Psy wierne - Szabat Adam - ebook
NOWOŚĆ

Psy wierne ebook

Szabat Adam

0,0

Opis

Rok 1655. Wojska Karola X Gustawa napierają na bramy Krakowa, chcąc go zdobyć. Przeor tamtejszego klasztoru dominikanów zabiera ze skarbca relikwie i w obawie przed profanacją ukrywa je w znanym tylko sobie miejscu. 

Kilka wieków później przed antykwariatem w niewielkim mieście na wschodzie Polski dochodzi do brutalnego pobicia i uprowadzenia starszego mężczyzny.

W tym samym czasie, z jakiegoś powodu, pojawia się w mieście wysłannik Watykanu.

Kim był staruszek? Dlaczego interesuje się nim Dykasteria Nauki Wiary? Kim są Czciciele Boga Ognia i gdzie ukryto relikwie z dominikańskiego klasztoru? Na te wszystkie pytania – tak, aby nie wzbudzić niepotrzebnego rozgłosu – szuka odpowiedzi komisarz Iwo Orsoń, dla którego powrót do pracy po rocznym urlopie miał być lekarstwem na osobiste traumy.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
Windows

Liczba stron: 256

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.


Kolekcje



Tytuł: Psy wierne

Copyright © by Adam Szabat, Hrubieszów 2024

Wszelkie prawa zastrzeżone.

All rights reserved.

Redakcja i korekta: Alicja Gajda, Anna Dzięgielewska

Projekt okładki: Łukasz Białek

Skład i łamanie: Krzysztof Biliński

Wydanie I

Wydawca: Planeta Czytelnika, Łódź 2026

planeta-czytelnika.pl

[email protected]

ISBN 978-83-68702-23-1

Rozdział 1

Spomiędzy stalowych prętów ogrodzenia czarny kot z ciekawością i rezerwą wychylił łeb. Znieruchomiał, pochylony centymetry nad ziemią, po czym błyskawicznie przebiegł chodnik i, dopadłszy grubego pnia kasztanowca, wspiął się po nim na pierwszą gałąź.

Iwo sięgnął po rudo-białe nasiono, zaglądając pomiędzy gałęzie – niczym pod spódnicę – i uśmiechnął się do ślepi, czujnie obserwujących go z drzewa. Jakiś skuter wyjechał zza zakrętu ulicy i wszystko wokół wypełnił hałaśliwym warkotem. Jeszcze na chwilę, jak na złość, zatrzymał się niedaleko drzewa, a kierowca, opierając nogę na asfalcie, zerkał gdzieś pod siedzenie, to przekręcając, to popuszczając manetkę gazu, jakby nie mógł się zdecydować, w którym położeniu ją zostawić.

Wreszcie odjechał, a tymczasem kot wspiął się kilka metrów wyżej, po czym zniknął w nagromadzeniu liści i kosmatych skorupek. Podrzucając kasztana w dłoni jak piłeczkę, Iwo poszedł wolno w stronę domu.

Wąska wstęga asfaltu, po której swobodnie przejechać mógł tylko jeden samochód, przez kilkadziesiąt metrów biegła prosto, potem ostro skręcała w lewo, prowadziła wzdłuż żywopłotów wrośniętych w siatki ogrodzeniowe, aż dobiegała do sporego ogrodu, gdzie w dwuszeregu, trzymając się za ręce, spacerowali rozradowani uczestnicy warsztatów terapii zajęciowej, po czym odbijała na prawo i mniej więcej po dwudziestu krokach kończyła się nagle na bramie wjazdowej do skromnej posesji z drewnianym parterowym domem. Drodze towarzyszył wiernie, najpewniej już od kilku dekad, gdzieniegdzie zapadnięty chodnik.

Wczesną jesienią ulica Leśmiana jeszcze pachniała krzewami kaliny, kołyszących się budlei czy rudbekii, a wokół przydomowych ogródków i wzdłuż brukowanych wjazdów przyciągała wzrok rzędami aksamitek albo wrzosów. Mieszkańcy przemykali w zamyśleniu, dzierżąc grabki tudzież sekatory, zasmuceni, że oto nieubłaganie zbliża się czas, kiedy wygasną grille i trzeba będzie skrócić wieczorne posiadówki na tarasach, i zacząć owijać się grubymi, krępującymi ruchy kocami. Jedyna radość, jaką odczuwali wszyscy bez wyjątku, to ta płynąca z braku wszędobylskich komarów, które tego lata były wyjątkowo dokuczliwe.

Iwo pchnął drewnianą furtkę i po czterech stopniach wszedł na niewielki ganek.

Foliowa reklamówka, jak zwykle od kilku dni, stała pod drzwiami. Schylił się po nią, zajrzał do środka i z uśmiechem pchnął drzwi wejściowe.

– Obiad dojechał! – zawołał, wchodząc do dużej, zacienionej kuchni z oknem przesłoniętym kostropatymi gałęziami głogu.

Postawił torbę na stole i wyjął z niej cztery styropianowe opakowania, ciepłe od zawartości. Uniósł wzrok i w końcu odbiegającego od kuchni korytarza zobaczył Emilię. Wchodziła do swojej pracowni. Widział ją tylko przez sekundę, ale był pewien, że ma na sobie te luźne, przetarte na kolanach jeansy i jego koszulę w kratkę, z plamą po wybielaczu.

„Niech to szlag trafi!” – zezłościł się wówczas, kiedy butelka z wybielaczem wypadła mu z rąk, plamiąc flanelę. „Moja ulubiona koszula!” – wymachiwał rękoma przed Emilią, uśmiechającą się z politowaniem. „Nawiasem mówiąc, nie ma czego żałować” – docinała mu, chowając uśmiech za zwiniętą w trąbkę dłonią. Patrzył na nią dużymi oczami, jak dziecko, które dowiedziało się, że włażący przez komin święty Mikołaj to bujda. „Nie podobała ci się?” – bardziej stwierdził, niż spytał. „To bez znaczenia. Ważne, że tobie się podobała” – usłyszał w odpowiedzi.

Przez chwilę przewracał koszulę w rękach, aż Emilia zabrała mu ją i ze śmiechem dodała: „Wezmę ją do pracy, nie będziesz musiał jej wyrzucać. Będziesz mógł oglądać swoją ulubioną koszulę na swojej ulubionej małżonce! Co ty na to?”. Przyłożyła ją do biustu, obracając się zalotnie to w lewo, to w prawo. Wiedziała, że to zawsze na niego działa. I wykorzystywała to, kiedy tylko mogła. Chwycił ją za biodra i przyciągnął do siebie. „Wiesz, że wolałbym oglądać swoją ulubioną małżonkę bez koszuli. A najlepiej bez niczego”. Udawała, że broni się przed jego dotykiem i pocałunkami w szyję, szepcząc: „Przestań, dzieci są w pokoju…”.

Teraz, z obiadem w dłoniach, poszedł korytarzem w stronę pracowni.

– Wiem, że nie lubisz odwiedzin, kiedy malujesz, ale jeśli nie zjesz, nie będziesz miała siły utrzymać palety. Nie skończysz obrazu, klient wycofa zaliczkę i zostaniemy bez kasy – mówił głośno, na długo przed tym, zanim przekroczył próg pracowni, cicho poskrzypując drzwiami.

Zobaczył Emilię stojącą przy sztaludze, odwróconą tyłem. W lewej ręce trzymała jakąś pomazaną szmatę, w prawej uniesiony pędzel, przygotowany do wykonania tego jednego jedynego ruchu po płótnie, tego decydującego, niczym cios kończący walkę.

– Yhmm – usłyszał odpowiedź w jej stylu.

Nieraz mówiła, że nie ma głowy do słów, kiedy maluje. Nie chciała się rozpraszać myśleniem o czymś innym niż ruchy pędzlem. Skoncentrowana na tu i teraz była zaprzeczeniem krążącej we Wszechświecie teorii, jakoby kobiety miały nadzwyczajną zdolność dzielenia uwagi pomiędzy wiele spraw.

Długie do ramion, proste czarne włosy przed pracą zwykle upinała z tyłu, zakręciwszy nimi wokół palców, by następnie z pomocą frotki zebrać je w kok. Po jakimś czasie spod frotki wysuwał się pojedynczy kosmyk, a po nim następny, zawijając się za uszami, a niekiedy spadając na zaróżowione, pozbawione makijażu policzki. Tak było i tym razem.

Styropianowe opakowanie postawił na stoliku pod oknem, przesuwając nieco na bok tubki z farbami i kartki pokryte szkicami postaci. Otworzył pudełko i przyjrzał się dokładnie zawartości, jakby sprawdzał, czy wszystko się zgadza z zamówieniem.

– Kurczak, frytki, surówka z kapusty pekińskiej. Wiem… nic wyszukanego. Ale jeśli masz ochotę, naleję nam wina.

Roześmiała się, choć nie zmieniła pozycji. Wciąż z uniesionym pędzlem wpatrywała się w swoje dzieło. Stojąc tak, zasłaniała je dosyć skutecznie. W tej za dużej koszuli i dziurawych jeansach przypominała bohaterkę komedii romantycznej, kiedy zmywszy porannym prysznicem resztki rozkosznej nocy, wkłada koszulę ukochanego, aby zostawić na niej swój ślad. Niech o niej nie zapomni, niech wdycha jej zapach jak woń perfum, które przyprawią go o dreszcze.

Podszedł do niej i nieśmiało zajrzał przez ramię. Nic tam nie było. Czyste płótno, nawet nie dotknięte pędzlem.

– Myślałem, że już kończysz. – Kątem oka widział jej ostro zakończony nos, przygryzione wargi i powieki, które wskutek najwyższego skupienia nie opadły ani razu.

– Chyba skończyłam – usłyszał jej spokojny głos i to charakterystyczne, szeleszczące „s”. Jej ręka z pędzlem wreszcie opadła. Emilia odwróciła się do niego z uśmiechem zadowolenia.

– A co u ciebie, kochanie? – Nie czekając na odpowiedź, podeszła do pudełka z obiadem. – Kończy ci się urlop.

Oderwał wzrok od… no właśnie, czy nietknięte pędzlem płótno, stojące na sztaludze malarza, jest już obrazem? Czy samo przebywanie w bliskości artysty czyni je dziełem? Można przecież powiedzieć, że oto artysta zostawia oglądającemu to płótno niczym nieograniczone pole do własnej interpretacji nicości. Albo że tak właśnie tę nicość artysta postanowił zaprezentować.

– Tak. – Pocierał dłonią o dłoń i wpatrywał się w nie, jakby dostrzegł na skórze jakieś niepokojące plamy. – Ale… skończę jeszcze remont altanki – dodał już z większym entuzjazmem. – Pamiętasz tego notariusza, który niedawno sprowadził się do miasta?

Podszedł do Emilii. Patrzył w jej orzechowe, podkrążone z wiecznego niewyspania oczy z zaczątkami kurzych łapek, widział usta z lekko opadającymi kącikami, jakby ustępowały pod naporem policzków, na których jedynie z bliska dostrzec można było kilka piegów. Uszy przyozdobione niewielkimi kryształkami poruszały się za każdym razem, kiedy się uśmiechała. Tylko on wiedział, że na szyi, za lewym uchem, miała znamię wielkości dwuzłotówki, które do złudzenia przypominało kształtem listek klonu. Kiedyś, jeszcze na początku ich znajomości, dał się nabrać, że to tatuaż.

– Tego od bulteriera? – weszła mu w słowo.

– Bulteriera? Ach tak, rzeczywiście, on ma bulteriera…

– Boję się o naszą Mimi, kiedy mijamy się na spacerze – znów mu przerwała. – Mam wrażenie, że zaraz rzuci się na nią, a ja nie będę mogła jej obronić. Zresztą ten notariusz wydaje się nie panować nad swoim psem. A nad takim powinien potrafić zapanować. Mówię ci, Iwo, skóra mi cierpnie, jak ich mijam.

– To spokojny pies, Emi. – Obserwował, jak jego żona obejmuje się rękoma, jakby nawet w tej chwili czuła strach. – Kiedyś zamieniłem z notariuszem kilka słów na ulicy, a ten siedział przy jego nodze i ani drgnął. Czasem ziewnął i tyle. A obok przechodziło sporo ludzi, koty przebiegały. A ten jakby ślepy był i głuchy. Ani Mimi, ani tobie nie zrobi krzywdy. A wracając do notariusza… zdaje się, że nazywa się Brodecki. I chciałby kupić naszą działkę. Mówił, że potrzebuje miejsca, żeby pobyć sam ze sobą. Kto wie, może trzeba by ją sprzedać? Co sądzisz? Oczywiście, najpierw muszę ten remont ogarnąć.

Emilia, nie wiedzieć kiedy, znów stała przy sztaludze tyłem do niego, a umoczony w farbie pędzel ponownie czaił się nad powierzchnią płótna. To był sygnał, że rozmowa dobiegła końca. Iwo bez słowa wycofał się z pracowni na korytarz, przymykając za sobą drzwi.

Rozdział 2

Metalowy bolczyk wystrzelił spod palców Maksa i wylądował gdzieś pod kontuarem.

Mężczyzna z rezygnacją pokręcił głową, zaklął pod nosem, odłożył zegarek, który bezskutecznie od paru minut próbował połączyć z nowo zakupionym paskiem, i zanurkował pod wiekową ladę.

Stary wyżeł na moment uniósł łeb. W jego mętnym spojrzeniu błysnęło chwilowe zaciekawienie, jakby nagle odezwała się resztka instynktu łowieckiego, który zanikał z racji wieku i długotrwałego nieróbstwa, ale zaraz Frog znów ułożył się na własnych łapach, wtulony w kraciasty koc, i zasnął. Maks przytulił twarz do rzeźbionych drzwiczek, a dłonią próbował namacać zgubę, zbierając przy okazji pajęczynę spod mebla. Zapach starego drewna wypełnił jego nozdrza. Wszystko tu było stare. Biurko, regały, książki na nich, wystawa w jedynym oknie wychodzącym na chodnik, żyrandol zwisający z sufitu jak jakiś monstrualny pająk, no i oczywiście pies. On też – jak i wszystko inne zgromadzone tutaj – był częścią spadku po stryju. Maks jak dotąd nic tu nie zmieniał, nie ustawiał po swojemu, nie przesuwał niczego, ponieważ wydawało mu się, że powinien jeszcze z tym zaczekać do czasu, aż przebywający w pomieszczeniu duch stryja się rozpłynie, rozwieje bezszelestnie jak papierosowy dym. Na to trzeba było czasu. Nawet szyldu na zewnątrz Maks nie musiał poprawiać z racji tego, że stryj nazywał się identycznie. Widniało więc wciąż: Antykwariat – Maksymilian Wosk.

Jakby nic się nie zmieniło, jakby nie było żadnej choroby, nieprzespanych nocy, zastrzyków z morfiny, udawania, że wszystko będzie dobrze, jakby nie było śmierci i pogrzebu w sierpniowe popołudnie. Dla świata nic się nie zmieniło. Antykwariat przecież nadal działał.

Palce Maksa wędrowały po zimnej podłodze wzdłuż podłużnej szpary między płytkami, biegnącej spod biurka pod posłanie Froga. Dokładnie w momencie, kiedy opuszkami palców Maks namacał metalowy bolec, dzwoneczek przy drzwiach oznajmił, że ktoś wszedł do środka. Frog uniósł powieki i ziewnął przeciągle, najwidoczniej niezadowolony, że znów coś przeszkadza mu w drzemce. Spod zabudowanej lady niewiele można było dostrzec poza parą czarnych butów, zmoczonych deszczem, który od rana w całym mieście bębnił w rynnach i pukał do okien.

Maks wygramolił się spod mebla i otrzepując dłonie z pajęczyn, obdarzył klienta szerokim uśmiechem. Był to niewysoki, starszy mężczyzna ubrany w długą czarną jesionkę z kołnierzem szczelnie zapiętym pod śnieżnobiałym zarostem, okalającym pomarszczoną twarz. W dłoniach tulił ociekający deszczem filcowy kapelusz, a wzrokiem jakoś niespokojnie rzucał to tu, to tam. Spojrzał nawet za siebie, przez zapłakane okno, zupełnie jakby kogoś wypatrywał. Albo przed kimś uciekał.

– Dzień dobry! – Maks przyciągnął jego wzrok. – Mogę w czymś pomóc?

– A… tak. – Nieznajomy wydawał się naprędce szukać uzasadnienia swojego przybycia. Podszedł nieco bliżej, znacząc podłogę mokrymi śladami. – Szukam czegoś… może jakiegoś dzieła Diderota. Wolałbym jednak wydanie z końca osiemnastego wieku… – Znów, niby przypadkiem, obejrzał się przez ramię. – Nie późniejsze.

Maks z zainteresowaniem przypatrywał się klientowi. To z pewnością nikt z tego miasta – pomyślał. W Hrubieszowie, którego liczba mieszkańców wynosiła zaledwie kilkanaście tysięcy, z czasem opatrzyły się wszystkie twarze. Był przekonany, że tego mężczyznę widzi po raz pierwszy.

– Przepraszam pana, ale całkiem niedawno przejąłem ten antykwariat… – zaczął, wskazując ręką na wypełnione po brzegi regały i piętrzące się na stołach stosy niepoukładanych książek. – Jeszcze nie do końca wiem, gdzie co leży.

Zdawał sobie sprawę z tego, jak mało profesjonalne było jego zachowanie, ale tak brzmiała prawda. Stryj przez całe swoje życie sprzedawał, wymieniał, gromadził starocie, trzeba by teraz drugiego życia, żeby to jakoś uporządkować. Staruszek odnajdywał się w tym bałaganie znakomicie, Maks do tej pory błądził jak dziecko we mgle.

– Rozumiem. – Mężczyzna pokiwał głową. – A co się stało z poprzednim właścicielem?

– Niestety zmarł. On tutaj znał każdą stronicę. No a ja… – Maks rozłożył ręce w geście bezradności. – Ale może zechce pan sam poszukać tego, co pana interesuje.

– Mogę? – Mężczyzna kiwnął głową w stronę regałów.

– Ależ oczywiście, zapraszam. – Maks usiadł znów za ladą, obserwując, jak tamten wolnym krokiem wędruje między regały. – Proszę grzebać do woli – dodał.

Kiedy już nadejdzie odpowiednia chwila – obiecywał sobie w duchu – porządkowanie antykwariatu zacznie od szerszego rozstawienia regałów. Klienci szorowali łokciami po grzbietach woluminów, a żeby sięgnąć po coś z najniższej półki, robili krok wstecz i padali na kolana. Niedopuszczalne. Regały w ogóle trzeba będzie rozmnożyć, bo te straszące sterty książek i czasopism zbierały jedynie kurz, a okazy wciśnięte najniżej nie miały żadnych szans na jakikolwiek kontakt ze wzrokiem i z ręką klienta. Trzeba będzie też dodać więcej światła w pomieszczeniu. W takie dni jak dzisiejszy niektóre kąty skrywał półmrok.

Stryj Maks, zwłaszcza pod koniec życia, nie przywiązywał wagi do takich rzeczy. Miał zaprzyjaźnioną grupę stałych klientów, którzy co najmniej raz w miesiącu robili u niego zakupy. Najczęściej przy okazji, bo zazwyczaj nie to było ich pierwszym powodem. Sprowadzała ich przede wszystkim perspektywa ciekawych rozmów, możliwość rozegrania partyjki szachów i napicia się herbaty, o której stryj Maks wiedział wszystko.

Zanim otworzył antykwariat, był nauczycielem historii w tutejszym liceum. Szanowanym panem profesorem, znanym zazwyczaj z nieobecnego spojrzenia i wprost fanatycznej chęci przekazania wiedzy każdemu, kto się nawinął pod rękę. Uczniowie pamiętali go jako pobłażliwego, a często rozkojarzonego, z przyklejonym do twarzy intrygującym półuśmiechem. Co niektórzy złośliwcy ów wieczny uśmiech przypisywali starokawalerstwu stryja Maksa. Rzeczywiście, nigdy się nie ożenił, nie miał też potomka. Pytany o to wskazywał na książki i mówił: „Jaka kobieta zniosłaby taki bałagan?”.

„Ponoć była jedna gotowa na takie poświęcenie” – zdradził kiedyś Maksowi ojciec. Szalała za stryjem do tego stopnia, że sama mu się oświadczyła. Stryj jednak nie widział w niej pokrewnej duszy. Wyjechała z miasta bez pożegnania i dopiero po paru latach przysłała zdjęcie, na którym pozowała przy grobie Michała Ogińskiego w Bazylice św. Krzyża we Florencji. „Pożegnanie Ojczyzny” Ogińskiego to dzieło, które oboje uwielbiali. Nie było listu, tylko zdjęcie. Wymownie pożegnała się z niespełnioną miłością.

Pomiędzy regałami, za którymi zniknął staruszek, coś klapnęło o podłogę. Zza biurka Maks niewiele mógł zobaczyć – to też trzeba będzie zmienić. Nie mogło być tak, że klient nie podlegał żadnej kontroli. Cóż, takie czasy.

– Bardzo przepraszam! – zawołał staruszek z lekkim trudem, widocznie sięgał po coś, co spadło na podłogę. – Niechcący upuściłem…

Wyszedł spomiędzy regałów i podał Maksowi książkę.

– Nie wiem, gdzie odłożyć. – Wydawał się mocno zakłopotany.

– Proszę się nie przejmować. – Maks wstał i odebrał wolumin. – Ja też nie wiem, gdzie to odłożyć.

Mężczyzna uśmiechnął się nieśmiało. Był jakiś spięty. Zdenerwowany.

Może źle się poczuł? – przemknęło Maksowi przez myśl.

– Chyba jednak nie znalazł pan tego, czego szukał… – podjął, widząc w dłoniach staruszka jedynie kapelusz.

– Następnym razem na pewno znajdę – odpowiedział tamten. – Teraz muszę już iść, ale jutro… – Zawahał się, zerknął za siebie, w szybę. – Może za kilka dni przyjdę znowu.

– Oczywiście. – Maks ze zrozumieniem pokiwał głową. – Serdecznie zapraszam. A jeśli będzie pan miał ochotę, to i pyszna herbatka się znajdzie – wypalił, sam nie wiedząc dlaczego. Poczuł jakąś sympatię do tego zagubionego starszego człowieka. Może dlatego, że przypominał mu stryja.

– Bardzo pan miły, młody człowieku. – Tym razem uśmiech mężczyzny był szeroki i nieudawany.

„Młody człowieku”? Kto dziś tak mówi…?

Starszy pan włożył kapelusz i z lekkim ociąganiem poszedł w stronę wyjścia. Zastygł z dłonią na klamce, po chwili jednak otworzył drzwi i z dźwiękiem dzwoneczka wyszedł na ulicę. Maks przez okno obserwował, jak szczelnie otula szyję kołnierzem jesionki, poprawia kapelusz, a potem znika za rogiem.

Ledwie Maks z powrotem usiadł za ladą i spojrzał na rozmontowany zegarek, z którym wciąż się nie uporał, i ledwie pomyślał, że dźwięk tego dzwoneczka przy drzwiach pamięta prawie od zawsze, naraz usłyszał głośny warkot silnika samochodu, potem urywany krzyk i łomot gniecionego metalu. Zerwał się natychmiast i wybiegł z antykwariatu wprost w strugi deszczu.

Kilkadziesiąt metrów przed nim, w połowie na chodniku, a w połowie na jezdni, stał granatowy SUV Audi. Oparty o jego przedni zderzak, niedawny klient Maksa próbował wstać z chodnika, który w tym miejscu stanowił jedną wielką kałużę. Widać było, że staruszek ma z tym nie lada problem. Jego rozedrgana dłoń zsuwała się z auta i na powrót lądował na chodniku. Maks pędem ruszył w jego stronę, a wtedy drzwi samochodu się otworzyły i wyskoczyło z niego dwóch mężczyzn. Jeden pochylił się nad staruszkiem i uniósł go, chwyciwszy mało delikatnie za kołnierz jesionki, drugi natomiast, zobaczywszy biegnącego w ich stronę i wołającego z oburzenia Maksa, odchylił połę czarnej kurtki, wyszarpnął zza pasa pistolet i najzwyczajniej w świecie wycelował. Maks, hamując raptownie, poślizgnął się i wylądował na kolanach, boleśnie uderzając nimi o krawężnik. Rozejrzał się nerwowo wokół. Jak na złość nie było nikogo, kto mógłby mu przyjść z pomocą. Podczas kiedy jeden z bandytów trzymał Maksa na muszce, drugi bez słowa pociągnął staruszka na tył auta, uchylił klapę bagażnika i brutalnie wepchnął go do środka. Zamknął bagażnik i usiadł za kierownicą. Bandzior z bronią pogroził Maksowi palcem, schował pistolet za pasek, po czym wskoczył do samochodu, który już za chwilę z piskiem opon zniknął za zakrętem. Sycząc z bólu, Maks najszybciej, jak potrafił, w miarę swoich możliwości wrócił do antykwariatu, chwycił pierwszy lepszy długopis i na tytułowej stronie książki pozostawionej przez staruszka zapisał: WI 0003L.

Potem wystukał numer policji.