Reguły zdrady - Jakub Ritter, Piotr Sieńko - ebook + audiobook
NOWOŚĆ

Reguły zdrady ebook i audiobook

Jakub Ritter, Piotr Sieńko

4,6
29,98 zł
14,99 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką: 29,98 zł

TYLKO U NAS!
Synchrobook® - 2 formaty w cenie 1

Ten tytuł znajduje się w Katalogu Klubowym. Zamów dostęp do 2 formatów, by naprzemiennie czytać i słuchać.

DO 50% TANIEJ: JUŻ OD 7,59 ZŁ!
Aktywuj abonament i zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego, aby zamówić dowolny tytuł z Katalogu Klubowego nawet za pół ceny.


Dowiedz się więcej.

11 osób interesuje się tą książką

Opis

Kapitan Klinger powraca. Tym razem ściga szpiega, który wyszedł z mgły. Od Smoleńska po Głębię Bornholmską rozpoczyna się wyścig z czasem. Polska ekipa wywiadu wojskowego staje przed diabelskim wyborem: ocalić najważniejsze źródło NATO w Moskwie czy powstrzymać scenariusz, który może wysadzić w powietrze bezpieczeństwo całej Europy.

Warszawa, Moskwa, Baku, Teheran, Wilno i Narwa stają się areną bezwzględnej gry. Hakowanie aut, bomby logiczne, spyware i floty cieni – arsenał hybrydowej wojny XXI wieku to codzienność w pracy a szpiegów. Ale to nie technologia, tylko spryt, lojalność i przyjaźń rozstrzygną, kto przeżyje.

W świecie zdrady, jedno jest pewne: nawet zdrajca nie jest bezpieczny.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)

Liczba stron: 528

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 16 godz. 13 min

Lektor: Mariusz Bonaszewski

Oceny
4,6 (31 ocen)
20
10
1
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
Tatek

Dobrze spędzony czas

Pieresza część chyba znacznie lepsza. Dobrze że chocoaż nasz wywiad daje radę.
00
ElbietaN

Nie oderwiesz się od lektury

To była rewelacyjna książka , a ostanie 50 stron to już gotowy scenariusz filmu akcji . Podobnie jak w pierwszej części trzeba się skupić bo pojawia się mnóstwo osób i są przeskoki w czasie, ale dlatego cały czas akcja pędzi do przodu. Panowie dlaczego zabiliście Ewę ? Czekam na kolejną część.
00
Piotr1966W

Dobrze spędzony czas

Słucha się świetnie ale ciut się dłuży. Ewidentnie dla fanów politykancko fantastycznych historii. Akcje ratują wyraziści bohaterowie.
00
magika79

Nie oderwiesz się od lektury

Fenomen.. Dawno nic mnie tak nie pochłonęło. Do tego najlepszy lektor...Mieszanka wybuchowa, sztos! Czekam na więcej od Panów. Proszę pisac!
00
Tomasz_Problem

Nie oderwiesz się od lektury

Jak dotąd najlepsza z powiesści szpiegowskich po seriach Severskiego.
00



Cytat

Zdradę lubię,

zdraj­ców nie­na­wi­dzę.

JuliuszCezar

Ostrzeżenie

Wszyst­kie wyda­rze­nia przed­sta­wione w niniej­szej książce ni­gdy nie miały miej­sca, a wszel­kie podo­bień­stwo do zda­rzeń i osób jest przy­pad­kowe, choć czy­tel­nik może doszu­kać się pew­nych ana­lo­gii i związ­ków z rze­czy­wi­stymi, histo­rycz­nymi wypad­kami. Auto­rzy czer­pali co prawda inspi­ra­cję z dorobku histo­rii naj­now­szej, jed­nak to, jak popro­wa­dzili akcję powie­ści, w zupeł­no­ści nie pokrywa się ze zda­rze­niami, które miały miej­sce.

Podziękowania

Podzię­ko­wa­nia

Klara, Robert, Wik­tor, „Troll” – ich już zna­cie. Czas na nowe przy­jaź­nie. Ist­nieją bowiem ludzie, któ­rych na kar­tach tej książki nie odnaj­dzie­cie, a są w rów­nym, albo i dużo, dużo więk­szym stop­niu scho­wani za jej okład­kami.

To przede wszyst­kim cały zespół Czar­nej Owcy. Kata­rzyna Słup­ska – wiel­kie podzię­ko­wa­nia za Twoje zaufa­nie, cier­pli­wość i wiarę w to, że nasze pisa­nie może zapew­nić roz­rywkę czy­tel­ni­kom. Iwona Wal­ska – wiesz naj­le­piej, że napisa­nie książki to tylko począ­tek i gdyby nie Twoje pro­fe­sjo­nalne umie­jęt­no­ści, na pisa­niu by się skoń­czyło. I – last but not least – wiel­kie słowa podzię­ko­wa­nia dla naszej redak­torki. Praca, którą Anna Pła­skoń-Soko­łow­ska wyko­nała, jej oko do szcze­gó­łów, wie­dza i humor spra­wiły, że żmudny pro­ces wpro­wa­dza­nia popra­wek nie odwiódł nas osta­tecz­nie od pla­nów napi­sa­nia kolej­nych ksią­żek.

Za pomoc przy zro­zu­mie­niu skom­pli­ko­wa­nej mate­rii tech­niczno-kom­pu­te­ro­wej chcie­li­by­śmy podzię­ko­wać Piotr­kowi Żakowi – ser­decz­nemu przy­ja­cie­lowi, jed­nemu z naj­mil­szych i naj­bar­dziej uzdol­nio­nych ludzi, jakich udało nam się poznać. Piotr – oprócz pasji do kom­pu­te­rów – jest jedy­nym czło­wie­kiem, który był w sta­nie stwo­rzyć dzia­ła­jącą maszynę do jed­no­oso­bo­wego ukła­da­nia gip­so­kar­to­no­wych paneli sufi­to­wych i dokład­nie oraz przy­stęp­nie wyja­śnić nam zasady hako­wa­nia aut i wszyst­kiego, co ma elek­tro­niczne bebe­chy.

Olbrzy­miej i nie­oce­nio­nej pomocy pod­czas opi­sy­wa­nia prze­słu­cha­nia „Trolla” udzie­liła nam Agnieszka Lesz­czyń­ska, wice­pre­zes Pol­skiego Towa­rzy­stwa Badań Poli­gra­ficz­nych, bie­gły sądowy oraz prze­miły czło­wiek. Prze­pra­szamy, Agnieszko, że nie zasto­so­wa­li­śmy się do wszyst­kich Two­ich rad, ale książka rzą­dzi się swo­imi pra­wami i coś, co rani Twoje serce fachowca, co odbiega od meto­dyki bada­nia, mamy nadzieję, ura­duje czy­tel­ni­ków. Sta­ra­li­śmy się jed­nak być jak naj­wier­niejsi realiom. I doceń, że ani razu nie uży­li­śmy sfor­mu­ło­wa­nia „wykry­wacz kłamstw”.

Pod wodę zapro­wa­dził nas Rafał Rola, nurek i pasjo­nat spor­tów wyma­ga­ją­cych eks­tre­mal­nej siły i wytrzy­ma­ło­ści. To on poka­zał nam, gdzie w naszej opo­wie­ści fik­cja mie­sza się z prawdą. Jeste­śmy mu za to bar­dzo wdzięczni. Za wie­dzę doty­czącą zna­jo­mo­ści broni pal­nej i strze­lec­twa dzię­ku­jemy jak zwy­kle nie­oce­nio­nemu Rober­towi. Domi­ni­kowi i Krzysz­to­fowi dzię­ku­jemy za cenne uwagi doty­czące sys­te­mów bez­pie­czeń­stwa naro­do­wego. Dzięki Waszym pod­po­wie­dziom nie wdep­nę­li­śmy na grzą­ski grunt, a fik­cja lite­racka jest na­dal tylko i wyłącz­nie fik­cją. Za „kon­struk­tywną kry­tykę” frag­men­tów opi­su­ją­cych pracę Mor­skiej Jed­nostki Rakie­to­wej z Sie­mi­ro­wic, dzięki któ­rej żadna z taj­nych pro­ce­dur tej eli­tar­nej jed­nostki nie została ujaw­niona, auto­rzy dzię­kują dowódcy MJR, panu koman­do­rowi Bog­da­nowi Toma­szyc­kiemu. Dobrym duszom z kor­pusu dyplo­ma­tycz­nego dzię­ku­jemy za pod­po­wie­dzi, jak sku­tecz­nie wyko­rzy­stać obo­wią­zu­jące pro­ce­dury podró­żo­wa­nia osób z immu­ni­te­tem, by – nieco nagi­na­jąc rze­czy­wi­stość – naj­bar­dziej dra­ma­tyczne momenty naszej histo­rii prze­pro­wa­dzić przez gra­nicę rosyj­sko-estoń­ską. Za pomoc w odkry­wa­niu taj­ni­ków sztuki moto­ro­wod­niac­kiej, bez któ­rej nie byłyby moż­liwe eks­cy­tu­jące wyda­rze­nia na jezio­rze Pej­pus, dzię­ku­jemy Prze­mkowi Cie­siel­skiemu; Prze­mku – stopy wody pod kilem. Klu­czowe epi­zody tej odsłony przy­gód Klary Klin­ger nie byłyby tak emo­cjo­nu­jące, gdyby na pew­nym eta­pie ich two­rze­nia nie poja­wiła się Anna Prze­woź­niak z Kongs­berg Defence. Dzię­ku­jemy jej za ener­gię, zaan­ga­żo­wa­nie i pomoc na ostat­niej pro­stej pracy nad książką. Na koniec chcie­li­śmy też podzię­ko­wać naszym rodzi­nom, żonom, synom. Za Waszą cier­pli­wość i wspar­cie…

Musimy też napi­sać parę słów wyja­śnie­nia. O tajem­ni­cach min jądro­wych prze­czy­ta­li­śmy ponad dekadę temu w książce Ato­mowi koman­dosi. Roz­broić miny jądrowe w Niem­czech Zachod­nich pióra Jaro­sława Rybaka. Ten wyśmie­nity dzien­ni­karz opi­sał Pas Tret­t­nera, sys­tem bun­krów, które miały słu­żyć jako miej­sca ukry­cia taj­nej broni NATO – min ato­mo­wych. Dosko­nale udo­ku­men­to­wana książka histo­ryczna do dziś robi wra­że­nie.

O minach ato­mo­wych wspo­mi­nał też słynny gene­rał Alek­sandr Iwa­no­wicz Lebied. Tylko że on mówił o minach waliz­ko­wych. W wywia­dzie opu­bli­ko­wa­nym 7 wrze­śnia 1997 roku przez maga­zyn śled­czy CBS „Sixty Minu­tes” Lebied powie­dział, że rosyj­ska armia stra­ciła kon­trolę nad ponad setką bomb ato­mo­wych wiel­ko­ści walizki, z któ­rych każda mogła zabić 100 000 osób. Co się z nimi stało? My w naszej książce opo­wia­damy o jed­nej z tych stu, ale jak mówi boha­ter filmu Peace­ma­ker: „Nie boję się tego, który ma tysiące ato­mó­wek, prze­raża mnie ten, co chce mieć jedną”.

Wszyst­kim, któ­rzy z lupą przy oku spraw­dzają szcze­góły w czy­ta­nych powie­ściach, życzymy miłej lek­tury i pro­simy, aby pamię­tali, że ta książka jest wyłącz­nie fik­cją lite­racką. Dla­tego nie bądź­cie zdzi­wieni, jeśli nie wszystko pokrywa się z rze­czy­wi­sto­ścią. To zabieg świa­domy, umyśl­nie przez nas zasto­so­wany. Tym, któ­rzy lubią „easter eggs”, pro­po­nu­jemy zabawę w szu­ka­nie w Regu­łach zdrady miejsc, nazwisk i postaci z naszych ulu­bio­nych ksią­żek.

Ocze­ku­ją­cym od nas kolej­nych wyzwań pro­po­nu­jemy, by pocze­kali kilka mie­sięcy i wraz z naszym nowym boha­te­rem, inspek­to­rem Hora­cym Ster­lin­giem, i jego pol­ską córką Ireną prze­nie­śli się do Lon­dynu cza­sów I wojny świa­to­wej, by roz­wią­zać zagadkę „Szpiega Admi­ra­li­cji”.

Dobrej zabawy!

Akta osobowe

Akta oso­bowe

Według poja­wia­nia się w spra­wie o kryp­to­ni­mie „Strefa raże­nia”

Puł­kow­nik Tade­usz Hupała

– były ofi­cer Ludo­wego Woj­ska Pol­skiego. Zde­zer­te­ro­wał do Rosji. 10 kwiet­nia 2010 roku zare­je­stro­wano jego obec­ność na lot­ni­sku Smo­leńsk-Sie­wier­nyj. Kawa­ler, rodzice zmarli. Miej­sce pobytu sio­stry nie­znane.

Gene­rał Sta­ni­sław Klin­ger

– gene­rał bry­gady Ludo­wego Woj­ska Pol­skiego w sta­nie spo­czynku. Ojciec Klary i Laury Klin­ger. Chory na alzhe­imera. Zmarł w 2015 roku.

„Dowódca”

– były szef Służby Wywiadu Woj­sko­wego (dane utaj­nione). Zmarł na raka płuc w 2014 roku. Jego sio­stra Ida Lars­sen wciąż w służ­bie.

Puł­kow­nik Robert Duszyń­ski

– zastępca szefa wywiadu woj­sko­wego, nazy­wany przez pod­wład­nych „Zastępcą”. Po zmia­nie rządu prze­szedł ze swoim zespo­łem do Zarządu Ana­liz Wywia­dow­czych i Roz­po­znaw­czych P-2 Sztabu Gene­ral­nego.

Kapi­tan Wik­tor Abra­mo­wicz

– pod­czas kursu wywiadu był na jed­nym roku z córką gene­rała Klin­gera, Klarą. Słu­żył w kontr­wy­wia­dzie woj­sko­wym. Skie­ro­wany do zespołu Klary Klin­ger. Obec­nie w P-2. Wdo­wiec. Bez­dzietny.

Ida Lars­sen

– ofi­cer wywiadu woj­sko­wego. Wykła­dała na kur­sach dla mło­dych tej służby. Sio­stra zmar­łego w 2014 roku „Dowódcy” szefa SWW. Na stałe mieszka w Danii.

Kapi­tan Klara Klin­ger

– ofi­cer wywiadu woj­sko­wego w zespole ope­ra­cyjno-inspek­cyj­nym szefa SWW, po zmia­nie rządu w Zarzą­dzie Ana­liz Wywia­dow­czych i Roz­po­znaw­czych P-2 Sztabu Gene­ral­nego. Dwu­krot­nie ranna. Samotna.

„Hafsa”

– była snaj­per spec­nazu. Po zakoń­cze­niu służby woj­sko­wej została kon­trak­to­rem GRU. Uczest­ni­czyła w wywie­zie­niu z Kijowa byłego lidera i jego rodziny. Nie­za­mężna, jedna córka.

Wia­cze­sław Sie­mio­no­wicz Kostiuk

– zaufany doradca i zarządca majątku rodziny byłego kijow­skiego przy­wódcy. Był jed­nym z „czer­wo­nych dyrek­to­rów”.

Puł­kow­nik Jan Moske

– po śmierci „Dowódcy” został sze­fem Służby Wywiadu Woj­sko­wego. Wcze­śniej peł­nił służbę w Oma­nie.

Porucz­nik Robert Rapacki

– ope­ra­tor Jed­nostki Woj­sko­wej 2305. Ranny w Afga­ni­sta­nie. Peł­nił służbę jako obser­wa­tor OBWE w Gru­zji. Odde­le­go­wany na prośbę szefa SWW, dołą­czył do zespołu ope­ra­cyjno-inspek­cyj­nego. Żonaty (w sepa­ra­cji), dwie córki.

Ewa Kru­kow­ska

– pod nazwi­skiem lega­li­za­cyj­nym Kate­ryna Kruk była nie­le­ga­łem wywiadu woj­sko­wego w Ukra­inie. Łącz­ni­ko­wała majora GRU Pio­tra Stiecz­kina, agenta pol­skiego wywiadu woj­sko­wego w Rosji. Uczest­niczka ope­ra­cji w Ode­ssie. Obec­nie w P-2. Samotna.

Porucz­nik Piotr Tro­liń­ski

– pseu­do­nim „Troll”, eks­pert tech­niczny zespołu ope­ra­cyjno-inspek­cyj­nego. Spe­cja­li­sta z zakresu tele­in­for­ma­tyki. Przy­jaźni się z Wik­to­rem Abra­mo­wi­czem.

Laura Klin­ger

– sio­stra kapi­tan Klary Klin­ger. Zamężna, jeden syn.

Gene­rał major Igor Dimi­tri­je­wicz Ser­gun

– zastępca do spraw ope­ra­cyj­nych szefa GRU. Służbę roz­po­czął w Pol­sce, dzia­łał w Legnicy i Rem­ber­to­wie. Znany z wiel­kich ambi­cji poli­tycz­nych. Żonaty.

Kon­stian­tyn Kob­zon

– szef ochrony byłego kijow­skiego przy­wódcy. Zna­jomy „Hafsy”, którą poznał pod­czas ucieczki z Kijowa.

Kapi­tan Leonid Andrie­je­wicz Briu­sow

– ofi­cer spec­nazu GRU. Zaufany gene­rała Ser­guna.

Piotr Stiecz­kin

– major GRU. Agent pol­skiego wywiadu w struk­tu­rach siło­wych Rosji. W 2014 roku w wyniku skom­pli­ko­wa­nej ope­ra­cji w Ode­ssie został prze­wie­ziony do Pol­ski. Polacy sfin­go­wali śmierć Stiecz­kina i teraz pod ochroną SWW mieszka w Pol­sce razem z wnu­kiem. Ojciec Pio­tra Stecz­kow­skiego, który w efek­cie gry ope­ra­cyj­nej SWW zajął jego miej­sce w oto­cze­niu kie­row­nic­twa GRU.

Śled­czy Gleb Gie­or­gi­je­wicz Pożar­ski

– ofi­cer FSB. Zaczy­nał karierę w KGB w Peters­burgu. Pomógł jed­nemu z zaufa­nych współ­pra­cow­ni­ków póź­niej­szego pre­zy­denta Rosji, za co w rewanżu został prze­nie­siony do Moskwy. Naj­lep­szy śled­czy kontr­wy­wiadu.

Piotr Stecz­kow­ski

– nie­do­szły żoł­nierz wywiadu woj­sko­wego. W ramach ope­ra­cji prze­ciw gene­ra­łowi Ser­gu­nowi wysłany do Moskwy. Syn majora GRU Pio­tra Stiecz­kina i Polki. Zgo­dził się na uda­wa­nie zdrajcy, gdy SWW obie­cała sfi­nan­so­wać skom­pli­ko­waną ope­ra­cję jego syna. Roz­wie­dziony.

Nata­sza Rostowa, aka Kse­nia Iwa­nowna Łaty­nina

– narze­czona Pio­tra Stecz­kow­skiego. Nie ma poję­cia o praw­dzi­wym zada­niu Pio­tra.

Puł­kow­nik Farzan Hos­se­ini

– ofi­cer w bry­ga­dzie Niru-je Ghods Kor­pusu Straż­ni­ków Rewo­lu­cji Islam­skiej. Prze­nie­siony do Depar­ta­mentu 900 zaj­mu­ją­cego się prze­pro­wa­dza­niem dzia­łań wywia­dow­czych poza gra­ni­cami Iranu.

Aja­tol­lah Moham­mad Ahmadi

– czło­nek Rady Usta­la­nia Wła­ści­wego Porządku, ciała Naj­wyż­szego Przy­wódcy. Zwo­len­nik budowy irań­skiej bomby ato­mo­wej.

Melissa Dri­scoll

– zastępca szefa Defense Clan­de­stine Service, wydziału wywiadu woj­sko­wego armii USA pro­wa­dzą­cego roz­po­zna­nie oso­bowe.

Gene­rał porucz­nik Vin­cent R. Stu­art

– szef Defense Intel­li­gence Agency, czyli Agen­cji Wywia­dow­czej Depar­ta­mentu Obrony.

PRO­LOG

Szpieg, który wyszedł z mgły

Jak nic będzie mgła… Wysta­wił głowę z kan­torka i popa­trzył w niebo.

Mgłę zawsze czuł w kościach. Ludzie bar­dzo czę­sto tak mówią: czuję coś w kościach. Ale tak po praw­dzie to Alek­san­der Rodin nad­cho­dzącą mgłę naj­pierw wyczu­wał w cho­rych zato­kach. Nie wie­dział, jak to się działo, po pro­stu się działo. Oczy wyska­ki­wały mu z głowy, póź­niej nagle bach, nad­cho­dziła mgła, a po godzi­nie wszystko znów było w porządku. Dla­tego tak nie­na­wi­dził tego miej­sca. Bo mgły przy­cho­dziły tu co chwila.

Jego sąsiad spod dwie­ście dwa, Żenia Burasz­kin, przez całą jesień i zimę narze­kał na pogodę. Stał przed skle­pem babki Wiery i mówił, że zapo­mniał, jak wygląda słońce. Mówił, że w ich mie­ście pogoda jest tak brzydka jak żona pre­zy­denta. Mówił i mówił. Wszy­scy się śmiali, bo Żenia to swój chłop. Kul­turny i ade­kwatny. Gdy w marcu znów nade­szła mgła, Burasz­kin sta­nął na para­pe­cie i zaczął coś wykrzy­ki­wać o kosmi­tach. Krzy­czał krótko, bo z siód­mego pię­tra na beton droga nie jest daleka. Tutaj rze­czy­wi­ście mgła zabija.

Gdyby nie ból głowy, to on wła­ści­wie nic by do tej mgły nie miał. Zda­rzało mu się nawet na niej zara­biać.

Może dzi­siaj jakiś baran znów zabłą­dzi i skręci na moją sta­cję, pomy­ślał, obsi­ku­jąc kępę krza­ków. Nadziei na przy­jazd klienta nie miał. Naj­czę­ściej tan­ko­wały u niego cię­ża­rówki. Ale komu chce się w sobotę pra­co­wać? On musiał. Zaro­bek na gru­za­wi­kach miał nie­zły, bo tuż obok jego sta­cji, pół kilo­me­tra za drogą, było woj­skowe lot­ni­sko. Wszy­scy się tu znali, wuj stryja, ciotka brata, a kolega z woj­ska znał faceta od pomp na lot­ni­sku za pło­tem. I w ten cudowny spo­sób paliwo było u niego tań­sze, a ci, któ­rzy pozwa­lali mu zaro­bić i speł­niać marze­nia jego Maszy, też nie­naj­go­rzej z tego żyli. Wszy­scy zado­wo­leni. Jed­nak w sobotę rano ruch na dro­dze był rów­nie duży jak na pogrze­bie inspek­tora Fede­ral­nej Służby Skar­bo­wej.

Roz­pro­sto­wał plecy i wes­tchnął. Muszę pomy­śleć o dodat­ko­wych pie­nią­dzach. Masza chce jechać na waka­cje do Swie­tło­gor­ska, dzie­ciaki rosną, a pro­cent od poży­czek zabija bole­śniej niż mgła. Wszystko kosz­tuje… Wes­tchnął ponow­nie. Trzeba będzie tro­chę paliwko dopra­wić. Spoj­rzał na cztery nie­bie­skie kon­te­nery z dys­try­bu­to­rami. Nie za dużo, żeby się klienci od razu nie poła­pali. Dole­jemy odbar­wio­nego oleju opa­ło­wego i będzie jak kok­tajl w Nowym Hotelu przy Gubienki. Pyszny, ale słaby jak występy zbor­nej w bara­żach o mistrzo­stwa świata w RPA.

Ożeż jasna cho­lera! Mało się nie wywró­cił, gdy nad jego głową z rykiem sil­ni­ków prze­le­ciał biały Jak-40 z dziw­nymi napi­sami. Ledwo go dostrzegł, bo mgła zaczęła scho­dzić na zie­mię. Chmury wisiały z sześć­dzie­siąt metrów nad wierz­choł­kami drzew. Mgła była gęst­sza niż zwy­kle. Zatoki Rodina nie kła­mały.

Zapiął roz­po­rek, ziew­nął i spoj­rzał na zega­rek Wostok. Był kwa­drans po dzie­wią­tej.

Co za nudny pora­nek…

W takie dni jego srebrny dzie­więt­na­sto­ca­lowy Sanyo z odtwa­rza­czem płyt CD rato­wał go przed sza­leń­stwem. Seriale i prze­la­tu­jące samo­loty. Naj­faj­niej było, jak samo­lot prze­la­ty­wał pod­czas reklam. Peł­nia szczę­ścia.

Rodin wszedł po cegłach do środka. Odpa­lił tele­wi­zor i wrzu­cił płytę. Masza nagrała mu naj­now­szy odci­nek Interny. Ide­alny odmóż­dżacz na sobotni pora­nek bez klien­tów. Na ekra­nie poja­wiła się czo­łówka serialu. Się­gnął po pilota. Zauwa­żył, że srebrny pla­stik ucieka mu spod pal­ców. Kan­to­rek zaczął drżeć, a huk sil­ni­ków o mało nie wybił wibru­ją­cych w oknach szyb. Alek­san­der natych­miast zapo­mniał o serialu i wybiegł na zewnątrz. Od wschod­niej strony w chmu­rach krą­żyło coś wiel­kiego.

Cztery sil­niki, jak nic! Duża bestia! – wyła­pał bez­błęd­nie, bo od czasu, gdy wybu­do­wał tu sta­cję, został pasjo­na­tem lot­nic­twa.

Rze­czy­wi­ście – po chwili z sinego mleka wychy­lił się szary Ił-76.

Coś dużo dzi­siaj tego lata. Dawno na lot­ni­sku nie było takiego ruchu, stwier­dził zdzi­wiony.

Aero­drom od pół roku nie dzia­łał. Maszyny i załogi prze­nie­siono do Oren­burga i Tagan­rogu, zostały tylko jakieś nędzne resztki obsługi. Wielki trans­por­towy wie­lo­ryb Ilju­szyna naj­wy­raź­niej miał zamiar lądo­wać. Parę razy pró­bo­wał usiąść. Huk krą­żył nad głową Rodina, ale osta­tecz­nie pilot zre­zy­gno­wał i na sta­cji znów zapa­dła cisza. Alek­san­der wró­cił do oglą­da­nia serialu.

Kiedy odci­nek się skoń­czył i męż­czy­zna roz­wa­żał włą­cze­nie kolej­nego, choć w grę wcho­dziły też Wil­gotne mamuśki, usły­szał od strony drogi hur­kot szu­tro­wej nawierzchni.

Wot siur­priz!1 Mam pierw­sze tra­fie­nie, ucie­szył się, a po sekun­dzie zoba­czył nad­jeż­dża­jącą beto­niarkę.

Klien­tów nie miał dużo, dla­tego sta­rał się zadbać o każ­dego wozaka. Rodin uwa­żał, że klienci wra­cają do niego na sta­cję, bo liczą, że powita ich po imie­niu i pogada o spo­rcie albo o kobit­kach. Nie to co na sie­ciów­kach. Tam liczy się tylko kasa. Ten kie­rowca był tu pierw­szy raz. Dla Rodina jego wizyta ozna­czała prze­rwa­nie sobot­niej nudy, choć dodat­kowe pie­nią­dze były rów­nie ważne.

Trzeba nowemu poka­zać klasę i zje­chać z ceną, uznał.

Męż­czy­zna wysko­czył z szo­ferki i o mało nie wywa­lił się w kałuży. Przez chwilę balan­so­wał jak sur­fer na trud­nej fali, zacho­wał jed­nak pion, pod­szedł do kan­torka i przez kratę zapu­kał klu­czy­kami w szybę.

Okienko prze­su­nęło się z piskiem.

– Po ile wacha? – Pochy­lony nad bla­tem kie­rowca nawet nie spoj­rzał na Rodina, tylko lustro­wał oko­licę. Widać było, że pusty bak zła­pał go w tym miej­scu po raz pierw­szy.

– W pro­mo­cji będzie dwa­dzie­ścia rubli za litr. Pasuje czy dodać hot doga z Łuko­ila? – zapy­tał reto­rycz­nie Alek­san­der.

Kie­rowca wresz­cie się odwró­cił i uśmiech­nął sze­roko.

– Ojczulku, jak utrzy­masz cenę, sam ci będę hot dogi przy­wo­ził! – Splu­nął przez zęby. – Daj za sie­dem tysięcy! – Wsu­nął przez kraty odli­czony plik bank­no­tów.

Rodin wci­snął guzik i uru­cho­mił dys­try­bu­tor. Kie­rowca zaczął wle­wać ben­zynę, a licz­nik przy kasie naj­pierw powoli, póź­niej coraz szyb­ciej popy­chał cyferki. Nagle z kli­ka­niem cyfe­rek zgrał się rosnący basowy huk sil­ni­ków nad­la­tu­ją­cego samo­lotu. Rodin już chciał wysko­czyć na zewnątrz, ale się zawa­hał. Czy­tał za dużo nagłów­ków o wła­ści­cie­lach sta­cji zna­le­zio­nych z roz­łu­pa­nymi czasz­kami. Tym razem w huku sil­ni­ków samo­lotu wyczuł coś dziw­nego. Dźwięk był gło­śniej­szy i wyraź­niej­szy niż kie­dy­kol­wiek wcze­śniej. Dosłow­nie spa­dał mu na dach, roz­wi­bro­wu­jąc każdy gwóźdź wbity pod­czas budowy. Szyby dzwo­niły tak gło­śno, że nie sły­szał nawet, co krzy­czy kie­rowca, który wska­zy­wał na chmury. Rodin otwo­rzył drzwi i spoj­rzał ponad drzewa. Nie zoba­czył samo­lotu, tylko cień kadłuba, który prze­śli­zgnął się wzdłuż bia­łej waty, led­wie czter­dzie­ści metrów nad jego głową. Mgła była tuż nad nimi. Huk wędro­wał za maszyną. Sądząc po pracy sil­nika, samo­lot prze­le­ciał nad ulicą i wła­śnie pod­cho­dził do lądo­wa­nia. Za drogą był rzadki lasek na działce jego zna­jo­mego, szopa przed paro­wem, a za wznie­sie­niem zaczy­nał się pas.

W tym momen­cie wycie sil­ni­ków zmie­niło ton, basowy huk prze­szedł w nara­sta­jący pisk, jakby pilot chciał wykrze­sać z maszyny całą moc, jaką miał pod pal­cami wolantu. Po ułamku sekundy wraz z ogłu­sza­ją­cym dźwię­kiem samo­lotu dobiegł odgłos, któ­rego Rodin ni­gdy wcze­śniej tutaj nie sły­szał. Pach, pach, pach! Jakby w gigan­tycz­nej sau­nie rów­nie wielka ręka waliła olbrzy­mimi wit­kami w poszy­cie kadłuba. Potem usły­szał huk i nad paro­wem poja­wił się dym. Sil­niki nagle zamil­kły i na lot­ni­sku Smo­leńsk-Sie­wier­nyj zro­biło się cicho. Jakby mgła otu­liła miej­sce kata­strofy Tu-154 i nie chciała nikogo wypu­ścić.

10 kwietnia 2010, sobota, Rosja, lotnisko Smoleńsk-Siewiernyj

Ope­ra­tor TVP jesz­cze raz, na wszelki wypa­dek, usta­wił balans bieli i ostrość obrazu. Po całym dniu pracy był zmę­czony, ale nie miał zamiaru wyło­żyć się na szkol­nym błę­dzie. Spraw­dził poziom dźwięku i poma­chał do inży­niera wozu, który w tym cza­sie skoń­czył usta­wiać antenę. Na kon­soli roz­bły­sła feeria kon­tro­lek, co ozna­czało, że wstrze­lili się w sate­litę. Zespół był gotowy do nada­wa­nia.

Teraz muszę sku­pić się na pracy, pomy­ślał. Na emo­cje przyj­dzie czas za parę godzin.

Do Smo­leń­ska przy­je­chał wczo­raj. Wraz z całą ekipą, która miała obsłu­gi­wać obchody rocz­ni­cowe, prze­no­co­wali w hotelu, a od rana cze­kali roz­sta­wieni na przy­lot pre­zy­denta. Nic się nie działo, więc zro­bił parę ujęć, wyjął kartę z kamery i poszedł do nie­wiel­kiego budynku obok cmen­ta­rza, żeby móc na szybko zmon­to­wać surówkę i wysłać ją do War­szawy. Razem z wypi­ciem kawy zajęło mu to z pięt­na­ście minut. Pod­cho­dził już do rzędu roz­sta­wio­nych czar­nych krze­seł, gdy na katyń­skim cmen­ta­rzu roz­dzwo­niły się dzie­siątki tele­fo­nów. Zadzwo­niły w tym samym momen­cie. Na cmen­ta­rzu w jed­nej chwili uci­chły roz­mowy i sły­chać było tylko komór­kowe wibrato.

Wzdłuż cmen­tar­nej alei ponio­sły się głosy:

– Wypa­dek…

– Pol­ski pre­zy­dent…

– Wszy­scy zgi­nęli…

Od tego momentu na nogach utrzy­my­wała go wyłącz­nie adre­na­lina. Kil­ka­na­ście radio­wo­zów poli­cji pędziło na sygna­łach w stronę lot­ni­ska. Co chwilę prze­my­kała straż pożarna. Rosyj­skich służb przy­by­wało, choć Pola­kom cią­gle nie powie­dziano, co tak naprawdę się stało.

Co było póź­niej? To, co zoba­czył i co krę­cił przez następ­nych kil­ka­na­ście godzin, musiał wyma­zać z pamięci. Miał wra­że­nie, że kamera jest murem, który oddziela go od hor­roru. W nocy na lot­ni­sku trwała gorącz­kowa krzą­ta­nina. Co chwilę zajeż­dżały rzą­dowe limu­zyny, przy­by­wało ludzi. Mgła opa­dła, ale zastą­piła ją wie­czorna szadź. Na wszelki wypa­dek prze­tarł obiek­tyw, żeby wil­goć nie zepsuła uję­cia. Tuż obok niego stał Wik­tor Bater, pierw­szy pol­ski dzien­ni­karz, który na ante­nie Pol­sat News poin­for­mo­wał świat o wypadku. Repor­ter trzy­mał białą ksią­żeczkę pro­to­kołu dyplo­ma­tycz­nego i po raz setny z nie­do­wie­rza­niem czy­tał nazwi­ska 96 ofiar.

Nagle Rosja­nie zaczęli bie­gać jak osza­lali. OMON-owcy odsu­nęli ope­ra­to­rów. Zła­pali się pod ramiona, two­rząc żywy kory­tarz, a tuż przy namio­cie roz­sta­wio­nym przez Mini­ster­stwo ds. Sytu­acji Nad­zwy­czaj­nych wyro­śli funk­cjo­na­riu­sze bez­pieki. Dostrzegł pre­mie­rów Pol­ski i Rosji. Ofi­ce­ro­wie Fede­ral­nej Służby Ochrony bez słowa oto­czyli wycho­dzą­cych męż­czyzn. Ope­ra­tor zerwał kamerę ze sta­tywu. Zarzu­cił ją na ramię i usta­wił się tak, żeby ochrona nie zepsuła mu kadru. Obok poli­ty­ków szedł mini­ster ds. sytu­acji nad­zwy­czaj­nych i tłu­ma­czył, jak doszło do wypadku. Przez chwilę kame­rzy­ście prze­le­ciało przez głowę, że Rosja jest chyba jedy­nym kra­jem na świe­cie, który stwo­rzył takie mini­sterstwo, jakby sytu­acje nad­zwy­czajne były tutaj naj­zu­peł­niej zwy­czajne i tak czę­ste, że dla ich roz­wią­za­nia Rosja­nie musieli powo­łać spe­cjalny resort.

Wokół poli­ty­ków kłę­bił się tłum urzęd­ni­ków, woj­sko­wych i kto wie kogo jesz­cze. Krąg był jak żywy orga­nizm. Wiro­wał wokół znaj­du­ją­cych się w jego cen­trum ofi­cjeli i poru­szał się zgod­nie z ich kro­kami. Na jego obrze­żach krą­żyły kamery, reali­za­to­rzy dźwięku i dzien­ni­ka­rze, któ­rzy za wszelką cenę sta­rali się dopchać do epicen­trum, a ochro­nia­rze rów­nież wszel­kimi spo­so­bami sta­rali się ich z tego tor­nada wypchnąć. Osta­tecz­nie repor­te­rzy musieli prze­grać. Byli prze­cież jak remora na ciele wie­lo­ryba, uza­leż­nieni od fizycz­nej obec­no­ści żywi­ciela. Więc gdy tylko poli­tycy zapra­gnęli samot­nie ruszyć w stronę miej­sca upadku samo­lotu, dzien­ni­ka­rze stra­cili ener­gię i prze­stali zwra­cać uwagę na ota­cza­jący ich świat. Tor­nado poto­czyło się dalej, a media zostały za żywym kor­do­nem stwo­rzo­nym przez rosłych OMON-owców. Repor­te­rzy zbili się w stadko.

Z boku wyglą­dało to tak, jakby w jed­nej sekun­dzie wspól­nie uznali, że jedy­nym spo­so­bem na odzy­ska­nie siły jest gro­madne oku­po­wa­nie kilku metrów kwa­dra­to­wych błota. Część z nich wycią­gnęła papie­rosy. Inni się­gnęli po komórki. Łączyli się z new­sro­omami i oma­wiali pyta­nia do kolej­nych wejść na antenę. Mimo póź­nej pory w redak­cjach nikt nie prze­ry­wał pracy. Trans­mi­sja na żywo trwała od rana. Dla­tego ope­ra­tor i teraz zapi­sy­wał tera­bajty obrazu. Krę­cił wszystko, bo miał świa­do­mość, że to naj­waż­niej­szy dzień w jego zawo­do­wym życiu. Pod­szedł kilka metrów w stronę kor­donu, sta­nął za namio­tem i pró­bo­wał zogni­sko­wać obiek­tyw na zgro­ma­dzo­nej w oddali gru­pie poli­ty­ków. Ale szare syl­wetki pra­wie nie odci­nały się od siwego tła.

W elek­tro­nicz­nym wizje­rze dostrzegł, że do pol­skich dzien­ni­ka­rzy pod­szedł męż­czy­zna w sile wieku, któ­rego wcze­śniej dostrzegł w gru­pie Rosjan. Wszy­scy przy­je­chali wraz z Wła­di­mi­rem Wła­di­mi­ro­wi­czem. Męż­czy­zna nie zauwa­żył kamery, bo ope­ra­tor stał za daleko. Polak prze­su­nął się dwa kroki w prawo i zła­pał w kadrze jego twarz. Wzmoc­nił dźwięk, żeby w słu­chaw­kach usły­szeć, o czym mówi nie­zna­jomy. Ope­ra­tor słabo znał rosyj­ski, w szkole zała­pał się led­wie na dwa lata nauki, a póź­niej upadł PRL i język Wiel­kiego Brata prze­stał być przy­mu­sowy. Ku jego zasko­cze­niu męż­czy­zna przy­wi­tał się po pol­sku. I mówił w tym języku zde­cy­do­wa­nie lepiej niż przed chwilą tłu­macz towa­rzy­szący Wła­di­mi­rowi Wła­di­mi­rowiczowi.

– Straszna tra­ge­dia, pano­wie, straszna… Nie mogę dojść do sie­bie. Tutaj wszy­scy są wstrzą­śnięci i bar­dzo wam współ­czują – pero­ro­wał z zadzi­wia­jącą jak na swój wiek siłą. Z wyglądu miał około sześć­dzie­siątki. – Widzia­łem w naszej… to zna­czy w rosyj­skiej tele­wi­zji, że zwy­kli, pro­ści ludzie skła­dają kwiaty pod amba­sadą w Moskwie. Straszna histo­ria…

Ope­ra­tor słu­chał słów tego czło­wieka, ale wyczuł w nich jakiś fałsz. Nie był w sta­nie spre­cy­zo­wać, dla­czego odniósł takie wra­że­nie, jed­nak było ono na tyle silne, że je zapa­mię­tał.

– A pan z rosyj­skiego MSZ? – zapy­tał jeden z dzien­ni­ka­rzy.

Męż­czy­zna pokrę­cił głową.

– Popro­szono mnie, żebym wam wszystko wytłu­ma­czył… bo w pol­skich mediach poja­wiają się już absur­dalne spe­ku­la­cje, że mgła nad lot­ni­skiem została wywo­łana sztucz­nie, że to spi­sek Rosjan. Poka­zali mi arty­kuł na pol­skim por­talu, że celowo ją roz­py­lono, może Ił-76 ją roz­rzu­cał, a to prze­cież jerunda – użył rosyj­skiego słowa. Zaraz jed­nak się popra­wił, tak jakby nie chciał, żeby ktoś zwró­cił uwagę na to obco brzmiące wtrą­ce­nie: – To zna­czy bzdura straszna.

– A kto niby o to popro­sił? – dopy­ty­wał nie­ufny pol­ski dzien­ni­karz.

– To nie jest teraz ważne. Musi­cie wyja­śnić Pola­kom, że Rosja­nie niczego takiego nie zro­bili. Trzeba się doma­gać, żeby pol­skie wła­dze poka­zały zdję­cia sate­li­tarne. Wyj­dzie, że mgła była w całym rajo­nie – znów użył słowa, które ina­czej brzmiało po pol­sku. – Czer­wona Armia – tego zwrotu w Pol­sce pra­wie nikt już nie uży­wał – ma co prawda takie gene­ra­tory TMC-65 do pro­duk­cji dymu i mgły. To takie wiel­kie bydlę na pod­wo­ziu cię­ża­rówki. Wyje jak pie­run, nie da się tego ukryć. Wasi to wie­dzą, bo myśmy… bo pol­skie woj­sko miało takie samo ustroj­stwo. Wystar­czy zapy­tać… – Gdy męż­czy­zna dostrzegł kamerę, prze­rwał i natych­miast się odwró­cił.

Dzien­ni­ka­rze stra­cili zain­te­re­so­wa­nie senio­rem, bo mieli waż­niej­sze sprawy na gło­wie. Poli­tycy wra­cali wła­śnie z miej­sca kata­strofy. Ope­ra­tor TVP obró­cił kamerę. Razem z nim oży­wił się cały dzien­ni­kar­ski wir. Po chwili pre­mie­rzy wygło­sili krót­kie oświad­cze­nia i znik­nęli w namio­cie. Wkrótce miała się tam odbyć wide­okon­fe­ren­cja ze spe­cja­li­stami z Mię­dzy­pań­stwo­wego Komi­tetu Lot­ni­czego. Ope­ra­tor sko­rzy­stał z momentu prze­rwy i pobiegł do wozu trans­mi­syj­nego, by prze­słać do War­szawy ogrywki z wystą­pień poli­ty­ków. Wyjął kartę z kamery i prze­ka­zał ją inży­nie­rowi. Wło­żył nową i wró­cił przed namiot. W natłoku wyda­rzeń zapo­mniał o dziw­nym męż­czyź­nie. Ale w new­sro­omie Wia­do­mo­ści na Placu Powstań­ców w War­sza­wie jeden z dzien­ni­ka­rzy prze­glą­dał surówkę ze Smo­leń­ska i uznał, że kadr z nie­zna­jo­mym przyda się do mate­riału o pracy mediów pod­czas naro­do­wej tra­ge­dii. Rela­cja uka­zała się w Wia­do­mo­ściach i poka­zy­wano ją przez następ­nych kilka lat.

18 kwietnia 2010, niedziela, Warszawa, Plac Inwalidów

Gene­rał Sta­ni­sław Klin­ger zoba­czył uję­cie z męż­czy­zną w zie­lo­nym orta­lio­nie w dniu pogrzebu pre­zy­denta. Aku­rat czuł się tro­chę lepiej. Pra­wie zapo­mniał o wczo­raj­szej depre­sji. Wziął done­pe­zil i nawet przy­mknął oko w środku dnia. Obu­dził się po godzi­nie i – już w lep­szym nastroju – usiadł w fotelu. Zawsze wolał czy­tać książki, ale pro­blemy z kon­cen­tra­cją powoli pozba­wiały go i tej przy­jem­no­ści. Odło­żył więc wspo­mnie­nia gene­rała Kuro­pie­ski na nie­wielki sto­lik i włą­czył tele­wi­zor. Przez kilka minut zasta­na­wiał się, skąd zna twarz męż­czy­zny w sta­ro­mod­nym zie­lo­nym orta­lio­no­wym płasz­czu z pod­pinką. Gdy wresz­cie sobie przy­po­mniał, natych­miast otwo­rzył skó­rzany notes leżący przy tele­fo­nie. Zna­lazł nazwi­sko i wykrę­cił numer. Przed­sta­wił się, a po chwili sekre­tarka połą­czyła go z pod­puł­kow­ni­kiem Duszyń­skim.

– Dzień dobry, panie gene­rale – usły­szał spo­kojny głos roz­mówcy.

– Myśla­łem, że jeste­śmy po imie­niu – odpo­wie­dział poważ­nie Klin­ger.

– Zwy­kły pod­puł­kow­nik może być po imie­niu z gene­ra­łem wyłącz­nie przy dobrym koniaku – zaśmiał się „Zastępca”.

– Dobrze, że tak mówisz, Rober­cie, bo myśla­łem, że znów mi się coś pomy­liło… – odparł z zakło­po­ta­niem gene­rał. – Pomyśla­łem, że docze­ka­łeś puł­kow­nika.

– Cze­ka­nie to naj­waż­niej­sza cnota w naszym biz­ne­sie. – „Zastępca” uciął temat, bo nie miał ochoty opo­wia­dać, że sze­fo­wie wolą dobre infor­ma­cje zamiast tych praw­dzi­wych.

I na­dal jesteś zastępcą naczel­nika wydziału, a powi­nie­neś być dużo wyżej, dopo­wie­dział w myślach Klin­ger.

Duszyń­ski od lat peł­nił tę funk­cję w Służ­bie Wywiadu Woj­sko­wego. Awanse w SWW i sto­pień puł­kow­nika kon­se­kwent­nie go omi­jały, wędru­jąc do innych, lepiej poukła­da­nych poli­tycz­nie ofi­ce­rów.

– Mogę w czymś pomóc, gene­rale? – zapy­tał po chwili ciszy Duszyń­ski.

– Szu­kam kon­taktu z twoim sze­fem. Myślę, że to ważne – odpo­wie­dział Klin­ger. – Gdyby twój dowódca uznał, że sta­remu pier­ni­kowi znów coś odbija, prze­każ mu, że cho­dzi o Hupałę. Jak będzie­cie zain­te­re­so­wani, wpad­nij­cie z konia­kiem – dodał, po czym odło­żył słu­chawkę.

Po pię­ciu minu­tach tele­fon zadzwo­nił, a po godzi­nie usły­szał gong u drzwi. Na progu stali dwaj męż­czyźni w zie­lo­nych mun­du­rach z butelką bursz­ty­no­wego Hen­nessy. „Zastępca” roz­lał tru­nek do kie­lisz­ków i wszy­scy usie­dli w fote­lach.

– Prze­pra­szam, że was nie­po­koję. Pew­nie po dzie­sią­tym kwiet­nia macie urwa­nie głowy, ale to chyba nie może cze­kać – zaczął gene­rał i się­gnął po pilota do deko­dera. Cof­nął zapi­sany pro­gram do mate­riału o pracy dzien­ni­ka­rzy pod­czas kata­strofy. Kiedy na ekra­nie poja­wił się męż­czy­zna w zie­lo­nym orta­lio­nie, zro­bił stop-klatkę. – To na pewno on! – zawo­łał. – Może mam dziury w mózgu, ale tego skur­wy­syna poznam, nawet jak prze­stanę pamię­tać wła­sne nazwi­sko.

– Jest pan gene­rał pewien? – zapy­tał męż­czy­zna w zie­lo­nym mun­du­rze.

– Takich zdraj­ców się nie zapo­mina. To Hupała – odparł Klin­ger.

Poroz­ma­wiali jesz­cze kwa­drans, dopili koniak i goście ruszyli do drzwi. Na koniec Klin­ger uści­snął dło­nie ofi­ce­rów i rzu­cił:

– Opie­kuj­cie się moją cór­cią, gdy­bym do reszty…

Nie dokoń­czył. Nie musiał. Męż­czyźni wie­dzieli, o co cho­dzi. Wró­cili na Aleję Nie­pod­le­gło­ści i weszli do „krypty”, czyli bez­piecz­nego, dźwię­kosz­czel­nego pokoju w piw­ni­cach budynku SWW.

„Dowódca” roz­piął ostatni guzik przy zie­lo­nej mun­du­ro­wej kurtce i zaczął bez zbęd­nych wstę­pów:

– Puł­kow­nik Tade­usz Hupała. Rocz­nik pięć­dzie­siąty piąty. W woj­sku słu­żył dwa­dzie­ścia lat, po upadku PRL-u odszedł do rezerwy. Na prze­ło­mie dzie­więć­dzie­sią­tego dru­giego i dzie­więć­dzie­sią­tego trze­ciego roku nagle znik­nął. Prze­stał poja­wiać się na spo­tka­niach Sto­wa­rzy­sze­nia Byłych Żoł­nie­rzy Zawo­do­wych Ludo­wego Woj­ska Pol­skiego. Kole­dzy myśleli, że Hupała umarł, a że był samot­ni­kiem – matka zmarła na wylew w osiem­dzie­sią­tym pią­tym, ojciec zapił się na śmierć zaraz po jego uro­dze­niu, a jedyną bli­ską osobą, jaka mu została, była sio­stra, która cały czas jeź­dziła po świe­cie – nikt nie był w sta­nie usta­lić, gdzie obec­nie prze­bywa. Dla­tego, cóż, zamiast rodziny poin­for­mo­wali żan­dar­me­rię. Popro­sili, żeby ktoś wła­mał się do miesz­ka­nia i spraw­dził, czy nie zja­dły go koty. Ale miesz­ka­nie stało puste. Sąsie­dzi i zna­jomi nie byli nam w sta­nie nic powie­dzieć. Śledz­two też się śli­ma­czyło. W dzie­więć­dzie­sią­tym pierw­szym biura pasz­por­towe MSW prze­szły do woje­wo­dów, akta wędro­wały w tę i nazad, więc dowie­dzie­li­śmy się z opóź­nie­niem, że wziął pasz­port i pole­ciał z Orbi­sem do Azer­bej­dżanu. Infor­ma­cja, że odłą­czył się od wycieczki, też zagi­nęła w całym tym bur­delu. Mie­li­śmy podej­rze­nia, że wyje­chał do Rosji, bo tropy ury­wały się w Baku. Przez pra­wie dwie dekady nie dawał znaku życia. I teraz nagle poja­wił się, cały i zdrowy, na miej­scu kata­strofy w Smo­leń­sku. Tro­chę to wszystko dziwne. – „Dowódca” popa­trzył uważ­nie na przy­ja­ciela.

– A dla­czego gene­rał Klin­ger nazwał go zdrajcą?

– Takie były podej­rze­nia. Hupała był pupil­kiem Sowie­tów i kiedy znik­nął, uznali, że wró­cił do swo­ich. Dowo­dów nie było.

– A może Hupała poznał w Baku jakąś piękną Maru­się i wybrał seks w Moskwie zamiast eme­ry­tury w Rem­ber­to­wie? Ludziom na sta­rość różne rze­czy przy­cho­dzą do głowy. To jesz­cze nie robi z niego szpiega. – „Zastępca” jak zwy­kle szu­kał naj­prost­szych odpo­wie­dzi.

„Dowódca” podra­pał się po gło­wie.

– Coś mi mówi, że jest ina­czej… Sprawa znik­nię­cia Hupały była wtedy dość znana w śro­do­wi­sku byłych żoł­nie­rzy LWP. Pamię­taj, że chwilę wcze­śniej zamor­do­wano Jaro­sze­wi­cza, a były pre­mier, zanim został apa­rat­czy­kiem, nosił mun­dur. Wszyst­kie zgony i zagi­nię­cia wśród ofi­ce­rów żywo wtedy komen­to­wano. Na jakimś spo­tka­niu świą­tecz­nym gene­rał Klin­ger wspo­mi­nał, że widzieli się z Hupałą pod­czas ćwi­czeń Sojuz ’81. Rosja­nie wyrzu­cili wtedy ze sztabu Klin­gera i gene­rałów, a pozwo­lili zostać Hupale. Gnój był przed trzy­dziestką.

– Kurwa, co to były za czasy! – Duszyń­ski wzdry­gnął się na samo wspo­mnie­nie.

– Po tym zda­rze­niu Klin­ger był prze­ko­nany, że puł­kow­nik to czło­wiek radziec­kich. Jak znik­nął, nasza „kon­tra” zaczęła grze­bać w archi­wach. Zna­leź­li­śmy donosy z początku lat dzie­więć­dzie­sią­tych. Uchol pisał, że za PRL-u puł­kow­nik sku­mał się z Sowie­tami. Kon­tra uznała, że Hupała nic nie wie o nowym pol­skim woj­sku, i zape­klo­wała akta w archi­wum. Spra­wie ukrę­cono łeb. Jeśli jed­nak Klin­ger miał rację wtedy i ma ją teraz, a Hupała gra z Rosja­nami, to musimy spraw­dzić, o co cho­dzi. Szcze­gól­nie w kon­tek­ście Smo­leń­ska – dodał zde­cy­do­wa­nie „Dowódca”.

– W kon­tek­ście Smo­leń­ska?

– Nie możemy niczego wyklu­czyć, choć na pozór sprawa wydaje się oczy­wi­sta… Ale dużo oczy­wi­stych spraw miało nie­oczy­wi­ste zakoń­cze­nia. Znajdź kogoś, kto prze­wą­cha temat.

„Zastępca” się skrzy­wił.

– Może oddać to kontr­wy­wia­dowi?

– Taką nitkę chcesz odpu­ścić? Jeśli Hupała był sowiec­kim, a póź­niej rosyj­skim szpie­giem, i to w Rem­ber­to­wie, może się przy­dać w naszej grze… Wiesz, o czym mówię. – „Dowódca” się uśmiech­nął. – Jak bra­ku­jący kamy­czek. Tylko trzeba go wygrze­bać…

Duszyń­ski nie­chęt­nie się zgo­dził.

– No dobrze, ale i tak trzeba tu psa, który cho­dzi z nosem przy ziemi. My możemy wspo­móc „kontrę” na tere­nie Rosji.

– Kogo byś tam posłał?

– Pomy­śla­łem o kapi­tan Kla­rze Klin­ger. Córka Staszka ma bar­dzo dobrą opi­nię. Warto ją prę­dzej czy póź­niej wyko­rzy­stać…

– To co stoi na prze­szko­dzie?

– Kapi­tan Klin­ger zła­pała kon­takt ope­ra­cyjny na bia­ło­ru­skie biuro „KB Radar”. Pen­ta­gon się pod­nie­cił i ofe­ruje worek dola­rów. Naj­gor­sze, że puł­kow­nik Ber­ger za bar­dzo chce się przed nimi popi­sać i zaczyna koza­czyć. Jak teraz ją wyco­fasz, Ber­ger położy całą ope­ra­cję jak mój maj­ster gla­zurę.

– To kto zamiast Klary?

– Twoja sio­stra?

– Bałem się, że to powiesz.

– Ma dobre duń­skie papiery. Wyślemy ją jako Idę Lars­sen, choć może lepiej dać jej nie­miecką toż­sa­mość.

– No dobrze, zoba­czymy.

– Słusz­nie, naj­pierw niech dupę ruszy „kon­tra”. Mogą zacząć od spraw­dze­nia nagra­nia ze Smo­leń­ska. Pew­nie w TVP mają coś wię­cej niż parę sekund z mate­riału w Wia­do­mo­ściach… Tylko jak będziesz nego­cjo­wał z Oczki, pamię­taj, że ze mną nasz kochany kontr­wy­wiad nie roz­ma­wia – zaśmiał się „Zastępca”. – Jak mamy coś ugrać, to beze mnie.

„Dowódca” chwilę się zasta­na­wiał.

– Mia­łeś kie­dyś w szkole takiego faj­nego popa­prańca z rocz­nika córki Klin­gera. Jak mu tam było… No wiesz, trzeba go było wyrzu­cić z całą grupą w związku ze sprawą Stecz­kow­skiego. Tylko jak mu było… Ada­mo­wicz… Abga­ro­wicz… a może Abra­mo­wicz?

– Tak się nazy­wał – potwier­dził Duszyń­ski. – Wik­tor Abra­mo­wicz. Z tego, co wiem, teraz służy w kontr­wy­wia­dzie.

– Popro­szę szefa SKW, żeby nam pomógł. Jest mi winien przy­sługę. Zasu­ge­ruję, że Abra­mo­wicz zna spe­cy­fikę, takie tam… i popro­szę, żeby go odde­le­go­wali. Oczy­wi­ście SKW nie może wie­dzieć, że maczasz w tym palce, bo na złość uto­pią sprawę w szam­bie i jesz­cze się tam z rado­ścią wyką­pią – pod­su­mo­wał „Dowódca”.

– To ja jesz­cze dziś przy­go­tuję pismo z ofi­cjalną prośbą, a ty prze­ka­żesz ją do SKW – zakoń­czył roz­mowę „Zastępca”.

Wezwa­nie do szefa zastało Abra­mo­wi­cza w toa­le­cie. Wik­tor zaczy­nał podej­rze­wać, że „Stary” ma tu zamon­to­wane kamery, bo ile­kroć sia­dał na sede­sie, natych­miast brzę­czał SMS, że ma bez zwłoki sta­wić się na naj­wyż­szym pię­trze. Jak to miał w zwy­czaju, kom­plet­nie się nie prze­jął wia­do­mo­ścią. Czy­tał Pozdro­wie­nia z Rosji Iana Fle­minga – aku­rat dotarł do momentu, w któ­rym Tatiana Roma­nowa wylą­do­wała w ramio­nach Jamesa Bonda. Wtedy uznał, że nie może prze­gi­nać i czas odwie­dzić prze­ło­żo­nego. Poczła­pał na górę, zasta­na­wia­jąc się, za co tym razem zosta­nie opier­do­lony. Wie­dział, że za wszyst­kie numery zdą­żono go już uka­rać, dla­tego się cof­nął, wziął z pokoju kawę, wypił łyk, a dopiero po tym dziar­sko wkro­czył do gabi­netu szefa. Kiedy zoba­czył sze­roki uśmiech na twa­rzy „Sta­rego”, domy­ślił się, że lepiej było zostać na sede­sie. Wypadł po kwa­dran­sie z papie­rami w dłoni. Ruszył w stronę pokoju z taką wście­kło­ścią, że wpa­da­jąc do środka, roz­trza­skał kubek o pan­cerne drzwi sejfu. Póź­niej jego kole­dzy mówili, że prze­cią­głe „kurwa mać!” Abra­mo­wi­cza było sły­chać nawet w sąsia­du­ją­cym z SKW Klu­bie Medyka.

Jak tylko odzy­skał zdol­ność racjo­nal­nego myśle­nia, zamknął sejf i wyszedł na „nie­cier­piące zwłoki spo­tka­nie na mie­ście”. Gdy otwie­rał drzwi, miał już w gło­wie gotowy plan.

Po pierw­sze, nie zamie­rzał się spie­szyć. Jeśli „Stary” uwa­żał, że łapa­nie szpie­gów jest mniej ważne od Smo­leń­ska, to niech poczeka.

Po dru­gie, podzwo­nił po zna­jo­mych, szu­ka­jąc pry­wat­nego kon­taktu z kimś pra­cu­ją­cym w redak­cji ser­wi­sów infor­ma­cyj­nych TVP na Placu Powstań­ców. Łań­cu­szek tele­fo­nów zapro­wa­dził go do ope­ra­tora, który dzie­sią­tego kwiet­nia obsłu­gi­wał wizytę pre­zy­denta w Smo­leń­sku. Umó­wili się na następny dzień w Kawiarni Wedla, na rogu Szpi­tal­nej i Gór­skiego.

– Prze­pra­szam, że nie mogę poświę­cić panu wię­cej czasu, ale za godzinę jedziemy na zdję­cia – zaczął ope­ra­tor bez zbęd­nych wstę­pów. – Co pan chce wie­dzieć?

– Tak jak mówi­łem przez tele­fon, inte­re­suje mnie czło­wiek, któ­rego nagra­li­ście na pły­cie lot­ni­ska w Smo­leń­sku. Co robił, jak się zacho­wy­wał, wszyst­kie detale. Chciał­bym też uzy­skać dostęp do peł­nego mate­riału zre­ali­zo­wa­nego tam­tej nocy, a nie tylko do frag­men­tów, które uka­zały się w tele­wi­zji.

– Zro­bię co w mojej mocy, ale pro­szę pamię­tać, że ten frag­ment nagrał Jacek… Mnie wtedy wysłano do namiotu, żebym krę­cił wide­okon­fe­ren­cje z MAK-iem.

– A Jacek to…?

– Jacek Kobus. Młody chło­pak, ale bar­dzo zdolny. Nie­stety teraz nie nadaje się do roz­mowy, bo…. Wie pan, my tam widzie­li­śmy straszne rze­czy, a Jacek jest wraż­li­wym chło­pakiem. Przed­wczo­raj tra­fił do szpi­tala.

– Boże, co mu się stało? – Abra­mo­wicz udał tro­skę, choć jedyne, co go zmar­twiło, to to, że zamknię­cie docho­dze­nia i napi­sa­nie raportu oddala się jak remont linii kole­jo­wej do Byd­gosz­czy.

– Zała­ma­nie. Leka­rze mówią, że ma PTSD. Wie pan, zespół stresu poura­zo­wego. Już w Smo­leń­sku zaczął się dziw­nie zacho­wy­wać.

– Gdzie dokład­nie leży?

– W Otwocku. Tam jest nie­zły szpi­tal MSWiA. Poło­żyli go na Oddziale Lecze­nia Zabu­rzeń Ner­wi­co­wych. Poje­chał­bym do niego, ale sam pan rozu­mie, roboty dużo, pie­nię­dzy mało…

– Możemy się umó­wić, że jak będzie pan do niego jechał, to da mi znać? Z chę­cią go poznam. A teraz miał­bym jesz­cze prośbę o te mate­riały. Czy mogę je dostać?

– Oczy­wi­ście. Zgram panu wszystko na dyski. Pro­szę tylko powie­dzieć, w jakim for­ma­cie?

– No… w takim tele­wi­zyj­nym, żebym mógł obej­rzeć w kom­pu­te­rze… Myśla­łem, że macie to na pły­tach…

– Na pły­tach to już tylko wydają Cho­pina! – zaśmiał się ope­ra­tor. – Dzi­siaj wszystko jest cyfrowe… Dosta­nie pan mp4.

– Jeśli tak trzeba, to może być nawet w JP2. Byle się dało oglą­dać – ucie­szył się Wik­tor.

Twarde dyski dotarły następ­nego dnia. Na wizytę w Otwocku przy­szło mu jed­nak pocze­kać do waka­cji. W tym cza­sie Abra­mo­wicz zdą­żył pra­wie zapo­mnieć o Kobu­sie. Raport dla „Sta­rego” przy­go­to­wał zaraz po spi­sa­niu dys­ków. Uznał, że wystar­czy stresz­cze­nie mate­ria­łów wideo i nie ma co prze­cią­gać roboty.

Dla­tego po tele­fo­nie od ope­ra­tora, który zadzwo­nił w środku waka­cji, przez dłuż­szą chwilę musiał grze­bać w pamięci, żeby sko­ja­rzyć, o jaką wizytę w szpi­talu cho­dzi. Choć był zawa­lony robotą, doszedł do wnio­sku, że kon­takt w TVP może się jesz­cze kie­dyś przy­dać, i potwier­dził wspólny wyjazd do Otwocka.

Szpi­tal MSWiA był poło­żony w leśnym kom­plek­sie tuż przy cichej uliczce Prusa. Była piękna, sło­neczna pogoda, dla­tego Jacek Kobus cze­kał na swo­ich gości, sie­dząc na par­ko­wej ławeczce. Ubrany w szpi­talny szla­frok, ści­skał pod­ło­kiet­nik, jakby szu­kał sta­łego opar­cia. Kiedy zaczęli roz­ma­wiać, urzą­dze­nie reje­stru­jące weszło auto­ma­tycz­nie w tryb zapisu.

Ste­no­gram roz­mowy z 18 lipca 2010 r. z Jac­kiem Kobu­sem, ope­ra­to­rem kamery TVP. Roz­mowę prze­pro­wa­dził w szpi­talu MSWiA porucz­nik Wik­tor Abra­mo­wicz.

Ste­no­gram roz­mowy roz­po­czyna się od 7. minuty i 24. sekundy zapisu.

JK – Jacek Kobus, ope­ra­tor TVP

WA – Wik­tor Abra­mo­wicz, ofi­cer SKW

ZZ – osoba pośred­ni­cząca w kon­tak­cie

Frag­menty, któ­rych nie udało się odsłu­chać, zazna­czone.

JK – (nie­zro­zu­miałe) …się czuje lepiej.

WA – (nie­zro­zu­miałe) …To ja bym chciał, żebyś spoj­rzał na zdję­cie. Koja­rzysz tego czło­wieka… O, tego z lewej…

JK – Chyba tak. Nie pamię­tam dokład­nie, bo wszystko mi się roz­mywa. Wie­czo­rem na lot­ni­sku co chwilę przy­cho­dzili do nas dziwni ludzie. Każdy coś chciał od repor­te­rów, opo­wia­dali różne histo­rie.

WA – Popatrz jesz­cze raz.

JK – Jak we śnie to się zlewa. Ale tego pamię­tam. Posła­niec, tak go sobie nazy­wam. Przy­je­chał z waż­nymi Rosja­nami. Jak na lot­ni­sku zro­biło się zamie­sza­nie, pod­sko­czył do naszych dzien­ni­ka­rzy i gadał coś o mgle.

WA – To, co jest na nagra­niu, czy coś jesz­cze?

JK – Chyba tylko to… Jak jest na nagra­niu, to zosta­nie na zawsze. Rze­czy z pamięci się kasują. Przy­naj­mniej nie­które.

WA – Coś jesz­cze było dziw­nego?

JK – Tam wszystko było nie­re­alne. Psy bar­dzo uja­dały. Jak tutaj pies zaszczeka, to nie mogę spać. Mam psa w domu… Bar­dzo go lubię, ale boję się wra­cać… Nie chcę, żeby szcze­kał.

ZZ – Nie ma pro­blemu, Jacek. Ania go wzięła do sie­bie, wróci, jak już będziesz… (nie­zro­zu­miałe)

WA – Coś wcze­śniej czy póź­niej się wyda­rzyło w związku z tym gościem? Jakiś szcze­gół?

JK – Tak. Pod­szedł i zapy­tał, skąd jestem, natar­czywy był. Ale tak krótko. Jak powie­dzia­łem, że z War­szawy, to był zado­wo­lony. Zapy­tał o bazar w Rem­ber­to­wie. Dziwne, nie?

WA – O bazar?!

JK – No, o Ciu­chy. Ty pew­nie nie jesteś z War­szawy, to nie wiesz… Słynny bazar w Rem­ber­to­wie. Wszy­scy tam jeź­dzili, zanim powstał Sta­dion Dzie­się­cio­le­cia.

ZZ – Można było levisy kupić za Jaru­zel­skiego…

WA – I o tym gadał? O modzie?

JK – No… tak. O ciu­chach w Rem­ber­to­wie. Pytał się o jakie­goś Jawor­skiego, który miał tam stra­gan. Dał mi nawet list do tego Jawor­skiego i popro­sił, żeby pozdro­wić…

WA – I to wszystko?

JK – Tak, dał kartkę i poszedł.

WA – I co z tą kartką. Dałeś?

JK – No… jesz­cze nie. Nie mia­łem do tego głowy. W domu leży.

WA – Coś jesz­cze? Było coś dziw­nego?

JK – Nie… już chyba nie…

WA – Czy mógł­bym rzu­cić okiem na ten list?

JK – To nawet nie był list. To był wyrwany mar­gi­nes z książki wrzu­cony w ulotkę. Ale pew­nie… Jak się przyda, to pew­nie… Weź­cie sobie. Tylko nie wiem, kiedy będę w domu. Na razie mi tu dobrze. Mogę spać i się nie boję. Na razie wystar­czy…

ZZ – To może popro­simy Anię, żeby poszu­kała. Nie przej­muj się…

WA – Świet­nie. To my już będziemy ucie­kać.

KONIEC ZAPISU

Z Otwocka męż­czyźni poje­chali do miesz­ka­nia Kobusa. Po kilku minu­tach poszu­ki­wań Ania odna­la­zła ulotkę. Abra­mo­wicz odsu­nął dziew­czynę i przez gumowe ręka­wiczki naj­pierw wyjął fol­der z torby ope­ra­tora, a póź­niej roz­ło­żył go na stole. Wewnątrz kolo­ro­wego pro­spektu rekla­mu­ją­cego aqu­apark w pod­mo­skiew­skich Mytisz­czach znaj­do­wała się nie­wielka kartka. Wik­tor przy­trzy­mał ją dłu­go­pi­sem i prze­czy­tał:

– „Drogi Romku, pozdro­wie­nia po latach z Moskwy. Ode­zwij się do mnie. Przy­jedź. Cze­kam w każdą pierw­szą sobotę mie­siąca o osiem­na­stej. Twój Tadek”.

Wik­tor popro­sił Anię o torebkę stru­nową, wsu­nął kartkę do środka, a na koniec pie­czo­ło­wi­cie zamknął i scho­wał do wewnętrz­nej kie­szeni mary­narki.

Następ­nego dnia zaniósł pakiet do tech­niki i zle­cił zebra­nie odci­sków pal­ców oraz DNA. Popro­sił rów­nież o prze­ba­da­nie fol­deru i listu pod kątem wykry­cia taj­nej kore­spon­den­cji. Niczego takiego nie zna­le­ziono, ale bada­nie odci­sków potwier­dziło, że nadawcą jest zagi­niony przed osiem­na­stu laty puł­kow­nik Tade­usz Hupała.

Abra­mo­wicz sie­dział w swoim pokoju i patrzył na wyniki, dra­piąc się po nosie. Miał szczerą ochotę zapo­mnieć o spra­wie, ale nie byłby sobą, gdyby nie zna­lazł odpo­wie­dzi na ostat­nie drę­czące go pyta­nie.

Kim, do kurwy nędzy, jest Romek Jawor­ski. Jeśli Hupała był przed laty ruskim szpie­giem, to może ten Jawor­ski jest jakimś jego daw­nym kon­tak­tem, który cały czas działa w Pol­sce? – zasta­na­wiał się.

W końcu nie wytrzy­mał – wsiadł do auto­busu numer 174 i z prze­siadką doje­chał na Pade­rew­skiego. Tak zwa­nych Ciu­chów dawno nie było, ale posta­no­wił poroz­ma­wiać z miej­sco­wymi.

Wybrał dom, który wyglą­dał na naj­star­szy. Otwo­rzyła mu zażywna kobieta po sześć­dzie­siątce.

– Niczego nie potrze­buję, wszystko mam – powie­działa od progu. – A jak nie mam, to zna­czy, że nie potrze­buję.

Abra­mo­wicz ujął jej dłoń i szar­mancko uca­ło­wał.

– Ależ nie śmiał­bym w takiej spra­wie głowy zawra­cać – zapew­nił. – Jestem histo­ry­kiem i przy­go­to­wuję mono­gra­fię doty­czącą han­dlu na rem­ber­tow­skich Ciu­chach. Pani pew­nie nie pamięta tych cza­sów… – posło­dził na wstę­pie. Sku­tecz­nie, bo po minie roz­mów­czyni widać było, że przy­nęta chwy­ciła. – …Ale może sły­szała pani opo­wie­ści sąsia­dów? Może mówili coś cie­ka­wego o pracy na baza­rze?

– Jak nie pamię­tam?! Wszystko pamię­tam! Mój stary codzien­nie gdera, że jestem pamię­tliwa. Ja, pro­szę pana, na baza­rze pół życia prze­sie­dzia­łam. Wtedy na Ciu­chach można było zaro­bić, ale też otrzeć się o wielki świat. Pani Rodo­wicz z panem Olbrych­skim tu bywali, pan Nie­men koszule kupo­wał. Lepiej było niż w Sopo­cie czy Opolu jakimś.

– I ludzie wszy­scy się znali, nie tak jak teraz – wtrą­cił Wik­tor.

– O, to, to! Teraz w blo­kach to ludzie poznają sąsia­dów, jak tele­wi­zja przy­je­dzie, bo zna­jomy z pię­tra pół rodziny wymor­do­wał. I od razu wszy­scy pamię­tają, że się kła­niał, „dzień dobry” mówił, grzeczny był. Ale dzień wcze­śniej krzy­ków zza ściany nie sły­szeli, nie mówiąc o tym, żeby wie­dzieli, jak się nazy­wał. – Kobieta traj­lo­wała szybko, korzy­sta­jąc z oka­zji, że wresz­cie ktoś chce jej wysłu­chać.

– Święta prawda – powie­dział Wik­tor, ale roz­mów­czyni nie dała mu dojść do słowa.

– A ta mam­mo­gra­fia to co to jest?

– Mono­gra­fia. Książka taka…

– Czyli pan pisarz! Pisa­rze też na Ciu­chy przy­cho­dzili. Pan Hła­sko ame­ry­kań­skie kurtki lubił, a ten od Panów Samo­cho­dzi­ków… – Zachi­cho­tała na wspo­mnie­nie z mło­do­ści i ści­szyła głos: – Nie­miec­kie pisemka ze zdję­ciami pań naj­chęt­niej kupo­wał. Oj, mogła­bym panu histo­ry­kowi takich histo­rii naopo­wia­dać, ale nie wiem, czy wypada, bo to tajem­nica han­dlowa. No i więk­szość nie żyje, a o zmar­łych, wia­domo, tylko po nazwi­sku. – Nagle posmut­niała.

– A Romek Jawor­ski to żyje? – Wik­tor sko­rzy­stał z oka­zji, żeby zadać pyta­nie.

– Kto? – zdzi­wiła się kobieta.

– Romek Jawor­ski. Podobno han­dlo­wał na Ciu­chach.

– Takiego tu nie było. – Star­sza pani nagle spo­chmur­niała, wyraź­nie stra­ciła ochotę na poga­duszki. – Ja tu wszyst­kich zna­łam, ale na baza­rze taki się nie prze­wi­nął.

– Może coś pomy­li­łem…

Wyglą­dało na to, że wycieczka do Rem­ber­towa pozo­sta­nie jedy­nie wycieczką. Kobieta patrzyła na Wik­tora w mil­cze­niu, ale nagle coś w jej wzroku się zmie­niło.

– Był co prawda taki Romek Jawor­ski w Rem­ber­to­wie, ale on na Ciu­chach nie han­dlo­wał. Po osiem­dzie­sią­tym dzie­wią­tym roku, jak bal­ce­ro­wi­cze zamknęły Ciu­chy, to ten Jawor­ski otwo­rzył na baza­rze swoją budę. Dopiero wtedy. Tylko że to już nie były praw­dziwe Ciu­chy. Kilka lat kase­tami wideo han­dlo­wał. Zmarł pół roku temu. Ale o nim ludzie nie będą gadać…

– Dla­czego? – Abra­mo­wicz uchwy­cił się tej opo­wie­ści jak ostat­niej deski ratunku.

– Jak pan jesteś histo­ryk, to pan wiesz, gdzie szu­kać bru­dów na czło­wieka. Ja o zmar­łych tylko z nazwi­ska – powtó­rzyła wyświech­tany fra­zes. – Po co sobie na sta­rość kło­po­tów napy­tać.

Po tych sło­wach kobieta zatrza­snęła furtkę.

Spod daw­nego bazaru Abra­mo­wicz prze­spa­ce­ro­wał się do Urzędu Dziel­nicy Rem­ber­tów. Wszedł do pokoju Biura Admi­ni­stra­cji i Spraw Oby­wa­tel­skich, poka­zał legi­ty­ma­cję i popro­sił o dane Romana Jawor­skiego. Osób o takim imie­niu i nazwi­sku było w reje­strach kilka, ale tylko w przy­padku jed­nej zga­dzała się data śmierci. Spi­sał wszyst­kie infor­ma­cje. Gdy tylko wrzu­cił nazwi­sko do sys­temu, zro­zu­miał, o czym mówiła prze­kupka z Rem­ber­towa. Roman Jawor­ski był kapi­ta­nem Woj­sko­wej Służby Wewnętrz­nej2 i naj­wię­cej mógł o nim wyczy­tać z akt Insty­tutu Pamięci Naro­do­wej. To już był jakiś kon­kret. Cze­kała go jed­nak jesz­cze jedna wyprawa do Rem­ber­towa.

Skon­tak­to­wał się z ofi­ce­rem kontr­wy­wiadu, który nad­zo­ro­wał Cen­tralny Ośro­dek Ana­lizy Ska­żeń, i popro­sił o zor­ga­ni­zo­wa­nie spo­tka­nia z któ­rymś z ofi­ce­rów rezerwy słu­żą­cych tam w latach osiem­dzie­sią­tych. Po czter­dzie­stu minu­tach tele­fon zadzwo­nił, a Abra­mo­wicz zapi­sał datę i godzinę umó­wio­nego spo­tka­nia w note­sie.

Naza­jutrz spo­tkali się w kasy­nie Aka­de­mii Obrony Naro­do­wej. Abra­mo­wicz zapy­tał roz­mówcę, czy zna Hupałę i Jawor­skiego. Ten przez chwilę się zasta­na­wiał.

– Hupała był odlud­kiem, nie­wiele o nim wiem – odparł w końcu. – Cią­gnęła się za nim opi­nia, że dużo może i jest nie do rusze­nia. Lubił pie­nią­dze i kobitki. Nie prze­pu­ścił żad­nej oka­zji, żeby zaro­bić. Ludzie mówili, że to ciemna postać. Za to o Jawor­skim mogę godzi­nami… Nie była to może piękna postać, ale na swój pokrę­cony spo­sób uczciwa. Cho­dził na przy­kład na Ciu­chy i wyła­py­wał mło­dych ofi­ce­rów, któ­rzy za dolary kupo­wali dżinsy. Uwa­żał, że jak ktoś płaci dola­rami za ame­ry­kań­skie spodnie, to na pewno bie­rze kasę od agen­tów CIA. Poro­bił kilka spraw naszym i han­dla­rzom z bazaru. Napusz­czał na nich skar­bówkę. Miał przez to na Ciu­chach z setkę wro­gów. Ale miał też jed­nego ulu­bieńca. Jak odszedł z woj­ska, zaczął z nim robić biz­nesy na baza­rze…

– Jakaś jego kon­fi­tura3? – zapy­tał Abra­mo­wicz.

– A gdzie tam! – zaśmiał się męż­czy­zna. – Żaden kon­fi­dent. Wręcz prze­ciw­nie! Ten ulu­bie­niec to jedyny, który spu­ścił Jawor­skiemu solidny wpier­dol. Dorwał go w krza­kach i wyło­mo­tał. Nie chciał zostać jego ucho­lem, a jak Romek dalej naci­skał, to pew­nego dnia mu się odpła­cił. Jawor­ski cały w pla­strach cho­dził i opo­wia­dał, że swo­ich kon­fi­dentów nie znosi, a ten jest jedyny cha­rak­terny. Zabro­nił go oskar­żać. Chyba się polu­bili.

– A czy Jawor­ski mógł być czy­imś agen­tem? Na przy­kład Rosjan? – zapy­tał Wik­tor.

– Jawor­ski?! W życiu! On miał jedną obse­sję: uwa­żał, że agent w woj­sku to gorzej niż zakon­nica w bur­delu. Psuje całą zabawę. Gdyby mu mar­sza­łek Usti­now zapro­po­no­wał szpie­go­wa­nie, to by pomy­ślał, że go odwe­towcy z Bonn spe­cjal­nie pod­sta­wili. Jego pro­ble­mem było to, że – jak wielu ofi­ce­rom z awansu – bra­ko­wało mu wykształ­ce­nia. Dla­tego nie odcho­dził nawet o krok od regu­la­mi­nów. Taki typowy peere­low­ski Roch Kowal­ski. Zoba­czył whi­sky na stole i już węszył agen­tów. Jestem pewien, że gdyby szpieg chciał coś od niego wycią­gnąć, Jawor­ski od razu pole­ciałby z rapor­tem do prze­ło­żo­nych.

– Wszę­dzie widział zdraj­ców?

– Dokład­nie tak. Baza­rowi chcieli mu dać w łapę, żeby się od nich odpier­do­lił, to zro­bił im sprawy karne. To był gość, który nie widział sza­ro­ści.

– Znali się z Hupałą?

– Musieli, ale Jawor­ski był na Hupałę za krótki. Dopiero jak puł­kow­nik znik­nął, oka­zało się, że Jawor­ski cho­dził z dono­sami do dowódz­twa. Pisał, że Hupała jest pazerny i że lubi luk­sus. Wygrze­bał, że zara­bia na hara­czach za odro­cze­nie zasad­ni­czej służby woj­sko­wej i pośred­ni­czy w kon­tak­tach z WKU, a pie­nią­dze wydaje na dziwki. Mucho­morki4 z WSW zgar­nęły jakieś płotki, ale nawet oni byli za krótcy na Hupałę. Jawor­ski nie mógł im tego daro­wać. Sam się przy­znał do tych dono­sów na jajeczku Sto­wa­rzy­sze­nia Ofi­ce­rów Rezerwy LWP. Taki to był wariat.

Pod­czas spo­tka­nia nie padły wię­cej żadne istotne infor­ma­cje. Abra­mo­wicz spi­sał notatkę, którą dołą­czył do wcze­śniej­szego raportu, a doku­ment prze­ka­zał „Sze­fowi”. Zgod­nie z roz­dziel­ni­kiem wkrótce akta dotarły do Służby Wywiadu Woj­sko­wego.

– Wnio­ski? – zapy­tał „Dowódca”, gdy Duszyń­ski skoń­czył czy­tać.

– Pod­su­mujmy, co mamy. Hupała pisze do byłego ofi­cera kontr­wy­wiadu, o któ­rym wie, że jako jedyny nie zigno­ruje listu, tylko natych­miast donie­sie do służb. – Duszyń­ski spo­koj­nie ana­li­zo­wał dane z notatki Wik­tora. – W Smo­leń­sku prze­ka­zuje infor­ma­cje pol­skiemu dzien­ni­ka­rzowi, bo liczy, że facet pocią­gnie temat i dotrze do Jawor­skiego. Ten zaś nie zostawi zapro­sze­nia bez odpo­wie­dzi, tylko zgłosi sprawę do kontr­wy­wiadu. Hupała jest na tyle inte­li­gentny i prze­bie­gły, że nie idzie do amba­sady, gdzie zaraz namie­rzy­liby go Rosja­nie. Nie pró­buje skon­tak­to­wać się z Pol­ską listow­nie czy przez pośred­ni­ków, bo pew­nie jest pod obser­wa­cją. Korzy­sta więc z oka­zji na lot­ni­sku w Smo­leń­sku, gdzie wszy­scy mają inne pro­blemy i panuje bała­gan. Nie wie tylko, że Jawor­ski wła­śnie zmarł.

„Dowódca” nie mógł się nie zgo­dzić z roz­mówcą.

– Chyba mamy ofe­renta – stwier­dził. – Wygląda na to, że zdrajca znów chce zdra­dzić. Tylko tym razem Ruskich.

8 maja 2010, wtorek, Moskwa, lotnisko Szeremietiewo

Ida Lars­sen. To nie było jej praw­dziwe nazwi­sko. Nawet kolor wło­sów zmie­niła jesz­cze w Kopen­ha­dze. Za to pasz­port miała jak naj­bar­dziej auten­tyczny. Pro­sto z War­szawy. Nie miała poję­cia, jak to zała­twiono, ale wie­rzyła w słowa brata, który obie­cał, że do Moskwy dostar­czy ją gładko i bez pro­ble­mów. Rze­czy­wi­ście, po dwu­go­dzin­nym locie z Kopen­hagi płyn­nie prze­szła przez kon­trolę na lot­ni­sku Sze­re­mie­tiewo, a znu­dzony cel­nik zapy­tał ją jedy­nie o cel podróży.

– Tury­styczny – odpo­wie­działa krótko, bo sama uczyła na kur­sach wywiadu, że wszel­kie dłuż­sze poga­duszki na lot­ni­sku wzbu­dzają nie­uf­ność cel­ni­ków i skła­niają ich do zada­wa­nia kolej­nych pytań.

Na szczę­ście urzęd­nik nie podej­rze­wał wyso­kiej blon­dynki o chęć wysa­dze­nia w powie­trze Kremla, więc bez cere­gieli wbił jej pie­czątkę do pasz­portu i Ida mogła bez­piecz­nie wyjść z ter­mi­nalu, a potem wsiąść do tak­sówki. Czar­no­włosy kie­rowca mówił wyłącz­nie po uzbecku i rosyj­sku. Ida odpo­wia­dała po duń­sku i angiel­sku, więc roz­mowa się nie kle­iła i kobieta miała wygodne wytłu­ma­cze­nie dla swego mil­cze­nia.

Czuła zmę­cze­nie, ale i eks­cy­ta­cję. Eks­cy­ta­cję, choć z zupeł­nie innego powodu, czuł też tak­sów­karz. Auto wje­chało do mia­sta i od razu zaczęły się korki. Uzbek co chwila powta­rzał pod nosem coś w stylu: „Żeby cię chory pies przez dziurę w budzie”, aż wresz­cie nie wytrzy­mał, opu­ścił szybę i zaczął soczy­ście prze­kli­nać po uzbecku w kie­runku kie­rowcy, który zaje­chał mu drogę. Jak Ida się domy­śliła, życzył mu – Xudo sochla­rin­gi­zni yir­tib tash­laydi – żeby jego żona stra­ciła wszyst­kie włosy.

Z ulgą wysia­dła przed Hote­lem Sad w Alei Milu­tyń­skiej i pocze­kała, aż tak­sów­karz znik­nie za rogiem. Rozej­rzała się wokół dokład­nie tak, jak powinna to robić turystka, która pierw­szy raz zna­la­zła się w obcym mie­ście.

W Moskwie nie była pierw­szy raz. Na szczę­ście poprzed­nie wizyty miały miej­sce w cza­sach, gdy ulice rosyj­skiej sto­licy nie były pod nad­zo­rem wszech­obec­nych kamer. Miej­scowy kontr­wy­wiad i sys­tem roz­po­zna­wa­nia twa­rzy nie miały więc prawa sko­ja­rzyć Idy Lars­sen z młodą stu­dentką z Pol­ski, która na wycieczce z Alma­turu zwie­dzała Moskwę i Peters­burg pod koniec lat osiem­dzie­sią­tych.

Zro­biła rundkę w kie­runku naj­bliż­szej sta­cji metra, chwilę posie­działa na stołku baro­wym przy oknie w kawiarni, a kiedy uznała, że nikt jej nie śle­dzi, spo­koj­nie wsia­dła do metra i poje­chała w kie­runku wyna­ję­tej kwa­tery.

Jesz­cze w War­sza­wie każdy z tych kro­ków omó­wiła z bra­tem. „Dowódca” pro­sił ją cza­sem o drobne przy­sługi, ale tym razem to było coś zupeł­nie innego. Miała poje­chać do aqu­aparku w pod­mo­skiew­skich Mytisz­czach, żeby namie­rzyć puł­kow­nika Tade­usza Hupałę i prze­ka­zać mu wia­do­mość. Prze­czy­tała akta ucie­ki­niera, długo sie­działa nad notatką spo­rzą­dzoną przez Abra­mo­wi­cza, przej­rzała zdję­cia męż­czy­zny i zapa­mię­tała każdy szcze­gół jego twa­rzy, ale i tak nie była pewna, czy rze­czy­wi­ście będzie miała do czy­nie­nia z ofe­ren­tem. Nie mogła wyklu­czyć, że zmie­rza pro­sto w pułapkę zasta­wioną przez rosyj­ski kontr­wy­wiad.

– Jesteś prze­ko­nany, że list Hupały nie jest pro­wo­ka­cją GRU? – To było pierw­sze pyta­nie, które zadała bratu.

– Pew­no­ści nie mam żad­nej. Dla­tego musisz popro­wa­dzić roz­mowę z Hupałą cienką kre­ską. Spró­buj wycią­gnąć go gdzieś za gra­nicę. Naj­waż­niej­sze, żeby ten skur­wy­syn zro­zu­miał, że jeste­śmy nim zain­te­re­so­wani.

– A dla­czego wła­ści­wie Hupała obja­wił się w Smo­leń­sku?

– Powód wydaje się naj­prost­szy z moż­li­wych. Rosja­nie po wypadku pre­zy­denta rzu­cili hasło „wszyst­kie ręce na pokład”. Szu­kali każ­dego, kto przy­naj­mniej raz w życiu jadł bigos. Jakby tam­tej nocy padł roz­kaz „ścią­gnąć Annę Ger­man”, to też by się zna­la­zła. W przy­padku Hupały nie musieli nawet szu­kać, GRU sam dostar­czył go do Smo­leń­ska. Były ofi­cer LWP, który powie, co mu roz­każą, to ide­alny kan­dy­dat. – „Dowódca” gło­śno ana­li­zo­wał różne opcje.

– Po co im to było? – dopy­tała Ida.

– Zro­bili spek­takl dla świata, bo prze­cież nie dla nas. Każdy śred­nio roz­gar­nięty przy­głup musi wie­dzieć, że wkrótce zacznie się szu­ka­nie win­nych wypadku. Na razie Kreml chce poka­zać światu zatro­skaną twarz Wła­di­mira Wła­di­mi­ro­wi­cza, dobrego wuj­cia, wstrzą­śnię­tego śmier­cią pre­zy­denta sąsied­niego kraju. Kie­dyś to się skoń­czy i wtedy wyko­rzy­stają prze­ciw nam wszyst­kie nasze błędy.

– Mogą to zro­bić już teraz…

– Na razie Rosja nie chce kon­fron­ta­cji z Zacho­dem. Ame­ry­kań­ski pre­zy­dent ofe­ruje im reset, zależy mu na trans­por­cie sprzętu do Afga­ni­stanu i odizo­lo­wa­niu Iranu. Rosja na tym korzy­sta, bo inwe­stuje ogromne pie­nią­dze z ropy i gazu w armię. Dla­tego muszą grać w tę grę.

– Jakoś mnie nie prze­ko­na­łeś…

– To powiem wprost: domy­ślasz się pew­nie, że w Smo­leń­sku po wypadku było kilku naszych ofi­ce­rów. Gdyby Rosja­nie pla­no­wali pro­wo­ka­cję, Hupała pod­szedłby wła­śnie do nich, a nie robił pod­chody z par­ty­zanta do dzien­ni­ka­rzy. Ale może się mylę…

Ten argu­ment wyda­wał się logiczny – i on prze­wa­żył. Ostroż­ność była jed­nak wska­zana. W dniu spo­tka­nia z Hupałą Ida wyszła z domu o poranku. Był ósmy maja i mia­sto szo­ro­wało ulice przed 65. rocz­nicą zwy­cię­stwa nad Niem­cami. Pierw­sze, co rzu­cało się w oczy, to dziwne czarno-poma­rań­czowe wstążki, któ­rymi ude­ko­ro­wane były przy­stanki i sklepy, sąsia­du­jąca z nimi czer­wień komu­ni­stycz­nych flag i niczym wisienka na tym soc-kapi­ta­li­styczno-naro­do­wym tor­cie – ołta­rzyki z por­tre­tami Sta­lina i Putina w witry­nach skle­pów.

Cie­kawe, jak zare­ago­wa­liby dzi­siejsi wieczni przy­ja­ciele Rosji w Euro­pie na widok takich samych ołta­rzy­ków z Hitle­rem w obwa­rzanku z ger­mań­skich runów, pomy­ślała Ida, któ­rej pra­dzia­dek został roz­strze­lany w Katy­niu. Ale tamte czasy minęły. Moskwa żyła bogato i bez­myśl­nie, cie­sząc się z wyso­kich cen ropy i gazu, na uli­cach widać było nowe inwe­sty­cje, a w metrze pasa­że­ro­wie ubrani byli tak, że nie wyróż­nia­liby się z tłumu w War­sza­wie, Ber­li­nie czy Lon­dy­nie. Nikt nie myślał o woj­nie ani o ter­ro­ry­stach.

Teraz patrzyła na ludzi w metrze z zupeł­nie innej per­spek­tywy. Jeśli dostrzeże wśród współ­pa­sa­że­rów „ogon bez­pieki”, będzie musiała prze­rwać zada­nie, zanim to jesz­cze naprawdę się zaczęło. Jeśli nie dostrzeże, a obser­wa­cja oto­czy ją szczel­nym kor­do­nem, to w naj­lep­szym wypadku skoń­czy na Łubiance. Sta­rała się więc nie dekon­cen­tro­wać. Naj­gor­sze jed­nak, że była sama. Ze względu na taj­ność misji nie mogła liczyć na to, że kto­kol­wiek z moskiew­skiej pla­cówki SWW wspo­może ją w wykry­wa­niu rosyj­skiej obser­wa­cji. W nor­mal­nych warun­kach druga ekipa nasłu­chi­wa­łaby czę­sto­tli­wo­ści obser­wa­to­rów FSB i choćby po skoku liczby połą­czeń wykryła ich obec­ność. Jed­nak tym razem Ida dzia­łała w poje­dynkę. Mogła pole­gać wyłącz­nie na wła­snych oczach i inte­li­gen­cji. W sobot­nie połu­dnie ruch w metrze był spory, ale dla Idy nie był to wielki pro­blem.

Spoj­rzała na odbi­ja­jące się w oknie wagonu dwie syl­wetki. Zauwa­żyła, że męż­czyźni noszą w uszach iden­tyczne białe bez­prze­wo­dowe słu­chawki iPhone’a. Niby nic, ale rów­nie dobrze mógł to być kanał kon­tak­towy z dowódcą grupy obser­wa­cyj­nej. Byli mło­dzi, mieli może po dwa­dzie­ścia lat. Musiała się im przyj­rzeć i zapa­mię­tać. Dostrze­gła, że jeden trzyma pod pachą pod­ręcz­nik do lite­ra­tury rosyj­skiej, a drugi prze­gląda album o Dosto­jew­skim. Jeśli wysiądą na następ­nym przy­stanku, to zna­czy, że są stu­den­tami w dro­dze na zaję­cia w Domu Dosto­jew­skiego. Zoba­czymy.

A kim ty jesteś…? Z lewej strony, ple­cami do okna, sie­działa star­sza kobieta w sza­rych spor­to­wych butach, tro­chę za porząd­nych w porów­na­niu z raczej tanią resztą stroju. Za to ide­al­nych na dłu­gie spa­cery za śle­dzoną osobą. Ida dys­kret­nie przyj­rzała się jej dło­niom. Spra­co­wane i zro­go­wa­ciałe. A na nogach pod raj­tu­zami ban­daże. Wyglą­dała na skle­pową wysta­jącą całe godziny za ladą, któ­rej po noc­nej zmia­nie wysia­dają nogi. Ma żylaki. Albo udaje, że je ma – bo ofi­cer wywiadu prze­ciw­nika raczej się nie spo­dziewa, że star­sza pani z żyla­kami będzie za nim kłu­so­wać po moskiew­skich bul­wa­rach. Trzeba ją zapa­mię­tać.

Przy­trzy­mała torebkę jak ktoś, kto oba­wia się gra­su­ją­cych w metrze kie­szon­kow­ców, i oparła plecy o drzwi wagonu. Teraz miała lep­szą pozy­cję do obser­wa­cji. Omia­tała twa­rze, szu­ka­jąc zagro­że­nia. Sku­piała się na tych typo­wych, zwy­czaj­nych, któ­rych nikt ni­gdy nie zaczepi, nie zechce zapro­po­no­wać spa­ceru czy randki. Przed sobą zoba­czyła dziew­czynę wpa­trzoną w ekran smart­fona. Jeśli włą­czyła kamerę apa­ratu, to pod dobrym kątem mogła widzieć, co dzieje się za jej ple­cami, i obser­wo­wać Idę. Lars­sen wycią­gnęła głowę. Ulga. Dziew­czyna oglą­dała jakiś durny fil­mik.

Wagon zatrzy­mał się na sta­cji Dosto­jew­skaja. Dwóch stu­den­tów, zaga­da­nych, choć cały czas ze słu­chaw­kami w uszach, ruszyło w kie­runku wyj­ścia. Do środka wsia­dły kolejne osoby. Ich twa­rze i syl­wetki też zapa­mię­tała. Sze­re­go­wała pasa­że­rów, szu­kała cha­rak­te­ry­stycz­nych ele­men­tów, o któ­rych łatwo zapo­mnieć przy zmia­nie peruki czy ubra­nia – łań­cusz­ków, pasków od zegarka – łączyła ich twa­rze z wypa­trzo­nymi deta­lami.

Wysia­dła na sta­cji Sre­tien­skij Most i przej­ściem pod­ziem­nym ruszyła do naj­star­szej w Moskwie czer­wo­nej linii. Sta­cja Czi­styje Prudy, Tur­gie­niew­ska i Sre­tien­skij Most two­rzyły tam wia­nu­szek splą­ta­nych kory­ta­rzy. Zamiast do czer­wo­nej linii, Ida poszła jed­nak w bok, pro­sto w kie­runku sta­cji Tur­gie­niew­ska. Szła pew­nym kro­kiem, nie odwra­cała się, nie pró­bo­wała na siłę odna­leźć obser­wa­cji. Dopiero kiedy prze­szła za mar­mu­rowy narożny wspor­nik, zatrzy­mała się i na pla­nie zaczęła spraw­dzać kolory, jakimi ozna­czono linie kolejki pod­ziem­nej. Dokład­nie obser­wo­wała przy tym idą­cych za nią ludzi, któ­rzy wcho­dzili do tunelu. Nikt, kto wcze­śniej towa­rzy­szył jej w wago­nie, nie prze­szedł obok. Zado­wo­lona, ruszyła przed sie­bie i nad­ra­bia­jąc drogi, poko­nała kil­ka­set metrów do kolej­nej sta­cji metra. Było czy­sto. Ode­tchnęła i w ostat­niej chwili wsia­dła do odjeż­dża­ją­cego wago­nika.

Ter­min akcji wybrali z bra­tem celowo. Liczyli, że na dzień przed wielką paradą zwy­cię­stwa na Placu Czer­wo­nym rosyj­skie służby będą miały wystar­cza­jąco dużo pracy z zabez­pie­cze­niem tysięcy gości i widzów. Do Moskwy przy­la­ty­wał cały poli­tyczny świat. Jeden po dru­gim lądo­wali pre­zy­denci i pre­mie­rzy z ponad trzy­dzie­stu państw. Zapo­wie­działa się Angela Mer­kel, Nico­las Sar­kozy i Bro­ni­sław Komo­row­ski. W cen­trum sto­licy krą­żyły setki dzien­ni­ka­rzy i foto­re­por­te­rów, a auto­busy roz­wo­ziły po mie­ście żoł­nie­rzy, któ­rzy w para­dzie mieli repre­zen­to­wać dawną koali­cję anty­hi­tle­row­ską.

Po kilku godzi­nach trasy spraw­dze­nio­wej i wyko­na­niu dzie­sią­tek zdjęć napo­tka­nym zabyt­kom – tak bez­sen­sow­nych, że nawet naj­bar­dziej czujny obser­wa­tor uznałby, że Idy nie inte­re­suje nic ponad to, co zaj­muje każ­dego z miliona tury­stów w tym mie­ście – sama przed sobą przy­znała, że jest bez­pieczna i może przejść do kolej­nej fazy akcji. Wsia­dła do auto­busu i poje­chała w stronę pod­mo­skiew­skich Mytisz­czy. O sie­dem­na­stej była już pod aqu­apar­kiem. Trzy minuty póź­niej przy­tknęła gumową opa­skę z czi­pem do bramki, prze­szła przez koło­wro­tek i skie­ro­wała się do szatni.

W głów­nej hali było duszno, gło­śno, a zapach chloru wręcz odu­rzał. Pod skle­pie­niem dud­niły krzyki zachwy­co­nych dzieci, do uszu wdzie­rał się szum pły­ną­cej wody, a zie­lone zjeż­dżal­nie raz po raz wyplu­wały odpo­czy­wa­ją­cych w Aqu­aDome miesz­kań­ców Moskwy. Ida weszła pod prysz­nic; teraz wyglą­dała, jakby na base­nie spę­dziła cały dzień. Rozej­rzała się po hali. Już wcze­śniej dostrze­gła, że wej­ście na baseny można obser­wo­wać z prze­szklo­nej kawiarni na pię­trze. Teraz oka­zało się, że z gale­rii widać też dosko­nale całą prze­strzeń. Owi­nęła się ręcz­ni­kiem i weszła po scho­dach na górę. Kupiła sok pomi­do­rowy i usia­dła przy sto­liku. Do osiem­na­stej zostało led­wie parę minut. Znów zlu­stro­wała oto­cze­nie. Jeśli pako­wała się w zasadzkę, to na base­nie powinno być gęsto od obser­wa­cji. Niczego takiego nie dostrze­gła. Same rodziny z dziećmi. Poza wej­ściem do budynku i hali nie zauwa­żyła też kamer. Naj­wy­raź­niej budy­nek odda­lony od cen­trum Moskwy nie został uznany przez FSB za cel warty ochrony przed ter­ro­ry­stami.

Poten­cjalny zama­cho­wiec w slip­kach? Trudno sobie to wyobra­zić! Zaśmiała się do swo­ich myśli.

Z każdą minutą kolejka do wej­ścia malała. Wię­cej było osób wra­ca­ją­cych do domów. Czuła napię­cie zwią­zane ze zbli­ża­jącą się roz­grywką. Roz­luź­niła mię­śnie, lekko przy­mru­żyła oczy i sku­piła się na odde­chu. Unio­sła powieki. Jest! Łatwo go było wypa­trzyć.

Wśród sto­ją­cych w kolejce rodzi­ców z dziećmi kostyczny męż­czy­zna wyróż­niał się jak pedo­fil w przed­szkolu. Stał spo­koj­nie z torbą pla­żową na ramie­niu i powoli prze­su­wał się w stronę kasy. Nie był zawo­dow­cem, z jego akt wyni­kało, że ni­gdy nie prze­szedł kursu wywia­dow­czego, więc gdyby kontr­wy­wiad zor­ga­ni­zo­wał na Lars­sen zasadzkę, pew­nie Hupała nie byłby teraz taki opa­no­wany.

Ida wstała i zeszła na dół. Po chwili zoba­czyła, że męż­czy­zna wcho­dzi do środka, ale zamiast – jak zakła­dała – poło­żyć się na leżaku pod słom­ko­wym para­so­lem, nie­ocze­ki­wa­nie skrę­cił w lewo i wszedł do czę­ści poło­żo­nej za tan­det­nym prze­pie­rze­niem przy­po­mi­na­ją­cym zam­kowy mur. Ruszyła za zdrajcą. Gdy tylko zamknęły się drzwi, gwar zamilkł jak ucięty nożem. Sły­chać było tylko relak­su­jącą muzykę. Zoba­czyła napis „Strefa saun”, sztuczną rzeczkę wśród rów­nie sztucz­nych skał i kolejny bar.

Cho­lera, powin­nam była to wcze­śniej spraw­dzić, pomy­ślała z wyrzu­tem.

Hupała chwilę pły­wał w skal­nym potoku, ale po kil­ku­na­stu minu­tach znik­nął za mlecz­nymi drzwiami oddzie­la­ją­cymi bar od sauny. Lars­sen nie miała wyj­ścia i też weszła do środka. Wzdłuż kory­ta­rza znaj­do­wały się wej­ścia do róż­nych łaźni – była sauna fiń­ska, parowa, infra­red. Dostrze­gła, że przy sali z lewej strony leżą klapki, iden­tyczne z tymi, które nosił dezer­ter. To uła­twiało sprawę. Kiedy na wie­szaku dostrze­gła kąpie­lówki Hupały, zorien­to­wała się, że ona też będzie musiała zdjąć kostium. Nie pla­no­wała strip­tizu, ale naj­wy­raź­niej nie miała wyj­ścia. Zrzu­ciła strój i owi­nęła się ręcz­ni­kiem, dzię­ku­jąc Bogu, że wło­żyła do torby ten więk­szy. Zosta­wiła klapki przy wej­ściu i weszła do zapa­ro­wa­nego pomiesz­cze­nia. W środku oprócz Hupały sie­działa młoda para – sądząc po obrącz­kach i jed­na­ko­wych ręcz­ni­kach, mał­żeń­stwo – oraz biu­ścia­sta dziew­czyna, która inten­syw­nie okła­dała się wit­kami. Ida zwró­ciła uwagę, że zarówno dziew­czyna, jak i mał­żon­ko­wie są już mocno spo­ceni, co ozna­czało, że w sau­nie sie­dzą dobrych kil­ka­na­ście minut.

Tak jak się spo­dzie­wała, naj­pierw z łaźni wyszła para. Została dziew­czyna, któ­rej skóra przy­po­mi­nała teraz doj­rzałą brzo­skwi­nię – i która naj­wy­raź­niej posta­no­wiła pobić rekord wygrze­wa­nia się. Hupała sie­dział na dol­nej ławie, gdzie tem­pe­ra­tura była naj­niż­sza, Ida wcze­śniej wybrała tę na górze – chciała mieć pod kon­trolą wszyst­kich sau­no­wi­czów – ale gdy zwol­niło się miej­sce, stwier­dziła, że to dosko­nała oka­zja, żeby usa­do­wić się na wprost puł­kow­nika.

– Chyba prze­sa­dzi­łam. Strasz­nie gorąco tam na górze – rzu­ciła w prze­strzeń prze­pra­sza­ją­cym tonem, jakby miała powód do uspra­wie­dli­wień. – Dopiero zaczy­nam sau­no­wać i nie jestem jesz­cze zahar­to­wana – cią­gnęła, licząc, że Hupała jakoś zare­aguje na jej słowa.

Męż­czy­zna skrzy­wił się w gry­ma­sie, który pew­nie miał ozna­czać uśmiech, ale się nie ode­zwał. Na szczę­ście biu­ścia­sta dziew­czyna nie zwra­cała uwagi na dwoje star­szych od niej ludzi. Trudno, musiała pró­bo­wać dalej.

– Mógłby pan podać mi witki? To brzoza czy wierzba? Sły­sza­łam, że to rosyj­ska tra­dy­cja… – powie­działa, sygna­li­zu­jąc, że nie jest miej­scowa.

Hupała drgnął i wresz­cie na jego twa­rzy dostrze­gła zain­te­re­so­wa­nie. Zanie­po­ko­jony, rzu­cił okiem na sie­dzącą w rogu nasto­latkę, ale w końcu podał Idzie wie­cheć i odparł:

– Pole­cam brzo­zowe. Jak pani zapyta Rosja­nina, każdy pani powie, że oczysz­czają płuca.

– Sły­sza­łam, że Rosja­nie w sau­nie pole­wają kamie­nie wódką, a to co naj­wy­żej pomaga oczy­ścić zatoki. – Zaśmiała się. – Pan jest obco­kra­jow­cem? – zapy­tała i zaraz dodała: – Ja jestem z Danii.

Hupała uciekł od odpo­wie­dzi, ale zapy­tał:

– W Danii sau­no­wa­nie jest popu­larne?

– Na pewno nie tak jak w Rosji czy Fin­lan­dii. Jeż­dżę teraz tro­chę po świe­cie i jak tylko mam oka­zję, sta­ram się oczysz­czać skórę i głowę. Byłam ostat­nio w War­sza­wie i tam…

Na dźwięk tych słów Hupała znowu drgnął i prze­stał się uśmie­chać. Ner­wowo spoj­rzał na sie­dzącą z boku nasto­latkę, dziew­czyna jed­nak nie spra­wiała wra­że­nia, jakby inte­re­so­wało ją cokol­wiek poza okła­da­niem się wit­kami. Ida cią­gnęła więc dalej:

– I tam były sauny, ale na połu­dniu Europy nie ma ich nawet w hote­lach.

– Była pani w War­sza­wie? – zapy­tał zmie­nio­nym gło­sem.

– Nawet nie w samej War­sza­wie. Miesz­ka­łam po wschod­niej stro­nie Wisły, w Rem­ber­to­wie… – zawie­siła głos i obser­wo­wała, jaką reak­cję wywo­łają jej słowa. Miała wra­że­nie, że Hupała coraz cię­żej oddy­cha i moc­niej się poci. – Była tam dosko­nała sauna. Wła­ści­cie­lem jest czło­wiek, który za komu­ni­stów han­dlo­wał na tam­tej­szym baza­rze. Jak się dowie­dział, że lecę do Moskwy, pole­cił mi wła­śnie Aqu­aDome. Mówił nawet, że o osiem­na­stej jest tu naj­przy­jem­niej…

Zamil­kła. Teraz albo otwo­rzą się drzwi i wpad­nie kontr­wy­wiad, a nasto­latka spod ręcz­nika wycią­gnie pisto­let, albo…

– Chyba sły­sza­łem o tam­tej­szej sau­nie – odpo­wie­dział Hupała, cicho i powoli. – Cie­szę się, że mamy wspól­nych zna­jo­mych. Cho­ciaż prę­dzej spo­dzie­wał­bym się spo­tkać tu tego zna­jo­mego niż Dunkę, która uwiel­bia sau­no­wa­nie.

Lars­sen uznała, że już się poznali i czas przejść do następ­nej fazy.

– Cóż zro­bić. Też mu to pro­po­no­wa­łam, ale nie mógł przy­je­chać – skła­mała. – Ja z kolei bar­dzo się cie­szę, że pana pozna­łam. A pan jeź­dzi po świe­cie?

– Rzadko. Jakoś ostat­nio zwie­dzam wyłącz­nie Rosję. Ale za pięć lat prze­cho­dzę na eme­ry­turę i wtedy będę miał oka­zję wyjeż­dżać czę­ściej.

– A teraz nie miałby pan ochoty odwie­dzić jakie­goś zachod­niego kraju? Może Fin­lan­dia? Z Peters­burga samo­cho­dem jest kilka godzin, a sauny mają genialne.

– Teraz to nie­moż­liwe. – Wciąż mówił powoli, jakby ważył każde słowo. – Ale za pół roku będę w Baku. Jeż­dżę tam na Nowy Rok z kolegą, dobrze znam to mia­sto. Zatrzy­mam się w hotelu Cita­del Baku Old Town. Jeśli przez przy­pa­dek będzie pani w nowo­roczny pora­nek o dzie­sią­tej w hote­lo­wej sau­nie, to będzie oka­zja poroz­ma­wiać dłu­żej.

– Kolega też jest miło­śni­kiem sau­no­wa­nia?

– Kolega w nowo­roczny pora­nek zawsze jest nie­dy­spo­no­wany.

Zamil­kli. Ida odcze­kała jesz­cze kilka chwil i wyszła z sauny. Wzięła szybki prysz­nic, po czym ruszyła do szatni. Prze­brała się, opu­ściła basen i poje­chała tak­sówką do kawa­lerki. Tam spa­ko­wała rze­czy i dokład­nie wyczy­ściła miesz­ka­nie. Na ulicy wsia­dła do auto­busu, spraw­dza­jąc, czy nie jedzie za nią obser­wa­cja, prze­szła dla pew­no­ści jesz­cze kilka prze­cznic i auto­bu­sem doje­chała do Dworca Lenin­gradz­kiego.

Kupiła bilet na „Czer­woną Strzałę” do Peters­burga. Cze­kała ją ośmio­go­dzinna nocna podróż i miała zamiar wyko­rzy­stać ten czas na sen. Wrzu­ciła walizkę na półkę i się­gnęła do szafki, gdzie zna­la­zła kap­cie oraz pach­nącą pościel, a także szla­frok i ręcz­niki. Gdy skład ruszył, za oknem zagrzmiała jakaś sowiecka melo­dia. Naj­bar­dziej eks­klu­zywny rosyj­ski pociąg był żegnany iden­tycz­nie jak w trzy­dzie­stym pierw­szym roku i na Idzie zro­biło to więk­sze wra­że­nie niż czer­wony dywan, po któ­rym weszła do wagonu. Odświe­żyła się, a potem popro­siła ste­warda, by rano przy­niósł jej śnia­da­nie do kabiny. Zmę­czona, w końcu rzu­ciła się na łóżko, ale adre­na­lina nie chciała odpu­ścić. Całą noc nie zmru­żyła oka – obra­cała się z boku na bok – więc kiedy nad ranem kel­ner zapu­kał do prze­działu, była już uma­lo­wana i ubrana. W mie­ście nad Newą prze­sia­dła się do samo­lotu i w połu­dnie dotarła do Kopen­hagi. Padła na łóżko jak zabita i spała równe dwa­na­ście godzin. Mogła sobie na to pozwo­lić, bo brat cze­kał tuż za ścianą. I już widział, że misja Idy Lars­sen zakoń­czyła się suk­ce­sem.

Roz­dział 1

Ich się nie karmi, do nich się strzela

18 czerwca 2015, czwartek, Chorwacja, Puerto Vallarta Camp

Pierw­sze mia­sto, do któ­rego wje­chała po prze­kro­cze­niu gra­nicy, było mar­twe. Upał zabił nawet świersz­cze. Wcze­śniej w Chor­wa­cji skwar witał ją na A1 dopiero za tune­lem Sveti Rok, ale dzi­siaj nie można było oddy­chać już przed Zagrze­biem. Wystar­czyło otwo­rzyć drzwi, żeby wszel­kie pomy­sły na odpo­czy­nek ule­ciały jak powie­trze z kli­ma­ty­zo­wa­nego auta. Do Dal­ma­cji doje­chała póź­nym popo­łu­dniem. Ode­brała klu­cze od przy­czepy i padła nie­żywa na łóżko. Obu­dziła się, kiedy w Puerto Val­larta Camp było jesz­cze ciemno. Prze­cią­gnęła się i poczuła, że jest cała mokra.

Wzięła szybki prysz­nic, owi­nęła się ręcz­ni­kiem i poszła na kamie­ni­stą plażę. Zza żółto-brą­zo­wych wysp powoli wycho­dziło słońce. Pocze­kała, aż morze sta­nie się błę­kitne, zdjęła ręcz­nik, wyjęła maskę do snor­ke­lingu i zanu­rzyła się w kry­sta­licz­nym Adria­tyku. Chwilę nur­ko­wała, obser­wu­jąc prze­su­wa­jące się pod nią dno. Bez kostiumu, naga, czuła opły­wa­jącą jej ciało wodę. Była wolna i szczę­śliwa. Wyrzu­ciła z głowy kłę­biące się myśli, zrzu­ciła z ramion stres. Nie wie­działa, ile czasu minęło, ale w końcu uznała, że już dość. Zawró­ciła w stronę brzegu ostrym krau­lem, żeby mię­śnie dostały swoją dawkę ener­gii. Z każ­dym mach­nię­ciem ramio­nami czuła, jak jej mózg uwal­nia kolejną dawkę endor­fin. W końcu sta­nęła na kamie­ni­stym dnie i wyszła z wody.

Na plaży poja­wili się pierwsi pla­żo­wi­cze. Wśród innych nagich ludzi nie czuła skrę­po­wa­nia swoją nago­ścią. W inter­ne­cie wyczy­tała, że Puerto Val­larta Camp jest miej­scem przy­ja­znym natu­ry­stom – i chyba rze­czy­wi­ście tak było. Roz­ło­żyła ręcz­nik na skałce, wysta­wiła się do słońca i zamknęła oczy. Kiedy unio­sła powieki, na plaży było już cał­kiem tłoczno. Popa­trzyła na inne kobiety i uznała, że nie ma się czego wsty­dzić. Poza szramą, którą zaro­biła w wypadku Anto­nowa w Biesz­cza­dach, i pamiątką z Afga­ni­stanu jej ciało było w for­mie. Bie­ga­nie i uko­chana wspi­naczka robiły dobrą robotę.

Po godzi­nie uznała, że czas na śnia­da­nie. Usia­dła w tawer­nie obok plaży.

– Dobro jutro! Što biste željeli za doručak?5 – usły­szała miły męski głos.

Obró­ciła głowę, ale ośle­piło ją słońce. Odchy­liła głowę i przy­sło­niła dło­nią oczy. Zro­biło się jej nie­swojo, bo obok stał atrak­cyjny bru­net, tyle że w szor­tach. Odru­chowo przy­sło­niła ciało ręcz­ni­kiem i odpo­wie­działa:

– Dobro jutro. – Po czym dodała już po angiel­sku: – Myśla­łam, że kel­ne­rzy też są natu­ry­stami.

Chło­pak się zaśmiał.

– To nie­prak­tyczne, w kuchni strasz­nie pry­ska olej. Ale jeśli chcesz, mogę je zdjąć. – Poka­zał na spodenki.

Klara poczuła, że się czer­wieni.

– No tak… A co możesz mi zapro­po­no­wać? – Dopiero gdy wypo­wie­działa te słowa, usły­szała, jak dwu­znacz­nie zabrzmiały. Dla­tego szybko spro­sto­wała: – Cho­dzi o śnia­da­nie…

Chor­wat prze­su­nął się w cień i teraz wresz­cie mogła mu się lepiej przyj­rzeć. Miał miłą twarz i piękne oczy. Podał jej kartę.

– Dla cie­bie pew­nie coś zdro­wego. Sałatka i kawa, zga­dłem?

Klara nie chciała wyjść na potulną kozę, więc odru­chowo zaprze­czyła: