Uzyskaj dostęp do tej i ponad 250000 książek od 14,99 zł miesięcznie
Od poznania prawdy o samym sobie dzieli go ciemność, ból i niekończący się labirynt korytarzy, w których czają się krwiożercze istoty...
Uzyskanie odpowiedzi na dręczące go pytania to dopiero początek.
Czy znajdzie dość siły i odwagi, by podjąć walkę o piekielnie wysoką stawkę?
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 240
Rok wydania: 2025
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Tytuł: Purgatorium
Copyright © by Michał Talaśka, Katowice 2025
Wszelkie prawa zastrzeżone.
All rights reserved.
Redakcja i korekta: Anna Dzięgielewska, Zeter Zelke
Projekt okładki i ilustracje: Łukasz Białek
Skład i łamanie: Krzysztof Biliński
Wydanie I
Wydawca: Planeta Czytelnika, Łódź 2025
planeta-czytelnika.pl
ISBN 978-83-68702-19-4
W pamięci zakamarkach, gdzie usypia wspomnienie,
Zmęczony umysł pcha przeszłość w zapomnienie.
Niczym na leciwym pergaminie blednące są litery,
Tak do uszu docierają jeno niezrozumiałe szmery.
Lecz w głębi duszy echo dawnych dni się budzi,
Chcąc je przywrócić, świadomość usilnie się trudzi.
W każdym z odnalezionych wspomnień okruchu,
Tli się iskierka życia dawnego posłuchu.
Otaczała mnie nieprzenikniona ciemność, a całe ciało obłapiały gorące paluchy bólu. To były jedyne fakty, z których zdawałem sobie sprawę, gdy powoli dochodziłem do siebie, budząc się z długiego snu. Poza tym w mojej głowie ziała pustka. Nie miałem pojęcia ani gdzie się znajdowałem, ani co mogło dziać się ze mną wcześniej.
W pierwszej chwili po przebudzeniu nie potrafiłem nawet stwierdzić, czy moje oczy są otwarte, czy zamknięte, ponieważ wszechobecny mrok przypominał gruby, szczelnie owijający mnie koc.
Strasznie chciało mi się pić. Zrobiłbym wszystko za szklankę zimnej wody. Sama myśl o napoju sprawiła, że wyobraziłem sobie swoje wnętrzności jako wysuszone na słońcu drewniane wióry. Uczucie suchości w ustach było tak silne, że odrętwiały język niemal przykleił się do podniebienia. Jęknąłem cicho.
Wszystko mnie bolało, jednak płonący ból lewej strony klatki piersiowej, rozchodzący się na resztę ciała tępym, uporczywym pulsowaniem, sprawiał, że pozostałe niedogodności uciekały na dalszy plan.
Wziąłem głęboki wdech. Unoszące się żebra sprawiały wrażenie, jakby w każdej chwili mogły popękać niczym stare, wyschnięte patyki. Nozdrza wypełniły się intensywną, nieprzyjemną wonią, kojarzącą się ze swądem spalonych włosów.
Uzmysłowiłem sobie, że leżę. Byłem rozciągnięty na twardej, nierównej powierzchni. Jakiś kamień, chyba był to kamień, uwierał mnie w lewą łopatkę. Z trudem uniosłem rękę, która zdawała się ważyć tonę. Przybliżyłem dłoń do twarzy i pomachałem, lecz nie dostrzegłem żadnego ruchu. Poczułem jedynie na policzkach powiew ciężkiego, stęchłego powietrza. Uświadomiłem sobie dzięki temu, że wokół było bardzo gorąco, a moje ciało pokrywała warstwa lepkiego potu, sprawiając, że ubranie przyklejało się do każdego, nawet najintymniejszego miejsca.
Dotknąwszy twarzy, wyczułem pod palcami drapiący, kilkudniowy zarost. Następnie moja dłoń powędrowała niżej i zatrzymała się na piersi. Ostrożnie przyłożyłem palce kilka centymetrów na lewo od mostka, lecz momentalnie je cofnąłem, ponieważ przeszywający ból wywołany dotykiem przypominał rażenie paralizatorem.
Zebrałem wszystkie siły, aby – podpierając się rękami – podnieść się i usiąść. Ten pozornie błahy wysiłek sprawił, że dostałem zawrotów głowy. Ciężko dyszałem, wręcz łapczywie łapałem oddech.
Zacząłem rozmasowywać skronie, czując, jakby wewnątrz mojej czaszki uwięziony był dziki szczur miotający się szaleńczo w desperackiej próbie ucieczki. To znacznie utrudniało skupienie się na przypomnieniu sobie ostatnich wydarzeń. Koncentrowałem się, jak mogłem, lecz jedyne, co osiągnąłem, to rosnące przerażenie, gdyż zdałem sobie sprawę, że nie tylko nie pamiętałem, jak znalazłem się w tym tajemniczym miejscu. Nie pamiętałem kompletnie nic. Poprzedniego dnia, miesiąca, roku… Nic. Nie wiedziałem również, jak mam na imię. Amnezja? Próbowałem znaleźć w świadomości jakikolwiek punkt zaczepienia z nadzieją, że pomoże wywołać reakcję łańcuchową, która odblokuje pamięć. Lecz mój umysł przypominał pustą kartkę. Ja zaś byłem jak cierpiący na niemoc twórczą pisarz, którego nawet przystawiona do skroni lufa pistoletu nie zdołałaby zmusić do napisania choćby akapitu.
Wytężyłem słuch, starając się wyłapać jakikolwiek dźwięk. Chociaż uciążliwy ból głowy tego nie ułatwiał, byłem niemal pewny, że nie docierał do mnie żaden odgłos, który mógłby mi podpowiedzieć, czy znajdowałem się w tym dziwnym miejscu sam.
Na bezczynnym siedzeniu minęło mi dobrych kilka minut. W końcu uznałem, że przecież nie mogę siedzieć w ciemności w nieskończoność. Musiałem coś przedsięwziąć. Trzęsącymi się dłońmi zacząłem badać podłoże wokół siebie. Było twarde, wilgotne, nierówne. Coś jakby skała. Niestety nic więcej mi to nie mówiło.
Spróbowałem wstać. Syknąłem z wysiłku oraz nowej fali bólu, spowodowanej rozciąganiem zastygłych mięśni, lecz dałem radę.
W pierwszej chwili poczułem mdłości, a do moich ust napłynęła gęsta, kwaśna ślina. Splunąłem. Wyciągnąłem przed siebie ręce i zacząłem powoli nimi poruszać. Zupełnie jak ślepiec. A może nim właśnie byłem? Ta natrętna myśl zalęgła się w moim umyśle jak tłusty, paskudny robal. Kurczowo trzymałem się jednak nadziei, że zmysł wzroku jest sprawny, a otaczającą ciemność spowodował wyłącznie brak światła.
Obracałem się wokół własnej osi, nieustannie próbując dotknąć jakiegoś elementu otoczenia. Na nic nie trafiłem, więc zrobiłem kilka niepewnych kroków przed siebie. Nagle moje dłonie dosięgnęły ściany o dokładnie takiej samej strukturze jak podłoże. Pomacałem ją, wykorzystując pełną rozpiętość ramion. Ściana sprawiała wrażenie litej skały. Nie mając lepszego pomysłu, ruszyłem powoli w lewo, kierując się wzdłuż owej ściany.
Po kilku krokach niespodziewanie potknąłem się o coś i tracąc równowagę, przewróciłem się. W ostatniej chwili wyciągnąłem przed siebie ręce, dzięki czemu uniknąłem rozkwaszenia nosa o podłoże.
Zamiast podnieść się i ruszyć dalej, pozostałem w pozycji leżącej. Przytłoczyło mnie uczucie beznadziejności. Wielkim ciężarem opadło na moje plecy, pozbawiając chęci i siły, by wstać. Przeszło mi przez myśl, żeby zostać tak i czekać na nadejście ewentualnej pomocy. Może właśnie w tym momencie ktoś mnie szukał?
Wtedy jednak – leżąc na brzuchu – wyczułem, jak podłoże przyciska do moich ud coś, co znajdowało się w kieszeniach spodni. Zdziwiłem się, że nie wpadłem wcześniej na to, by sprawdzić, czy nie mam przy sobie czegoś, co pomogłoby chociaż w najmniejszym stopniu rozjaśnić sytuację.
Powoli wstałem, podtrzymując się ręką ściany, wzdłuż której przed chwilą jeszcze szedłem. Prawą dłoń wcisnąłem do prawej kieszeni spodni, a lewą do lewej.
Tak jak wyczułem wcześniej, w obu coś się znajdowało. W jednej wymacałem trzy płaskie, niewielkie przedmioty, połączone czymś sztywnym i okrągłym. Na jednym końcu przedmioty były gładkie, na drugim zaś nieregularne, delikatnie ostre. Podświadomie wiedziałem, że jest to coś, co znam, chociaż jeszcze nie potrafiłem tego nazwać. Niemal czułem, jak tryby w mojej głowie zaczęły się obracać, początkowo powoli, jednak z każdą chwilą szybciej, jakby ktoś nałożył na nie warstwę smaru. Drzwi – pomyślałem. To służy do otwierania drzwi. Nagle mnie olśniło: to były klucze. Świadomość przypomnienia sobie nazwy oraz przeznaczenia przedmiotu była krzepiąca. Dawała mi nadzieję, że zacznę sobie przypominać również inne fakty.
Uznałem, że klucze w obecnej sytuacji do niczego mi się nie przydadzą, więc schowałem je z powrotem do kieszeni. Natomiast drugie znalezisko wydawało się czymś znacznie ciekawszym. To coś było twarde i prostokątne. Wyciągnąłem przedmiot z kieszeni i zacząłem gorączkowo badać go palcami z każdej strony, nabierając przekonania, że trzymanie tej rzeczy w dłoni nie było dla mnie niczym nowym.
Środkowym palcem prawej dłoni trafiłem na znajdującą się z boku tego czegoś niewielką wypustkę i odruchowo ją wcisnąłem. W tym samym momencie urządzenie rozświetliło się oślepiającym blaskiem. Znajdując się od nie wiadomo jak długiego czasu w ciemnościach, poczułem, jakby nagle stalowe szpikulce wystrzeliły prosto w moje oczy, przebiły je na wylot, a następnie przewierciły się przez mózg, by ostatecznie zatrzymać się na wewnętrznej stronie potylicy.
Lewą dłoń wyciągnąłem przed siebie, odgradzając świecące urządzenie od twarzy. Zmrużyłem powieki, pozostawiając jedynie wąskie szparki, dzięki czemu zacząłem stopniowo przyzwyczajać się do blasku. Po chwili szerzej otworzyłem oczy. Spoglądając na kolorowy wyświetlacz, poczułem ogromną ulgę z faktu, że jednak nie byłem ślepcem. Jedną niewiadomą mogłem wykreślić z długiej listy pytań.
Gdy blask przestał mnie razić na tyle, bym potrafił spojrzeć na ekran urządzenia, zobaczyłem zajmujący centralny punkt wyświetlacza zegar oznajmiający, że dochodziła trzecia pięćdziesiąt osiem. Poniżej godziny wyświetlała się data, według której był dwudziesty ósmy listopada. Lecz to nie wszystkie informacje, które mogłem wyczytać z kolorowego ekraniku. Przeciągnij, by odblokować – oznajmiało polecenie umieszczone na spodzie wyświetlacza, przy którym znajdowała się strzałka wskazująca prawą stronę. Bez namysłu przesunąłem po niej kciukiem, dzięki czemu blokada została zwolniona. Łatwość, z jaką wykonałem tę czynność, była zdumiewająca.
– Komórka… – przemówiłem głosem tak zachrypniętym, że zabrzmiał jak dźwięk dwóch ocierających się o siebie cegieł. Odchrząknąłem. Dziwnie było usłyszeć swój głos. Był dla mnie czymś jednocześnie obcym i znajomym.
Następnie mój palec niemal automatycznie, jakby ktoś inny nim sterował, ściągnął z góry ekranu menu szybkiego dostępu, w którym znajdowała się ikonka w kształcie latarki. Stuknąłem w nią kciukiem, co spowodowało rozświetlenie mroku przez umieszczoną z tyłu urządzenia diodę LED.
Światło zapaliło we mnie iskierkę nadziei. Pierwszy raz po przebudzeniu poczułem, że moja sytuacja może nie być całkowicie beznadziejna.
Pobieżnie omiotłem latarką otoczenie. Potwierdziło się to, co zdążyłem już wcześniej wyczuć dłońmi, byłem w jakiejś jaskini, a wokół mnie znajdowały się jedynie skały.
W następnej kolejności skierowałem źródło światła na swój tors oraz nogi. Ujrzawszy ubranie, które miałem na sobie, doznałem tego specyficznego uczucia powrotu do domu po długiej podróży. Byłem ubrany w czerwono-czarną koszulę flanelową, jeansy oraz czarne trampki. Na lewym nadgarstku miałem zegarek o dużej, grafitowej tarczy, zapięty przy pomocy skórzanego paska. Wskazówki pokazywały godzinę 05:56. Zegar na ekranie komórki mówił coś innego. Zastanowiłem się, czy którakolwiek z godzin jest prawidłowa. Przystawiłem zegarek do ucha, ale nie usłyszałem tykania, więc założyłem, że to telefon pokazuje prawidłowy czas.
Ponownie rozejrzałem się badawczo. Powoli wykonałem obrót o trzysta sześćdziesiąt stopni, uważnie oświetlając wszystko latarką, aby mieć pewność, że niczego nie przeoczę. Światło ujawniało gdzieniegdzie wypukłe skały, jednocześnie tworząc cienie wyglądające jak ruchome plamy czarnej smoły.
Spojrzałem również w górę, chcąc sprawdzić, jak wysoka jest ta skalna komora, chociaż ku mojemu zdziwieniu nie zobaczyłem ani stropu, ani wiszących na nim stalaktytów. Nad sobą – tam, dokąd zdołało dotrzeć światło – ujrzałem szyb prowadzący pionowo w górę. Uznałem, że musi być bardzo długi, ponieważ nie dostrzegłem światełka na jego końcu ani nie docierał do mnie powiew świeżego powietrza. Wszystko wskazywało na to, że znajdowałem się głęboko pod ziemią. To mnie jeszcze bardziej zastanowiło. Byłem pewny, że nie mogłem wpaść przez szyb do jaskini. Upadek z tak dużej wysokości z pewnością by mnie zabił. Rozwiązanie nasuwało się samo – ktoś musiał mnie tutaj przywlec.
Obszedłem grotę i odkryłem, że w jednym miejscu w ścianie znajduje się dość szeroka szczelina. Zaświeciłem w jej wnętrze. Szczelina mogła być wyjściem z groty, chociaż nie sposób zgadnąć, dokąd konkretnie prowadziła. Jeśli w ogóle dokądkolwiek…
Rozważając możliwości wydostania się z tego miejsca, wykluczyłem wspinaczkę. Porowate ściany były zbyt gładkie, by wystarczająco pewnie się ich złapać. Tym bardziej że nieustannie się pociłem, przez co moja skóra bez przerwy była wilgotna. Poza tym brak światła sugerował, że szyb raczej nie prowadził na powierzchnię.
Nie mając lepszego pomysłu, ruszyłem w kierunku szczeliny. Uczepiłem się myśli, że powinna mnie stąd wyprowadzić.
Szczelina była węższa, niż pierwotnie mi się wydawało. Żeby się w nią wcisnąć, musiałem ustawić się bokiem i wciągnąć brzuch. Prawą, trzymającą telefon dłoń wyciągnąłem przed siebie. Przesuwałem się powoli przez wąską szparę, stawiając krok za krokiem. Skały ocierały się o moje plecy i klatkę piersiową. Z każdym kolejnym metrem coraz bardziej zastanawiał mnie fakt, jak ktoś był w stanie przenieść tak wąską drogą nieprzytomnego człowieka. Może jednak w inny sposób dostałem się do groty? Każda z możliwości zdawała się nieprawdopodobna.
Po chwili latarka w telefonie rozświetliła koniec szczeliny oraz znajdujący się za nią skalny korytarz usytuowany pod kątem prostym do wyjścia z ciasnego tunelu, którym się przeciskałem.
Wygramoliłem się na zewnątrz, otrzepałem koszulę i spojrzałem w lewo oraz w prawo. Droga w obu kierunkach wyglądała dokładnie tak samo. Musiałem wybrać którąś stronę. Poszedłem w prawo, nie mając ku temu żadnego sprecyzowanego powodu.
Szedłem przed siebie korytarzem wysokim na jakieś trzy metry, a szerokim na około dwa. Skała, po której stąpałem, może nie była idealnie gładka, ale dosyć równa, więc ryzyko potknięcia się było niewielkie. Tunel wyglądał na dzieło ludzkich rąk, wykuty lub wydrążony w skale. Z uwagą i zainteresowaniem oświetlałem wszystko latarką.
Pod pewnym względem odczułem niewielką ulgę, ponieważ tępy ból stopniowo odpuszczał. Jednak na tym kończyły się pozytywy; oddalając się od miejsca, w którym się obudziłem, czułem narastający niepokój. Idąc w nieznane, odniosłem wrażenie, że postępuję niewłaściwie. Tylko czy miałem jakikolwiek wybór? Zostać w grocie i czekać na nie wiadomo co? Nie. Przekonywałem samego siebie, że wyruszając w drogę, podjąłem słuszną decyzję.
Przemierzając skalny korytarz, słyszałem jedynie dźwięk własnych kroków niosący się echem pomiędzy kamiennymi ścianami. Telefon trzymałem przed sobą, nieustannie oświetlając drogę przy pomocy latarki. Ostrożnie stawiałem kolejne kroki, mogąc tym samym pozwolić sobie na badanie zawartości pamięci komórki. Według informacji wyświetlonych na ekranie stan baterii wynosił dwadzieścia siedem procent. Miałem nadzieję, że to wystarczy, dopóki nie znajdę wyjścia.
Wiedziałem, że powinienem skupić się na marszu, jednak ciekawość była silniejsza. W końcu pamięć telefonu mogła skrywać coś, co pomogłoby mi zrozumieć obecną sytuację.
Wszedłem w spis kontaktów, gdzie ujrzałem coś wyjątkowo osobliwego. Zamiast imion, nazwisk czy pseudonimów wyświetlały się jedynie kolejne linijki tajemniczych znaków bardziej przypominających hieroglify niż pismo, które potrafiłbym odczytać. Czy to efekt usterki? Tego nie wiedziałem, mimo to moje serce zaczęło bić szybciej, ponieważ mogłem wybrać losowo jeden z kontaktów i zadzwonić do tego kogoś z prośbą o pomoc.
Zatrzymałem się i stuknąłem najpierw w ciąg znaków, który akurat znajdował się pod kciukiem, a następnie w ikonkę przedstawiającą zieloną słuchawkę. Z nadzieją przyłożyłem telefon do ucha, lecz mój optymizm momentalnie zgasł niczym zapałka rozpalona w wietrzny, deszczowy dzień. Połączenie nie może zostać zrealizowane – oznajmił zimny, przypominający mowę robota kobiecy głos. Że też wcześniej o tym nie pomyślałem… Przecież mając ku temu solidne podstawy, założyłem, że znajdowałem się w systemie jaskiń, a w tego typu miejscu zapewne nie mogło być szans na złapanie zasięgu sieci komórkowej.
Jednym kliknięciem powróciłem do ekranu głównego urządzenia, na którym ujrzałem potwierdzenie swoich przypuszczeń. Pasek przedstawiający siłę zasięgu był pusty. Brakowało nazwy operatora czy informacji na temat stanu połączenia z Internetem.
Zrezygnowany ruszyłem dalej. Starałem się nie przejmować faktem, że z każdą minutą procentowy wskaźnik poziomu baterii powoli, lecz zauważalnie się zmniejszał. Świadomość, że wkrótce znowu mogę pogrążyć się w ciemnościach, była wyjątkowo niepokojąca. Przyspieszyłem kroku. Szacowałem, że do rozładowania się baterii pozostała mniej niż godzina używania latarki. Nie dopuszczałem do siebie takiej możliwości. Musiałem dotrzeć do wyjścia. Musiałem dotrzeć dokądkolwiek.
Kontynuując wędrówkę i patrząc to pod nogi, to na ekran komórki, zainteresowałem się kolorową ikonką podpisaną galeria. Nie miałem pojęcia, kim byłem, lecz przejrzenie zdjęć zapisanych w pamięci telefonu teoretycznie mogło pomóc w rozwiązaniu tej tajemnicy. Jedno dotknięcie kciuka i ukazały mi się fotografie. Na ich widok zmarszczyłem czoło w zamyśleniu. Wszystkie zdjęcia były rozmazane i kompletnie nieczytelne. Nie sposób powiedzieć, czy obrazki przedstawiają kobiety, mężczyzn, czy cokolwiek innego. Podejrzewałem, że nie byłem aż tak beznadziejnym fotografem, uznałem, że w grę musi wchodzić kolejna usterka, podobnie jak w przypadku spisu kontaktów. Chociaż zastanawiał mnie fakt, że ekran komórki był nienaruszony a tapeta, na której znajdowała się kula ziemska widziana z kosmosu, ostra i wyraźna. Więc dlaczego wszystkie zdjęcia wyglądały jak przepuszczone przez osobliwy filtr? Cóż, nie było sensu się nad tym rozwodzić. Miałem istotniejsze problemy na głowie, więc sprawę galerii i listy kontaktów włożyłem do szufladki opisanej na później znajdującej się na dnie regału moich myśli.
Z każdym pokonanym metrem tajemniczego tunelu, czułem, jakby moje nogi stawały się coraz cięższe. Było to zasługą lęku i niepewności, które uparcie dotrzymywały mi kroku. Jednak nagle wydarzyło się coś, czego się nie spodziewałem, ale na co w głębi ducha po cichu liczyłem. Jakieś dwadzieścia metrów przed sobą ujrzałem migoczącą, jasną poświatę. Wyłączyłem latarkę, aby się upewnić. Okazało się, że faktycznie, kawałek dalej kończył się mrok. Wygasiłem ekran komórki, schowałem urządzenie do kieszeni, by zaoszczędzić resztkę baterii, i ruszyłem w stronę światła.
Gdy dotarłem na miejsce, korytarz wpadał w sporych rozmiarów komorę, na której ścianach zamocowano pochodnie. Około półtorametrowe, drewniane drągi w dolnej części były wąskie, lecz im wyżej, tym robiły się szersze. Ze ścian wychodziły stalowe pierścienie, w które wsunięto pochodnie. Jasne płomienie rzucały na wszystkie ściany cienie przypominające posępne monstra, podrygujące do tylko sobie znanego rytmu.
Nie wiedziałem, czy obecność pochodni powinna mnie ucieszyć, czy może zmartwić. Z jednej strony w końcu natrafiłem na coś, co świadczyło, że nie byłem w tej jaskini sam. Z drugiej jednak wiele faktów wskazywało na to, że ten, lub raczej ci, którzy również się tu znajdowali, nie byli nastawieni w stosunku do mnie pokojowo. Kto normalny obezwładniłby człowieka, zaciągnął go na koniec ciemnej groty i porzucił tam, jakby był nietrafionym prezentem świątecznym? To kolejna ze spraw, którą nie chciałem się na razie przejmować. Priorytetem było wydostanie się na zewnątrz, więc wszedłem do rozświetlonej komory.
Skoro na ścianach znajdowały się pochodnie, uznałem, że warto rozejrzeć się, czy wewnątrz groty nie było czegoś jeszcze. Szukałem czegokolwiek, co mogłoby pomóc mi w zrozumieniu, jakie przeznaczenie spełnia ta jaskinia.
Rzuciło mi się w oczy coś interesującego, leżącego przy jednej ze ścian. Znalezisko miało na tyle gładką powierzchnię, że odbijając światło pochodni, wyróżniało się spośród wszechobecnych skał. Podszedłem bliżej i ujrzałem poplątaną stertę stalowych łańcuchów. Część z nich zakończona była kajdanami. Całe to żelastwo sprawiało wrażenie bardzo starego. Niektóre z ogniw pokrywało coś brązowego. Niemożliwym było stwierdzić czy rdza, czy zaschnięta krew.
Rozejrzałem się ponownie, jednak nie dostrzegłem w grocie już nic innego, co wzbudzałoby chociaż odrobinę zainteresowania.
Na przeciwległej stronie tunelu, znajdowało się wyjście z komory. Cóż, miałem nadzieję, że to wyjście… Postanowiłem ruszyć tamtędy, uznając, że to zdecydowanie lepszy pomysł niż wracać do miejsca mojego przebudzenia.
Nim opuściłem pomieszczenie, przeszło mi jeszcze przez myśl, czy nie powinienem zabrać ze sobą jednego z łańcuchów. Kto wie, czy nie mógłby mi się do czegoś przydać? Jednak ostatecznie uznałem ten pomysł za nietrafiony. Czułem się już zauważalnie lepiej, jednak wciąż byłem zbyt obolały i zmęczony, by ciągnąć za sobą balast, który mógł okazać się zbędny.
Doszedłem do miejsca, w stosunku do którego liczyłem, że jest wyjściem i z uczuciem ulgi ujrzałem, że rozciągający się za nim korytarz rozświetlają przymocowane do ścian i rozmieszczone w równych odstępach kolejne pochodnie.
W jaskini było duszno i wilgotno, a mijanie płonącego źródła światła sprawiało, że ciężko się oddychało, niemniej było to lepsze niż marsz w ciemności lub oświetlanie sobie drogi latarką, która lada moment mogła zgasnąć.
Wszedłem w korytarz i po kilku metrach zauważyłem, że pochodnie nie były jedynym elementem, który odróżniał obecny tunel od poprzedniego. W tym były rozwidlenia. Czasem co kilka metrów, czasem co kilkanaście pojawiały się kolejne odnogi. Jednak te nowe korytarze tonęły w mroku, nic ich nie oświetlało. Teoretycznie mogłem ściągnąć którąś z pochodni ze ściany i udać się z nią w jedno z rozwidleń, lecz postanowiłem nie zbaczać z drogi. Być może istniał powód, dlaczego tylko ten korytarz był oświetlony.
W pewnej chwili, gdy mijałem jedną z licznych odnóg, z jej wnętrza dobiegł cichy szmer. Zatrzymałem się i wytężając słuch oraz wzrok spojrzałem w ciemny korytarz. Nic więcej nie usłyszałem. Już miałem ruszyć dalej, ale wtedy włoski na karku i przedramionach stanęły mi dęba. Ogarnęło mnie niepokojące uczucie bycia obserwowanym.
– Jest tam kto?! – zawołałem niepewnie. Odpowiedziało mi jedynie echo.
Nie wiedziałem, czy powinienem iść dalej, czy może jednak sprawdzić ten tunel.
– Chcę się stąd wydostać, potrzebuję pomocy! – krzyknąłem w ciemność.
Wciąż żadnej reakcji. Kiedy już zacząłem dochodzić do wniosku, że dźwięk był jedynie wytworem mojej wyobraźni, usłyszałem go ponownie.
Chęć wzięcia nóg za pas zdominowała potrzeba ujrzenia jakiejkolwiek żywej istoty. W końcu jeśli ktoś chciał mnie skrzywdzić, miał ku temu dobrą okazję, gdy leżałem nieprzytomny. Chyba że zostałem uznany za martwego i porzucony…
Moje rozmyślania przerwało coś, co nagle pojawiło się w ciemności. Kilka metrów w głębi skąpanego w mroku tunelu zobaczyłem dwa żarzące się żółtym blaskiem punkty. Unoszące się kilkadziesiąt centymetrów nad ziemią światełka powoli zbliżały się do mnie. Zrobiłem krok w tył, szykując się do ucieczki, lecz wtedy punkty przybliżyły się na tyle, by znaleźć się w rzucanym z głównego korytarza świetle.
Jasne okręgi okazały się odbijającymi blask płomieni oczami stworzenia, które wyglądem przypominało psa. Wyjątkowo paskudnego psa. Człapiąca na ugiętych łapach i zniżająca pysk do poziomu gruntu istota poruszała się powoli. Albo popychana ciekawością niepewnie szła w moim kierunku, albo szykowała się do ataku.
Gdy stworzenie w całej swojej osobliwej postaci znalazło się w migającym świetle pochodni, mogłem mu się dokładnie przyjrzeć. Ten dziwny, przypominający hienę pies niemal pozbawiony był sierści. Wzdłuż kręgosłupa, na jego przeoranej bliznami szarej skórze, znajdowały się kępki rzadkich czarnych kłaków. Żółtawe oczy zwierzęcia były czujne i przekrwione. Jego zadarty nos przywodził na myśl świński ryj. Spomiędzy warg zamkniętego pyska wystawało kilka ostrych, sterczących pod różnymi kątami kłów. Lepka ślina kapała z nich leniwie na podłoże.
Otworzyłem usta, chcąc coś powiedzieć, jednak nie potrafiłem znaleźć odpowiednich słów. Wciąż zbliżające się stworzenie wpatrywało się we mnie podejrzliwie.
– Kim jesteś? – wydukałem po chwili, starając się pogodnym brzmieniem głosu zamaskować zdenerwowanie. – Co tu robi taki grzeczny piesek? Zabierzesz mnie do wyjścia? – Podświadomie zwracałem się do istoty tonem, jakim dorośli zazwyczaj przemawiają do dzieci.
Słysząc głos nieznajomego, zwierzę jeszcze bardziej ugięło łapy, niemal szorując podbrzuszem po ziemi. Garstka sierści na jego masywnym karku się najeżyła. Zwierzę szło jednak dalej i po chwili zatrzymało się przy moich stopach. Wyprostowało się, rozmiarem sięgając mi do połowy ud.
– No dzień dobry – powiedziałem, niepewnie wyciągając otwartą dłoń w kierunku psa, którą ten obwąchał, wydając z nozdrzy dźwięk przypominający chrumkanie.
Pokonując obrzydzenie, postanowiłem pogłaskać stworzenie po łbie. Zwierzę najpierw drgnęło jakby w strachu, że chcę je zaatakować, ale gdy poczuło mój dotyk, wyraźnie się uspokoiło i nawet wygięło grzbiet do góry niczym łaszący się kot.
– No proszę. – Uśmiechnąłem się. – Ktoś tu lubi pieszczoty! – powiedziałem, czując pod dłonią chropowatą, twardą skórę. Była wyjątkowo nieprzyjemna w dotyku, mimo to przełamywałem się w nadziei, że dzięki udobruchaniu stworzenia uda mi się z jego pomocą wydostać z jaskini.
Kucnąłem i zgiętym palcem wskazującym prawej dłoni zacząłem drapać psa pod pyskiem. Nie zdążyłem zareagować, gdy zwierzę błyskawicznie rozwarło szczękę, by dwoma rzędami okazałych zębów pochwycić palec.
Krzyknąłem, kiedy kły bez trudu zatopiły się najpierw w skórze, następnie w mięśniu, a ułamek sekundy później również w kości. Szczęka zacisnęła się jak imadło, a ja ze zdziwieniem poczułem, że moja dłoń została uwolniona. Wszystko wydarzyło się tak szybko, że początkowo mój umysł miał problem z interpretacją zaistniałych wydarzeń.
Zszokowany wyprostowałem się i zbliżyłem prawą dłoń do twarzy, przyglądając się jej uważnie. Nie miałem połowy palca wskazującego. Widziałem białą kość otuloną czerwonym ciałem. Z kikuta trysnęła krew, ochlapując moje czoło. W szoku spojrzałem na psa, który cicho warcząc, rozgryzał zdobycz. Dreszcz przebiegł mi po plecach, gdy usłyszałem dochodzący z pyska zwierzęcia dźwięk miażdżenia kości.
Po chwili rozległ się zaskakująco głośny odgłos przełykania, a spomiędzy warg stworzenia wysunął się długi czerwony jęzor powoli oblizujący wygłodniałą kufę.
– Coś ty zrobił, do kurw… – Zanim zdążyłem dokończyć zdanie, dostrzegłem, że w głębi tunelu, z którego nadszedł ten dziwny pies, pojawiło się kilka kolejnych, świecących na żółto par oczu.
Zrobiłem niepewny krok w tył, kiedy następne zwierzęta wolno, lecz konsekwentnie wyłaniały się z ciemności. Jedno stworzenie z łatwością odgryzło mi palec. Więcej takich bestii mogłoby rozszarpać mnie na kawałki zaledwie w kilka sekund. Nie zastanawiając się ani chwili dłużej, rzuciłem się biegiem wzdłuż korytarza. Uciekając, zostawiałem za sobą ścieżkę krwi lejącej się z otwartej rany.
Ogarnęło mnie przerażenie, gdy usłyszałem za plecami tętent kilkunastu łap uderzających pazurami o skalne podłoże w pogoni za mną.
Biegłem najszybciej, jak potrafiłem, czując jednocześnie falę bólu, która zaczęła rozchodzić się od odgryzionego palca dalej przez dłoń, przedramię, by ostatecznie sięgnąć za łokieć.
Po krótkim sprincie zatrzymałem się gwałtownie, ponieważ ujrzałem kilkanaście metrów przed sobą ciemny kształt. Odcinając mi drogę ucieczki, stał tam jeszcze jeden pies. Był jednak znacznie większy od ścigających mnie stworzeń. Rozmiarem przypominał stojącego na czworaka człowieka. Jego pazury były wielkości ludzkich palców. Na czubku łba miał przypominającą irokeza kępę nastroszonej sierści. Mięsiste wargi ostrzegawczo drgały, a jedna z przednich łap rytmicznie drapała podłoże, jak kopyto byka szykującego się do ataku. Wątpiłem w szanse wyjścia cało ze starcia z bestią takich gabarytów.
Zdając sobie sprawę, że ściga mnie gromada głodnych, dzikich zwierząt, a drogę zagradza wielka kreatura, której nie miałem szans ominąć, wyciągnąłem dłoń i ściągnąłem ze ściany najbliższą pochodnię, z którą wbiegłem w znajdującą się obok, pogrążoną w mroku odnogę tunelu.
Pochodnia paliła się tak mocno, że pęd powietrza nie dał rady jej ugasić, jedynie wydmuchiwał z niej buchające snopy iskier. Słysząc tupot ścigających mnie zwierząt, starałem się biec najszybciej, jak potrafiłem.
Ucieczka z pochodnią była trudna, ponieważ bijące od niej światło rozświetlało mrok jedynie na kilka metrów. Jeśli pojawiłaby się przede mną jakaś przeszkoda, miałbym zaledwie ułamek sekundy na reakcję.
Korytarz, którym biegłem, zaczął się nagle znacznie zwężać. Po chwili na jego końcu zamajaczyła ściana z niewielkim otworem pośrodku. Dobiegłem do niej, kucnąłem i bez namysłu wszedłem w otwór, który okazał się wąskim tunelem. Nie miałem czasu na zastanawianie się, co może czekać po drugiej stronie. Wystawiłem za siebie dłoń z pochodnią, zabezpieczając się przed ewentualnym atakiem od tyłu. Drugą rękę wyciągnąłem przed siebie, żeby w nic nie uderzyć. Dręczyły mnie złe przeczucia. Złośliwy głos w głowie nieustannie powtarzał, że mi się nie uda, że tunel jest ślepy, a dzikie stworzenia lada moment mnie dopadną.
Jednak po kilkunastu krokach w pozycji przypominającej chód kraba dotarłem do końca. Wyszedłem po drugiej stronie tunelu i znalazłem się w rozległej komorze.
Wstałem i zdążyłem zrobić dwa kroki do przodu, zanim ponownie wystawiłem pochodnię przed siebie. Światło płomienia ukazało, że znajdowałem się na występie skalnym, usytuowanym nad głęboką przepaścią. Zatrzymałem się w ostatniej chwili, a serce podskoczyło mi do gardła, ponieważ jeszcze jeden krok i poleciałbym w dół. Instynktownie wygiąłem ciało w tył. Kilka drobnych kamyków spod podeszew osunęło się w przepaść, odbijając się przez chwilę od niemal pionowej krawędzi.
Nie mogłem zawrócić, natknięcie się na zwierzęta oznaczało śmierć. Ocierając pot z czoła, rozejrzałem się. Chyba ktoś nade mną czuwał, ponieważ kilka metrów z prawej strony, na krawędzi występu, znajdowały się wbite w skałę dwa szpikulce wyglądające na stalowe rękodzieło początkującego kowala. Do każdego z nich przywiązana była lina. Obie rozciągały się nad przepaścią, biegnąc równolegle względem siebie. Między linami umocowane były rozmieszczone co kilkadziesiąt centymetrów deski. To wszystko tworzyło razem prostej konstrukcji most. Wyglądał na stary i niezbyt stabilny, pozbawiony jakichkolwiek poręczy. W normalnych okolicznościach albo bym nie wszedł na ten most, albo spróbowałbym przejść po nim, stawiając ostrożnie i powoli każdy krok. Okoliczności jednak nie były normalne.
Z wnętrza tunelu, z którego przed chwilą wyszedłem, zaczęły dochodzić rozochocone warknięcia kreatur, więc energicznym susem doskoczyłem do mostu.
Niepewnie postawiłem nogę na desce i docisnąłem delikatnie stopę. Wyglądało na to, że pomimo lichego wyglądu most zdoła utrzymać mój ciężar, więc stanąłem na desce również drugą nogą. Poczułem, jak konstrukcja zachwiała się pode mną. Nie mogąc pozwolić sobie na dalsze wahanie, ugiąłem nogi w kolanach, obniżając środek ciężkości, wyciągnąłem ramiona na boki, aby łatwiej łapać równowagę, i ruszyłem. Krew z rany po odgryzionym palcu kapała w przepaść.
Naprężone liny trzeszczały ostrzegawczo, a deski skrzypiały przy każdym kroku. Jedna z desek – wyjątkowo zbutwiała – pękła, gdy postawiłem na niej stopę, na szczęście się nie rozpadła, więc skończyło się jedynie nagłym skokiem ciśnienia.
Nie zatrzymując się, spojrzałem w dół, ale nie dostrzegłem dna. W czarnej pustce pode mną ogień pochodni rozświetlał ostre wierzchołki niezliczonych stalagmitów, szedłem nad lasem skalnych iglic. Upadek z mostu prawdopodobnie nie skończyłby się uderzeniem o dno pieczary. Gęsto rozmieszczone kamienne nacieki zatrzymałyby i lot w dół i życie takiego nieszczęśnika. Nieznacznie zwalniając kroku, z trudem przełknąłem ślinę na myśl o upadku.
Po chwili z ciemności wyłonił się występ skalny, do którego przymocowany był drugi koniec mostu. Odległość dzieląca mnie od stabilnego podłoża nie wydawała się ogromna, zacząłem wierzyć, że dam radę dotrzeć na drugą stronę.
Nagle poczułem, że mostem mocno zakołysało. Znieruchomiałem, aby nie stracić równowagi. Obejrzałem się powoli i dostrzegłem, że jedno ze zwierząt weszło już do groty i ruszyło za mną, stawiając masywne łapy na deskach. Moment później pozostałe bestie stłoczyły się przy urwisku, obserwując uważnie zaistniałą sytuację. Nie wiedziałem, czy są na tyle inteligentne, by nie wejść całym stadem na most, czy na tyle strachliwe, że bały się to uczynić.
Ruszyłem dalej, a konstrukcja zaczęła chwiać się jeszcze mocniej. W pewnej chwili zakołysało tak bardzo, że musiałem się zatrzymać i balansować ramionami w celu odzyskania równowagi. Niemal wypuściłem przy tym pochodnię z dłoni.
– Kurwa… – syknąłem, a gdy nabrałem odwagi, wznowiłem przeprawę.
Ponownie spojrzałem za siebie. Stworzenie zbliżało się coraz bardziej, odległość między nami szybko malała. Istota stawiała kolejne kroki ze znacznie większą pewnością siebie niż ja. Jej śmiałe ruchy chwiały mostem. Nie potrafiłbym powiedzieć na jakiej podstawie, ale ogarnęło mnie silne przeczucie, że to ta sama bestia, która odgryzła mój palec. Zasmakowała krwi i nie miała zamiaru odpuszczać.
Gdy zostało przede mną kilka desek, zaryzykowałem i skoczyłem przed siebie. Wylądowałem po drugiej stronie, z ogromną ulgą stawiając stopy na solidnej skale. Jak marynarz schodzący na ląd po wielomiesięcznym rejsie. Jednak za wcześnie na świętowanie. Głupotą było uciekać, ponieważ bestia szybko zbliżała się do końca mostu i potrzebowała zaledwie kilku sekund, by się ze mną zrównać.
Zaciskając dłoń na trzonku pochodni, przystawiłem płomień do jednej z biegnących nad przepaścią lin, która była tak stara i sucha, że momentalnie zajęła się ogniem. Łapczywy płomień mknął przed siebie jak podpalony lont i rozprzestrzeniał się po kolei na wszystkie deski. Podpaliłem również drugą linę.
Most zaczął drżeć jeszcze bardziej. Nie z powodu trawiących go płomieni. Bestia wyczuwając zagrożenie, rzuciła się pędem w moją stronę. Liczyłem na to, że lina się przepali, a most runie, skutecznie odgradzając mnie od dzikich zwierząt. Jednak mimo coraz dalej sięgających płomieni konstrukcja wciąż jakimś cudem trzymała się w jednym kawałku.
Korciło mnie, by czym prędzej uciec, serce w piersi waliło jak oszalałe, ale przejście przez stary most przysporzyło mi tak dużej dawki stresu, że moje siły, zarówno fizyczne, jak i psychiczne, zostały niemal wyczerpane. Wiedziałem, że nie dałbym rady biec, potrzebowałem chwili wytchnienia.
Stworzenie było coraz bliżej skalnego występu, wyraźnie cierpiało, kiedy płomienie lizały jego łapy, ale kroczyło naprzód. Zawładnęła nim tak duża chęć mordu, że wolało dopaść mnie, doznając oparzeń, niż zawrócić. Nawet ryzykując przy tym runięciem w przepaść.
Zacisnąłem zęby i stanąłem twardo na szeroko rozstawionych nogach, przyjmując bojową postawę. W grocie zrobiło się jaśniej od tańczącego na moście ognia.
Moment później zwierzę znalazło się dokładnie przede mną, próbując przedostać się na skałę. Zacząłem wymachiwać pochodnią przed jego pyskiem, co zatrzymało je na płonących deskach. Z gardła stworzenia wydobył się złowrogi skowyt.
– No dalej! – zawołałem – Tylko spróbuj!
Zwierzę szczerzyło zębiska i mrużyło ślepia. Płomienie wychodziły spod desek i opalały jego łapy, roznosząc drażniącą woń spalenizny. Kłapało pyskiem, jakby chciało przechwycić pochodnię, jednak zachowywało dystans.
Nagle lina po mojej lewej zerwała się z łoskotem przypominającym trzask bicza. Most przekrzywił się w bok, a znajdujące się na nim zwierzę próbowało złapać się desek, lecz ostre pazury nie zdołały wczepić się dostatecznie mocno w płonące, zbutwiałe drewno, z którego odpadały rozżarzone fragmenty. Tylne łapy istoty zsunęły się z mostu. Ułamek sekundy później również przednie straciły chwyt i bestia poleciała w dół. Po zaledwie kilku metrach jej lot się zakończył, zwierzę nabiło się na jeden ze stalagmitów. Skalna iglica wchodziła głęboko w bok stworzenia. Zwierzę przez chwilę podrygiwało spazmatycznie wszystkimi kończynami, jednak jedyne, co osiągnęło, to jeszcze głębsze nabicie się na stalagmit, który wyszedł z drugiej strony grzbietu. Na szczycie skały zaczęły rozciągać się fragmenty śliskich wnętrzności, a ciemna krew popłynęła w dół, przez co stalagmit przypominał choinkę przystrojoną przez psychopatę. Moment później stworzenie znieruchomiało.
Obserwowałem tę sytuację ze ściskającym się żołądkiem.
– Trzeba było zostawić mnie w spokoju… – szepnąłem, patrząc w dół.
Po chwili następna lina również się przepaliła i płonący most poleciał ruchem wahadła na drugą stronę przepaści, tam gdzie wciąż był jeszcze zakotwiczony w skale. Deski uderzały w locie o najwyższe stalagmity. Paląc się, rozświetlały otoczenie. Dojrzałem dzięki temu, że po drugiej stronie, przy krawędzi, nadal stoją zwierzęta. Unosiły pyski, łapczywie wciągając powietrze. Zapewne czuły zapach mojego ciała oraz krwi.
Uznałem, że przynajmniej chwilowo jestem bezpieczny. Odległość dzieląca mnie od bestii była zbyt duża, by zdołały ją przeskoczyć, więc postanowiłem zająć się zranioną dłonią. Z kikuta wciąż ciekła krew, lecz już nie tak obficie jak kilka minut wcześniej.
Usiadłem, odłożyłem na bok pochodnię i w jej migoczącym świetle oderwałem podłużny kawałek materiału z koszuli. Następnie owinąłem i zawiązałem go wokół tego, co zostało po odgryzionym palcu. Syknąłem, zaciskając zęby, gdy szorstki materiał przylgnął do otwartej rany.
Obejrzałem prowizoryczny opatrunek. Nieco nasiąknął krwią, lecz udało mi się zablokować krwotok. Kiwnąłem głową, musiało wystarczyć.
Wstałem, podniosłem pochodnię i spojrzałem jeszcze raz na zwierzęta. Dzieliło nas około trzydziestu metrów, mimo to dobrze widziałem wlepione we mnie rozwścieczone spojrzenia. Niektóre stworzenia warczały, inne wyły i wydawały z siebie pojedyncze szczeknięcia. Przyglądałem się im jeszcze przez chwilę, po czym ruszyłem dalej.
Za skalnym występem, na który wszedłem drewnianym mostem, zaczynał się jakby wydrążony w kamieniu, wysoki tunel. Po kilkunastu krokach ściany zaczęły się zwężać, a sklepienie obniżać, aż znalazłem się w korytarzu bliźniaczo podobnym do tego, którym dostałem się do groty ze stalagmitami. Wmawiałem sobie, że po tej stronie nic mi nie grozi, ale mimo to kilkukrotnie obejrzałem się za siebie.
Można powiedzieć, że wróciłem do punktu wyjścia, ponieważ ponownie maszerowałem przed siebie korytarzem, licząc na odnalezienie wyjścia. Jedyna różnica polegała na tym, że teraz miałem pochodnię. Natomiast brakowało mi palca. Trudno stwierdzić, czy to uczciwa wymiana.
Tunel, który obecnie przemierzałem, sprawiał wrażenie zwężającego się nieznacznie. Gdyby teraz jakieś zwierzę, nawet mniejsze, stanęło na mojej drodze, nie miałbym szans go wyminąć. Musiałbym zawrócić, co nie miało sensu.
W obecnym korytarzu nie natknąłem się jeszcze na żadne rozwidlenie, więc jedyną opcją było iść naprzód.
Wysokość tunelu, z początku sięgająca mniej więcej trzech metrów, obniżyła się teraz do takiego poziomu, że płomień pochodni lizał strop, zostawiając na nim okopcony ślad.
Kurczowo trzymałem się nadziei, że wysokość korytarza nie zmniejszy się jeszcze bardziej, zmuszając mnie do przemieszczania się na kolanach. Już bez tego chodzenie ciemnymi, dusznymi korytarzami, gdzie na każdym rogu mogło czyhać niebezpieczeństwo, było wystarczająco niekomfortowe.
Nieoczekiwanie do moich uszu dotarł cichy dźwięk dudnienia, dochodzący gdzieś zza pleców. Zatrzymałem się, odwróciłem i wystawiłem przed siebie pochodnię niczym szpadę. Nic jednak nie dostrzegłem ani w świetle, ani tym bardziej w ciągnącym się za nim mroku.
Ruszyłem dalej. Po kilkunastu metrach ponownie usłyszałem ten dźwięk, tym razem jednak jakby wyraźniejszy, bliższy. Stanąłem i nasłuchiwałem. Cisza. Poczułem, jak kark i ramiona pokrywają się gęsią skórką. Spędziłem kilka minut, stojąc w napięciu i czekając, jednak nic się nie wydarzyło. Uspokoiłem się. Uznałem, że wyczerpany umysł płata mi figle. Nieco spokojniejszy wznowiłem marsz.
Skupiłem uwagę na opatrunku z flanelowej koszuli. Czułem, jak kikut palca swędzi i delikatnie piecze. Odnosiłem również wrażenie, że za mocno związałem materiał, ponieważ ucisk wywoływał coraz większy dyskomfort, jakby materiał stopniowo zacieśniał się na palcu.
Zatrzymałem się, aby poluźnić opatrunek, lecz w tym samym momencie znowu usłyszałem dudnienie, znacznie głośniejsze niż poprzednio. Z każdą chwilą źródło dźwięku zdawało się zbliżać. Nie miałem co do tego żadnych wątpliwości, coś biegło w moją stronę. Instynktownie odwróciłem się i wystawiłem przed siebie pochodnię, po części w obronnym geście, po części, żeby zobaczyć, co się zbliżało. W tym samym momencie bestia rzuciła się do ataku. Nie miałem pojęcia, czy to któryś z psów, znajdujących się po drugiej stronie drewnianego mostu, cudem zdołał pokonać przepaść, czy może nieświadomie ominąłem jakąś odnogę, w której czaiło się to stworzenie.
Zwierzę skoczyło w moją stronę z otwartym pyskiem, a ja zdążyłem zarejestrować jedynie blask pochodni odbijający się w potężnych kłach. Zamarłem z przerażenia, nie potrafiłem się ruszyć, wiedząc, że za sekundę rozdziawiona szczęka bestii wyszarpie kawał świeżego, soczystego ciała. Nagle korytarz pogrążył się w ciemności, a niesione siłą rozpędu zwierzę uderzyło we mnie, powalając i przygniatając do podłoża swoją masą.
Leżałem na plecach, a stworzenie wiło się na moim torsie. Nic nie widząc, próbowałem wymacać pochodnię, początkowo nie rozumiejąc, dlaczego zgasła. Gdy udało mi się złapać trzonek, okazało się, że połowa pochodni utkwiła głęboko w przełyku zwierzęcia, które w locie nadziało się na nią jak mięso na szaszłyk.
Próbowałem wyszarpać kij, by użyć go jako broni obuchowej, jednak nie udało mi się. Leżąc na plecach i mając na sobie szamoczące się zwierzę, zakres moich ruchów był znacznie ograniczony.
Słyszałem dźwięki dławienia się, a na moją twarz pociekła śmierdząca ślina. Wypuściłem pochodnię i spróbowałem zrzucić z siebie duszącego się psa, który w panice zaczął wierzgać dziko łapami, raniąc przy tym moje ramiona oraz uda.
Czułem, jak bestia słabła, poruszając się coraz niemrawiej. W końcu zdołałem zepchnąć ją z siebie i odpychając się stopami, oddaliłem się od niej, sunąc plecami po wyboistym podłożu.
Wstałem, wyciągnąłem telefon z kieszeni i drżącymi, wilgotnymi od potu palcami spróbowałem uruchomić latarkę. Udało mi się to dopiero po kilku próbach. Skierowałem światło przed siebie i ujrzałem stworzenie, z którego pyska w groteskowy sposób wystawał drąg. Ten niby-pies wyglądał teraz wyjątkowo żałośnie. Jego przekrwione, wychodzące z orbit ślepia zdradzały przerażenie, chwiał się na kościstych łapach i dławiąc się oraz mlaskając, próbował łapać powietrze. Niemal było mi go żal. Niemal. Nie mogłem liczyć na litość tych bestii, więc sam również nie zamierzałem okazywać współczucia. Z ponurą satysfakcją obserwowałem, jak zwierzę padło w końcu na ziemię, podrygując jeszcze przez chwilę całym cielskiem.
Przez krótki moment stałem w miejscu, oświetlając truchło, aby się upewnić, że stwór nagle nie wstanie i nie rzuci się ponownie do ataku. Nasłuchiwałem również, czy kolejne zwierzęta nie zdecydowały się ruszyć moim tropem. Nic jednak na to nie wskazywało.
Odwróciłem się w kierunku, w którym pierwotnie podążałem, i mimowolnie rzuciłem okiem na wyświetlacz telefonu. Widok zmroził mi krew w żyłach. Stan baterii wynosił zaledwie dwa procent. Przeraziła mnie myśl ponownego pogrążenia się w mroku, więc ruszyłem przed siebie najszybciej, jak potrafiłem.
Po kilku krokach usłyszałem szum buchającego ognia i poczułem na plecach ciepło. Odwróciłem się i ze zdziwieniem zauważyłem, że ciało martwego zwierzęcia stanęło w płomieniach. Ogień był wyjątkowo agresywny, jakby czymś podsycany. Płomienie prawie sięgały sklepienia tunelu. Czyżby rozgrzana pochodnia weszła w reakcję z sokami żołądkowymi stwora, które okazały się łatwopalne? Nie miałem pojęcia, czy coś takiego jest w ogóle możliwe. Jakkolwiek dziwna była ta sytuacja, zdołała przynajmniej utwierdzić mnie w przekonaniu, że nic więcej już mi nie grozi ze strony tego zwierzęcia.
Szedłem dalej, a korytarz stale się zwężał. Po chwili jego strop ocierał się już o moje włosy. Odruchowo pochyliłem głowę, by nie uderzyć z impetem w jakiś wystający skalny fragment.
Po przejściu kolejnych kilkunastu metrów zrobiło się tak ciasno, że musiałem przykucnąć, aby przemieszać się dalej. Wtedy wydarzyło się coś, co wisiało nade mną od jakiegoś czasu niczym fatum. Latarka w telefonie zgasła. Bateria się wyczerpała.
– Nie, nie, nie… – powtarzałem jak mantrę. Wcisnąłem jeszcze kilkukrotnie włącznik komórki, chociaż wiedziałem, że to nic nie da. Ostatnim, co zobaczyłem, był migający na czerwono symbol baterii. Potem istniała już tylko ciemność.
Byłem bliski załamania i poddania się. Kiedy po przebudzeniu wyruszyłem w drogę poprzez mrok, nie wiedziałem, co mnie czeka. W pewnym sensie dzięki temu było łatwiej. Teraz, kiedy spotkałem stworzenia zamieszkujące jaskinię i poczułem na własnej skórze, do czego są zdolne, pogrążenie się w całkowitej ciemności przerażało dużo bardziej. Łzy bezsilności mimowolnie napłynęły mi do oczu.
Wziąłem kilka głębokich oddechów, by uspokoić nerwy. Panika w niczym nie mogła pomóc. Schowałem bezużyteczne urządzenie do kieszeni i wyciągając jedną rękę przed siebie, a drugą nad głowę, aby na bieżąco kontrolować wysokość tunelu, na ugiętych nogach ruszyłem dalej w nieznane.
Po przebyciu krótkiego odcinka kucanie już nie wystarczało. Korytarz stał się zbyt niski, musiałem paść na kolana. Przemieszczałem się na czworaka niczym pies. Zwolniłem do niezbędnego minimum, by ewentualne zderzenie ze ścianą nie było zbyt bolesne. Po cichu liczyłem na to, że korytarz zacznie się znowu rozszerzać, jednak ten wciąż uparcie się zwężał. Oplatał się wokół mnie powoli jak wąż dusiciel, który złapał ofiarę i niespiesznie wyciskał z niej życie.
Poczułem nierówny strop haratający plecy. Bałem się, że jeszcze chwila i pozycja psa również okaże się niewystarczająca. Ściany tunelu ocierały się już o moje ramiona. Było tak wąsko, że nie mogłem się odwrócić. Jeśli korytarz okazałby się ślepy, byłbym zmuszony wrócić tyłem niczym rak.
Pomimo ostrożności, którą wkładałem w przemieszczanie się, nagle uderzyłem głową w skałę. W uszach mi zadzwoniło i poczułem ciepłą wilgoć zalewającą czoło. To musiała być krew. Nie było już szans iść dalej na czworaka. Padłem na brzuch i zacząłem się czołgać. Nierówności podłoża obcierały łokcie i kolana. Przeszło mi przez myśl, czy mimo wszystko nie powinienem jednak zawrócić. Jeśli miałem zginąć w tym niekończącym się labiryncie, wolałem, żeby nastąpiło to w mniej klaustrofobicznych warunkach.
Nagle rozległo się pojedyncze szczeknięcie, a po chwili coś złapało za nogawkę moich spodni, energicznie ciągnąc w tył. Byłem przekonany, że to kolejne ze zwierząt odważyło się ruszyć w pościg i znalazło drogę na drugą stronę przepaści. Stworzenie było wyjątkowo silne i zaciekłe, ciągnęło mnie po nierównej powierzchni, która raniła nogi, brzuch, klatkę piersiową oraz podbródek. Zwierzę zachowywało się niczym pies myśliwski wyciągający z nory przerażonego zająca.
– Zostaw mnie, do cholery! – zawołałem.
Zwierzę oczywiście nie posłuchało rozkazu i ciągnęło dalej. Wszystkimi dziewięcioma palcami obu dłoni próbowałem złapać się czegokolwiek. Zaledwie chwilę wcześniej nawiedziły mnie myśli o śmierci w tym klaustrofobicznym tunelu, lecz teraz byłem pewien, że zrobiłbym wszystko, by przeżyć. Buzująca w żyłach adrenalina potęgowała pragnienie wydostania się z tej sytuacji.
Poczułem znienacka, że jestem ciągnięty po wypukłości terenu, która najpierw przesunęła się w górę moich ud, by następnie otrzeć się o tors, od pasa aż po szyję. Wiedziałem, co muszę zrobić. Uniosłem energicznie głowę, by nie wybić sobie zębów, a następnie złapałem się tej wypukłości i przytrzymałem, wkładając w to siłę wszystkich mięśni. Zadziałało, zatrzymałem się. Zwierzę jednak nie odpuszczało. Czułem, jak materiał spodni naciąga się do granic wytrzymałości. Rozległ się głośny trzask, a moja noga została uwolniona. Radość nie trwała jednak długo. Stwór szybko zorientował się, że kawałek jeansu, który trzymał w pysku, jest wyjątkowo niesmaczną zdobyczą. Wypuścił go z paszczy i przystąpił do kolejnego ataku. Tym razem zatopił ostre zęby w mojej łydce, krzyknąłem, a z ust wystrzeliła strużka śliny.
Czując kolejny przypływ adrenaliny, zacząłem kopać na ślepo wolną nogą. Stopa na zmianę to przecinała powietrze, to uderzała w ściany wąskiego tunelu. Jednak po kilku nieudanych próbach trafiła w pysk bestii. Poczułem, że uścisk zębów na łydce nieznacznie zelżał. Nie zastanawiając się drugi raz, wymierzyłem kolejnego kopniaka, w którego włożyłem całe siły, starając się trafić w to samo miejsce, co poprzednio. Udało się. Trafiłem, czego dowodem była oswobodzona noga oraz głośny trzask łamanej kości, prawdopodobnie żuchwy zwierzęcia.
Czym prędzej wznowiłem czołganie się, zostawiając za sobą żałośnie skomlące stworzenie. Starałem się poruszać najszybciej, jak to możliwe. Nie miałem pewności, czy udało mi się zranić bestię na tyle, by ta zaniechała ataku, lub czy inne zwierzęta nie nadciągają śladem towarzysza.
Nagle tunel zrobił się tak wąski, że siłą wciskałem się w jego kolejne centymetry. Czułem skalne podłoże pod sobą oraz strop ciasno przylegający do pleców. Gdybym teraz został zaatakowany, nie miałbym najmniejszych szans na wymierzenie kopnięcia.
Po chwili dalsze czołganie stało się niemożliwe. Nie potrafiłem już nawet poruszać przyciśniętymi do klatki piersiowej rękami. Spróbowałem się cofnąć, jednak bezskutecznie, utknąłem.
Chociaż wmawiałem sobie, że to niemożliwe, niemal czułem, jak tunel coraz mocniej zaciskał się wokół mnie. Nie mogłem się ruszyć, byłem jak uwięziony wewnątrz prasy hydraulicznej, której cylindry i tłoki pracowały powoli, lecz niestrudzenie. Panika zaczęła wkradać się w mój umysł. A więc to już koniec? Po tym wszystkim, co przeszedłem, umrę uwięziony w norze? Zacząłem się miotać, lecz miałem wrażenie, że tylko pogarszałem tym swoją sytuację. Spocone ciało oblepiał brud i piach, przez który się przeczołgałem. Krew zmieszana z potem spływała do oczu. Szczypało jak cholera, a zaklinowanymi rękami nie byłem w stanie przetrzeć twarzy. Wydałem z siebie głośny, nieartykułowany okrzyk frustracji, rzucając się jak ryba wyciągnięta z wody.
– Pomocy! – zawołałem, wiedząc, że nikt mnie nie usłyszy.
Czułem na sobie ciężar ton skał znajdujących się nade mną. Złapanie każdego oddechu stało się walką, każda próba poruszenia się owocowała bólem. W uszach dudniła krew, a w głowie kotłowały się dziesiątki myśli.
– Spokojnie… – powiedziałem. – Muszę się uspokoić… Pomyśleć… – Starałem się brzmieć logicznie i rzeczowo, jednak łamiący się głos zdradzał rosnącą panikę.
Nie mogłem się poddać. Spróbowałem oczyścić umysł, dzięki czemu wkrótce wpadłem na pewien pomysł. Wypuściłem z płuc powietrze i znieruchomiałem. Mimowolnie pragnąłem zaczerpnąć tchu, lecz się przed tym powstrzymałem. Poczułem, jak moje ciało nieznacznie zwiotczało. Klatka piersiowa opadła i skała nie przylegała już tak ciasno do pleców. Dzięki temu udało mi się, jedno za drugim, oswobodzić i wystawić przed siebie ramiona, które do tej pory miałem pod sobą. Stawy trzasnęły, gdy prostowałem ręce. Nie było mowy o kontynuowaniu czołgania się, lecz podciągając się palcami u rąk i odpychając palcami u stóp, przesunąłem się do przodu o jakiś centymetr. Powtórzyłem ten manewr kilkukrotnie. Po chwili zauważyłem, że gdy wziąłem wdech, plecy nie dotknęły już stropu. Czyżby się udało? Korytarz zaczął się rozszerzać? Miałem taką nadzieję.
Gdy przepełzłem kolejny odcinek, byłem już pewny, że zrobiło się szerzej. W dalszym przemieszczaniu się mogłem już pomagać sobie łokciami.
Kilka metrów dalej poczułem nieopisaną ulgę, gdyż zobaczyłem przed sobą światło. Wstąpiły we mnie nowe siły. Zbliżałem się do wyjścia z tego koszmarnego, ciasnego tunelu. Angażowałem w poruszanie się ku źródłu światła każdy mięsień. Nie zwracałem uwagi na piekącą sól w oczach oraz liczne rany na ciele. Skupiłem się jedynie na wyjściu przybliżającym się z każdym przebytym centymetrem.
Wciąż nie było dość miejsca, bym mógł przejść resztę drogi na czworaka, ale nie przeszkadzało mi to. Koniec tunelu był już w zasięgu ręki. Zostały do pokonania trzy metry… Dwa… Jeden metr…
Wreszcie dotarłem do wyjścia z tego przeklętego szybu. Z lekkim poczuciem zawodu dostrzegłem, że jasność, ku której zmierzałem, nie była światłem słonecznym, lecz blaskiem pochodni oświetlających kolejną komorę.
– Nieważne… – stwierdziłem. Liczyło się tylko to, że nie zgniję zaklinowany w norze.
Wysunąłem ręce z tunelu i podciągnąłem się, by wyciągnąć resztę ciała. Udało mi się już w połowie wydostać, dzięki czemu ogarniała mnie coraz większa, granicząca z euforią ulga. Marzyłem o tym, by stanąć na nogi, wyprostować się i rozciągnąć obolałe mięśnie.
Gdy wyczołgiwałem się na zewnątrz, usłyszałem dobiegający z niedaleka dźwięk. Zdziwiony zamarłem, nasłuchując. Coś zbliżało się do mnie w szybkim tempie. Jeśli to kolejna z tych dziwnych bestii, miała mnie jak podanego na talerzu. Przez umysł przebiegła mi myśl, że będę musiał wczołgać się z powrotem do tunelu, aby nie zostać pożartym żywcem. Dźwięk, a właściwie tupot, dobiegał z prawej strony. Z paniką w oczach spojrzałem w tamtym kierunku. Skonsternowany ujrzałem, że zbliżają się do mnie nie cztery zwierzęce łapy, lecz dwie ludzkie nogi. Czyżby ktoś w końcu przybył mi pomóc? Niepewnie uniosłem głowę, by spojrzeć na twarz przybysza, lecz mój umysł zdążył zarejestrować jedynie ściskającą spory kamień dłoń zbliżającą się w ekspresowym tempie do mojej twarzy. Poczułem uderzenie tak silne, jakby cały świat runął mi na głowę. Świadomość uleciała ze mnie jak para wodna z czajnika wypełnionego wrzątkiem.
