Uzyskaj dostęp do tej i ponad 250000 książek od 14,99 zł miesięcznie
Pożądanie, tęsknota, nadzieja, miłość…
Osiem historii przepełnionych prawdziwymi emocjami – od niebezpiecznego przyciągania poprzez bolesne rozstania i niespodziewaną miłość. Każde z opowiadań tej antologii poruszy najczulsze struny i zostanie w pamięci na długo.
To nie są zwykłe historie romantyczne. To pełne intensywności opowieści o uczuciach, które pozostawiają ślad: jedne łamią serce, inne przyspieszają jego bicie. Wszystkie jednak emanują pasją, przypominając, że uczucia nigdy nie są proste, a wręcz przeciwnie – bywają skomplikowane.
Płomienne uczucie to antologia dla każdego, kto pragnie zanurzyć się w głębię i żar emocji.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 263
Rok wydania: 2025
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
ANTOLOGIA
Copyright © Wydawnictwo Pinkish Flame 2025
Copyright © Monika Stachniuk, Rafał Lewandowski,
Ewa Psuty, Małgorzata Świtała, Erika Reves, Melusine,Natalia Stróżewska, Bernardyna Darecka-Władzimiruk
Wszelkie prawa zastrzeżone, zabrania się kopiowania oraz udostępniania publicznie bez zgodyAutorów i Wydawnictwa pod groźbą odpowiedzialności karnej.
Redakcja: Anna Drabowicz-Wiśniak
Pierwsza korekta: Angelika Kusek
Druga korekta: Natalia Stróżewska
Skład: Bay.A Graphics
Projekt okładki: Bay.A Graphics
Grafiki: Canva Pro
Zdjęcia Autorów: archiwa prywatne
Wydanie I
ISBN: 978-83-972342-1-5
Wydawnictwo Pinkish Flame
www.wydawnictwo-pinkishflame.pl
Dla tych, którzy rozumieją, że miłość to nie tylko fajerwerki.
Opowiadania
Co sprawia, że żyjesz? – Monika Stachniuk
Korepetycje z miłości – Rafał Lewandowski
Na językach – Ewa Psuty
Diabelska pokusa – Małgorzata Świtała
Odium – Erika Reves
Znaki są w powietrzu – Melusine
Morze ognia – Natalia Stróżewska
Przecież jesteś tylko nianią! – Bernardyna Darecka-Władzimiruk
Monika Stachniuk (ur. 1992) – absolwentka Uniwersytetu Śląskiego. Pracowała jako lektorka i tłumaczka angielskiego, project manager, obsługa klienta, wróżka. W końcu zdecydowała się spełnić marzenie i w styczniu 2025 roku zadebiutowała powieścią fantasy pt. „Księga Nieśmiertelności".
Mieszka na Dolnym Śląsku z mężem, synem, psem i trzema kotami. Uwielbia czytać, grać w gry komputerowe i zwiedzać nowe miejsca.
Co sprawia, że żyjesz?
MONIKA STACHNIUK
Wrzesień przywitał słońcem i odurzającymi jesiennymi zapachami. Suche, szeleszczące liście roztaczały niezapomnianą woń przywodzącą na myśl pieczone jabłka z cynamonem i długie spacery w rodzinnej wiosce. Adela nabierała głęboko powietrza w płuca i dawała się ponieść wspomnieniom. Wspólnie z rodzicami wyruszali tuż po śniadaniu i obchodzili okoliczne pola, by kilka godzin później tarzać się ze śmiechem wśród żółtych i pomarańczowych pozostałości po pełnym życia lecie. Przekomarzali się i rzucali na ziemię. Chłonęli każdy taki dzień.
Adela uśmiechnęła się na wspomnienie jednego z takich wypadów. Zwieńczyli go piknikiem na własnym podwórku. Dla kobiety była to wtedy najsmaczniejsza uczta, mimo że jedli tylko przygotowane przez mamę kanapki i zebrane przez tatę jabłka z jabłonki, która rosła za garażem. Nie spodziewała się jednak, że beztroska rodzinna chwila zostanie gwałtownie przerwana wyznaniem rodziców. Po tej chwili życie dziewczyny już nigdy nie było takie samo. Przestała wierzyć w miłość po grobową deskę. Skoro z pozoru cudowne małżeństwo zakończyło się rozwodem, dlaczego jej miałoby się poszczęścić w miłości?
Stukot damskich obcasów został zagłuszony przez turkot nadjeżdżającej ciężarówki.
Wyminęła kobietę, jadąc o wiele za szybko jak na obszar zabudowany i pozostawiła po sobie gwałtowny podmuch powietrza. Starannie ułożone włosy Adeli wzburzyły się, tworząc na jej głowie artystyczny nieład. Prychnęła niezadowolona. Przeszła kilka kroków i stanęła przed oknami wieżowca, do którego zmierzała. Zerknęła w przybrudzoną taflę szkła. Spojrzała na nią szczupła brunetka ubrana w lekki płaszcz w kolorze wiosennych chabrów. Podłużna twarz nosiła wyraźne ślady braku porządnego snu, a włosy opadały na ramiona w artystycznym nieładzie. Postać w oknie prędko wykonała kilka ruchów rękami, by przywrócić fryzurę do porządku i wzięła głęboki oddech. Posłała swojemu sobowtórowi olśniewający uśmiech i przeszła przez automatyczne drzwi.
W budynku panował przyjemny chłód. Zaraz naprzeciwko wejścia ustawiony był kontuar, za którym siedziała młoda recepcjonistka. Ze znużeniem przyglądała się ekranowi komputera, niemrawo stukając w klawisze na klawiaturze. Gdy Adela podeszła do recepcji, dziewczyna uniosła wzrok i promiennie się uśmiechnęła.
– Dzień dobry, w czym mogę pani pomóc? – odezwała się nieznośnie wysokim głosem.
Adela mimowolnie skrzywiła się, słysząc ten ton.
– Dzień dobry. Jestem zapisana na warsztaty pisarskie, które mają się dzisiaj odbyć – powiedziała, wyciągając z torebki formularz zgłoszeniowy.
– Oczywiście, proszę dać mi chwilkę. Wpiszę panią na listę.
Recepcjonistka sięgnęła wypielęgnowaną dłonią po dokument. Kilka chwil później oddała go kobiecie i wskazała ręką salę po swojej prawej stronie.
– Zajęcia zaczynają się za dziesięć minut. Proszę usiąść pod salą numer trzy i oczekiwać na prowadzącego.
Adela podziękowała skinieniem głowy i ruszyła w kierunku zielonych plastikowych krzeseł. Usiadła na jednym z nich. Wyciągnęła laptopa, po czym otworzyła plik z powieścią, nad którą ostatnio pracowała. Nie była zadowolona z efektów. W rok napisała zaledwie pięć rozdziałów, które wciąż wymagały dopracowania. Nie potrafiła znaleźć ani jednego zdania, o którym mogłaby powiedzieć, że jest z niego dumna. Udział w warsztatach miał być sposobem na odblokowanie pisarskiego zastoju. Trwał on już zbyt długo.
W rok powstają największe dzieła, a ja nie potrafię napisać nawet ćwierci dobrej książki, myślała przy każdym nowo postawionym słowie. Była na siebie zła, że brak jej było samozaparcia i wyobraźni, jaką podziwiała u swoich ukochanych autorów.
Ponure rozmyślania niedoszłej pisarki przerwał rwetes dobiegający spod recepcji. Adela oderwała się od laptopa i zauważyła, że w wielkim holu pojawiła się grupka sześciu osób. Cztery z nich stukały nerwowo obcasami o posadzkę, czekając na zarejestrowanie przez dziewczynę siedzącą po drugiej stronie kontuaru. Dziewczyna otaksowała je spojrzeniem i pomyślała, że musiały się zgubić. Ich aparycja nijak nie przypominała twarzy osób, które parają się tak artystycznym zajęciem jak pisarstwo. Idealnie nałożony makijaż i usta, które nie raz i nie dwa widziały igły z botoksem. Pasowały raczej do kobiet lubiących spędzać czas na imprezowaniu, a nie tworzeniu literackich dzieł. Gdy przesunęła wzrok na pozostałą dwójkę, wszystko nabrało sensu. Pamiętała, że zajęcia ma prowadzić jakiś mężczyzna, ale nie przywiązywała do tego wielkiej wagi. Najważniejszy był fakt, że podobno napisał mnóstwo romansów, czym chciała zająć się Adela. Wielokrotnie nagradzany i uwielbiany przez fanki wydawał się kobiecie idealnym mentorem w obecnej sytuacji.
Jeden z nich, patykowaty student, nie mógł być prowadzącym. Miał zbyt rozbiegany wzrok i wyglądał, jakby chciał uciec, gdzie pieprz rośnie. Z kolei drugi z nich… Dziewczyna aż zachłysnęła się z wrażenia. Średni wiek i liczne siwe pasma widoczne wśród ciemnych, bujnych włosów dodawały mu uroku. Błysk w oczach barwy czekolady zdradzał nietuzinkowy humor oraz zadowolenie wywołane adoracją potencjalnych pisarek. Lekko uniósł kąciki ust w zapowiedzi uśmiechu, gdy recepcjonistka podała mu klucze do sali, w której miały się odbyć warsztaty.
Odebrał je, skinął kobiecie uprzejmie głową i podszedł do drzwi.
Adela szybko zatrzasnęła laptopa, schowała go do torby i wstała. Posłała prowadzącemu olśniewający uśmiech, chcąc zrobić dobre pierwsze wrażenie.
– Dzień dobry – przywitała się, poprawiając niesforny kosmyk włosów.
– Witam panią – odpowiedział mężczyzna.
Głębia jego głosu wstrząsnęła dziewczyną. Nawet w radiu nigdy nie słyszała tak miękkiego, a jednocześnie silnego brzmienia. Oceniła, że jest zachwycona osobą, która ma przeprowadzić zajęcia. Nie mogła się doczekać najbliższych godzin, podczas których zamierzała chłonąć każde słowo autora romansów.
Po kolei zajęli miejsca w sali warsztatowej. Adela nieświadomie wybrała miejsce najbliżej wyjścia. Zawsze to robiła – od dzieciństwa obawiała się porażki. Przy najmniejszym cieniu niepowodzenia chowała się w swojej skorupie i uciekała od świata. Zamykała się na ludzi, co jeszcze gorzej wpływało na jej samoocenę. Ciemne chmury cały czas jej towarzyszyły, nauczyła się z nimi żyć. Napisanie książki miało być jej sposobem na wyjście z wygodnej, lecz destrukcyjnej bańki, którą sobie stworzyła. Zajęcie miejsca jak najbliżej drzwi miało zapewnić jej wygodną drogę ucieczki, gdyby takiej potrzebowała.
Poza nią i prowadzącym w sali było pięć osób.
Kameralnie, pomyślała.
Każdy zdążył zająć miejsce, kiedy mężczyzna zatrzasnął zeszyt, który trzymał w dłoni, i oparł się o biurko z założonymi rękami na piersiach. Zmierzył kursantów surowym spojrzeniem spod ciemnych rzęs. Jego oczy błyszczały. Dziewczynie wydawało się, że ujrzała w nich gniew, ale od razu się poprawiła. Niemożliwe, żeby tak poczytny pisarz nosił w sobie negatywne uczucia.
– Po co tu przyszliście? – spytał bez ogródek.
Adela zerknęła na resztę obecnych. Wymuskane dziewczyny spuściły oczy jak potulne panienki, a chudy jak tyczka chłopak patrzył wyzywająco prosto w surową twarz prowadzącego.
– Panie Adamie… – zaczął, ale on uniósł otwartą dłoń.
– Marciński – burknął.
Chłopak zmieszał się. Odchrząknął i po chwili ponownie zaczął mówić:
– Panie… Marciński. – Adela wyobraziła sobie, że gdyby mógł, przewróciłby oczami. –
Przyszliśmy tu po to, aby nauczył nas pan, jak pisać dobre książki o miłości.
Autor kilku bestsellerów, zdobywca wielu nagród w kategorii romansów, pokiwał głową w zamyśleniu.
– Nie nauczę was tego – oznajmił, po czym zajął miejsce na skrzypiącym krześle za biurkiem. Za sobą miał ogromną, białą tablicę, na tle której wyróżniał się jak burzowe chmury na lazurowym niebie.
Wszystkim obecnym zaparło dech w piersi.
Prowadzący potoczył wzrokiem po zebranych. Adela mogłaby przysiąc, że błysnęło w nich rozbawienie. Zaczęła się zastanawiać, czy jego surowa postawa może być tylko zabawą, maską przyjętą na potrzeby wizerunku. Może w domowym zaciszu wybuchał śmiechem, piekł ciasta i zajmował się kilkoma kotami.
– Jeszcze raz was zapytam – oznajmił donośnie. – Po co tu jesteście? – Każde słowo zaakcentował uderzeniem zaciśniętej dłoni o błyszczący czystością blat biurka.
Dziewczyna otrząsnęła się. Myśli o Marcińskim jako o wrażliwej duszy towarzystwa prysnęły jak bańka mydlana.
Po co tu była? Było tak, jak powiedział młody chłopak – pragnęła pisać dobre książki.
Chciała, żeby ludzie je kupowali. Marzyła o tym, aby któregoś dnia wejść do księgarni i zobaczyć na półce swoją powieść. Chciała czytać pozytywne recenzje, spotykać się z fanami, dzielić się etapami pracy nad kolejnymi książkami. Chciała… być kimś. Mogła nie mieć szalonego życia, ale chciała kiedyś odejść ze świadomością, że pozostawiła po sobie jakiś ślad na świecie.
– Dla sławy. – Słowa wyszły z ust Adeli, zanim zdążyła je tam z powrotem wepchnąć.
Marciński zmarszczył brwi. Pokiwał głową w zamyśleniu. Uniósł dłoń i potarł nią kilkudniowy zarost, który pokrywał dobrze zarysowaną żuchwę. Kobieta głośno przełknęła ślinę.
Zaczęła się bać reakcji mężczyzny.
– Tak myślałem – odpowiedział i posłał jej uśmiech. Prawdziwy, szeroki, szczery uśmiech, za którym nie kryła się żadna maska ani udawanie. Po raz pierwszy ujrzała prawdziwego Adama.
Przyjemne ciepło rozlało się w brzuchu kobiety. Doznała uczucia, jakiego nigdy wcześniej nie doświadczyła – iskierki w oczach pisarza posłały miliardy igiełek, które wbiły się w jej skórę.
Przeniknęły przez tę barierę, po czym z prędkością światła wniknęły w każde włókno, w każdy atom, na który składała się ona, Adela.
Doświadczenie tak nią wstrząsnęło, że dopiero po chwili dotarło do niej, że ktoś ją wywołuje.
– Proszę pani! – Głos prowadzącego wreszcie przedarł się przez mgłę, jaka zasnuła jej głowę.
Potrząsnęła głową, aby odgonić niechciane myśli.
– Tak, słucham?
– Pytałem, jak się pani nazywa.
– Adela Kurkowska, panie Marciński.
– Pani Adelo… – Imię kobiety spłynęło z ust mężczyzny delikatnie, szemrząc niczym krystalicznie czysty strumień w górskich ostępach. Kobieta zdecydowała, że to od teraz jej ulubiony dźwięk. – Jest pani jedyną szczerą osobą w tym pomieszczeniu, gratuluję.
Jedna z wymuskanych kobiet, siedząca najbliżej biurka prowadzącego, przełożyła skrzyżowane nogi i wyprostowała się. Wyzywająco obcisły golf napiął się jeszcze bardziej, uwydatniając ogromny biust. Zmarszczyła nos. Ta blondynka wcale nie chciała pisać. Znalazła się tu tylko po to, żeby popatrzeć na przystojnego pisarza, który miał na koncie wiele sukcesów.
Z pewnością marzyła o tym dniu i wyobrażała sobie, że wyjdą z sali konferencyjnej, trzymając się za ręce.
– Czyż nie każdy z nas marzy o sławie? – zapytała kokieteryjnie. Owinęła sobie kosmyk włosów wokół palca, lecz Marciński wydawał się niewzruszony jej staraniami.
– Sława bywa złudna – odpowiedział krótko. – Czy tylko na tym pani zależy?
Blondynka poprawiła się na krześle. Kupiła sobie tym kilka cennych sekund na wymyślenie celnej riposty.
– Oczywiście, że nie! – zaśmiała się. Zabrzmiało to bardziej jak skrzek. – Chcę też pisać.
– Wcześniej jakoś nie zależało pani na udzieleniu mi odpowiedzi. Pokiwała pani tylko głową, kiedy pani Kurkowska nie bała się wyartykułować tego, co każdy z was miał na myśli.
Kokietka otworzyła usta, żeby odpowiedzieć, lecz nie padły żadne słowa. Zgarbiła się i wcisnęła bardziej w krzesło, jakby chciała zniknąć. Adela zwróciła uwagę, że na policzkach wykwitły jej soczyście czerwone rumieńce. Zasłoniła policzki dłońmi, aby nikt tego nie zauważył.
Atmosfera w sali stała się napięta. Nikt nie chciał się odezwać. Obawiali się, że prowadzący znowu wbije im szpilę. Znany był z ciętego języka, ale co innego czytać takie wypowiedzi w wywiadach, a co innego doświadczyć tego osobiście. To boli, zwłaszcza kiedy jest się aspirującym pisarzem. Każdy z obecnych chciał być usłyszany i podziwiany. Adam pod tym względem się nie mylił.
– Dobrze więc – powiedział Adam i zatarł dłonie. – Zabierzmy się do roboty. Macie przynajmniej pewność, że w tym skromnym gronie każdy dla każdego będzie przez chwilę sławny.
*
Przez kilka godzin, które spędziła w sali z innymi uczestnikami warsztatów, skrupulatnie zapisywała przekazywane rady pisarza. Odważyła się nawet przeczytać fragment swojej powieści obyczajowej o wdowie, która szukała nowej miłości. Marciński słuchał jej, w skupieniu marszcząc brwi. Gdy skończyła, pragnęła, aby ten moment minął. Chciała krzyknąć, żeby ktoś inny wybawił ją od oczekiwania i zaczął dzielić się swoją twórczością.
– Więcej emocji, mniej pokazywania rzeczywistości, a będzie dobrze – oznajmił wreszcie.
Adela szeroko otworzyła oczy. Uśmiech rozjaśnił jej twarz. Pisarz przyglądał jej się jeszcze przez chwilę. Wyglądał, jakby chciał coś dodać, lecz patykowaty chłopak zwrócił na siebie uwagę i zajęli się jego powieścią grozy.
Kiedy Adam oznajmił koniec warsztatów, wstała i zaczęła chaotycznie wrzucać swoje rzeczy do torby. Zarzuciła ją na ramię i niemal wybiegła z sali. Za drzwiami odetchnęła głęboko, po raz pierwszy od kilku godzin, pełną piersią.
Zadzwoniła jej matka. Rozmawiały od kilku minut, kiedy poczuła na karku, że ktoś jej się przygląda. Szybko pożegnała się, obiecując rozmowę wieczorem. Odwróciła się i zobaczyła go.
Z bliska robił jeszcze większe wrażenie.
– Czy umówi się pani ze mną na kawę?
Pytanie zawisło między nimi. W każdej sekundzie mogło się rozwiać niczym mgła w letni poranek. Czekał cierpliwie. Włożył ręce do kieszeni obszernego płaszcza i patrzył pod nogi.
Dziewczyna nie mogła wyjść z szoku. Dlaczego chciał się z nią zobaczyć? Czy ona… naprawdę mogła zainteresować znanego mężczyznę? Jej serce waliło jak szalone, zagłuszając wszystkie myśli. Dłonie zaczęły jej drżeć. Zawinęła je w pięści, żeby uspokoić ich mimowolne ruchy. Odetchnęła głęboko i odważyła się spojrzeć w twarz Adama. Wyczuł to i też podniósł głowę.
– Z przyjemnością – szepnęła.
Po wspólnie wypitej kawie zaczęli widywać się codziennie. Czasem przelotnie, czasem spędzali razem całe weekendy w mieszkaniu jednego z nich lub wyjeżdżali. Zobaczyli polskie góry, spędzili kilka dni nad morzem, odwiedzali przytulne kawiarnie, podziwiali wystawy w galeriach sztuki. Adela nie potrafiła zliczyć, ile razy byli razem w kinie lub teatrze.
Nie brakowało im tematów do rozmów. Szybko poczuli się swobodnie w swoim towarzystwie, więc nawet jeśli panowała między nimi cisza, to nie była ona krępująca. Była taka, którą Adela pamiętała z czasów, gdy jej rodzice byli jeszcze szczęśliwym małżeństwem. Mogli się do siebie nie odzywać, lecz na ich twarzach widniał wyraz błogiego szczęścia. Zadowolenia, że mają u boku kogoś, z kim mogą milczeć.
Adam Marciński był jak narkotyk.
Adela i Adam. Adam i Adela.
Para idealna.
Radosne śmiechy i intymne szepty unosiły się wraz z rześkim powietrzem ku chmurom.
Babie lato było świadkiem pierwszych nieśmiałych pocałunków. Opadające liście uderzały o wilgotne od kropel deszczu okna i naznaczały ich rozgrzane ciała. Wczesne chłodne wieczory ochładzały ich rozpalone twarze i nabrzmiałe wargi.
Była oczarowana mężczyzną. Z każdym dniem ujawniał kolejne elementy układanki składającej się na to, jaki jest naprawdę. Kobieta pomyliła się – nie był duszą towarzystwa, jednak dla niej był czuły i troskliwy. Słuchał uważnie, przytulał, gdy miała gorszy dzień.
– Jak twoja powieść, kochanie? – zapytał pewnego dnia, czule całując Adelę w szyję po tym, jak zasiedli do śniadania w jego mieszkaniu.
Spięła się. Bała się przyznać, że od czasu ich pierwszego spotkania tekst leżał odłogiem.
Czasami, gdy czuła nagły przypływ inspiracji, otwierała plik z myślą, że to będzie ten dzień, gdy napisze więcej niż kilka słów. Na próżno – widok niemal pustej, białej strony paraliżował ją.
Spędzała w ten sposób kilkadziesiąt minut. Zdawała sobie sprawę, że to zmarnowany czas.
Zamykała laptopa, brała telefon do ręki i dzwoniła do Adama z prośbą o spotkanie. Przynajmniej wtedy nie musiała o niczym myśleć.
– Wiesz… Napisałam kilka rozdziałów, ale to dopiero pierwsza wersja, niedopracowana – powiedziała szybko.
– Może ci pomogę? – Położył ręce na jej ramionach i odwrócił ją ku sobie. – Jestem pisarzem. Wiem, kiedy powieść sprawia kłopoty. Mogę przeczytać, co masz? Może będę mógł coś podpowiedzieć.
Kobieta otarła wierzchem dłoni zdradzieckie łzy. Łzy szczęścia.
Był ideałem.
*
Adela całą sobą czuła zmieniającą się aurę. Burze i ulewne deszcze stały się jej przyjaciółmi, a w jej wnętrzu szalało tornado.
Adam odsunął się od niej.
Bywały dni, gdy nie odpisywał na wiadomości i nie odbierał telefonów. Znikał na wiele godzin, a kiedy już się odzywał, był małomówny.
Nigdzie nie wyjeżdżali. Ich spotkania ograniczały się do wieczorów spędzonych w łóżku, w mieszkaniu Adeli. Nie zapraszał jej już do siebie. Czekał, aż to ona wyjdzie z propozycją.
Czuła się jak popychadło. Podskórnie wiedziała, że coś jest nie tak, ale nie chciała przyjąć tego do wiadomości.
– Adelka, olej go – napominała ją przyjaciółka.
– Dziecko, schudłaś, jesteś smutna. Przyjedź do domu, pogadamy – błagała matka przez telefon.
– Kocham cię – mówił ojciec, jakby te dwa słowa mogły wszystko naprawić.
*
Leżała w łóżku i wdychała zapach kochanka. Wgryzł się w pościel i stał się jej częścią. Nie mogła się odpędzić od tego mężczyzny. Uliczna latarnia kładła miękkie światło na skotłowane posłanie i oświetlała rozrzucone na podłodze kobiece ubrania. Męskich już tam nie było. Adam wyszedł kilka minut temu. Twierdził, że musi rozmówić się ze swoim redaktorem.
Była prawie północ. Nie uwierzyła mu.
Skończyli się kochać i leżeli przytuleni. Nie rozmawiali – nie musieli. Cisza między nimi była przyjazna. Nie potrzebowali słów, aby się porozumieć. Byli dwiema połówkami jednej, doskonałej całości.
Dźwięk telefonu przeszył ciszę jak strzała. Mężczyzna ziewnął i pogładził Adelę po nagim ramieniu, spoczywającym na jego piersi.
– Zostaw, jest późno – szepnęła sennie.
– Muszę sprawdzić – odpowiedział. Usiadł na łóżku. Mdły, niebieski blask ekranu zalał jego profil. Odczytana wiadomość wyostrzyła rysy. Zmarszczył brwi i przymknął powieki, jakby chciał zapomnieć o tym, co przed chwilą mu przekazano.
– Coś nie tak z maszynopisem? – zmartwiła się.
– Tak – odpowiedział cicho. – Muszę już iść, przepraszam.
Złożył na jej ustach szybki pocałunek, ubrał się i wyszedł. W środku nocy musiał rozmówić się ze swoim redaktorem, bo nie mógł zaczekać na kolejny dzień.
Adela czasem wciąż nie mogła uwierzyć, jaka była głupia i łatwowierna. Jak bardzo dawała się wodzić za nos mężczyźnie, który igrał z jej uczuciami. Rozpalał jej emocje do czerwoności, a gdy myślała, że więcej nie wytrzyma, że będzie musiała wykrzyczeć światu swoją miłość do niego, on wylewał na nią kubeł zimnej wody. Przyjmowała te prysznice z wdzięcznością.
Miłość potrafi ogłupić najmądrzejszych.
*
– Co sprawia, że czujesz, że żyjesz? – spytała go, mnąc w dłoniach szal, który oplatał jej ramiona.
Adam zamyślił się. Wokół jego przymkniętych oczu pojawiła się drobna pajęczyna zmarszczek, gdy zastanawiał się nad odpowiedzią. Lubiła to. Nie, wróć: kochała to. Nie zbywał jej półsłówkami. Każde jej pytanie traktował jak sprawę życia i śmierci. Przyglądanie się temu procesowi było dla Adeli niemal erotycznym doświadczeniem. Motyle w brzuchu wzbijały się w powietrze, tworząc przyjemne łaskotanie. To uzależniało.
– Miłość.
Najwyraźniej nie miłość do niej.
Odszedł pewnego zimowego wieczoru. Powiedział, że dłużej już tak nie może. Jest rozdarty, lecz musi postąpić właściwie. Stała w oknie mieszkania i patrzyła, jak wysoka sylwetka miłości jej życia znika wśród wirujących płatków śniegu. Podświetlone ulicznymi latarniami wyglądały jak motyle, które mężczyzna wyrwał z jej wnętrzności i wypuścił na wolność. Nie oglądał się za siebie. Zniknął w kurzawie jak zjawa, jak gdyby ostatnie kilka miesięcy nie miało miejsca.
Może go sobie wymyśliłam? – zastanawiała się Adela i z całych sił próbowała powstrzymać napływające do oczu łzy.
*
Kilka kolejnych tygodni zlało się w jeden, najgorszy dzień jej życia.
Minuty wypełniało jej opłakiwanie utraconej relacji, którą uważała za uczucie do grobowej deski. Rozpamiętywała dobre chwile, czując, jak tym samym coraz głębiej wbija sobie w serce nóż, który zostawił po sobie mężczyzna.
– Otrząśnij się, dziewczyno – prosiła przyjaciółka, ale Adela wiedziała swoje.
Nigdy nie wymaże piętna, jakie zostawił po sobie Adam Marciński.
*
Spotkała go latem.
Wraz z przyjaciółką wybrała się na kąpielisko, żeby zaznać odrobiny ochłody. Wcisnęły się w bikini i zajęły miejsce najbliżej wody. Rozłożyły ręczniki i miały zamiar spędzić kilka godzin na wylegiwaniu się i kąpaniu bez zbędnych myśli.
Adela potrzebowała dnia wypełnionego lenistwem. Od ponad tygodnia, dzień w dzień, spędzała kilka godzin nad poprawkami powieści, która miała zostać wydana jesienią. Radosne oczekiwanie nie oznaczało, że nie była zmęczona. Marzyła o tym, aby było już po wszystkim. Gdy będzie trzymała swoją książkę w rękach, odetchnie pełną piersią. Spełni się jej największe marzenie.
Jej spokój został zmącony, kiedy usłyszała głos, który wyrył się w jej pamięci na zawsze.
– Lidia, daj Stasia, a ty idź do wody.
Gwałtownie odwróciła głowę w stronę, z której dobiegał głos i perlisty śmiech, ewidentnie należący do kobiety. Coś ścisnęło ją w środku. Zmrużyła oczy, żeby lepiej widzieć. To był błąd.
Poczuła się, jakby ktoś przeszył ją na wskroś nożem.
To był Adam. Obok niego stała przepiękna kobieta, opalona, zgrabna, a długie ciemne włosy zwijała właśnie w niedbały kok. Nieznajoma wyglądała jak milion dolarów. Jej przeszłość trzymała w rękach malutkie ciałko. Dziecko śmiało się i wymachiwało pulchnymi rączkami.
– Adelka, wszystko dobrze? – Głos przyjaciółki przebił się przez gęstą mgłę, jaka osiadła w głowie dziewczyny. Na chwilę zapomniała, jak się oddycha. Pod wpływem szturchnięcia znajomej wzięła gwałtowny wdech, aż się jej zakręciło w głowie.
– W… wszystko… dobrze – wydukała nieskładnie, łapiąc się za pierś. Serce? Jeszcze je miała? Całkiem o tym zapomniała tamtego zimowego wieczoru.
Adela usiadła, po czym poprawiła się tak, żeby być tyłem do pisarza. Miała nadzieję, że jej nie pozna.
Myliła się.
Mężczyzna minął ją, idąc w ślad za Lidią. Przystanął przy kocu byłej kochanki, żeby lepiej przytrzymać dziecko. Zdjął na chwilę okulary, żeby przeczyścić je pieluszką owiniętą wokół główki chłopca. Wtedy ją spostrzegł i rozpoznał. Zobaczyła to w jego oczach. Rozszerzonych i… przerażonych?
Była jak zaczarowana. Zniknął szum wody, zniknęły krzyki wszystkich wokół. Cały świat rozpłynął się w dymie i rozwiał dookoła.
Świadomość uderzyła w nią z mocą i prędkością pędzącego pociągu.
Chciała coś powiedzieć. Chciała wstać, uderzyć go, popchnąć. Chciała, żeby cierpiał za wszystko, co jej zrobił.
W jej głowie przewijały się tysiące scenariuszy tego, co mogło być, co nigdy nie doszło do skutku. Od początku byli skazani na porażkę. Nie traktował jej poważnie.
W kobiecie zawrzało. Wszystkie uśmiechy, pocałunki i noce spędzone wspólnie w łóżku przewinęły się przed jej oczami. Nie potrafiła się już nimi cieszyć. Położył się na nie cień tego, co zrobił Adam.
– Lidia, poczekaj! – krzyknął, po czym odszedł.
Przyszłą pisarkę zamurowało.
– Czy to…? – Przyjaciółka szturchnęła Adelę, ale kobieta nie odpowiedziała.
Co sprawia, że żyjesz?
Miłość.
Ona też sprawia, że powoli umierasz.
index
Urodził się w 1990 r. W latach 2010 – 2015 prowadził „Artystyczny Bełchatów” – blog poświęcony lokalnej twórczości. Trzykrotnie był stypendystą artystycznym Prezydenta Miasta Bełchatowa.
Debiutował w 2010 r. Opublikował już dziewięć powieści. Ostatnia z nich – Sylwetka doskonała – została wydana
w 2024 r. Nakładem wydawnictwa Czwarta Strona ukazała się antologia Stulecie kryminału, w której znalazło się jego opowiadanie pt. Śmietnik.
Od 2016 r. pracuje w jednym z wydawnictw, gdzie zajmuje się przede wszystkim redakcją, korektą i pisaniem rozmaitych tekstów (m.in. na okładki), a także selekcją zdjęć oraz konsultowaniem projektów graficznych.
Oczywiście uwielbia czytać, zwłaszcza kryminały i thrillery, ale nie ogranicza się tylko do tych gatunków. Do grona jego ulubionych autorów należą m.in.: Jo Nesbø, Harlan Coben, Håkan Nesser, Katarzyna Puzyńska i Olga Rudnicka. Jednak nie spędza całego życia za biurkiem lub na kanapie, w wolnych chwilach także biega i uprawia tai chi.
Korepetycje z miłości
RAFAŁ LEWANDOWSKI
Kraków, Polska, 1543 rok
– Któż by się spodziewał, że moje życie potoczy się w ten sposób – westchnął Zygmunt August, niespiesznie wchodząc do łoża w okrytej mrokiem sypialni.
Teoretycznie świat powinien leżeć u jego stóp, a on sam cieszyć się luksusami i korzystać z życia, z młodości, wszak nie urodził się w chłopskiej rodzinie. Był synem króla jednego z największych europejskich krajów. Jakby tego było mało, sam również był władcą, co prawda jednym z dwóch, gdyż jak dotąd realną władzę nadal sprawował jego ojciec.
Tylko co z tego, skoro wciąż to inni decydują o tym, co mam robić? – pomyślał.
Jako dziecko nie widział w tym niczego dziwnego, ale niedawno skończył dwadzieścia trzy lata i choć był dorosły, wciąż musiał żyć pod dyktando rodziców, Zygmunta Starego i Bony Sforzy, a do tego brać pod uwagę zdanie przedstawicieli sejmu.
Gdyby ograniczało się to wyłącznie do spraw państwowych, jeszcze byłby w stanie to zrozumieć, ale wszyscy od lat wtrącali się także do jego życia prywatnego. Gnębiły go ustalenia, z kim może się spotykać, a z kim nie powinien, męczyła ciągła krytyka stylu bycia, ale to, co najmocniej uwierało zbuntowanego władcę, to to, że nawet żony nie mógł wybrać sam. Wiedział, że jest to kwestia czysto polityczna, mimo to nie potrafił pogodzić się z tym zwyczajem. Przecież to on będzie musiał z nią żyć na co dzień, a nie ktokolwiek inny. Z kobietą, której nigdy wcześniej nie widział na oczy. Żeby chociaż była ładna! Albo bystra. Niestety…
Od dawna zdawał sobie sprawę z tego, co go czeka. Ona pewnie też, w końcu do ich zaręczyn doszło już dziesięć lat temu. Ela miała wtedy zaledwie siedem lat. Oboje niejako padli ofiarą starej habsburskiej dewizy: „Niech inni prowadzą wojny, a ty, szczęśliwa Austrio, żeń się!”.
Ich ślub odbył się dwa miesiące temu, dokładnie szóstego maja. I choć dla całego dworu była to radosna uroczystość, on czuł się jak po przegranej bitwie. Wielokrotnie zastanawiał się, czy ona miała podobne odczucia. Mógł zapytać, jednak wcześniej niewiele z nią rozmawiał, głównie dlatego, że dziewczyna nie znała języka polskiego. Było to dla niego niezrozumiałe. Przecież od lat szykowano ją na małżonkę króla Polski. Sprawy oficjalne mogła jeszcze załatwiać po łacinie, owszem, ale już prowadzenie prywatnych rozmów w tym języku wydawało mu się nieco dziwaczne, nazbyt oficjalne.
Teraz czekał na żonę w wielkim królewskim łożu, jednak nie czuł ekscytacji, jaka powinna temu towarzyszyć. Współżycie z Elżbietą nie niosło intensywnych emocji. Była młoda i tak nieudolna, że właściwie w ogóle nie miał ochoty na jakiekolwiek zbliżenia. Po części dlatego, że dzisiaj, podobnie jak i w poprzednich dniach, zaspokajał swoje potrzeby w ciekawszym towarzystwie.
Z pewnego rodzaju tęsknotą wspominał Dianę di Cordonę. To właśnie ona wprowadziła go w świat cielesnych uciech. Była starsza od niego, mimo to szybko zawładnęła jego sercem.
Niestety, kiedy matka zorientowała się, że tamta kobieta stała się dla jej syna kimś więcej niż tylko panienką do zabawy, odesłała ją do Włoch.
Boże, jak ja ją za to znienawidziłem! – przeszło mu przez myśl.
Wraz ze skrzypnięciem drzwi w progu pojawiła się Elżbieta Habsburżanka.
Arcyksiężniczka austriacka, królewna czeska i węgierska, a od niedawna także królowa Polski.
Niestety, o bardzo pospolitej urodzie. Bez słowa ani nawet cienia uśmiechu przemknęła przez komnatę, po czym wślizgnęła się do łoża, starając się nie patrzeć na małżonka. Przerażała go jej nieśmiałość, mimo to Zygmunt zbliżył się do niej, naiwnie licząc, że tym razem w końcu zadba o jego przyjemność.
Wszak jestem królem! – powtarzał w duchu. Coś mi się chyba należy.
Gdy tylko dotknął jej ciała, kobieta niemal zastygła w bezruchu. Jakby nawet nie oddychała ani nie mrugała powiekami, choć tego drugiego nie był pewien ze względu na otaczającą ich ciemność.
Podczas zbliżeń starał się myśleć o czymś innym. O kimś innym. Tym razem jednak działo się coś dziwnego. Elżbieta drżała, ale nie tak jak inne kobiety przeszywane rozkoszą. Na to było jeszcze za wcześnie, tak sądził. Po chwili zorientował się, że całe ciało małżonki podrygiwało.
Jakby kompletnie nie potrafiła nad tym zapanować.
Zygmunt odsunął się od niej i wyszedł z komnaty.
Od samego początku wiedziałem, że ona jest jakaś dziwna – stwierdził w duchu. Dłużejtego nie wytrzymam!
*
Łódź, Polska, 2015 rok
– Jak tak dalej pójdzie, to chyba już do końca życia będę sama – stwierdziła Basia, nadziewając na widelczyk kolejny kęs sernika.
– Jeśli będziesz tylko siedzieć i narzekać, to zapewne tak – przyznała jej rację Anita.
– A co mam robić?
– Musisz sobie kogoś znaleźć. Jesteś jeszcze młoda, w dodatku ładna i bystra. Myślę, że wielu mężczyzn chciałoby cię bliżej poznać. Powinnaś wyjść z inicjatywą, a nie wyłącznie czekać, aż zjawi się książę na białym koniu. Wbrew temu, czym zajmujesz się na co dzień, to nie są już czasy rycerzy i księżniczek.
– Kogoś sobie znaleźć – prychnęła Basia. – W moim wieku to wcale nie jest takie łatwe.
Wszyscy sensowni faceci są już zajęci, a ci, którzy zostali, do niczego się nie nadają i właśnie dlatego są sami. Ewentualnie ze swoimi mamusiami.
– Załóż konto na portalu randkowym – poradziła jej przyjaciółka.
– To nie dla mnie.
– Załóż i pogadamy za tydzień. W tym czasie na pewno odezwie się do ciebie ktoś interesujący.
– Na pewno jakiś zboczeniec.
– Zobaczysz, uda ci się. W tydzień albo i prędzej.
– Nie da się znaleźć miłości w tydzień. W końcu niektórzy szukają jej przez całe życie.
Rozmowę przerwał dźwięk telefonu.
– Słucham – powiedziała Basia.
– Dzień dobry, Konrad Walder z tej strony. Chciałbym zapisać się do pani na korepetycje.
Właściwie chodzi tylko o kilka lekcji.
– Oczywiście, nie ma problemu. Kiedy ci pasuje?
– A pani?
– Może być dzisiaj o osiemnastej?
– Doskonale. Do zobaczenia.
*
Wilno, Litwa, 1543 rok
Boże, jakże ja potrzebowałem tej podróży! – uświadomił sobie Zygmunt August.
Wreszcie mógł spędzić trochę czasu poza krajem, poza Krakowem. Z dala od oziębłej żony i apodyktycznej matki.
Sam już nie wiedział, która gorsza. Chyba jednak Bona, przy jej nieustępliwym charakterze nie było łatwo ją ignorować, nie mówiąc o otwartych próbach przeciwstawienia się jej. Chociaż i tak to zrobił, wszak nie chciała, żeby tu przyjeżdżał. To dla niej kolejna gorzka pigułka do przełknięcia, w końcu ślub z przedstawicielką rodu Habsburgów także nie zyskał jej aprobaty.
Trochę szkoda, że akurat w tym jednym przypadku nie potrafiła postawić na swoim – przeszło mu przez myśl.
Król przybył na Litwę, by spotkać się z tutejszymi mężami stanu, ale nie zamierzał trwonić chwilowo odzyskanej swobody wyłącznie na sprawy państwowe. Zwłaszcza że jeden z kniaziów zapoznał go z bardzo uroczą niewiastą. W przeciwieństwie do Elżbiety nie była nieśmiała, wręcz przeciwnie, wydawała się niezwykle otwarta. Gdy tylko ją ujrzał, nie miał żadnych wątpliwości, że poznają się bliżej. Nie spodziewał się jednak, że stanie się to tak szybko.
Po raz pierwszy poczuł jej usta na swoich wargach tuż po tym, jak wyznała mu imię.
Barbara.
Zygmunt przekroczył próg jej domu i zanim zdążył zamknąć drzwi, ponownie odnalazł drogę do jej ust. Były ciepłe i miękkie. Spragnione i zachłanne. Tak inne niż te, które teoretycznie powinien całować do końca życia, ale absolutnie nie chciał teraz myśleć o swojej żonie.
Nie pamiętał, kiedy ostatnio był tak podniecony. Nigdy nie żałował sobie cielesnych uciech, jednak do tej pory chyba żadna kobieta nie wzbudzała w nim takich emocji. Owszem, wiele z nich było wyuzdanych, bezwstydnych, zachwycająco pięknych, lecz ta wydawała mu się wyjątkowa.
Może dlatego, że to nie pierwsza lepsza dwórka, ale szlachcianka, i to z jednego z najbardziej poważanych rodów na Litwie. Swym namiętnym zaangażowaniem i całą sobą udowodniła mu, że połączenie arystokratycznego pochodzenia i gorącego temperamentu jest jak najbardziej możliwe.
Tuż przed tym, zanim Zygmunt opadł na nią w ekstazie po raz ostatni, dotarło do niego, że właściwie była dokładnie taka sama jak on. Barbara stanowiła jego kobiecy odpowiednik. Ideał, którego całe życie szukał. Nie chciał, by ta znajomość szybko się zakończyła.
Gładząc jej nagie ciało, uświadomił sobie jedno. Chyba się zakochał. Kompletnie. Bez pamięci.
*
Łódź, Polska, 2015 rok
Przez tę rozmowę z przyjaciółką Basia nie zdążyła zapytać nowego ucznia, do której klasy chodzi.
Sądząc po głosie, zapewne był już w liceum. Co prawda sama uczyła historii w gimnazjum, ale uznała, że przecież poradzi sobie z materiałem ze szkoły średniej.
Kiedy usłyszała dzwonek, pomyślała, że to właśnie Konrad. Gdy otworzyła drzwi, zobaczyła przed progiem wysokiego, uśmiechniętego mężczyznę. Młodego, ale znowuż nie aż tak, żeby jeszcze uczęszczał do szkoły. Chyba że dla dorosłych – stwierdziła w duchu.
– Dzień dobry – odezwał się. – Konrad Walder. Byliśmy umówieni.
– Tak, tak, zapraszam.
Basia usiadła w fotelu. Czuła się trochę nieswojo. Ostatni obcy mężczyzna, jaki przebywał w tym mieszkaniu, miał szesnaście lat i pewnie uważał ją za zramolałą staruszkę, mimo że nie przekroczyła jeszcze czterdziestki. A ten tutaj wyglądał na jej rówieśnika, w dodatku bardzo przystojnego.
– Gdzie pan się uczy? – spytała.
– Ja? Nigdzie – zaprzeczył Konrad.
– To po co panu korepetycje z historii?
– Chcę się trochę podszkolić, żeby potem móc przekazać tę wiedzę córce. Słabo sobie radzi z tym przedmiotem.
– A nie byłoby lepiej, gdyby przyszła tu osobiście? – zdziwiła się Basia. – Przyznam się panu, że do tej pory jeszcze nie spotkałam się z takim przypadkiem.
– No tak, rozumiem. Ona jest dość nieśmiała, wręcz trochę wyobcowana. Jeśli to problem, postaram się to rozwiązać inaczej.
– Nie, nie ma problemu – zaprotestowała.
Nie chciała, żeby ten człowiek tak szybko stąd wyszedł. Szkolna pensja była skromna, każda dodatkowa lekcja stanowiła szansę na podreperowanie domowego budżetu. Zresztą, wolęuczyć jego, niż użerać się z jakimś kolejnym gówniarzem – pomyślała.
