Klinger. Wariant zerowy - Jakub Ritter, Piotr Sieńko - ebook

Klinger. Wariant zerowy ebook

Jakub Ritter, Piotr Sieńko

4,8
14,99 zł

Ten tytuł znajduje się w Katalogu Klubowym.

DO 50% TANIEJ: JUŻ OD 7,59 ZŁ!
Aktywuj abonament i zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego, aby zamówić dowolny tytuł z Katalogu Klubowego nawet za pół ceny.


Dowiedz się więcej.
Opis

Morderstwo i wielka intryga sięgająca od Kremla do Warszawy.

Kapitan Klara Klinger i grupa oficerów polskiego wywiadu wojskowego szukają wyjaśnienia serii zagadkowych śmierci kilku naukowców. Tropy wiodą od Warszawy przez Rotterdam, Hanower, Kopenhagę, Chicago po Kijów, Iwano-Frankowsk i Odessę… Grupa musi znaleźć odpowiedź na pytanie, dlaczego GRU interesuje się tą sprawą, komu zależy na wyeliminowaniu tajemniczej doktor Kruk i kto w kraju sabotuje ich operację? Gdy nowa zimna wojna staje się faktem, na europejskiej szachownicy zaczyna się niewidzialna gra. Klara Klinger i jej przyjaciele z SWW trafiają w sam środek szpiegowskiej rozgrywki.

Wariant zerowy to pierwsza część szpiegowskiego thrillera osadzonego w realiach politycznych ostatnich lat. Kulisy walki wywiadów w której nawet wróg może okazać się sojusznikiem.

Jakub Ritter – dziennikarz od zawsze. Studiował na Uniwersytecie Warszawskim i od tego czasu bez przerwy szwenda się po redakcjach bo „atmosfera newsroomu jest bardziej ekscytujące niż gazeta następnego dnia”. W dziennikarstwie zaczynał od robienia kawy dla kolegów. Ale najlepiej się czuje przed pustą kartką papieru. Przeczytał chyba wszystkie książki na temat wywiadu, jakie się pojawiły, i uważa, że John le Carré jest absolutnym geniuszem, a Tom Clancy wygrał zimną wojnę. Uwielbia podróżować, gdzie się tylko da – od Chicago, poprzez Hanower, Moskwę, Cavtat, po Jezioro Ochrydzkie – i ślady owych podróży znajdziecie na kartach tej i następnych książek.

Piotr Sieńko – były dziennikarz, który w swoim dawnym reporterskim życiu opisywał gangsterskie historie kryminalnej stolicy i nie tylko. Odszedł z zawodu, ale nie porzucił pisania. Z wykształcenia jest politologiem. Ukończył również bezpieczeństwo narodowe na Uniwersytecie Warszawskim oraz zarządzanie bezpieczeństwem ękonomicznym państwa w Collegium Civitas w Warszawie. Kiedy go zapytać, co najbardziej lubi, odpowie, że chodzić po górach. Może właśnie dlatego jest ratownikiem górskim Grupy Jurajskiej GOPR.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)

Liczba stron: 859

Oceny
4,8 (40 ocen)
33
5
2
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
Tatek

Dobrze spędzony czas

Coś na koniec się zgubiłem. Całościowo super. Tylko na poaczątku cofanie się w czasie niezbyt dobrze się czytało.
10
Jagusiab2020

Nie oderwiesz się od lektury

Rewelacja! W końcu jest kolejna polska seria na miarę Severskiego.
11
janusz60

Nie oderwiesz się od lektury

Swietna lektura, wcigajaca i intrygujaca. trudno sie oderwac. Autorzy naprawde zrobili dobra robote.
00
UrszulaLila

Całkiem niezła

Opowiedziana historia to bardziej reportaż niż beletrystyka. Za mało emocji.
00
Tomasz1920

Nie oderwiesz się od lektury

Nie mogę się doczekać kontynuacji.Polecam
01

Popularność




Prolog

War­szawa, 3 lutego 2015, wto­rek Sie­dziba Służby Wywiadu Woj­sko­wego

Wysoka komi­sjo, chcia­łam zło­żyć oświad­cze­nie. Mogę już? Dzię­kuję. Nazy­wam się Klara Klin­ger. Kapi­tan Klara Klin­ger. Od 2004 roku jestem ofi­ce­rem Inspek­to­ratu Woj­sko­wych Służb Infor­ma­cyj­nych, a póź­niej Służby Wywiadu Woj­sko­wego. Od samego początku w Depar­ta­men­cie Wywiadu Ope­ra­cyj­nego. Od 2007 do 2009 roku w Pol­skim Kon­tyn­gen­cie Woj­sko­wym w Islam­skiej Repu­blice Afga­ni­stanu. Zosta­łam odzna­czona Krzy­żem Koman­dor­skim Orderu Krzyża Woj­sko­wego. Otrzy­ma­łam go z rąk pre­zy­denta Lecha Kaczyń­skiego. Krzyż Kawa­ler­ski dosta­łam od pre­zy­denta Bro­ni­sława Komo­row­skiego. Oba uza­sad­nie­nia wciąż pozo­stają tajne. Dwu­krot­nie ranna.

Do zespołu ope­ra­cyjno-inspek­cyj­nego zosta­łam skie­ro­wana decy­zją szefa służby po śmierci naukowca z Woj­sko­wego Insty­tutu Che­mii i Radio­me­trii oraz serii podob­nych zgo­nów w kra­jach NATO. Póź­niej zaczę­li­śmy podej­rze­wać, że mamy w naszej służ­bie kreta… No a jesz­cze póź­niej stało się to, co się stało…

Swoje zezna­nia skła­dam przed komi­sją świa­doma odpo­wie­dzial­no­ści kar­nej i służ­bo­wej. Przed zło­że­niem zeznań chcę oświad­czyć, że jestem dumna z tego, co udało nam się z zespo­łem w tej spra­wie osią­gnąć, a wysoką komi­sję ser­decz­nie pier­dolę… Dzię­kuję i cze­kam na pyta­nia. Są jakieś?

CZĘŚĆ I

REKRUTER

Iwano-Fran­kiwsk Ukra­ina, 12 grud­nia 2012, środa Naro­dowy Uni­wer­sy­tet Nafty i Gazu

Odło­żył pióro i spoj­rzał na swoje ręce. Po raz pierw­szy w życiu Sier­hij Zachar­czenko widział, że jego dło­nie drżą, wpa­dają w prze­dziwny rezo­nans. Patrzył, jak owo drże­nie prze­ka­zują nad­garst­kom, dzielą się nim z przed­ra­mio­nami i ramio­nami, jak bez­wład opa­no­wuje go i sięga wyżej i wyżej, sta­jąc się coraz bar­dziej bole­snym – a on nie jest w sta­nie tego drże­nia opa­no­wać. Obser­wo­wał to fascy­nu­jące zja­wi­sko, oszo­ło­miony i zasko­czony. Był che­mi­kiem, naukow­cem. Ba! Był, do kurwy nędzy, dzie­ka­nem Wydziału Poszu­ki­wań Geo­lo­gicz­nych Iwa­no­fran­kiw­skiego Naro­do­wego Uni­wer­sy­tetu Nafty i Gazu – ale, nie­stety, nie był leka­rzem. Więc choć czuł, że traci kon­trolę nad swoim cia­łem, że dzieje się coś osta­tecz­nego, nie wie­dział, że wła­śnie umiera. Dopiero gdy upadł na pod­łogę, jego mię­śnie zwiot­czały, prze­stały słu­chać zaata­ko­wa­nego przez tok­synę mózgu, a prze­szy­wa­jący ból w mostku napeł­nił Sier­hija Zachar­czenkę stra­chem – i to stra­chem, któ­rego w ciągu całego swego życia ni­gdy nie zaznał – zro­zu­miał, jaki popeł­nił błąd. Tak, ni­gdy, ale to przeni­gdy nie powi­nien kraść pomy­słów swoim pod­wład­nym – myślał, leżąc w kałuży tego, co wypły­wało z jego spodni. A już na pewno – i była to ostat­nia myśl pro­fe­sora Zachar­czenki – chwa­lić się tymi pomy­słami przed opie­ku­nami ze Służby Bez­pie­czeń­stwa Ukra­iny.

Dwo­rzec auto­bu­sowy w Iwano-Fran­kiw­sku był mały, schludny, w środku świeżo odma­lo­wany na biały kolor. Na ław­kach, które bar­dziej paso­wały do pobli­skiego parku niż do sta­cji tran­zy­to­wej, sie­dzieli nie­liczni o tej porze pasa­że­ro­wie. Było dokład­nie tak, jak miało być i jak opi­sała to w SWT, czyli Sytu­acji Wywia­dow­czej Terenu. Jesz­cze w Moskwie – dzięki wyszu­ki­warce Yan­dex.ru – zna­la­zła stronę inter­ne­tową, na któ­rej mogła zoba­czyć roz­kład dwor­co­wych pomiesz­czeń.

Sie­dem kas bile­to­wych, punkt apteczny, jakiś skle­pik, no i pośrodku hali mały, prze­szklony kiosk. Mydło i powi­dło.

– Pestki sło­necz­nika na drogę? No jak, cór­cia? Kupu­jesz czy powie­trze zabie­rasz? – Babka w skle­pie naj­wy­raź­niej uwa­żała się za kró­lową dworca.

„Hafsa” wyglą­dała na co naj­mniej dzie­sięć lat mniej, niż miała w rze­czy­wi­sto­ści. Okre­śle­nie „cór­cia” z ust nie­wiele star­szej kobiety spe­cjal­nie jej nie zdzi­wiło. Dbała o formę, miała spor­tową syl­wetkę, mocne jędrne ciało, które zachwy­cało męż­czyzn i któ­rego nie były w sta­nie zama­sko­wać nawet szare ciu­chy. Wszyst­kie z sie­ció­wek i baza­rów. Jedyne, z czego nie potra­fiła zre­zy­gno­wać pod­czas akcji, to buty. Musiała mieć dobre, roz­cho­dzone. Zawsze tej samej firmy. Popu­lar­nej wśród podróż­ni­ków i żoł­nie­rzy sił spe­cjal­nych.

Sprze­daw­czyni, wychy­la­jąc się przez wąskie okienko kio­sku, podejrz­li­wie łypała na dziew­czynę. – A samo­gon­czik, babko, macie? Tylko żeby jakiś zaba­brany nie był.

Nie bała się, że kobie­cina pozna ją po akcen­cie. Więk­szość star­szych ludzi mówiła tu po rosyj­sku. – Widzi­cie, wódki jej się z rana zachciało – prych­nęła obra­żona sprze­daw­czyni. – A idź ty tam – poka­zała na zewnątrz – tam ci armeń­skiego koniaku do kur­czaka dadzą, kul­tur­nie. A u mnie to tłuszcz z niedź­wie­dzia albo bor­suka… Dobry na płuca i korzonki. A i rany się lepiej goją. Ból mie­sięczny odcho­dzi jak raz­pu­tica w kwiet­niu… – zachwa­lała.

„Hafsa” dotknęła miej­sca, które kie­dyś roz­szar­pała kula afgań­skich rebe­lian­tów.

– Ból ustę­puje? To daj­cie ten z niedź­wie­dzia.

Jesz­cze raz rzu­ciła okiem na wej­ście. Skle­pik oka­zał się dosko­na­łym punk­tem zakry­tej obser­wa­cji. Była czy­sta – po wyj­ściu z gabi­netu Zachar­czenki nikt jej nie śle­dził. I naj­waż­niej­sze, że ani przez chwilę nie poczuła… no, wła­śnie – tego, co czuła, kiedy zaczy­nały się kło­poty.

„Hafsa” poznała sie­bie na tyle, że wie­działa, iż w trak­cie akcji poza okru­cień­stwem składa się jesz­cze tylko ze skon­cen­tro­wa­nej intu­icji. Tę cechę swo­jego cha­rak­teru odkryła 15 lutego 1989 roku. W tele­wi­zji poka­zy­wali, jak gene­rał Borys Gro­mow idzie przez oddzie­la­jący Afga­ni­stan od radziec­kiego Uzbe­ki­stanu most Przy­jaźni. Ostatni radziecki żoł­nierz. Ale żeby Borys Wsie­wo­ło­do­wicz mógł w bla­sku fle­szy błysz­czeć orde­rami, musiał być z tyłu ktoś taki jak ona. Kobieta snaj­per. Wtedy naj­młod­sza i naj­lep­sza w Spec­na­zie. Okrutna cze­czeń­ska marza – wil­czyca.

– Kie­dyś, cór­cia, tego nie było – babka wyrwała ją z odrę­twie­nia.

Kiw­nię­ciem głowy wska­zała na ciemny kąt dworca. „Hafsa” dostrze­gła tam mło­dego zło­dzieja, który bez żenady wycią­gał port­fel z torby star­szej pasa­żerki. Chło­pak mógł mieć z sie­dem­na­ście lat. Czoło zakry­wała mu prze­krzy­wiona „kie­dyś biała” czapka. Od brud­nego mate­riału odci­nał się wielki czer­wony Miszka. Maskotka igrzysk w Moskwie. Zło­dziej spe­cjal­nie się nie krył.

– Widzisz to? Co za czasy! Kie­dyś za Sowka1 to o tej porze zło­dzieje jeź­dzili do Ode­ssy na wczasy. Poważ­nie mówię. Nikt nie kradł. Za to latem wory wybie­rali Krym – sprze­daw­czyni roz­ma­rzyła się na sekundę – i kro­ili urlo­po­wi­czów na potęgę. A teraz to nawet mili­cja krad­nie przez okrą­glutki rok. Ja im płacę kry­sze za mój kiosk w każdy pią­tek – babka splu­nęła i znów scho­wała się za szybką.

„Hafsa” wolała nie przy­glą­dać się zło­dzie­jowi. Nie chciała ścią­gnąć jego wzroku. I kło­po­tów.

Moskwa, tego samego dnia Ulica Bol­szaja Dmi­trowka, restau­ra­cja Bar­ba­rzyńca

Restau­ra­cja Ana­to­lija Kroma nie była ani naj­droż­szym, ani nawet naj­po­pu­lar­niej­szym loka­lem w Moskwie. Nie nale­żała też do tych kilku sto­łecz­nych gastro­no­micz­nych świą­tyń – jak choćby A.V.E.N.U.E w Bar­wi­sze – gdzie obo­wiąz­kowo trzeba się było poka­zać. W odróż­nie­niu od A.V.E.N.U.E w restau­ra­cji u Kroma nie bywały gwiazdki pop, gita­rzy­ści zespołu Lube, naćpani pre­zen­te­rzy czy cicho­dajki z ambi­cjami, które za torebkę od Louis Vuit­tona z kra­sno­gor­skiego Cro­cusa gotowe były oddać marze­nia o knia­ziu Iwa­nie. W bonu­sie z cnotą i trój­ką­ci­kiem z naj­lep­szą kole­żanką z podwórka.

Gene­rał major Igor Dimi­tri­je­wicz Ser­gun był zastępcą szefa GRU. Odpo­wia­dał za sprawy ope­ra­cyjne i cały ten moskiew­ski cyrk miał głę­boko w dupie. Zor­ga­ni­zo­wał striełkę, czyli spo­tka­nie w celu roz­wią­za­nia pro­ble­mów, w Bar­ba­rzyńcy, bo lubił widok na Moskwę. Cenił szla­ban przy wjeź­dzie do restau­ra­cji i fakt, że Ana­to­lij Krom był tak samo dys­kretny przy sto­liku, jak per­fek­cyjny w kuchni. Dzi­siaj gene­rał nie tylko zare­zer­wo­wał całą salę, ale także popro­sił Ana­to­lija o opróż­nie­nie budynku. Krom bez zbęd­nych pytań wypro­sił gości z restau­ra­cji, a pra­cow­ni­ków zwol­nił do domów. Pozwo­lił rów­nież, by na godzinę przed striełką ludzie gene­rała prze­cze­sali cały lokal. Na koniec, już bez pyta­nia, męż­czyźni w kiep­skich gar­ni­tu­rach zało­żyli na szy­bach restau­ra­cji spe­cjalne dud­niki unie­moż­li­wia­jące lase­rowy pod­słuch z sąsied­nich budyn­ków.

Powód tych wszyst­kich zabie­gów sie­dział przed gene­ra­łem: Wła­di­mir Iwa­no­wicz Ryb­kin, szef Rus­Gazu. Zamy­ślony pięć­dzie­się­cio­letni męż­czy­zna w mary­narce i deli­kat­nym, kre­mo­wym gol­fie, które pew­nie kosz­to­wały wię­cej niż samo­chód gene­rała. Teraz Wła­di­mir Iwa­no­wicz zer­kał na ekran smart­fona. Naj­wy­raź­niej deli­kat­ność i fine­zja leżą­cych na taler­zach policz­ków cie­lę­cych, emul­sji z niedź­wie­dziego czosnku i zie­lo­nych mig­da­łów czy nawet sor­betu z zie­lo­nego ogórka i piany z kefiru kom­plet­nie nie robiła na pre­ze­sie wra­że­nia. Wycią­gnął za to w kie­runku Ser­guna tele­fon i popu­kał pal­cem w wyświe­tlacz.

– Czy­ta­łeś Prime? – Ryb­kin spoj­rzał wil­kiem znad apa­ratu.

Prime to naj­więk­sza rosyj­ska agen­cja infor­ma­cji gospo­dar­czej. Gene­rał wie­dział, o któ­rej depe­szy mówi jego gość. Pre­zen­te­rzy Wied­mo­sti powta­rzali ją od samego świtu. W każ­dym ser­wi­sie sły­chać było ten sam tekst:

Czte­ry­sta dzie­więć­dzie­siąt pięć miliar­dów metrów sze­ścien­nych, a za rok sporo ponad pięć­set miliar­dów. Nasz rosyj­ski Gaz­trans jest od dziś naj­więk­szą publiczną spółką na świe­cie!!! Kon­tro­luje szes­na­ście pro­cent udo­ku­men­to­wa­nych rezerw gazu od Kam­czatki do Ancho­rage. Zatrud­nia czte­ry­sta czter­dzie­ści pięć tysięcy osób. Wyprze­dzi­li­śmy Petro­China, Essona i Micro­tech. Kon­cer­nowi udało się osią­gnąć dosko­nałe wyniki zarówno w sfe­rze wydo­by­cia, jak i posze­rza­nia ryn­ków zbytu. Jak oświad­czył na dzi­siej­szej kon­fe­ren­cji pra­so­wej pre­zes zarządu Alek­siej Mul­ler, suk­ces firmy nie byłby moż­liwy bez wzo­ro­wej współ­pracy z Radą Mini­strów. Ale dla niego – dodał pre­zes Mul­ler – naj­waż­niej­sze były oso­bi­ste wska­zówki i uważne rady samego pre­zy­denta Fede­ra­cji.

To jed­nak nie koniec dobrych infor­ma­cji dla pre­zesa, zarządu i rady nad­zor­czej. Dzi­siaj rano sąd zakoń­czył spór Rus­Gazu i Gaz­transu o dostęp do infra­struk­tury tego dru­giego dla kon­ku­ren­cyj­nych pro­jek­tów gazo­wych na wyspie Sacha­lin. Sąd arbi­tra­żowy orzekł, że rury pro­jektu Gaz­transu Sacha­lin 2 nie zostaną udo­stęp­nione dla pro­jektu Sacha­lin 1 nale­żą­cego do Rus­Gazu. To może zachwiać pozy­cją pre­zesa Ryb­kina, o któ­rego dymi­sji mówi się w Moskwie już od kilku tygo­dni.

Spra­wie przy­gląda się na­dal Fede­ralna Agen­cja Anty­mo­no­po­lowa, aby usta­lić, czy korzystna dla Gaz­transu i pre­zesa Mul­lera blo­kada rur jest zgodna z pra­wem o wol­nej kon­ku­ren­cji.

Sądząc jed­nak po wypo­wie­dzi pre­zy­denta Wła­di­mira Wła­di­mi­ro­wi­cza, który sko­men­to­wał świetne wyniki Gaz­transu sło­wami Nikity Sier­gie­je­wi­cza Chrusz­czowa: „Dognat i pie­rie­gnat Amie­riku”, co dzi­siaj, dzięki Gaz­tran­sowi, wresz­cie się udało! – to pre­zes Mul­ler może być spo­kojny o przy­szłość pro­jektu Sacha­lin 2. Ale pre­zes Mul­ler może przede wszyst­kim być spo­kojny o swoje oso­bi­ste per­spek­tywy na fotelu naj­po­tęż­niej­szego biz­nes­mena świata.

Dla­tego Wowa Ryb­kin, który nie­na­wi­dził Mul­lera uczu­ciem rów­nie czy­stym, co potęż­nym, sie­dział, jakby mu ktoś kawior wysma­ro­wał musz­tardą. Gene­rała majora nawet to bawiło.

– A to prawda, że Mul­ler i Gaz­trans wresz­cie zwo­do­wali naj­więk­szy sta­tek do prze­wozu skro­plo­nego gazu… – Ser­gun udał gwał­towny atak skle­rozy. – Wowa, bądź tak łaskaw, przy­po­mnij, jak się nazywa ten lewia­tan?

– „Wielki Jeni­sej” się nazywa…

– Ponad sto sie­dem­dzie­siąt tysięcy metrów sze­ścien­nych w ładow­niach. Nu, ładno! Gaz­trans rzą­dzi! Mul­ler zuch!

Ryb­kin wzdry­gnął się po ostat­nich sło­wach Ser­guna.

– Wiesz, gene­rale, co to dla mnie ozna­cza?

– No co, Wowa?

– Kło­poty. Bo jak w tele­wi­zji cały czas mówią o Gaz­tran­sie i poka­zują para­zita Mul­lera, to ktoś sobie pomy­śli: wot moło­diec Mul­ler. A ten Ryb­kin? Cicho o nim. Musi nie­udacz­nik jakiś! To po co nam taki nie­udacz­nik. Na pysk z nim.

– Mówią, bo coś mówić muszą. Jutro prze­staną.

– Nie­prawda. Widać, że Wła­di­mir Wła­di­mirowicz dał Mul­le­rowi pilota do wszyst­kich mediów. Pro­mują go. Jesz­cze mie­siąc, góra dwa i nawet moi pod­władni będą cho­dzić do Gaz­transu po awanse. Z dono­sami na mnie w pre­zen­cie.

Ryb­kin przy­su­nął sobie sala­terkę z sor­be­tem. Nie zaczął jeść, tylko ner­wowo dzio­bał łyżką.

– Nie będą nawet cze­kać, aż dostanę kopa w dupę – uświa­do­mił sobie i jesz­cze bar­dziej się skrzy­wił.

Wpa­try­wał się w top­nie­jącą lodową maź. Wyglą­dał, jakby chciał wyczy­tać w niej swoją przy­szłość. – Nie prze­sa­dzaj. „Głów­no­do­wo­dzący” lubi, jak wła­dza stoi na dwóch nogach. Gaz­trans mu rośnie jak na droż­dżach, ale nie będzie się pozby­wał Rus­Gazu. Boh trojcu lubit, ale nasz car dwójkę woli.

I co z tego? – pomy­ślał Ryb­kin. – Odstawi mnie na boczny tor bez mru­gnię­cia okiem. Potem wymieni na now­szy model.

Ta myśl nie popra­wiła mu humoru. Zamie­szał łyżeczką zie­loną maź, która powstała w czarce w miej­sce ogór­ko­wego deseru. Po dłuż­szej chwili ode­zwał się:

– Wiesz, że twój ser­deczny nie­przy­ja­ciel Borot­ni­kow bie­sia­do­wał z Iwan­ko­wem? W Soczi. Dwa tygo­dnie temu byli w ośrodku olim­pij­skim Gaz­transu. Obaj pano­wie dostali oso­bi­ste zapro­sze­nie od Mul­lera.

Ryb­kin spode łba obser­wo­wał reak­cję gene­rała.

Ser­gun czuł do dwóch wymie­nio­nych dokład­nie to samo co jego roz­mówca do Mul­lera. Iwan­kow był wpły­wo­wym sze­fem pre­zy­denc­kiej admi­ni­stra­cji. Bort­ni­kow sze­fo­wał FSB. Od dłuż­szego czasu ten drugi sta­rał się na Kremlu zablo­ko­wać rosnące wpływy Ser­guna.

– Bar­dzo nie chcieli, żeby ich widziano. – Ryb­kin uznał, że może kon­ty­nu­ować. – Na szczę­ście są jesz­cze dobrzy ludzie.

Szef Rus­Gazu poka­zał gene­ra­łowi ekran smart­fona i zdję­cie zro­bione w Soczi. Widać na nim było trzech męż­czyzn w kom­bi­ne­zo­nach nar­ciar­skich na jed­nym ze sto­ków kurortu Roza Chu­tor w rejo­nie Kra­snej Polany. Iwan­kow, Borot­ni­kow, Mul­ler.

– Cie­kawe, prawda? Sporo za tę foto­gra­fię zapła­ci­łem.

Ryb­kin po raz kolejny się mylił. Sądził, że zasko­czy gene­rała. Tym­cza­sem Ser­gun dosko­nale wie­dział o tym spo­tka­niu. I to zanim do niego doszło. Dla­tego jego agent poja­wił się na stoku. Sfo­to­gra­fo­wał trójkę „czy­now­ni­ków” i zgod­nie z roz­ka­zem Ser­guna prze­ka­zał foto­gra­fię Ryb­kinowi. Gene­rał nie miał tylko poję­cia, że przy oka­zji agent doro­bił sobie do pen­sji.

– Co ty powiesz, Wowa! – Gene­rał udał zdzi­wie­nie, przy­glą­da­jąc się zdję­ciu, a Ryb­kin poczuł się pew­niej.

– Pomy­śla­łem, że może cię to zain­te­re­suje. Mogli­by­śmy połą­czyć siły, gene­rale, i…

– …I obaj pójść na dno?

Ser­gun dobrze się bawił. Chciał, żeby pre­zes jesz­cze się pode­ner­wo­wał. Powi­nien doj­rzeć do pro­po­zy­cji, którą mu za chwilę złoży.

I rze­czy­wi­ście tak się stało. Pre­zes poczer­wie­niał.

– Jeśli prze­wi­dy­wane zyski Gaz­transu okażą się zgodne z rapor­tami i ana­li­zami, to za dwa lata Mul­ler, Borot­ni­kow i Iwan­kow będą mieli środki, żeby kupić sobie wszystko. Rozu­miesz? Wszystko! Łącz­nie z pre­zy­den­tem, pre­mie­rem i Radą Naj­wyż­szą. I sprze­dać wszystko, łącz­nie z tobą i ze mną. I nikt im w tych trans­ak­cjach nie prze­szko­dzi. Ani w Rosji, ani w Euro­pie. Nawet nie będą się musieli pytać o zda­nie tego małego peters­bur­skiego pidora.

Obra­ża­nie pre­zy­denta nie było dobrym spo­so­bem na utrzy­ma­nie stołka w Moskwie. Ryb­kin był naj­wy­raź­niej zde­spe­ro­wany.

– Uwa­żaj, Wowa. Ja cię lubię, ale pal­niesz kie­dyś taką głu­potę przy żonie i źle się skoń­czy. Donie­sie komu trzeba i zabiorą ci klu­czyki do samo­lotu – zaśmiał się Ser­gun.

Cała sytu­acja coraz bar­dziej go bawiła. Biz­nes­men nawet się nie domy­ślał, że jego ostat­nie pro­blemy to rów­nież zasługa gene­rała. Ser­gun od kilku mie­sięcy odci­nał szefa Rus­Gazu od wpły­wów na Kremlu. Było mu to potrzebne do zre­ali­zo­wa­nia planu. Chciał, żeby Ryb­kin zmiękł przed dzi­siej­szą, decy­du­jącą roz­mową.

Pre­zes nie dawał za wygraną. Rze­czy­wi­ście sta­wiał wszystko na jedną kartę.

– Boisz się, gene­rale? A może wresz­cie zaczniesz dzia­łać? Bo jak dłu­żej będziesz zwle­kał… to Borot­ni­kow cię w końcu zała­twi.

– Mówisz, że się boję? Mój drogi… Strach jest jak… jak… – Ser­gun szu­kał odpo­wied­niego słowa – jak kręgi na wodzie. Pie­nią­dze i wie­dza, mój drogi Wowa, to z kolei kamie­nie. Wrzu­cisz je do jeziora, poja­wią się kręgi. Wywo­łasz strach, ludzie będą się cie­bie słu­chać.

– Pie­nią­dze i wie­dza… – Pre­zes nie bar­dzo wie­dział, o czym gene­rał mówi.

– Dokład­nie tak! Nawet car boi się takiego połą­cze­nia. Ja mam wie­dzę, ty masz pie­nią­dze, czego mie­li­by­śmy się bać?

– Pew­nie. Tylko Mul­ler ma wię­cej pie­nię­dzy niż ja. A Bort­ni­kow ma wię­cej wie­dzy niż… – Ryb­kin, zacząw­szy to zda­nie, zaraz się zre­flek­to­wał. – Ale dla­czego mówisz, gene­rale, że ja mam pie­nią­dze? Rus­Gaz ma. Ja nimi tylko zarzą­dzam!

Ser­gun uśmiech­nął się zło­śli­wie. „Raspił babła”, czyli roz­pru­wa­nie pań­stwo­wej kasy, było na szczy­tach krem­low­skiej wła­dzy tak powszechne, tak akcep­to­wane i tak oczy­wi­ste jak oddy­cha­nie. Ryb­kin mógł sobie daro­wać fary­zej­skie tek­sty. Posta­no­wił się z nim tro­chę podraż­nić.

– Masz rację Wowa. W porów­na­niu z pie­niędzmi Rus­Gazu te miliony euro, któ­rymi obraca fun­dusz z Lozanny, a które pozwa­lają two­jej pięk­nej córce opła­cać cze­sne w Cam­bridge, czy miliony wyco­fane z fun­duszu hed­gin­go­wego Gal­leon Group, które zapar­ko­wano w Szwaj­ca­rii, nie mówiąc o fir­mach i inwe­sty­cjach w Azji albo, popraw, jeśli się mylę, konta w rajach podat­ko­wych na Wyspach Zawietrz­nych, tak, w porów­na­niu z pie­niędzmi Rus­Gazu to wszystko są kopiejki.

Ryb­kin zbladł, opa­no­wał się i nie wytarł nagle zapo­co­nego czoła. Już wie­dział, jak czuje się kaczka na polo­wa­niu.

– Spo­koj­nie. Nie dener­wuj się – kon­ty­nu­ował gene­rał. – Mnie twoje kopiejki nie inte­re­sują. Jeśli się doga­damy, to nie tylko pozbę­dziesz się kło­po­tów, ale i rubelka pod­nie­siesz. I to nie jed­nego.

Chwilę mil­czeli. Pauza była potrzebna, żeby szef Rus­Gazu prze­my­ślał swoją nową sytu­ację. – No dobrze, powiedz, jaki masz plan. – Ryb­kin odło­żył sor­bet i się­gnął po zmro­żoną butelkę wódki.

– Chwila, chwila… Żeby zro­zu­mieć, musisz pomy­śleć sze­rzej. Jeśli oba­lisz szefa Gaz­transu, a ja pozbędę się Borot­ni­kowa, to Wła­di­mir Wła­di­mirowicz zaraz znaj­dzie ich następ­ców. I po chwili będziemy mieli kolejny pro­blem. Zamiast pół­środ­ków musimy razem zmie­nić reguły tej gry.

– Ale jak?

Ser­gun wygod­niej się roz­siadł.

– Na razie, drogi Wowa, zanim wytłu­ma­czę ci swój plan, będziesz musiał mi zaufać i głę­biej się­gnąć do kie­szeni. – Pod­sta­wił roz­mówcy swój kie­li­szek.

– Tylko się nie dener­wuj – dodał szybko, widząc skrzy­wioną minę Ryb­kina. – Cho­dzi o kie­szeń Rus­Gazu. Nie o twoją.

Poczuł w gar­dle ostry pio­łun alko­holu. Pową­chał chleb. Widział, że Ryb­kin wła­ści­wie już pod­jął decy­zję. Wystar­czył osta­teczny argu­ment.

– Tylko pamię­taj, Wowa: jest szansa na naprawdę duże pie­nią­dze.

– Jak duże? – Ryb­kin obli­zał wargi.

– A który kraj chciał­byś sobie kupić, Wowa?

W restau­ra­cji zapa­dła cisza. Ryb­kin znów roz­lał wódkę. Wypili. Umowa została zawarta. Teraz przy­szedł czas na przed­sta­wie­nie planu.

Iwano-Fran­kiwsk, 13 grud­nia 2012, czwar­tek Plac Dwor­cowy

„Hafsa” prze­szła kil­ka­set metrów ulicą Główną w kie­runku bul­waru Czka­łowa. Na przy­stanku wsia­dła w tro­lej­bus linii 3A. Ruszyła w stronę pro­spektu Gaga­rina. Tro­lej­bus szar­pał i pod­ska­ki­wał na wyszczer­bio­nej kostce. Jesz­cze sie­dem­na­ście minut i powinna być na dworcu. Jechali w niskim kanio­nie dwu­pię­tro­wych domów, ulicą wąską, przy­sa­dzi­stą, która nijak nie przy­po­mi­nała sze­ro­kich arte­rii Moskwy.

3A zapar­ko­wał w brud­nym śniegu, a ludzie z tobo­łami pako­wali się do cie­płej przy­stani dworca. „Hafsa” spoj­rzała na tani zega­rek. Sekre­tarka Zachar­czenki wła­śnie w tym momen­cie powinna wie­szać płaszcz w gabi­ne­cie. Dopiero po następ­nych pięt­na­stu minu­tach wej­dzie pod­lać kwiatki. Wtedy zoba­czy ciało. Miała czas… Nasu­nęła chu­stę na czoło, owi­nęła się sza­li­kiem i jak zmę­czona urzęd­niczka niż­szej rangi z koman­di­rowką w kie­szeni ruszyła na dwor­cowy peron. Była 8:35.

Dokład­nie tak, jak prze­wi­działa, na dwo­rzec wjeż­dżała wła­śnie elek­triczka do Oknicy. Spraw­dziła kie­szeń płasz­cza – odli­czone sto hry­wien dla pro­wid­nyka cze­kało na swoim miej­scu. Nikt mnie nie zapa­mięta. A nawet jakby, to co z tego? Który z pro­wid­ny­ków przy­zna się SBU, że dostał wziątkę za plac­kartę? Za dwie godziny z hakiem będę już w bez­piecz­nym lokalu w Kiszy­nio­wie.

Na pero­nie minęła baby z garn­kami i tor­bami. Zapach­niało jej ware­ni­kami. Dopiero teraz dopadł ją głód. Dała dzie­sięć hry­wien, zabrała paczuszkę i od razu poczuła przy­pływ ener­gii.

Posta­no­wiła, że z wyko­na­niem następ­nych zle­ceń gene­rała Ser­guna nie będzie cze­kała.

Jak­bym zawsze słu­chała roz­ka­zów mądrali z Akwa­rium, leża­ła­bym mar­twa w górach Afga­ni­stanu.

Odru­chowo dotknęła miej­sca, gdzie afgań­ska kula wyszar­pała jej kawał mię­śnia. Boli. Trzeba będzie posma­ro­wać sadłem niedź­wie­dzia.

Pie­przeni gene­ra­ło­wie, ni­gdy nie pobru­dzili sobie pago­nów – pomy­ślała. – Ich nic nie boli. Chyba że łeb na kacu.

Wsia­dła do wagonu. Na kola­nach roz­ło­żyła ware­niki – takie jakie lubiła naj­bar­dziej: z nadzie­niem peł­nym skwa­rek. Zaczęła jeść.

Z następ­nym celem nie powinno być wię­cej kło­po­tów niż z tym zbo­czo­nym pija­czyną, pro­fe­sor­kiem z Iwano-Fran­kiw­ska – pomy­ślała, zaja­da­jąc się pie­ro­gami. – Łatwi­zna. Naukowcy. Zała­twimy to bez­bo­le­śnie i szybko. Mam w dupie, co mówi Akwa­rium.

Gru­zja, maj 2013 Port Poti, misja OBWE

Robert Rapacki otwo­rzył oczy. Był w gru­ziń­skim por­cie w Poti, nie­da­leko gra­nicy z Abcha­zją. Czuł, że cały drży. Leżał spo­cony na twar­dym łóżku, a w uszach sły­szał war­kot roto­rów śmi­głowca MEDE­VAC-u. Sku­lił się na łóżku, scho­wał w mokrym śpi­wo­rze i powoli przy­zwy­cza­jał do myśli, że nie jest już w bazie pod Kabu­lem. Rana na skroni pie­kła, a śmi­gło­wiec odda­lał się wraz ze snem. Ciem­ność prze­ra­żała.

Wyma­cał na szafce papie­rosy. Obok leżało jego ulu­bione zippo z wygra­we­ro­wa­nym pol­skim orłem. Z krze­sła ścią­gnął kurtkę. Cicho, tak by nie obu­dzić śpią­cego na pry­czy żoł­nie­rza, wyszedł na zewnątrz kon­te­nera. Na wodach Morza Czar­nego księ­życ kre­ślił jasną prze­siekę. Port w Poti – tak jak Rapacki – wła­śnie budził się ze snu. Noc na gru­ziń­skim wybrzeżu była wyjąt­kowo chłodna. Słony, wil­gotny zapach bijący od morza przy­wra­cał jed­nak trzeź­wość, doda­wał mu sił. Może uda się prze­trwać jesz­cze te parę godzin. Wycią­gnął papie­rosa i dłuż­szą chwilę pró­bo­wał go zapa­lić. Chy­bo­tliwy ognik, drże­nie ust. Czuł, że wszystko powraca. Papie­ros zgasł.

– Zły sen? – W ciem­no­ści poja­wiła się przed nim ręka z zapal­niczką. Obok stał gru­ziń­ski żoł­nierz.

– Sen jest dobry. To rze­czy­wi­stość jest zła – odpo­wie­dział.

Zarzu­cił na sie­bie woj­skową kurtkę z nie­wielką szarą kotwicą Pol­ski Wal­czą­cej. Zacią­gnął się dymem. Spo­kój. Znów był żoł­nie­rzem.

Lozanna, Szwaj­ca­ria, 10 stycz­nia 2013, czwar­tek

Pre­zes Ryb­kin stał chwilę przed budyn­kiem, jakby roz­wa­żał, czy ruszyć przed sie­bie, czy też może dać sobie szansę i zawró­cić, kiedy jesz­cze można. Był roz­darty. Pójść na wojnę z Krem­lem? Zary­zy­ko­wać wszystko, pró­bu­jąc oszu­kać pre­zy­denta? Pod­dać się?! Im dłu­żej o tym myślał, tym więk­szego nabie­rał prze­ko­na­nia, że plan Ser­guna może wypa­lić. Gene­rał nie chciał mu na razie zdra­dzać wszyst­kich szcze­gó­łów. Wła­ści­wie led­wie podał nutę, ale Ryb­kin i tak wyczuł melo­dię. Szef Rus­Gazu miał wiele wad, ale pie­nią­dze potra­fił wywę­szyć nawet spod ziemi.

Ryb­kin przy­go­to­wał więc listę, scho­wał ją do fir­mo­wego nese­sera, zamknął szy­frowy zamek i uru­cho­mił ukryty w środku ładu­nek mio­ta­jący. Po szyb­kim raj­dzie przez mia­sto, jechał w końcu na sygnale, dotarł na lot­ni­sko Sze­re­mie­tiewo. Po trzech godzi­nach wylą­do­wał w Gene­wie. Na lot­ni­sku Coin­trin prze­siadł się do śmi­głowca AS-355 pod­sta­wio­nego przez firmę Heli­Lau­sanne i w końcu zna­lazł się u celu.

Teraz stał, wpa­try­wał się w budy­nek i nie był w sta­nie zro­bić kroku. Wie­dział, że wła­śnie od tego jed­nego kroku będą zale­żeć jego dal­sze losy. Mógł się pod­dać, odejść z Rus­Gazu. Wyje­chać z Moskwy i uciec na sło­neczne plaże Wysp Zawietrz­nych. Miał tam wystar­cza­jąco dużo pie­nię­dzy. Ale to ozna­czało, że przez całe swoje dal­sze życie – aż po jego osta­teczny kres – będzie musiał każ­dego dnia oglą­dać się za sie­bie. Zapo­mnieć o wła­dzy i lubią­cych wła­dzę kobie­tach wyda­wało się mniej ważne; przede wszyst­kim przyj­dzie mu już zawsze bar­dzo, bar­dzo mocno się modlić, żeby w Moskwie w końcu o nim zapo­mniano. A to było nie­stety nie­moż­liwe. Za dużo w tym mie­ście prze­żył i za dużo widział. Roz­wią­za­niem była więc oferta gene­rała. Ryzy­kowna, nie­bez­pieczna, ale jedyna.

– Job twoju – prze­klął. – Kto nie ryzy­kuje, kawioru nie je.

Prze­tarł ręka­wem spierzch­nięte usta. Czuł się, jakby zaraz z Alp w stronę Jeziora Genew­skiego miał zejść cie­pły i suchy fen, który zawsze odbiera dech i wyzwala w doli­nach sza­leń­stwo.

Zro­bił krok, drugi, trzeci… Wszedł do lobby, poka­zał tyta­nową kartę ban­kową, a por­tier przy­wo­łał windę. Wje­chał na górę. Ściany w pokoju gościn­nym pokry­wała boaze­ria z drewna kauri. Wła­di­mir poczuł, jakby zna­lazł się w środku orze­cha, choć gruby bur­gun­dowy dywan, rząd por­tre­tów ojców zało­ży­cieli i rzeźba Mito­raja w rogu westy­bulu krzy­czały: tra­fi­łeś do miej­sca, gdzie rodzą się pie­nią­dze. Jego pry­watny ban­kier cze­kał przy drzwiach i wyglą­dał jak kolejny eks­po­nat w tej bar­dzo dro­giej eks­po­zy­cji.

– Pri­viet, Wła­di­mir – usły­szał.

– Ça me fait pla­isir de te voir, Peter – odpo­wie­dział i uści­snął wypie­lę­gno­waną dłoń doradcy klien­tów VIP. – Mam wra­że­nie, stary przy­ja­cielu, że dziś zro­bimy inte­res życia.

Peter Fogel mógł mieć koło pięć­dzie­się­ciu pię­ciu lat. Był mistrzem w pomna­ża­niu kapi­tału. Ale był też sie­rotą po nie­miec­ko­ję­zycz­nych rodzi­cach, wycho­wy­wał się w jed­nym z nie­sław­nych kin­der­heim, kal­wiń­skich domów dziecka, z któ­rych co naj­mniej do połowy lat pięć­dzie­sią­tych wynaj­mo­wano rol­ni­kom dzieci jako tanich pra­cow­ni­ków oko­licz­nych farm. Dla Petera ten skan­dal był sta­ran­nie prze­mil­cza­nym wspo­mnie­niem. On tra­fił do kin­der­heim w Neuchâtel.

Gdy już go skoń­czył, Foglem zaopie­ko­wała się star­sza nauczy­cielka fran­cu­skiego. Tak go polu­biła, że posta­no­wiła usy­no­wić chło­paka. Opła­ciła Pete­rowi stu­dia na wydziale zarzą­dza­nia Uni­wer­sy­tetu w Gene­wie, a póź­niej pole­ciła przy­ja­cie­lowi rodziny. Męż­czy­zna od 1938 roku kie­ro­wał dys­kretną insty­tu­cją finan­sową z sie­dzibą w Lozan­nie.

Glo­bal Pri­vate Found. Pod­czas wojny firma wzbo­ga­ciła się na żydow­skich depo­zy­tach skła­da­nych przez zde­spe­ro­wa­nych ucie­ki­nie­rów z Pragi, War­szawy, Wied­nia. Póź­niej doszły fun­du­sze ich nazi­stow­skich mor­der­ców, któ­rzy ucie­kali w te same rejony – do Argen­tyny czy Para­gwaju. Peter Fogel swoją karierę w Glo­bal Pri­vate Found zaczął pod koniec lat osiem­dzie­sią­tych ubie­głego wieku. Począt­kowo nie działo się wiele. Aż pew­nego dnia runął ber­liń­ski mur.

I wtedy poja­wił się tu po raz pierw­szy Wowa Ryb­kin.

Żeby prze­kro­czyć próg budynku, musiał się wyka­zać mająt­kiem wyso­ko­ści co naj­mniej pię­ciu milio­nów fran­ków szwaj­car­skich. W kra­cia­stych waliz­kach, wypo­ży­czo­nych z maga­zynu Kisło­wodz­kiego Kom­bi­natu Meta­lur­gicz­nego, któ­rym Ryb­kin na początku sza­lo­nych lat dzie­więć­dzie­sią­tych kie­ro­wał, przy­wiózł je pro­sto na kanapę w Lozan­nie. Wysy­pał i dumny spo­glą­dał na zasko­czoną twarz szwaj­car­skiego ban­kiera.

Kiedy ban­kier Peter Fogel wresz­cie prze­stał się śmiać, wygło­sił dłu­gie oświad­cze­nie: – Doko­na­nie prze­lewu z konta w Rosji na wła­sny rachu­nek zagra­niczny w Szwaj­ca­rii jest z punktu widze­nia rosyj­skiego prawa ope­ra­cją nie­le­galną, drogi towa­rzy­szu Ryb­ki­nie. Grozi za nią umowna kara w wyso­ko­ści trzech czwar­tych sumy ope­ra­cji. Aby uzy­skać prawo do doko­ny­wa­nia takich prze­le­wów, trzeba miesz­kać poza gra­ni­cami Rosji w okre­sie dłuż­szym niż sześć mie­sięcy w ciągu roku i tam pro­wa­dzić dzia­łal­ność gospo­dar­czą. Stwa­rza to jed­nak poważne pro­blemy, gdy cho­dzi o pła­ce­nie podat­ków w Rosji…

Rosja­nin obra­żony zaczął zgar­niać gotówkę z powro­tem do walizki (Nie chcesz moich pie­nię­dzy, to nie – myślał wku­rzony), ale Peter Fogel był szyb­szy, poło­żył rękę na pie­nią­dzach i szybko dodał:

– Pro­szę się tym jed­nak nie przej­mo­wać. Prze­cież pan nie doko­nuje prze­lewu, tylko wpłaca gotówkę, więc pro­blemu nie ma. Witam pana w gro­nie klien­tów Glo­bal Pri­vate Found!

Od tej chwili Szwaj­car był mu bliż­szy niż żona czy kochanka. Inwe­sto­wał jego pie­nią­dze i ni­gdy się nie mylił. Ni­gdy. Usie­dli.

Zaczął Fogel.

– Dawno się nie widzie­li­śmy, Wła­di­mi­rze. Co u Nasta­zji?

– Kocham ją i dzieci, ale ostat­nio jest po pro­stu nie­zno­śna. Cza­sami myślę sobie, że już wolę żonę… – roze­śmiał się.

Przez chwilę wymie­niali nie­zo­bo­wią­zu­jące uwagi. W końcu Fogel spo­waż­niał.

– Co to za inte­res życia? Co cię spro­wa­dza, Wlad?

Ryb­kin poło­żył nese­ser na kola­nach, dez­ak­ty­wo­wał ładu­nek i otwo­rzył zamki. Wyjął cztery kartki. Roz­ło­żył je na stole jak karty w pasjan­sie. Odkrył pierw­szą.

– Tu masz listę firm, które w naj­bliż­szych mie­sią­cach zostaną prze­jęte przez Rus­Gaz. W więk­szo­ści wypad­ków do peł­nej kon­troli zabrak­nie Rus­Gazowi od jed­nego do kilku pro­cent. Chcę, żebyś wysta­wił jakie­goś zająca, który za moje pry­watne pie­nią­dze przej­mie w tym samym cza­sie resztę akcji. Ma to zro­bić tak, żebym wraz z akcjami sku­pio­nymi przez Rus­Gaz miał więk­szość pod­czas Zgro­ma­dzeń Wspól­ni­ków…

I żebyś mógł w wyzna­czo­nym przez sie­bie cza­sie zmie­nić zarządy tych firm – dopo­wie­dział w myślach zacie­ka­wiony Fogel.

– Pod­miot, który dokona tej akwi­zy­cji, ma być koszerny i nie może budzić podej­rzeń – kon­ty­nu­ował Ryb­kin. – Żad­nych lewych fun­du­szy z Cypru, Czech czy Wene­zu­eli.

Fogel podra­pał się po gło­wie.

– Szwaj­car­ski Bank Inwe­sty­cyjny?

– Może być – zgo­dził się Rosja­nin.

– Nie będzie sprze­ci­wów pod­czas prze­jęć?

– Nie z mojej strony – wark­nął Ryb­kin. – Masz sobie pora­dzić. – Rosja­nin odsło­nił ban­kie­rowi drugą kartkę. – Tu są firmy z tej samej branży, do któ­rych nie mam podej­ścia przez giełdę. Przed­się­bior­stwa rodzinne albo spółki kon­tro­lo­wane przez pań­stwo. Sko­rzy­staj z tej samej firmy co zwy­kle i naci­śnij na zarządy oraz wła­ści­cieli. Obie­caj im, co chcą, a ja im to dam. To ważne.

Peter Fogel kiw­nął twier­dząco głową.

– A ta trze­cia lista?

Ryb­kin odsło­nił kartkę i nie wypusz­cza­jąc jej z ręki, przy­trzy­mał przed twa­rzą Fogla. Była na niej wypi­sana nazwa tylko jed­nej jedy­nej firmy. Trzy­mał ją przed oczami ban­kiera przez dłuż­szą chwilę, aż ten odwró­cił od kartki wzrok.

– Zapa­mię­ta­łeś? – zapy­tał w końcu.

Fogel znów kiw­nął głową.

– Ta firma będzie się zgła­szała do róż­nych ban­ków o kre­dy­to­wa­nie swo­ich inwe­sty­cji. Nor­mal­nie na kopach wyle­cie­liby po pierw­szej proś­bie o pie­nią­dze. Bida z nędzą i abso­lutny brak płyn­no­ści w księ­gach. Ale ty zała­twisz, żeby ich prośby były roz­pa­try­wane pozy­tyw­nie. Jeśli zechcą dolara, mają go dostać. Będą chcieli milion, tym lepiej. Popro­szą o wię­cej, też im to załatw. Masz tutaj spe­cjalne peł­no­moc­nic­two wydane przez Rus­Gaz Bank. – Odsło­nił ostat­nią kartę i podał ją ban­kie­rowi.

Rus­Gaz Bank teo­re­tycz­nie był nie­za­leżną insty­tu­cją, ale w pełni kon­tro­lo­waną przez pań­stwowe przed­się­bior­stwo, któ­rym kie­ro­wał Ryb­kin.

– Doku­menty zabez­pie­cza­jące trans­ak­cje mają być wysta­wione na cie­bie jako repre­zen­tanta Rus­Gaz Banku. A ty wypi­szesz mi w imie­niu Glo­bal Pri­vate Found weksel jako zabez­pie­cze­nie. Czy to ozna­cza dla cie­bie jakiś pro­blem?

– Zależy, jaka będzie pro­wi­zja…

Ryb­kin na odwro­cie peł­no­moc­nic­twa wypi­sał sumę i zło­żył pod­pis. Fogel musiał przez chwilę liczyć zera – tak dużo ich było.

– Masz być w ban­kach dzień przed nimi. Tak żeby dele­ga­cja firmy, któ­rej nazwę zapa­mię­ta­łeś, ni­gdy nie spo­tkała się z pro­ble­mami. Czy to jasne?

Fogel kiw­nął głową.

Ryb­kin po raz pierw­szy od roz­mowy z gene­ra­łem Ser­gu­nem pozwo­lił sobie na coś, co przy­po­mi­nało uśmiech. Jeśli cho­dzi o pie­nią­dze, Peter Fogel się nie mylił. Ni­gdy. I dla­tego wart był czeku z dłu­gim rzę­dem zer.

War­szawa, 22 sierp­nia 2013, wto­rek Sie­dziba Służby Wywiadu Woj­sko­wego

Męż­czy­zna w zie­lo­nym mun­du­rze ner­wowo cho­dził po skrom­nie ume­blo­wa­nym służ­bo­wym pokoju. Pięć kro­ków w kie­runku okna, spoj­rze­nie na dzie­dzi­niec, małe stac­cato wybi­jane paznok­ciami na zabez­pie­czo­nej przed lase­ro­wym pod­słu­chem szy­bie niczym na for­te­pia­nie, obrót, pięć kro­ków w kie­runku biurka i stac­cato na doku­men­tach, które spo­czy­wały w teczce z napi­sem „Tajne”.

Męż­czy­zna w zie­lo­nym mun­du­rze usiadł i jesz­cze raz zaczął czy­tać. Popa­trzył na sygna­turę autora – literki NS i numer służ­bowy: 007. Zaśmiał się, ale po chwili śmiech prze­szedł w długi atak kaszlu. W końcu opa­no­wał się i ciężko oddy­cha­jąc, popa­trzył przez okno na szary dzie­dzi­niec. Ile to już lat? Znał na tym dzie­dzińcu każde pęk­nię­cie, każdy uby­tek, każdy nit na ryn­nie. Z tą myślą wró­cił do prze­rwa­nej lek­tury.

Notatka służ­bowa 985734/2013

Spo­rzą­dził: NS007

Liczba egzem­pla­rzy: 3

Klau­zula taj­no­ści: Tajne

Fakty: Od lutego do sierp­nia 2013 w spo­sób nagły zmarło co naj­mniej pię­ciu che­mi­ków z firm i insty­tu­tów zaan­ga­żo­wa­nych w pro­gramy zbro­je­niowe, bada­nia nad pali­wem rakie­to­wym i prace nad zaawan­so­wa­nymi sys­te­mami che­micz­nego szcze­li­no­wa­nia przy wydo­by­ciu gazu łup­ko­wego oraz maga­zy­no­wa­nia che­mi­ka­liów.

Źró­dła: Na stro­nie ame­ry­kań­skiego towa­rzy­stwa che­micz­nego uka­zał się przed tygo­dniem arty­kuł poświę­cony pamięci dok­tora Istvana Ray­nala, który pra­co­wał dla Rapid Che­mi­cals w Chi­cago. Firma zaj­mo­wała się pro­duk­cją i uty­li­za­cją pły­nów do szcze­li­no­wa­nia łup­ko­wego naj­pierw dla Atlas Energy, a po jej prze­ję­ciu dla Che­vronu. Dok­tor Ray­nal znany był ze swo­ich wcze­śniej­szych prac dla ame­ry­kań­skich kon­cer­nów rakie­to­wych. Opra­co­wał paliwo stałe do poci­sków rakie­to­wych RIM-161 Stan­dard Mis­sile 3 Block IA. W arty­kule padło zda­nie, że to czarna seria. Autor wymie­nia, że w ostat­nim mie­siącu zmarł przy­ja­ciel Ray­nala – pro­fe­sor Insty­tutu Che­micz­nego w Kopen­ha­dze Anders Mose Sta­hel.

Według danych sys­temu wywia­dow­czego zain­te­re­so­wa­nia NATO dok­tor Sta­hel w latach 1994–2004 pra­co­wał dla kon­cernu zbro­je­nio­wego Kons­berg. Opra­co­wał tam mate­riały kom­po­zy­towe, które mają zdol­ność absor­bo­wa­nia wią­zek rada­ro­wych w rakie­tach NSM.

Współ­pra­co­wał rów­nież przy nor­we­skim pro­gra­mie maga­zy­no­wa­nia gazu.

W naszym zin­te­gro­wa­nym sys­te­mie Mne­mos znaj­duje się też infor­ma­cja o kolej­nym zgo­nie.

Według raportu oso­bo­wego źró­dła infor­ma­cji „Bara­basz-156” (raport DJ-2987 zare­je­stro­wany w archi­wum wydzie­lo­nym 18 grud­nia 2012 roku) w Iwano-Fran­kiw­sku zmarł Sier­hij Zachar­czenko, dzie­kan miej­sco­wego Uni­wer­sy­tetu Nafty i Gazu. W swo­ich wcze­śniej­szych rapor­tach (numery reje­stra­cyjne DJ 0934 do DJ 6543) oso­bowe źró­dło infor­ma­cji „Bara­basz-156” ni­gdy nie infor­mo­wało o powią­za­niach zmar­łego z ukra­iń­skim sek­to­rem mili­tar­nym.

Po dokład­nej kwe­ren­dzie bran­żo­wych biu­le­ty­nów i stron inter­ne­to­wych odkry­łem jesz­cze dwa zgony che­mi­ków. Wszy­scy pra­co­wali dla firm wyko­nu­ją­cych pro­gramy mili­tarne. Wszy­scy zmarli w ostat­nich mie­sią­cach. Byli to Hans Berg z DGE Far­ben GmbH w Hano­we­rze oraz Bastian Vis­ser z rot­ter­dam­skiego Royal Dutch Labo­ra­to­ries. Obie firmy wyko­nują prace na rzecz euro­pej­skich kon­cer­nów zbro­je­nio­wych, ale więk­szość ich przy­cho­dów pocho­dzi ze zle­ceń od branży gazo­wej i petro­che­micz­nej.

Wnio­ski: Wnio­skuję o wpro­wa­dze­nie cza­so­wej ochrony naukow­ców odpo­wie­dzial­nych za bada­nia w ww. dzie­dzi­nach do czasu wyja­śnie­nia przy­czyny zgo­nów.

Zale­ce­nia: Pro­po­nuję wpro­wa­dze­nie ostrze­że­nia w obieg sojusz­ni­czej wymiany COSMIC TOP SECRET (CTS NATO)

Tagi do elek­tro­nicz­nego sys­temu Mne­mos: Che­vron/Rapid Che­mi­cals/Insty­tut Che­miczny w Kopen­ha­dze/Uni­wer­sy­tet Nafty i Gazu

Iwa­no­Fran­kiwsk/zgony/che­mia/Rey­nal/Sta­hel/Zachar­czenko/Vis­ser/Berg

Tagi Mne­mos wpro­wa­dzono o godzi­nie 15:27

UWAGI: Dane ZIO „Bara­basz-156” zastrze­żone z kodem naj­wyż­szej taj­no­ści. Dostępne za zgodą ofi­cera pro­wa­dzą­cego w archi­wum wydzie­lo­nym. Zgodę na pozna­nie nazwi­ska ofi­cera pro­wa­dzą­cego wydaje szef służby.

Pod­pi­sano: NS007

Męż­czy­zna w zie­lo­nym mun­du­rze poczuł, że za chwilę znów dopad­nie go kaszel. Odło­żył raport NS007.

Na tak kru­chej pod­sta­wie nie objęto by ochroną nawet Oppen­he­imera. Nikt nie ruszy pal­cem. Ale – tak jak powie­dział swo­jemu przy­ja­cie­lowi – ten raport ozna­cza, że lawina wresz­cie może ruszyć.

Zamknął oczy. Zazwy­czaj wyglą­dało to tak samo – sie­dzieli na rybach, jego przy­ja­ciel pytał, a męż­czy­zna w zie­lo­nym mun­du­rze opo­wia­dał. Spo­ty­kali się tak już od trzy­dzie­stu lat. Łączyło ich na tyle dużo, że mogli sobie zaufać. Przy­po­mniał sobie słowa, które wypo­wie­dział do przy­ja­ciela pod­czas ostat­niego spo­tka­nia:

– Odcho­dząc, chciał­bym mieć pew­ność, że to ja wygra­łem.

Się­gnął po słu­chawkę bez­piecz­nego tele­fonu.

– Przyjdź, zaczy­namy.

War­szawa, 2 wrze­śnia 2013, ponie­dzia­łek Oko­lice Cyta­deli

Kapi­tan Klara Klin­ger pra­co­wała w Służ­bie Wywiadu Woj­sko­wego wystar­cza­jąco długo, żeby wie­dzieć, kiedy sprawy odbie­gają od codzien­nej rutyny. A jed­no­cze­śnie na tyle krótko, żeby nie czuć rado­ści, gdy tak się wresz­cie działo.

Przez kil­ka­na­ście lat służby prze­ko­nała się, że praca w woj­sko­wym wywia­dzie Rze­czy­po­spo­li­tej nie ozna­cza licen­cji na zabi­ja­nie. Służby spe­cjalne to raczej potworna urzęd­ni­cza machina. Moloch, w któ­rym kory­ta­rzowe boje są waż­niej­sze i bar­dziej zacięte niż walka z wro­gami ojczy­zny. Nauczyła się też, że momenty eks­cy­ta­cji poja­wiały się naj­czę­ściej przed ban­ko­ma­tem. Dokład­nie w momen­cie, kiedy cztery tysiące dwie­ście zło­tych pol­skich plus doda­tek za służbę – oczy­wi­ście minus raty za samo­chód – zamiast w żywą gotówkę zamie­niały się w infor­ma­cję „Brak środ­ków na kon­cie”. Ale nie narze­kała. Służba to służba. Wię­cej. Praca była całym jej życiem. Wyszła wła­śnie z łazienki, kiedy zadzwo­niła komórka.

Na wyświe­tla­czu poja­wiło się słowo „Zastępca”.

– Pani kapi­tan – jej roz­mówca nie musiał się przed­sta­wiać – gdzie pani jest?

– W domu.

– Za pięć minut na dole. Będzie cze­kała żan­dar­me­ria. Pod­je­dzie­cie w Aleje Ujaz­dow­skie. Tylko szybko. Dwu­dzie­sta pierw­sza, przed scho­dami. Zabie­rze­cie mnie od pre­miera. – Jej roz­mówca nawet nie pytał o zgodę. – Aha, i niech pani kapi­tan ubie­rze się jak czło­wiek. Będziemy mieli dzi­siaj wie­czo­rem spo­tka­nie. – Roz­mowa się skoń­czyła.

Stała naga w pustym kory­ta­rzu. Spoj­rzała w lustro.

Masz, dziew­czyno, trzy­dzie­ści sześć lat. Co ty robisz?!!! Czy naprawdę ta robota jest tego warta? Co to jest za zawód, że twój szef w każ­dej chwili może cię wyrwać jak kurwę spod prysz­nica. I nawet nie zostawi po wszyst­kim pie­nię­dzy obok łóżka. – Klara ręcz­ni­kiem sta­rała się wytrzeć mokre włosy. Wolną ręką szu­kała szla­froka. – Rzuć to w dia­bły, znajdź sobie nor­malną robotę, znajdź kogoś do łóżka, ugo­tuj świą­teczny obiad, zabaw się i żyj bez­myśl­nie szczę­śliwa jak twoja sio­stra.

Była na sie­bie zła, a co gor­sza – pie­kiel­nie głodna. Na stole cze­kała pizza. Nie miała jesz­cze dzi­siaj czasu nic zjeść. Wczo­raj też nie.

Ale roz­kaz to roz­kaz.

„Zastępca” był w Służ­bie Wywiadu Woj­sko­wego legendą. Widy­wała go tylko na kory­ta­rzu cen­trali. Pry­wat­nie nie roz­ma­wiała z nim ani razu. Cho­ciaż wła­ści­wie powinna powie­dzieć, że nie roz­ma­wiała z nim od czasu ukoń­cze­nia kursu w szkole wywiadu. O tam­tej roz­mo­wie wola­łaby jed­nak zapo­mnieć.

Potarła skro­nie. Gorąca kąpiel pomo­gła. Migrena znik­nęła.

Może to i lep­sze niż kolejny samotny wie­czór – pomy­ślała.

Zła­pała kawa­łek pizzy, otwo­rzyła szafę i odru­chowo się­gnęła po mun­dur, ale póź­niej cof­nęła rękę i zdjęła z wie­szaka ciemny kom­plet. Łap­czy­wie jadła mar­ghe­ritę, sta­ra­jąc się nie upać­kać mate­riału pomi­do­ro­wym sosem.

– Ubrać się jak czło­wiek?! Kuźwa! – prych­nęła obra­żona, bo wresz­cie dotarło do niej, co przed chwilą powie­dział „Zastępca”.

Po dwu­dzie­stu minu­tach czarna octa­via na cywil­nych nume­rach skrę­ciła z Wisło­strady w stronę placu Trzech Krzyży. Minęła ame­ry­kań­ską amba­sadę i po kolej­nej minu­cie z piskiem opon zaje­chała pod boczne wej­ście do kan­ce­la­rii pre­miera. Uchy­liły się cięż­kie drzwi i ze środka wybiegł puł­kow­nik Robert Duszyń­ski, zastępca Szefa Służby Wywiadu Woj­sko­wego. Ener­gicz­nie zszedł po scho­dach i wsko­czył do auta.

– Zaraz wszyst­kiego się dowiesz – rzu­cił ner­wowo i zamilkł.

Nie było sensu dopy­ty­wać. Puł­kow­nik wycią­gnął doku­menty i zaczął je czy­tać.

Z Bel­we­der­skiej zje­chali na Moko­tów i na peł­nym gazie wje­chali w Idzi­kow­skiego. „Zastępca” w końcu posta­no­wił się ode­zwać.

– Ile mie­sięcy prze­kła­dasz papiery? – spoj­rzał na nią kątem oka, cały czas zagłę­biony w aktach.

Klara wie­działa, że „Zastępca” dosko­nale zna odpo­wiedź na swoje pyta­nie.

– Ponad rok.

– Twój szef nie może ci wyba­czyć Miń­ska?

– Zwierzch­nik sił zbroj­nych?

„Zastępca” skrzy­wił usta w coś, co od biedy mogło przy­po­mi­nać cień uśmie­chu.

– To powiedzmy, że myślę o bez­po­śred­nim prze­ło­żo­nym.

– O Ber­ge­rze? Mogę być szczera?

„Zastępca” znów się uśmiech­nął, bo wie­dział, co usły­szy.

– Z peł­nym sza­cun­kiem i uczciw­szy uszy pana puł­kow­nika, ale puł­kow­nik Ber­ger to jest straszny chuj, a nie prze­ło­żony. A poza tym Mińsk… Mińsk nie do końca był porażką – prze­rwała, bo sama nie była pewna, czy to, co mówi, jest prawdą. – Mińsk… nie był suk­ce­sem.

Rok i trzy mie­siące temu, po powro­cie do War­szawy, powie­dzia­łaby z pew­no­ścią coś innego. Fina­li­zo­wała wtedy wer­bu­nek Ołe­sia Żyłu­no­wi­cza, kon­struk­tora sta­cji radio­lo­ka­cyj­nych Wostok-E. Ołeś pra­co­wał w bia­ło­ru­skim biu­rze KB Radar. Miły star­szy pan. Świat zawa­lił mu się na głowę dosłow­nie w jeden wie­czór. Jego dwu­dzie­stocz­te­ro­letni syn został zatrzy­many po demon­stra­cji prze­ciw Łuka­szence. Tra­fił do celi osła­wio­nego wię­zie­nia Okre­stina i jakiś zek zgwał­cił go jesz­cze tej samej nocy. Następ­nego dnia, po nie­prze­spa­nych i prze­pła­ka­nych godzi­nach, żona Żyłu­no­wi­cza ruszyła zatło­czo­nym metrem do cen­trum mia­sta. Wysia­dła na sta­cji Pusz­kin­skaja. Pokrę­ciła się na par­kingu przed hote­lem Orbita i pierw­szej napo­tka­nej pilotce pol­skiej wycieczki prze­ka­zała krótki liścik. Pilotka miała go wysłać po powro­cie do War­szawy. Polka bała się, że to jakaś pro­wo­ka­cja, i prze­ka­zała list zna­jo­memu z naszej amba­sady w Miń­sku. W środku była pro­po­zy­cja dla pol­skiego pań­stwa. Ołeś Żyłu­no­wicz pro­po­no­wał prze­ka­za­nie danych rada­rów w zamian za wywie­zie­nie jego i całej rodziny. Do listu dołą­czone były plany radaru Wostok-E. Sprawa tra­fiła do Klary. Nie­stety, puł­kow­nik Ber­ger zorien­to­wał się, że w biu­rach KB Radar Bia­ło­ru­sini pra­cują nad jesz­cze now­szym sys­te­mem. Radar nazy­wał się Wostok XER. I na nie­szczę­ście bar­dzo inte­re­so­wali się nim Ame­ry­ka­nie. Zapro­po­no­wali worek dola­rów, a Ber­ger uparł się, że Żyłu­no­wicz musi dostar­czyć plany. Ewi­dent­nie chciał zapunk­to­wać w Pen­ta­go­nie. Klara dostała piany.

– To jest, kurwa, bez sensu – wrzesz­czała. – Żyłu­no­wicz przy tym nie pra­cuje. Wie za to o set­kach innych rze­czy i chce nam je dać.

Ber­ger wyrzu­cił ją z gabi­netu. Nie­stety nikt inny nie pro­te­sto­wał. Po dwóch mie­sią­cach Żyłu­no­wicz wpadł w ręce bia­ło­ru­skiego kontr­wy­wiadu. Zatrzy­mano go pod­czas próby foto­gra­fo­wa­nia doku­men­ta­cji. Dostał karę śmierci.

Żonę i syna udało się wywieźć. Ber­ger naj­chęt­niej zwa­liłby porażkę na Klarę. Jed­nak za dużo ludzi wie­działo o jego roli. Za to kariera Ber­gera przy­spie­szyła. Ame­ry­ka­nie byli wdzięczni, bo nawet zdo­by­cie pla­nów Wostoka-E dawało im pogląd prac Ruskich. Uro­czy­ście podzię­ko­wali, a Ber­ger odtrą­bił suk­ces. Zmie­niła się wła­dza i dostał kopa w górę. Ale o Kla­rze nie zapo­mniał. Wpa­ko­wał dziew­czynę do naj­głęb­szej i naj­czar­niej­szej dziury w cen­trali. Prze­kła­dała papiery i liczyła na nową szansę. Albo na to, że Ber­gera wresz­cie trafi szlag.

– Jak się czuje Sta­szek, to zna­czy gene­rał… – słowa Duszyń­skiego wyrwały ją z zamy­śle­nia. – Jak się czuje twój ojciec?

Klara smutno wzru­szyła ramio­nami. „Zastępca” zro­zu­miał.

Po chwili auto skrę­ciło w cichą i nie­po­zorną uliczkę. Klara zorien­to­wała się, że jadą od ośrodka recep­cyj­nego służb na Zawrat. Tuż przy wej­ściu stał zapar­ko­wany srebrny pas­sat.

Klara wysia­dła, wygła­dziła spodnie i nacią­gnęła mary­narkę. Rozej­rzała się wokół.

– Panie puł­kow­niku, pani kapi­tan, mini­ster czeka. – Ofi­cer ochrony gestem poka­zał, żeby poszli za nim do środka.

Cał­kiem przy­stojny – pomy­ślała i zaraz się skar­ciła. – Nie dość ci było ostat­niego romansu, głu­pia babo. Uspo­kój się. – Bły­ska­wicz­nie wybiła sobie z głowy grzeszne myśli. Jesz­cze chwilę zajęło jej zmu­sze­nie oczu, by prze­stały śle­dzić zgrabny tyłek BOR-owca.

Nie weszli do pokoju kon­fe­ren­cyj­nego na dole. Ofi­cer ochrony zapro­wa­dził ich do nie­wiel­kiego, ale gustow­nie urzą­dzo­nego pokoju na pię­trze.

Otwo­rzyły się drzwi i zoba­czyli kolejny gabi­net. W środku sie­dział sekre­tarz Kole­gium do spraw Służb Spe­cjal­nych, a obok niego sam koor­dy­na­tor, mini­ster Mariusz Cichecki. Sekre­tarz zapro­sił ich do środka, a Kla­rze zro­biło się tro­chę smutno, że BOR-owiec został na zewnątrz.

– Dobry wie­czór, panie mini­strze. – „Zastępca” zdjął czapkę, a Klin­ger wyprę­żyła się w pozy­cji na bacz­ność.

– Sia­daj­cie. – Cichecki zro­bił nie­okre­ślony gest ręką.

Klara opa­dła na poduszki. Oka­zało się, że mini­ste­rialna ber­żera jest wyjąt­kowo nie­wy­godna. – I w dodatku mam mokre włosy – pomy­ślała i popra­wiła kosmyk na czole.

– To co, kto zacznie? Może pan, puł­kow­niku? – rzu­cił Cichecki.

– Tutaj? – Duszyń­ski rozej­rzał się po pokoju.

– Niech się pan nie mar­twi, jest bez­pieczny – z uśmie­chem wtrą­cił się sekre­tarz. – Wyci­sze­nie go kosz­to­wało MSW wię­cej niż przy­go­to­wa­nia do Euro. Poprzedni szef MSW, mini­ster Eryk Horn, obse­syj­nie bał się pod­słu­chów. Swo­jego nor­we­skiego kolegę na ważne nego­cja­cje zabrał do Lasku Bie­lań­skiego i łaził tam z nim przez trzy godziny. Zapo­mniał nie­stety, że Nor­weg ma aler­gię, a w sto­licy jest okres pyle­nia.

Cichecki popra­wił się na kana­pie. Spo­waż­niał.

– To do rze­czy, panie puł­kow­niku.

„Zastępca” nalał sobie wody z krysz­ta­ło­wej karafki i ze skó­rza­nej aktówki z szy­fro­wym zam­kiem wyjął doku­menty.

– Jakiś czas temu jeden z ana­li­ty­ków Służby Wywiadu zwró­cił uwagę na serię zgo­nów naukow­ców zwią­za­nych z fir­mami pra­cu­ją­cymi dla kon­cer­nów che­micz­nych – zaczął „Zastępca”. – Różne kraje, różne przy­czyny zgonu. Bez żad­nego ope­ra­cyj­nego prze­ło­że­nia. Raport wpadł do Mne­mosa i nikt się nim nie zaj­mo­wał. Po pół roku doszła nowa infor­ma­cja. Pozwól­cie, że zacy­tuję. W naszym zin­te­gro­wa­nym sys­te­mie Mne­mos znaj­duje się też infor­ma­cja o kolej­nym zgo­nie.

„Według raportu oso­bo­wego źró­dła infor­ma­cji «Bara­basz-156» (raport DJ-2987 zare­je­stro­wany w archi­wum wydzie­lo­nym 18 grud­nia 2012 roku) w Iwano-Fran­kiw­sku zmarł Sier­hij Zachar­czenko. Dzie­kan miej­sco­wego Uni­wer­sy­tetu Nafty i Gazu. W swo­ich wcze­śniej­szych rapor­tach (numery reje­stra­cyjne DJ 0934 do DJ 6543) oso­bowe źró­dło infor­ma­cji «Bara­basz-156» ni­gdy nie infor­mo­wało o powią­za­niach zmar­łego z ukra­iń­skim sek­to­rem mili­tar­nym.

Po dokład­nej kwe­ren­dzie bran­żo­wych biu­le­ty­nów i stron inter­ne­to­wych odkry­łem jesz­cze dwa zgony che­mi­ków. Wszy­scy pra­co­wali dla firm wyko­nu­ją­cych pro­gramy mili­tarne. Wszy­scy zmarli w ostat­nich mie­sią­cach. Byli to Hans Berg z DGE Far­ben GmbH w Hano­we­rze oraz Bastian Vis­ser z rot­ter­dam­skiego Royal Dutch Labo­ra­to­ries. Obie firmy wyko­nują prace na rzecz euro­pej­skich kon­cer­nów zbro­je­nio­wych, ale więk­szość ich przy­cho­dów pocho­dzi ze zle­ceń od branży gazo­wej i petro­che­micz­nej”.

Jej los był podobny jak poprzed­nich. W Pol­sce nie wyda­rzyło się prze­cież nic, co wyma­ga­łoby reak­cji.

– Więc dla­czego się spo­ty­kamy?

– Nie­stety przed­wczo­raj zmarł dok­tor Andrzej Szy­mań­ski z Woj­sko­wego Insty­tutu Che­mii i Radio­me­trii.

Cichecki popra­wił się w fotelu.

– Szy­mań­ski, Szy­mań­ski… – spoj­rzał na swo­jego sekre­ta­rza – to ktoś ważny?

Sekre­tarz wzru­szył ramio­nami i zro­bił minę pod tytu­łem „pierw­szy raz sły­szę”.

– Zwy­kły che­mik – odpo­wie­dział puł­kow­nik. – Nie jest bra­tem pre­miera ani kuzy­nem pre­zesa. Ale pra­co­wał przy waż­nych pro­jek­tach doty­czą­cych czuj­ni­ków pola walki. Nale­żał do twór­ców jed­nej z naj­lep­szych na świe­cie komór ruchli­wo­ści jonów.

– Czego? – Cichecki spoj­rzał na Duszyń­skiego z gry­ma­sem, jakby ten zwra­cał się do niego w nie­zna­nym narze­czu; „Zastępca” zre­flek­to­wał się.

– Pod koniec lat osiem­dzie­sią­tych pol­scy naukowcy, przy udziale Woj­sko­wego Insty­tutu Che­mii i Radio­me­trii, roz­po­częli prace badaw­cze nad urzą­dze­niem, które w przy­padku ataku bro­nią che­miczną miało ostrze­gać o zagro­że­niu – refe­ro­wał pokrótce. – Na bazie spek­tro­me­tru ruchli­wo­ści jonów powstał detek­tor, który otrzy­mał robo­czą nazwę Chro­bry. Detek­tor bił na głowę więk­szość dostęp­nych na rynku roz­wią­zań. Był bar­dzo czuły i pozwa­lał na wykry­wa­nie znacz­nie więk­szej liczby sub­stan­cji che­micz­nych niż jakie­kol­wiek inne prze­zna­czone do tego urzą­dze­nie. Pro­to­typy Chro­brego tra­fiły na nasze wozy w Bośni i Koso­wie, gdzie testo­wano je pod­czas misji sta­bi­li­za­cyj­nych na Bał­ka­nach. Przy­mie­rzano się do seryj­nej pro­duk­cji. Detek­tory miały być mon­to­wane nie tylko na woj­sko­wych pojaz­dach, ale też w budyn­kach uży­tecz­no­ści publicz­nej, w metrze, na dwor­cach i w urzę­dach pań­stwo­wych.

Cichecki słu­chał uważ­nie.

– Mamy takie cuda w Pol­sce?

– Mie­li­śmy i nie­stety już nie mamy – uciął „Zastępca”. – Wdro­że­nie do seryj­nej pro­duk­cji zbie­gło się w cza­sie z począt­kiem końca WSI. W ostat­nich latach przed roz­for­mo­wa­niem służ­bie nie udało się przy­pil­no­wać tematu, a byli nim zain­te­re­so­wani wszy­scy, nasi sojusz­nicy, wro­go­wie, kon­cerny zbro­je­niowe z Bli­skiego Wschodu. Final­nie tech­no­lo­gię skra­dziono z jed­nego z naszych zakła­dów. Zespół kon­struk­to­rów, w któ­rego skła­dzie był Szy­mań­ski, roz­padł się. Ludzie roze­szli się po świe­cie za chle­bem, reali­zu­jąc inne pro­jekty. Szy­mań­ski został w WICHIR, gdzie robił inne, nie mniej cie­kawe rze­czy.

Cichecki spu­ścił głowę.

– Czyli miało być pięk­nie, a wyszło jak zwy­kle – rzu­cił. – Co ta histo­ria ma wspól­nego ze śmier­cią Szy­mań­skiego?

– Nie wyklu­czamy, że jego śmierć ma zwią­zek z tamtą sprawą – tłu­ma­czył Duszyń­ski. – Jed­nak o wiele bar­dziej praw­do­po­dobne jest, że cho­dzi o inny pro­jekt, nad któ­rym Szy­mań­ski wspól­nie z innymi naukow­cami pra­co­wał w ostat­nich latach.

W głębi duszy Cichecki ode­tchnął. Przez chwilę podej­rze­wał, że zwali mu się na głowę druga sprawa pro­fe­sora Kali­skiego. Nauko­wiec był pupil­kiem Edwarda Gierka. Zaj­mo­wał się lase­rami i syn­tezą ter­mo­ją­drową. Jego drogę do Nobla prze­rwał wypa­dek samo­cho­dowy. War­szaw­ska ulica natych­miast zaczęła plot­ko­wać, że w labo­ra­to­riach na Bemo­wie nauko­wiec miał kon­stru­ować bombę ato­mową, a prze­szko­dzić mu w tym chciało GRU. „Zastępca” podał mini­strowi plik doku­men­tów.

– Rozu­miem, że powią­zał pan te zgony i doszedł do kon­kret­nych wnio­sków. – Cichecki nada­wał tempo roz­mo­wie. – Ale dla­czego po tym wypa… Wła­ści­wie na co umarł ten Szy­mań­ski?

– Na raka. Od poja­wie­nia się pierw­szych obja­wów do zgonu wystar­czyły dwa­dzie­ścia trzy dni.

„Zastępca” zro­bił pauzę.

– Bywa. Bar­dzo współ­czuję rodzi­nie, ale cały czas nie rozu­miem, po cho­lerę pre­mier mnie tu wezwał… – wtrą­cił się mini­ster.

– Dwa­dzie­ścia trzy dni. Dokład­nie tyle co u Litwi­nienki!

Bar­dzo chciał, żeby to zda­nie dotarło do roz­mówcy.

– Co pan… Kurwa! – pierw­szy zare­ago­wał sekre­tarz.

Pamię­tał, że Rosja­nie dopa­dli Alek­san­dra Litwi­nienkę, ucie­ki­niera z FSB, w lon­dyń­skiej restau­ra­cji. Tam nakar­mili go radio­ak­tyw­nym polo­nem. Dwa­dzie­ścia trzy dni póź­niej Litwi­nienko zmarł.

W tym cza­sie mini­ster Cichecki przez chwilę miał przed oczami ciąg nagłów­ków i żół­tych pasków. Widział słowa: „Smo­leńsk”, „Litwi­nienko”, „Szy­mań­ski”, „FSB”, „Kaczyń­ski” i naj­czę­ściej wystę­pu­jące słowa „zamach” i „zdrada”. A zaraz po nich pyta­nia o poli­tykę rządu wobec Rosji. Będzie pie­kło. Szef zaś szy­kuje się na Bruk­selę. Osła­biony rząd tego nie prze­trzyma. Kurwa, kurwa, kurwa.

– To potwier­dzone? – Spoj­rzał na doku­menty, jakby miały go opa­rzyć.

– Wyślemy próbki do Insty­tutu Fizyki Pro­mie­nio­wa­nia Szpi­tala Uni­wer­sy­tec­kiego w Lozan­nie. – Puł­kow­nik podał plik papie­rów. – Badali tam sprawy Litwi­nienki i Ara­fata.

Mini­ster wyjął paczkę papie­ro­sów. Bez pyta­nia zapa­lił. Kla­rze zachciało się palić, ale nie śmiała popro­sić mini­stra o zgodę. Cichecki zacią­gnął się dymem i w końcu zapy­tał:

– Kiedy z Lozanny mogą nam ode­słać osta­tecz­nie potwier­dzone bada­nia?

– To długo trwa.

Rze­czy­wi­ście, takie bada­nie trwają długo, mamy więc czas – w myśli ana­li­zo­wał sytu­ację poli­tyk.

– Czas jest naj­waż­niej­szy. Jeśli się potwier­dzi, że Rosja­nie hasają po naszym ogródku i mor­dują ludzi, to media nas roz­szar­pią. – Wstał i pod­szedł do okna.

– A całą poli­tykę wschod­nią będzie można zło­żyć do grobu tego Szy­mań­skiego. Musimy się do tego przy­go­to­wać. Osła­bić atak.

W końcu odwró­cił się w kie­runku puł­kow­nika.

– Co pan pro­po­nuje?

„Zastępca” cze­kał na to pyta­nie.

– Już teraz, na wszelki wypa­dek, powin­ni­śmy powo­łać zespół, który zbada te zgony. Pięć, sześć osób góra. Poza ofi­cjalną struk­turą.

– Dla­czego poza?

– Idą wybory, po co pro­wo­ko­wać prze­cieki… Niech dzia­łają jako zespół ope­ra­cyjno-inspek­cyjny przy gabi­ne­cie szefa wywiadu. Dostaną spe­cjalne peł­no­moc­nic­twa, zapew­nimy im finan­so­wa­nie. Będą mieli czas, żeby wyja­śnić sprawę i przy­go­to­wać raport. Gdy przyjdą wyniki z Lozanny, będziemy gotowi, żeby przed­sta­wić usta­le­nia śledz­twa i w razie czego ewen­tu­al­nie poin­for­mo­wać opi­nię publiczną.

– Szef służby się zgo­dzi?

– To jego pro­po­zy­cja. – Pod­su­nął mini­strowi roz­kaz.

Cichecki kiw­nął głową, że też się zga­dza. Zwró­cił się do Klary.

– Czyli pani kapi­tan ma samo­bój­czą misję. Wyczy­ści sprawę, to wygra. Nie uda się… – Nie dokoń­czył myśli, patrzył za to uważ­nie na dziew­czynę.

– Pięć­dzie­siąt pro­cent szans? Cał­kiem sporo – odpo­wie­działa hardo, ale pomy­ślała: Po akcji w Miń­sku zosta­łam udu­piona na sto pro­cent. I tak się opłaca.

– Kto ma być w tym zespole? – Mini­ster obró­cił się w kie­runku puł­kow­nika.

– To jedyna decy­zja, którą w tej spra­wie zastrzegł sobie szef do swo­jej wyłącz­nej kom­pe­ten­cji. To waru­nek jego zgody. Na czele oczy­wi­ście sta­nie pani kapi­tan. A oto nazwi­ska osób, które zostaną włą­czone do zespołu. – „Zastępca” wycią­gnął kopertę, wyjął z niej białą kartkę z nazwi­skami i poka­zał ją Kla­rze.

Klin­ger poczuła, że ber­żera nie tylko pije ją w plecy, ale wła­śnie zaczęła pło­nąć…

War­szawa, 18 lutego 2015, środa Sie­dziba Służby Wywiadu Woj­sko­wego

– Pani kapi­tan, darujmy sobie te nerwy. Bar­dzo panią pro­szę. To „spier­da­laj” było nie­po­trzebne. Zacho­wujmy się jak kul­tu­ralni ludzie. Mamy tu do wyko­na­nia pewną pracę, musimy wyczy­ścić staj­nię Augia­sza, którą zasta­li­śmy w służ­bie. – Męż­czy­zna w gar­ni­tu­rze pochy­lił się w kie­runku blatu stołu.

Klara sie­działa naprze­ciwko z rękoma zło­żo­nymi na pier­siach. Tego dnia prze­słu­cha­nie przed komi­sją zaczęło się nie­ty­powo. Zanim Klarę wezwano do sali posie­dzeń, gdzie zebrali się urzęd­nicy i przed­sta­wi­ciele sej­mo­wej spec­ko­mi­sji do spraw służb, o roz­mowę w cztery oczy popro­sił doradca mini­stra do spraw mię­dzy­na­ro­do­wych. Zapro­wa­dzono ich do daw­nego pokoju prze­słu­chań. Atmos­ferę grozy budo­wać miała surowa sza­rość ścian z pro­stym, nie­du­żym sto­łem na środku.

Ciency są – pomy­ślała Klara. – Tak pro­ste tech­niki wywie­ra­nia wpływu nie zła­mią nawet sprzą­taczki z ABW… Spece od służb… Co za cyrk.

– Oboje wiemy, że nie będzie to miłe – kon­ty­nu­ował swój mono­log doradca. – Muszą spaść głowy i aure­ole, ale to my zde­cy­du­jemy czyje. Dla­tego zróbmy to tak: Ja tro­chę popy­tam, pani mi tro­chę poopo­wiada, bez zobo­wią­zań. Komi­sja ma prze­rwę, ja tego nie pro­to­ko­łuję. Roz­ma­wiamy sobie miło, bo pan mini­ster ma do mnie zaufa­nie. I w zaufa­niu powie­dział, że nic do pani nie ma. Naprawdę. Mówił mi nawet, że doce­nia pani zasługi. Ja też muszę przy­znać, że duże wra­że­nie zro­biła na mnie laurka, jaką wysta­wił pani pre­zy­dent. To zna­czy nie ten, tylko ten nasz wcze­śniej­szy. Wiem, że uza­sad­nie­nie jest tajne! No i co z tego? Że nie mam dostępu do tego poziomu tajem­nic? Ale mini­ster mi poka­zał. Bo on wie­rzy ludziom.

Doradca pojed­naw­czo uśmiech­nął się do Klary. Z jed­nej strony był ewi­dent­nie dumny z faktu, że bez poświad­cze­nia, wbrew prawu poka­zano mu tajne doku­menty. Z dru­giej liczył naj­wy­raź­niej na to, że oka­zu­jąc szcze­rość, wycią­gnie coś z Klin­ger.

On naprawdę sądzi, że to podziała? – pomy­ślała Klara. – Na sto pro­cent włą­czyli reje­stra­tory. Nie dość, że przy­znał się do prze­stęp­stwa, to jesz­cze nagry­wa­jący mają teraz mate­riał na mini­stra.

Doradca kon­ty­nu­ował:

– Możemy się doga­dać. Wystar­czy, że opo­wie mi pani parę rze­czy. Spo­ty­kała się pani w końcu z waż­nymi ludźmi z poprzed­niego rządu. Pro­szę nie zaprze­czać. Oto lista wejść do willi MSW na Zawra­cie. Dla­tego nie trzeba tych prze­kleństw… Po co obra­żać komi­sję? Mogli­śmy prze­cież pójść do pani kole­gów z zespołu, bo ilu was tam było? Czworo, pię­cioro, troje? Oni pew­nie nie okażą się tacy lojalni. Każdy ma kre­dyt, rodzinę… Ja to znam i rozu­miem. To nie jest jesz­cze for­malne prze­słu­cha­nie, roz­ma­wiamy sobie miło, bez zobo­wią­zań, więc pro­szę mi tylko na począ­tek wytłu­ma­czyć, dla­czego w Archi­wum nie ma żad­nych doku­men­tów doty­czą­cych zespołu? Tylko same rachunki. I pro­to­koły znisz­czeń. Ja wiem, że puł­kow­nik lubił tajem­nice, miał takie jakieś zacię­cie do taj­nych ope­ra­cji, w któ­rych ludzie się nie liczyli. Czasy jego rzą­dów to już jed­nak stare czasy. Teraz są nowe! Gdyby nie ta lista z Zawratu, pew­nie jesz­cze bym szu­kał, kiedy to się zaczęło. Jako sekre­tarz komi­sji… Choć wolę, żeby pani trak­to­wała mnie jako przy­ja­ciela… Dla­tego jako przy­ja­ciel muszę powie­dzieć, Klaro, że bar­dzo się boję o pani przy­szłość. Mogę mówić po imie­niu? Nie? Okej, pani decy­zja. Jesz­cze bar­dziej mar­twi mnie pani prze­szłość. W trak­cie swo­jej służby miała pani wiele zasług. Ale jako sze­fowa Zespołu Ope­ra­cyjno-Inspek­cyj­nego robiła pani złe rze­czy. Bar­dzo złe. Takie, które, gdyby nie chciała pani z nami współ­pra­co­wać, mogłyby tra­fić do mediów. Ja nawet sły­sza­łem, że dzien­ni­ka­rze już się tym inte­re­sują. Ale po co tak mówić! To nie są moi dzien­ni­ka­rze, nawet jeśli znam kilku. To są nie­za­leżne media. Więc zasta­na­wiam się, zanim jakiś pismak mnie zapyta, kto znisz­czył akta spraw ope­ra­cyj­nych „Grot”, „Che­mia” i „Brzoza”? Nie sły­szała pani? A mnie się jakoś wydaje, że tak. I że na pro­to­ko­łach znisz­cze­nia tych akt obok sygna­tury szefa jest też pani pod­pis? Nie? To zdą­żymy jesz­cze spraw­dzić. Obie­cuję. Zba­dam też, kto był oso­bo­wym źró­dłem infor­ma­cji o pseu­do­ni­mie „Bara­basz”. Też pani nie wie? Co za nagła amne­zja! Ale są tacy, co pamię­tają! I wła­śnie ci pamię­tliwi mówią, że pani kapi­tan odpo­wiada za śmierć „Bara­basza”! A na to jest para­graf! Więc co? Przy­po­mni pani sobie czy… Bo my na razie sobie roz­ma­wiamy miło, bez zobo­wią­zań, ale na zewnątrz czeka żan­dar­me­ria. To ja pójdę napić się kawy, a pani kapi­tan się zasta­nowi.

– Czy możemy już skoń­czyć tę roz­mowę? – rzu­ciła krótko. – Jeśli tak ma wyglą­dać dzi­siej­sze prze­słu­cha­nie przed komi­sją, to skończmy te bez­pro­duk­tywne poga­du­chy. A jeśli jed­nak prze­słu­cha­nie ma się odbyć, to tym bar­dziej nie mamy tu o czym roz­ma­wiać.

– Zapra­szam do sali posie­dzeń – prze­rwał doradca.

Moskwa, 15 lutego 2013, pią­tek Akwa­rium, sie­dziba GRU

Nowo­cze­sny moskiew­ski kom­pleks GRU wybu­do­wano w 2006 roku przy ulicy Walen­tyny Gri­zo­du­bo­wej, nie­da­leko lot­ni­ska Cho­dynka i sta­dionu pił­kar­skiego dru­żyny Dynamo Moskwa. O ile dla Pola­ków okre­śle­nie Akwa­rium, jakim posłu­gi­wali się ofi­ce­ro­wie pra­cu­jący w tym gma­chu, nie jest obce, o tyle o patronce tej ulicy Polacy nie wie­dzą kom­plet­nie nic. A to błąd.

Walen­tyna Gri­zo­du­bowa dożyła pięk­nego wieku i zmarła w 1993 roku. Poza tym, że była ulu­bie­nicą Sta­lina i jedną z naj­bar­dziej uty­tu­ło­wa­nych sowiec­kich pilo­tek, to rów­nież pod­czas dru­giej wojny świa­to­wej dzia­łała jako łącz­niczka mię­dzy szta­bem Smier­szu, poprzed­niczki GRU, a zało­żo­nym na Woły­niu Zgru­po­wa­niem Par­ty­zanc­kim „Jesz­cze Pol­ska nie zgi­nęła” – oddzia­łem, któ­rym dowo­dził póź­niej­szy zna­ko­mity pol­ski dyry­gent Robert Sata­now­ski. Co wię­cej, 103. Gwar­dyj­ski Kra­sno­siel­ski Pułk Lot­nic­twa Trans­por­to­wego imie­nia Gri­zo­du­bo­wej sta­cjo­no­wał jesz­cze nie­dawno na lot­ni­sku, któ­rego nazwa tkwi w gło­wie pra­wie każ­dego miesz­kańca kraju nad Wisłą – Smo­leńsk-Sie­wier­nyj. Ale naj­więk­szy zwią­zek z Pol­ską ma jeden z wydzia­łów budynku przy ulicy Gri­zo­du­bo­wej. To tam pra­cują ofi­ce­ro­wie, któ­rych jedy­nym zada­niem jest szpie­go­wa­nie w kraju nad Wisłą i przy­go­to­wy­wa­nie ewen­tu­al­nego nań ataku.

Gene­rał major Igor Dimi­tri­je­wicz Ser­gun spo­glą­dał z dużych okien śmi­głowca Mi-8MTW na ucie­ka­jący pod kadłu­bem kra­jo­braz Moskwy. Po raz kolejny nie mógł się nadzi­wić maje­sta­towi swo­jej sto­licy. Naj­więk­szego mia­sta naj­więk­szego kraju na świe­cie. Może dla­tego, że z tej wyso­ko­ści nie dało się dostrzec dziur w chod­ni­kach i obdra­pa­nych fasad chrusz­czo­wek. Za to dosko­nale było widać lśniące pięk­nem wie­żowce w cen­trum mia­sta. Za chwilę śmi­gło­wiec powi­nien zro­bić pętlę, nad­le­cieć nad jeden z dwóch heli­pa­dów roz­miesz­czo­nych na dachu budynku przy Gri­zo­du­bo­wej i gładko wylą­do­wać.

Ale gene­rał nie chciał jesz­cze myśleć o pracy. Wolał powspo­mi­nać. To nie była ta sama Moskwa, którą zoba­czył sza­rego jesien­nego dnia 1969 roku. Po raz pierw­szy wysiadł wtedy na Dworcu Bia­ło­ru­skim i z małą kar­to­nową walizką zamel­do­wał się w suwo­row­skiej aka­de­mii woj­sko­wej.

Daleką drogę prze­szedł od tam­tego peronu. Gene­rał Ser­gun odwró­cił wzrok od ilu­mi­na­tora i spoj­rzał na towa­rzy­sza podróży.

Paweł Stiecz­kin. Major Paweł Stiecz­kin z Wydziału do spraw Pol­ski.

– Bar­dzo się cie­szę, że znowu się spo­ty­kamy. Dosko­nale wam idzie, Pawle Igna­tie­wi­czu. Pol­ska to cie­kawy kie­ru­nek – powie­dział gene­rał i bły­ska­wicz­nie prze­szedł na pol­ski. Śmi­gło­wiec Ser­guna Mi-8MTW był w wer­sji pre­zy­denc­kiej, w całej Rosji są takie tylko cztery, ten nale­żał do szefa GRU, więc mogli w środku w miarę spo­koj­nie roz­ma­wiać.

– Wró­cił pan z War­szawy? Cały czas nie mogą nam daro­wać, że się pozże­rali na Kremlu? – Ser­gun mówił to z wyraź­nym akcen­tem, ale bez zaci­na­nia. Od czasu pracy w Pol­sce gene­rał lubił się popi­sy­wać zna­jo­mo­ścią języka i histo­rii tego kraju.

Szcze­gól­nie inte­re­so­wał go rok 1612. Pol­scy żoł­dacy od dwóch lat dep­tali świętą rosyj­ską zie­mię. Oto­czeni, głodni, cze­kali na pomoc swo­ich. Scho­wani za murami Kremla liczyli na wspar­cie idą­cych z zachodu roda­ków.

Inter­wenci sta­nęli u bram Moskwy. Przedarło się sze­ściu­set naj­lep­szych pol­skich pie­chu­rów z, nomen omen, tak zwa­nej pie­choty węgier­skiej. Już widzieli swo­ich kole­gów. Widzieli pol­skie sztan­dary nad basztą Spas­ską. Ale utknęli nad rzeką. Zabra­kło kil­ku­set metrów. Pozba­wieni jedze­nia i wspar­cia pol­scy husa­rze pod­dali się w końcu i wró­cili nad Wisłę. Histo­ria zmie­niła bieg, a Rosja prze­trwała.

– Po nich tak daleko zaszedł tylko Napo­leon – major odpo­wie­dział Ser­gu­nowi po pol­sku, ale już bez naj­mniej­szego akcentu. – Nawet Hitle­rowi się nie udało.

Powaga w gło­sie ofi­cera ura­do­wała gene­rała. Uwa­żał, że prze­ciw­nika trzeba sza­no­wać. Każ­dego.

– Wybacz­cie, gene­rale, śmia­łość, ale nie pamię­ta­łem, że tak świet­nie mówi­cie po pol­sku. – Major Stiecz­kin nie był zwo­len­ni­kiem waze­li­no­wa­nia prze­ło­żo­nych, ale uznał, że nie zaszko­dzi.

– Zanim zaczą­łem słu­żyć w Legnicy, słu­ży­łem wcze­śniej w Rem­ber­to­wie, w grud­niu 1981 roku. Razem ze Spec­na­zem przy­go­to­wy­wa­li­śmy tam wtedy… Nie­ważne, stare dzieje. – Ser­gun mach­nął ręką. – Wy też byli­ście w Legnicy, dobrze pamię­tam?

Major potwier­dził.

– Słu­ży­łem w Szta­bie Pół­noc­nej Grupy Wojsk Armii Radziec­kiej mniej wię­cej w tym samym cza­sie co wy. Byli­ście tam wtedy. Mia­łem osiem­na­ście lat i w poło­wie lat osiem­dzie­sią­tych tra­fi­łem do Pol­ski. Ofi­cjal­nie jako tłu­macz, a nie­ofi­cjal­nie… No, wia­domo. Wyje­cha­łem od nich w 1992 roku razem z ostat­nimi żoł­nie­rzami. Póź­niej słu­ży­łem na Bał­ka­nach, w Koso­wie, ale szybko wró­ci­łem na kie­ru­nek pol­ski. Pew­nie dla­tego, że znam dobrze ich język… Ale o tym też wam już mówi­łem.

– Gdzie­ście się tak nauczyli pol­skiego? W Legnicy?

Ser­gun zacie­ka­wiony spoj­rzał na pod­wład­nego. Nie pamię­tał już akt Stiecz­kina. To prze­cież było tak dawno.

– Rodzinna sprawa. Mój pra­dzia­dek i pra­babka byli Pola­kami. Po rewo­lu­cji zostali z Dzier­żyń­skim w Rosji. Póź­niej pra­co­wali w orga­nach, żyli nor­mal­nie, jak to ludzie radzieccy, ale w domu mówili do sie­bie po ich­niemu, po pol­sku. Moja babka się od nich nauczyła. Znała pol­ski tak dobrze jak nasz. To ona mnie wycho­wała. Zna­jomi przy­sy­łali jej pol­skie gazety, płyty. I wła­śnie na jej pły­tach się nauczy­łem. W latach osiem­dzie­sią­tych z zachod­nimi pły­tami było u nas słabo. W Pol­sce było wtedy dużo zachod­niej muzyki. Ale naj­wię­cej to nauczy­łem się rze­czy­wi­ście w Legnicy.

– Od pol­skich dziew­czyn – zaśmiał się Ser­gun i mru­gnął do majora.

Stiecz­kin nie odpo­wie­dział uśmie­chem.

Gene­rał zabrał wczo­raj majora na pod­mo­skiew­ską daczę. Od czasu do czasu nagra­dzał w ten spo­sób zdol­nych ofi­ce­rów po uda­nych akcjach.

Dacza leżała w gęstym lesie, tuż obok małego jeziora. Ota­czał ją wysoki płot. Od brzegu biegł drew­niany podest, na któ­rego końcu gene­rał kazał sape­rom z Ria­za­nia wybu­do­wać altanę. Major przy­mknął oczy i przy­po­mniał sobie wyda­rze­nia wczo­raj­szego dnia. Myślał, że dacza gene­rała będzie bar­dziej oka­zała. A tu bogato, ale bez sza­leństw, jakie widział u innych gene­rałów. Duży, pro­sty dom, tro­chę drzew, jeziorko. Gene­rał nie zapro­sił majora do środka, tylko kazał od razu iść do altany. A tam ławki, grill, rzeź­biony drew­niany stół. Na nim wódka i osmo­lony kocio­łek. Stiecz­kin uniósł pokrywkę i poczuł cudowny zapach zupy szczi.

Pol­ski kapu­śniak się do tego nie umywa – pomy­ślał. Tydzień temu jadł go w przy­droż­nej knaj­pie za Bra­nie­wem. To za tę akcję dostał nagrodę.

– Szczi i kasza, strawa nasza – tubalny głos ode­rwał Stiecz­kina od kociołka.

Szef Zarządu I puł­kow­nik Lew Kir­pi­czew szedł przez polanę w towa­rzy­stwie innych woj­sko­wych. W ręku trzy­mał butelkę wódki Srebr­nyj Kri­stal.

– Wsiegda gatow – odpo­wie­dział Stiecz­kin zawo­ła­niem radziec­kich pio­nie­rów.

Kir­pi­czew uśmiech­nął się, doce­nia­jąc, że major zna swoje miej­sce w szyku.

– Bez pri­wieta niet otwieta, majo­rze Stiecz­kin! – wrza­snął jego prze­ło­żony i uniósł butelkę jak buławę. – Daj­cie spo­cznij!

Jego prze­ło­żony Kir­pi­czew, tak jak mini­ster obrony naro­do­wej, był Tuwiń­cem. Uro­dził się hen pod gra­nicą z Mon­go­lią, ale jego wyjąt­kowe talenty – języ­kowe i wywia­dow­cze – zapro­wa­dziły go na szczyt Zarządu odpo­wia­da­ją­cego w Akwa­rium za pań­stwa euro­pej­skie. A zna­jo­mość z sze­fem MON w tej dro­dze nie prze­szka­dzała. Wydział do spraw Pol­ski, w któ­rym słu­żył Stiecz­kin, pod­le­gał wła­śnie Kir­pi­czewowi.

– No pro­szę, to wła­śnie was wypa­trzył nasz Kutu­zow, wybacz­cie, nasz gene­rał Ser­gun.

Puł­kow­nik Kir­pi­czew naj­wy­raź­niej był już nie­źle wsta­wiony. Poki­wał pal­cem w kie­runku Stiecz­kina.

– I jak tam u Polacz­ków? – zapy­tał majora, ale na odpo­wiedź nie cze­kał. – Cisną mnie z Kali­nin­gradu, żeby­ście zło­żyli raport w spra­wie gazo­portu… Gdzie oni go w cho­lerę budują?

– W Świ­no­uj­ściu – pod­rzu­cił Stiecz­kin.

Puł­kow­nik odwró­cił się do reszty grupy sto­ją­cej przy stole.

– Wasia, a ty nie słu­ży­łeś za Sojuza w tym Świ­nio­coś­tam?

Jeden z ofi­ce­rów odwró­cił się i beł­ko­tli­wie odpo­wie­dział:

– Świ­no­uj­ściu, Świ­no­uj­ściu, Lwie Niko­ła­je­wi­czu. Dobre czasy. Ale jak to mówią: albo chuj za długi, albo koszula za krótka. Nawet z portu Polacy nie pusz­czali. Nie to co w NRD.

W tym momen­cie ode­zwał się Stiecz­kin.

– Jeśli pozwo­li­cie zabrać głos, towa­rzy­szu dowódco. Ja byłem wtedy w Legnicy jako młody żoł­nierz. Przed przy­jaz­dem myśla­łem, że w Pol­sce nie­na­wi­dzą nas tylko faszy­ści z Soli­dar­no­ści. I wyobraź­cie sobie, że spo­ty­kamy kie­dyś dele­ga­cję kom­so­mol­ców z Ludo­wego Woj­ska Pol­skiego. Zacni towa­rzy­sze, komu­ni­ści. Tak mi się wyda­wało. Sie­dzimy, wódeczkę pijemy. Ujutno. To było przed ich wybo­rami 4 czerwca. W końcu pytam: Powiedz­cie, towa­rzy­sze, dla­czego zawsze spo­ty­kamy się w Małej Moskwie?, bo tak mówili o naszym gar­ni­zo­nie. Nie zapro­si­cie nas na mia­sto, nie pagu­la­jem… Nie­kul­turno. I wyobraź­cie sobie, gospoda, że ten Polak od Jaru­zel­skiego mówi, że oni nas wolą nie wypusz­czać! To ja się pytam: Dla­czego? On się z początku tro­chę kry­go­wał, więc dopy­tuję, jak cze­ki­sta cze­ki­stę: Dla­czego na mia­sto nie idziemy? Soli­dar­ność nas zaata­kuje? Pro­wo­ka­cję szy­kują? A on na to, że nie, by­naj­mniej. Tylko jak czło­wiek radziecki za gra­nicę jedzie, to nie wie­dzieć czemu, zawsze w czołgu… I mi się w twarz śmieje!

– I dla­tego widzi­cie, Pawle Igna­tie­wi­czu, że Pola­ków trzeba krótko. I Kali­nin­gra­dowi należy pomóc. Wy im dacie, czego potrze­bują, oni dane do rakiet wpro­wa­dzą i jak będzie trzeba, to do tego Świ­nio­pój­ścia pozdro­wie­nia Psze­kom od naszego Wasi prze­ślemy Iskan­de­rem – zare­cho­tał Kir­pi­czew.

Stiecz­kin nie lubił, kiedy w jego obec­no­ści obra­żano Pola­ków. Posta­no­wił utrzeć nosa Kir­pi­cze­wowi.

– Ale Iskan­dery do Świ­no­uj­ścia nie dolecą – rzu­cił od nie­chce­nia.

Oczy­wi­ście wie­dział, że w tajem­nicy przed Zacho­dem idą prace nad poci­skiem manew­ru­ją­cym R-500, prze­zna­czo­nym dla sys­temu Iskan­der-K. Jego mak­sy­malny zasięg wyno­sił nawet dwa tysiące kilo­me­trów, więc rakiety spo­koj­nie mogły dole­cieć nie tylko do Świ­no­uj­ścia, ale i do Ber­lina czy Sztok­holmu. Ofi­cjal­nie jed­nak pocisk nie ist­niał, bo byłoby to zła­ma­nie trak­ta­tów z USA.

– Dolecą, dolecą. Jak będziemy chcieli, to wszę­dzie dolecą. – Kir­pi­czew uważ­niej popa­trzył na Stiecz­kina. – Wasz naczel­nik wspo­mi­nał, że byli­ście w Szta­bie Pół­noc­nej Grupy Wojsk Armii Radziec­kiej w Legnicy i dla­tego tak dosko­nale w języku Psze­ków te wszyst­kie „pszy”, „szczy” mówi­cie.

– Stare czasy, ale rze­czy­wi­ście po pol­sku mówię jak Polak.

Kir­pi­czew prze­rwał majo­rowi.

– To wam się chwali. Ale jak będzie z gazo­por­tem? – Bły­ska­wicz­nie zmie­nił się wyraz jego twa­rzy i jak bazy­li­szek spoj­rzał w oczy kapi­tana. – Dacie Kali­nin­gra­dowi, czego potrze­buje? Czy szu­kać nowego pio­niera?

Major Stiecz­kin wie­dział, co ma powie­dzieć sze­fowi.

– Nasze mrówki w War­sza­wie już gałązki zbie­rają, towa­rzy­szu puł­kow­niku – odparł zde­cy­do­wa­nie. – To wła­śnie w tej spra­wie ostat­nio do Pol­ski jecha­łem.

Wytrzy­mał wzrok Kir­pi­czewa, choć pijac­kiego odde­chu Tuwińca zdzier­żyć nie mógł.

Gru­zja, 5 maja 2013, nie­dziela Góry Kodor­skie, na zachód od rzeki Nen­skra

Pogra­ni­cze Abcha­zji i Gru­zji to dwie­ście kilo­me­trów ludz­kiego nie­szczę­ścia. Jak w każ­dym kon­flik­cie gra­nicz­nym, tak i tutaj wię­cej jest uprze­dzeń i zapie­kłej pamię­tli­wo­ści niż rze­czy­wi­stych róż­nic. Czę­ściej ludzi dzielą opo­wie­ści o gwał­cie doko­na­nym przez gru­ziń­skiego Ten­giza i krzyw­dzie pięk­nej abcha­skiej Natelli niż realne kon­flikty i star­cia naro­do­wych inte­re­sów. Choć w gór­skich rejo­nach Kau­kazu trudno odróż­nić jedno od dru­giego.

Wąska gór­ska dróżka, która była świad­kiem tego nie­szczę­ścia, nie bie­gła wzdłuż żad­nego zamiesz­ka­nego przez ludzi sie­dli­ska. Opusz­czone, zasty­głe domy, zagrody obro­śnięte winem, cze­ka­jące na koniec świata przy­siółki. Zwy­cię­ska przy­roda wdzie­ra­jąca się przez okna, przy­tła­cza­jąca zacie­nione tarasy, peł­za­jąca wokół pozo­sta­wio­nych i zapo­mnia­nych, popę­ka­nych balo­nów z winem.

Robert Rapacki do wąwozu Kodori miał jesz­cze dobrych kil­ka­na­ście kilo­me­trów. Porucz­nik sie­dział na prze­pięk­nym gnia­dym koniu i wyglą­dał wśród tego wszyst­kiego jak jakiś dży­git z kosmosu. Ubrany był w kom­bi­ne­zon – jak to okre­ślała woj­skowa nowo­mowa – ćwi­czebny, czyli pokryty wzo­rem kamu­flu­ją­cym typu Mul­ti­Cam mun­dur oraz hełm Ops-Core FAST Bal­li­stic, do boku przy­tro­czoną miał słynną czte­ry­sta szes­nastkę – nie­miec­kiego Hec­kler & Koch GmbH – którą piesz­czo­tli­wie nazy­wał „Haczką”. Lubił ten mun­dur: wzmoc­nie­nia na kola­nach i łok­ciach, zamiast koł­nie­rzyka chro­niąca przed otar­ciem szyi stójka – wszystko to dosko­nale spraw­dzało się w gru­ziń­skich górach. Do tego fan­ta­zyj­nie zawią­zana pod szyją cie­pła, oliw­kowa ara­fatka, którą przy­wiózł sobie z Afga­ni­stanu.

Tylko ciemne oku­lary dora­dził mu lekarz w War­sza­wie, nie zaś jego woj­skowe doświad­cze­nie.

– W two­jej sytu­acji musisz za wszelką cenę chro­nić oczy. Rozu­miesz? Chro­nić oczy na wszel­kie spo­soby! – powie­dział dok­tor, zanim zgo­dził się zapo­mnieć o wyni­kach badań.

To w woj­sku lubię naj­bar­dziej – pomy­ślał wtedy Rapacki – moment, gdy przy­jaźń wygrywa z regu­la­mi­nem. Dzięki dok­to­rowi nie zablo­ko­wano jego wyjazdu do Gru­zji.

Szarp­nię­ciem lejc osa­dził gnia­do­sza w miej­scu. Porucz­nik poka­zał ręką w kie­runku gór, za tamę, która pię­trzyła się nad spie­nioną rzeką.

– Tam już są Ruskie? – zapy­tał jadą­cego tuż obok lejt­nanta Otara Czaw­cza­wa­dze. Krę­pego gru­ziń­skiego koman­dosa nazy­wali lejt­nan­tem „Cza­czą”.

– Parę kilo­me­trów pod­cho­dzą – lek­ce­wa­żąco odpo­wie­dział „Cza­cza”. – Pró­bu­jemy kon­tro­lo­wać ich z dro­nów, ale nie zawsze pogoda pozwala. To izra­el­skie ustroj­stwo jest dosko­nałe na pustyni, a u nas pustyń mało. Więc tro­chę mgły i „paszło w piz­diec” – splu­nął, by pod­kre­ślić swe zde­gu­sto­wa­nie.

Lejt­nant dowo­dził patro­lem, a porucz­nik Rapacki peł­nił funk­cję obser­wa­tora i instruk­tora, choć ofi­cjal­nie nikt tego okre­śle­nia nie uży­wał.

Razem z nim do Gru­zji w ramach misji OBWE wysłano star­szego sier­żanta Ihora Kozaka z ukra­iń­skiej jed­nostki spe­cjal­nej „Skor­pion”, zaj­mu­ją­cej się mię­dzy innymi ochroną elek­trowni ato­mo­wych – potęż­nego górala, który zanim tra­fił do woj­ska, latał za owcami pod­czas redyku na Huculsz­czyź­nie. Znu­dziło mu się, poszedł do mar­ketu na ochro­nia­rza. Długo nie pra­co­wał. Wyrzu­cono go pierw­szego dnia. Zaraz po tym, jak kie­row­nik sklepu nawrzesz­czał na kasjerkę. Do tej pory w Jerem­czy opo­wia­dają, jak to kie­row­nika trzeba było sie­cią odła­wiać ze skle­po­wego basenu z kar­piami. Wtedy Ihor wybrał woj­sko.

Po ostat­nich trzech mie­sią­cach, które razem spę­dzili w Gru­zji, zaprzy­jaź­nili się. Kozak w oczach Rapac­kiego wyglą­dał jak współ­cze­sne ukra­iń­skie skrzy­żo­wa­nie Pod­bi­pięty i Zagłoby. Ze wstrze­mięź­li­wo­ścią tego pierw­szego i poczu­ciem humoru dru­giego. Teraz sier­żant Ihor zszedł z konia, przy­wią­zał go do drzewa i idąc się odlać, cały czas pod nosem mam­ro­tał:

– A zna­cie to? Wra­cał Gru­zin z żoną z wesela. Nagle koń pod nimi się potknął. Gru­zin na to: „Raz!”. Koń znów się potknął. „Dwa!”, mówi Gru­zin. Gdy koń potknął się po raz trzeci, Gru­zin wyjął pisto­let i zastrze­lił zwie­rzę. „Co ty robisz, idioto?”, krzy­czy żona. „Raz!”, odpo­wiada Gru­zin.

Ihor aż zła­pał się za brzuch. Cie­szył się ze swo­jego dow­cipu i abso­lut­nie mu nie prze­szka­dzało, że Rapacki zajęty jest czymś innym, a Gru­zini nic z jego opo­wie­ści nie rozu­mieją. – Lachu, może byśmy zje­chali już na winko do wio­ski? – Kozak spoj­rzał bła­gal­nie na Rapac­kiego. – Widzę, że te pacany czują się już wystar­cza­jąco wyszko­lone. – Sier­żant pokle­pał się po brzu­chu. – Winko mają świetne i kar­mią nas, że prze­jeść się nie da. Jak za trzy mie­siące wrócę do jed­nostki, to się nie zmiesz­czę na torze.

Ihor się oczy­wi­ście kry­go­wał, bo w OSF-ie, Ośrodku Spraw­no­ści Fizycz­nej, robił tor w czter­dzie­ści trzy sekundy. Teraz jed­nak śmiał się i kle­pał po brzu­chu.

„Cza­cza” źle zro­zu­miał gest sier­żanta. Obró­cił się na koniu w stronę Rapac­kiego i zdzi­wiony zapy­tał po angiel­sku:

– Ihor głodny? – Poka­zał kciu­kiem na sier­żanta.

Kozak miał pecha. W odróż­nie­niu od porucz­nika pra­wie wcale nie mówił po angiel­sku.

– Głodny, głodny – potwier­dził porucz­nik, sta­ra­jąc się zacho­wać powagę.

Już po rosyj­sku zaga­dał do Kozaka:

– Świet­nie się składa, Ihor, bo zapra­szają nas na Suprę. – Rapac­kiemu nawet nie drgnęła powieka.

Za to Ihor jęk­nął jak po otrzy­ma­niu ciosu.

– Hospody, znowu chcą jeść? Ile można! – Sko­czył na koń i to wystar­czyło, żeby zdo­łał prze­my­śleć sprawę. – No dobrze, ale zjem tylko kilka ich czar­no­byl­skich pie­ro­gów… jak im tam… chin­kali – stwier­dził w końcu zre­zy­gno­wany. – Tylko im powiedz, że bez wina nie tknę niczego.

War­szawa, jesień 2013 Pep­pe­roni Risto­rante, nie­da­leko placu Wil­sona

Klara lubiła ten lokal – za dobrą kawę i praw­dzi­wego tatara. Widok ogrom­nych ryb leni­wie pły­wa­ją­cych w wiel­kich, umiesz­czo­nych na ścia­nie akwa­riach był dobrą przy­stawką. Wiele razy, kiedy piła praw­dziwą wło­ską małą czarną, nacho­dziła ją myśl, że jest do nich podobna. Tak jak one, czuła się uwię­ziona w akwa­rium. Skrę­po­wana i ogra­ni­czona. Była jak te ryby, nakar­miona, cią­gle w ruchu, ale jed­nak zamknięta w świe­cie, do któ­rego dostęp mieli nie­liczni. Zablo­ko­wana z każ­dej strony. Wypa­tro­szona, jesz­cze nie cał­kiem, ale, po spra­wie na Bia­ło­rusi, już pra­wie… Stare demony wró­ciły.

Cały czas miała w gło­wie listę nazwisk, którą dał jej „Zastępca”. Byli kie­dyś dla niej jak rodzina. Nawet wię­cej. Kocha­nek, przy­ja­ciel, zna­jomy i ona. Wielka czwórka. Póź­niej wszystko się roz­pa­dło. Teraz miała znów ich zoba­czyć. Czuła, że za chwilę eks­plo­duje. A na gło­wie jesz­cze praw­dziwa rodzina. Chory ojciec i sio­stra z jej depre­sją, mężem, dziećmi i wiecz­nymi pre­ten­sjami.

Wszystko się kotło­wało, nie pozwa­lało spo­koj­nie pomy­śleć. Po roku prze­kła­da­nia papie­rów dla Ber­gera miała ochotę na dzia­ła­nie, na adre­na­linę. Miała też ochotę na seks. Chło­pak, dziew­czyna, trój­kąt. Wszystko jedno. Byle zaraz.

Rok wcze­śniej sie­działa i patrzyła w pełne łez oczy sio­stry. Mówiła jej, że od teraz to ona będzie opie­ko­wać się ojcem. Dobre kłam­stwa są zawsze bli­sko prawdy. Tamta wie­rzyła i zano­siła się pła­czem.

– Klara, prze­pra­szam za to wszystko, co powie­dzia­łam.

Pła­kała wtedy razem z nią. Jedna rodzina, ale prze­cież były tak różne. Klara zakła­dała głu­pio, że wil­gotne ślady na policz­kach oczysz­czają, że po tym wszyst­kim, co powie­działa, wystar­czy tro­chę popła­kać i sio­stry znów będą razem.

Ale Klara wie­działa swoje. Wie­działa, że nie zaj­mie się ojcem.

Więc zawi­jam kłam­stwo w prawdę – roz­ma­wiała w myślach sama ze sobą. – Nauczono mnie tego. Wiem, że jestem w tym dobra. Taki zawód.

Pamię­tała, jak sio­stra ociera łzy i idzie do kurew­sko wypa­sio­nej kuchni, bie­rze z lodówki kolejne pro­secco i leje sobie do kie­liszka. Jest tak wielki, że mogłaby się w nim zagu­bić żółta łódź pod­wodna.

– Klara, nie zro­zum mnie źle. Zależy mi tylko na tym, żebyś wresz­cie pojęła, że ja też mam wła­sne życie… – Już wie­działa, co sio­stra za chwilę powie. – Mam chłop­ców, męża. Nie mogę tego wszyst­kiego odpu­ścić ze względu na jego cho­robę. Musisz czę­ściej zabie­rać tatę do sie­bie.

Gdzie? Do paru metrów man­sardy nad domem rodzi­ców. I kiedy? Zosta­wiać go zamknię­tego jak psa? Ale dobre kłam­stwa są zawsze bli­sko prawdy. Więc Klara obie­cy­wała:

– Będę cię tutaj zmie­niała. Na razie.

Sio­stra jest prze­wi­dy­walna. Nalewa sobie wina i wcho­dzi na wyż­szy poziom histe­rii. – Ojciec wczo­raj zapy­tał mnie o bab­cię. Mówię mu, że jego matka nie żyje od trzy­na­stu lat, czyli już od dawna. Ojciec tak strasz­nie zaczął wtedy pła­kać… Bo zapo­mniał. Zapo­mniał, że nie ma matki. Jutro znów mnie zapyta i znów będzie pła­kał. Rozu­miesz, co to zna­czy? Będzie dowia­dy­wał się ode mnie o śmierci matki każ­dego dnia od nowa i od nowa! A ja będę musiała mu o tym mówić. Nie daję już rady, Klara.

Robi jej się duszno. Czuje, że musi uciec. Ale umie kła­mać.

– To wiesz co – mówi nagle pobu­dzona – jutro posie­dzę z tatą cały dzień. Tak na począ­tek. Obie­cuję. A teraz to może pojadę i kupię mu ramkę elek­tro­niczną na zdję­cia. Wrzu­cimy do niej foto­gra­fię babci. Będzie mu przy­jem­nie.

Wstaje. Sio­stra pew­nie chce ją zwy­my­ślać. Sama ma na to ochotę. Ale w końcu docho­dzi do wnio­sku, że to z jej strony jakiś gest. Kiwa głową. Wybiega.

Zamiast jechać do sklepu, woła tak­sówkę. Każe się wieźć na Moliera. Tak­sów­karz bez pyta­nia zatrzy­muje się przed Ofe­lią. Dobry klub. Gło­śna muzyka i kupa face­tów. Albo piją, albo szu­kają łatwej przy­gody na jedną noc. Teraz Klara ich szuka. Wcho­dzi i od razu idzie do baru. Nie zama­wia kolo­ro­wych drin­ków. Dzi­siaj pije dużo. Reszta jest już kwe­stią czasu.

W pew­nym momen­cie siada przy niej wypach­niony koleś. Gadają, tań­czą, gadają. Klara pije, a on pod­lewa. Znów tań­czą.

Kiedy, bara­nie, przej­dziesz do dzieła – myśli, ale zaczyna wyczu­wać fałsz. Widzi jakieś ukrad­kowe spoj­rze­nia, ciche roz­mowy z bar­ma­nem. Widzi tani łań­cu­szek. On nosi tom­bak, choć roz­pina koł­nie­rzyk mar­ko­wej koszuli. Sły­szy pomor­skie „jo”, choć facet opo­wiada, że całe życie spę­dził w War­sza­wie. Klara to rozu­mie. Każdy chce się dobrze sprze­dać. Ale instynkt pod­po­wiada jej, że coś z nim jest nie tak. Jego kłam­stwa nie są bli­sko prawdy. Wra­cają z par­kietu. Tym razem to on chce iść po drinki. Do tej pory się nie wyry­wał. Pyta, co chce do picia.

– To samo co ty – mówi Klara.

Wraca, ale w jego gestach jest coś nie­na­tu­ral­nego. Szybko wysuwa rękę z ener­ge­ty­kiem. Pod­tyka jej szklankę pod nos. Klara się domy­śla.

Co za dupek! W pierw­szym odru­chu chce wyjść. Ale jest za bar­dzo roz­sier­dzona. Na sio­strę, na ojca, na tego wypach­nio­nego Fah­ren­he­item dupka.

Mia­łam ochotę na seks – wścieka się w myślach. – Nie na gwałt.

On dużo gada. Jest pode­ner­wo­wany. Kom­bi­nuje, żeby wresz­cie wypiła. Udaje, że chce zwy­mio­to­wać. On bie­gnie po kosz. Klara wylewa ener­ge­tyk na gruby dywan obok krze­sła. Myśli, że wypiła, robi się spo­koj­niej­szy. Już nie jest dla niej taki miły. Klara pochyla się i odgrywa omdle­nie.

– Wypro­wadź mnie na zewnątrz – beł­ko­cze.

Stają w bra­mie. On chce ją cało­wać. Ona ucieka z ustami. Przy­gląda się jej uważ­nie.

Spraw­dza, czy pigułka już działa – ana­li­zuje Klara.

Szybko wsuwa rękę w jego spodnie. Czuje, że on ma na nią ochotę. Jest mocno pod­nie­cony. Mru­czy z zado­wo­le­nia. Nagle zaczyna sko­wy­czeć. To dla­tego, że Klara ści­ska jego jądra i jed­no­cze­śnie mocno szar­pie w dół. Pra­wie odrywa mu jaja od gwał­tow­nie zwiot­cza­łego fiuta. Facet pada, moczy się i jed­no­cze­śnie wymio­tuje. Zwija się. Jęczy. Klara wyj­muje jego prawo jazdy. Gnój jest z Wej­he­rowa. Pochyla się nad nim. Pod­nosi jego głowę i mówi mu pro­sto w oczy. Tak wyraź­nie i zimno, żeby zapa­mię­tał na całe życie.

– Jeśli jakaś dziew­czyna w oko­licy poskarży się, że podano jej pigułkę gwałtu, to przyjdę po cie­bie znowu. Nie będę spraw­dzać. Po pro­stu przy­jadę. I nie będę tak deli­katna jak dziś – mówi.

Wraca do klubu i patrzy bar­ma­nowi w oczy. Jest zmie­szany, a ona wie dla­czego. Zdej­muje ze ściany elek­tro­niczną ramkę na foto­gra­fię i chowa do torebki. Bar­man udaje, że nie widzi.

Czas wra­cać do sio­stry.

Moskwa, 14 maja 2013, wto­rek Amba­sada Rzecz­po­spo­li­tej Pol­skiej, ulica Kli­masz­kina 4 Kreml

Pie­szo z pol­skiej amba­sady na Kreml można się było dostać w pół godziny. No, powiedzmy, w trzy kwa­dranse. Autem zda­rzało mu się jechać nawet dwie godziny. Naj­go­rzej bywało, gdy droga pro­wa­dziła przez Sado­woje kolco, słynną wewnętrzną obwod­nicę mia­sta. Ulica w naj­węż­szym miej­scu miała sześć pasów ruchu w obie strony, a w naj­szer­szym – osiem­na­ście! I wszyst­kie zablo­ko­wane trą­bią­cymi autami. Tym razem jed­nak jego służ­bowy mer­ce­des miał poli­cyjną asy­stę, więc zamiast wście­kło­ści towa­rzy­szyły mu wyłącz­nie zazdro­sne spoj­rze­nia innych kie­row­ców. Jechał przez Sado­woje kolco pasem dla dygni­ta­rzy i nikt nie miał prawa zagro­dzić mu drogi. Zza przy­ciem­nio­nych szyb patrzył na Rosjan, z któ­rych w godzi­nach szczytu wynu­rzał się spod moskiew­skiego lukru głę­boko skry­wany dziki, azja­tycki pier­wia­stek.

Mer­ce­des z biało-czer­wo­nym pro­por­cem zna­lazł się w końcu na placu Czer­wo­nym. Koła zabęb­niły po bruku. Andrzej Wirth po raz pierw­szy przy­by­wał na Kreml jako przy­szły pol­ski amba­sa­dor. Na kola­nach trzy­mał listy uwie­rzy­tel­nia­jące, które za godzinę miał wrę­czyć pre­zy­den­towi Fede­ra­cji Rosyj­skiej. Limu­zyna z pełną pręd­ko­ścią wje­chała za wiśniowy mur przez bramę Spas­ską. Amba­sa­dora zawsze zasta­na­wiało, jak oni to robią, że wrota w basz­cie otwie­rają się w ostat­niej chwili, a auto ni­gdy nie zwal­nia.

Zapar­ko­wali w rzę­dzie innych limu­zyn z cho­rą­giew­kami na maskach, kie­rowca z amba­sady odwró­cił się i rzu­cił przez ramię: „Powo­dze­nia, panie amba­sa­do­rze”. Cere­mo­nia miała się odbyć w sali Alek­san­drow­skiej Wiel­kiego Pałacu Krem­low­skiego. Tej samej, w któ­rej caro­wie Rosji przyj­mo­wali przy­by­wa­ją­cych na ich dwór zagra­nicz­nych dyplo­ma­tów. Oprócz nowego amba­sa­dora Pol­ski listy uwie­rzy­tel­nia­jące mieli przed­sta­wić dyplo­maci z czter­na­stu kra­jów, w tym z USA i Tur­cji.

Wirth wszedł po scho­dach i po krót­kim spa­ce­rze spo­tkał się w sali recep­cyj­nej ze swo­imi kole­gami. Mieli czas na nie­zo­bo­wią­zu­jące roz­mowy, bo gospo­darz lubił się spóź­niać. W pew­nym momen­cie amba­sa­dor zwró­cił uwagę na zbli­ża­ją­cego się do nich męż­czy­znę. Znał skądś jego twarz.