Pomóż mi przetrwać #2 - Sandra Woluntarska - ebook
NOWOŚĆ

Pomóż mi przetrwać #2 ebook

Sandra Woluntarska

5,0

159 osób interesuje się tą książką

Opis

Mówi się, że śmierć bywa początkiem. Dla Katherine kolejna próba odebrania sobie życia rzeczywiście nim była – brutalnym przebudzeniem i jedyną szansą, jaką los postanowił jej jeszcze ofiarować. Tym razem jednak nie zamierza walczyć samotnie. Wyciąga wnioski z dawnych błędów i podejmuje decyzję, która jeszcze niedawno wydawałaby się niemożliwa: zaufanie komuś, kogo nigdy nie brała pod uwagę jako sojusznika.

Po odejściu Theo miał nadejść spokój. Cisza. Koniec koszmarów. Zamiast tego los ponownie kpi z jej oczekiwań.

Kilka miesięcy po próbie samobójczej Katherine otrzymuje tajemniczy list. Bez podpisu. Bez wyjaśnień. Jedynie adres – opuszczony szpital, miejsce aż nazbyt dobrze jej znane. Na miejscu czeka na nią stolik, plansza do szachów oraz trzy figury: dwóch królów i wieża.

To zaproszenie? Ostrzeżenie? A może wyzwanie?

 

Teraz Katherine musi odpowiedzieć sobie na pytanie – którą figurą w tej niebezpiecznej grze stanie się ona sama?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows

Liczba stron: 301

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
5,0 (5 ocen)
5
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
siyah_kiki

Nie oderwiesz się od lektury

To nie Ty kończysz książkę, to ona kończy z Tobą. Definitywnie. Absolutnie. Bezkompromisowo. Error na bani. GENIALNA. Dziękuję za uwagę. Nie zapraszam do dyskusji.
00
agnieszkaus87

Nie oderwiesz się od lektury

Fajna
00
xxxaniaxxx456

Nie oderwiesz się od lektury

Ale mnie przeorała. I to zakończenie!
00
myRed

Nie oderwiesz się od lektury

Genialna książka , trzyma w napięciu , zaskakujące zakończenie . Polecam ♥️
00
bodzio86

Nie oderwiesz się od lektury

WOW 🤯
00



Dla tych, któ­rzy pró­bu­ją prze­trwać.

Damy radę.

Streszczenie pierwszej części

Ka­the­ri­ne Ha­rvey wraz z ro­dzi­ca­mi prze­pro­wa­dzi­ła się, by za­cząć nowe ży­cie. Na osiem­na­ste uro­dzi­ny otrzy­ma­ła od przy­ja­ciół li­stę za­dań do wy­ko­na­nia, któ­re mia­ły być częścią nie­spo­dzian­ko­wej im­pre­zy. Plan ten jed­nak się nie po­wió­dł – pod­czas przed­ostat­nie­go za­da­nia Ka­the­ri­ne tra­fi­ła do opusz­czo­ne­go szpi­ta­la psy­chia­trycz­ne­go, gdzie zna­la­zła mar­twych ro­dzi­ców. Wstrząśni­ęta tym wy­da­rze­niem po­pa­dła w de­pre­sję, z któ­rej po­wo­li wy­ci­ąga­li ją bli­scy.

Kil­ka mie­si­ęcy pó­źniej Ka­the­ri­ne otrzy­ma­ła list z szan­ta­żem – mu­sia­ła do­star­czyć dzie­si­ęć ty­si­ęcy fun­tów na grób ro­dzi­ców jako część spła­ty ich dłu­gu. Po roz­mo­wie z Vi­vien i Theo po­sta­no­wi­ła udać się na po­li­cję. Jed­nak w dro­dze na ko­mi­sa­riat zo­sta­ła na­pad­ni­ęta przez szan­ta­ży­stę, któ­ry za­gro­ził jej i jej bli­skim, je­śli zgło­si spra­wę lub nie spła­ci dłu­gu. W trak­cie kon­fron­ta­cji Ka­the­ri­ne do­wie­dzia­ła się o leku o na­zwie Morph, co skło­ni­ło ją do prze­szu­ka­nia ga­bi­ne­tu ro­dzi­ców. Od­kry­ła, że byli od­po­wie­dzial­ni za nie­le­gal­ną pro­duk­cję me­dy­ka­men­tu, któ­ry za­bił wie­le osób w fa­zie te­stów.

Za­nio­sła pie­ni­ądze na grób ro­dzi­ców, ale po po­wro­cie do domu za­sta­ła w swo­im po­ko­ju po­zy­tyw­kę i czer­wo­ny na­pis na lu­strze: „Tęsk­ni­łaś?”. Prze­ra­żo­na we­zwa­ła przy­ja­ciół, któ­rzy po przy­by­ciu nie zna­le­źli żad­nych śla­dów obec­no­ści opi­sy­wa­nych przez nią przed­mio­tów i sy­tu­acji. Wte­dy Ka­the­ri­ne uświa­do­mi­ła so­bie, że jej de­mo­ny prze­szło­ści po­wró­ci­ły.

Jed­no­cze­śnie po­ja­wił się dru­gi pro­blem – brak pie­ni­ędzy na spła­tę ko­lej­ne­go żąda­nia szan­ta­ży­sty. Zde­spe­ro­wa­na zwró­ci­ła się o po­moc do człon­ka zor­ga­ni­zo­wa­nej gru­py prze­stęp­czej Sa­vo­od, przy­ja­cie­la zma­rłej sio­stry. Tam po­zna­ła Aaro­na Law­ren­ce’a, swo­je­go no­we­go wspó­łpra­cow­ni­ka. Ich re­la­cja z cza­sem prze­ro­dzi­ła się w coś wi­ęcej, a Ka­the­ri­ne zwie­rzy­ła się mu ze swo­jej sy­tu­acji. Aaron od­krył, że za szan­ta­żem stał jego przy­rod­ni brat Kaim. Dzi­ęki part­ne­ro­wi Ka­the­ri­ne wy­szła z za­bu­rzeń odży­wia­nia i uda­ło jej się po­skro­mić uza­le­żnie­nie od do­ra­źnych le­ków.

Jed­nak stal­ker nie ustępo­wał, na­dal pod­rzu­cał jej po­zy­tyw­ki, zo­sta­wiał na­pi­sy i wtrącał się w jej ży­cie. W mi­ędzy­cza­sie re­tro­spek­cje ujaw­nia­ły prze­szło­ść Ka­the­ri­ne, jej ro­dze­ństwa oraz ich su­ro­wych ro­dzi­ców, któ­rzy znęca­li się nad nimi psy­chicz­nie i fi­zycz­nie.

Od­kry­cie to­żsa­mo­ści szan­ta­ży­sty oka­za­ło się klu­czo­we – Ka­the­ri­ne była po­trzeb­na Ka­imo­wi, więc po­sta­no­wił po­móc jej zde­ma­sko­wać stal­ke­ra. Nie zdążył jed­nak, bo prze­śla­dow­ca przy­spie­szył swo­je dzia­ła­nia i zwa­bił ją do miej­sca, gdzie uwi­ęził Aaro­na. Tam jej part­ner wy­znał, że dzia­łał na zle­ce­nie stal­ke­ra, a Ka­the­ri­ne przy­zna­ła się do za­bi­cia swo­je­go ro­dze­ństwa.

Prze­śla­dow­cą oka­zał się The­odor. Chło­pak wi­dział wy­pa­dek Ja­spe­ra, z któ­rym był w zwi­ąz­ku, więc po­sta­no­wił ze­mścić się na Ka­the­ri­ne. Do­pro­wa­dził do fa­łszy­we­go zdia­gno­zo­wa­nia jej jako schi­zo­fre­nicz­ki, a na­stęp­nie dręczył i prze­śla­do­wał, od­wo­łu­jąc się do jej bo­le­snych wspo­mnień.

Osta­tecz­nie Theo za­bił Aaro­na i pod­ci­ął Ka­the­ri­ne żyły. W ostat­niej chwi­li do po­miesz­cze­nia wkro­czył Kaim, po­strze­lił na­past­ni­ka i ura­to­wał Ka­thy.

Ka­the­ri­ne spędzi­ła ja­kiś czas w szpi­ta­lu. Po wy­jściu do­wie­dzia­ła się, że Theo oraz Aaron zmar­li. Za­ła­ma­na dziew­czy­na po­sta­no­wi­ła rzu­cić się z kli­fu w rocz­ni­cę śmier­ci ro­dze­ństwa. W epi­lo­gu oka­za­ło się, że za dzia­ła­nia­mi Theo sta­ła inna oso­ba, któ­ra z sa­tys­fak­cją ob­ser­wo­wa­ła pró­bę sa­mo­bój­czą Ka­the­ri­ne.

Prolog

Ka­the­ri­ne Ha­rvey była sła­ba.

Od­kąd tyl­ko si­ęgnąć pa­mi­ęcią, jej ży­cie przy­po­mi­na­ło po­tłu­czo­ne szkło roz­sy­pa­ne po drew­nia­nej, za­ku­rzo­nej podło­dze. Ostre ka­wa­łki, na­wet skle­jo­ne, już ni­g­dy nie będą ca­ło­ścią.

Ka­the­ri­ne Ha­rvey była cie­niem.

Za­wsze z boku, za­wsze na dru­gim miej­scu, za­wsze od­py­cha­na, nie­chcia­na, po­mi­ja­na. Na­wet nie pró­bo­wa­ła wy­su­nąć się przed sze­reg, bo zo­sta­ła na­uczo­na, że jej rolą w ży­ciu jest by­cie ni­kim.

Ka­the­ri­ne Ha­rvey była kimś, kto nie mógł prze­żyć.

Od wie­lu lat kwin­te­sen­cję jej ist­nie­nia sta­no­wi­ła śmie­rć. Umie­ra­ła jesz­cze za ży­cia, ma­rząc o jego ko­ńcu. Jak bie­gacz­ka prze­mie­rza­ła tra­sę swo­je­go je­ste­stwa, ro­bi­ąc ka­żdy ko­lej­ny krok tyl­ko po to, żeby do­biec do upra­gnio­nej mety.

Ka­the­ri­ne Ha­rvey pro­si­ła, by po­móc jej ode­jść.

Ja je­stem zu­pe­łnie inna.

Na­zy­wam się Ever­ly Mor­gan.

I ni­ko­go nie po­pro­szę o to, żeby po­mó­gł mi prze­trwać.

1

Bu­dze­nie się z dłu­gie­go snu było jak pró­ba pod­nie­sie­nia się po bo­le­snym upad­ku. Cia­ło od­ma­wia­ło wspó­łpra­cy, lecz du­sza pra­gnęła wstać, iść da­lej.

Na po­cząt­ku le­ża­łam w ci­szy, oszo­ło­mio­na, z ci­ężki­mi po­wie­ka­mi. Rze­czy­wi­sto­ść wy­da­wa­ła się zbyt od­le­gła i nie­re­al­na, by do niej wró­cić. Pierw­szy ruch był nie­pew­ny, pe­łen lęku. Ba­łam się, że znów upad­nę, ale coś ka­za­ło mi się nie pod­da­wać.

Po­wo­li roz­chy­li­łam po­wie­ki. W po­miesz­cze­niu było zu­pe­łnie ciem­no.

Przez jed­ną krót­ką chwi­lę my­śla­łam, że to już, że to ko­niec. Mia­łam na­dzie­ję, że za­raz zo­ba­czę wy­szcze­rzo­ną w uśmie­chu twarz Aaro­na, a obok Me­gan i Ja­spe­ra, wi­ta­jących mnie z otwar­ty­mi ra­mio­na­mi.

Nie­ste­ty, żad­na z tych rze­czy nie mia­ła miej­sca.

Aaron…

Kłu­cie ser­ca za­ata­ko­wa­ło mnie znie­nac­ka. Od­cze­ka­łam chwi­lę, aż wspo­mnie­nie mężczy­zny wy­pa­ru­je z gło­wy, a ucisk w klat­ce pier­sio­wej zma­le­je. Z ka­żdą se­kun­dą od­dech się uspo­ka­jał. W ko­ńcu bez tru­du mo­głam ode­tchnąć, choć tępy ból po­zo­stał. Wy­da­wa­ło się, że ni­g­dy nie znik­nie i już za­wsze będzie kulą u nogi przy­po­mi­na­jącą o po­pe­łnio­nych grze­chach.

Ro­zej­rza­łam się po po­ko­ju, zu­pe­łnie go nie po­zna­wa­łam.

Bia­łe ścia­ny świe­ci­ły pust­ka­mi. Oprócz łó­żka, na któ­rym le­ża­łam, w po­miesz­cze­niu znaj­do­wa­ła się rów­nież za­bu­do­wa­na czar­na sza­fa. Wszyst­ko wy­gląda­ło tak, jak­by wła­ści­ciel wła­śnie sko­ńczył re­mont i do­pie­ro głów­ko­wał nad tym, jak roz­sta­wić me­ble.

Od razu przy­sze­dł mi na myśl su­ro­wy dom Ka­ima.

Czy­żby…?

Pod­nio­słam się lek­ko, wspie­ra­jąc się na łok­ciach. Łó­żko za­skrzy­pia­ło. W gło­wie mi za­szu­mia­ło, a świat za­wi­ro­wał. Opa­dłam z po­wro­tem na mi­ęk­ką po­dusz­kę i przy­ło­ży­łam zim­ną rękę do czo­ła. Jesz­cze wi­ęk­sze za­wro­ty gło­wy po­ja­wi­ły się w mo­men­cie, gdy do­ta­rło do mnie, że nie mam na so­bie swo­ich ubrań.

Od­dy­cha­łam głębo­ko, mia­ro­wo. Ból nie mi­jał, a wręcz zwi­ęk­szał się z ka­żdą ko­lej­ną se­kun­dą. Mia­łam wra­że­nie, że roz­sa­dzi mi czasz­kę.

Ci­szę prze­rwał dźwi­ęk kro­ków.

Zi­gno­ro­wa­łam pul­su­jące skro­nie i po­de­rwa­łam się do po­zy­cji sie­dzącej. Twarz wy­krzy­wił gry­mas. Sto­py le­d­wo co do­tknęły zim­nej podło­gi, gdy drzwi de­li­kat­nie za­skrzy­pia­ły.

– Obu­dzi­łaś się. – Kaim bar­dziej stwier­dził niż za­py­tał. Mimo to ski­nęłam gło­wą.

Stał w drzwiach, opar­ty o fra­mu­gę, ręce miał sple­cio­ne na pier­siach, a nogi skrzy­żo­wa­ne w kost­kach. Biła od nie­go pew­no­ść sie­bie. Cała jego po­sta­wa wręcz krzy­cza­ła, że to jego te­ry­to­rium. Po­nu­ra aura mężczy­zny wpa­dła do po­miesz­cze­nia i roz­la­ła się po wnętrzu.

Pod ko­szul­ką przy­le­ga­jącą ści­śle do cia­ła od­zna­cza­ły się wy­ry­so­wa­ne mi­ęśnie. Pierw­szy raz mia­łam oka­zję wi­dzieć go w czy­mś in­nym niż czar­ny golf. Za­trzy­ma­łam wzrok na rękach po­kry­tych ta­tu­aża­mi nie­co dłu­żej, niż po­win­nam. W oczy wpa­dł mi nor­dyc­ki sym­bol – Ve­gvi­sir1, ci­ągnął się od zgi­ęcia łok­cio­we­go aż do nad­garst­ka.

– Ga­pisz się.

Le­ni­wie prze­nio­słam spoj­rze­nie na ciem­ne oczy.

– Za­po­mnia­łam już, jak wy­glądasz. Nie wi­dzie­li­śmy się do­brych kil­ka mie­si­ęcy – oznaj­mi­łam bez­na­mi­ęt­nym to­nem.

Nie wie­dzia­łam, co czu­łam na wi­dok Ka­ima. Chcia­ła­bym po­wie­dzieć, że były to głów­nie po­zy­tyw­ne emo­cje, ale skła­ma­ła­bym. Od­kąd przy­sze­dł do mo­je­go domu i po­wie­dział, że Aaron nie żyje, nie mo­głam po­zbyć się okrop­nej, nie­chcia­nej my­śli, że wo­la­ła­bym, żeby to Kaim zgi­nął. Pró­bo­wa­łam, na­praw­dę bar­dzo się sta­ra­łam wy­rzu­cić z gło­wy ten dia­bel­ski głos, ale moc­no się za­ko­rze­nił. Wwier­cał się w umy­sł, opló­tł go mac­ka­mi żalu i go­ry­czy.

Dla­te­go od­wró­ci­łam wzrok. Nie mo­głam znie­ść ci­ęża­ru spoj­rze­nia Ka­ima.

Czar­na ko­szul­ka i spodnie, któ­re mia­łam na so­bie, nie­przy­jem­nie dra­pa­ły w skó­rę. Chcia­łam się ich po­zbyć.

– Co ja tu ro­bię? I gdzie w ogó­le je­ste­śmy?

– W moim domu.

– We­tland Lane?

Ski­nął gło­wą. Przy­dłu­gie ko­smy­ki grzyw­ki opa­dły mu na pra­we oko. Zi­gno­ro­wał to i da­lej wpa­try­wał się we mnie sro­gim spoj­rze­niem. Czu­łam się jak mu­cha za­mkni­ęta w si­dłach lep­kiej pa­jęczy­ny. Jed­no małe drgni­ęcie dzie­li­ło mnie od po­żar­cia przez po­two­ra.

Za­częłam stu­dio­wać wzro­kiem po­kój, chcąc uciec od ciem­nych, przy­pra­wia­jących o ciar­ki oczu. Nie wie­dzia­łam, co po­wie­dzieć. Bo ja­kie sło­wa w ta­kiej sy­tu­acji by­ły­by od­po­wied­nie?

Hej, to ty wy­ło­wi­łeś mnie z wody, kie­dy ko­lej­ny raz pró­bo­wa­łam się za­bić?

Głu­pie. Ża­ło­sne. Idio­tycz­ne.

Głu­pia.

Ża­ło­sna.

Idio­tycz­na.

Na­wet nie po­tra­fi­łam ze sobą sko­ńczyć.

Po­win­nam się stre­so­wać i krępo­wać prze­by­wa­niem w domu Ka­ima, ale w su­mie… Było mi wszyst­ko jed­no. Po pro­stu za­ak­cep­to­wa­łam prze­bieg wy­da­rzeń.

Nie­zno­śną ci­szę prze­rwał wy­pra­ny z emo­cji głos:

– Ile jesz­cze, Ka­the­ri­ne?

Spoj­rza­łam na nie­go z nie­zro­zu­mie­niem. Po­kręcił gło­wą, za­pew­ne z dez­apro­ba­tą, choć jego oczy i mi­mi­ka zu­pe­łnie się nie zmie­ni­ły. Na­dal po­zo­sta­wał po­wa­żny i zim­ny jak lo­do­wa rze­źba.

– Ile jesz­cze razy będziesz chcia­ła ode­jść?

Te sło­wa wpra­wi­ły mnie w osłu­pie­nie. Czy na­praw­dę Kaim Rey­es za­mie­rzał wła­śnie wy­gło­sić mowę mo­ty­wa­cyj­ną? Mnie? Oso­bie, któ­rą naj­chęt­niej wy­tar­ga­łby za ku­dły z domu i uto­pił w po­bli­skim je­zio­rze za­raz po tym, jak jego kon­to za­si­li­łby ukra­dzio­ny ode mnie mi­lion fun­tów?

– Co masz na my­śli? Ja prze­cież… – Chcia­łam skła­mać, ale na to nie po­zwo­lił.

– Ła­zien­ka jest obok. Ogar­nij się i zej­dź na śnia­da­nie – prze­rwał mi, po czym znik­nął w ko­ry­ta­rzu.

Po­czu­łam na­wet lek­kie roz­cza­ro­wa­nie, że dal­sza część roz­mo­wy nie na­stąpi­ła. Cie­ka­wi­ło mnie, jak to jest, gdy Kaim Rey­es wy­po­wie wi­ęcej niż pięć zdań na­raz.

Prze­wró­ci­łam ocza­mi. Wście­ka­nie się na nie­go mu­sia­łam prze­ło­żyć na pó­źniej, gdy już upo­ram się z ak­tu­al­ny­mi pro­ble­ma­mi. Z ży­ciem.

Trud­no mi się wsta­wa­ło. Ka­żde­mu ru­cho­wi to­wa­rzy­szy­ło bo­le­sne pul­so­wa­nie skro­ni.

Do­strze­głam za­mkni­ętą bu­tel­kę wody, któ­ra le­ża­ła na podło­dze. Schy­li­łam się po nią, od­kręci­łam opor­ną za­kręt­kę i wzi­ęłam kil­ka ły­ków. Let­ni płyn był zba­wie­niem dla su­che­go gar­dła i spierzch­ni­ętych ust.

Po­czła­pa­łam do drzwi jak zom­bie. Prze­szłam boso przez zna­jo­my ko­ry­tarz, po czym po­wlo­kłam się do ła­zien­ki. Nie­wiel­kie, ja­sne po­miesz­cze­nie rów­nież było po­zba­wio­ne du­szy. Jak jego wła­ści­ciel.

Prze­kręci­łam za­mek w drzwiach, po czym się od­wró­ci­łam, żeby do­kład­nie zlu­stro­wać wnętrze. Na pral­ce le­ża­ły ubra­nia zło­żo­ne w kost­kę, a na nich kar­tecz­ka z moim imie­niem.

Ka­the­ri­ne

Czy­tel­ny, pro­sty na­pis wzbu­dził we mnie mie­szan­kę nie­zro­zu­mia­łych emo­cji, od zdzi­wie­nia po nie­smak. Po­de­szłam do ma­te­ria­ło­we­go sto­si­ku z ostro­żno­ścią, co naj­mniej tak, jak­by miał mnie za chwi­lę za­ata­ko­wać. Odło­ży­łam kart­kę na bok i prze­je­cha­łam dło­nią po sza­rych dre­sach. Mi­ęk­ki ma­te­riał pach­niał zna­jo­mo. Przy­jem­na woń lasu do­ta­rła do noz­drzy. Naj­pierw na­bra­łam ocho­ty, by wzi­ąć głęb­szy wdech, ale za­raz się skrzy­wi­łam. To za­pach Ka­ima.

Obok ubrań le­ża­ła jed­no­ra­zo­wa szczo­tecz­ka do zębów za­pa­ko­wa­na w fo­lię i gum­ka do wło­sów. Wszyst­ko uło­żo­ne w rów­nym rzędzie. Nie mo­głam po­wstrzy­mać się od prze­wró­ce­nia ocza­mi.

Pe­dant.

Wy­sko­czy­łam z ciu­chów. Całe szczęście, że cho­ciaż moja bie­li­zna zo­sta­ła na swo­im miej­scu. Już i tak mia­łam ocho­tę spło­nąć ze wsty­du przez to, że Kaim znów wi­dział mnie bez ko­szul­ki, a tym ra­zem na­wet bez spodni.

We­szłam do oszklo­nej ka­bi­ny prysz­ni­co­wej i sta­nęłam na zim­nych sza­rych ka­fel­kach. Cie­pła woda z desz­czow­ni­cy otu­li­ła cia­ło, umy­sł za­la­ła fala wspo­mnień. Pró­bo­wa­łam zmie­nić tor my­śli, sku­pić się na czy­mś in­nym, ale to nic nie dało. Przed ocza­mi sta­nął ob­raz sprzed kil­ku mie­si­ęcy.

Aaron le­żał nagi w moim łó­żku, za­kry­ty od pasa w dół ko­łdrą. Bia­łe wło­sy roz­la­ły się po po­dusz­ce, a na ustach błąkał się le­ni­wy, za­spa­ny uśmie­szek.

Oczy za­pie­kły na to wspo­mnie­nie, łzy po­le­cia­ły po po­licz­kach i zmie­sza­ły się z wodą. Opa­rłam czo­ło o ka­fel­ki, na któ­rych skro­pli­ła się cie­pła para. Czu­łam, że na­wet wszyst­kie oce­any nie star­czy­ły­by, żeby zmyć ze mnie po­czu­cie winy, ból i pust­kę.

Zgi­nął przez cie­bie. Przez cie­bie! Wszy­scy giną przez cie­bie!

Mia­łam wra­że­nie, że ko­stu­cha stoi tuż za mo­imi ple­ca­mi i śmie­je się do roz­pu­ku.

Je­śli mia­łam żyć da­lej, nie wol­no mi o nim za­po­mnieć. Ba­łam się, że kie­dyś jego ob­raz znik­nie z mo­jej gło­wy i nie będę w sta­nie przy­po­mnieć so­bie tej pi­ęk­nej, aniel­skiej i za­ra­zem su­ro­wej twa­rzy. Ta myśl prze­ra­ża­ła mnie tak bar­dzo, że aż nie po­tra­fi­łam od­dy­chać.

Nie wol­no ci. Nie wol­no, nie wol­no, nie wol­no.

Sta­ła­bym pod prysz­ni­cem ko­lej­ne mi­nu­ty, go­dzi­ny, a naj­chęt­niej na­wet dni, gdy­by nie Kaim. Za­pu­kał w drzwi ła­zien­ki, co sku­tecz­nie spro­wa­dzi­ło mnie na zie­mię. Twarz Aaro­na się roz­my­ła, ustąpi­ła trud­nej rze­czy­wi­sto­ści, z któ­rą mu­sia­łam się zmie­rzyć. Prze­łk­nęłam ostat­nie łzy, a na­stęp­nie wzi­ęłam kil­ka głębo­kich wde­chów, za­nim wy­sko­czy­łam z ka­bi­ny. Wy­ta­rłam się przy­go­to­wa­nym ręcz­ni­kiem, pod­kra­dłam Ka­imo­wi dez­odo­rant w sprayu, umy­łam zęby i wło­ży­łam ciu­chy. Po­cie­sza­łam się tym, że za­raz wró­cę do domu i się ich po­zbędę.

Wrzu­cę do ogni­ska i zro­bię ja­kiś ry­tu­al­ny obrzęd.

Po prysz­ni­cu ból gło­wy odro­bi­nę ze­lżał.

Ze­szłam po scho­dach, a na­stęp­nie wkro­czy­łam do kuch­ni. Do­pie­ro wte­dy za­czy­na­ło po­wo­li do mnie do­cie­rać, ja­kie to wszyst­ko ir­ra­cjo­nal­ne. Wzi­ęłam prysz­nic w ła­zien­ce Rey­esa. Obu­dzi­łam się w jego domu. Może za­raz zo­ba­czę, jak robi mi śnia­da­nie?

Za­miast tego Kaim sie­dział przy ciem­nym sto­le, ob­ser­wu­jąc mnie jak przy­cza­jo­ny ty­grys. Łok­cie opie­rał o blat, a bro­dę o sple­cio­ne ręce. Jak zwy­kle nie po­tra­fi­łam od­gad­nąć jego my­śli. Niby przy­glądał mi się z uwa­gą, ale w tym spoj­rze­niu było ta­kże wie­le chło­du i obo­jęt­no­ści. Jak­bym go in­te­re­so­wa­ła i nie in­te­re­so­wa­ła jed­no­cze­śnie.

Za­jęłam miej­sce na­prze­ciw­ko, przy kra­ńcu sto­łu. Gdy­bym mo­gła, usia­dła­bym jesz­cze da­lej – naj­le­piej na ze­wnątrz. Mu­sia­łam jed­nak zo­stać i za­dać kil­ka py­tań, za­nim już na za­wsze znik­nie z mo­je­go ży­cia.

– Więc? – za­częłam, bęb­ni­ąc pal­ca­mi o blat.

Po­wie­ki mężczy­zny lek­ko drgnęły.

– Więc jedz. – Przy­su­nął mi to­sty z zie­lo­ną pa­stą. Ja jed­nak my­śla­łam jed­nie o tym, jak ab­sur­dal­na jest ta sy­tu­acja.

– Se­rio? – Unio­słam brew.

– Se­rio.

Zgro­mi­łam go spoj­rze­niem, ale nic so­bie z tego nie zro­bił. Zła­pał ku­bek z kawą i upił łyk, wci­ąż bacz­nie mnie ob­ser­wu­jąc.

– Jedz – po­na­glił.

– Do­brze. – Prze­wró­ci­łam ocza­mi. I tak bym zja­dła, bo żo­łądek aż się ści­skał z gło­du. Na­wet nie za bar­dzo przej­mo­wa­łam się tym, że mógł zmie­szać pa­stę z trut­ką. – Ale w mi­ędzy­cza­sie może wy­ja­śnisz mi, co się sta­ło?

Ski­nął gło­wą, więc za­bra­łam się do pa­ła­szo­wa­nia.

– Śle­dzi­łem twój sy­gnał GPS. Wi­dzia­łem, że po­je­cha­łaś na klif.

Pra­wie udu­si­łam się pie­czy­wem. Kaim cier­pli­wie cze­kał, aż prze­sta­nę kasz­leć.

– Że co? Sy­gnał GPS?

Ski­nął gło­wą.

– Da­łem ci te­le­fon, do któ­re­go mia­łem zdal­ny do­stęp.

Kur­wa. Mia­łam ocho­tę po­wie­dzieć to gło­śno. A naj­le­piej wy­krzy­czeć. Ca­łe­mu świa­tu.

– Szpie­go­wa­łeś mnie?

Ko­lej­ne ski­ni­ęcie.

– Bez jaj!

– Gdy­by nie to, to pew­nie już byś nie żyła.

Wła­śnie o to cho­dzi­ło, Sher­loc­ku!

Wzi­ęłam głębo­ki wdech i po­wo­li wy­pu­ści­łam po­wie­trze z płuc. Za­sta­na­wia­łam się, skąd wie­dział, że z wła­snej woli sko­czy­łam z urwi­ska. Prze­cież ktoś mógł mnie ze­pchnąć albo mo­głam się po­śli­zgnąć. Pod­pusz­czał mnie? Pro­wo­ko­wał, że­bym się przy­zna­ła?

Stra­ci­łam ape­tyt. Odło­ży­łam je­dze­nie na ta­lerz, wy­ta­rłam spo­co­ne dło­nie o spodnie.

– Moi zna­jo­mi wy­ło­wi­li cię z wody. By­łaś nie­przy­tom­na. Przy­wie­źli­śmy cię tu­taj.

– Tak po pro­stu? Bez szpi­ta­la, le­ka­rzy?

– Oczy­wi­ście, że nie. – Odło­żył kawę na stół. – Me­dyk cię zba­dał. Obu­dzi­łaś się kil­ka razy. Nic nie pa­mi­ętasz?

Po­kręci­łam gło­wą. Ostat­nie, co pa­mi­ęta­łam, to zro­bie­nie kro­ku pro­sto w prze­pa­ść.

– Mhm – mruk­nął, pa­trząc w ścia­nę. – Za­dzwo­ni­łem już po le­ka­rza. Przy­je­dzie jesz­cze raz ci się przyj­rzeć.

– Zwra­ca ci się to? – Wle­pi­łam wzrok w swój ta­lerz.

– Słu­cham?

– Ra­to­wa­nie mnie. – Unio­słam gło­wę. – Zwra­ca ci się? – Pa­trzy­łam na nie­go z wy­rzu­tem i smut­kiem. Na­gle po­czu­łam się okrop­nie osa­mot­nio­na. – Bo prze­cież ro­bisz to przez te cho­ler­ne pie­ni­ądze, nie?

Nie od­po­wie­dział od razu. W ciem­nych oczach do­strze­głam błysk.

– Obie­ca­łem Aaro­no­wi, że cię przy­pil­nu­ję.

To imię w ustach Ka­ima brzmia­ło dziw­nie. Obco. Nie na miej­scu.

– Cze­mu? Kie­dy?

– Gdy zro­zu­mie­li­śmy, że już za pó­źno.

Na te sło­wa coś ugo­dzi­ło moje ser­ce i otwo­rzy­ło ranę, któ­ra le­d­wo za­częła się goić.

My­śla­łeś o mnie na­wet wte­dy. My­śla­łeś…

Wy­ima­gi­no­wa­ne ostrze wwier­ca­ło się w tkan­ki, a gar­dło za­ci­ska­ło, blo­ku­jąc prze­pływ tle­nu. Od­chrząk­nęłam, prze­łk­nęłam śli­nę. Pró­bo­wa­łam skie­ro­wać my­śli na inne tory. Nie chcia­łam wpa­dać w atak pa­ni­ki przy Ka­imie.

Od­dy­chaj. Od­dy­chaj. Od­dy­chaj. Ży­cie wy­bra­ło za cie­bie, mu­sisz prze­trwać.

Za­ci­snęłam pi­ęści, pa­znok­cie wbi­ły się w skó­rę.

– I co te­raz? Ko­lej­na pie­przo­na umo­wa? Będziesz moją nia­ńką? – za­kpi­łam, za­mie­nia­jąc ból na zło­ść, bo tak było o wie­le ła­twiej.

– Nie, Ka­the­ri­ne. – Zi­gno­ro­wał jad w moim gło­sie. – Będę cię pil­no­wał do mo­men­tu, w któ­rym sta­niesz na nogi i nie będziesz już dla sie­bie za­gro­że­niem. Po­tem za­czniesz pra­co­wać, żeby spła­cić dług.

– Nie ma mowy – wy­ce­dzi­łam.

– Nie py­ta­łem o zda­nie. Jedz.

– Nie chcę.

Krze­sło za­szu­ra­ło o podło­gę. Za­ci­snęłam zęby, gdy Kaim wstał, za­brał mój ta­lerz i skie­ro­wał się do zle­wu. Śle­dzi­łam wzro­kiem mi­ęśnie ple­ców, któ­re po­ru­sza­ły się pod czar­ną ko­szul­ką, gdy się schy­lał, żeby wy­rzu­cić reszt­ki do śmie­ci. Po­tem wy­pro­sto­wał się i za­czął myć na­czy­nia.

Jak mógł być tak spo­koj­ny, kie­dy we mnie wszyst­ko wrza­ło? Jego opa­no­wa­nie do­pro­wa­dza­ło mnie do sza­łu. Ki­pia­ło we mnie tyle emo­cji, że oczy za­cho­dzi­ły łza­mi. Za­mru­ga­łam, by od­pędzić wil­goć spod po­wiek.

By­łam zmęczo­na, tak cho­ler­nie zmęczo­na tą go­ni­twą za nie wia­do­mo czym, i skraj­ny­mi uczu­cia­mi, nad któ­ry­mi zu­pe­łnie nie pa­no­wa­łam.

– Chcę wró­cić do domu.

– To nie­mo­żli­we – od­pa­rł, wy­cie­ra­jąc dło­nie w ręcz­nik ku­chen­ny.

– Niby dla­cze­go? – Skrzy­żo­wa­łam ręce na pier­siach. – Mu­szę wró­cić do Pian­ki, dać jej jeść.

– Twój pies jest u mnie. Bie­ga po po­dwór­ku.

Zmarsz­czy­łam brwi. Ser­ce za­bi­ło moc­niej, a na­gły nie­po­kój wy­wo­łał nie­przy­jem­ny dreszcz.

– Dla­cze­go Pian­ka jest u cie­bie? – Wsta­łam z krze­sła, opa­rłam ręce o blat.

– Bie­ga­ła po osie­dlu, więc ją zła­pa­łem, żeby nie wpa­dła pod auto.

– Cze­mu mój pies bie­gał po osie­dlu? O co cho­dzi, Kaim? – By­łam już na gra­ni­cy wy­trzy­ma­ło­ści.

– Ktoś podło­żył ogień w two­im domu.

Nogi mi zmi­ękły. Opa­dłam z po­wro­tem na sie­dze­nie. W uszach za­szu­mia­ło.

– Dom? Co z nim?

– Spło­nął, Ka­the­ri­ne. Nic z nie­go nie zo­sta­ło.

2

Su­fit.

Lam­pa.

Ścia­na.

Sza­fa.

Ktoś do­bi­jał się do drzwi we­jścio­wych.

Nie­rów­ne ścia­ny.

Za­ku­rzo­na lam­pa.

Uszczer­bek w drzwiach sza­fy.

– Cze­go chcesz? – spy­tał cierp­ko Kaim.

Sza­fa ma dwie­ście osiem­dzie­si­ąt sło­jów.

Ścia­ny trzy­dzie­ści dwa wgnie­ce­nia.

Ner­wo­wą od­po­wie­dź sły­sza­łam na­wet z po­ko­ju na pi­ętrze.

– Chcę zo­ba­czyć Kate – oznaj­mił rów­nie su­ro­wo Toru.

– Wy­klu­czo­ne.

– Je­śli mnie nie wpu­ścisz, to wej­dę siłą.

Spędzi­łam w tym łó­żku pięć dni.

Pięć dni nie­wi­dzial­no­ści, uciecz­ki od sa­mej sie­bie i ca­łe­go świa­ta.

– Kuso2. Ostrze­ga­łem. Kate! – krzyk­nął Toru, a za­raz po­tem na­stąpił huk.

Ob­ró­ci­łam się na bok i za­mknęłam oczy.

Chcę znów za­snąć.

Chcę nic nie czuć.

Chcę za­po­mnieć.

Sły­sza­łam sza­mo­ta­ni­nę i pod­nie­sio­ne gło­sy. Sta­ra­łam się na nich nie sku­piać, ale nic in­ne­go nie po­ja­wia­ło się w mo­jej gło­wie.

– Kate! To ja, Toru!

– Wyj­dź stąd.

– Daj mi po pro­stu ją zo­ba­czyć. Chcę wie­dzieć, czy nic jej nie jest.

– Trze­ba było się nią za­in­te­re­so­wać wcze­śniej, a nie już po fak­cie.

– Kim ty w ogó­le je­steś, żeby mó­wić mi coś ta­kie­go?!

– Kimś, kto przy­pil­nu­je, żeby nic po­dob­ne­go nie przy­szło jej już do gło­wy.

– O czym ty mó­wisz? To ona pod­pa­li­ła dom?

– Wi­dzę, że o ni­czym nie masz po­jęcia.

– Kuso…

Znów sza­mo­ta­ni­na, a po­tem ko­lej­ne gło­sy, któ­rych nie chcia­łam sły­szeć. Za­tka­łam uszy.

Prze­sta­ńcie. Chcę już za­snąć.

Usły­sza­łam, jak otwie­ra­ją się drzwi na pi­ętrze. A po­tem ko­lej­ne, aż ktoś do­ta­rł do mo­ich.

– Kate… – wy­szep­tał Toru. Chwi­lę pó­źniej ma­te­rac ugi­ął się pod jego ci­ęża­rem.

Otwo­rzy­łam oczy do­pie­ro wte­dy, gdy sil­ne ręce pod­nio­sły mnie do po­zy­cji sie­dzącej i za­mknęły w sta­now­czym, a jed­no­cze­śnie sub­tel­nym uści­sku.

– Toru.

Ob­jęłam go i wtu­li­łam twarz w cie­płą szy­ję. Od razu spo­wił mnie za­pach cy­tru­sów, któ­ry ko­ja­rzył się z czy­mś przy­jem­nym, zna­jo­mym. Do­pó­ki go nie po­czu­łam, nie mia­łam po­jęcia, że tak bar­dzo tego po­trze­bo­wa­łam.

– Prze­pra­szam, że nic nie za­uwa­ży­łem. Nie wie­dzia­łem, nie mia­łem po­jęcia, nie…

– Po­wie­dział ci?

Przy­tak­nął.

Od­su­nęłam się tro­chę i spu­ści­łam wzrok.

– Kła­ma­nie i uda­wa­nie to coś, co wy­cho­dzi mi naj­le­piej. – Par­sk­nęłam pod no­sem.

– To nic nie…

– Prze­stań – rzu­ci­łam oschle, ale od razu się zre­flek­to­wa­łam. – Pro­szę. Nie mam siły prze­rzu­cać się ar­gu­men­ta­mi. – Za­wa­ha­łam się, za­nim za­py­ta­łam: – Zo­sta­niesz?

Mężczy­zna opa­rł pod­bró­dek o moją gło­wę. Jego klat­ka pier­sio­wa po­ru­sza­ła się w rów­nym tem­pie, a cie­pła dłoń gła­dzi­ła moje wło­sy. Mia­łam ocho­tę uciec i jed­no­cze­śnie zo­stać tak już na za­wsze. Te ci­ągłe wa­ha­nia były wy­czer­pu­jące.

– Nie wiem, czy ten wście­kły do­ber­man sto­jący w drzwiach mi po­zwo­li – wy­szep­tał kon­spi­ra­cyj­nie.

Roz­chy­li­łam le­ni­wie po­wie­ki i na­po­tka­łam chłod­ne spoj­rze­nie Ka­ima. Stał z ręka­mi skrzy­żo­wa­ny­mi na pier­siach, a na jego twa­rzy wid­nia­ło wy­ra­źne nie­za­do­wo­le­nie.

W su­mie Kaim miał w so­bie coś z do­ber­ma­na. Gdy­by mógł, to pew­nie na­stro­szy­łby uszy i zje­żył sie­rść. Nie mo­głam po­wstrzy­mać lek­kie­go uśmie­chu spo­wo­do­wa­ne­go tą my­ślą.

– Masz chwi­lę. Po­tem się stąd wy­noś – oznaj­mił ci­cho, spoj­rze­niem wier­cąc dziu­rę w Azja­cie, a na­stęp­nie znik­nął w ko­ry­ta­rzu.

– To ja­kiś słu­żbi­sta? – spy­tał Toru z nutą roz­ba­wie­nia w gło­sie.

– Go­rzej. To zmu­to­wa­ny do­ber­man.

Ro­ze­śmiał się ci­cho. Ten me­lo­dyj­ny dźwi­ęk na chwi­lę prze­go­nił sza­re my­śli kłębi­ące się w gło­wie jak bu­rzo­we chmu­ry. Kąci­ki mo­ich ust drgnęły. Po­czu­łam w so­bie dość siły, by za­dać cho­ler­nie trud­ne py­ta­nie:

– Mój dom na­praw­dę spło­nął, Toru?

Chy­ba nie chcia­łam po­znać od­po­wie­dzi. A może chcia­łam, ale po pro­stu tak bar­dzo się ba­łam tego po­twier­dze­nia, że wo­la­łam żyć w kłam­stwie lub w głu­piej na­dziei.

Toru mil­czał przez krót­ką chwi­lę, a na­stęp­nie de­li­kat­nie ski­nął gło­wą. Z mo­je­go gar­dła wy­do­był się zdu­szo­ny jęk. Wtu­li­łam się moc­niej w mi­ęk­ką szy­ję, za­mknęłam oczy. Mężczy­zna za­to­pił nos w mo­ich wło­sach.

– To była rocz­ni­ca, więc… – Wes­tchnął. – Przy­je­cha­łem i zo­ba­czy­łem, że z domu nic nie zo­sta­ło. Szu­ka­łem Pian­ki, wy­dzwa­nia­łem do cie­bie i Vi­vien, ale nie wie­dzia­ła, gdzie się po­dzia­łaś. My­śla­łem… – Jego głos na chwi­lę się za­ła­mał. – My­śla­łem, że by­łaś w domu, gdy wy­bu­chł po­żar. Stra­ża­cy nie zna­le­źli cia­ła, ko­ści, ale mimo to… Ca­ły­mi dnia­mi cho­dzi­łem po osie­dlu, aż w ko­ńcu zo­ba­czy­łem Pian­kę za pło­tem tego domu. By­łem go­to­wy sta­ra­no­wać drzwi, żeby tyl­ko spraw­dzić, czy je­steś w środ­ku.

Nie­wi­dzial­na siła ści­snęła gar­dło, gdy po­my­śla­łam o tym, że mój pies mógł nie prze­żyć po­ża­ru. Całe szczęście, że zo­sta­wi­łam go na ze­wnątrz. Może to sam los pod­po­wie­dział ta­kie roz­wi­ąza­nie.

To wszyst­ko przez cie­bie, kre­tyn­ko.

Wszyst­ko psu­jesz, wszyst­ko nisz­czysz, wszy­scy przez cie­bie…

– Dzi­ęku­ję. – Za­ci­snęłam po­wie­ki.

– Hm?

– Że mnie szu­ka­łeś.

– Ka­thy…

– Wia­do­mo, co spo­wo­do­wa­ło po­żar?

– W wia­do­mo­ściach mó­wi­li, że wy­buch gazu. Zo­sta­wi­łaś włączo­ną ku­chen­kę?

Si­ęgnęłam pa­mi­ęcią do tam­te­go po­ran­ka. Nie by­łam ner­wo­wa ani roz­e­mo­cjo­no­wa­na. Ra­czej pa­mi­ęta­ła­bym o tym, żeby za­kręcić gaz.

– Nie wiem. Mo­żli­we. Chcia­ła­bym się po­ło­żyć spać. Zo­sta­niesz, aż za­snę? – Szyb­ko zmie­ni­łam te­mat, żeby od­ci­ąć się od ko­lej­ne­go wiru emo­cji.

Toru już stra­cił jed­ną z sióstr Ha­rvey, więc do­my­śla­łam się, jak mu­siał pa­ni­ko­wać ze świa­do­mo­ścią, że zma­rła rów­nież dru­ga. Mimo że nie miał nic wspól­ne­go ani z tą, ani z po­przed­nią sy­tu­acją, to i tak pew­nie by się ob­wi­niał. Było mi głu­pio i wstyd z po­wo­du swo­je­go ego­izmu.

Chcia­łam za­ko­ńczyć swo­je pro­ble­my, sta­jąc się jed­nym z nich dla in­nych. Ka­thy, ty kre­tyn­ko.

– Oczy­wi­ście. – Przy­ci­snął mnie moc­niej do swo­je­go cia­ła. – Oczy­wi­ście, że zo­sta­nę. Po­łóż się.

Nie­chęt­nie pu­ści­łam Toru. Wśli­zgnęłam się pod ko­łdrę i uło­ży­łam wy­god­nie. Mężczy­zna po­słał mi de­li­kat­ny uśmiech. Po­ło­żył się bo­kiem, pod­pa­rł gło­wę dło­nią, po czym wol­ną rękę prze­nió­sł na moje wło­sy.

Za­mknęłam oczy. De­li­kat­ne pal­ce gła­ska­ły mnie po­wol­nie tak dłu­go, aż za­snęłam.

Obu­dzi­łam się na­stęp­ne­go dnia rano. Sama. Spoj­rza­łam na pu­ste miej­sce, gdzie wcze­śniej le­żał Toru. Po­gła­dzi­łam je dło­nią, pro­stu­jąc po­marsz­czo­ne prze­ście­ra­dło. Jego nie­obec­no­ść nie­co mnie za­smu­ci­ła, choć prze­cież wie­dzia­łam, że Kaim go prze­go­ni.

Ta wi­zy­ta wla­ła we mnie nowe po­kła­dy siły i mo­ty­wa­cji do ży­cia. Po­czu­łam się tak, jak­bym w ko­ńcu wsta­ła po kil­ku­dnio­wym śnie.

Zza ścia­ny do­bie­gły głu­che dźwi­ęki ude­rzeń. W gło­wie po­ja­wi­ło się mi­lion nie­po­ko­jących my­śli, jed­na gor­sza od dru­giej, więc od­rzu­ci­łam ko­łdrę i na pal­cach wy­szłam na ko­ry­tarz. Prze­szłam po wy­kła­dzi­nie wy­głu­sza­jącej kro­ki, po czym skie­ro­wa­łam się do źró­dła dźwi­ęku.

Mi­nęłam zna­jo­my, pu­sty po­kój. To wła­śnie tam ock­nęłam się po tym, jak Kaim mnie po­rwał. Za­ci­snęłam zęby. Wspo­mnie­nie wy­wo­ła­ło we mnie iry­ta­cję.

Szłam da­lej, a dźwi­ęk sta­wał się co­raz gło­śniej­szy. W ko­ńcu do­ta­rłam na ko­niec ko­ry­ta­rza i sta­nęłam przed lek­ko uchy­lo­ny­mi drzwia­mi. Zaj­rza­łam do środ­ka, chcąc na po­czątek oce­nić sy­tu­ację. Ode­tchnęłam z ulgą, gdy uświa­do­mi­łam so­bie, że nie­po­ko­jący ha­łas spo­wo­do­wa­ny był ude­rza­niem w wo­rek tre­nin­go­wy przez Ka­ima.

Sza­re dre­sy le­d­wo trzy­ma­ły się na bio­drach, gdy z im­pe­tem wy­pro­wa­dzał cio­sy pi­ęścia­mi owi­ni­ęty­mi czar­nym ma­te­ria­łem. Ob­ci­sły bez­rękaw­nik zda­wał się przy­wie­rać do wil­got­ne­go tor­su, dzi­ęki temu mo­głam ob­ser­wo­wać z boku wszyst­kie mi­ęśnie pra­cu­jące od pasa w górę. Kro­pel­ki potu spły­wa­ły po szyi i ra­mio­nach, przez co skó­ra błysz­cza­ła na­wet przy naj­mniej­szym ru­chu. Ko­smy­ki wło­sów przy­kle­iły się do po­li­ków i czo­ła, oczy sku­pio­ne były na celu.

Pa­trze­nie na nie­go, gdy nie zda­wał so­bie spra­wy z mo­jej obec­no­ści, wy­da­wa­ło się czy­mś wręcz grzesz­nym. Ucie­kłam wzro­kiem w głąb po­ko­ju. Bia­łe ścia­ny wpa­da­ły w sza­ro­ść przy za­sło­ni­ętym oknie i zga­szo­nym świe­tle. Oprócz wor­ka tre­nin­go­we­go przy­cze­pio­ne­go do su­fi­tu, w po­miesz­cze­niu znaj­do­wa­ło się je­dy­nie drew­nia­ne krze­sło ulo­ko­wa­ne w rogu i kil­ka han­tli na podło­dze. Nie­wie­le jak na do­mo­wą si­łow­nię ko­goś ta­kie­go.

Na­wet nie zda­łam so­bie spra­wy, że znów utkwi­łam wzrok w Ka­imie.

Był skur­wie­lem, ale nie mo­głam od­mó­wić mu uro­dy. Idąc na kom­pro­mis, stwier­dzi­łam, że to przy­stoj­ny skur­wiel. Na­dal nie mia­łam o nim zbyt przy­chyl­ne­go zda­nia. Niby wy­ra­ził chęć po­mo­cy przy stal­ke­rze, ale zo­sta­ła po­dyk­to­wa­na zły­mi po­bud­ka­mi. Je­dy­ne, co w nim sza­no­wa­łam, to jego praw­do­mów­no­ść.

Do gło­wy wkra­dło się echo snu, w któ­rym ra­zem z nim i Aaro­nem za­tra­ci­li­śmy się w zbli­że­niu. Po­czu­łam, jak po­licz­ki się czer­wie­nią, choć nie wie­dzia­łam, co po­ru­szy­ło mnie bar­dziej: myśl o do­ty­ku Ka­ima czy wspo­mnie­nie o Aaro­nie.

Z mo­je­go gar­dła wy­do­by­ło się nie­kon­tro­lo­wa­ne wes­tchnie­nie. Od­sko­czy­łam do tyłu, gdy mężczy­zna prze­stał bok­so­wać. My­śla­łam, że mnie usły­szał i za­raz zo­sta­nę zru­ga­na, ale on zda­wał się na­dal nie być świa­dom ni­czy­jej obec­no­ści. Przy­trzy­mał wo­rek dło­ńmi i przy­ło­żył do nie­go czo­ło.

Dom uci­chł.

Ci­chut­ko, jak mysz­ka, wy­co­fa­łam się, po czym skie­ro­wa­łam się do ła­zien­ki. Na pral­ce znów le­żał zwi­tek ubrań z kar­tecz­ką pod­pi­sa­ną moim imie­niem. Wzi­ęłam dłu­gi, go­rący prysz­nic, któ­ry zmył nie­chcia­ne my­śli, umy­łam zęby, po czym za­ło­ży­łam czar­ne dre­sy i ko­szul­kę. W my­ślach dzi­ęko­wa­łam za to, że nie dał mi krót­kich spode­nek – nie go­li­łam nóg od nie wia­do­mo kie­dy.

Po sko­ńczo­nej to­a­le­cie ze­szłam do kuch­ni. Kisz­ki w brzu­chu gra­ły mar­sza z gło­du, od­kąd tyl­ko wsta­łam. Wci­ąż czu­łam się bar­dzo nie­swo­jo w domu Ka­ima, więc po­ku­si­łam się je­dy­nie na si­ęgni­ęcie po owo­ce le­żące na sto­le i wy­jęcie soku z lo­dów­ki. Wła­śnie wle­wa­łam go do szklan­ki, gdy mężczy­zna zsze­dł na par­ter. Bez sło­wa wkro­czył do po­miesz­cze­nia i rów­nież pod­sze­dł do lo­dów­ki. Za­szczy­cił mnie je­dy­nie prze­lot­nym spoj­rze­niem.

Z czar­nych wło­sów ska­py­wa­ły kro­ple. Woda mo­czy­ła lu­źny pod­ko­szu­lek, więc mu­siał do­pie­ro wy­jść spod prysz­ni­ca.

– Dzi­siaj się stąd wy­nio­sę – oświad­czy­łam, tur­la­jąc ja­błko po bla­cie.

Mia­łam pew­no­ść, że Vi­vien po­zwo­li mi za­miesz­kać u sie­bie na ja­kiś czas. Od śmier­ci Theo spędza­ły­śmy ze sobą ka­żdą wol­ną chwi­lę, by­ły­śmy wręcz nie­roz­łącz­ne. Mu­sia­łam się do niej ode­zwać, bo na pew­no pa­ni­ko­wa­ła przez brak kon­tak­tu z mo­jej stro­ny. A je­śli wie­dzia­ła o po­ża­rze, to na bank od­cho­dzi­ła od zmy­słów.

Kaim za­jął się przy­rządza­niem śnia­da­nia. Stał od­wró­co­ny do mnie ple­ca­mi i kro­ił wa­rzy­wa. Mil­czał, więc uzna­łam to za zie­lo­ne świa­tło do dal­szej wy­po­wie­dzi.

– Po­pro­szę Vi­vien o prze­no­co­wa­nie. Ewen­tu­al­nie po­roz­ma­wiam o tym z Toru. Mu­szę też ku­pić nowy te­le­fon i do­wie­dzieć się, co z moim do­mem oraz za­dzwo­nić do ubez­pie­czal­ni.

Ra­mio­na Ka­ima unio­sły się lek­ko i opa­dły, gdy wzi­ął głębo­ki od­dech.

– Nie.

– Nie? – spy­ta­łam z wa­ha­niem.

– Nie.

– Ale co nie? – Roz­ło­ży­łam ręce. – Nie, nie będziesz no­co­wać u przy­ja­ciół? Nie, nie będziesz roz­ma­wiać z Toru? Nie, nie ku­pisz te­le­fo­nu? Nie, nie do­wiesz się, co z do­mem? Czy nie, nie zga­dzam się na zmia­ny kli­ma­tycz­ne w Wiel­kiej Bry­ta­nii i w ogó­le na ca­łym świe­cie?

Ko­lej­ny głębo­ki od­dech. By­łam pew­na, że wła­śnie w tym mo­men­cie prze­wró­cił ocza­mi. Cho­ciaż nie. Je­śli już, to zro­bił to w my­ślach, żeby nie ska­lać twa­rzy czy­mś tak blu­źnier­czym jak emo­cje.

– Zo­sta­niesz tu­taj. Dam ci nowy te­le­fon, skon­tak­tu­jesz się z nią, ale będziesz miesz­kać u mnie.

– To ja­kiś ro­dzaj pro­po­zy­cji ma­try­mo­nial­nej? – par­sk­nęłam. Za­pa­dła nie­zręcz­na ci­sza. – Będziesz mu­siał za­trzy­mać mnie siłą, bo nie za­mie­rzam…

Pod­sko­czy­łam na krze­śle, gdy w po­miesz­cze­niu roz­le­gł się huk. Kaim wal­nął z im­pe­tem pi­ęścią w blat. Zmarsz­czy­łam brwi z nie­za­do­wo­le­niem. Ob­ser­wo­wa­łam, jak odło­żył nóż i opa­rł dło­nie na mar­mu­ro­wej po­wierzch­ni.

– My­ślisz, że po­do­ba mi się, że tu je­steś? – spy­tał ze sto­ic­kim spo­ko­jem, od­wra­ca­jąc twarz pro­fi­lem. – Nie uśmie­cha mi się to, tak samo jak to­bie. Nie pi­sa­łem się na przy­gar­ni­ęcie przy­błędy pod swój dach. Ale obie­ca­łem coś bra­tu. To była jego ostat­nia wola przed śmier­cią, więc nie mam za­mia­ru zła­mać obiet­ni­cy. Będziesz tu sie­dzieć, do­pó­ki nie uznam, że nie stwa­rzasz dla sie­bie za­gro­że­nia i nikt nie pró­bu­je cię za­bić, tak jak ostat­nio. Poza tym je­steś mi win­na dużo pie­ni­ędzy, za­ro­bisz je dla mnie, czy ci się to po­do­ba, czy nie.

Coś ści­snęło mi wszyst­kie wnętrz­no­ści, a ser­ce za­ma­rło na uła­mek se­kun­dy w re­ak­cji na wspo­mnie­nie Aaro­na.

– Nie mo­żesz mnie tu wi­ęzić!

– Tak? – Od­wró­cił się po­wo­li w moją stro­nę. W jego oczach cza­ił się dra­pie­żny błysk. – Prze­ko­na­my się?

Wsta­łam. Krze­sło za­szu­ra­ło o podło­gę.

– Śmia­ło.

Pew­nym kro­kiem ru­szy­łam do wy­jścia. Kaim za­gro­dził mi dro­gę, gdy by­łam przy drzwiach.

– Wy­cho­dzę.

– Nie.

– Tak? To patrz te­raz. – Prych­nęłam i zła­pa­łam za klam­kę. Na­ci­snęłam ją, a wte­dy po­czu­łam zim­ną dłoń za­ci­ska­jącą się na moim nad­garst­ku.

Zdąży­łam tyl­ko roz­chy­lić usta w za­sko­cze­niu, za­nim Kaim szarp­nął mną tak, że stra­ci­łam rów­no­wa­gę i wpa­dłam na nie­go. Otwo­rzy­łam sze­ro­ko oczy, zde­rza­jąc się z twar­dą klat­ką pier­sio­wą. Ser­ce za­częło ga­lo­po­wać w pa­ni­ce, gdy unió­sł osten­ta­cyj­nie ści­ska­ny nad­gar­stek na wy­so­ko­ść na­szych twa­rzy, po czym zbli­żył usta do mo­je­go ucha. Cie­pły od­dech owiał de­li­kat­ną skó­rę.

– Je­śli stąd wyj­dziesz, za­nim usta­li­my ja­kie­kol­wiek za­sa­dy, to będę cho­dził za tobą jak cień. Nie po­zbędziesz się mnie, cho­ćbyś nie wiem, jak się sta­ra­ła. Nie pa­mi­ętasz, że je­steś moją wła­sno­ścią? Nie scho­wasz się przede mną, Ka­the­ri­ne.

Wpu­ści­łam po­wie­trze no­sem.

– Rów­nie do­brze mo­żesz mnie zwi­ązać i za­mknąć w piw­ni­cy. Nie za­mie­rzam…

– W po­rząd­ku – rzu­cił i po­ci­ągnął mnie za sobą.

– Hej, co ty… – za­częłam, ale prze­rwa­łam, gdy szarp­nął bo­le­śnie mój nad­gar­stek. – Skur­wiel – wy­mam­ro­ta­łam pod no­sem. Je­śli to usły­szał, to nie dał po so­bie po­znać.

Czła­pa­łam za nim, pró­bu­jąc nie po­tknąć się o wła­sne nogi. Sta­ra­łam się wy­rwać rękę, ale nic to nie dało. Trzy­mał mnie w że­la­znym uści­sku i pro­wa­dził jak ku­kie­łkę pro­sto do…

Piw­ni­cy?

– No, kur­wa, bez prze­sa­dy! – wark­nęłam i uży­łam ca­łej siły, jaką tyl­ko mia­łam, żeby się wy­szarp­nąć. Po­skut­ko­wa­ło to jesz­cze moc­niej­szym chwy­tem. – To boli!

Kaim od­wró­cił się do mnie. Ciem­ne tęczów­ki błysz­cza­ły, wo­kół zmru­żo­nych oczu po­ja­wi­ły się drob­ne zmarszcz­ki.

Zro­bił krok i sta­nęli­śmy na­prze­ciw­ko sie­bie. Wpa­try­wa­łam się w źre­ni­ce, w któ­rych od­bi­ja­ła się spo­wi­ta gnie­wem twarz. Mia­łam na­dzie­ję, że mój wzrok ci­skał pio­ru­ny, cho­ciaż naj­le­piej by­ło­by, gdy­by któ­ryś z nich wal­nął go pro­sto mi­ędzy te cho­ler­ne oczy.

– Więc prze­stań, do kur­wy nędzy, ro­bić na zło­ść mi i so­bie.

Gro­mi­li­śmy się wzro­kiem jesz­cze przez chwi­lę, aż w ko­ńcu od­pu­ści­łam. Je­śli Aaron rze­czy­wi­ście po­pro­sił bra­ta o opie­kę nade mną… Mu­sia­łam usza­no­wać jego ostat­nią wolę. Ta pro­śba wy­da­wa­ła się ca­łkiem re­al­na, nie mia­łam pod­staw, by w nią wąt­pić. Poza tym Kaim na­dal ofi­cjal­nie był wrzo­dem na ty­łku przez pakt z mo­imi ro­dzi­ca­mi. Do tego nie mo­głam za­po­mi­nać o tym, że to za­bój­ca i nie­bez­piecz­ny czło­wiek.

Igra­łam z dia­błem.

– Do­brze. Już. Mo­że­my o tym po­ga­dać – oznaj­mi­łam od nie­chce­nia.

Kil­ka kro­pel wody spa­dło z ko­ńcó­wek czar­nych wło­sów, za­nim Kaim po­sta­no­wił mnie pu­ścić. Od razu zła­pa­łam za bo­lący nad­gar­stek i za­częłam go roz­ma­so­wy­wać. Spoj­rza­łam spod byka na nie­wzru­szo­ne­go mężczy­znę. Ostat­ka­mi sił po­wstrzy­ma­łam się, żeby nie wal­nąć go w twarz. Ku­si­ło. Cho­ler­nie ku­si­ło.

Nie spusz­cza­łam z nie­go wzro­ku, gdy prze­sze­dł do kuch­ni, chwy­cił jed­no z krze­seł, usta­wił przo­dem do mnie i wska­zał na nie pal­cem.

– Sia­daj.

Za­ci­snęłam zęby, ale po­słu­cha­łam. Nie mia­łam ocho­ty na ko­lej­ną szar­pa­ni­nę z do­ber­ma­nem ze wście­kli­zną.

Kaim opa­rł się bio­drem o blat ku­chen­ny i skrzy­żo­wał ręce na pier­siach.

– Tak jak po­wie­dzia­łem, będziesz tu miesz­kać. To nie pod­le­ga dys­ku­sji.

Prych­nęłam, prze­wra­ca­jąc ocza­mi. Kaim zmru­żył lek­ko po­wie­ki, ale nie sko­men­to­wał mo­jej kwa­śnej miny.

– Dam ci te­le­fon. Mo­żesz kon­tak­to­wać się z kim­kol­wiek, wy­cho­dzić gdzie­kol­wiek, do­pó­ki będę wie­dział, gdzie je­steś. Je­śli stra­cę z tobą łącz­no­ść, to za­cznę cię szu­kać. W te­le­fo­nie będzie apli­ka­cja śle­dząca, nie wol­no ci jej usu­wać. Zresz­tą sama jej nie znaj­dziesz. Je­śli zo­sta­wisz gdzieś te­le­fon, wy­łączysz go albo zro­bisz co­kol­wiek, przez co sy­gnał GPS nie będzie wska­zy­wał two­je­go po­ło­że­nia, to znaj­dę cię i wi­ęcej nie wyj­dziesz z tego domu. – Ton jego gło­su był jed­no­staj­ny, tak samo bez­na­mi­ęt­ny przy ka­żdym ko­lej­nym sło­wie, pod­czas gdy ja wście­ka­łam się co­raz bar­dziej, a para pra­wie bu­cha­ła mi z uszu.

– To cho­re.

– To dla two­je­go bez­pie­cze­ństwa.

– To klat­ka.

– Ow­szem.

Na­wet nie zło­ta. Czar­na.

Opa­dłam ple­ca­mi na opar­cie krze­sła. Wes­tchnęłam głębo­ko. Naj­bar­dziej iry­to­wa­ło mnie nie to, że znów zo­sta­nę za­mkni­ęta jak zwie­rzę w zoo, ale to, że trze­ba chro­nić mnie przed samą sobą.

– Nie mam wy­jścia, praw­da?

– Nie masz.

Ro­zej­rza­łam się po po­miesz­cze­niu. Z po­dwór­ka do­bie­ga­ło szcze­ka­nie Pian­ki, któ­ra pew­nie zo­ba­czy­ła ja­kie­goś pta­ka. Bar­dzo je lu­bi­ła.

– Do­brze, ta­tu­śku. Jak mus, to mus. Daj mi ten te­le­fon i po­baw­my się w dom.

Po­wie­ki Ka­ima drgnęły. Nie mia­łam po­jęcia, czy to z roz­ba­wie­nia, czy zi­ry­to­wa­nia. Trud­no było co­kol­wiek z nie­go wy­czy­tać.

Mężczy­zna bez sło­wa od­bił się od bla­tu i skie­ro­wał na pi­ętro. Po chwi­li wró­cił z czar­nym smart­fo­nem w ręku.

– Dzi­ęki – burk­nęłam. – A te­raz wy­cho­dzę. Idę do Vi­vien. Nie wiem, kie­dy wró­cę, ale pew­nie do wie­czo­ra będę. Coś jesz­cze po­trze­bu­jesz wie­dzieć? Jej ad­res, nu­mer te­le­fo­nu, roz­miar buta?

Kaim po­kręcił gło­wą z dez­apro­ba­tą, po czym wy­mi­nął mnie i wró­cił do szy­ko­wa­nia śnia­da­nia.

Ob­li­za­łam usta, prze­wró­ci­łam ocza­mi i skie­ro­wa­łam się ku wy­jściu. My­śla­łam, że wy­do­sta­nie się z domu będzie pro­stą spra­wą, ale by­łam w błędzie. Zła­pa­łam za klam­kę i po­ci­ągnęłam, lecz drzwi się nie otwo­rzy­ły. Spró­bo­wa­łam raz jesz­cze. Nie uda­ło się.

– Kaim?

– Osiem, trzy, dzie­wi­ęć, dwa! – za­wo­łał z kuch­ni.

Zmarsz­czy­łam brwi. Po chwi­li do­ta­rło do mnie, że przy drzwiach znaj­do­wa­ła się mała kla­wia­tu­ra, a to był kod do sys­te­mu an­ty­wła­ma­nio­we­go. Wci­snęłam od­po­wied­nie cy­fry. Ekran za­pa­lił się na zie­lo­no, a za­mek od­pu­ścił.

– To ma ja­kiś sens? Prze­cież kod do mo­je­go alar­mu po­zna­łeś ot tak – wy­mam­ro­ta­łam pod no­sem.

Wzdry­gnęłam się, gdy usły­sza­łam głos Ka­ima tuż za sobą.

– To ma ja­kiś sens, bo re­gu­lar­nie czysz­czę kla­wia­tu­rę, żeby nie było na niej od­ci­sków pal­ców, co­dzien­nie zmie­niam kod, w fir­mie od alar­mu mam za­ufa­ne­go czło­wie­ka, a poza tym nikt nie od­wa­ży się wła­mać do mo­je­go domu. Chy­ba że jest sa­mo­bój­cą.

Prze­wró­ci­łam ocza­mi.

Nor­mal­nie su­per­bo­ha­ter.

Nie od­wró­ci­łam się do nie­go ani nie od­po­wie­dzia­łam. Po pro­stu wy­szłam.

Na po­dwór­ku przy­wi­ta­ła mnie ucie­szo­na Pian­ka. Cho­ciaż mia­łam Ka­ima za ogrom­ne­go pa­lan­ta, to by­łam mu wdzi­ęcz­na za to, że pod­czas mo­je­go za­ła­ma­nia zaj­mo­wał się psem. Po­gła­ska­łam ra­do­sne zwie­rzę, po czym wy­szłam z po­se­sji.

Po­sta­no­wi­łam obej­rzeć swój dom przed uda­niem się do przy­ja­ció­łki. Szyb­kim kro­kiem prze­szłam przez kil­ka prze­cznic, aż do­ta­rłam do celu. Sło­ńce pra­ży­ło, pta­ki śpie­wa­ły ra­do­śnie, a dźwi­ęki miej­skie­go ży­cia do­cie­ra­ły do mo­ich uszu, gdy sta­łam przy bra­mie i pa­trzy­łam na zglisz­cza, w któ­rych zo­sta­wi­łam mnó­stwo wspa­nia­łych wspo­mnień zwi­ąza­nych z Aaro­nem, Vi­vien, Ruby i… Theo.

Ka­żde z nich zo­sta­ło po­grze­ba­ne w po­pie­le, ra­zem z miej­scem, któ­re dzi­ęki nim sta­ło się moim do­mem.

3

Snu­łam się mi­ędzy zwęglo­ny­mi de­ska­mi. Osma­lo­ne ścia­ny i ze­rwa­ny dach mo­żna było okre­ślić tyl­ko jed­nym sło­wem: ru­ina. Ten stan ide­al­nie od­wzo­ro­wy­wał moją kon­dy­cję psy­chicz­ną.

Wspo­mi­na­łam.

Ża­ło­wa­łam tego miej­sca. Głów­nie dla­te­go, że ra­zem z nim spło­nęły wszyst­kie rze­czy, któ­re zo­sta­ły mi po Aaro­nie. Ser­ce za­kłu­ło bo­le­śnie. Zła­pa­łam się za klat­kę pier­sio­wą, od­dech stał się ci­ężki, nie­rów­ny.

Nie te­raz, Ka­thy. Nie te­raz. Nie myśl o nim te­raz.

A jed­nak nie po­tra­fi­łam prze­stać. Ko­lej­ny raz ob­wi­nia­łam się o jego śmie­rć. Po­win­nam się zo­rien­to­wać, że stal­ke­rem był The­odor. Czy wte­dy Aaron mia­łby się na bacz­no­ści i nie dał mu się zła­pać? A może to on zwa­bi­łby stal­ke­ra w pu­łap­kę, za­miast sam w nią wpa­ść? Czy Aaron by prze­żył?

Stop!

Bła­gam, stop!

Łzy na­gro­ma­dzi­ły się pod po­wie­ka­mi, roz­ma­za­ły ob­raz. Prze­ta­rłam oczy ręka­wem i po­ci­ągnęłam no­sem. Pa­nicz­nie szu­ka­łam wzro­kiem cze­goś, na czym mo­gła­bym się sku­pić. Mu­sia­łam wy­rwać się z pu­łap­ki na­tręt­nych my­śli. Nie mia­łam siły znów wpa­ść w ten stan.

Obe­szłam po­sia­dło­ść trzy razy, za­nim wy­szłam przez furt­kę. Za­mknęłam ją za sobą i sta­nęłam przy skrzyn­ce na li­sty. Im­puls ka­zał zaj­rzeć do środ­ka, za­brać ewen­tu­al­ną pocz­tę, więc si­ęgnęłam do ciem­nej skryt­ki. Ze zdu­mie­niem wy­ma­ca­łam ko­per­tę. Wy­jęłam ją i obej­rza­łam z ka­żdej stro­ny. Zwy­kła, bia­ła, zbyt ci­ężka, by w środ­ku znaj­do­wa­ły się same pa­pie­ry.

Nie­przy­jem­ny dreszcz prze­bie­gł mi po kręgo­słu­pie, gdy od­kry­łam, że ni­g­dzie nie ma ad­re­sa­ta ani nadaw­cy. Ro­ze­rwa­łam pa­pier. Wy­jęłam kart­kę zło­żo­ną wpół oraz me­ta­lo­wy klucz. Roz­ło­ży­łam za­wi­ni­ąt­ko i prze­su­nęłam wzro­kiem po dru­ku.

Szpi­tal Psy­chia­trycz­ny imie­nia Ale­xan­dra Wil­l­so­na.

I tyle. Nic wi­ęcej, nic mniej. Jed­nak ta jed­na li­nij­ka spra­wi­ła, że za­sty­głam. Nie mo­głam ode­rwać wzro­ku od czar­ne­go tu­szu, czy­ta­łam tekst raz za ra­zem.

Dla­cze­go…? Dla­cze­go zno­wu tam? Co się dzie­je?

Nie po­do­ba­ło mi się to. Cho­ler­nie mi się nie po­do­ba­ło.

Ka­the­ri­ne sprzed roku pew­nie od razu po­pędzi­ła­by do sta­re­go szpi­ta­la, by się do­wie­dzieć, o co cho­dzi. Nie my­śla­ła­by o kon­se­kwen­cjach. Te­raz nie mo­głam po­zwo­lić so­bie na ko­lej­ne błędy. Dość już ich po­pe­łni­łam. Dla­te­go scho­wa­łam ko­per­tę do kie­sze­ni dre­sów i ru­szy­łam pro­sto do Vi­vien, tak jak za­pla­no­wa­łam.

Przez całą dro­gę za­cho­dzi­łam w gło­wę, o co cho­dzi z tą kar­tecz­ką. Za­ci­ska­łam pi­ęści w kie­sze­niach blu­zy, było mi zim­no, ale ręce i tak nie­ustan­nie po­kry­wa­ła war­stwa potu. My­śla­łam, czy to spraw­ka Sa­vo­od, czy ko­lej­ny kło­pot wła­śnie zwa­lał się na gło­wę. Mia­łam złe prze­czu­cia. Jed­no wie­dzia­łam na pew­no: już ni­g­dy nie po­zwo­lę na to, żeby być w tym sama.

Po­sta­no­wi­łam po­wie­dzieć o wszyst­kim Ka­imo­wi od razu po po­wro­cie do jego domu.

Kil­ka­na­ście mi­nut pó­źniej sta­nęłam przed ogro­dze­niem po­ro­śni­ętym blusz­czem. Na­ci­snęłam dzwo­nek, roz­le­gł się przy­jem­ny dźwi­ęk, a po­tem bu­cze­nie gło­śni­ka.

– Kto tam? – za­py­ta­ła me­cha­nicz­nie Viv.

– Ka­thy.

– Ka­thy! – Od razu się oży­wi­ła. – Boże, wcho­dź!

Me­cha­nizm za­re­ago­wał, za­mek ustąpił.

Usły­sza­łam brzęcze­nie owa­dów, do noz­drzy do­ta­rł słod­ki za­pach. Prze­szłam przez ogród pe­łen pąso­wych róż i pi­wo­nii.

Przy­ja­ció­łka wy­pa­dła z domu jak opa­rzo­na. Ma­te­riał ja­skra­wej kwie­ci­stej su­kien­ki fa­lo­wał, mar­chew­ko­we war­ko­cze obi­ja­ły się o ra­mio­na, gdy bie­gła po ka­mien­nej ście­żce.

– Ka­thy! Nic ci nie jest?! – Zie­lo­ne, sar­nie oczy zlu­stro­wa­ły mnie od góry do dołu. – Boże, tak się mar­twi­łam! – Przy­tu­li­ła mnie moc­no, nie re­ago­wa­ła na gry­mas po­wsta­ły na mo­jej twa­rzy. Pach­nia­ła la­wen­dą i zie­mią, więc od razu zga­dłam, czym była za­jęta.

– Udu­sisz mnie, Viv – wy­stęka­łam.

– Prze­pra­szam. – Od­su­nęła się, ner­wo­wo wy­ła­mu­jąc pal­ce. – Tak strasz­nie się mar­twi­łam! Szu­ka­li­śmy cię, a po­tem Toru za­dzwo­nił i po­wie­dział, że je­steś z Pian­ką u Ka­ima, cała i zdro­wa. Ode­tchnęli­śmy z ulgą, ale… u Ka­ima? Dla­cze­go u nie­go? Co się sta­ło? Cze­mu…?

– Nie pa­mi­ętam już po­ło­wy py­tań. – Za­śmia­łam się. Jej twarz nie­co się wy­gła­dzi­ła, ma­li­no­we usta ozdo­bił uśmiech. – Dasz mi coś do prze­bra­nia?

Vi­vien szyb­ko otak­so­wa­ła mnie wzro­kiem i znów zro­bi­ła duże oczy.

– Czy­je to rze­czy?

– Opo­wiem wszyst­ko, tyl­ko po­zwól mi się tego po­zbyć. – Wska­za­łam na za duże dre­sy. – Bła­gam!

We­szły­śmy do domu i od razu skie­ro­wa­ły­śmy się na górę. Gdy tyl­ko za­mknęła za nami drzwi, po­pędzi­ła do sza­fy. Chwi­lę pó­źniej z ulgą wy­sko­czy­łam z męskich ubrań. Wło­ży­łam lu­źne spodnie, a po­tem brązo­wy swe­te­rek, w któ­rym pra­wie uto­nęłam. Rów­nież pach­niał la­wen­dą. Wy­jęłam kart­kę z dre­sów, przez mo­ment za­wie­si­łam wzrok na te­kście.

Ku­si­ło. Bar­dzo ku­si­ło, żeby jak naj­szyb­ciej od­kryć tę ta­jem­ni­cę i mieć to już za sobą. Dreszcz prze­bie­gł wzdłuż kręgo­słu­pa. Nie by­łam pew­na, czy to przez eks­cy­ta­cję, czy strach. Za­ci­snęłam zęby, scho­wa­łam pa­pier do kie­sze­ni, po czym wró­ci­łam do Viv. Dziew­czy­na sie­dzia­ła na łó­żku, uwa­żnie ska­nu­jąc mnie spoj­rze­niem. Mia­łam wra­że­nie, że wręcz wstrzy­my­wa­ła od­dech w ocze­ki­wa­niu na moją opo­wie­ść. Wzi­ęłam głębo­ki wdech, a na­stęp­nie wy­pu­ści­łam po­wie­trze no­sem.

Za­jęłam miej­sce na dru­gim ko­ńcu łó­żka, przy­ci­ągnęłam ko­la­na do klat­ki pier­sio­wej, po czym ob­jęłam nogi ra­mio­na­mi. W dro­dze pró­bo­wa­łam ze­brać my­śli, ale oka­za­ło się to nie­zwy­kle trud­ne, bo ci­ągle ucie­ka­ły w nie­chcia­ne za­ka­mar­ki umy­słu.

Vi­vien wie­dzia­ła o Ka­imie tyle, że był bra­tem Aaro­na i przy­bie­gł nam na po­moc. Ostro­żnie daw­ko­wa­łam jej in­for­ma­cje, któ­re w ja­ki­kol­wiek spo­sób łączy­ły się z Sa­vo­od. Dla­te­go z tru­dem la­wi­ro­wa­łam mi­ędzy tym, co mo­głam, a cze­go nie wol­no mi było zdra­dzić. Wy­ja­śni­łam mo­ty­wy Theo, po­mi­nęłam swój udział w śmier­ci Me­gan i Ja­spe­ra. Toru po­le­cił mi za­cho­wać to w ta­jem­ni­cy, nie mó­wić ca­łej praw­dy na­wet na prze­słu­cha­niu. Ze­zna­łam, że stal­ker nie mógł za­ak­cep­to­wać śmier­ci uko­cha­ne­go i prze­bo­leć tego, że ja ży­łam, a jego part­ner nie. Moją spra­wę pro­wa­dził zna­jo­my Ha­ma­dy, to wie­le uła­twi­ło. Wszyst­ko po­szło bar­dzo spraw­nie i gład­ko. Ko­lej­ny raz Sa­vo­od ura­to­wa­ło mi ty­łek.

– Ka­thy? – Viv po­chy­li­ła się nie­znacz­nie w moją stro­nę.

Prze­łk­nęłam śli­nę.

– Po po­ża­rze przy­pad­kiem na­tknęłam się na Ka­ima. – Za­częłam sku­bać skór­kę przy pa­znok­ciu. – By­łam w ta­kiej roz­syp­ce, że po pro­stu z nim po­szłam. I… nie wiem. – Wzru­szy­łam ra­mio­na­mi. – Zo­sta­łam. Było mi wszyst­ko jed­no, co się ze mną sta­nie.

Uni­ka­łam wzro­ku Vi­vien, ale i tak do­strze­głam, że jej oczy się za­szkli­ły. Za­ci­ska­ła usta, sie­dzia­ła sztyw­na jak stru­na. Zro­bi­ło mi się głu­pio. Nie chcia­łam jej mar­twić, ale nie unik­nęła­bym roz­mo­wy. Tak czy siak, po­zna­ła za­le­d­wie część praw­dy. Gdy­by do­wie­dzia­ła się o wszyst­kim… Nie mia­łam po­jęcia, czy udźwi­gnęła­by ten ba­gaż.

– Ale już jest le­piej, tak? – Za­ci­snęła pal­ce na udach. – Zo­sta­niesz u mnie, ra­zem coś wy­my­śli­my. Trze­ba się do­wie­dzieć, co z ubez­pie­cze­niem. Przy­go­tu­ję ci po­kój go­ścin­ny, mama na pew­no… – Urwa­ła, gdy po­kręci­łam gło­wą. Zmarsz­czy­ła brwi.

– Aaron przed śmier­cią po­pro­sił Ka­ima, żeby się mną za­jął w ra­zie ja­kich­kol­wiek kło­po­tów – wy­zna­łam, a w gar­dle for­mo­wa­ła się co­raz wi­ęk­sza gula. – Chcę… Chcę to usza­no­wać. Zo­sta­nę tam na ja­kiś czas, do­pó­ki cze­goś nie znaj­dę.

– Ka­thy…

– Jest okej. – Zmu­si­łam się do uśmie­chu. – Se­rio, Vi­vien. Dam so­bie radę.

Na­gle dziew­czy­na zro­bi­ła nie­za­do­wo­lo­ną minę, chwy­ci­ła plu­szo­we­go żó­łwia i zdzie­li­ła mnie nim w bok. To było tak nie­spo­dzie­wa­ne, że je­dy­nie otwo­rzy­łam usta i wle­pi­łam zdzi­wio­ne spoj­rze­nie w Viv.

– Co to było? – Unio­słam brwi. Za­miast od­po­wie­dzi, do­cze­ka­łam się ko­lej­ne­go ata­ku. Tym ra­zem z dru­giej stro­ny. Wy­sko­czy­łam z łó­żka. – Co ty…?

– Je­steś. Tak. Strasz­nie. Upar­ta! – fuk­nęła, co sło­wo rzu­ca­jąc we mnie swo­ją ko­lek­cją plu­sza­ków.

– Viv…

– Tak. Dużo. Prze­ży­łaś. – Si­ęgnęła po po­dusz­ki, bo wszyst­kie mi­śki wy­lądo­wa­ły na podło­dze. A ja po pro­stu sta­łam, po­zwa­la­jąc się okła­dać. – I. Na­wet. Te­raz. Nie. Chcesz. Po­mo­cy!

– Prze­cież po­zwo­li­łam Ka­imo­wi…

– Po­sta­wię całą por­ce­la­nę mamy na to, że nie po­szłaś z nim do­bro­wol­nie. – Łzy w ko­ńcu wy­do­sta­ły się z jej oczu. – Nie je­steś ze sta­li, Ka­thy. Nikt nie jest. Cza­sa­mi… – Po­ci­ągnęła no­sem. – Cza­sa­mi war­to zła­pać wy­ci­ągni­ętą rękę, za­miast to­pić się na wła­sne żąda­nie. A ty je­steś tak upar­ta! Nie po­tra­fię do cie­bie do­trzeć! Nie umiem ci po­móc!

Ostat­nia po­dusz­ka nie była prze­zna­czo­na dla mnie. Po­le­cia­ła w bok, pro­sto na ko­mo­dę. Lu­ster­ko spa­dło i roz­bi­ło się z hu­kiem o podło­gę.

Vi­vien od­dy­cha­ła ci­ężko, ga­pi­ąc się w szkło. A ja sta­łam wci­ąż w tym sa­mym miej­scu, pró­bu­jąc się nie roz­sy­pać.

– Prze­pra­szam. – Ci­chy głos przy­ja­ció­łki tyl­ko po­głębił moje po­czu­cie winy.

Wsta­ła z łó­żka, przy­klękła na podło­dze i za­częła zbie­rać odłam­ki. Chcia­łam jej po­móc, ale nie mo­głam się ru­szyć. Czu­łam się jak pa­sa­żer swo­je­go cia­ła, nad któ­rym nie mia­łam kon­tro­li.

Ga­pi­łam się z góry na drob­ną syl­wet­kę. Chwy­ta­ła ka­wa­łki, gro­ma­dzi­ła je na otwar­tej dło­ni. Po chwi­li prze­sta­ła. Spu­ści­ła gło­wę. Ra­mio­na za­trzęsły się od pła­czu.

Po­czu­łam wil­goć pod po­wie­ka­mi. Za­mru­ga­łam, by ją od­pędzić.

Sta­łam tak jesz­cze przez chwi­lę, Vi­vien stop­nio­wo się uspo­ka­ja­ła. Nie­na­wi­dzi­łam się w tam­tej chwi­li za to, że nie za­re­ago­wa­łam na ten atak hi­ste­rii. Nie mo­głam. Nie po­tra­fi­łam.

Pro­mie­nie sło­necz­ne wpa­da­ły do po­ko­ju, dro­bin­ki ku­rzu wi­ro­wa­ły w po­wie­trzu, pta­ki la­ta­ły za oknem. A ja ka­to­wa­łam się my­ślą, że wszyst­ko się zmie­ni­ło.

Chwi­lo­we za­ła­ma­nie Vi­vien spra­wi­ło, że resz­ta dnia prze­bie­gła w smęt­nym na­stro­ju. Na­wet cio­cia Eli­za­beth wy­czu­ła, że coś było nie tak. Za­gląda­ła do nas, pró­bo­wa­ła za­ga­dać, ale nie­wie­le to dało. Za­pi­sa­łam nu­mer przy­ja­ció­łki w no­wym te­le­fo­nie, po­że­gna­łam się i wy­szłam.

Prze­mie­rza­łam ulicz­ki wol­nym kro­kiem. Wi­zja po­wro­tu do Ka­ima nie na­le­ża­ła do naj­przy­jem­niej­szych, ale umy­sł ko­jąco pod­po­wia­dał, że on się mną zaj­mie. Cała ta sy­tu­acja wzbu­dza­ła we mnie wie­le sprzecz­nych emo­cji. Sa­mot­no­ść mi nie słu­ży­ła; podże­ga­ła do złych de­cy­zji, wle­wa­ła jad do my­śli jak wąż ku­si­ciel w raj­skim ogro­dzie. Może gdy­bym częściej prze­by­wa­ła z Vi­vien, może gdy­bym nie od­rzu­ca­ła pro­po­zy­cji spędza­nia cza­su z Toru, może gdy­bym nie miesz­ka­ła sama…

Może.

Może wte­dy nie chcia­ła­bym ode­jść.

Po­sta­no­wi­łam nie wście­kać się na Ka­ima i zo­ba­czyć, co przy­nie­sie los. Na ra­zie pro­śba Aaro­na wy­szła mi na do­bre, bo dzi­ęki niej czu­łam się względ­nie bez­piecz­nie. A może już po pro­stu by­łam tak prze­żar­ta ostat­ni­mi wy­da­rze­nia­mi, że po­zby­łam się rów­nież stra­chu.

Pian­ka przy­bie­gła do pło­tu, gdy tyl­ko po­ja­wi­łam się przy po­se­sji. Ska­ka­ła ra­do­śnie, szcze­ka­ła ze szczęścia. W pęk­ni­ętym ser­cu po­ja­wi­ły się ko­lej­ne bruz­dy, kie­dy uświa­do­mi­łam so­bie, że tak na­praw­dę ją zo­sta­wi­łam. Niby po­pro­si­łam Toru w wia­do­mo­ści, żeby wy­sze­dł z owczar­kiem wie­czo­rem, przez co zo­rien­to­wa­łby się, że trze­ba było się nim za­jąć, ale to żad­ne uspra­wie­dli­wie­nie.

Po­stąpi­łam ego­istycz­nie – tak we­dług mnie za­cho­wy­wa­li się sa­mo­bój­cy. Ich od­wa­ga mie­sza­ła się z ostat­nim de­spe­rac­kim pra­gnie­niem ulgi, przez to zo­sta­wia­li za sobą wszyst­ko i wszyst­kich; lu­dzi, pró­bu­jących trzy­mać ich za rękę, nie­do­pi­sa­ną hi­sto­rię i przy­szło­ść, któ­ra prze­cież mo­gła wy­glądać pi­ęk­nie.

Jed­nak w ta­kiej chwi­li ten ma­lut­ki czło­wiek to­pił się w wi­rze tak ogrom­ne­go bólu, że nie li­czy­ło się nic poza uśmie­rze­niem go. Wal­ka o lep­sze ju­tro nie mia­ła żad­ne­go sen­su, bo prze­cież to­czy­ła się woj­na o po­je­dyn­czy od­dech. I wte­dy w gło­wie hu­cza­ła myśl, że śmie­rć jest je­dy­nym wy­jściem. Ego­istycz­na, okrut­na, ale ja­kże ludz­ka, gdy nie ist­nia­ło nic oprócz roz­dzie­ra­jące­go cier­pie­nia.

Za­ci­snęłam zęby, we­szłam na po­se­sję, przy­wi­ta­łam się z Pian­ką i za­dzwo­ni­łam do drzwi. Pa­mi­ęta­łam kod, ale głu­pio mi było wcho­dzić do tego domu jak do wła­sne­go.

Usły­sza­łam kro­ki, chwi­lę pó­źniej w pro­gu sta­nął Kaim. Bez­na­mi­ęt­ne spoj­rze­nie za­trzy­ma­ło się na mnie tyl­ko na kil­ka se­kund. Po­czu­łam się mała, nie­wa­żna, a jed­no­cze­śnie… otu­lo­na uwa­gą. Znów ta dez­orien­tu­jąca sprzecz­no­ść.

Go­spo­darz bez sło­wa prze­pu­ścił mnie, za­mknął drzwi i prze­kręcił za­mek. Ob­jęłam się ra­mio­na­mi, pró­bu­jąc do­dać so­bie od­wa­gi.

We­szłam do kuch­ni, a on podążył za mną jak cień. Odło­ży­łam tor­bę na krze­sło, wzi­ęłam głębo­ki wdech i po­ło­ży­łam ko­per­tę na bla­cie.

– Zna­la­złam to dzi­siaj w swo­jej skrzyn­ce – wy­zna­łam, uni­ka­jąc ciem­nych oczu.

Kaim wzi­ął zna­le­zi­sko do ręki i obej­rzał je z dwóch stron. Po­tem wy­jął ze środ­ka klucz wraz z kart­ką. Za­wie­sił na nim wzrok, po czym prze­nió­sł uwa­gę na pa­pier. Prze­czy­tał tekst, a na­stęp­nie odło­żył wszyst­ko z po­wro­tem na blat i skie­ro­wał spoj­rze­nie na mnie.

Spo­dzie­wa­łam się kąśli­we­go ko­men­ta­rza, ale nic ta­kie­go nie na­stąpi­ło.

– By­łaś tam? – Głos bez cie­nia emo­cji ze­stre­so­wał mnie bar­dziej niż re­pry­men­da.

– Nie. Po­szłam od razu do Vi­vien, a po­tem wró­ci­łam tu­taj.

Ski­nął po­wo­li gło­wą. Może na­wet do­strze­głam w tęczów­kach ma­lu­sie­ńką apro­ba­tę, ale w wy­pad­ku Ka­ima to bar­dzo wąt­pli­we.

– Po­je­dzie­my to spraw­dzić, bądź go­to­wa za kwa­drans.

Za­sko­czył mnie. By­łam prze­ko­na­na, że na wstępie za­ka­że mi wtrąca­nia się w tę spra­wę i wszyst­ko za­ła­twi sam. Za­mru­ga­łam, od­pro­wa­dza­jąc go wzro­kiem, aż znik­nął na pi­ętrze.

Na mo­ment nogi wro­sły mi w podło­gę. Uświa­do­mi­łam so­bie, że wca­le nie chcia­łam tam je­chać. Śmie­rć ro­dzi­ców, Aaro­na, The­odo­ra… Te ru­iny były ska­la­ne krwią. Za­drża­łam. Ob­jęłam się ra­mio­na­mi, kie­ru­jąc spoj­rze­nie na ko­per­tę. Z in­nej stro­ny… Na­dal nie od­wie­dzi­łam gro­bu Aaro­na. Może po­wrót do miej­sca jego śmier­ci po­zwo­li mi za­ak­cep­to­wać fakt, że od­sze­dł.

Za­ci­ska­łam pal­ce na skó­rze ra­mion, od­dy­cha­jąc głębo­ko. Atak pa­ni­ki przy­sze­dł bez ostrze­że­nia. Gar­dło się za­ci­ska­ło, z tru­dem ła­pa­łam po­wie­trze.

Ko­per­ta.

Stół.

Lo­dów­ka.

Krze­sła.

Wdech i wy­dech. Wdech i wy­dech.

Mar­mu­ro­wy blat.

Czer­wo­ne ja­błka.

Sza­re pli­sy.

Sku­pia­łam uwa­gę na przed­mio­tach, aż pa­ni­ka ustąpi­ła. Nie mo­głam po­zwo­lić so­bie na sła­bo­ść. Nie w tym mo­men­cie, nie w tym domu i przy tym mężczy­źnie. Mu­sia­łam być sil­na.

Dla Aaro­na.

Chwi­lę pó­źniej prze­mie­rza­li­śmy mia­sto au­tem Ka­ima. Za­pa­dłam się głębiej w mi­ęk­ki fo­tel obi­ty czar­ną skó­rą. Pró­bo­wa­łam się nie spi­nać, ale nic to nie dało. Czu­łam się tak, jak­bym je­cha­ła na ska­za­nie. Mu­sia­łam wbi­jać pal­ce w uda, by uspo­ko­ić drże­nie rąk.

Prze­łk­nęłam ci­ężko śli­nę, gdy za­par­ko­wa­li­śmy pod sta­rym szpi­ta­lem. Wspo­mnie­nia ude­rza­ły we mnie jed­no za dru­gim. Nie mo­głam się wy­do­stać, jak­bym za­pa­da­ła się w nich ni­czym w ru­cho­mych pia­skach.

Dasz radę. Bądź sil­na. On był.

Wiatr wpra­wiał w ruch skraw­ki ta­śmy po­li­cyj­nej przy­cze­pio­nej do bra­my. We­szli­śmy na te­ren obiek­tu i w ci­szy uda­li­śmy się do drzwi. Z ła­ńcu­cha owi­ni­ęte­go o mo­si­ężne klam­ki zwi­sa­ła kłód­ka. Kaim wy­jął klucz z kie­sze­ni i użył go do otwar­cia zam­ka. Me­cha­nizm od­pu­ścił od razu. Po­tem Rey­es zdjął za­bez­pie­cze­nie, żeby od­blo­ko­wać prze­jście, i wy­ci­ągnął pi­sto­let z ka­bu­ry przy­cze­pio­nej do pa­ska spodni. Mia­łam ocho­tę od­wró­cić się i zwiać, ale podąży­łam za nim. Prze­szli­śmy przez drzwi.

Chłód, bi­jący od na­gich be­to­no­wych ścian, po­wi­tał nas za­raz za pro­giem. Świecz­ki, któ­rych pło­mie­nie tli­ły się ostat­nim ra­zem, były roz­to­pio­ne, kurz i pył osia­dł na nich gru­bą war­stwą.

Ba­łam się, że za­raz usły­szę me­lo­dię po­zy­tyw­ki. Skó­rę prze­szył dreszcz, wło­ski na rękach sta­nęły dęba.

To miej­sce prze­si­ąkło krwią, łza­mi i cier­pie­niem tak moc­no, że aż od­bie­ra­ło dech w pier­siach.

Gdy­by Kaim ka­zał się roz­dzie­lić, to nie po­słu­cha­ła­bym. Na szczę­ście nic nie po­wie­dział, więc po pro­stu szłam za nim, ucze­pio­na jak rzep psie­go ogo­na.

Ro­zej­rze­li­śmy się po par­te­rze, ale nie zna­le­źli­śmy ni­cze­go, co przy­ku­ło­by uwa­gę. Mężczy­zna kro­czył przede mną, w jed­nej dło­ni trzy­mał broń, w dru­giej nie­wiel­ką la­tar­kę. Wątły blask ksi­ęży­ca wpa­dał do środ­ka przez wy­bi­te okna, ale to zde­cy­do­wa­nie za mało, by oświe­tlić całe wnętrze. Wi­ęk­szo­ść była skąpa­na w mro­ku.

Po­wo­li we­szli­śmy na pi­ętro.

Nogi mia­łam jak z waty, gdy zmie­rza­li­śmy w aż za do­brze zna­ne mi miej­sce. Mia­łam ocho­tę za­wró­cić i pu­ścić się bie­giem do auta. Obec­no­ść Ka­ima po­ma­ga­ła, ale tyl­ko tro­chę – za mało, żeby czuć się pew­nie.

Za mało, żeby od­go­nić de­mo­ny.

Z tru­dem prze­łk­nęłam śli­nę.

Kaim wsze­dł do po­miesz­cze­nia na ko­ńcu ko­ry­ta­rza. Za­trzy­mał się w drzwiach, opu­ścił ręce wzdłuż cia­ła. Zmarsz­czy­łam brwi wpa­trzo­na w jego ple­cy. Przy­sła­niał sobą cały wi­dok. Ser­ce biło mi w pier­si jak sza­lo­ne, a kro­ple potu ła­sko­ta­ły skó­rę ple­ców. Po chwi­li mężczy­zna zro­bił krok w bok, by dać mi prze­jść. Nie chcia­łam iść, tak cho­ler­nie nie chcia­łam. Mimo to po­de­szłam do nie­go na drżących no­gach.

Na środ­ku po­miesz­cze­nia stał sta­ry, ob­dra­pa­ny, kwa­dra­to­wy sto­lik. Le­ża­ła na nim roz­ło­żo­na sza­chow­ni­ca z trze­ma fi­gu­ra­mi: dwo­ma kró­la­mi i wie­żą.

Wstrzy­ma­łam od­dech. Za­szu­mia­ło mi w uszach.

Nogi same po­nio­sły mnie do środ­ka tuż za Ka­imem. Szkło za­chrzęści­ło pod bu­ta­mi, ptak prze­le­ciał za oknem. Mia­łam wra­że­nie, że wszyst­ko dzia­ło się w zwol­nio­nym tem­pie.

Sta­nęłam przy plan­szy.

Na bla­cie wy­ry­ty zo­stał na­pis:

Twój ruch.

Przypisy

1Ve­gvísir (z is­landz­kie­go „wska­zu­jący dro­gę”) – sym­bol po­cho­dzący z is­landz­kie­go dzie­wi­ęt­na­sto­wiecz­ne­go ma­nu­skryp­tu Huld. Często uzna­wa­ny jest za sym­bol wi­ki­ński, lecz nie ma żad­nych do­wo­dów, iż był on wte­dy zna­ny lub uży­wa­ny.

2 Kuso (jap.) – Cho­le­ra

Co­py­ri­ght © for the text by San­dra Wo­lun­tar­ska

Co­py­ri­ght © for this edi­tion by Wy­daw­nic­two Re­bel­de

Lesz­no 2026

All ri­ghts re­se­rved

Wszel­kie pra­wa za­strze­żo­ne

Re­dak­cja i ko­rek­ta języ­ko­wa:

Ju­sty­na Szym­kie­wicz

Ko­rek­ta języ­ko­wa:

Alek­san­dra Ku­czy­ńska

Ko­rek­ta po skła­dzie:

Ewe­li­na Do­bosz, Ka­mi­la Po­la­ńska

Opra­co­wa­nie okład­ki i opra­wa gra­ficz­na:

Ju­sty­na Kna­pik @her­me­tycz­nie­_za­mknie­te

Skład i przy­go­to­wa­nie ebo­oka:

Mi­chał Bog­da­ński

Wy­da­nie I

ISBN: 978-83-68587-72-2

Spis treści

Streszczenie pierwszej części

Prolog

1

2

3

Przypisy

Punkty orientacyjne

Okład­ka