateryna Kruk była nielegałem wywiadu wojskowego w Ukrainie. Łącznikowała majora GRU Piotra Stieczkina, agenta polskiego wywiadu wojskowego w Rosji. Uczestniczka operacji w Odessie. Obecnie w P-2. Samotna.
Porucznik Piotr Troliński
– pseudonim „Troll”, ekspert techniczny zespołu operacyjno-inspekcyjnego. Specjalista z zakresu teleinformatyki. Przyjaźni się z Wiktorem Abramowiczem.
Laura Klinger
– siostra kapitan Klary Klinger. Zamężna, jeden syn.
Generał major Igor Dimitrijewicz Sergun
– zastępca do spraw operacyjnych szefa GRU. Służbę rozpoczął w Polsce, działał w Legnicy i Rembertowie. Znany z wielkich ambicji politycznych. Żonaty.
Konstiantyn Kobzon
– szef ochrony byłego kijowskiego przywódcy. Znajomy „Hafsy”, którą poznał podczas ucieczki z Kijowa.
Kapitan Leonid Andriejewicz Briusow
– oficer specnazu GRU. Zaufany generała Serguna.
Piotr Stieczkin
– major GRU. Agent polskiego wywiadu w strukturach siłowych Rosji. W 2014 roku w wyniku skomplikowanej operacji w Odessie został przewieziony do Polski. Polacy sfingowali śmierć Stieczkina i teraz pod ochroną SWW mieszka w Polsce razem z wnukiem. Ojciec Piotra Steczkowskiego, który w efekcie gry operacyjnej SWW zajął jego miejsce w otoczeniu kierownictwa GRU.
Śledczy Gleb Gieorgijewicz Pożarski
– oficer FSB. Zaczynał karierę w KGB w Petersburgu. Pomógł jednemu z zaufanych współpracowników późniejszego prezydenta Rosji, za co w rewanżu został przeniesiony do Moskwy. Najlepszy śledczy kontrwywiadu.
Piotr Steczkowski
– niedoszły żołnierz wywiadu wojskowego. W ramach operacji przeciw generałowi Sergunowi wysłany do Moskwy. Syn majora GRU Piotra Stieczkina i Polki. Zgodził się na udawanie zdrajcy, gdy SWW obiecała sfinansować skomplikowaną operację jego syna. Rozwiedziony.
Natasza Rostowa, aka Ksenia Iwanowna Łatynina
– narzeczona Piotra Steczkowskiego. Nie ma pojęcia o prawdziwym zadaniu Piotra.
Pułkownik Farzan Hosseini
– oficer w brygadzie Niru-je Ghods Korpusu Strażników Rewolucji Islamskiej. Przeniesiony do Departamentu 900 zajmującego się przeprowadzaniem działań wywiadowczych poza granicami Iranu.
Ajatollah Mohammad Ahmadi
– członek Rady Ustalania Właściwego Porządku, ciała Najwyższego Przywódcy. Zwolennik budowy irańskiej bomby atomowej.
Melissa Driscoll
– zastępca szefa Defense Clandestine Service, wydziału wywiadu wojskowego armii USA prowadzącego rozpoznanie osobowe.
Generał porucznik Vincent R. Stuart
– szef Defense Intelligence Agency, czyli Agencji Wywiadowczej Departamentu Obrony.
PROLOG
Jak nic będzie mgła… Wystawił głowę z kantorka i popatrzył w niebo.
Mgłę zawsze czuł w kościach. Ludzie bardzo często tak mówią: czuję coś w kościach. Ale tak po prawdzie to Aleksander Rodin nadchodzącą mgłę najpierw wyczuwał w chorych zatokach. Nie wiedział, jak to się działo, po prostu się działo. Oczy wyskakiwały mu z głowy, później nagle bach, nadchodziła mgła, a po godzinie wszystko znów było w porządku. Dlatego tak nienawidził tego miejsca. Bo mgły przychodziły tu co chwila.
Jego sąsiad spod dwieście dwa, Żenia Buraszkin, przez całą jesień i zimę narzekał na pogodę. Stał przed sklepem babki Wiery i mówił, że zapomniał, jak wygląda słońce. Mówił, że w ich mieście pogoda jest tak brzydka jak żona prezydenta. Mówił i mówił. Wszyscy się śmiali, bo Żenia to swój chłop. Kulturny i adekwatny. Gdy w marcu znów nadeszła mgła, Buraszkin stanął na parapecie i zaczął coś wykrzykiwać o kosmitach. Krzyczał krótko, bo z siódmego piętra na beton droga nie jest daleka. Tutaj rzeczywiście mgła zabija.
Gdyby nie ból głowy, to on właściwie nic by do tej mgły nie miał. Zdarzało mu się nawet na niej zarabiać.
Może dzisiaj jakiś baran znów zabłądzi i skręci na moją stację, pomyślał, obsikując kępę krzaków. Nadziei na przyjazd klienta nie miał. Najczęściej tankowały u niego ciężarówki. Ale komu chce się w sobotę pracować? On musiał. Zarobek na gruzawikach miał niezły, bo tuż obok jego stacji, pół kilometra za drogą, było wojskowe lotnisko. Wszyscy się tu znali, wuj stryja, ciotka brata, a kolega z wojska znał faceta od pomp na lotnisku za płotem. I w ten cudowny sposób paliwo było u niego tańsze, a ci, którzy pozwalali mu zarobić i spełniać marzenia jego Maszy, też nienajgorzej z tego żyli. Wszyscy zadowoleni. Jednak w sobotę rano ruch na drodze był równie duży jak na pogrzebie inspektora Federalnej Służby Skarbowej.
Rozprostował plecy i westchnął. Muszę pomyśleć o dodatkowych pieniądzach. Masza chce jechać na wakacje do Swietłogorska, dzieciaki rosną, a procent od pożyczek zabija boleśniej niż mgła. Wszystko kosztuje… Westchnął ponownie. Trzeba będzie trochę paliwko doprawić. Spojrzał na cztery niebieskie kontenery z dystrybutorami. Nie za dużo, żeby się klienci od razu nie połapali. Dolejemy odbarwionego oleju opałowego i będzie jak koktajl w Nowym Hotelu przy Gubienki. Pyszny, ale słaby jak występy zbornej w barażach o mistrzostwa świata w RPA.
Ożeż jasna cholera! Mało się nie wywrócił, gdy nad jego głową z rykiem silników przeleciał biały Jak-40 z dziwnymi napisami. Ledwo go dostrzegł, bo mgła zaczęła schodzić na ziemię. Chmury wisiały z sześćdziesiąt metrów nad wierzchołkami drzew. Mgła była gęstsza niż zwykle. Zatoki Rodina nie kłamały.
Zapiął rozporek, ziewnął i spojrzał na zegarek Wostok. Był kwadrans po dziewiątej.
Co za nudny poranek…
W takie dni jego srebrny dziewiętnastocalowy Sanyo z odtwarzaczem płyt CD ratował go przed szaleństwem. Seriale i przelatujące samoloty. Najfajniej było, jak samolot przelatywał podczas reklam. Pełnia szczęścia.
Rodin wszedł po cegłach do środka. Odpalił telewizor i wrzucił płytę. Masza nagrała mu najnowszy odcinek Interny. Idealny odmóżdżacz na sobotni poranek bez klientów. Na ekranie pojawiła się czołówka serialu. Sięgnął po pilota. Zauważył, że srebrny plastik ucieka mu spod palców. Kantorek zaczął drżeć, a huk silników o mało nie wybił wibrujących w oknach szyb. Aleksander natychmiast zapomniał o serialu i wybiegł na zewnątrz. Od wschodniej strony w chmurach krążyło coś wielkiego.
Cztery silniki, jak nic! Duża bestia! – wyłapał bezbłędnie, bo od czasu, gdy wybudował tu stację, został pasjonatem lotnictwa.
Rzeczywiście – po chwili z sinego mleka wychylił się szary Ił-76.
Coś dużo dzisiaj tego lata. Dawno na lotnisku nie było takiego ruchu, stwierdził zdziwiony.
Aerodrom od pół roku nie działał. Maszyny i załogi przeniesiono do Orenburga i Taganrogu, zostały tylko jakieś nędzne resztki obsługi. Wielki transportowy wieloryb Iljuszyna najwyraźniej miał zamiar lądować. Parę razy próbował usiąść. Huk krążył nad głową Rodina, ale ostatecznie pilot zrezygnował i na stacji znów zapadła cisza. Aleksander wrócił do oglądania serialu.
Kiedy odcinek się skończył i mężczyzna rozważał włączenie kolejnego, choć w grę wchodziły też Wilgotne mamuśki, usłyszał od strony drogi hurkot szutrowej nawierzchni.
Wot siurpriz!1 Mam pierwsze trafienie, ucieszył się, a po sekundzie zobaczył nadjeżdżającą betoniarkę.
Klientów nie miał dużo, dlatego starał się zadbać o każdego wozaka. Rodin uważał, że klienci wracają do niego na stację, bo liczą, że powita ich po imieniu i pogada o sporcie albo o kobitkach. Nie to co na sieciówkach. Tam liczy się tylko kasa. Ten kierowca był tu pierwszy raz. Dla Rodina jego wizyta oznaczała przerwanie sobotniej nudy, choć dodatkowe pieniądze były równie ważne.
Trzeba nowemu pokazać klasę i zjechać z ceną, uznał.
Mężczyzna wyskoczył z szoferki i o mało nie wywalił się w kałuży. Przez chwilę balansował jak surfer na trudnej fali, zachował jednak pion, podszedł do kantorka i przez kratę zapukał kluczykami w szybę.
Okienko przesunęło się z piskiem.
– Po ile wacha? – Pochylony nad blatem kierowca nawet nie spojrzał na Rodina, tylko lustrował okolicę. Widać było, że pusty bak złapał go w tym miejscu po raz pierwszy.
– W promocji będzie dwadzieścia rubli za litr. Pasuje czy dodać hot doga z Łukoila? – zapytał retorycznie Aleksander.
Kierowca wreszcie się odwrócił i uśmiechnął szeroko.
– Ojczulku, jak utrzymasz cenę, sam ci będę hot dogi przywoził! – Splunął przez zęby. – Daj za siedem tysięcy! – Wsunął przez kraty odliczony plik banknotów.
Rodin wcisnął guzik i uruchomił dystrybutor. Kierowca zaczął wlewać benzynę, a licznik przy kasie najpierw powoli, później coraz szybciej popychał cyferki. Nagle z klikaniem cyferek zgrał się rosnący basowy huk silników nadlatującego samolotu. Rodin już chciał wyskoczyć na zewnątrz, ale się zawahał. Czytał za dużo nagłówków o właścicielach stacji znalezionych z rozłupanymi czaszkami. Tym razem w huku silników samolotu wyczuł coś dziwnego. Dźwięk był głośniejszy i wyraźniejszy niż kiedykolwiek wcześniej. Dosłownie spadał mu na dach, rozwibrowując każdy gwóźdź wbity podczas budowy. Szyby dzwoniły tak głośno, że nie słyszał nawet, co krzyczy kierowca, który wskazywał na chmury. Rodin otworzył drzwi i spojrzał ponad drzewa. Nie zobaczył samolotu, tylko cień kadłuba, który prześlizgnął się wzdłuż białej waty, ledwie czterdzieści metrów nad jego głową. Mgła była tuż nad nimi. Huk wędrował za maszyną. Sądząc po pracy silnika, samolot przeleciał nad ulicą i właśnie podchodził do lądowania. Za drogą był rzadki lasek na działce jego znajomego, szopa przed parowem, a za wzniesieniem zaczynał się pas.
W tym momencie wycie silników zmieniło ton, basowy huk przeszedł w narastający pisk, jakby pilot chciał wykrzesać z maszyny całą moc, jaką miał pod palcami wolantu. Po ułamku sekundy wraz z ogłuszającym dźwiękiem samolotu dobiegł odgłos, którego Rodin nigdy wcześniej tutaj nie słyszał. Pach, pach, pach! Jakby w gigantycznej saunie równie wielka ręka waliła olbrzymimi witkami w poszycie kadłuba. Potem usłyszał huk i nad parowem pojawił się dym. Silniki nagle zamilkły i na lotnisku Smoleńsk-Siewiernyj zrobiło się cicho. Jakby mgła otuliła miejsce katastrofy Tu-154 i nie chciała nikogo wypuścić.
Operator TVP jeszcze raz, na wszelki wypadek, ustawił balans bieli i ostrość obrazu. Po całym dniu pracy był zmęczony, ale nie miał zamiaru wyłożyć się na szkolnym błędzie. Sprawdził poziom dźwięku i pomachał do inżyniera wozu, który w tym czasie skończył ustawiać antenę. Na konsoli rozbłysła feeria kontrolek, co oznaczało, że wstrzelili się w satelitę. Zespół był gotowy do nadawania.
Teraz muszę skupić się na pracy, pomyślał. Na emocje przyjdzie czas za parę godzin.
Do Smoleńska przyjechał wczoraj. Wraz z całą ekipą, która miała obsługiwać obchody rocznicowe, przenocowali w hotelu, a od rana czekali rozstawieni na przylot prezydenta. Nic się nie działo, więc zrobił parę ujęć, wyjął kartę z kamery i poszedł do niewielkiego budynku obok cmentarza, żeby móc na szybko zmontować surówkę i wysłać ją do Warszawy. Razem z wypiciem kawy zajęło mu to z piętnaście minut. Podchodził już do rzędu rozstawionych czarnych krzeseł, gdy na katyńskim cmentarzu rozdzwoniły się dziesiątki telefonów. Zadzwoniły w tym samym momencie. Na cmentarzu w jednej chwili ucichły rozmowy i słychać było tylko komórkowe wibrato.
Wzdłuż cmentarnej alei poniosły się głosy:
– Wypadek…
– Polski prezydent…
– Wszyscy zginęli…
Od tego momentu na nogach utrzymywała go wyłącznie adrenalina. Kilkanaście radiowozów policji pędziło na sygnałach w stronę lotniska. Co chwilę przemykała straż pożarna. Rosyjskich służb przybywało, choć Polakom ciągle nie powiedziano, co tak naprawdę się stało.
Co było później? To, co zobaczył i co kręcił przez następnych kilkanaście godzin, musiał wymazać z pamięci. Miał wrażenie, że kamera jest murem, który oddziela go od horroru. W nocy na lotnisku trwała gorączkowa krzątanina. Co chwilę zajeżdżały rządowe limuzyny, przybywało ludzi. Mgła opadła, ale zastąpiła ją wieczorna szadź. Na wszelki wypadek przetarł obiektyw, żeby wilgoć nie zepsuła ujęcia. Tuż obok niego stał Wiktor Bater, pierwszy polski dziennikarz, który na antenie Polsat News poinformował świat o wypadku. Reporter trzymał białą książeczkę protokołu dyplomatycznego i po raz setny z niedowierzaniem czytał nazwiska 96 ofiar.
Nagle Rosjanie zaczęli biegać jak oszalali. OMON-owcy odsunęli operatorów. Złapali się pod ramiona, tworząc żywy korytarz, a tuż przy namiocie rozstawionym przez Ministerstwo ds. Sytuacji Nadzwyczajnych wyrośli funkcjonariusze bezpieki. Dostrzegł premierów Polski i Rosji. Oficerowie Federalnej Służby Ochrony bez słowa otoczyli wychodzących mężczyzn. Operator zerwał kamerę ze statywu. Zarzucił ją na ramię i ustawił się tak, żeby ochrona nie zepsuła mu kadru. Obok polityków szedł minister ds. sytuacji nadzwyczajnych i tłumaczył, jak doszło do wypadku. Przez chwilę kamerzyście przeleciało przez głowę, że Rosja jest chyba jedynym krajem na świecie, który stworzył takie ministerstwo, jakby sytuacje nadzwyczajne były tutaj najzupełniej zwyczajne i tak częste, że dla ich rozwiązania Rosjanie musieli powołać specjalny resort.
Wokół polityków kłębił się tłum urzędników, wojskowych i kto wie kogo jeszcze. Krąg był jak żywy organizm. Wirował wokół znajdujących się w jego centrum oficjeli i poruszał się zgodnie z ich krokami. Na jego obrzeżach krążyły kamery, realizatorzy dźwięku i dziennikarze, którzy za wszelką cenę starali się dopchać do epicentrum, a ochroniarze również wszelkimi sposobami starali się ich z tego tornada wypchnąć. Ostatecznie reporterzy musieli przegrać. Byli przecież jak remora na ciele wieloryba, uzależnieni od fizycznej obecności żywiciela. Więc gdy tylko politycy zapragnęli samotnie ruszyć w stronę miejsca upadku samolotu, dziennikarze stracili energię i przestali zwracać uwagę na otaczający ich świat. Tornado potoczyło się dalej, a media zostały za żywym kordonem stworzonym przez rosłych OMON-owców. Reporterzy zbili się w stadko.
Z boku wyglądało to tak, jakby w jednej sekundzie wspólnie uznali, że jedynym sposobem na odzyskanie siły jest gromadne okupowanie kilku metrów kwadratowych błota. Część z nich wyciągnęła papierosy. Inni sięgnęli po komórki. Łączyli się z newsroomami i omawiali pytania do kolejnych wejść na antenę. Mimo późnej pory w redakcjach nikt nie przerywał pracy. Transmisja na żywo trwała od rana. Dlatego operator i teraz zapisywał terabajty obrazu. Kręcił wszystko, bo miał świadomość, że to najważniejszy dzień w jego zawodowym życiu. Podszedł kilka metrów w stronę kordonu, stanął za namiotem i próbował zogniskować obiektyw na zgromadzonej w oddali grupie polityków. Ale szare sylwetki prawie nie odcinały się od siwego tła.
W elektronicznym wizjerze dostrzegł, że do polskich dziennikarzy podszedł mężczyzna w sile wieku, którego wcześniej dostrzegł w grupie Rosjan. Wszyscy przyjechali wraz z Władimirem Władimirowiczem. Mężczyzna nie zauważył kamery, bo operator stał za daleko. Polak przesunął się dwa kroki w prawo i złapał w kadrze jego twarz. Wzmocnił dźwięk, żeby w słuchawkach usłyszeć, o czym mówi nieznajomy. Operator słabo znał rosyjski, w szkole załapał się ledwie na dwa lata nauki, a później upadł PRL i język Wielkiego Brata przestał być przymusowy. Ku jego zaskoczeniu mężczyzna przywitał się po polsku. I mówił w tym języku zdecydowanie lepiej niż przed chwilą tłumacz towarzyszący Władimirowi Władimirowiczowi.
– Straszna tragedia, panowie, straszna… Nie mogę dojść do siebie. Tutaj wszyscy są wstrząśnięci i bardzo wam współczują – perorował z zadziwiającą jak na swój wiek siłą. Z wyglądu miał około sześćdziesiątki. – Widziałem w naszej… to znaczy w rosyjskiej telewizji, że zwykli, prości ludzie składają kwiaty pod ambasadą w Moskwie. Straszna historia…
Operator słuchał słów tego człowieka, ale wyczuł w nich jakiś fałsz. Nie był w stanie sprecyzować, dlaczego odniósł takie wrażenie, jednak było ono na tyle silne, że je zapamiętał.
– A pan z rosyjskiego MSZ? – zapytał jeden z dziennikarzy.
Mężczyzna pokręcił głową.
– Poproszono mnie, żebym wam wszystko wytłumaczył… bo w polskich mediach pojawiają się już absurdalne spekulacje, że mgła nad lotniskiem została wywołana sztucznie, że to spisek Rosjan. Pokazali mi artykuł na polskim portalu, że celowo ją rozpylono, może Ił-76 ją rozrzucał, a to przecież jerunda – użył rosyjskiego słowa. Zaraz jednak się poprawił, tak jakby nie chciał, żeby ktoś zwrócił uwagę na to obco brzmiące wtrącenie: – To znaczy bzdura straszna.
– A kto niby o to poprosił? – dopytywał nieufny polski dziennikarz.
– To nie jest teraz ważne. Musicie wyjaśnić Polakom, że Rosjanie niczego takiego nie zrobili. Trzeba się domagać, żeby polskie władze pokazały zdjęcia satelitarne. Wyjdzie, że mgła była w całym rajonie – znów użył słowa, które inaczej brzmiało po polsku. – Czerwona Armia – tego zwrotu w Polsce prawie nikt już nie używał – ma co prawda takie generatory TMC-65 do produkcji dymu i mgły. To takie wielkie bydlę na podwoziu ciężarówki. Wyje jak pierun, nie da się tego ukryć. Wasi to wiedzą, bo myśmy… bo polskie wojsko miało takie samo ustrojstwo. Wystarczy zapytać… – Gdy mężczyzna dostrzegł kamerę, przerwał i natychmiast się odwrócił.
Dziennikarze stracili zainteresowanie seniorem, bo mieli ważniejsze sprawy na głowie. Politycy wracali właśnie z miejsca katastrofy. Operator TVP obrócił kamerę. Razem z nim ożywił się cały dziennikarski wir. Po chwili premierzy wygłosili krótkie oświadczenia i zniknęli w namiocie. Wkrótce miała się tam odbyć wideokonferencja ze specjalistami z Międzypaństwowego Komitetu Lotniczego. Operator skorzystał z momentu przerwy i pobiegł do wozu transmisyjnego, by przesłać do Warszawy ogrywki z wystąpień polityków. Wyjął kartę z kamery i przekazał ją inżynierowi. Włożył nową i wrócił przed namiot. W natłoku wydarzeń zapomniał o dziwnym mężczyźnie. Ale w newsroomie Wiadomości na Placu Powstańców w Warszawie jeden z dziennikarzy przeglądał surówkę ze Smoleńska i uznał, że kadr z nieznajomym przyda się do materiału o pracy mediów podczas narodowej tragedii. Relacja ukazała się w Wiadomościach i pokazywano ją przez następnych kilka lat.
Generał Stanisław Klinger zobaczył ujęcie z mężczyzną w zielonym ortalionie w dniu pogrzebu prezydenta. Akurat czuł się trochę lepiej. Prawie zapomniał o wczorajszej depresji. Wziął donepezil i nawet przymknął oko w środku dnia. Obudził się po godzinie i – już w lepszym nastroju – usiadł w fotelu. Zawsze wolał czytać książki, ale problemy z koncentracją powoli pozbawiały go i tej przyjemności. Odłożył więc wspomnienia generała Kuropieski na niewielki stolik i włączył telewizor. Przez kilka minut zastanawiał się, skąd zna twarz mężczyzny w staromodnym zielonym ortalionowym płaszczu z podpinką. Gdy wreszcie sobie przypomniał, natychmiast otworzył skórzany notes leżący przy telefonie. Znalazł nazwisko i wykręcił numer. Przedstawił się, a po chwili sekretarka połączyła go z podpułkownikiem Duszyńskim.
– Dzień dobry, panie generale – usłyszał spokojny głos rozmówcy.
– Myślałem, że jesteśmy po imieniu – odpowiedział poważnie Klinger.
– Zwykły podpułkownik może być po imieniu z generałem wyłącznie przy dobrym koniaku – zaśmiał się „Zastępca”.
– Dobrze, że tak mówisz, Robercie, bo myślałem, że znów mi się coś pomyliło… – odparł z zakłopotaniem generał. – Pomyślałem, że doczekałeś pułkownika.
– Czekanie to najważniejsza cnota w naszym biznesie. – „Zastępca” uciął temat, bo nie miał ochoty opowiadać, że szefowie wolą dobre informacje zamiast tych prawdziwych.
I nadal jesteś zastępcą naczelnika wydziału, a powinieneś być dużo wyżej, dopowiedział w myślach Klinger.
Duszyński od lat pełnił tę funkcję w Służbie Wywiadu Wojskowego. Awanse w SWW i stopień pułkownika konsekwentnie go omijały, wędrując do innych, lepiej poukładanych politycznie oficerów.
– Mogę w czymś pomóc, generale? – zapytał po chwili ciszy Duszyński.
– Szukam kontaktu z twoim szefem. Myślę, że to ważne – odpowiedział Klinger. – Gdyby twój dowódca uznał, że staremu piernikowi znów coś odbija, przekaż mu, że chodzi o Hupałę. Jak będziecie zainteresowani, wpadnijcie z koniakiem – dodał, po czym odłożył słuchawkę.
Po pięciu minutach telefon zadzwonił, a po godzinie usłyszał gong u drzwi. Na progu stali dwaj mężczyźni w zielonych mundurach z butelką bursztynowego Hennessy. „Zastępca” rozlał trunek do kieliszków i wszyscy usiedli w fotelach.
– Przepraszam, że was niepokoję. Pewnie po dziesiątym kwietnia macie urwanie głowy, ale to chyba nie może czekać – zaczął generał i sięgnął po pilota do dekodera. Cofnął zapisany program do materiału o pracy dziennikarzy podczas katastrofy. Kiedy na ekranie pojawił się mężczyzna w zielonym ortalionie, zrobił stop-klatkę. – To na pewno on! – zawołał. – Może mam dziury w mózgu, ale tego skurwysyna poznam, nawet jak przestanę pamiętać własne nazwisko.
– Jest pan generał pewien? – zapytał mężczyzna w zielonym mundurze.
– Takich zdrajców się nie zapomina. To Hupała – odparł Klinger.
Porozmawiali jeszcze kwadrans, dopili koniak i goście ruszyli do drzwi. Na koniec Klinger uścisnął dłonie oficerów i rzucił:
– Opiekujcie się moją córcią, gdybym do reszty…
Nie dokończył. Nie musiał. Mężczyźni wiedzieli, o co chodzi. Wrócili na Aleję Niepodległości i weszli do „krypty”, czyli bezpiecznego, dźwiękoszczelnego pokoju w piwnicach budynku SWW.
„Dowódca” rozpiął ostatni guzik przy zielonej mundurowej kurtce i zaczął bez zbędnych wstępów:
– Pułkownik Tadeusz Hupała. Rocznik pięćdziesiąty piąty. W wojsku służył dwadzieścia lat, po upadku PRL-u odszedł do rezerwy. Na przełomie dziewięćdziesiątego drugiego i dziewięćdziesiątego trzeciego roku nagle zniknął. Przestał pojawiać się na spotkaniach Stowarzyszenia Byłych Żołnierzy Zawodowych Ludowego Wojska Polskiego. Koledzy myśleli, że Hupała umarł, a że był samotnikiem – matka zmarła na wylew w osiemdziesiątym piątym, ojciec zapił się na śmierć zaraz po jego urodzeniu, a jedyną bliską osobą, jaka mu została, była siostra, która cały czas jeździła po świecie – nikt nie był w stanie ustalić, gdzie obecnie przebywa. Dlatego, cóż, zamiast rodziny poinformowali żandarmerię. Poprosili, żeby ktoś włamał się do mieszkania i sprawdził, czy nie zjadły go koty. Ale mieszkanie stało puste. Sąsiedzi i znajomi nie byli nam w stanie nic powiedzieć. Śledztwo też się ślimaczyło. W dziewięćdziesiątym pierwszym biura paszportowe MSW przeszły do wojewodów, akta wędrowały w tę i nazad, więc dowiedzieliśmy się z opóźnieniem, że wziął paszport i poleciał z Orbisem do Azerbejdżanu. Informacja, że odłączył się od wycieczki, też zaginęła w całym tym burdelu. Mieliśmy podejrzenia, że wyjechał do Rosji, bo tropy urywały się w Baku. Przez prawie dwie dekady nie dawał znaku życia. I teraz nagle pojawił się, cały i zdrowy, na miejscu katastrofy w Smoleńsku. Trochę to wszystko dziwne. – „Dowódca” popatrzył uważnie na przyjaciela.
– A dlaczego generał Klinger nazwał go zdrajcą?
– Takie były podejrzenia. Hupała był pupilkiem Sowietów i kiedy zniknął, uznali, że wrócił do swoich. Dowodów nie było.
– A może Hupała poznał w Baku jakąś piękną Marusię i wybrał seks w Moskwie zamiast emerytury w Rembertowie? Ludziom na starość różne rzeczy przychodzą do głowy. To jeszcze nie robi z niego szpiega. – „Zastępca” jak zwykle szukał najprostszych odpowiedzi.
„Dowódca” podrapał się po głowie.
– Coś mi mówi, że jest inaczej… Sprawa zniknięcia Hupały była wtedy dość znana w środowisku byłych żołnierzy LWP. Pamiętaj, że chwilę wcześniej zamordowano Jaroszewicza, a były premier, zanim został aparatczykiem, nosił mundur. Wszystkie zgony i zaginięcia wśród oficerów żywo wtedy komentowano. Na jakimś spotkaniu świątecznym generał Klinger wspominał, że widzieli się z Hupałą podczas ćwiczeń Sojuz ’81. Rosjanie wyrzucili wtedy ze sztabu Klingera i generałów, a pozwolili zostać Hupale. Gnój był przed trzydziestką.
– Kurwa, co to były za czasy! – Duszyński wzdrygnął się na samo wspomnienie.
– Po tym zdarzeniu Klinger był przekonany, że pułkownik to człowiek radzieckich. Jak zniknął, nasza „kontra” zaczęła grzebać w archiwach. Znaleźliśmy donosy z początku lat dziewięćdziesiątych. Uchol pisał, że za PRL-u pułkownik skumał się z Sowietami. Kontra uznała, że Hupała nic nie wie o nowym polskim wojsku, i zapeklowała akta w archiwum. Sprawie ukręcono łeb. Jeśli jednak Klinger miał rację wtedy i ma ją teraz, a Hupała gra z Rosjanami, to musimy sprawdzić, o co chodzi. Szczególnie w kontekście Smoleńska – dodał zdecydowanie „Dowódca”.
– W kontekście Smoleńska?
– Nie możemy niczego wykluczyć, choć na pozór sprawa wydaje się oczywista… Ale dużo oczywistych spraw miało nieoczywiste zakończenia. Znajdź kogoś, kto przewącha temat.
„Zastępca” się skrzywił.
– Może oddać to kontrwywiadowi?
– Taką nitkę chcesz odpuścić? Jeśli Hupała był sowieckim, a później rosyjskim szpiegiem, i to w Rembertowie, może się przydać w naszej grze… Wiesz, o czym mówię. – „Dowódca” się uśmiechnął. – Jak brakujący kamyczek. Tylko trzeba go wygrzebać…
Duszyński niechętnie się zgodził.
– No dobrze, ale i tak trzeba tu psa, który chodzi z nosem przy ziemi. My możemy wspomóc „kontrę” na terenie Rosji.
– Kogo byś tam posłał?
– Pomyślałem o kapitan Klarze Klinger. Córka Staszka ma bardzo dobrą opinię. Warto ją prędzej czy później wykorzystać…
– To co stoi na przeszkodzie?
– Kapitan Klinger złapała kontakt operacyjny na białoruskie biuro „KB Radar”. Pentagon się podniecił i oferuje worek dolarów. Najgorsze, że pułkownik Berger za bardzo chce się przed nimi popisać i zaczyna kozaczyć. Jak teraz ją wycofasz, Berger położy całą operację jak mój majster glazurę.
– To kto zamiast Klary?
– Twoja siostra?
– Bałem się, że to powiesz.
– Ma dobre duńskie papiery. Wyślemy ją jako Idę Larssen, choć może lepiej dać jej niemiecką tożsamość.
– No dobrze, zobaczymy.
– Słusznie, najpierw niech dupę ruszy „kontra”. Mogą zacząć od sprawdzenia nagrania ze Smoleńska. Pewnie w TVP mają coś więcej niż parę sekund z materiału w Wiadomościach… Tylko jak będziesz negocjował z Oczki, pamiętaj, że ze mną nasz kochany kontrwywiad nie rozmawia – zaśmiał się „Zastępca”. – Jak mamy coś ugrać, to beze mnie.
„Dowódca” chwilę się zastanawiał.
– Miałeś kiedyś w szkole takiego fajnego popaprańca z rocznika córki Klingera. Jak mu tam było… No wiesz, trzeba go było wyrzucić z całą grupą w związku ze sprawą Steczkowskiego. Tylko jak mu było… Adamowicz… Abgarowicz… a może Abramowicz?
– Tak się nazywał – potwierdził Duszyński. – Wiktor Abramowicz. Z tego, co wiem, teraz służy w kontrwywiadzie.
– Poproszę szefa SKW, żeby nam pomógł. Jest mi winien przysługę. Zasugeruję, że Abramowicz zna specyfikę, takie tam… i poproszę, żeby go oddelegowali. Oczywiście SKW nie może wiedzieć, że maczasz w tym palce, bo na złość utopią sprawę w szambie i jeszcze się tam z radością wykąpią – podsumował „Dowódca”.
– To ja jeszcze dziś przygotuję pismo z oficjalną prośbą, a ty przekażesz ją do SKW – zakończył rozmowę „Zastępca”.
Wezwanie do szefa zastało Abramowicza w toalecie. Wiktor zaczynał podejrzewać, że „Stary” ma tu zamontowane kamery, bo ilekroć siadał na sedesie, natychmiast brzęczał SMS, że ma bez zwłoki stawić się na najwyższym piętrze. Jak to miał w zwyczaju, kompletnie się nie przejął wiadomością. Czytał Pozdrowienia z Rosji Iana Fleminga – akurat dotarł do momentu, w którym Tatiana Romanowa wylądowała w ramionach Jamesa Bonda. Wtedy uznał, że nie może przeginać i czas odwiedzić przełożonego. Poczłapał na górę, zastanawiając się, za co tym razem zostanie opierdolony. Wiedział, że za wszystkie numery zdążono go już ukarać, dlatego się cofnął, wziął z pokoju kawę, wypił łyk, a dopiero po tym dziarsko wkroczył do gabinetu szefa. Kiedy zobaczył szeroki uśmiech na twarzy „Starego”, domyślił się, że lepiej było zostać na sedesie. Wypadł po kwadransie z papierami w dłoni. Ruszył w stronę pokoju z taką wściekłością, że wpadając do środka, roztrzaskał kubek o pancerne drzwi sejfu. Później jego koledzy mówili, że przeciągłe „kurwa mać!” Abramowicza było słychać nawet w sąsiadującym z SKW Klubie Medyka.
Jak tylko odzyskał zdolność racjonalnego myślenia, zamknął sejf i wyszedł na „niecierpiące zwłoki spotkanie na mieście”. Gdy otwierał drzwi, miał już w głowie gotowy plan.
Po pierwsze, nie zamierzał się spieszyć. Jeśli „Stary” uważał, że łapanie szpiegów jest mniej ważne od Smoleńska, to niech poczeka.
Po drugie, podzwonił po znajomych, szukając prywatnego kontaktu z kimś pracującym w redakcji serwisów informacyjnych TVP na Placu Powstańców. Łańcuszek telefonów zaprowadził go do operatora, który dziesiątego kwietnia obsługiwał wizytę prezydenta w Smoleńsku. Umówili się na następny dzień w Kawiarni Wedla, na rogu Szpitalnej i Górskiego.
– Przepraszam, że nie mogę poświęcić panu więcej czasu, ale za godzinę jedziemy na zdjęcia – zaczął operator bez zbędnych wstępów. – Co pan chce wiedzieć?
– Tak jak mówiłem przez telefon, interesuje mnie człowiek, którego nagraliście na płycie lotniska w Smoleńsku. Co robił, jak się zachowywał, wszystkie detale. Chciałbym też uzyskać dostęp do pełnego materiału zrealizowanego tamtej nocy, a nie tylko do fragmentów, które ukazały się w telewizji.
– Zrobię co w mojej mocy, ale proszę pamiętać, że ten fragment nagrał Jacek… Mnie wtedy wysłano do namiotu, żebym kręcił wideokonferencje z MAK-iem.
– A Jacek to…?
– Jacek Kobus. Młody chłopak, ale bardzo zdolny. Niestety teraz nie nadaje się do rozmowy, bo…. Wie pan, my tam widzieliśmy straszne rzeczy, a Jacek jest wrażliwym chłopakiem. Przedwczoraj trafił do szpitala.
– Boże, co mu się stało? – Abramowicz udał troskę, choć jedyne, co go zmartwiło, to to, że zamknięcie dochodzenia i napisanie raportu oddala się jak remont linii kolejowej do Bydgoszczy.
– Załamanie. Lekarze mówią, że ma PTSD. Wie pan, zespół stresu pourazowego. Już w Smoleńsku zaczął się dziwnie zachowywać.
– Gdzie dokładnie leży?
– W Otwocku. Tam jest niezły szpital MSWiA. Położyli go na Oddziale Leczenia Zaburzeń Nerwicowych. Pojechałbym do niego, ale sam pan rozumie, roboty dużo, pieniędzy mało…
– Możemy się umówić, że jak będzie pan do niego jechał, to da mi znać? Z chęcią go poznam. A teraz miałbym jeszcze prośbę o te materiały. Czy mogę je dostać?
– Oczywiście. Zgram panu wszystko na dyski. Proszę tylko powiedzieć, w jakim formacie?
– No… w takim telewizyjnym, żebym mógł obejrzeć w komputerze… Myślałem, że macie to na płytach…
– Na płytach to już tylko wydają Chopina! – zaśmiał się operator. – Dzisiaj wszystko jest cyfrowe… Dostanie pan mp4.
– Jeśli tak trzeba, to może być nawet w JP2. Byle się dało oglądać – ucieszył się Wiktor.
Twarde dyski dotarły następnego dnia. Na wizytę w Otwocku przyszło mu jednak poczekać do wakacji. W tym czasie Abramowicz zdążył prawie zapomnieć o Kobusie. Raport dla „Starego” przygotował zaraz po spisaniu dysków. Uznał, że wystarczy streszczenie materiałów wideo i nie ma co przeciągać roboty.
Dlatego po telefonie od operatora, który zadzwonił w środku wakacji, przez dłuższą chwilę musiał grzebać w pamięci, żeby skojarzyć, o jaką wizytę w szpitalu chodzi. Choć był zawalony robotą, doszedł do wniosku, że kontakt w TVP może się jeszcze kiedyś przydać, i potwierdził wspólny wyjazd do Otwocka.
Szpital MSWiA był położony w leśnym kompleksie tuż przy cichej uliczce Prusa. Była piękna, słoneczna pogoda, dlatego Jacek Kobus czekał na swoich gości, siedząc na parkowej ławeczce. Ubrany w szpitalny szlafrok, ściskał podłokietnik, jakby szukał stałego oparcia. Kiedy zaczęli rozmawiać, urządzenie rejestrujące weszło automatycznie w tryb zapisu.
Stenogram rozmowy z 18 lipca 2010 r. z Jackiem Kobusem, operatorem kamery TVP. Rozmowę przeprowadził w szpitalu MSWiA porucznik Wiktor Abramowicz.
Stenogram rozmowy rozpoczyna się od 7. minuty i 24. sekundy zapisu.
JK – Jacek Kobus, operator TVP
WA – Wiktor Abramowicz, oficer SKW
ZZ – osoba pośrednicząca w kontakcie
Fragmenty, których nie udało się odsłuchać, zaznaczone.
JK – (niezrozumiałe) …się czuje lepiej.
WA – (niezrozumiałe) …To ja bym chciał, żebyś spojrzał na zdjęcie. Kojarzysz tego człowieka… O, tego z lewej…
JK – Chyba tak. Nie pamiętam dokładnie, bo wszystko mi się rozmywa. Wieczorem na lotnisku co chwilę przychodzili do nas dziwni ludzie. Każdy coś chciał od reporterów, opowiadali różne historie.
WA – Popatrz jeszcze raz.
JK – Jak we śnie to się zlewa. Ale tego pamiętam. Posłaniec, tak go sobie nazywam. Przyjechał z ważnymi Rosjanami. Jak na lotnisku zrobiło się zamieszanie, podskoczył do naszych dziennikarzy i gadał coś o mgle.
WA – To, co jest na nagraniu, czy coś jeszcze?
JK – Chyba tylko to… Jak jest na nagraniu, to zostanie na zawsze. Rzeczy z pamięci się kasują. Przynajmniej niektóre.
WA – Coś jeszcze było dziwnego?
JK – Tam wszystko było nierealne. Psy bardzo ujadały. Jak tutaj pies zaszczeka, to nie mogę spać. Mam psa w domu… Bardzo go lubię, ale boję się wracać… Nie chcę, żeby szczekał.
ZZ – Nie ma problemu, Jacek. Ania go wzięła do siebie, wróci, jak już będziesz… (niezrozumiałe)
WA – Coś wcześniej czy później się wydarzyło w związku z tym gościem? Jakiś szczegół?
JK – Tak. Podszedł i zapytał, skąd jestem, natarczywy był. Ale tak krótko. Jak powiedziałem, że z Warszawy, to był zadowolony. Zapytał o bazar w Rembertowie. Dziwne, nie?
WA – O bazar?!
JK – No, o Ciuchy. Ty pewnie nie jesteś z Warszawy, to nie wiesz… Słynny bazar w Rembertowie. Wszyscy tam jeździli, zanim powstał Stadion Dziesięciolecia.
ZZ – Można było levisy kupić za Jaruzelskiego…
WA – I o tym gadał? O modzie?
JK – No… tak. O ciuchach w Rembertowie. Pytał się o jakiegoś Jaworskiego, który miał tam stragan. Dał mi nawet list do tego Jaworskiego i poprosił, żeby pozdrowić…
WA – I to wszystko?
JK – Tak, dał kartkę i poszedł.
WA – I co z tą kartką. Dałeś?
JK – No… jeszcze nie. Nie miałem do tego głowy. W domu leży.
WA – Coś jeszcze? Było coś dziwnego?
JK – Nie… już chyba nie…
WA – Czy mógłbym rzucić okiem na ten list?
JK – To nawet nie był list. To był wyrwany margines z książki wrzucony w ulotkę. Ale pewnie… Jak się przyda, to pewnie… Weźcie sobie. Tylko nie wiem, kiedy będę w domu. Na razie mi tu dobrze. Mogę spać i się nie boję. Na razie wystarczy…
ZZ – To może poprosimy Anię, żeby poszukała. Nie przejmuj się…
WA – Świetnie. To my już będziemy uciekać.
KONIEC ZAPISU
Z Otwocka mężczyźni pojechali do mieszkania Kobusa. Po kilku minutach poszukiwań Ania odnalazła ulotkę. Abramowicz odsunął dziewczynę i przez gumowe rękawiczki najpierw wyjął folder z torby operatora, a później rozłożył go na stole. Wewnątrz kolorowego prospektu reklamującego aquapark w podmoskiewskich Mytiszczach znajdowała się niewielka kartka. Wiktor przytrzymał ją długopisem i przeczytał:
– „Drogi Romku, pozdrowienia po latach z Moskwy. Odezwij się do mnie. Przyjedź. Czekam w każdą pierwszą sobotę miesiąca o osiemnastej. Twój Tadek”.
Wiktor poprosił Anię o torebkę strunową, wsunął kartkę do środka, a na koniec pieczołowicie zamknął i schował do wewnętrznej kieszeni marynarki.
Następnego dnia zaniósł pakiet do techniki i zlecił zebranie odcisków palców oraz DNA. Poprosił również o przebadanie folderu i listu pod kątem wykrycia tajnej korespondencji. Niczego takiego nie znaleziono, ale badanie odcisków potwierdziło, że nadawcą jest zaginiony przed osiemnastu laty pułkownik Tadeusz Hupała.
Abramowicz siedział w swoim pokoju i patrzył na wyniki, drapiąc się po nosie. Miał szczerą ochotę zapomnieć o sprawie, ale nie byłby sobą, gdyby nie znalazł odpowiedzi na ostatnie dręczące go pytanie.
Kim, do kurwy nędzy, jest Romek Jaworski. Jeśli Hupała był przed laty ruskim szpiegiem, to może ten Jaworski jest jakimś jego dawnym kontaktem, który cały czas działa w Polsce? – zastanawiał się.
W końcu nie wytrzymał – wsiadł do autobusu numer 174 i z przesiadką dojechał na Paderewskiego. Tak zwanych Ciuchów dawno nie było, ale postanowił porozmawiać z miejscowymi.
Wybrał dom, który wyglądał na najstarszy. Otworzyła mu zażywna kobieta po sześćdziesiątce.
– Niczego nie potrzebuję, wszystko mam – powiedziała od progu. – A jak nie mam, to znaczy, że nie potrzebuję.
Abramowicz ujął jej dłoń i szarmancko ucałował.
– Ależ nie śmiałbym w takiej sprawie głowy zawracać – zapewnił. – Jestem historykiem i przygotowuję monografię dotyczącą handlu na rembertowskich Ciuchach. Pani pewnie nie pamięta tych czasów… – posłodził na wstępie. Skutecznie, bo po minie rozmówczyni widać było, że przynęta chwyciła. – …Ale może słyszała pani opowieści sąsiadów? Może mówili coś ciekawego o pracy na bazarze?
– Jak nie pamiętam?! Wszystko pamiętam! Mój stary codziennie gdera, że jestem pamiętliwa. Ja, proszę pana, na bazarze pół życia przesiedziałam. Wtedy na Ciuchach można było zarobić, ale też otrzeć się o wielki świat. Pani Rodowicz z panem Olbrychskim tu bywali, pan Niemen koszule kupował. Lepiej było niż w Sopocie czy Opolu jakimś.
– I ludzie wszyscy się znali, nie tak jak teraz – wtrącił Wiktor.
– O, to, to! Teraz w blokach to ludzie poznają sąsiadów, jak telewizja przyjedzie, bo znajomy z piętra pół rodziny wymordował. I od razu wszyscy pamiętają, że się kłaniał, „dzień dobry” mówił, grzeczny był. Ale dzień wcześniej krzyków zza ściany nie słyszeli, nie mówiąc o tym, żeby wiedzieli, jak się nazywał. – Kobieta trajlowała szybko, korzystając z okazji, że wreszcie ktoś chce jej wysłuchać.
– Święta prawda – powiedział Wiktor, ale rozmówczyni nie dała mu dojść do słowa.
– A ta mammografia to co to jest?
– Monografia. Książka taka…
– Czyli pan pisarz! Pisarze też na Ciuchy przychodzili. Pan Hłasko amerykańskie kurtki lubił, a ten od Panów Samochodzików… – Zachichotała na wspomnienie z młodości i ściszyła głos: – Niemieckie pisemka ze zdjęciami pań najchętniej kupował. Oj, mogłabym panu historykowi takich historii naopowiadać, ale nie wiem, czy wypada, bo to tajemnica handlowa. No i większość nie żyje, a o zmarłych, wiadomo, tylko po nazwisku. – Nagle posmutniała.
– A Romek Jaworski to żyje? – Wiktor skorzystał z okazji, żeby zadać pytanie.
– Kto? – zdziwiła się kobieta.
– Romek Jaworski. Podobno handlował na Ciuchach.
– Takiego tu nie było. – Starsza pani nagle spochmurniała, wyraźnie straciła ochotę na pogaduszki. – Ja tu wszystkich znałam, ale na bazarze taki się nie przewinął.
– Może coś pomyliłem…
Wyglądało na to, że wycieczka do Rembertowa pozostanie jedynie wycieczką. Kobieta patrzyła na Wiktora w milczeniu, ale nagle coś w jej wzroku się zmieniło.
– Był co prawda taki Romek Jaworski w Rembertowie, ale on na Ciuchach nie handlował. Po osiemdziesiątym dziewiątym roku, jak balcerowicze zamknęły Ciuchy, to ten Jaworski otworzył na bazarze swoją budę. Dopiero wtedy. Tylko że to już nie były prawdziwe Ciuchy. Kilka lat kasetami wideo handlował. Zmarł pół roku temu. Ale o nim ludzie nie będą gadać…
– Dlaczego? – Abramowicz uchwycił się tej opowieści jak ostatniej deski ratunku.
– Jak pan jesteś historyk, to pan wiesz, gdzie szukać brudów na człowieka. Ja o zmarłych tylko z nazwiska – powtórzyła wyświechtany frazes. – Po co sobie na starość kłopotów napytać.
Po tych słowach kobieta zatrzasnęła furtkę.
Spod dawnego bazaru Abramowicz przespacerował się do Urzędu Dzielnicy Rembertów. Wszedł do pokoju Biura Administracji i Spraw Obywatelskich, pokazał legitymację i poprosił o dane Romana Jaworskiego. Osób o takim imieniu i nazwisku było w rejestrach kilka, ale tylko w przypadku jednej zgadzała się data śmierci. Spisał wszystkie informacje. Gdy tylko wrzucił nazwisko do systemu, zrozumiał, o czym mówiła przekupka z Rembertowa. Roman Jaworski był kapitanem Wojskowej Służby Wewnętrznej2 i najwięcej mógł o nim wyczytać z akt Instytutu Pamięci Narodowej. To już był jakiś konkret. Czekała go jednak jeszcze jedna wyprawa do Rembertowa.
Skontaktował się z oficerem kontrwywiadu, który nadzorował Centralny Ośrodek Analizy Skażeń, i poprosił o zorganizowanie spotkania z którymś z oficerów rezerwy służących tam w latach osiemdziesiątych. Po czterdziestu minutach telefon zadzwonił, a Abramowicz zapisał datę i godzinę umówionego spotkania w notesie.
Nazajutrz spotkali się w kasynie Akademii Obrony Narodowej. Abramowicz zapytał rozmówcę, czy zna Hupałę i Jaworskiego. Ten przez chwilę się zastanawiał.
– Hupała był odludkiem, niewiele o nim wiem – odparł w końcu. – Ciągnęła się za nim opinia, że dużo może i jest nie do ruszenia. Lubił pieniądze i kobitki. Nie przepuścił żadnej okazji, żeby zarobić. Ludzie mówili, że to ciemna postać. Za to o Jaworskim mogę godzinami… Nie była to może piękna postać, ale na swój pokręcony sposób uczciwa. Chodził na przykład na Ciuchy i wyłapywał młodych oficerów, którzy za dolary kupowali dżinsy. Uważał, że jak ktoś płaci dolarami za amerykańskie spodnie, to na pewno bierze kasę od agentów CIA. Porobił kilka spraw naszym i handlarzom z bazaru. Napuszczał na nich skarbówkę. Miał przez to na Ciuchach z setkę wrogów. Ale miał też jednego ulubieńca. Jak odszedł z wojska, zaczął z nim robić biznesy na bazarze…
– Jakaś jego konfitura3? – zapytał Abramowicz.
– A gdzie tam! – zaśmiał się mężczyzna. – Żaden konfident. Wręcz przeciwnie! Ten ulubieniec to jedyny, który spuścił Jaworskiemu solidny wpierdol. Dorwał go w krzakach i wyłomotał. Nie chciał zostać jego ucholem, a jak Romek dalej naciskał, to pewnego dnia mu się odpłacił. Jaworski cały w plastrach chodził i opowiadał, że swoich konfidentów nie znosi, a ten jest jedyny charakterny. Zabronił go oskarżać. Chyba się polubili.
– A czy Jaworski mógł być czyimś agentem? Na przykład Rosjan? – zapytał Wiktor.
– Jaworski?! W życiu! On miał jedną obsesję: uważał, że agent w wojsku to gorzej niż zakonnica w burdelu. Psuje całą zabawę. Gdyby mu marszałek Ustinow zaproponował szpiegowanie, to by pomyślał, że go odwetowcy z Bonn specjalnie podstawili. Jego problemem było to, że – jak wielu oficerom z awansu – brakowało mu wykształcenia. Dlatego nie odchodził nawet o krok od regulaminów. Taki typowy peerelowski Roch Kowalski. Zobaczył whisky na stole i już węszył agentów. Jestem pewien, że gdyby szpieg chciał coś od niego wyciągnąć, Jaworski od razu poleciałby z raportem do przełożonych.
– Wszędzie widział zdrajców?
– Dokładnie tak. Bazarowi chcieli mu dać w łapę, żeby się od nich odpierdolił, to zrobił im sprawy karne. To był gość, który nie widział szarości.
– Znali się z Hupałą?
– Musieli, ale Jaworski był na Hupałę za krótki. Dopiero jak pułkownik zniknął, okazało się, że Jaworski chodził z donosami do dowództwa. Pisał, że Hupała jest pazerny i że lubi luksus. Wygrzebał, że zarabia na haraczach za odroczenie zasadniczej służby wojskowej i pośredniczy w kontaktach z WKU, a pieniądze wydaje na dziwki. Muchomorki4 z WSW zgarnęły jakieś płotki, ale nawet oni byli za krótcy na Hupałę. Jaworski nie mógł im tego darować. Sam się przyznał do tych donosów na jajeczku Stowarzyszenia Oficerów Rezerwy LWP. Taki to był wariat.
Podczas spotkania nie padły więcej żadne istotne informacje. Abramowicz spisał notatkę, którą dołączył do wcześniejszego raportu, a dokument przekazał „Szefowi”. Zgodnie z rozdzielnikiem wkrótce akta dotarły do Służby Wywiadu Wojskowego.
– Wnioski? – zapytał „Dowódca”, gdy Duszyński skończył czytać.
– Podsumujmy, co mamy. Hupała pisze do byłego oficera kontrwywiadu, o którym wie, że jako jedyny nie zignoruje listu, tylko natychmiast doniesie do służb. – Duszyński spokojnie analizował dane z notatki Wiktora. – W Smoleńsku przekazuje informacje polskiemu dziennikarzowi, bo liczy, że facet pociągnie temat i dotrze do Jaworskiego. Ten zaś nie zostawi zaproszenia bez odpowiedzi, tylko zgłosi sprawę do kontrwywiadu. Hupała jest na tyle inteligentny i przebiegły, że nie idzie do ambasady, gdzie zaraz namierzyliby go Rosjanie. Nie próbuje skontaktować się z Polską listownie czy przez pośredników, bo pewnie jest pod obserwacją. Korzysta więc z okazji na lotnisku w Smoleńsku, gdzie wszyscy mają inne problemy i panuje bałagan. Nie wie tylko, że Jaworski właśnie zmarł.
„Dowódca” nie mógł się nie zgodzić z rozmówcą.
– Chyba mamy oferenta – stwierdził. – Wygląda na to, że zdrajca znów chce zdradzić. Tylko tym razem Ruskich.
Ida Larssen. To nie było jej prawdziwe nazwisko. Nawet kolor włosów zmieniła jeszcze w Kopenhadze. Za to paszport miała jak najbardziej autentyczny. Prosto z Warszawy. Nie miała pojęcia, jak to załatwiono, ale wierzyła w słowa brata, który obiecał, że do Moskwy dostarczy ją gładko i bez problemów. Rzeczywiście, po dwugodzinnym locie z Kopenhagi płynnie przeszła przez kontrolę na lotnisku Szeremietiewo, a znudzony celnik zapytał ją jedynie o cel podróży.
– Turystyczny – odpowiedziała krótko, bo sama uczyła na kursach wywiadu, że wszelkie dłuższe pogaduszki na lotnisku wzbudzają nieufność celników i skłaniają ich do zadawania kolejnych pytań.
Na szczęście urzędnik nie podejrzewał wysokiej blondynki o chęć wysadzenia w powietrze Kremla, więc bez ceregieli wbił jej pieczątkę do paszportu i Ida mogła bezpiecznie wyjść z terminalu, a potem wsiąść do taksówki. Czarnowłosy kierowca mówił wyłącznie po uzbecku i rosyjsku. Ida odpowiadała po duńsku i angielsku, więc rozmowa się nie kleiła i kobieta miała wygodne wytłumaczenie dla swego milczenia.
Czuła zmęczenie, ale i ekscytację. Ekscytację, choć z zupełnie innego powodu, czuł też taksówkarz. Auto wjechało do miasta i od razu zaczęły się korki. Uzbek co chwila powtarzał pod nosem coś w stylu: „Żeby cię chory pies przez dziurę w budzie”, aż wreszcie nie wytrzymał, opuścił szybę i zaczął soczyście przeklinać po uzbecku w kierunku kierowcy, który zajechał mu drogę. Jak Ida się domyśliła, życzył mu – Xudo sochlaringizni yirtib tashlaydi – żeby jego żona straciła wszystkie włosy.
Z ulgą wysiadła przed Hotelem Sad w Alei Milutyńskiej i poczekała, aż taksówkarz zniknie za rogiem. Rozejrzała się wokół dokładnie tak, jak powinna to robić turystka, która pierwszy raz znalazła się w obcym mieście.
W Moskwie nie była pierwszy raz. Na szczęście poprzednie wizyty miały miejsce w czasach, gdy ulice rosyjskiej stolicy nie były pod nadzorem wszechobecnych kamer. Miejscowy kontrwywiad i system rozpoznawania twarzy nie miały więc prawa skojarzyć Idy Larssen z młodą studentką z Polski, która na wycieczce z Almaturu zwiedzała Moskwę i Petersburg pod koniec lat osiemdziesiątych.
Zrobiła rundkę w kierunku najbliższej stacji metra, chwilę posiedziała na stołku barowym przy oknie w kawiarni, a kiedy uznała, że nikt jej nie śledzi, spokojnie wsiadła do metra i pojechała w kierunku wynajętej kwatery.
Jeszcze w Warszawie każdy z tych kroków omówiła z bratem. „Dowódca” prosił ją czasem o drobne przysługi, ale tym razem to było coś zupełnie innego. Miała pojechać do aquaparku w podmoskiewskich Mytiszczach, żeby namierzyć pułkownika Tadeusza Hupałę i przekazać mu wiadomość. Przeczytała akta uciekiniera, długo siedziała nad notatką sporządzoną przez Abramowicza, przejrzała zdjęcia mężczyzny i zapamiętała każdy szczegół jego twarzy, ale i tak nie była pewna, czy rzeczywiście będzie miała do czynienia z oferentem. Nie mogła wykluczyć, że zmierza prosto w pułapkę zastawioną przez rosyjski kontrwywiad.
– Jesteś przekonany, że list Hupały nie jest prowokacją GRU? – To było pierwsze pytanie, które zadała bratu.
– Pewności nie mam żadnej. Dlatego musisz poprowadzić rozmowę z Hupałą cienką kreską. Spróbuj wyciągnąć go gdzieś za granicę. Najważniejsze, żeby ten skurwysyn zrozumiał, że jesteśmy nim zainteresowani.
– A dlaczego właściwie Hupała objawił się w Smoleńsku?
– Powód wydaje się najprostszy z możliwych. Rosjanie po wypadku prezydenta rzucili hasło „wszystkie ręce na pokład”. Szukali każdego, kto przynajmniej raz w życiu jadł bigos. Jakby tamtej nocy padł rozkaz „ściągnąć Annę German”, to też by się znalazła. W przypadku Hupały nie musieli nawet szukać, GRU sam dostarczył go do Smoleńska. Były oficer LWP, który powie, co mu rozkażą, to idealny kandydat. – „Dowódca” głośno analizował różne opcje.
– Po co im to było? – dopytała Ida.
– Zrobili spektakl dla świata, bo przecież nie dla nas. Każdy średnio rozgarnięty przygłup musi wiedzieć, że wkrótce zacznie się szukanie winnych wypadku. Na razie Kreml chce pokazać światu zatroskaną twarz Władimira Władimirowicza, dobrego wujcia, wstrząśniętego śmiercią prezydenta sąsiedniego kraju. Kiedyś to się skończy i wtedy wykorzystają przeciw nam wszystkie nasze błędy.
– Mogą to zrobić już teraz…
– Na razie Rosja nie chce konfrontacji z Zachodem. Amerykański prezydent oferuje im reset, zależy mu na transporcie sprzętu do Afganistanu i odizolowaniu Iranu. Rosja na tym korzysta, bo inwestuje ogromne pieniądze z ropy i gazu w armię. Dlatego muszą grać w tę grę.
– Jakoś mnie nie przekonałeś…
– To powiem wprost: domyślasz się pewnie, że w Smoleńsku po wypadku było kilku naszych oficerów. Gdyby Rosjanie planowali prowokację, Hupała podszedłby właśnie do nich, a nie robił podchody z partyzanta do dziennikarzy. Ale może się mylę…
Ten argument wydawał się logiczny – i on przeważył. Ostrożność była jednak wskazana. W dniu spotkania z Hupałą Ida wyszła z domu o poranku. Był ósmy maja i miasto szorowało ulice przed 65. rocznicą zwycięstwa nad Niemcami. Pierwsze, co rzucało się w oczy, to dziwne czarno-pomarańczowe wstążki, którymi udekorowane były przystanki i sklepy, sąsiadująca z nimi czerwień komunistycznych flag i niczym wisienka na tym soc-kapitalistyczno-narodowym torcie – ołtarzyki z portretami Stalina i Putina w witrynach sklepów.
Ciekawe, jak zareagowaliby dzisiejsi wieczni przyjaciele Rosji w Europie na widok takich samych ołtarzyków z Hitlerem w obwarzanku z germańskich runów, pomyślała Ida, której pradziadek został rozstrzelany w Katyniu. Ale tamte czasy minęły. Moskwa żyła bogato i bezmyślnie, ciesząc się z wysokich cen ropy i gazu, na ulicach widać było nowe inwestycje, a w metrze pasażerowie ubrani byli tak, że nie wyróżnialiby się z tłumu w Warszawie, Berlinie czy Londynie. Nikt nie myślał o wojnie ani o terrorystach.
Teraz patrzyła na ludzi w metrze z zupełnie innej perspektywy. Jeśli dostrzeże wśród współpasażerów „ogon bezpieki”, będzie musiała przerwać zadanie, zanim to jeszcze naprawdę się zaczęło. Jeśli nie dostrzeże, a obserwacja otoczy ją szczelnym kordonem, to w najlepszym wypadku skończy na Łubiance. Starała się więc nie dekoncentrować. Najgorsze jednak, że była sama. Ze względu na tajność misji nie mogła liczyć na to, że ktokolwiek z moskiewskiej placówki SWW wspomoże ją w wykrywaniu rosyjskiej obserwacji. W normalnych warunkach druga ekipa nasłuchiwałaby częstotliwości obserwatorów FSB i choćby po skoku liczby połączeń wykryła ich obecność. Jednak tym razem Ida działała w pojedynkę. Mogła polegać wyłącznie na własnych oczach i inteligencji. W sobotnie południe ruch w metrze był spory, ale dla Idy nie był to wielki problem.
Spojrzała na odbijające się w oknie wagonu dwie sylwetki. Zauważyła, że mężczyźni noszą w uszach identyczne białe bezprzewodowe słuchawki iPhone’a. Niby nic, ale równie dobrze mógł to być kanał kontaktowy z dowódcą grupy obserwacyjnej. Byli młodzi, mieli może po dwadzieścia lat. Musiała się im przyjrzeć i zapamiętać. Dostrzegła, że jeden trzyma pod pachą podręcznik do literatury rosyjskiej, a drugi przegląda album o Dostojewskim. Jeśli wysiądą na następnym przystanku, to znaczy, że są studentami w drodze na zajęcia w Domu Dostojewskiego. Zobaczymy.
A kim ty jesteś…? Z lewej strony, plecami do okna, siedziała starsza kobieta w szarych sportowych butach, trochę za porządnych w porównaniu z raczej tanią resztą stroju. Za to idealnych na długie spacery za śledzoną osobą. Ida dyskretnie przyjrzała się jej dłoniom. Spracowane i zrogowaciałe. A na nogach pod rajtuzami bandaże. Wyglądała na sklepową wystającą całe godziny za ladą, której po nocnej zmianie wysiadają nogi. Ma żylaki. Albo udaje, że je ma – bo oficer wywiadu przeciwnika raczej się nie spodziewa, że starsza pani z żylakami będzie za nim kłusować po moskiewskich bulwarach. Trzeba ją zapamiętać.
Przytrzymała torebkę jak ktoś, kto obawia się grasujących w metrze kieszonkowców, i oparła plecy o drzwi wagonu. Teraz miała lepszą pozycję do obserwacji. Omiatała twarze, szukając zagrożenia. Skupiała się na tych typowych, zwyczajnych, których nikt nigdy nie zaczepi, nie zechce zaproponować spaceru czy randki. Przed sobą zobaczyła dziewczynę wpatrzoną w ekran smartfona. Jeśli włączyła kamerę aparatu, to pod dobrym kątem mogła widzieć, co dzieje się za jej plecami, i obserwować Idę. Larssen wyciągnęła głowę. Ulga. Dziewczyna oglądała jakiś durny filmik.
Wagon zatrzymał się na stacji Dostojewskaja. Dwóch studentów, zagadanych, choć cały czas ze słuchawkami w uszach, ruszyło w kierunku wyjścia. Do środka wsiadły kolejne osoby. Ich twarze i sylwetki też zapamiętała. Szeregowała pasażerów, szukała charakterystycznych elementów, o których łatwo zapomnieć przy zmianie peruki czy ubrania – łańcuszków, pasków od zegarka – łączyła ich twarze z wypatrzonymi detalami.
Wysiadła na stacji Sretienskij Most i przejściem podziemnym ruszyła do najstarszej w Moskwie czerwonej linii. Stacja Czistyje Prudy, Turgieniewska i Sretienskij Most tworzyły tam wianuszek splątanych korytarzy. Zamiast do czerwonej linii, Ida poszła jednak w bok, prosto w kierunku stacji Turgieniewska. Szła pewnym krokiem, nie odwracała się, nie próbowała na siłę odnaleźć obserwacji. Dopiero kiedy przeszła za marmurowy narożny wspornik, zatrzymała się i na planie zaczęła sprawdzać kolory, jakimi oznaczono linie kolejki podziemnej. Dokładnie obserwowała przy tym idących za nią ludzi, którzy wchodzili do tunelu. Nikt, kto wcześniej towarzyszył jej w wagonie, nie przeszedł obok. Zadowolona, ruszyła przed siebie i nadrabiając drogi, pokonała kilkaset metrów do kolejnej stacji metra. Było czysto. Odetchnęła i w ostatniej chwili wsiadła do odjeżdżającego wagonika.
Termin akcji wybrali z bratem celowo. Liczyli, że na dzień przed wielką paradą zwycięstwa na Placu Czerwonym rosyjskie służby będą miały wystarczająco dużo pracy z zabezpieczeniem tysięcy gości i widzów. Do Moskwy przylatywał cały polityczny świat. Jeden po drugim lądowali prezydenci i premierzy z ponad trzydziestu państw. Zapowiedziała się Angela Merkel, Nicolas Sarkozy i Bronisław Komorowski. W centrum stolicy krążyły setki dziennikarzy i fotoreporterów, a autobusy rozwoziły po mieście żołnierzy, którzy w paradzie mieli reprezentować dawną koalicję antyhitlerowską.
Po kilku godzinach trasy sprawdzeniowej i wykonaniu dziesiątek zdjęć napotkanym zabytkom – tak bezsensownych, że nawet najbardziej czujny obserwator uznałby, że Idy nie interesuje nic ponad to, co zajmuje każdego z miliona turystów w tym mieście – sama przed sobą przyznała, że jest bezpieczna i może przejść do kolejnej fazy akcji. Wsiadła do autobusu i pojechała w stronę podmoskiewskich Mytiszczy. O siedemnastej była już pod aquaparkiem. Trzy minuty później przytknęła gumową opaskę z czipem do bramki, przeszła przez kołowrotek i skierowała się do szatni.
W głównej hali było duszno, głośno, a zapach chloru wręcz odurzał. Pod sklepieniem dudniły krzyki zachwyconych dzieci, do uszu wdzierał się szum płynącej wody, a zielone zjeżdżalnie raz po raz wypluwały odpoczywających w AquaDome mieszkańców Moskwy. Ida weszła pod prysznic; teraz wyglądała, jakby na basenie spędziła cały dzień. Rozejrzała się po hali. Już wcześniej dostrzegła, że wejście na baseny można obserwować z przeszklonej kawiarni na piętrze. Teraz okazało się, że z galerii widać też doskonale całą przestrzeń. Owinęła się ręcznikiem i weszła po schodach na górę. Kupiła sok pomidorowy i usiadła przy stoliku. Do osiemnastej zostało ledwie parę minut. Znów zlustrowała otoczenie. Jeśli pakowała się w zasadzkę, to na basenie powinno być gęsto od obserwacji. Niczego takiego nie dostrzegła. Same rodziny z dziećmi. Poza wejściem do budynku i hali nie zauważyła też kamer. Najwyraźniej budynek oddalony od centrum Moskwy nie został uznany przez FSB za cel warty ochrony przed terrorystami.
Potencjalny zamachowiec w slipkach? Trudno sobie to wyobrazić! Zaśmiała się do swoich myśli.
Z każdą minutą kolejka do wejścia malała. Więcej było osób wracających do domów. Czuła napięcie związane ze zbliżającą się rozgrywką. Rozluźniła mięśnie, lekko przymrużyła oczy i skupiła się na oddechu. Uniosła powieki. Jest! Łatwo go było wypatrzyć.
Wśród stojących w kolejce rodziców z dziećmi kostyczny mężczyzna wyróżniał się jak pedofil w przedszkolu. Stał spokojnie z torbą plażową na ramieniu i powoli przesuwał się w stronę kasy. Nie był zawodowcem, z jego akt wynikało, że nigdy nie przeszedł kursu wywiadowczego, więc gdyby kontrwywiad zorganizował na Larssen zasadzkę, pewnie Hupała nie byłby teraz taki opanowany.
Ida wstała i zeszła na dół. Po chwili zobaczyła, że mężczyzna wchodzi do środka, ale zamiast – jak zakładała – położyć się na leżaku pod słomkowym parasolem, nieoczekiwanie skręcił w lewo i wszedł do części położonej za tandetnym przepierzeniem przypominającym zamkowy mur. Ruszyła za zdrajcą. Gdy tylko zamknęły się drzwi, gwar zamilkł jak ucięty nożem. Słychać było tylko relaksującą muzykę. Zobaczyła napis „Strefa saun”, sztuczną rzeczkę wśród równie sztucznych skał i kolejny bar.
Cholera, powinnam była to wcześniej sprawdzić, pomyślała z wyrzutem.
Hupała chwilę pływał w skalnym potoku, ale po kilkunastu minutach zniknął za mlecznymi drzwiami oddzielającymi bar od sauny. Larssen nie miała wyjścia i też weszła do środka. Wzdłuż korytarza znajdowały się wejścia do różnych łaźni – była sauna fińska, parowa, infrared. Dostrzegła, że przy sali z lewej strony leżą klapki, identyczne z tymi, które nosił dezerter. To ułatwiało sprawę. Kiedy na wieszaku dostrzegła kąpielówki Hupały, zorientowała się, że ona też będzie musiała zdjąć kostium. Nie planowała striptizu, ale najwyraźniej nie miała wyjścia. Zrzuciła strój i owinęła się ręcznikiem, dziękując Bogu, że włożyła do torby ten większy. Zostawiła klapki przy wejściu i weszła do zaparowanego pomieszczenia. W środku oprócz Hupały siedziała młoda para – sądząc po obrączkach i jednakowych ręcznikach, małżeństwo – oraz biuściasta dziewczyna, która intensywnie okładała się witkami. Ida zwróciła uwagę, że zarówno dziewczyna, jak i małżonkowie są już mocno spoceni, co oznaczało, że w saunie siedzą dobrych kilkanaście minut.
Tak jak się spodziewała, najpierw z łaźni wyszła para. Została dziewczyna, której skóra przypominała teraz dojrzałą brzoskwinię – i która najwyraźniej postanowiła pobić rekord wygrzewania się. Hupała siedział na dolnej ławie, gdzie temperatura była najniższa, Ida wcześniej wybrała tę na górze – chciała mieć pod kontrolą wszystkich saunowiczów – ale gdy zwolniło się miejsce, stwierdziła, że to doskonała okazja, żeby usadowić się na wprost pułkownika.
– Chyba przesadziłam. Strasznie gorąco tam na górze – rzuciła w przestrzeń przepraszającym tonem, jakby miała powód do usprawiedliwień. – Dopiero zaczynam saunować i nie jestem jeszcze zahartowana – ciągnęła, licząc, że Hupała jakoś zareaguje na jej słowa.
Mężczyzna skrzywił się w grymasie, który pewnie miał oznaczać uśmiech, ale się nie odezwał. Na szczęście biuściasta dziewczyna nie zwracała uwagi na dwoje starszych od niej ludzi. Trudno, musiała próbować dalej.
– Mógłby pan podać mi witki? To brzoza czy wierzba? Słyszałam, że to rosyjska tradycja… – powiedziała, sygnalizując, że nie jest miejscowa.
Hupała drgnął i wreszcie na jego twarzy dostrzegła zainteresowanie. Zaniepokojony, rzucił okiem na siedzącą w rogu nastolatkę, ale w końcu podał Idzie wiecheć i odparł:
– Polecam brzozowe. Jak pani zapyta Rosjanina, każdy pani powie, że oczyszczają płuca.
– Słyszałam, że Rosjanie w saunie polewają kamienie wódką, a to co najwyżej pomaga oczyścić zatoki. – Zaśmiała się. – Pan jest obcokrajowcem? – zapytała i zaraz dodała: – Ja jestem z Danii.
Hupała uciekł od odpowiedzi, ale zapytał:
– W Danii saunowanie jest popularne?
– Na pewno nie tak jak w Rosji czy Finlandii. Jeżdżę teraz trochę po świecie i jak tylko mam okazję, staram się oczyszczać skórę i głowę. Byłam ostatnio w Warszawie i tam…
Na dźwięk tych słów Hupała znowu drgnął i przestał się uśmiechać. Nerwowo spojrzał na siedzącą z boku nastolatkę, dziewczyna jednak nie sprawiała wrażenia, jakby interesowało ją cokolwiek poza okładaniem się witkami. Ida ciągnęła więc dalej:
– I tam były sauny, ale na południu Europy nie ma ich nawet w hotelach.
– Była pani w Warszawie? – zapytał zmienionym głosem.
– Nawet nie w samej Warszawie. Mieszkałam po wschodniej stronie Wisły, w Rembertowie… – zawiesiła głos i obserwowała, jaką reakcję wywołają jej słowa. Miała wrażenie, że Hupała coraz ciężej oddycha i mocniej się poci. – Była tam doskonała sauna. Właścicielem jest człowiek, który za komunistów handlował na tamtejszym bazarze. Jak się dowiedział, że lecę do Moskwy, polecił mi właśnie AquaDome. Mówił nawet, że o osiemnastej jest tu najprzyjemniej…
Zamilkła. Teraz albo otworzą się drzwi i wpadnie kontrwywiad, a nastolatka spod ręcznika wyciągnie pistolet, albo…
– Chyba słyszałem o tamtejszej saunie – odpowiedział Hupała, cicho i powoli. – Cieszę się, że mamy wspólnych znajomych. Chociaż prędzej spodziewałbym się spotkać tu tego znajomego niż Dunkę, która uwielbia saunowanie.
Larssen uznała, że już się poznali i czas przejść do następnej fazy.
– Cóż zrobić. Też mu to proponowałam, ale nie mógł przyjechać – skłamała. – Ja z kolei bardzo się cieszę, że pana poznałam. A pan jeździ po świecie?
– Rzadko. Jakoś ostatnio zwiedzam wyłącznie Rosję. Ale za pięć lat przechodzę na emeryturę i wtedy będę miał okazję wyjeżdżać częściej.
– A teraz nie miałby pan ochoty odwiedzić jakiegoś zachodniego kraju? Może Finlandia? Z Petersburga samochodem jest kilka godzin, a sauny mają genialne.
– Teraz to niemożliwe. – Wciąż mówił powoli, jakby ważył każde słowo. – Ale za pół roku będę w Baku. Jeżdżę tam na Nowy Rok z kolegą, dobrze znam to miasto. Zatrzymam się w hotelu Citadel Baku Old Town. Jeśli przez przypadek będzie pani w noworoczny poranek o dziesiątej w hotelowej saunie, to będzie okazja porozmawiać dłużej.
– Kolega też jest miłośnikiem saunowania?
– Kolega w noworoczny poranek zawsze jest niedysponowany.
Zamilkli. Ida odczekała jeszcze kilka chwil i wyszła z sauny. Wzięła szybki prysznic, po czym ruszyła do szatni. Przebrała się, opuściła basen i pojechała taksówką do kawalerki. Tam spakowała rzeczy i dokładnie wyczyściła mieszkanie. Na ulicy wsiadła do autobusu, sprawdzając, czy nie jedzie za nią obserwacja, przeszła dla pewności jeszcze kilka przecznic i autobusem dojechała do Dworca Leningradzkiego.
Kupiła bilet na „Czerwoną Strzałę” do Petersburga. Czekała ją ośmiogodzinna nocna podróż i miała zamiar wykorzystać ten czas na sen. Wrzuciła walizkę na półkę i sięgnęła do szafki, gdzie znalazła kapcie oraz pachnącą pościel, a także szlafrok i ręczniki. Gdy skład ruszył, za oknem zagrzmiała jakaś sowiecka melodia. Najbardziej ekskluzywny rosyjski pociąg był żegnany identycznie jak w trzydziestym pierwszym roku i na Idzie zrobiło to większe wrażenie niż czerwony dywan, po którym weszła do wagonu. Odświeżyła się, a potem poprosiła stewarda, by rano przyniósł jej śniadanie do kabiny. Zmęczona, w końcu rzuciła się na łóżko, ale adrenalina nie chciała odpuścić. Całą noc nie zmrużyła oka – obracała się z boku na bok – więc kiedy nad ranem kelner zapukał do przedziału, była już umalowana i ubrana. W mieście nad Newą przesiadła się do samolotu i w południe dotarła do Kopenhagi. Padła na łóżko jak zabita i spała równe dwanaście godzin. Mogła sobie na to pozwolić, bo brat czekał tuż za ścianą. I już widział, że misja Idy Larssen zakończyła się sukcesem.
Rozdział 1
Pierwsze miasto, do którego wjechała po przekroczeniu granicy, było martwe. Upał zabił nawet świerszcze. Wcześniej w Chorwacji skwar witał ją na A1 dopiero za tunelem Sveti Rok, ale dzisiaj nie można było oddychać już przed Zagrzebiem. Wystarczyło otworzyć drzwi, żeby wszelkie pomysły na odpoczynek uleciały jak powietrze z klimatyzowanego auta. Do Dalmacji dojechała późnym popołudniem. Odebrała klucze od przyczepy i padła nieżywa na łóżko. Obudziła się, kiedy w Puerto Vallarta Camp było jeszcze ciemno. Przeciągnęła się i poczuła, że jest cała mokra.
Wzięła szybki prysznic, owinęła się ręcznikiem i poszła na kamienistą plażę. Zza żółto-brązowych wysp powoli wychodziło słońce. Poczekała, aż morze stanie się błękitne, zdjęła ręcznik, wyjęła maskę do snorkelingu i zanurzyła się w krystalicznym Adriatyku. Chwilę nurkowała, obserwując przesuwające się pod nią dno. Bez kostiumu, naga, czuła opływającą jej ciało wodę. Była wolna i szczęśliwa. Wyrzuciła z głowy kłębiące się myśli, zrzuciła z ramion stres. Nie wiedziała, ile czasu minęło, ale w końcu uznała, że już dość. Zawróciła w stronę brzegu ostrym kraulem, żeby mięśnie dostały swoją dawkę energii. Z każdym machnięciem ramionami czuła, jak jej mózg uwalnia kolejną dawkę endorfin. W końcu stanęła na kamienistym dnie i wyszła z wody.
Na plaży pojawili się pierwsi plażowicze. Wśród innych nagich ludzi nie czuła skrępowania swoją nagością. W internecie wyczytała, że Puerto Vallarta Camp jest miejscem przyjaznym naturystom – i chyba rzeczywiście tak było. Rozłożyła ręcznik na skałce, wystawiła się do słońca i zamknęła oczy. Kiedy uniosła powieki, na plaży było już całkiem tłoczno. Popatrzyła na inne kobiety i uznała, że nie ma się czego wstydzić. Poza szramą, którą zarobiła w wypadku Antonowa w Bieszczadach, i pamiątką z Afganistanu jej ciało było w formie. Bieganie i ukochana wspinaczka robiły dobrą robotę.
Po godzinie uznała, że czas na śniadanie. Usiadła w tawernie obok plaży.
– Dobro jutro! Što biste željeli za doručak?5 – usłyszała miły męski głos.
Obróciła głowę, ale oślepiło ją słońce. Odchyliła głowę i przysłoniła dłonią oczy. Zrobiło się jej nieswojo, bo obok stał atrakcyjny brunet, tyle że w szortach. Odruchowo przysłoniła ciało ręcznikiem i odpowiedziała:
– Dobro jutro. – Po czym dodała już po angielsku: – Myślałam, że kelnerzy też są naturystami.
Chłopak się zaśmiał.
– To niepraktyczne, w kuchni strasznie pryska olej. Ale jeśli chcesz, mogę je zdjąć. – Pokazał na spodenki.
Klara poczuła, że się czerwieni.
– No tak… A co możesz mi zaproponować? – Dopiero gdy wypowiedziała te słowa, usłyszała, jak dwuznacznie zabrzmiały. Dlatego szybko sprostowała: – Chodzi o śniadanie…
Chorwat przesunął się w cień i teraz wreszcie mogła mu się lepiej przyjrzeć. Miał miłą twarz i piękne oczy. Podał jej kartę.
– Dla ciebie pewnie coś zdrowego. Sałatka i kawa, zgadłem?
Klara nie chciała wyjść na potulną kozę, więc odruchowo zaprzeczyła:
