Pomóż mi odejść #1 - Sandra Woluntarska - ebook
NOWOŚĆ

Pomóż mi odejść #1 ebook

Sandra Woluntarska

4,8

283 osoby interesują się tą książką

Opis

Katherine dorastała w domu, w którym słabość była porażką, a cudze ambicje ważyły więcej niż jej własne potrzeby. Przeprowadzka do Daverton i nowa szkoła tylko pogłębiają poczucie samotności, aż do chwili, gdy w jej życiu pojawiają się dwie osoby, które sprawiają, że po raz pierwszy przestaje się czuć niewidzialna.

Osiemnaste urodziny zapowiadały się wyjątkowo – niewinna gra, lista zadań i obietnica dobrej zabawy. Zamiast tego Katherine odnajduje ciała swoich rodziców, a wydarzenie to na zawsze zmienia bieg jej życia.

Gdy po miesiącach próbuje odzyskać równowagę, otrzymuje list z żądaniem, które nie pozostawia wyboru: czternaście dni, dziesięć tysięcy funtów i groźba śmierci. Ktoś zna jej sekrety, śledzi każdy krok i z niepokojącą precyzją burzy wszystko, co wydawało się prawdą. Im bliżej jest odpowiedzi, tym wyraźniej widzi, że śmierć rodziców była dopiero początkiem – a zaufanie jedynej osobie, która pojawia się na jej drodze, może okazać się równie niebezpieczne, co konieczne.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 502

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,8 (4 oceny)
3
1
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
xxxaniaxxx456

Nie oderwiesz się od lektury

Kiedy drugi tom?!
10
andzelika9001

Nie oderwiesz się od lektury

Super książka, bardzo wciągająca. Czekam na dalszą część …
00
bodzio86

Nie oderwiesz się od lektury

Trzymająca w napięciu. Czekam na drugi tom
00



Dla tych, któ­rzy nie mają już siły wal­czyć.

Dla tych, któ­rzy za­sy­pia­ją z my­ślą: „po­móż mi ode­jść”

i bu­dzą się roz­cza­ro­wa­ni, że wci­ąż tu są.

To jesz­cze nie czas, by po­sta­wić krop­kę.

Ko­lej­ny roz­dział Wa­szej hi­sto­rii cze­ka na na­pi­sa­nie.

Prolog

Gdy­bym wie­dzia­ła, że przy­bie­gniesz, to nie sko­czy­ła­bym z tego kli­fu.

Nie dła­wi­ła­bym się sło­ną wodą, któ­ra od­bie­ra­ła ży­cie ka­wa­łek po ka­wa­łku, se­kun­da po se­kun­dzie. Nie pró­bo­wa­ła­bym za wszel­ką cenę za­czerp­nąć po­wie­trza, wpusz­cza­jąc płyn do płuc. Nie czu­ła­bym tego roz­ry­wa­jące­go od środ­ka, okrut­ne­go bólu.

Nie na­pi­sa­ła­bym li­stu, nie wło­ży­ła go do pla­sti­ko­wej skrzyn­ki i nie zo­sta­wi­ła w tym wa­żnym dla mnie miej­scu. Nie uśmiech­nęła­bym się, po­zwa­la­jąc łzom spły­nąć po po­licz­kach i wy­lądo­wać na mi­ęk­kim mchu.

Gdy­bym wie­dzia­ła, że pędzi­łeś do mnie na zła­ma­nie kar­ku, to cze­ka­ła­bym na cie­bie.

Sta­ła­bym nad urwi­skiem, wpa­tru­jąc się w naj­pi­ęk­niej­szy za­chód sło­ńca, jaki dane mi było zo­ba­czyć, aż usły­sza­ła­bym za sobą dźwi­ęk kro­ków. Od­wró­ci­ła­bym się i spoj­rza­ła pro­sto w two­je oczy, nie po­wstrzy­mu­jąc łez bólu i ulgi, po­mie­sza­nych ze sobą jak spląta­ne pa­jęcze nici.

Po­de­szła­bym ostro­żnie, z wa­ha­niem i po­ka­za­ła, że już nie chcę wal­czyć. Nie chcę pro­wa­dzić woj­ny z tobą, sobą i ca­łym świa­tem.

Może pa­dła­bym na ko­la­na albo w two­je ob­jęcia, pod­da­ła się lo­so­wi i wszyst­kie­mu, co ma się wy­da­rzyć. Po­zwo­li­ła­bym ci się mną za­opie­ko­wać, wy­ci­ągnąć z tej bez­den­nej roz­pa­czy.

Gdy­bym wie­dzia­ła, że przyj­dziesz, to nie znik­nęła­bym z tego świa­ta szes­na­ste­go lip­ca dwa ty­si­ące dwu­dzie­ste­go czwar­te­go roku.

1

Chy­ba od za­wsze wi­zja śmier­ci po­do­ba­ła mi się bar­dziej niż myśl o ży­ciu.

Pierw­szej nocy po prze­pro­wadz­ce sta­łam na je­dy­nym mo­ście w Da­ver­ton i opie­ra­łam łok­cie o ba­rier­ki. Ksi­ężyc ospa­le su­nął po nie­bie wśród mi­liar­dów gwiazd. Cie­ka­we, czy on rów­nież czuł się sa­mot­ny w tym błysz­czącym tłu­mie.

Ode­rwa­łam wzrok od od­da­lo­nych o lata świetl­ne świad­ków mo­je­go cier­pie­nia. Spoj­rza­łam na ciem­ną, nie­spo­koj­ną wodę i wsłu­cha­łam w plusk fal obi­ja­jących się o kon­struk­cję mo­stu. My­śla­łam o tym, żeby sko­czyć. Tak ła­two jest prze­jść przez za­bez­pie­cze­nie, sta­nąć nad prze­pa­ścią i zro­bić krok w przód.

Zbyt ła­two.

Moja mat­ka, dum­na, stąpa­jąca twar­do po zie­mi Ca­ro­li­ne Ha­rvey, pew­nie by­ła­by zde­gu­sto­wa­na tymi my­śla­mi. Po­wie­dzia­ła­by tyl­ko: „Ple­cy pro­sto, pod­bró­dek do góry, Ka­the­ri­ne”, a oj­ciec ski­nąłby gło­wą.

Przez na­stęp­ne lata wie­le razy za­sta­na­wia­łam się, czy war­to było tam­tej nocy ob­ró­cić się na pi­ęcie, zo­sta­wić most za ple­ca­mi i wró­cić do domu, po­rzu­ca­jąc my­śli o sa­mo­bój­stwie. Gdy­bym zde­cy­do­wa­ła się sko­czyć, to wszyst­ko by­ło­by prost­sze.

Czu­łam chłód me­ta­lu przez ma­te­riał kurt­ki, ale nie za­bra­łam rąk. Na­dal upar­cie sta­łam w tym sa­mym miej­scu. My­śla­łam o tym, gdzie i kim będę o tej sa­mej po­rze za rok.

Czy tak samo będę my­śleć o prze­szło­ści? Czy ko­lej­ny raz będę się wpa­try­wać w ciem­ną wodę, ma­rząc o tym, by mnie za­bra­ła? A może będę szczęśli­wa? Albo cho­ciaż moje ży­cie sta­nie się względ­nie nor­mal­ne?

We­dług ro­dzi­ców prze­pro­wadz­ka mia­ła być dla nas szan­są na nowe, lep­sze ży­cie, roz­wój fir­my, na­wi­ąza­nie wspó­łprac, po­zna­nie wpły­wo­wych lu­dzi, zo­sta­wie­nie za sobą wszyst­kie­go, co złe. Ja by­łam in­ne­go zda­nia. Z dnia na dzień stra­ci­łam zna­jo­mych i ulu­bio­ne miej­sca, z któ­ry­mi wi­ąza­ły się ty­si­ące pi­ęk­nych, ale też bo­le­snych wspo­mnień. In­for­ma­cja o wy­pro­wadz­ce za­sko­czy­ła mnie jak ku­beł lo­do­wa­tej wody wy­la­nej pro­sto na gło­wę. Nie chcia­łam wy­je­żdżać i zo­sta­wiać tego, co to­wa­rzy­szy­ło mi przez sie­dem­na­ście lat ży­cia. Na­wet przy­krych rze­czy.

Nie­ste­ty nikt nie dał mi wy­bo­ru.

Ple­cy pro­sto, pod­bró­dek do góry, Ka­the­ri­ne.

W lu­tym sta­nęłam przed pi­ętro­wym do­mem z bia­ły­mi ścia­na­mi i wie­lo­spa­do­wym, sza­rym da­chem. Wcze­śniej bu­dy­nek wi­dzia­łam je­dy­nie na zdjęciach, na któ­rych rów­nież spra­wiał wra­że­nie, jak­by nie miał du­szy. W ta­kim ra­zie może mie­li­śmy coś wspól­ne­go.

Przy­gląda­łam się scep­tycz­nie miej­scu, gdzie spędzę naj­bli­ższe lata.

Dom z ze­wnątrz pre­zen­to­wał się bar­dzo ład­nie, nie dało się temu za­prze­czyć. Był oto­czo­ny ide­al­nie przy­ci­ętym traw­ni­kiem, któ­ry wy­glądał aż na­zbyt do­brze jak na tę porę roku – prze­szło mi na­wet przez myśl, że może po­przed­ni wła­ści­cie­le po­trak­to­wa­li go far­bą, żeby wy­glądał jak z pocz­tów­ki. Prze­cze­sa­łam tra­wę bu­tem. Pra­wie się uśmiech­nęłam na tę ab­sur­dal­ną myśl. Je­dy­nie moi ro­dzi­ce by­li­by zdol­ni zro­bić coś ta­kie­go, żeby wy­pa­ść le­piej w oczach in­nych. Często mu­sia­łam so­bie przy­po­mi­nać, że nie wszy­scy byli tacy jak oni.

Ści­ska­łam ner­wo­wo rącz­kę wa­liz­ki, w któ­rej za­mknęłam moje do­tych­cza­so­we ży­cie. To za­baw­ne, że mi­lio­ny se­kund, ty­si­ące wspo­mnień i set­ki osób, któ­re po­ja­wi­ły się na mo­jej dro­dze, po­tra­fi­ło zmie­ścić się w czy­mś tak nie­wiel­kim. Jak­by to, co prze­ży­łam, zu­pe­łnie nic nie zna­czy­ło.

Po­win­nam się cie­szyć, że w ko­ńcu otrzy­mam mo­żli­wo­ść funk­cjo­no­wa­nia po swo­je­mu, bez tych wszyst­kich ogra­ni­czeń, za­ka­zów, na­ka­zów i eg­zy­sto­wa­nia w za­mkni­ęciu, ale nie po­tra­fi­łam. Dom w Da­ver­ton – mia­stecz­ku po­ło­żo­nym nie­da­le­ko Lon­dy­nu – był je­dy­nie ko­lej­ną klat­ką, z któ­rej nie mo­głam uciec. Tym ra­zem jed­nak pręty błysz­cza­ły szcze­rym zło­tem, jak­by pró­bo­wa­ły prze­ko­nać, że to wca­le nie wi­ęzie­nie. Nie da­łam się na to na­brać.

W ro­dzin­nym mie­ście pla­no­wa­łam wszyst­ko na­pra­wić, zmie­nić swo­je ży­cie, a za­miast tego zmu­szo­no mnie do po­rzu­ce­nia prze­szło­ści i stwo­rze­nia hi­sto­rii na nowo. Jak jasz­czur­ka mia­łam od­rzu­cić ogon, a po­tem cze­kać, aż wy­ro­śnie na­stęp­ny. Ka­za­no mi wy­rzu­cić ma­skę przy­le­ga­jącą ści­śle do twa­rzy i przy­wdziać ko­lej­ną, po­ma­lo­wa­ną na inne ko­lo­ry.

Nie by­łam na to go­to­wa. Nie po­tra­fi­łam wy­pu­ścić z ob­jęć tego, cze­go tak kur­czo­wo trzy­ma­łam się w Ma­isey.

Pod­czas gdy moi ro­dzi­ce bły­ska­wicz­nie się za­akli­ma­ty­zo­wa­li i za­czy­na­li bu­do­wać swo­je far­ma­ceu­tycz­ne im­pe­rium od nowa, ja, jak za­gu­bio­na owca, nie mo­głam od­na­le­źć swo­je­go miej­sca w tym świe­cie. Czu­łam się sa­mot­na i wy­ob­co­wa­na. Może i w ro­dzin­nym mie­ście nie mia­łam przy­ja­ciół, ale było mi do­brze w zna­jo­mym tłu­mie. Tęsk­ni­łam za sta­rym ży­ciem tak bar­dzo, że aż do­skwie­rał mi fi­zycz­ny ból.

Tra­fi­łam do li­ceum po­ło­żo­ne­go naj­bli­żej na­sze­go domu. W pierw­szy dzień snu­łam się za­gu­bio­na po sza­ro-bor­do­wych ko­ry­ta­rzach, trzy­pi­ętro­wy bu­dy­nek przy­po­mi­nał la­bi­rynt. Nie py­ta­łam ni­ko­go o dro­gę ani o po­moc, bo gdy tyl­ko my­śla­łam o tej mo­żli­wo­ści, w gło­wie grzmia­ły sło­wa mat­ki: „W ka­żdej sy­tu­acji mu­sisz ra­dzić so­bie sama. Pro­sze­nie o po­moc to sła­bo­ść. Ha­rvey­owie nie są sła­bi, Ka­the­ri­ne”.

Więc nie oka­zy­wa­łam sła­bo­ści. Cho­dzi­łam od sali do sali, aż od­naj­dy­wa­łam od­po­wied­nią. Ra­dze­nie so­bie na wła­sną rękę sku­tecz­nie od­wra­ca­ło uwa­gę od sa­mot­no­ści i zaj­mo­wa­ło tak dużo cza­su, że nie star­cza­ło go na in­te­gra­cję. Poza tym żad­na oso­ba z kla­sy nie kwa­pi­ła się do po­zna­nia mnie. Nie zo­sta­łam ofi­cjal­nie przed­sta­wio­na, a imio­na i na­zwi­ska ró­wie­śni­ków od­kry­wa­łam przy­pad­ko­wo z ka­żdą ko­lej­ną lek­cją. Zde­cy­do­wa­nie nie na­rze­ka­łam na ten stan rze­czy, nie mia­łam ocho­ty na za­wie­ra­nie zna­jo­mo­ści. Wo­la­łam sku­pić się na za­jęciach i eks­plo­ro­wa­niu ko­lej­nych za­ka­mar­ków szko­ły.

Cza­sa­mi ło­wi­łam krót­kie spoj­rze­nia rzu­ca­ne w moją stro­nę, to był je­dy­ny okruch uwa­gi, jaki otrzy­my­wa­łam od kla­sy. Naj­częściej przy­ła­py­wa­łam na tym ru­do­wło­są pie­gu­skę. Po pi­ątym ra­zie prze­sta­łam zwra­cać na nią uwa­gę. Wy­szłam z za­ło­że­nia, że może się ga­pić do woli, je­śli nie robi nic po­nad to.

Po ośmiu go­dzi­nach za­jęć wca­le nie śpie­szy­ło mi się do domu. Wy­szłam wol­nym kro­kiem za tłu­mem pędzącym do ży­cia po­zasz­kol­ne­go. Ja go nie mia­łam, więc nie pcha­łam się do przo­du. Po­śród lu­dzi mi­gnęła wście­kle ruda czu­pry­na, ale tym ra­zem dziew­czy­na nie zwró­ci­ła na mnie uwa­gi. Z cie­ka­wo­ścią ob­ser­wo­wa­łam, jak wsia­dła na ro­wer miej­ski, cho­ciaż chod­nik po­kry­ty był cien­ką war­stwą śnie­gu. Po­my­śla­łam, że to bar­dzo sła­by po­my­sł, ale uda­ło jej się utrzy­mać rów­no­wa­gę. Od­pro­wa­dzi­łam ją wzro­kiem, gdy wy­je­żdża­ła za bra­my szko­ły.

Spędzi­łam po­po­łud­nie na wa­łęsa­niu się po mie­ście, po­zna­wa­łam oko­li­cę. Prze­szłam obok kina, mi­nęłam dwo­rzec au­to­bu­so­wy i dwu­pi­ętro­wą ga­le­rię han­dlo­wą. Oko­ło szó­stej zro­bi­ło mi się zim­no, więc wstąpi­łam do ka­wiar­ni po go­rącą her­ba­tę na wy­nos i ru­szy­łam w dro­gę do domu. Wzi­ęłam pierw­szy łyk, na­wet nie zdąży­łam otwo­rzyć ust po dru­gi, bo tuż przede mną ja­kiś chło­pak ru­nął jak dłu­gi na brud­ny śnieg.

Pro­sto na twarz.

Bo w dło­niach trzy­mał kar­ton piz­zy.

Sta­łam przez chwi­lę w bez­ru­chu, zbyt za­sko­czo­na ca­łym za­jściem, by jak­kol­wiek za­re­ago­wać. Do­pie­ro gdy wspa­rł się na łok­ciach i unió­sł gło­wę, odło­ży­łam pa­pie­ro­wy ku­bek na ław­kę obok i sta­nęłam nad po­szko­do­wa­nym. Oglądał uwa­żnie kar­ton, któ­re­mu nie dał wy­pa­ść z rąk.

– Wszyst­ko w po­rząd­ku? – spy­ta­łam, sta­jąc nad nim.

Szyb­ko oce­ni­łam skut­ki: brud­na, mo­kra twarz, uwa­lo­na kurt­ka i wy­sy­pa­ne z brązo­wej tor­by pod­ręcz­ni­ki szkol­ne. Rzu­ci­łam na nie okiem – to były wy­da­nia uży­wa­ne w mo­jej szko­le.

– Piz­za jest cała? – Pa­trzył na kar­ton, pró­bu­jąc nie­udol­nie wstać. Gdy­by odło­żył go na zie­mię, po­szło­by mu to o wie­le spraw­niej. On jed­nak wy­da­wał się bar­dziej przej­mo­wać je­dze­niem niż swo­im sta­nem, jak­by wy­łączył in­stynkt prze­trwa­nia.

– Chy­ba tak – od­pa­rłam, wędru­jąc wzro­kiem po brązo­wych wło­sach przy­kle­jo­nych do za­ró­żo­wio­nych po­licz­ków i wpa­da­jących do oczu. – Po­móc ci? Może po­trzy­mam? – Nie wiem, po co za­py­ta­łam, bo od razu za­bra­łam mu z rąk zbęd­ny ba­last.

– Dzi­ęki – mruk­nął. Sta­nął na nogi, skrzy­wił się na wi­dok brud­nej kurt­ki i za­czął ją otrze­py­wać rów­nie brud­ny­mi i mo­kry­mi ręko­ma.

Kil­ka osób prze­szło obok, zer­ka­jąc na nas z za­cie­ka­wie­niem. Spu­ści­łam gło­wę i sku­pi­łam uwa­gę na pstro­ka­tym logo piz­ze­rii. Cie­płe opa­ko­wa­nie przy­jem­nie ogrze­wa­ło pal­ce, a aro­ma­tycz­ny za­pach cia­sta spra­wił, że w ustach ze­bra­ła się śli­na. Daw­no nie ja­dłam fast fo­odów.

Zo­ba­czy­łam, że chło­pak sko­ńczył już nie­udol­nie wy­cie­rać ubra­nie. Po chwi­li na­sze oczy się spo­tka­ły, a ja uj­rza­łam błękit­ne jak bez­chmur­ne nie­bo tęczów­ki i po­czu­łam, że już kie­dyś się spo­tka­li­śmy.

On jed­nak szyb­ko prze­rwał kon­takt wzro­ko­wy i za­brał się za zbie­ra­nie swo­ich rze­czy. Po­śpiesz­nie wrzu­cił prze­mok­ni­ęte pod­ręcz­ni­ki do tor­by, po czym wzi­ął ode mnie kar­ton. Raz jesz­cze po­dzi­ęko­wał, po­tem od­da­lił się ener­gicz­nym kro­kiem. Od­pro­wa­dzi­łam go spoj­rze­niem, aż znik­nął za ro­giem kre­mo­we­go bu­dyn­ku. Wpa­try­wa­łam się jesz­cze przez chwi­lę w miej­sce, w któ­rym stra­ci­łam go z oczu, du­ma­jąc nad tym dziw­nym zda­rze­niem. Po chwi­li ode­tchnęłam głębo­ko i chwy­ci­łam her­ba­tę, nie­ste­ty zdąży­ła już osty­gnąć.

Nie po­zo­sta­ło mi nic in­ne­go niż po­wrót do domu.

Ro­dzi­ce jak zwy­kle pra­co­wa­li do pó­źna, więc za­sta­łam pu­ste czte­ry ścia­ny. Wło­ży­łam do­mo­we ciu­chy i wy­szłam do psa. Nie­na­wi­dzi­łam tego, że Pian­ka była w za­mkni­ęciu. Mimo że buda zo­sta­ła do­brze przy­go­to­wa­na do ni­skich tem­pe­ra­tur, a klat­ka mia­ła za­da­sze­nie, nie po­tra­fi­łam się po­go­dzić z tym, że za­bro­nio­no temu ko­cha­ne­mu zwie­rzęciu prze­kra­czać próg domu. Prze­cież pies to brud­ne, głu­pie stwo­rze­nie, któ­re za­bu­rza­ło ich po­czu­cie per­fek­cjo­ni­zmu. A nie daj Boże, żeby Pian­ka ota­rła się o kom­bi­ne­zon mat­ki i zo­sta­wi­ła na nim sie­rść. Wte­dy świat na pew­no by spło­nął.

W rze­czy­wi­sto­ści sucz­ka zo­sta­ła ku­pio­na po to, by ocie­plić wi­ze­ru­nek ro­dzi­ny Ha­rvey­ów. I tyl­ko oni wie­dzie­li, że za wy­so­ki­mi mu­ra­mi po­se­sji po­jęcie wol­no­ści zmie­nia­ło de­fi­ni­cję na: „masz swo­ją kar­tę, prze­cież mo­żesz ku­pić wszyst­ko, co chcesz”, a mi­ło­ść była wy­ra­ża­na w fun­tach.

Wy­pu­ści­łam owczar­ka nie­miec­kie­go, któ­ry od razu za­czął ska­kać ze szczęścia, pró­bu­jąc do­si­ęgnąć mo­jej twa­rzy języ­kiem. Śmia­łam się gło­śno, nie przej­mu­jąc zu­pe­łnie za­bło­co­ny­mi ła­pa­mi i ga­lo­na­mi śli­ny. Ciem­ne, błysz­czące oczy ga­pi­ły się na mnie z ta­kim uwiel­bie­niem, że aż pęka­ło mi ser­ce. Wła­śnie to było dla mnie de­fi­ni­cją mi­ło­ści. Trzy­dzie­sto­pi­ęcio­ki­lo­we szczęście.

Ma­rzec przy­nió­sł nie tyl­ko wio­snę, pod­czas któ­rej wszyst­ko za­czy­na­ło kwit­nąć, a po­wie­trze sta­ło się lżej­sze i bar­dziej przej­rzy­ste, ale ta­kże szan­sę na to, że coś w moim ży­ciu zmie­ni się na lep­sze.

Mi­nął mie­si­ąc od prze­pro­wadz­ki i pierw­sze­go dnia w no­wej szko­le. Po nie­zli­czo­nych zer­k­ni­ęciach w moją stro­nę cie­kaw­ska ko­le­żan­ka w ko­ńcu zu­pe­łnym przy­pad­kiem zy­ska­ła moją uwa­gę. Zo­sta­ły­śmy przy­dzie­lo­ne z Vi­vien do wspól­ne­go pro­jek­tu na za­jęciach z che­mii. Zo­sta­wa­ły­śmy po szko­le w bi­blio­te­ce, żad­na na­wet nie za­pro­po­no­wa­ła spo­tka­nia u któ­re­jś w domu. Z po­cząt­ku od­zy­wa­ły­śmy się tyl­ko z ko­niecz­no­ści, a po­tem roz­mo­wy na­tu­ral­nie scho­dzi­ły na inne te­ma­ty. Po­ma­łu do­wia­dy­wa­ły­śmy się ró­żnych bła­ho­stek na swój te­mat. Już po kil­ku dniach wie­dzia­łam, że moja nowa zna­jo­ma ko­cha­ła su­kien­ki w kwiat­ki, ni­g­dy nie mia­ła żad­ne­go zwie­rzęcia i wo­la­ła przed­mio­ty hu­ma­ni­stycz­ne niż ści­słe. Nie by­łam za bar­dzo otwar­ta w re­la­cjach, więc nie opo­wia­da­łam za dużo o so­bie. Mimo to Vi­vien wy­ci­ąga­ła ze mnie drob­ne cie­ka­wost­ki i fak­ty, a ja na­wet tego nie za­uwa­ża­łam.

Nie za­re­je­stro­wa­łam rów­nież mo­men­tu, w któ­rym za­częły­śmy sia­dać obok sie­bie na za­jęciach. Wszyst­ko dzia­ło się płyn­nie, na­tu­ral­nie, jak­by od za­wsze mia­ło tak być. My­śla­łam, że będę przy­tło­czo­na nową zna­jo­mo­ścią, ale wca­le tak się nie sta­ło. Czu­łam się do­brze. Vi­vien swo­im cie­płem, wy­ro­zu­mia­ło­ścią i cier­pli­wo­ścią za­skar­bi­ła so­bie miej­sce w moim ser­cu. Pod­cho­dzi­ła do mnie ostro­żnie, ni­cze­go nie ro­bi­ła za szyb­ko. Na­wet nie mia­łam po­jęcia, że po­trze­bo­wa­łam ta­kiej oso­by w swo­im ży­ciu.

Po in­cy­den­cie z chło­pa­kiem z piz­zą wy­pa­try­wa­łam go wśród uczniów li­ceum. Nie wiem cze­mu, może po pro­stu po­trze­bo­wa­łam sku­pić na czy­mś my­śli. Zna­la­złam go szyb­ko, bo dzień po tam­tym spo­tka­niu. Wte­dy jesz­cze nie mia­łam kogo o nie­go za­py­tać, ale pó­źniej Vi­vien po­wie­dzia­ła, że to The­odor Gra­ves. Zna­ła go je­dy­nie ze sły­sze­nia, nie wy­ró­żniał się ni­czym szcze­gól­nym. Nie przy­zna­łam tego na głos, ale zu­pe­łnie się z nią nie zga­dza­łam. Za­wsze szu­ka­łam na ko­ry­ta­rzu czy w sto­łów­ce jego brązo­wej, locz­ko­wa­tej czu­pry­ny, ro­bi­łam to zu­pe­łnie nie­świa­do­mie.

Nie by­łam w sta­nie opi­sać ogro­mu mo­je­go zdzi­wie­nia, gdy pew­ne­go mar­co­we­go dnia wła­śnie ten chło­pak prze­kro­czył próg mo­je­go domu.

Ro­dzi­ce nie po­zwa­la­li mi za­pra­szać zna­jo­mych, więc jego obec­no­ść sta­no­wi­ła dla mnie coś nie­zwy­kłe­go, wy­jąt­ko­we­go. W ży­ciu nie po­my­śla­ła­bym, że to on jako pierw­szy mnie od­wie­dzi.

Stał w holu, obok ko­bie­ty ubra­nej tak samo ele­ganc­ko jak on. Mimo stro­ju wy­gląda­ła na miłą i cie­płą oso­bę. By­łam cie­ka­wa, czy to tyl­ko myl­ne złu­dze­nie, czy może na­praw­dę zu­pe­łnie nie pa­so­wa­ła na zna­jo­mą mo­ich ro­dzi­ców.

Sza­ry gar­ni­tur Theo ga­sił de­li­kat­nie ło­bu­zer­ską uro­dę, dzi­ęki nie­mu spra­wiał wra­że­nie po­wa­żne­go mło­dzie­ńca, a nie ta­kiej cia­py, za jaką go mia­łam. Na­sze spoj­rze­nia się spo­tka­ły, a chło­pak wy­dał się spe­szo­ny moją obec­no­ścią jesz­cze bar­dziej niż ja jego. Oprzy­tom­nia­łam, za­nim któ­reś z ro­dzi­ców za­uwa­ży­ło, że otwar­cie ga­pi­łam się na go­ścia.

Oj­ciec za­pro­wa­dził ich do sa­lo­nu, a mat­ka po­de­szła do mnie z su­ro­wą miną. In­ten­syw­ny za­pach per­fum spra­wił, że mia­łam ocho­tę się od­su­nąć.

– Ta ko­bie­ta to na­sza furt­ka do lep­szej przy­szło­ści, będzie­my dzi­siaj ne­go­cjo­wać umo­wę na dys­try­bu­cję le­ków do jej ap­tek. Za­bierz tego chłop­ta­sia, żeby nie prze­szka­dzał – roz­ka­za­ła cierp­ko. – I za­cho­wuj się. – Zmie­rzy­ła mnie su­ro­wym wzro­kiem. – Ple­cy pro­sto, pod­bró­dek do góry, Ka­the­ri­ne.

Ski­nęłam gło­wą, na­wet nie my­śla­łam o sprze­ci­wie. Cie­szy­łam się z tego po­le­ce­nia, bo nie­na­wi­dzi­łam tych ofi­cjal­nych spo­tkań biz­ne­so­wych. Brzy­dzi­łam się fa­łszy­wy­mi uśmie­cha­mi, za­kła­ma­ną ser­decz­no­ścią i kom­ple­men­ta­mi na po­kaz.

We­szłam za mat­ką do sa­lo­nu. Go­ście za­jęli już miej­sca, tak samo jak oj­ciec. Mat­ka uśmiech­nęła się sze­ro­ko, ocie­ka­jąc śli­skim kłam­stwem. Za­ło­ży­ła blond wło­sy za ozdo­bio­ne zło­ty­mi kol­czy­ka­mi uszy.

– Pa­tri­cio, The­odo­rze, to Ka­the­ri­ne. – Po­ło­ży­ła ko­ści­stą rękę na moim ra­mie­niu. Unio­słam lek­ko kąci­ki ust. – Może twój sio­strze­niec opro­wa­dzi Ka­the­ri­ne po mie­ście? Je­ste­śmy tu już mie­si­ąc, a nie mie­li­śmy na­wet oka­zji po­znać do­brze oko­li­cy. – Za­śmia­ła się krót­ko, na po­zór ser­decz­nie.

Ro­bi­łam wszyst­ko, by się nie skrzy­wić.

Po­zo­sta­li przy­zna­li, że to świet­ny po­my­sł, więc wy­szli­śmy.

The­odor sze­dł obok mnie w nie­zręcz­nej ci­szy. Nie wie­dzia­łam, co po­wie­dzieć, więc nie od­zy­wa­łam się wca­le. Scho­wa­łam ręce do kie­sze­ni cien­kie­go płasz­cza i po pro­stu pa­trzy­łam pod nogi.

– Tooo… gdzie chcesz iść? – spy­tał, zer­ka­jąc na mnie.

Wzru­szy­łam ra­mio­na­mi.

– Zja­dła­bym piz­zę – po­wie­dzia­łam pierw­sze, co przy­szło mi do gło­wy.

Chło­pak uśmiech­nął się sze­ro­ko, w nie­bie­skich oczach bły­snęło za­do­wo­le­nie.

– Chy­ba się za­przy­ja­źni­my – stwier­dził lek­ko, po czym za­czął szu­kać w te­le­fo­nie naj­bli­ższej piz­ze­rii.

Jego sło­wa oka­za­ły się pro­ro­cze.

Na­stęp­ne go­dzi­ny spędzi­li­śmy na je­dze­niu, wa­łęsa­niu się po mie­ście i sie­dze­niu na pla­cu za­baw. Roz­ma­wia­li­śmy o ni­czym, ale to było po­cząt­kiem wszyst­kie­go.

Nie za­ini­cjo­wa­łam pierw­sze­go kro­ku z Vi­vien, więc tym ra­zem po­sta­no­wi­łam się prze­ła­mać i wy­ci­ągnąć rękę do The­odo­ra. Coś ci­ągnęło mnie w stro­nę tego roz­trze­pa­ne­go, bez­tro­skie­go mi­ło­śni­ka nie­zdro­we­go je­dze­nia. Dla­te­go ko­lej­ne­go dnia przy­sia­dłam się do nie­go na lun­chu w szko­le. Po­tem dru­gi raz, a na­stęp­nie nie­zli­czo­ną ilo­ść ko­lej­nych ra­zów. I tak już zo­sta­ło. Na­sza trój­ka za­częła się spo­ty­kać w sto­łów­ce, bi­blio­te­ce… i nie wia­do­mo, kie­dy sta­li­śmy się nie­roz­łącz­ni.

Zna­jo­mo­ść z nimi spra­wi­ła, że za­częłam czuć się do­brze w no­wej szko­le, a miesz­ka­nie w Da­ver­ton nie wy­da­wa­ło się już ta­kie strasz­ne. Po­wo­li oswa­ja­łam się z my­ślą, że prze­pro­wadz­ka może nie była aż taka zła.

Przy­ja­źni­li­śmy się we trój­kę do­pie­ro od dwóch mie­si­ęcy, więc za­sko­czy­ło mnie, gdy Vi­vien za­dzwo­ni­ła dzień przed mo­imi uro­dzi­na­mi i stwier­dzi­ła, że przy­go­to­wa­ła z Theo nie­spo­dzian­kę.

– Nie mogę ci nic po­wie­dzieć – zru­ga­ła mnie po ko­lej­nej pró­bie wy­ci­ągni­ęcia in­for­ma­cji. – Po pro­stu ju­tro rano znaj­dziesz ko­per­tę, otwo­rzysz ją i wszyst­kie­go się do­wiesz.

– Ko­per­tę? To zna­czy, że tu przyj­dzie­cie? – spy­ta­łam, a moje ser­ce za­bi­ło moc­niej.

– Nie, ale zo­ba­czy­my się pó­źniej.

– Więc skąd we­źmie się u mnie ta ko­per­ta? – do­py­ty­wa­łam nie­cier­pli­wie. Za­sta­na­wia­łam się, co wy­my­śli­li ci kon­spi­ra­to­rzy. Było tyle mo­żli­wo­ści! Cie­ka­wo­ść zże­ra­ła mnie od środ­ka.

– Kate, nie po­wiem ci nic wi­ęcej, więc nie do­py­tuj! To nie­spo­dzian­ka, co mówi samo za sie­bie, że nie mo­żesz nic wie­dzieć. – Vi­vien wes­tchnęła, a w słu­chaw­ce coś za­sze­le­ści­ło. Do­my­śli­łam się, że prze­by­wa­ła wła­śnie na mie­ście. – Po pro­stu od razu, jak wsta­niesz, to otwórz ko­per­tę. Resz­ty do­wiesz się po­tem.

Przy­gry­złam ner­wo­wo war­gę, wpa­tru­jąc się w su­fit. Nie lu­bi­łam nie­spo­dzia­nek, strasz­nie mnie stre­so­wa­ły. W gło­wie po­ja­wia­ło się co­raz wi­ęcej py­tań: a co, je­śli ubio­rę się nie­od­po­wied­nio do tego, co za­pla­no­wa­li? Wsko­czę w su­kien­kę i san­da­łki, a pój­dzie­my na go­kar­ty, albo będę się pół dnia szy­ko­wać, a na ko­niec się oka­że, że w ogó­le ni­g­dzie nie idzie­my. By­ło­by mi okrop­nie głu­pio i czu­ła­bym, że coś ze­psu­łam. Mimo wszyst­ko nie na­ci­ska­łam na Vi­vien, bo wie­dzia­łam, że po­tra­fi być upar­ta. Pew­nie wła­śnie dla­te­go to ona za­dzwo­ni­ła, Theo prze­gra­łby tę roz­mo­wę. Wzi­ęłam głębo­ki wdech, uzna­jąc swo­ją po­ra­żkę w tej ma­łej bi­twie.

– Okej, w po­rząd­ku. Czy­li nie do­wiem się ni­cze­go wi­ęcej? – upew­ni­łam się ostat­ni raz.

– Nie ma opcji.

– No do­brze. Więc… do ju­tra? – Przy­gry­złam pa­zno­kieć kciu­ka.

– Do ju­tra! Wy­śpij się – po­le­ci­ła i bły­ska­wicz­nie za­ko­ńczy­ła po­łącze­nie, bym nie mo­gła za­dać ko­lej­ne­go py­ta­nia, któ­re ci­snęło się na usta.

Mam się wy­spać? Pla­nu­ją coś męczące­go? A może po pro­stu będzie dłu­go trwa­ło?

Chwy­ci­łam jed­ną z le­żących obok po­du­szek i wci­snęłam w nią twarz, po czym wy­do­by­łam z sie­bie coś mi­ędzy wark­ni­ęciem a pi­skiem.

Nie spa­łam zbyt do­brze, choć sta­ra­łam się ze wszyst­kich sił prze­stać my­śleć i ana­li­zo­wać. Prze­wra­ca­łam się z boku na bok, co chwi­lę od­rzu­ca­łam ko­łdrę, żeby po kil­ku mi­nu­tach z po­wro­tem się nią otu­lić. Wła­śnie dla­te­go o pierw­szej w nocy z gło­wą pe­łną po­nu­rych my­śli wy­szłam po kry­jo­mu na spa­cer, a pó­źniej sie­dzia­łam na sze­ro­kim pa­ra­pe­cie w swo­im po­ko­ju, ob­ser­wu­jąc ciem­ne nie­bo. My­śla­łam o wszyst­kim, co upar­cie nie chcia­ło wy­jść z gło­wy i za­pla­ta­ło co­raz wi­ęcej nici, w któ­re, chcąc nie chcąc, wpa­da­łam.

Tuż przed za­śni­ęciem stwier­dzi­łam, że chy­ba wo­la­ła­bym nie mieć żad­nej nie­spo­dzian­ki, a je­dy­nie do­stać SMS-y z ży­cze­nia­mi. To uła­twi­ło­by spra­wę.

Rano zmie­ni­łam zda­nie.

Trzy­na­ste­go maja obu­dzi­łam się oko­ło siód­mej i – choć ci­ężko było otwo­rzyć oczy – to od razu wy­sko­czy­łam z łó­żka. Prze­ci­ągnęłam się, zie­wa­jąc. Prze­ta­rłam za­spa­ne, opuch­ni­ęte po­wie­ki. Z nie­spo­dzie­wa­ną eks­cy­ta­cją ro­zej­rza­łam się w po­szu­ki­wa­niu ko­per­ty i po­czu­łam lek­ki za­wód, gdy mój wzrok jej nie od­na­la­zł. Już mia­łam za­miar ze­jść na par­ter, ale in­tu­icja pod­po­wie­dzia­ła mi, żeby obej­rzeć się za sie­bie. Wte­dy za­uwa­ży­łam nie­wiel­ki pro­sto­kącik na jed­nej z ozdob­nych po­du­szek. Uśmiech­nęłam się. W dwóch kro­kach zna­la­złam się z po­wro­tem na łó­żku i chwy­ci­łam upra­gnio­ne zna­le­zi­sko. Obej­rza­łam ciem­ną, ele­ganc­ką ko­per­tę z dwóch stron, ale poza moim imie­niem na­pi­sa­nym bia­łym mar­ke­rem ni­cze­go nie za­uwa­ży­łam. Otwo­rzy­łam ją, po czym wy­jęłam zło­żo­ną na pół kart­kę.

Kate!

Dzi­siaj są two­je osiem­na­ste uro­dzi­ny, sto lat!!!

Je­steś o krok bli­żej do si­wych wło­sów i za­ni­ków pa­mi­ęci, cho­ciaż te już za­czy­nasz mieć. Ale i tak lep­sze to niż si­wie­nie.

Chce­my ży­czyć ci wszyst­kie­go, co naj­lep­sze, więc:

– żeby ni­g­dy Ci nas nie za­bra­kło,

– wi­ęcej fast fo­odo­wych pi­ąt­ków,

– spe­łnie­nia ma­rzeń,

– wi­ęcej wia­ry w sie­bie i że­byś częściej się do­ce­nia­ła!

Mamy dla Cie­bie nie­spo­dzian­kę, ale sama mu­sisz po nią przy­jść. W ko­per­cie jest li­sta za­dań, mu­sisz wy­ko­nać je wszyst­kie do pi­ątej. Rów­no o pi­ątej wi­dzi­my się w miej­scu, do któ­re­go za­pro­wa­dzą Cię wspó­łrzęd­ne. Bez wy­pe­łnio­nych za­dań nie przy­cho­dź!

Theo i Vi­vien

Prze­pe­łnio­na eks­cy­ta­cją wy­jęłam dru­gą kart­kę. Czy­ta­łam wszyst­kie dzie­si­ęć punk­tów z wy­pie­ka­mi na twa­rzy i tak dużą ra­do­ścią, że aż się nią za­chły­snęłam. Strasz­nie cie­szy­ło mnie, że przy­ja­cie­le zor­ga­ni­zo­wa­li dla mnie coś wy­jąt­ko­we­go. Ni­g­dy nie do­sta­łam tak świet­ne­go pre­zen­tu na uro­dzi­ny ani żad­ną inną oka­zję.

Nie stre­so­wa­łam się już tak bar­dzo nie­wia­do­mą, bo na li­ście zna­la­zły się pew­ne wska­zów­ki od­no­śnie do tego, jak mia­łam się przy­go­to­wać. Uśmiech­nęłam się z ulgą. Na­wet o to za­dba­li.

Pe­łna no­wej ener­gii wy­le­cia­łam z po­ko­ju z kart­ką w dło­ni, sta­ra­jąc się nie ha­ła­so­wać.

Zo­sta­wi­łam na chwi­lę li­stę na bla­cie ku­chen­nym, żeby za­jąć się je­dze­niem. Pierw­szy z dzie­si­ęciu punk­tów – zjedz swo­je ulu­bio­ne śnia­da­nie. Może cho­dzi­ło im o wy­sko­cze­nie do ka­wiar­ni albo za­mó­wie­nie naj­bar­dziej nie­zdro­we­go fast fo­oda, ja­kie­go tyl­ko się dało, ale moim ulu­bio­nym śnia­da­niem była ja­jecz­ni­ca z chle­bem gru­bo po­sma­ro­wa­nym ma­słem. Wy­jęłam więc po­trzeb­ne rze­czy i po­ło­ży­łam je na mar­mu­ro­wym bla­cie, a wte­dy moją uwa­gę przy­ku­ła kart­ka przy­wie­szo­na do lo­dów­ki.

Je­ste­śmy w pra­cy. Za­mów so­bie kre­wet­ki, wró­ci­my wie­czo­rem.

Spoj­rza­łam na wy­jęte jaj­ka. Za­wie­si­łam na nich wzrok na kil­ka se­kund, uzmy­sła­wia­jąc so­bie, że mimo prze­pro­wadz­ki i tych wszyst­kich zmian na lep­sze nie­któ­re rze­czy po­zo­sta­ły na swo­im miej­scu.

Usma­ży­łam jaj­ka z pa­pry­ką, po­mi­do­rem i szyn­ką, na­ło­ży­łam na po­sma­ro­wa­ne ma­słem krom­ki i zja­dłam ze sma­kiem, wpa­tru­jąc się w wi­dok za oknem. O tej po­rze lu­dzi kręci­ło się nie­wie­lu, więc po pro­stu po­dzi­wia­łam ogró­dek.

W maju wio­sna była w pe­łnym roz­kwi­cie. Wy­bu­dzi­ła z zi­mo­we­go snu wi­ęk­szo­ść kwia­tów i po­zo­sta­łych ro­ślin, dzi­ęki cze­mu mia­łam na czym za­wie­sić oko. Przez ogród oczy­wi­ście do­cho­dzi­ło wi­ęcej obo­wi­ąz­ków, ale to ża­den pro­blem – mama za­trud­nia­ła ogrod­ni­ka. Cza­sa­mi mia­łam wra­że­nie, że ko­cha­ła swo­je róże bar­dziej niż lu­dzi. Nie an­ga­żo­wa­ła się oso­bi­ście w ich pie­lęgna­cję, za to często po­dzi­wia­ła, jak pi­ęk­nie kwi­tły. Sia­da­ła na le­ża­ku z kie­lisz­kiem wina tuż obok krze­wów. Po­tra­fi­ła spędzać tam dłu­gie go­dzi­ny.

Po śnia­da­niu wzi­ęłam szyb­ki, zim­ny prysz­nic, po czym wło­ży­łam bia­łą ko­szul­kę i brązo­we dre­sy, czy­li jak na­ka­zał dru­gi punkt li­sty – wsko­czy­łam w wy­god­ne ciu­chy. Do­pro­wa­dzi­łam się do po­rząd­ku i za­bra­łam za trze­cie za­da­nie. W tym celu przy­pi­ęłam smycz do skó­rza­nej ob­ro­ży Pian­ki i wy­szłam na go­dzin­ny spa­cer. Na­wet bez li­sty bym to zro­bi­ła, bo uwiel­bia­łam na­sze wędrów­ki. Wie­le wy­si­łku i cza­su wy­ma­ga­ło na­ucze­nie jej cho­dze­nia na lu­źnej smy­czy i in­nych rze­czy spra­wia­jących, że psiak stał się praw­dzi­wym anio­łem, ale było war­to.

Prze­mie­rza­ły­śmy ulicz­ki spo­koj­nym kro­kiem, a po­go­da była tak pi­ęk­na, że aż mia­łam ocho­tę za­nu­cić coś pod no­sem. Po­wści­ągli­wo­ść jed­nak zro­bi­ła swo­je, wi­ężąc w my­ślach sło­wa usły­sza­nej nie­daw­no pio­sen­ki.

Okrąży­ły­śmy park, nie de­cy­du­jąc się na prze­chadz­kę w cie­niu drzew. Tym ra­zem wy­jąt­ko­wo mia­łam ocho­tę ło­wić ka­żdy po­szcze­gól­ny pro­mień sło­ńca pa­da­jący na moją bla­dą twarz. Za­zwy­czaj uni­ka­łam opa­la­nia przez nad­mier­ną wra­żli­wo­ść skó­ry, ale w tam­tym mo­men­cie or­ga­nizm chy­ba do­ma­gał się wi­ta­mi­ny D.

Do­cho­dzi­ła trze­cia, a ja mia­łam do zre­ali­zo­wa­nia jesz­cze dwa za­da­nia. Cze­ka­ło mnie pó­jście do ga­le­rii han­dlo­wej i ode­bra­nie za­mó­wie­nia w skle­pie odzie­żo­wym, a na­stęp­nie uda­nie się w wy­zna­czo­ne miej­sce. Z lek­ką nie­pew­no­ścią prze­mie­rza­łam spa­ce­rem mia­sto, za­sta­na­wia­jąc się, co też mo­gła wy­my­ślić ta dwój­ka. Po trzy­dzie­stu mi­nu­tach wi­zy­tę w skle­pie mia­łam za sobą, przy­spie­szy­łam tro­chę kro­ku w dro­dze po­wrot­nej. Ręce wręcz świerz­bi­ły, żeby otwo­rzyć pa­pie­ro­wą, ele­ganc­ką tor­bę i wy­jąć z niej ubra­nia owi­ni­ęte bia­łym ma­te­ria­łem. By­łam pra­wie pew­na, że spe­cjal­nie spa­ko­wa­no za­mó­wie­nie tak, że­bym nie mo­gła po­dej­rzeć, co jest w środ­ku przed po­wro­tem do domu.

Za­mknęłam Pian­kę w koj­cu, przy­gry­za­jąc war­gę. Nie cier­pia­łam jej tam zo­sta­wiać. Błysz­czące oczy za­wsze wte­dy pa­trzy­ły na mnie z ra­do­ścią, choć wo­la­ła­bym zo­ba­czyć w nich iry­ta­cję albo zło­ść, ale za ka­żdym ra­zem wi­dzia­łam tyl­ko bez­gra­nicz­ną mi­ło­ść. To jesz­cze moc­niej ła­ma­ło mi ser­ce.

Po­gła­ska­łam pysk przez kra­ty, za­ci­ska­jąc usta w li­nię.

– Prze­pra­szam, Pia­nu­siu. Ju­tro pój­dzie­my na dłu­ższy spa­cer, co? – spy­ta­łam ci­cho, na co za­mer­da­ła ogo­nem. Mu­sia­łam iść, bo oczy za­cho­dzi­ły mi łza­mi.

Gdy by­łam już w sy­pial­ni, po­śpiesz­nie wy­jęłam za­war­to­ść pa­pie­ro­wej tor­by. W moje dło­nie tra­fił miły w do­ty­ku śnie­żno­bia­ły ma­te­riał. Wy­ci­ągnęłam przed sie­bie ręce, by obej­rzeć go w ca­ło­ści. Opa­dł aż do podło­gi, a moim oczom uka­za­ła się naj­pi­ęk­niej­sza su­kien­ka, jaką kie­dy­kol­wiek trzy­ma­łam.

Ko­per­to­wy, lek­ko marsz­czo­ny de­kolt świet­nie do­pe­łnia­ła ko­ron­ko­wa ta­siem­ka umiej­sco­wio­na w ta­lii. Taki sam ma­te­riał znaj­do­wał się na fal­ban­kach przy ko­ńców­kach ręka­wów. Dół na­to­miast był pro­sty i lu­źny. Su­kien­ka per­fek­cyj­nie wpa­so­wa­ła się w styl boho, któ­ry bar­dzo mi się po­do­bał. Mo­gła­bym śmia­ło pó­jść w niej do ślu­bu or­ga­ni­zo­wa­ne­go w ogro­dzie taką cie­płą wio­sną jak ta. Ta myśl spra­wi­ła, że ko­lej­ny raz po­czu­łam się zbi­ta z tro­pu.

Do­kąd w ta­kim ra­zie idzie­my?

Sta­ra­jąc się nie my­śleć za dużo, po­sta­no­wi­łam ją za­ło­żyć, po czym od razu zła­pa­łam za ko­sme­tycz­kę. Taka kre­acja zde­cy­do­wa­nia za­słu­gi­wa­ła na przy­naj­mniej pod­sta­wo­wy ma­ki­jaż. Jesz­cze za­nim usia­dłam przy biur­ku, okręci­łam się kil­ka razy wo­kół wła­snej osi, a lek­ki ma­te­riał wi­ro­wał ra­zem ze mną. Czu­łam się jak ksi­ężnicz­ka. Do­tknęłam za­ró­żo­wio­nych, go­rących po­licz­ków. Zde­cy­do­wa­nie trze­ba było zro­bić coś z twa­rzą.

Za­war­to­ść ko­sme­tycz­ki nie po­zwo­li­ła na wie­le, więc po pro­stu uży­łam lek­kie­go pod­kła­du, pu­dru, po­ma­lo­wa­łam rzęsy i na­ło­ży­łam bez­barw­ny błysz­czyk na usta. Jak na mnie, to i tak moc­ny ma­ki­jaż. Na co dzień nie ma­lo­wa­łam się w ogó­le, ale cza­sa­mi ro­dzi­ce wy­ma­ga­li, że­bym ja­koś się pre­zen­to­wa­ła.

Na­stęp­nie roz­cze­sa­łam wło­sy i po­zwo­li­łam ru­do­brązo­wym fa­lom spły­wać lu­źno po ple­cach. Na ko­niec za­ło­ży­łam ma­le­ńkie, srebr­ne kol­czy­ki. Do­pie­ro wte­dy po­czu­łam, że pa­so­wa­łam do tej su­kien­ki i za­słu­gi­wa­łam na nią. Bra­ko­wa­ło tyl­ko ksi­ęcia na bia­łym ko­niu i kwie­ci­ste­go wian­ka we wło­sach.

Roz­e­mo­cjo­no­wa­na zer­k­nęłam na ze­gar wi­szący nad ko­mo­dą. Na szczęście mia­łam jesz­cze tro­chę cza­su na do­tar­cie do wy­zna­czo­ne­go miej­sca, więc po­szłam szu­kać od­po­wied­nich bu­tów i to­reb­ki. Głu­pio by­ło­by iść w zno­szo­nych tramp­kach.

Po kil­ku­na­stu mi­nu­tach i pod­jęciu trud­nej de­cy­zji, któ­rą to­reb­kę wy­brać, wresz­cie by­łam go­to­wa. Wrzu­ci­łam lo­ka­li­za­cję z li­sty za­dań w apli­ka­cję GPS w te­le­fo­nie i zmarsz­czy­łam brwi, za­sko­czo­na wy­ni­kiem. Wpi­sa­łam jesz­cze raz, ale po­now­nie wy­świe­tli­ło się to samo. Ku­si­ło mnie, żeby za­dzwo­nić do Vi­vien z py­ta­niem, czy to na pew­no to miej­sce, ale przy­po­mnia­łam so­bie jej sta­now­cze po­le­ce­nie, żeby nie dzwo­nić przed na­szym spo­tka­niem.

Wes­tchnęłam. Nie­po­kój rósł stop­nio­wo w moim wnętrzu. Po­sta­no­wi­łam, że w osta­tecz­no­ści skon­tak­tu­ję się z nimi po do­tar­ciu do celu. Może wca­le się nie po­my­li­li, chcąc wy­słać mnie na zu­pe­łne pust­ko­wie, gdzie na ma­pie wi­docz­na była tyl­ko dro­ga i ota­cza­jąca ją po­la­na. Prze­cież nie zro­bi­li­by so­bie ze mnie żar­tu w moje uro­dzi­ny, praw­da?

Za­mó­wi­łam tak­sów­kę i kil­ka mi­nut przed szó­stą by­li­śmy na miej­scu. Ku mo­je­mu za­sko­cze­niu przy dro­dze znaj­do­wał się bu­dy­nek, któ­ry nie zo­stał za­zna­czo­ny w apli­ka­cji. Nie za­sta­na­wia­jąc się dłu­go, za­pła­ci­łam tak­sów­ka­rzo­wi, wy­sia­dłam z auta i po­de­szłam do po­se­sji. Sko­ro tyl­ko ten obiekt znaj­do­wał się w pro­mie­niu kil­ku­set jar­dów, to mu­sia­ło cho­dzić o nie­go.

Że­la­zne kra­ty bra­my wjaz­do­wej opla­tał ła­ńcuch, zwi­sa­ła z nie­go roz­wa­lo­na kłód­ka. Pchnęłam de­li­kat­nie pra­we skrzy­dło. Za­skrzy­pia­ło. Bra­ma ustąpi­ła z ła­two­ścią.

Nie­pew­nie we­szłam na te­ren po­sia­dło­ści. Z ka­żdą se­kun­dą co­raz bar­dziej mia­łam wra­że­nie, że da­łam się na­brać przy­ja­cio­łom. Mimo wszyst­ko ufa­łam im, więc brnęłam w to da­lej, z na­dzie­ją, że za chwi­lę ta dwój­ka wy­sko­czy skądś, krzy­cząc „nie­spo­dzian­ka!”.

Za­ro­śni­ęty chwa­sta­mi chod­nik pro­wa­dził do drzwi we­jścio­wych. Wszyst­ko wo­kół wy­gląda­ło na bar­dzo za­nie­dba­ne, jak­by nikt nie za­glądał tam od wie­lu lat. Bluszcz piął się po wy­so­kim bu­dyn­ku aż po dru­gie pi­ętro. Przy­pa­tru­jąc się roz­le­głym pnączom, do­strze­głam le­d­wo wi­docz­ną ta­blicz­kę. Po­de­szłam i kie­ro­wa­na in­tu­icją od­su­nęłam ro­śli­ny na bok. Roz­chy­li­łam lek­ko usta, gdy moim oczom uka­za­ła się na­zwa obiek­tu.

Szpi­tal Psy­chia­trycz­ny imie­nia Ale­xan­dra Wil­l­so­na.

Nie było opcji, że mie­li­śmy spo­tkać się w tak upior­nym miej­scu. Na­wet gdy­by chcie­li zro­bić mi żart, nie wie­rzy­łam, że mó­głby być aż tak głu­pi.

To musi być po­my­łka.

Wy­jęłam te­le­fon z to­reb­ki, wy­bra­łam nu­mer Vi­vien. Usły­sza­łam pierw­szy sy­gnał i wzdry­gnęłam się z za­sko­cze­nia, bo ze środ­ka bu­dyn­ku roz­le­gł się dźwi­ęk dzwon­ka jej smart­fo­na. Pró­bo­wa­łam zlo­ka­li­zo­wać, skąd do­cho­dził, ale po­łącze­nie zo­sta­ło ze­rwa­ne. Wy­bra­łam nu­mer ko­lej­ny raz, a wte­dy znów usły­sza­łam me­lo­dię.

Czy­li jed­nak byli we­wnątrz, nie prze­sły­sza­łam się. Nie po­do­ba­ło mi się to. Po­wo­li za­czy­na­łam ża­ło­wać, że w ogó­le wy­szłam z domu.

Za­dzwo­ni­łam jesz­cze do Theo, ale nie ode­brał.

Spoj­rza­łam w stro­nę dro­gi do­jaz­do­wej, za­ci­ska­jąc usta. My­śla­łam o tym, żeby po pro­stu od­wró­cić się na pi­ęcie i po­ma­sze­ro­wać z po­wro­tem, ale coś pod­ku­si­ło mnie do zo­sta­nia. Może ogrom­na na­dzie­ja, że jed­nak nie po­my­li­łam się co do przy­ja­ciół? Prze­cież Vi­vien na pew­no spraw­dzi­ła kil­ka razy lo­ka­li­za­cję z li­sty, ona za­wsze mu­sia­ła się upew­nić, że zro­bi­ła wszyst­ko do­brze.

Pe­łna na­pi­ęcia chwy­ci­łam ma­te­riał su­kien­ki, żeby o nic nie za­ha­czy­ła, i po­de­szłam do drzwi. Chcia­łam jak naj­szyb­ciej zna­le­źć tę po­kręco­ną dwój­kę i zro­zu­mieć, o co w tym wszyst­kim cho­dzi. Mia­łam już dość tych nie­wia­do­mych, tra­ci­łam cier­pli­wo­ść.

Zła­pa­łam za mo­si­ężną, zdo­bio­ną klam­kę i pchnęłam ci­ężkie drzwi. Spo­dzie­wa­łam się, że otwie­ra­niu będzie to­wa­rzy­szy­ło skrzy­pie­nie, jed­nak po­wi­ta­ło mnie je­dy­nie przy­pra­wia­jące o gęsią skór­kę echo od­bi­ja­jące się od pu­stych ścian.

Mój wzrok od razu padł na nie­wiel­kie pło­mie­nie ta­ńczące na kno­tach pod wpły­wem prze­ci­ągu. Świe­ce two­rzy­ły kli­ma­tycz­ne prze­jście pro­wa­dzące po scho­dach na pi­ętro. Wosk ka­pał na be­to­no­wą podło­gę pe­łną ku­rzu, po­żó­łkłych kar­tek, szkła i rze­czy, któ­rych chy­ba nie chcia­łam iden­ty­fi­ko­wać. Nie­któ­re okna były po­za­bi­ja­ne drew­nia­ny­mi pły­ta­mi, a w in­nych bra­ko­wa­ło szyb.

Po­miesz­cze­nie, w któ­rym się znaj­do­wa­łam to hol z dwo­ma ko­ry­ta­rza­mi po prze­ciw­nych stro­nach oraz sze­ro­ki­mi scho­da­mi. Nie by­łam za do­bra z hi­sto­rii, ale ten bu­dy­nek zde­cy­do­wa­nie nie zo­stał wy­bu­do­wa­ny w tym stu­le­ciu. Wy­glądał jak ze sta­rych, czar­no-bia­łych hor­ro­rów, a świe­ce tyl­ko po­tęgo­wa­ły to wra­że­nie.

– Halo? – za­wo­ła­łam nie­pew­nie.

Mia­łam na­dzie­ję, że szyb­ko znaj­dę Viv albo Theo. Ostat­nie, cze­go chcia­łam, to ba­wie­nie się w cho­wa­ne­go w opusz­czo­nym szpi­ta­lu psy­chia­trycz­nym. Sama myśl o tym, gdzie wła­śnie by­łam, przy­pra­wia­ła o gęsią skór­kę.

Po­sta­no­wi­łam podążyć wy­ty­czo­ną dro­gą, bo moje wo­ła­nie spo­tka­ło się z ci­szą. Bu­dy­nek oka­zał się na tyle duży, że mo­gli mnie nie usły­szeć. Wła­śnie to so­bie wma­wia­łam.

– Je­ste­ście tu?! – krzy­cza­łam, po­ko­nu­jąc stop­nie. Znów nie do­cze­ka­łam się od­po­wie­dzi.

We­szłam na pi­ętro i ro­zej­rza­łam się po podłu­żnym holu. Do dziu­ra­we­go dy­wa­nu roz­ci­ąga­jące­go się po ca­łej dłu­go­ści przy­cze­pio­ne były po­czer­nia­łe gumy do żu­cia i inne lep­kie rze­czy. Wy­krzy­wi­łam twarz w gry­ma­sie znie­sma­cze­nia i za­da­rłam wy­żej su­kien­kę, żeby nic jej nie do­tknęło. Już wy­star­cza­jąco obrzy­dzał mnie fakt, że coś mo­gło przy­kle­ić się do bu­tów.

Wzdry­gnęłam się, gdy te­le­fon w mo­jej to­reb­ce za­czął wi­bro­wać. Jed­ną ręką zła­pa­łam fa­łdy ma­te­ria­łu, a dru­gą wy­grze­ba­łam smart­fon. Ude­rzy­ła we mnie mie­szan­ka ulgi i iry­ta­cji na wi­dok nu­me­ru Theo.

– Szu­kam was, gdzie je­ste­ście? – spy­ta­łam od razu, idąc da­lej dro­gą wy­ty­czo­ną przez świe­ce. Mi­ja­łam ob­dra­pa­ne drzwi i po­miesz­cze­nia, któ­re we fra­mu­gach mia­ły same za­wia­sy. W ich wnętrzach wi­dzia­łam je­dy­nie po­ła­ma­ne de­ski i ru­pie­cie.

– Już je­steś? Gdzie? – zdzi­wił się chło­pak.

– We­szłam na pi­ętro.

– Na pi­ętro? Cze­kaj, już idę.

Mi­nęłam za­kręt, za nim znaj­do­wa­ły się brązo­we, ma­syw­ne drzwi. Już chcia­łam za­wró­cić, ale moją uwa­gę przy­ku­ła me­lo­dia do­cho­dząca z po­miesz­cze­nia. Przy­po­mi­na­ła dźwi­ęk gra­jącej po­zy­tyw­ki. Sku­pi­łam się na niej przez mo­ment, bo mia­łam wra­że­nie, że skądś ją zna­łam.

– Do­bra, zna­la­złam was. – Uśmiech­nęłam się pod no­sem. – Swo­ją dro­gą, dzwo­ni­łam wcze­śniej do Vi­vien i sły­sza­łam jej dzwo­nek, to was zdra­dzi­ło.

– Ale Vi­vien po­je­cha­ła po… – Urwał, jak­by nie chciał zdra­dzić za dużo. – Jesz­cze jej nie ma. Wy­sze­dłem po cie­bie i ni­g­dzie cię nie wi­dzę.

– Może się mi­nęli­ście? Wcho­dzę do środ­ka – oznaj­mi­łam, ła­pi­ąc za klam­kę.

– Jak to wcho­dzisz? – spy­tał wy­ra­źnie zdez­o­rien­to­wa­ny. – Prze­cież bym cię wi­dział, gdy­byś szła. Po­cze­kaj przed pa­ła­cem, wyj­dę po cie­bie.

– Pa­ła­cem? – Zmarsz­czy­łam brwi, otwie­ra­jąc drzwi na oścież.

– Tak. Je­steś w Gold Pa­la­ce, tak?

Chcia­łam od­po­wie­dzieć, ale na­gle za­po­mnia­łam, jak się mówi. Te­le­fon wy­śli­zgnął się z dło­ni, z gło­śni­ka wy­do­by­wa­ły się sło­wa, któ­re zu­pe­łnie już do mnie nie do­cie­ra­ły.

Dwie po­sta­ci.

Coś ciem­ne­go.

Za­pach rdzy.

Szum w uszach tak gło­śny, że aż sły­sza­łam pisk.

A po­tem nic. A może wszyst­ko.

Na środ­ku po­miesz­cze­nia le­że­li moi ro­dzi­ce.

Wpa­try­wa­li się w su­fit pu­sty­mi, ma­to­wy­mi ocza­mi. Jak­by wca­le nie byli mar­twi. Jak­by po pro­stu ogląda­li coś wi­docz­ne­go tyl­ko dla nich.

Mi­nęły dwa moc­ne ude­rze­nia ser­ca, pod­czas któ­rych sku­pi­łam się na ka­łu­ży krwi. Do gło­wy przy­szła ab­sur­dal­na myśl, że wy­gląda­li jak wy­spa po­środ­ku czer­wo­ne­go je­zio­ra. Me­lo­dyj­ka gra­na przez po­zy­tyw­kę po­wo­li prze­bi­ja­ła się do mo­jej świa­do­mo­ści, ide­al­nie wpa­so­wy­wa­ła się do tego ob­ra­zu.

Po­czu­łam się tak, jak­bym wła­śnie zje­żdża­ła stro­mo w dół na ko­lej­ce gór­skiej. Nie mo­głam zła­pać od­de­chu, wszyst­kie wnętrz­no­ści ści­snęły się nie­przy­jem­nie, a nogi się pode mną ugi­ęły.

Po chwi­li oprzy­tom­nia­łam. Rzu­ci­łam się w stro­nę ro­dzi­ców. Mój umy­sł prze­łączył się w ja­kiś au­to­ma­tycz­ny tryb. Bez za­sta­no­wie­nia wy­ko­ny­wa­łam ru­chy, chy­ba wca­le ich nie kon­tro­lo­wa­łam. Spraw­dzi­łam im puls, ale go nie wy­czu­łam. Nie za­sta­na­wia­jąc się nad ni­czym, przy­stąpi­łam do uci­ska­nia klat­ki pier­sio­wej mamy. Zu­pe­łnie zi­gno­ro­wa­łam fakt, że mia­ła na so­bie po­pla­mio­ną krwią, po­dziu­ra­wio­ną ko­szu­lę.

– Da­lej, da­lej! Od­dy­chaj! – krzy­cza­łam w amo­ku, wci­ąż uci­ska­jąc. Przy­ło­ży­łam drżące war­gi do ust mamy, by wy­ko­nać sztucz­ne od­dy­cha­nie, ale za­miast tego z mo­je­go gar­dła wy­do­był się szloch.

Wzi­ęłam głębo­ki wdech i kon­ty­nu­owa­łam re­su­scy­ta­cję. To wszyst­ko trwa­ło kil­ka mi­nut, a może całą wiecz­no­ść. Prze­sta­łam do­pie­ro wte­dy, gdy bra­kło mi sił. Opa­dłam na ko­la­na, du­sząc się łza­mi. Ta­rłam upar­cie drżące, za­krwa­wio­ne ręce o ma­te­riał swo­jej bia­łej su­kien­ki.

Pra­wie nie usły­sza­łam dzwon­ka te­le­fo­nu Vi­vien, któ­ry le­żał obok jed­nej z dwóch ko­lumn. Ga­pi­łam się na nie­go tępym wzro­kiem, nie by­łam w sta­nie się po­ru­szyć. Wy­da­wa­ło mi się, że pa­trzę na sie­bie z boku. Po chwi­li wsta­łam, po­de­szłam, chwy­ci­łam urządze­nie i ode­bra­łam. Nie mia­łam na­wet po­jęcia, kto dzwo­nił, bo ob­raz roz­mył się od łez. Chcia­łam tyl­ko we­zwać po­go­to­wie i umrzeć ra­zem z ro­dzi­ca­mi.

Ści­snęłam moc­no smart­fon, jak­by to mia­ło po­móc i za­brać ból.

– To ta­kie wku­rza­jące, że pa­su­je ci ta su­kien­ka – stwier­dził zmo­du­lo­wa­ny głos.

– Co? – wy­du­ka­łam szep­tem.

– Pa­su­je do cie­bie. Niby czy­sta biel, a brud­na od krwi i grze­chów. Ide­al­nie cię opi­su­je, praw­da?

– To ty? Ty to zro­bi­łeś? Je­steś tu? – py­ta­łam, po­wstrzy­mu­jąc od­ruch wy­miot­ny.

– My to zro­bi­li­śmy, Kate. MY. By­łem tyl­ko two­imi ręka­mi, na­rzędziem. A może po pro­stu spe­łniam ma­rze­nia.

Mia­łam wra­że­nie, że wszyst­ko wo­kół na­gle uci­chło, a czas zwol­nił. Wbi­łam moc­niej drżące pal­ce w te­le­fon.

– Ty cho­ry po­je­bie! O czym ty mó­wisz?! Cze­mu to zro­bi­łeś?! Kim je­steś?! – wy­dzie­ra­łam się do te­le­fo­nu.

– Bóg po pro­stu wy­słu­chał mo­dlitw, Kate. Może wy­słu­cha ko­lej­nych.

Po tych sło­wach po­łącze­nie zo­sta­ło prze­rwa­ne. Trwa­łam w bez­ru­chu, wpa­tru­jąc się w bla­dą twarz mamy przy­sło­ni­ętą gęsty­mi lo­ka­mi. Na­wet one były po­kry­te krwią. Wło­sy, o któ­re tak bar­dzo dba­ła. Wy­da­wa­ła mnó­stwo pie­ni­ędzy na za­bie­gi, spędza­ła ogrom cza­su na do­mo­wej pie­lęgna­cji.

Na­wet te pie­przo­ne wło­sy.

Odło­ży­łam gdzieś te­le­fon, zbli­ży­łam się do niej. W amo­ku za­częłam wy­cie­rać zło­ci­ste pu­kle o swo­ją su­kien­kę. Chcia­łam, żeby znik­nęła krew, któ­ra je zle­pi­ła. Chcia­łam, żeby wszyst­ko znik­nęło. Te­raz, na­tych­miast.

W ta­kich oko­licz­no­ściach zna­la­zła mnie po­li­cja.

A w tle gra­ła do­brze zna­na mi me­lo­dia.

2

Pięć mie­si­ęcy.

Tyle za­jęło mi sta­ni­ęcie na nogi. Tak na­praw­dę zo­sta­łam po­sta­wio­na do pio­nu przez przy­ja­ciół oraz cio­cię Theo i ro­dzi­ców Vi­vien, wszy­scy w tym cza­sie bar­dzo mi po­ma­ga­li. Gdy­by nie oni, pew­nie nie uda­ło­by mi się na­wet wstać z łó­żka, nie­mal do nie­go przy­ro­słam. Przez pe­wien czas mi­ęk­ka po­ściel była dla mnie jak ko­kon, z któ­re­go nie po­tra­fi­łam się wy­do­stać.

Na po­grze­bie usły­sza­łam, że z ka­żdym dniem będzie ła­twiej, że ból będzie stop­nio­wo słab­nąć.

Kła­ma­li.

Ka­żdy po­ra­nek był je­dy­nie co­raz wi­ęk­szym cier­pie­niem.

Naj­trud­niej wspo­mi­nam pierw­szy mie­si­ąc. Nie wy­cho­dzi­łam wte­dy z domu. Wy­la­łam z sie­bie tyle łez, że mo­gła­bym na­pe­łnić nimi je­zio­ro. A gdy już ich za­bra­kło, to le­ża­łam, wpa­tru­jąc się tępo w su­fit, lub spa­łam. Uwiel­bia­łam spać. Tyl­ko wte­dy nie czu­łam bólu, któ­ry po­chła­niał ka­żdą ko­mór­kę mo­je­go cia­ła.

W snach wszyst­ko po­zo­sta­wa­ło ide­al­ne, nie czu­łam smut­ku ani stra­chu. Nie by­łam sa­mot­na. Nie stra­ci­łam je­dy­nej ro­dzi­ny.

Po kil­ku­dzie­si­ęciu dniach wmu­sza­nia w sie­bie cze­go­kol­wiek za­częłam od­czu­wać głód, dzi­ęki nie­mu chęt­niej ja­dłam, a raz na­wet ze­bra­łam siły, żeby zro­bić so­bie ka­nap­ki. Po­ja­wi­ła się rów­nież po­trze­ba wy­jścia na ze­wnątrz; wpusz­cze­nia do płuc świe­że­go po­wie­trza, po­czu­cia sło­ńca na skó­rze, zo­ba­cze­nia Pian­ki cie­szącej się ze spa­ce­ru.

Pew­ne­go ran­ka po pro­stu otwo­rzy­łam oczy i za­pra­gnęłam znów żyć.

Na­dal nie było mowy o wy­bra­niu się sa­mo­dziel­nie do mia­sta – pa­ra­li­żo­wał mnie strach, że tra­fię na ko­goś, kto chciał mnie za­bić. Od­wa­ży­łam się je­dy­nie wy­jść do ogro­du, tam czu­wa­ła nade mną Pian­ka i dwie cu­dow­ne oso­by opie­ku­jące się mną ka­żde­go dnia.

Nie wie­rzy­łam w Boga, nie­bo czy pie­kło, ale je­śli coś ta­kie­go rze­czy­wi­ście ist­nia­ło, to ta trój­ka była ze­sła­ny­mi dla mnie anio­ła­mi.

Na­wet nie za­re­je­stro­wa­łam mo­men­tu, w któ­rym za­częli od­wie­dzać mnie co­dzien­nie. Na­gle wtar­gnęli do mo­je­go ży­cia, a ja ze zdzi­wie­niem od­kry­łam, że nie mia­łam nic prze­ciw­ko. Chy­ba pierw­szy raz na­praw­dę za­częłam ich po­trze­bo­wać i otwo­rzy­łam się na nich, wpusz­cza­jąc do swo­je­go ser­ca i domu. Nie mó­wi­łam o uczu­ciach, nie roz­ma­wia­li­śmy o tym, co się wy­da­rzy­ło, po pro­stu spędza­li­śmy wspól­nie czas: ogląda­li­śmy fil­my, go­to­wa­li­śmy czy plot­ko­wa­li­śmy. Czu­łam ulgę, kie­dy byli bli­sko.

Prak­tycz­nie u mnie miesz­ka­li. No­co­wa­li, uczy­li się, je­dli to, co przy­go­to­wa­li ich opie­ku­no­wie, cza­sem sami go­to­wa­li. Zre­zy­gno­wa­li dla mnie z części swo­je­go ży­cia, przez co jed­no­cze­śnie by­łam im wdzi­ęcz­na i czu­łam się pod­le.

Mi­cha­el Bar­nes – za­bój­ca ro­dzi­ców – zo­stał osa­dzo­ny za krat­ka­mi, ale mimo to ni­g­dy nie po­czu­łam się do ko­ńca bez­piecz­na. Me­dia mó­wi­ły, że spraw­ca cier­piał na cho­ro­bę psy­chicz­ną. Zgod­nie z jego pla­nem mia­łam od­kryć cia­ła ro­dzi­ców po prze­jściu wszyst­kich kro­ków z fa­łszy­wej li­sty. Na po­my­sł z taką na­wi­ga­cją wpa­dł dzi­ęki za­in­sta­lo­wa­nym w domu pod­słu­chom, któ­re za­mon­to­wał, po­da­jąc się za zło­tą rącz­kę. Na ory­gi­nal­nej kart­ce nie było nic o ode­bra­niu su­kien­ki ze skle­pu, a wspó­łrzęd­ne mia­ły pro­wa­dzić pro­sto do wy­na­jętej sal­ki uro­dzi­no­wej. Poza tym ja­ki­mś cu­dem za­brał te­le­fon Viv. Na samą myśl, że znaj­do­wał się obok niej, prze­cho­dzi­ły mnie ciar­ki. Ten drań to ist­ny psy­cho­pa­ta.

Za ka­żdym ra­zem, gdy my­śla­łam o tym, że prze­by­wał w na­szym domu, coś ści­ska­ło mnie w brzu­chu. Do­ty­kał na­szych rze­czy, cho­dził po na­szej podło­dze. Cza­sa­mi mia­łam wra­że­nie, że czu­łam w po­wie­trzu obcy za­pach per­fum.

Zo­stał ska­za­ny na do­ży­wo­cie. Kil­ka dni po mor­der­stwie sam zgło­sił się na po­li­cję i po­ka­zał tak dużo do­wo­dów świad­czących o jego wi­nie, że śledz­two szyb­ko zo­sta­ło za­ko­ńczo­ne. Na py­ta­nie, dla­cze­go to zro­bił, stwier­dził, że to była do­bra za­ba­wa. Za­pew­nia­no mnie, że nie mu­szę się ni­cze­go oba­wiać i będę bez­piecz­na, ale nie po­tra­fi­łam przy­jąć tego do świa­do­mo­ści. Mia­łam wra­że­nie, że de­mo­ny cza­iły się wszędzie, na­wet tuż za ro­giem.

Ra­zem z mamą Vi­vien uda­łam się na od­czy­ta­nie te­sta­men­tu. Nie zdzi­wił mnie fakt, że udzia­ły ro­dzi­ców w fir­mie zo­sta­ły prze­ka­za­ne wspó­łpra­cow­ni­kom, a pie­ni­ądze z kon­ta i oszczęd­no­ści od­da­ne fun­da­cji. To było do prze­wi­dze­nia. Zresz­tą nie mia­łam po­jęcia o pra­cy tego typu, więc uzna­łam to za pro­blem z gło­wy.

Mimo wszyst­ko… za­bo­la­ło. Tro­chę. Na­wet zza gro­bu po­sta­no­wi­li mi przy­po­mnieć, że by­łam nie­wy­star­cza­jąca.

Pra­wem dzie­dzi­cze­nia zo­stał mi tyl­ko dom opła­co­ny na dwa lata w przód i to, co się w nim znaj­do­wa­ło. Su­ge­ro­wa­no mi, że­bym go sprze­da­ła i roz­po­częła ży­cie na no­wych fun­da­men­tach, ale nie mo­głam się na to zdo­być. Kil­ka razy chcia­łam wy­brać nu­mer do oso­by zaj­mu­jącej się nie­ru­cho­mo­ścia­mi, lecz nie od­wa­ży­łam się za­dzwo­nić. Nie po­tra­fi­łam zre­zy­gno­wać z ostat­nie­go miej­sca, któ­re łączy­ło mnie w ja­ki­kol­wiek spo­sób z prze­szło­ścią.

Zo­sta­łam jej wi­ęźniem.

Wy­mie­nio­no zam­ki w drzwiach, za­pro­po­no­wa­no za­in­sta­lo­wa­nie alar­mu. Zgo­dzi­łam się od razu. Dało to ma­le­ńką na­miast­kę bez­pie­cze­ństwa. Po­dzie­li­łam się ko­dem je­dy­nie z Viv i Theo.

Po­tem za­częłam czuć coś wi­ęcej niż tyl­ko obez­wład­nia­jącą roz­pacz.

Pew­ne­go dnia chło­pak pal­nął ja­kiś dur­ny żart, któ­ry zwy­czaj­nie mnie roz­ba­wił. Par­sk­nęłam śmie­chem, co we­dług Theo i Viv było prze­ło­mo­wym kro­kiem w ża­ło­bie. I chy­ba rze­czy­wi­ście w tam­tej chwi­li zro­bi­ło mi się lżej na ser­cu. Moja du­sza po­wo­li od­ra­dza­ła się z po­pio­łów.

Z cza­sem za­częli­śmy wspól­nie spa­ce­ro­wać po oko­li­cy, cho­dzić na za­ku­py, a na­wet do kina. Od­wa­ży­łam się wy­jąć tro­chę pie­ni­ędzy ro­dzi­ców z ko­per­ty scho­wa­nej w sy­pial­ni, choć dłu­go się przed tym wstrzy­my­wa­łam.

Na­dal wie­czo­ra­mi zwi­ja­łam się w kłębek i pła­ka­łam, tu­ląc Pian­kę, ale za dnia co­raz częściej wra­ca­łam do nor­mal­no­ści. Od śmier­ci ro­dzi­ców sucz­ka miesz­ka­ła w domu, nie za­mie­rza­łam ni­g­dy wi­ęcej za­my­kać jej w koj­cu. Naj­chęt­niej roz­nio­sła­bym go w drob­ny mak.

Po czte­rech mie­si­ącach mu­sia­łam wró­cić do szko­ły. Omi­nęło mnie za­ko­ńcze­nie roku, prze­sie­dzia­łam całe wa­ka­cje w domu i nie za­częłam ostat­niej kla­sy tak, jak po­zo­sta­li. W pa­ździer­ni­ku dy­rek­cja na­le­ga­ła na za­ko­ńcze­nie na­ucza­nia do­mo­we­go i po­wrót na lek­cje sta­cjo­nar­ne. Dłu­go się przed tym bro­ni­łam, ale w ko­ńcu się zgo­dzi­łam.

– Mu­sisz wró­cić do nor­mal­no­ści, Kate.

Spi­ęłam się lek­ko.

My to zro­bi­li­śmy, Kate.

Viv zer­k­nęła na mnie nie­pew­nie, bo znów wy­msknęło jej się to zdrob­nie­nie. Po­pro­si­łam ich, żeby mó­wi­li Ka­thy, Ka­the­ri­ne, byle nie tak. Przy­ja­ció­łka cza­sa­mi się za­po­mi­na­ła, a wte­dy nie­wi­dzial­na ręka za­ci­ska­ła się na gar­dle, nie­przy­jem­ne uczu­cie ści­ska­ło wnętrz­no­ści, po czym wy­wra­ca­ło je na dru­gą stro­nę. Mia­łam na­wet wra­że­nie, że czu­łam me­ta­licz­ny za­pach krwi.

Sie­dzia­łam na hu­śtaw­ce ogro­do­wej, nogi opa­tu­lał przy­jem­ny w do­ty­ku koc. Vi­vien od­kry­ła ostat­nio nowy płyn do płu­ka­nia, któ­ry spra­wiał, że pra­nie było strasz­nie mi­ęk­kie. Sku­pi­łam się na mi­łej fak­tu­rze i za­pa­chu, by od­go­nić dręczące uczu­cie.

– Będzie­my tam z tobą. – Roz­ło­ży­ła trzy­ma­ny w rękach ręcz­nik, by ener­gicz­nie go wy­trze­pać. Wie­czo­ry by­wa­ły już chłod­ne, ale mimo to na­dal raz w ty­go­dniu wie­sza­ła moje pra­nie na ze­wnątrz. – W tym roku są eg­za­mi­ny. Wszy­scy mu­si­my się przy­ło­żyć, to będzie trud­ny czas.

Wle­pi­łam wzrok w her­ba­tę. Vi­vien mia­ła ra­cję. Pod­czas gdy ja sta­ra­łam się ja­koś prze­trwać, oni nie­ustan­nie mnie nia­ńczy­li. Co praw­da od po­cząt­ku roku szkol­ne­go no­co­wa­li u mnie rza­dziej, ale i tak po­świ­ęca­li mi mnó­stwo cza­su. By­łam tak po­chło­ni­ęta roz­pa­czą, że sta­łam się sa­mo­lub­na. Ze­pchnęłam ich po­trze­by na dal­szy plan, sku­pio­na na nie­na­wi­dze­niu swo­je­go ży­cia.

Tak więc nie dys­ku­to­wa­łam w tej spra­wie. Po pro­stu ze­bra­łam siły i wró­ci­łam do szko­ły w dru­gim ty­go­dniu pa­ździer­ni­ka.

Pierw­szy dzień po tak dłu­giej prze­rwie był… dziw­ny. A ra­czej dziw­nie nor­mal­ny. Viv i Theo przy­szli po mnie przed ósmą. Spa­cer za­jął nam dwa­dzie­ścia mi­nut, bo wca­le się nie śpie­szy­li­śmy. Pod­czas dro­gi nie po­tra­fi­łam zmu­sić się na­wet do wątłe­go uśmie­chu, po pro­stu po­grąży­łam się w my­ślach.

Stre­so­wa­łam się. Bar­dzo.

Prze­sta­łam do­pie­ro w mo­men­cie, kie­dy usia­dłam w ław­ce na pierw­szej lek­cji, a na­uczy­ciel­ka ma­te­ma­ty­ki po pro­stu za­częła pro­wa­dzić za­jęcia. Nie wy­da­rzy­ło się nic nie­ty­po­we­go. Nikt nie py­tał o ro­dzi­ców ani nie szep­tał po kątach, pa­trząc na mnie jak na ko­smit­kę.

– Jak się czu­jesz, Ka­thy? – spy­tał na prze­rwie Theo, wyj­mu­jąc z po­jem­ni­ka na lunch ka­wa­łek zim­nej piz­zy.

Od za­wsze twier­dzi­łam, że z tym czło­wie­kiem było coś nie tak. Bra­ko­wa­ło jesz­cze jego uko­cha­ne­go tu­ńczy­ka. Gdy­by przy­nió­sł go do szko­ły, wsta­ła­bym i po­szła do domu.

Są ja­kieś gra­ni­ce.

– W su­mie nor­mal­nie. To jest jesz­cze dziw­niej­sze, niż gdy­by było nie­nor­mal­nie. – Od­pa­ko­wa­łam ka­nap­kę z fo­lii. Wgry­złam się w chleb, kie­dy po­de­szła do nas Ruby.

– Hej, Theo – przy­wi­ta­ła się z tak sze­ro­kim uśmie­chem, że mo­gła­by grać w se­ria­lu Stam­tąd.

Od­po­wie­dział jej spe­szo­ny, a ona skie­ro­wa­ła uwa­gę na mnie i Viv.

– Cze­ść!

Przy­ja­ció­łka uśmiech­nęła się do niej, mam­ro­cząc pod no­sem „hej”, a ja kiw­nęłam gło­wą. Prze­żu­wa­łam ka­nap­kę, nie spusz­cza­jąc uwa­żne­go wzro­ku z Ruby, pod­czas gdy ona przy­tasz­czy­ła duży puf i opa­dła na mi­ęk­ki ma­te­riał. Przez mo­ment się wier­ci­ła, do­pa­so­wu­jąc wy­pe­łnie­nie do swo­je­go cia­ła. Na ko­niec dmuch­nęła, żeby po­zbyć się wło­sów z twa­rzy, ści­snęła dło­ńmi pro­sto­kąt­ną tor­bę i wle­pi­ła w nas błysz­czące, piw­ne oczy.

– Nie prze­szka­dzam? – spy­ta­ła z prze­jęciem, sku­pia­jąc się głów­nie na mnie. – Wiem o two­ich ro­dzi­cach, strasz­nie, strasz­nie mi przy­kro. Je­śli nie czu­jesz się…

Prze­rwa­ła, gdy mach­nęłam ręką. Prze­łk­nęłam prze­żu­ty chleb, ob­li­za­łam usta.

– Jest okej, nie przej­muj się – uspo­ko­iłam ją.

Ruby prze­nio­sła się do na­szej kla­sy na po­cząt­ku tego se­me­stru, więc jesz­cze nie mia­ły­śmy oka­zji się oso­bi­ście po­znać. Mimo to wie­dzia­łam o niej już chy­ba wszyst­ko, bo często spędza­ła prze­rwy z Viv i Theo. Ostrze­ga­li mnie, że może być tro­chę… przy­tła­cza­jąca. Rze­czy­wi­ście biła od niej moc­na aura, cza­sa­mi spra­wia­ła wra­że­nie na­chal­nej i le­pi­ła się do na­szej trój­ki jak rzep do psie­go ogo­na, ale nie chcia­łam wy­ci­ągać po­chop­nych wnio­sków. To nie jej wina, że się izo­lo­wa­łam i za­wie­ra­nie zna­jo­mo­ści, a tym bar­dziej przy­ja­źni było dla mnie czy­mś, z czym na­dal się oswa­ja­łam.

Dziew­czy­na się roz­po­go­dzi­ła.

– Słu­chaj­cie, my­śla­łam o Hal­lo­we­en. – Ko­lej­ne nie­pew­ne zer­k­ni­ęcie w moją stro­nę. – Mam wi­zję! Dru­ży­na Sco­oby-Doo, co wy na to?

Ja też mia­łam wi­zję. Sie­bie w domu. W dre­sie, z su­shi, przy ja­ki­mś ki­czo­wa­tym hor­ro­rze.

– Theo by­łby Sco­obym? – par­sk­nęłam, za­nim zdąży­łam się po­wstrzy­mać.

Chło­pak po­słał mi mor­der­cze spoj­rze­nie.

– A będą Sco­oby chrup­ki? – spy­tał z prze­ry­so­wa­ną po­wa­gą.

Ruby otwo­rzy­ła usta, żeby coś po­wie­dzieć, ale Vi­vien ją wy­prze­dzi­ła:

– My­śla­łam o Fio­nie ze Shre­ka, ale w su­mie Da­ph­ne… – Wzru­szy­ła ra­mio­na­mi, ba­wi­ąc się ru­dym ko­smy­kiem. Wle­pi­li­śmy w nią zdzi­wio­ne spoj­rze­nia. – No co? Co jest?

– Fio­na? – spy­ta­łam ze zdu­mie­niem. – Cze­mu aku­rat Fio­na, a nie, nie wiem… Ania Shir­ley? Me­ri­da? Albo po pro­stu ja­kiś le­śny elf czy coś?

– I któ­ra Fio­na? Ta z nocy czy z dnia? – wtrącił Theo, na co Vi­vien spio­ru­no­wa­ła go wzro­kiem.

– Chcia­łam coś zie­lo­ne­go – wy­ja­śni­ła krót­ko, na co le­d­wo po­wstrzy­ma­łam roz­ba­wie­nie… w od­ró­żnie­niu od chło­pa­ka. On pra­wie po­pła­kał się ze śmie­chu. – Cho­dzi­ło mi o ubra­nie, głup­ki! – Pac­nęła Theo w ra­mię.

Vi­vien była pi­ęk­na i zie­lo­ny strój zde­cy­do­wa­nie pa­so­wa­ła­by do jej ru­dych wło­sów. Z pew­no­ścią ka­żde z nas my­śla­ło tak samo.

– No do­bra, ale jest was trzy, a w baj­ce są prze­cież tyl­ko Da­ph­ne i Vel­ma. – Słusz­nie za­uwa­żył Theo.

Usta Ruby uło­ży­ły się w li­te­rę O. Prze­ska­ki­wa­ła mi­ędzy nami za­kło­po­ta­nym spoj­rze­niem.

– Ja… – Za­ci­ęła się. – No tak. Trze­ba wy­my­ślić coś in­ne­go. To może… Wiem! – Kla­snęła. – Po pro­stu przyj­dźmy wszy­scy jako te lud­ki ze Squ­id Game!

– Czy ja wiem? – Theo po­dra­pał się po szyi. – Mia­łem inny plan.

– Och… – Ruby ewi­dent­nie roz­cza­ro­wa­ły jego sło­wa. – Chcia­łam… Nie­wa­żne. W su­mie to do­bry po­my­sł. Niech ka­żdy przyj­dzie w tym, w czym będzie się naj­le­piej czuł.

Ob­ser­wo­wa­łam ich wy­mia­nę zdań, opie­ra­jąc się ra­mie­niem o ścia­nę. Od Vi­vien wie­dzia­łam, że ta dwój­ka była w dość skom­pli­ko­wa­nej sy­tu­acji. Ruby za­uro­czy­ła się Theo i my­śla­ła, że on tego nie wie. Na­to­miast my mia­ły­śmy świa­do­mo­ść, że do­sko­na­le zda­wał so­bie spra­wę z jej uczuć, ale nie chciał tego przy­znać, żeby nie psuć mi­ędzy nimi re­la­cji. Trzy­mał to w ta­jem­ni­cy, bo nie od­wza­jem­niał tej fa­scy­na­cji.

– Ja się nie wy­bie­ram – po­in­for­mo­wa­łam ich, żeby prze­kie­ro­wać uwa­gę z wi­docz­nie przy­ga­słej Ruby na sie­bie.

– No daj spo­kój, do­pie­ro co wró­ci­łaś do szko­ły. To nie do­mów­ka, tyl­ko nud­ny bal. Pó­jście na drętwą im­pre­zę szkol­ną to ko­lej­ny krok do… – Ruby prze­rwa­ła, wi­dząc moje za­sko­cze­nie jej otwar­to­ścią. Wbi­ła się głębiej w puf. – W ka­żdym ra­zie faj­nie by­ło­by, gdy­byś przy­szła.

– Tak, cho­dź z nami. – Theo od razu pod­jął te­mat. – Nie ma mowy, że zro­bię to, co pla­nu­ję, je­śli nie przyj­dziesz. Jak ro­bić z sie­bie de­bi­la, to tyl­ko z wa­szą trój­ką.

– Nie­po­trzeb­ny ci do tego ko­stium – wy­mam­ro­ta­ła pod no­sem Vi­vien.

– Sły­sza­łem to!

– Po­mo­że­my ci się przy­go­to­wać i będzie­my z tobą przez cały wie­czór. Nie mu­sisz się ni­czym mar­twić. – Vi­vien wy­ci­ągnęła rękę, jak­by chcia­ła mnie ob­jąć. Cof­nęła ją, za­nim zdąży­ła mnie do­tknąć. Za­miast tego po­sła­ła mi cie­pły uśmiech.

– Po­ga­da­my o tym pó­źniej. – Wy­mi­ga­łam się z roz­mo­wy aku­rat w mo­men­cie, kie­dy wy­brzmiał dźwi­ęk dzwon­ka na lek­cję.

– Masz się po pro­stu do­brze ba­wić, nic wi­ęcej. Prze­my­śl to. – Vi­vien po­ci­ągnęła mnie za­czep­nie za rękaw blu­zy.

Od­po­wie­dzia­łam jej lek­kim uśmie­chem.

Trud­no było mi się sku­pić na resz­cie lek­cji. Na­praw­dę nie chcia­łam iść na ża­den bal, ale dręczy­ło mnie prze­czu­cie, że je­śli tego nie zro­bię, to ich roz­cza­ru­ję.

Po ostat­nich za­jęciach wy­szły­śmy z dziew­czy­na­mi z kla­sy, a chwi­lę pó­źniej do­go­nił nas Theo.

– Idzie­my na su­shi? – spy­ta­ła Vi­vien, cho­wa­jąc ksi­ążki do szaf­ki.

– Tyl­ko je­śli po­tem pój­dzie­my na au­to­ma­ty. – Chło­pak uśmiech­nął się ło­bu­zer­sko, bo do­brze wie­dział, że ka­żda z nas uwa­ża­ła je za nud­ne. On zaś bar­dzo nie lu­bił su­shi.

– Nie mu­sisz iść, jak nie chcesz. – Viv trza­snęła drzwicz­ka­mi szaf­ki. – A wy, dziew­czy­ny?

– Mogę iść, nie mam nic do ro­bo­ty. – Ruby wzru­szy­ła ra­mio­na­mi.

– Ja chy­ba przej­dę się do bi­blio­te­ki – od­po­wie­dzia­łam, na co trzy pary oczu zwró­ci­ły się w moją stro­nę.

– Pój­dzie­my z tobą – za­pro­po­no­wa­ła Vi­vien, zer­ka­jąc na resz­tę. – Praw­da?

– Nie trze­ba, dzi­ęki. Le­ćcie na je­dze­nie, pój­dę z wami in­nym ra­zem. Daw­no nie wi­dzia­łam pani Ho­oge, chcia­łam zo­ba­czyć, co u niej – od­pa­rłam, sta­ra­jąc się za­brzmieć nor­mal­nie, lecz mimo to zo­ba­czy­łam nie­pew­no­ść na twa­rzach przy­ja­ciół. – Dam so­bie radę, se­rio.

Ko­lej­na wy­mia­na spoj­rzeń.

– Jak uwa­żasz, Ka­thy – stwier­dzi­ła nie­prze­ko­na­na Vi­vien. – W ra­zie cze­go dzwoń.

– Ja­sne, dzi­ęki. – Ski­nęłam gło­wą.

Po­że­gna­łam się ze wszyst­ki­mi i zo­sta­łam jesz­cze przez chwi­lę przy szaf­kach. Praw­dę mó­wi­ąc, nie za­mie­rza­łam iść do bi­blio­te­ki, ale to brzmia­ło le­piej niż „nie pój­dę z wami na su­shi, bo za­mie­rzam prze­ry­czeć resz­tę dnia w po­dusz­kę”. Wte­dy na pew­no nie da­li­by mi spo­ko­ju.

Za­ło­ży­łam słu­chaw­ki i włączy­łam Ego Wil­ly’ego Wil­lia­ma, od­ci­na­jąc się od ca­łe­go świa­ta. Spa­ce­ru­jąc nie­spiesz­nym kro­kiem, le­d­wo po­wstrzy­my­wa­łam się od śpie­wa­nia. Wy­sta­wi­łam bla­dą twarz do je­sien­ne­go sło­ńca. Cie­szy­łam się, że o tej po­rze roku mo­głam ro­bić to bez kon­se­kwen­cji. La­tem naj­częściej cho­wa­łam się w cie­niu przez nad­mier­nie wra­żli­wą skó­rę.

Pi­ęk­na po­go­da w akom­pa­nia­men­cie ulu­bio­nej mu­zy­ki po­win­na po­pra­wić mi hu­mor, ale za­miast tego wpra­wi­ła mnie w no­stal­gicz­ny na­stój.

Pół go­dzi­ny pó­źniej prze­kręci­łam klucz w zam­ku że­la­znej furt­ki. We­szłam na te­ren po­sia­dło­ści i uda­łam się bru­ko­wa­ną ście­żką do domu. Po dro­dze zer­k­nęłam na kwia­ty ro­snące w ogród­ku. Vi­vien ra­zem z jej mamą upa­rły się, że będą go do­glądać, ja nie mia­łam do tego gło­wy ani chęci. Za­sta­na­wia­łam się, czy trze­ba pod­lać ro­śli­ny. Je­sień w Da­ver­ton od sa­me­go po­cząt­ku była moc­no desz­czo­wa, więc uzna­łam, że chy­ba nie.

Gdy tyl­ko prze­kro­czy­łam próg, przy­wi­tał mnie zim­ny, mo­kry no­chal i ogon mer­da­jący tak szyb­ko, że jesz­cze chwi­la i by od­le­ciał. Szczęśli­wy psiak w domu to naj­pi­ęk­niej­szy wi­do­k, jaki tyl­ko ist­niał.

– Cze­ść, Pia­nu­siu. Co tam dzi­siaj po­ra­bia­łaś? – Gła­ska­łam ucie­szo­ne­go owczar­ka po gło­wie, jed­no­cze­śnie szu­ka­jąc smy­czy w szu­fla­dzie. – Daw­no nie by­łaś sama tyle cza­su, co?

Przy­pi­ęłam smycz do ob­ro­ży i wy­szły­śmy. Spa­cer nie trwał dłu­go, bo za­sko­czył mnie deszcz. Sza­re chmu­ry przy­pro­wa­dzi­ły ze sobą nie­przy­jem­ny, chłod­ny wiatr. Zdąży­ły­śmy prze­jść za­le­d­wie dwie uli­ce, za­nim za­wró­ci­ły­śmy.

Roz­pa­da­ło się na amen.

Po­bie­gły­śmy z Pian­ką pędem w stro­nę domu. Ci­ężko sa­pi­ąc, za­trzy­ma­łam się na za­da­szo­nym ta­ra­sie. Po mie­si­ącach le­że­nia w łó­żku nie mia­łam kon­dy­cji, przez co mój od­dech rwał się na­wet po tak krót­kim bie­gu. Pies wpa­try­wał się we mnie jak­by ze zdzi­wie­niem, po czym za­czął się otrze­py­wać. Pi­snęłam, ob­ry­wa­jąc bło­tem.

– Dzi­ęki. Ser­decz­ne dzi­ęki – fuk­nęłam, pusz­cza­jąc zwie­rzę przo­dem.

We­szły­śmy do środ­ka. Za­zwy­czaj wi­ta­ła mnie głu­cha ci­sza, lecz tym ra­zem dom wy­pe­łnił się stu­ko­tem desz­czo­wych kro­pel, przez co zro­bi­ło się bar­dzo kli­ma­tycz­nie.

Zdjęłam mo­kre buty, mój wzrok po­wędro­wał do błot­ni­stych śla­dów na pa­ne­lach. Od­ru­cho­wo się spi­ęłam na ten wi­dok, ale za­raz się uspo­ko­iłam.

Nikt cię nie skar­ci. Nikt już nie usta­la za­sad.

Za­wo­ła­łam Pian­kę, ra­zem po­szły­śmy do ła­zien­ki na par­te­rze. Zdjęłam spodnie i skar­pet­ki, zo­sta­łam w sa­mej bie­li­źnie i le­pi­ącej się do cia­ła ko­szul­ce. We­szłam do prze­szklo­ne­go prysz­ni­ca w tym sa­mym mo­men­cie, w któ­rym wło­cha­ty de­zer­ter za­czął wy­co­fy­wać się z po­miesz­cze­nia. Pod­pa­rłam się pod boki.

– No, wska­kuj. Nie myśl, że cię to omi­nie.

Pian­ka od­wró­ci­ła się i prze­kręci­ła lek­ko łeb, wsłu­chu­jąc się w moje sło­wa. Wes­tchnęłam, uświa­do­miw­szy so­bie, że prze­cież nie ro­zu­mia­ła wszyst­kie­go, co do niej mó­wi­łam.

– Do mnie – wy­da­łam ko­men­dę, któ­rą od razu zro­zu­mia­ła. Wle­cia­ła bły­ska­wicz­nie do ka­bi­ny, a ja za­mknęłam za nią szkla­ne drzwicz­ki.

Pod­czas my­cia Pian­ka jak zwy­kle pró­bo­wa­ła chwy­cić zęba­mi stru­mień wody ze słu­chaw­ki prysz­ni­co­wej, co skut­ko­wa­ło sal­wa­mi śmie­chu. Mój pies był naj­częst­szym po­wo­dem ra­do­ści.

Po my­ciu osu­szy­łam ciem­ną sie­rść ręcz­ni­kiem, a na­stęp­nie wy­pu­ści­łam mo­krą be­stię z ła­zien­ki. Przy­sze­dł czas na mnie.

Zrzu­ci­łam z sie­bie resz­tę ciu­chów, wło­ży­łam je do pral­ki i we­szłam pod prysz­nic. Gęsta para w mig po­kry­ła wszyst­kie szy­by.

Sta­łam w bi­czu­jącym skó­rę stru­mie­niu wody i my­śla­łam o prze­szło­ści. Wspo­mi­na­łam. Po­zwo­li­łam łzom zmie­szać się z wodą zni­ka­jącą w od­pły­wie prysz­ni­ca. Nie chcia­łam ich wi­dzieć.

Za­mknęłam oczy, po­chy­li­łam gło­wę. Pod­pa­rłam się ręko­ma o ka­fel­ki. Mia­łam wra­że­nie, że za­raz się prze­wró­cę.

Przed ocza­mi sta­nął ob­raz z tam­te­go dnia. Ro­dzi­ce le­żący na zie­mi. Krew. Po­zy­tyw­ka.

Wie­le od­da­ła­bym, żeby spędzić z nimi choć jed­ną, krót­ką chwi­lę. Za­py­tać „dla­cze­go?”.

Nie wol­no było im od­cho­dzić. Jesz­cze nie te­raz.

Za­ci­snęłam zęby i wzi­ęłam kil­ka głębo­kich wde­chów. Za­kręci­łam wodę, po czym si­ęgnęłam po mi­ęk­ki, bia­ły ręcz­nik. Myśl o Vi­vien ro­bi­ącej pra­nie na mo­ment roz­go­ni­ła po­nu­re wspo­mnie­nia.

Chwi­lę pó­źniej sie­dzia­łam w sa­lo­nie w lu­źnej, czar­nej ko­szul­ce i dre­sach. Wil­got­ne wło­sy mo­czy­ły ubra­nie, ale zu­pe­łnie się tym nie przej­mo­wa­łam.

Trzy­ma­łam w rękach sze­lesz­czący bli­ster.

To ostat­ni raz.

Po­łk­nęłam ma­le­ńką pi­gu­łkę bez po­pi­ja­nia wodą. Uśmiech­nęłam się cierp­ko na myśl o tym, co po­wie­dzie­li­by ro­dzi­ce. Sie­dzia­łam sama w sa­lo­nie, w rękach mia­łam dwie de­fi­ni­cje swo­jej sła­bo­ści: ta­blet­ki i pacz­kę pa­pry­ko­wych chip­sów. Ob­raz god­ny po­ża­ło­wa­nia.

– Chrza­ńcie się. Już was nie ma, więc gów­no ma­cie do po­wie­dze­nia – wy­plu­łam sło­wa, po któ­rych wca­le nie zro­bi­ło mi się le­piej.

Nie za­re­je­stro­wa­łam mo­men­tu, w któ­rym po­kój za­czął zni­kać. De­lek­to­wa­łam się chwi­lą, pod­czas któ­rej w mo­jej gło­wie nie było żad­nych gło­sów: ani tych do­łu­jących, ani kar­cących. Zo­sta­ła tyl­ko ciem­na pust­ka, a za oknem ulew­ny deszcz, któ­re­mu to­wa­rzy­szył przy­jem­ny szum.

Obu­dzi­łam się, gdy Pian­ka za­częła szcze­kać. Za­mglo­ny wzrok od­na­la­zł brązo­wy punkt wpa­tru­jący się w drzwi we­jścio­we.

– Co jest? – spy­ta­łam, ale oczy­wi­ście nie do­cze­ka­łam się od­po­wie­dzi. Pian­ka na­dal upo­rczy­wie uja­da­ła, ma­cha­jąc ostrze­gaw­czo ogo­nem. – Ktoś tam jest?

Wsta­łam, prze­cie­ra­jąc opuch­ni­ęte po­wie­ki. Po­de­szłam do okna i od­su­nęłam za­sło­nę, spo­dzie­wa­jąc się zo­ba­czyć nie­za­po­wie­dzia­ne­go go­ścia. O tej go­dzi­nie bez uprze­dze­nia zja­wić się mo­gli je­dy­nie moi przy­ja­cie­le.

Zmru­ży­łam oczy, wpa­tru­jąc się w ciem­no­ść, ale nie uda­ło mi się ni­ko­go do­strzec.

– No do­bra, ci­chut­ko już. Ni­ko­go tam nie ma – zwró­ci­łam się do nie­spo­koj­ne­go psa i za­sło­ni­łam z po­wro­tem okno.

Wte­dy usły­sza­łam dzwo­nek do drzwi. Pian­ka za­częła szcze­kać jesz­cze gło­śniej, in­ten­syw­nie wpa­tru­jąc się w je­den punkt.

– Pian­ka, do mnie.

Przy­bie­gła, po­war­ku­jąc ci­cho. Ra­zem po­de­szły­śmy do drzwi. Z nie­po­ko­jem za­sta­na­wia­łam się, ja­kim cu­dem ktoś zdo­łał we­jść na po­se­sję. Za­wsze za­my­ka­łam bra­mę na klucz.

Wy­gląda­jąc przez wi­zjer, za­uwa­ży­łam, że furt­ka ko­ły­sa­ła się na wie­trze.

Była otwar­ta.

– Cho­le­ra… – syk­nęłam.

Upew­ni­łam się, że drzwi są za­mkni­ęte na klucz, po czym od­su­nęłam się od we­jścia.

Pian­ka ob­ser­wo­wa­ła bacz­nie ka­żdy mój krok, a ja wie­dzia­łam, że w ra­zie gdy­by ktoś wda­rł się do domu, to była go­to­wa do ata­ku. Jed­nak to nie wy­star­czy­ło. Nie mia­łam za­mia­ru jej na­ra­żać.

Szyb­kim kro­kiem uda­łam się do kuch­ni. Po­de­szłam do wy­spy i za­nur­ko­wa­łam dło­nią pod blat. Po chwi­li wy­ma­ca­łam zim­ny me­tal, lek­kim szarp­ni­ęciem od­kle­iłam go od ka­mien­nej po­wierzch­ni. Z klu­czem w dło­ni po­de­szłam do szaf­ki przy lo­dów­ce, po czym uży­łam go do otwar­cia środ­ko­wej szu­fla­dy. Wy­jęłam z niej wła­sno­ść ojca, któ­rej ni­g­dy nie chcia­łam użyć.

Tyl­ko na se­kun­dę za­wie­si­łam wzrok na pi­sto­le­cie w mo­jej dło­ni. Po krót­kiej chwi­li wa­ha­nia zro­bi­łam to, cze­go go­dzi­na­mi uczy­łam się z In­ter­ne­tu: prze­ła­do­wa­łam go, od­bez­pie­czy­łam i ru­szy­łam do drzwi. Ści­snęłam moc­no broń. Mia­łam wra­że­nie, że zim­no sta­li prze­ni­ka­ło aż do ko­ści.

Gdy zła­pa­łam za klam­kę, po­now­nie roz­le­gł się dzwo­nek. Pra­wie pod­sko­czy­łam ze stra­chu.

– Halo? Jest pani w domu? Li­sto­nosz! – ode­zwał się zna­jo­my głos.

Wy­pu­ści­łam z płuc po­wie­trze, któ­re wstrzy­my­wa­łam od dłu­ższej chwi­li. Czu­łam spły­wa­jącą po ple­cach kro­plę zim­ne­go potu, a nogi się pode mną ugi­ęły.

Po­śpiesz­nie scho­wa­łam za­bez­pie­czo­ną broń z po­wro­tem do szu­fla­dy, po czym otwo­rzy­łam drzwi. Zim­ny wiatr wtar­gnął do środ­ka, przy­no­sząc przy­jem­ne uczu­cie ulgi.

– Wy­stra­szył mnie pan! Nie wi­dzia­łam pana przez wi­zjer – po­wie­dzia­łam z na­pi­ęciem do li­sto­no­sza sto­jące­go na ta­ra­sie.

– Prze­pra­szam, Kate, cho­wa­łem się przed desz­czem – od­po­wie­dział, na­ci­ąga­jąc moc­niej kap­tur na gło­wę. Za­ci­snęłam zęby na dźwi­ęk zdrob­nie­nia. – Bra­ma była otwar­ta, więc po­my­śla­łem, że wej­dę, że­byś nie mu­sia­ła mok­nąć.

Zmu­si­łam się do uśmie­chu, wy­ra­ża­jąc wdzi­ęcz­no­ść star­sze­mu mężczy­źnie. Pan Fo­ster to eme­ryt do­ra­bia­jący na roz­no­sze­niu pocz­ty. Zdąży­łam za­mie­nić z nim kil­ka słów, od­kąd prze­pro­wa­dzi­łam się do Da­ver­ton, a że był strasz­nym ga­du­łą, to zna­łam pra­wie cały jego ży­cio­rys.

– Co się sta­ło, że pra­cu­je pan tak pó­źno?

– Ze­psuł mi się dzi­siaj ro­wer, więc przez tego skur­czy­by­ka mam po uszy ro­bo­ty. – Mach­nął ręką z iry­ta­cją.

– Mam na­dzie­ję, że szyb­ko uda się sko­ńczyć.

Wzi­ęłam od nie­go ko­re­spon­den­cję, na któ­rą skła­da­ło się kil­ka ra­chun­ków, pod­pi­sa­łam od­biór i się po­że­gna­łam. Za­mknęłam drzwi na klucz, po czym uda­łam się do sa­lo­nu. Usia­dłam na mi­ęk­kiej ka­na­pie obok pu­stej pacz­ki po chip­sach. Do­pie­ro wte­dy po­czu­łam, jak stres za­czął od­pusz­czać, a mi­ęśnie na ca­łym cie­le roz­lu­źnia­ły się stop­nio­wo. Przez tę sy­tu­ację po­zo­sta­łam strasz­nie spi­ęta.

Prze­gląda­łam prze­sy­łki, aż na­tra­fi­łam na coś cie­ka­we­go. Unio­słam ko­per­tę bez da­nych nadaw­cy. Wid­niał na niej je­dy­nie mój ad­res i imię.

„Ka­the­ri­ne”.

To jed­no sło­wo bu­dzi­ło we mnie nie­zro­zu­mia­ły nie­po­kój.

Za­mru­ga­łam dwa razy, po czym otwo­rzy­łam prze­sy­łkę. W środ­ku znaj­do­wa­ła się zgi­ęta wpół bia­ła kart­ka, a na niej tre­ść na­dru­ko­wa­na czar­nym tu­szem.

Twoi ro­dzi­ce nie zdąży­li spła­cić ca­łe­go dłu­gu. Masz do­kład­nie czter­na­ście dni na ze­bra­nie pierw­szych dzie­si­ęciu ty­si­ęcy, je­śli nie chcesz do nich do­łączyć. Zo­sta­wisz je w ko­per­cie na ich gro­bie, a na­stęp­nie wró­cisz pro­sto do domu.

Zmarsz­czy­łam brwi. By­łam pew­na, że ktoś po­sta­no­wił zro­bić mi cho­ler­nie nie­śmiesz­ny żart, ale wte­dy z ko­per­ty wy­pa­dło coś jesz­cze.

Pod­nio­słam przed­miot z ko­lan i gwa­łtow­nie wci­ągnęłam po­wie­trze do płuc. Po­czu­łam, jak do oczu na­pły­nęły mi łzy, a ser­ce za­bi­ło moc­niej.

Trzy­ma­łam w dło­niach srebr­ny na­szyj­nik mo­jej mamy.

3

Na­szyj­nik, któ­ry do­sta­łam wraz z gro­źbą, był jed­ną z cen­nych pa­mi­ątek ro­dzin­nych. Mat­ka za­kła­da­ła go rzad­ko, za­zwy­czaj na wy­jąt­ko­we oka­zje, ta­kie jak fir­mo­we ban­kie­ty czy wy­jścia do re­stau­ra­cji z wa­żny­mi wspól­ni­ka­mi. Naj­częściej jed­nak wi­dy­wa­łam go na por­ce­la­no­wym sto­ja­ku w kszta­łcie po­łów­ki ko­bie­cej twa­rzy. Był scho­wa­ny w za­mkni­ętej na klu­czyk szkla­nej sza­fie, tam trzy­ma­ła wi­ęk­szo­ść kosz­tow­no­ści, w tym bi­żu­te­rię.

Nie­raz jako dziec­ko za­kra­da­łam się do jej sy­pial­ni, żeby z wy­pie­ka­mi na twa­rzy po­dzi­wiać znaj­du­jący się za szy­bą czar­ny bry­lant w kszta­łcie ser­ca oto­czo­ny szes­na­sto­ma ma­le­ńki­mi dia­men­ta­mi. Wy­obra­ża­łam so­bie, że za­kła­dam ła­ńcu­szek z bia­łe­go zło­ta, wkła­dam prze­pi­ęk­ną suk­nię i wy­ru­szam na bal, gdzie po­zna­ję przy­stoj­ne­go, ciem­no­okie­go ksi­ęcia, a całe moje ży­cie się od­mie­nia jak w baj­ce o Kop­ciusz­ku.

Kie­dyś ukrad­kiem po­dej­rza­łam, gdzie cho­wa­li klu­czyk. Raz na­wet od­wa­ży­łam się wy­jąć na­szyj­nik z sza­fy. Samo to, że trzy­ma­łam w dło­niach coś tak wa­żne­go, spra­wia­ło, że w nocy nie mo­głam za­snąć. Mama na szczęście ni­g­dy się o tym nie do­wie­dzia­ła. A może to świa­do­mo­ść, że mo­gła się do­wie­dzieć spra­wia­ła, że nie spa­łam? Nie pa­mi­ęta­łam.

Ja­kim cu­dem ta bi­żu­te­ria zna­la­zła się u ko­goś ob­ce­go? I dla­cze­go w ogó­le do mnie wró­ci­ła?

Był wart tyle, że za­pła­ci­ła­bym ra­chun­ki za dom na kil­ka na­stęp­nych mie­si­ęcy, a jed­nak ktoś po­sta­no­wił go wy­słać w ra­mach gro­źby, za­miast sprze­dać. Jak wiel­ki w ta­kim ra­zie był dług ro­dzi­ców, sko­ro ta bły­skot­ka nie wy­star­czy­ła na jego spła­tę? A może wca­le nie cho­dzi­ło o pie­ni­ądze?

Po prze­czy­ta­niu tam­te­go li­ści­ku od razu po­de­rwa­łam się z ka­na­py i szyb­kim, pew­nym kro­kiem po­szłam do sy­pial­ni ro­dzi­ców. Otwo­rzy­łam drzwi i sta­nęłam w pro­gu. Rzad­ko mia­łam oka­zję wcho­dzić do ich po­ko­ju, za­wsze ro­bi­łam to bez ni­czy­jej wie­dzy. Ostat­ni raz by­łam tam kil­ka dni po ich śmier­ci, w tam­tym mo­men­cie na­szyj­nik po­zo­stał na swo­im miej­scu. Sie­dzia­łam wte­dy na podło­dze, wpa­tru­jąc się w nie­go i wdy­cha­jąc cy­tru­so­wą woń ulu­bio­nych per­fum ojca, któ­ra wci­ąż uno­si­ła się w po­wie­trzu.

Pó­źniej za­pach znik­nął. Zo­sta­ło tyl­ko mgli­ste wspo­mnie­nie ży­cia, któ­re nie­gdyś biło w tym po­miesz­cze­niu.

Po­de­szłam do sza­fy z bi­żu­te­rią, por­ce­la­no­wa po­ło­wa twa­rzy ły­pa­ła czuj­nym okiem, jak­by ob­wi­nia­ła mnie o brak na­szyj­ni­ka. Otwo­rzy­łam drzwicz­ki i oce­ni­łam, czy zgi­nęło coś jesz­cze. Wszyst­ko inne było na swo­im miej­scu. Za­mknęłam me­bel, marsz­cząc brwi. Więc nie cho­dzi­ło o samą kra­dzież. Na­szyj­nik miał po­słu­żyć za gro­źbę i uświa­do­mić mi, że nie mo­głam czuć się bez­piecz­nie we wła­snych czte­rech ścia­nach.

Wzi­ęli go z mo­je­go domu.

Ta myśl ude­rzy­ła we mnie z mocą roz­pędzo­ne­go po­ci­ągu. Wcze­śniej ogar­nęła mnie zło­ść z po­wo­du szan­ta­żu i kra­dzie­ży, ale do­pie­ro te­raz zda­łam so­bie spra­wę z cze­goś tak oczy­wi­ste­go. Ktoś wsze­dł do mo­je­go domu i za­brał wła­sno­ść mamy mimo za­mon­to­wa­nia alar­mu an­ty­wła­ma­nio­we­go oraz wy­mia­ny zam­ków.

Od razu wró­ci­łam do sa­lo­nu, za­dzwo­ni­łam do fir­my ochro­niar­skiej i po­pro­si­łam o wy­kaz wpi­sy­wa­nia ko­dów. Za­pew­nio­no, że urządze­nie cały czas dzia­ła­ło i nie zo­sta­ło uszko­dzo­ne. Chwi­lę pó­źniej do­sta­łam plik na ma­ila. Dłu­go ana­li­zo­wa­łam ka­żdy wiersz z datą i go­dzi­ną, ale nie po­tra­fi­łam przy­wo­łać w pa­mi­ęci wszyst­kich chwil, w któ­rych ja albo po­zo­sta­ła dwój­ka wy­łącza­li­śmy alarm. To było jak błądze­nie we mgle.

Po­spiesz­nie uda­łam się do drzwi. Nie zna­łam się na ta­kich urządze­niach, ale wy­ma­ca­łam je i zaj­rza­łam do ka­żdej szpar­ki, cho­ciaż nie wie­dzia­łam na­wet, cze­go szu­kać. Po chwi­li się pod­da­łam.

Wszyst­ko wy­gląda­ło w po­rząd­ku.

Przez se­kun­dę prze­szło mi przez myśl, że może to Viv albo The­odor, ale nie wzi­ęłam tego na po­wa­żnie. Nie chcia­łam. Nie mo­głam. Nie oni.

Nie umia­łam sprze­dać domu, ale jed­no­cze­śnie nie po­tra­fi­łam w nim zo­stać. Prze­szu­ka­łam In­ter­net, żeby zo­rien­to­wać się w ce­nie wy­naj­mu ka­wa­ler­ki. Je­śli wy­na­jęła­bym coś dłu­go­ter­mi­no­wo albo prze­nio­sła się do mo­te­lu, to mu­sia­ła­bym rzu­cić szko­łę i pra­co­wać na pe­łen etat. Prze­cież po­trze­bo­wa­łam też pie­ni­ędzy na je­dze­nie dla sie­bie i Pian­ki, na środ­ki hi­gie­ny i tak da­lej. Może da­ła­bym radę uszczu­plić wy­dat­ki i wy­ko­rzy­stać go­tów­kę po­zo­sta­łą w domu, ale to roz­wi­ąza­nie na krót­ką metę. Co po­tem?

Roz­ma­so­wa­łam skro­nie i przy­mknęłam zmęczo­ne oczy. Wo­la­ła­bym nie an­ga­żo­wać w to ni­ko­go, ale nie mia­łam wy­bo­ru. Po­sta­no­wi­łam na­za­jutrz po­pro­sić Viv albo Theo o przy­gar­ni­ęcie mnie pod swój dach do cza­su, aż nie wy­my­ślę cze­goś lep­sze­go.

Tam­tej nocy pra­wie w ogó­le nie spa­łam. Wsłu­chi­wa­łam się w gro­bo­wą ci­szę prze­ry­wa­ną je­dy­nie spo­koj­nym od­de­chem Pian­ki. Kil­ka razy mia­łam wra­że­nie, że sły­sza­łam kro­ki na ko­ry­ta­rzu, ale po spraw­dze­niu ca­łe­go domu, z psem u nogi i bro­nią w ręku, ni­ko­go nie od­na­la­złam.

Z sa­me­go rana by­łam zbyt zmęczo­na i zde­ner­wo­wa­na, żeby w ogó­le my­śleć o wy­bra­niu się do szko­ły. Za­miast tego po­szłam na pocz­tę.

– Przy­kro mi, ale nie wol­no mi udo­stęp­nić na­grań. Tak jak mó­wi­łam, pro­szę się zgło­sić na po­li­cję. Tyl­ko im mo­że­my wy­dać re­je­stry z ka­mer – oznaj­mi­ła mło­da ko­bie­ta sie­dząca po dru­giej stro­nie szy­by.

– Dzi­ęku­ję – rzu­ci­łam, od­wró­ci­łam się na pi­ęcie i po­śpiesz­nie wy­szłam z pocz­ty.

By­łam wście­kła.

Gdy­bym do­sta­ła do­stęp do za­pi­sów z ka­mer, to prze­sie­dzia­ła­bym tam cały dzień albo na­wet i dłu­żej, żeby tyl­ko zo­ba­czyć, kto wy­słał ten cho­ler­ny list.

Już wcze­śniej po­dej­rze­wa­łam, że nikt nie po­ka­że mi na­grań ot tak. Wstyd się przy­znać, ale mia­łam na­dzie­ję, że we­zmę pra­cow­ni­ka pocz­ty na li­to­ść. Li­czy­łam na to, że będzie ko­ja­rzył mnie z te­le­wi­zji albo ga­zet. Śmie­rć ro­dzi­ców nie prze­szła bez echa. Przez pierw­szy mie­si­ąc ten te­mat po­zo­sta­wał na ustach miesz­ka­ńców, a w me­diach i pra­sie był sze­ro­ko ko­men­to­wa­ny jako strasz­na tra­ge­dia w Da­ver­ton. Mimo że mia­sto nie na­le­ża­ło do naj­spo­koj­niej­szych, to wy­da­rze­nie wy­jąt­ko­wo wstrząsnęło lo­kal­ną spo­łecz­no­ść. Prze­cież sza­no­wa­na, bo­ga­ta i wa­żna ro­dzi­na Ha­rvey była nową dumą tego miej­sca.

Wszy­scy ode­tchnęli z ulgą, gdy spraw­ca sam zgło­sił się na po­li­cję. Miesz­ka­ńcy nie mie­li się już cze­go oba­wiać, więc te­mat uci­chł, za­stąpio­ny ko­lej­ny­mi in­te­re­su­jący­mi no­win­ka­mi, ta­ki­mi jak po­ja­wie­nie się stra­ga­nu z eko­lo­gicz­ny­mi jaj­ka­mi na ryn­ku czy przy­ła­pa­nie przez dzien­ni­kar­kę gu­ber­na­to­ra na zdra­dzie.

Nie­ste­ty mój plan nie wy­pa­lił. Ko­bie­ta pra­cu­jąca na po­czcie nie zgo­dzi­ła się na udo­stęp­nie­nie na­grań. Po­zo­sta­ło je­dy­nie po­cze­kać na Viv i Theo, a po­tem iść na po­li­cję. Po­trze­bo­wa­łam ich wspar­cia przed tym kro­kiem.

Ta po­trze­ba dała mi do my­śle­nia. W któ­rym mo­men­cie prze­sta­łam być „Ka­the­ri­ne wszyst­ko sama” i sta­łam się „Ka­the­ri­ne i przy­ja­cie­le”? Czy to ozna­cza­ło sła­bo­ść, czy wła­śnie siłę, bo po­tra­fi­łam za­ufać i wpu­ścić ko­goś do swo­je­go ży­cia?

Po po­wro­cie z pocz­ty od razu skie­ro­wa­łam się do po­ko­ju ro­dzi­ców. Za­mknęłam za sobą drzwi, po czym osu­nęłam się na podło­gę. Chcia­łam od­ci­ąć się od ca­łe­go świa­ta.

Cie­płe łzy spły­wa­ły po po­licz­kach, two­rzy­ły wo­do­spa­dy żalu, cier­pie­nia i bez­rad­no­ści. Z gar­dła wy­do­był się nie­kon­tro­lo­wa­ny szloch, po któ­rym już nie po­wstrzy­my­wa­łam emo­cji. Krzy­cza­łam, za­ta­pia­jąc dło­nie we wło­sach.

To nie po­win­no tak wy­glądać.

Wszyst­ko, co mnie ota­cza­ło, wy­gląda­ło tak, jak­by miesz­ka­ńcy tego po­ko­ju wy­szli na chwi­lę z za­mia­rem ry­chłe­go po­wro­tu. Szla­frok prze­wie­szo­ny przez krze­sło cze­kał na wła­ści­cie­la, tak samo jak bu­tel­ka nie­do­pi­tej wody na ma­ho­nio­wym biur­ku.

To nie mia­ło się tak sko­ńczyć. Może jesz­cze kil­ka lat temu cie­szy­ła­bym się z ich śmier­ci, ale od ja­kie­goś cza­su mia­łam zu­pe­łnie inny plan.

Nie­ste­ty, moi ro­dzi­ce po raz ko­lej­ny zro­bi­li mi na zło­ść.

– Zgło­sisz to na po­li­cję? – spy­tał Theo, wy­ra­źnie roz­e­mo­cjo­no­wa­ny opo­wie­ścią o ta­jem­ni­czej gro­źbie.

Vi­vien rów­nież była po­ru­szo­na, ale wy­da­wa­ła się bar­dziej prze­stra­szo­na niż zła.

Grze­ba­łam wi­del­cem w ziem­nia­cza­nym pu­rée, two­rząc pro­wa­dzące do­ni­kąd ście­żki. Sie­dzie­li­śmy we trój­kę przy wy­spie ku­chen­nej, je­dząc po­si­łek. Theo przy­go­to­wy­wał ka­nap­ki z szyn­ką, a Vi­vien zro­bi­ła to­sty. Ja zaś od­grza­łam so­bie na pa­tel­ni obiad z po­przed­nie­go dnia.

– Tak. Ktoś wła­mał się do domu, a ja na­wet nie mia­łam o tym po­jęcia. Za­wsze za­my­kam wszyst­kie drzwi na klucz, a alarm zo­stał uru­cho­mio­ny, więc ja­kim cu­dem wsze­dł do środ­ka? Ko­mi­nem? A po­tem za­cza­ro­wał sys­tem an­ty­wła­ma­nio­wy? – Roz­ło­ży­łam bez­rad­nie ręce.

– Świ­ęty Mi­ko­łaj to ra­czej nie był. Może kie­dyś przy­pad­kiem zo­sta­wi­łaś otwar­te drzwi albo bal­kon? – do­py­ty­wał Theo, ner­wo­wo stu­ka­jąc pal­ca­mi o blat.

– Alarm by to wy­ła­pał.

– W ta­kim ra­zie jest do kitu. Wy­mień go – po­le­cił.

Ski­nęłam gło­wą.

– Nie po­da­li­ście ni­ko­mu kodu, praw­da? Ani nie za­pi­sa­li­ście go tak, żeby ktoś mógł prze­czy­tać? – za­py­ta­łam ostro­żnie. Nie chcia­łam, żeby za­brzmia­ło to jak ob­wi­nia­nie.

– Nie no, coś ty – odpo­wie­dział od razu Theo.

Vi­vien je­dy­nie po­kręci­ła gło­wą, po czym sko­ńczy­ła jeść i po­wie­dzia­ła:

– W ka­żdym ra­zie, tak jak roz­ma­wia­li­śmy, na ra­zie zo­sta­niesz u mnie. – Po­de­szła do zle­wu i za­częła zmy­wać na­czy­nia. Mia­łam zmy­war­kę, ale ona za­wsze upar­cie ro­bi­ła to ręcz­nie. Twier­dzi­ła, że to kwe­stia przy­zwy­cza­je­nia.

– Ja­sne, dzi­ęku­ję. Może szyb­ko znaj­dą tego gno­ja po od­ci­skach pal­ców czy coś – oznaj­mi­łam bez prze­ko­na­nia.

Bar­dzo się cie­szy­łam, że po­miesz­kam chwi­lę u przy­ja­ció­łki, ale nie po­tra­fi­łam tego oka­zać. Nie było mowy o tym, że­bym spędzi­ła ko­lej­ną bez­sen­ną noc w domu, do któ­re­go ktoś się wła­mał, nie zo­sta­wia­jąc żad­nych śla­dów. Gdy Viv i Theo przy­szli, od razu za­py­ta­łam o mo­żli­wo­ść no­co­wa­nia u któ­re­goś z nich. Zgo­dzi­li się bez pro­ble­mu. A w mo­jej gło­wie znów po­ja­wi­ła się myśl, że nie za­słu­ży­łam na ta­kich przy­ja­ciół.

Po wspól­nym po­si­łku za­mknęłam się w ła­zien­ce. Zdej­mu­jąc dre­so­wą blu­zę, my­śla­łam o tym, co po­wie­dzieć na ko­mi­sa­ria­cie, przez to za­ga­pi­łam się i za­po­mnia­łam od­wró­cić od lu­stra. Wes­tchnęłam. Chcia­łam się usta­wić do nie­go ty­łem, ale coś mnie po­wstrzy­ma­ło.

Za szkłem wpa­try­wa­ła się we mnie po­stać, któ­ra wy­da­wa­ła się obca, choć bar­dzo do­brze ją zna­łam.

Brązo­we wło­sy spły­wa­ły ka­ska­da­mi wzdłuż cia­ła. Przy na­sa­dzie były zu­pe­łnie pro­ste, a do­pie­ro na wy­so­ko­ści bro­dy za­czy­na­ły się fa­lo­wać. Po­dob­ne jak u mamy, buj­ne i fa­lo­wa­ne. To chy­ba je­dy­ny „po­da­ru­nek” od niej, z któ­re­go się cie­szy­łam.

Si­ńce pod ocza­mi przy­bra­ły sza­ro­fio­le­to­wy od­cień, co w po­łącze­niu z prze­krwio­ny­mi bia­łka­mi i bla­dą cerą spra­wia­ło, że wy­gląda­łam jak zom­bie. By­łam przy­zwy­cza­jo­na do tego ob­raz­ka, to­wa­rzy­szył mi nie­ustan­nie od po­nad roku. Na­wet nie mia­łam na­dziei na to, że kie­dyś uj­rzę w lu­strze zdro­wą, ra­do­sną twarz i błysz­czące oczy.

Po­wio­dłam wzro­kiem po wy­chu­dzo­nym cie­le. Nie chcia­łam tego wi­dzieć, jed­nak nie po­tra­fi­łam prze­stać pa­trzeć. Gdy do­ta­rłam do brzu­cha, nie wy­trzy­ma­łam. Mia­łam ocho­tę zbić lu­stro go­ły­mi ręka­mi, lecz za­miast tego chwy­ci­łam naj­bli­ższy ręcz­nik i za­sło­ni­łam gład­ką ta­flę, tym sa­mym ukry­wa­jąc de­mo­ny prze­szło­ści.

Opa­rłam się o zim­ną, wy­ka­fel­ko­wa­ną ścia­nę i za­mknęłam oczy. Chłód wręcz szczy­pał skó­rę ple­ców, sku­tecz­nie od­wra­ca­jąc moją uwa­gę. Od­dy­cha­łam głębo­ko, sta­ra­łam się uspo­ko­ić sza­le­jące ser­ce. Uda­ło mi się do­pie­ro po kil­ku mi­nu­tach.

Przez ten chwi­lo­wy atak pa­ni­ki zdąży­łam ob­lać się po­tem. Po­sta­no­wi­łam wzi­ąć zim­ny prysz­nic, po czym wsko­czy­łam w sze­ro­kie, dżin­so­we spodnie i zde­cy­do­wa­nie za dużą ko­szul­kę. Na­wet nie spoj­rza­łam na ko­sme­tycz­kę, jak zwy­kle zre­zy­gno­wa­łam z ma­ki­ja­żu.

Na­stęp­nie nie­śpiesz­nie ze­szłam na dół, by po­in­for­mo­wać Vi­vien i Theo, że wy­cho­dzę. Od­na­la­złam ich w sa­lo­nie, ogląda­li ja­kiś dziw­ny film, w któ­rym wła­śnie wiel­ki pa­jąk roz­ma­wiał z astro­nau­tą w stat­ku ko­smicz­nym.