Patrz na mnie - Iliana Xander - ebook + audiobook + książka

Patrz na mnie ebook i audiobook

Xander Iliana

3,8
29,98 zł
14,99 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką: 29,98 zł

TYLKO U NAS!
Synchrobook® - 2 formaty w cenie 1

Ten tytuł znajduje się w Katalogu Klubowym. Zamów dostęp do 2 formatów, by naprzemiennie czytać i słuchać.

DO 50% TANIEJ: JUŻ OD 7,59 ZŁ!
Aktywuj abonament i zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego, aby zamówić dowolny tytuł z Katalogu Klubowego nawet za pół ceny.


Dowiedz się więcej.

16 osób interesuje się tą książką

Opis

JEST MĘŻCZYZNĄ ROKU. ALE CZY JEST TEŻ POTWOREM?

Kiedy Natalie zobaczyła swoją najlepszą przyjaciółkę wychodzącą z klubu z przystojnym nieznajomym, nawet nie przyszło jej do głowy, że następnego ranka dziewczyna zostanie znaleziona nieprzytomna na przystanku autobusowym.
Co wydarzyło się tamtej nocy? Wie to tylko jej najlepsza przyjaciółka. A dopóki nie wybudzi się ze śpiączki, nie będzie mogła opowiedzieć swojej wersji wydarzeń.
Natalie desperacko szuka odpowiedzi — dlatego nie może uwierzyć w swoje szczęście, gdy natrafia na zdjęcie mężczyzny, z którym wyszła jej przyjaciółka. Tyle że on jest na okładce magazynu, okrzyknięty „Mężczyzną Roku”. Wydaje się nietykalny. Jest milionerem. Jest sławny. Ale Natalie podejrzewa, że jest niebezpieczny.
Żeby to udowodnić, podejmuje pracę jako gosposia w jego rezydencji. Jej plan jest prosty: obserwować każdy jego krok i zebrać dowody. Kiedy odkrywa, że poprzedniej gosposi przydarzyło się coś złego, uświadamia sobie, że wpadła w pułapkę.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)

Liczba stron: 287

Rok wydania: 2026

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 7 godz. 52 min

Rok wydania: 2026

Lektor: Magdalena Kumorek

Oceny
3,8 (9 ocen)
3
4
0
1
1
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
Alutek_89
(edytowany)

Nie polecam

Dawno nie czytałam tak durnej książki. Totalnie nieprawdopodobna fabuła, w ktorej nic nie trzyma się kupy. Drętwe i naiwne dialogi. Bohaterowie bezmyślni, dziecinni i śmieszni. Plot twist tak banalny, że domyśliłam się na początku.
00
AAJac

Dobrze spędzony czas

Polecam
00
Logana

Dobrze spędzony czas

Polecam
00
Malwi68

Dobrze spędzony czas

„Patrz na mnie” Iliany Xander to thriller psychologiczny. Natalie zatrudnia się jako gosposia w luksusowej rezydencji podejrzanego mężczyzny, by odkryć prawdę o tragedii swojej najlepszej przyjaciółki. Autorka świetnie buduje napięcie, klaustrofobiczny klimat bogatego domu i niepewność – nigdy nie wiesz, kto jest drapieżcą, a kto ofiarą. Natalie jest wiarygodną, momentami frustrującą bohaterką, a zwroty akcji naprawdę zaskakują. Mroczna, kinowa i inteligentna historia o maskach, obsesji i granicach lojalności. Idealna dla fanów gatunku. Gorąco polecam!
00
Dominika901

Nie oderwiesz się od lektury

Bardzo dobra książka,przyjemne zakończenie ale nie brakuje też adrenaliny i emocji. Polecam
00



Tytuł oryginału: All Eyes on Him

Copyright © 2025, 2026 by Iliana Xander

All rights reserved.

Copyright for the Polish edition © 2026 by Grupa Wydawnicza FILIA

Wszelkie prawa zastrzeżone

Żaden z fragmentów tej książki nie może być publikowany w jakiejkolwiek formie bez wcześniejszej pisemnej zgody Wydawcy. Dotyczy to także fotokopii i mikrofi lmów oraz rozpowszechniania za pośrednictwem nośników elektronicznych.

Wydanie I, Poznań 2026

Projekt okładki: Jakub Magierowski

Redakcja: Paulina Jeske-Choińska

Korekta: Agnieszka Czapczyk, Lidia Kozłowska

Skład i łamanie: Teodor Jeske-Choiński

PR & marketing: Andżelika Wojtkiewicz

ISBN: 978-83-8441-333-3

Grupa Wydawnicza Filia sp. z o.o.

ul. Kleeberga 2

61-615 Poznań

wydawnictwofilia.pl

[email protected]

Seria: FILIA Mroczna Strona

mrocznastrona.pl

PROLOG

Siedem lat temu

Kochałam cię. Do dnia, w którym zdecydowałeś się zabić nasze dziecko.

Nasze nienarodzone dziecko, ale mimo wszystko.

Drżą mi ręce, kiedy, powstrzymując łzy, wrzucam kilka ubrań do torby podróżnej leżącej na naszym łóżku.

Muszę się stąd wydostać i to szybko.

– Weź Mercedesa – powiedziałeś przez telefon wcześniej, kiedy wychodziłam z kliniki. – Jeździ jak marzenie. Zanim się obejrzysz, będziesz już w domu rodziców.

W domu rodziców, jasne. Teraz, kiedy sądzisz, że poddałam się aborcji, nie przestało cię obchodzić to, co robię i gdzie jestem.

Kiedy tydzień temu powiedziałam ci o ciąży, twoją jedyną odpowiedzią było:

– Nie możemy. Nie jesteśmy gotowi. Biznes zajmuje cały mój czas i nie stać mnie na jakiekolwiek zmiany.

Mnie stać. Ja jestem gotowa. Ale dla ciebie jest już za późno na próbę naprawienia tego, co zniszczyły twoje słowa – tego, co mi zrobiłeś w zeszłym tygodniu.

Jesteś genialnym człowiekiem. Daleko zajdziesz. Zawsze zdobywasz to, czego zapragniesz, bez względu na koszty. Dowiedziałam się kilku rzeczy o twoim biznesie, które wywołują we mnie niepokój. Zawsze wyczuwałam w tobie mrok. Przesączał się powoli do naszego życia, aż wreszcie zdałam sobie sprawę, że nie jesteś już mężczyzną, w którym zakochałam się rok temu.

A teraz dotarliśmy do tego punktu…

To ty zaaranżowałeś wizytę w prywatnej klinice aborcyjnej i zapłaciłeś za zabieg. Ty zawiozłeś mnie tam dziś rano i siedziałeś obok mnie w oczekiwaniu na lekarza. Ani słowem nie wspomniałeś o całym zeszłym tygodniu, podczas którego powtarzałam ci, że nie chcę pozbywać się dziecka, że wszystko będzie w porządku, że sama się nim zajmę, jeśli się na to zgodzisz.

Zamiast tego przez ostatni tydzień zrobiłeś ze mnie swojego więźnia. Codziennie podawałeś mi jakieś środki uspokajające, żeby mnie sobie podporządkować.

– Tak będzie dla nas najlepiej – szepnąłeś jeszcze, zanim pielęgniarka poprowadziła mnie do gabinetu.

A potem poszedłeś sobie.

– Muszę lecieć. Mam zebranie. Wróć do domu taksówką.

Miałeś nadzieję, że po lekach, które we mnie wmusiłeś, nadal będę jak uległa grzeczna kochanka. Ale ja nie poddałam się zabiegowi. Kiedy pielęgniarka posadziła mnie na krześle, rozpłakałam się i powiedziałam jej, że nie chcę usuwać ciąży. Że to nie była moja decyzja.

Kiedy dwie godziny później wyszłam z gabinetu, byłam spokojna i dumna z tego, czego nie zrobiłam.

Muszę zabrać kilka rzeczy osobistych z twojego domu, odjechać i nigdy więcej cię nie zobaczyć. Nigdy nie powiem ci, że nasze dziecko będzie dorastało, nie wiedząc, kim jest jego ojciec. Nie powinnam wprawdzie prowadzić samochodu po tym, jak naszpikowałeś mnie środkami uspokajającymi, ale muszę od ciebie uciec.

Ręce drżą mi tak bardzo, że niemal upuszczam laptop, wkładając go do torby. Zabieram ją i pospiesznie wybiegam z domu.

Mój telefon zaczyna dzwonić.

To ty.

Ściska mnie w żołądku ze strachu. W ciągu jednego tygodnia z kochającego partnera zmieniłeś się w okrutnego potwora. Odbieram, czując, jak serce łomocze mi z paniki.

– Wszystko w porządku? – pytasz. W tle słyszę odgłosy ruchu ulicznego. Twój biznes jest ważniejszy niż ja albo dziecko, które mogliśmy razem wychowywać.

– Tak. Wszystko w porządku.

Czuję ogromny ciężar na piersi. Wydaje mi się, że wiesz. Że coś podejrzewasz. Nie pamiętam chwili, w której zaczęłam się ciebie bać.

– Do zobaczenia wkrótce – mówisz. – Odbiorę cię z domu twoich rodziców za kilka dni.

Nie, nie odbierzesz.

– Tak, oczywiście.

Moi rodzice mieszkają w północnej części stanu Nowy Jork. To tylko trzy godziny drogi samochodem z na­szego domu w Vermoncie. Nie chcę już nigdy widzieć nasze­go do­mu, ale teraz zaczynam się bać, że nie zdołam uciec od ciebie wystarczająco daleko.

– Kiedy już wyjedziesz na autostradę, będziesz miała łatwo – mówisz. – Żadnych samochodów. Pofruniesz jak ptak. Kocham cię, Emily.

Emily… nigdy mnie tak nie nazywasz. Mówisz do mnie Em. Pełnego imienia używasz tylko, kiedy jesteś zły lub gdy się zamykasz w sobie.

– Ja też cię kocham – odpowiadam, chociaż tym razem kłamię.

Podróż przez góry Adirondack jest łatwa. Mam czas na zastanowienie się, co zrobić dalej, jak teraz żyć. Bez ciebie. Jako samotna matka.

Jazda jest uspokajająca. Fizyczne zwiększenie dystansu od ciebie odczuwam jako zyskanie wolności. Po godzinie podróży wjeżdżam na wijący się górski odcinek autostrady, ale kiedy próbuję zwolnić, hamulec nie stawia najmniejszego oporu.

Ogarnia mnie przerażenie. Jadę w dół, z trudem kontrolując samochód, który nabiera prędkości.

Przed sobą widzę zakręt nad urwiskiem…

Znów wciskam pedał hamulca, który poddaje się bez oporu. Łatwo. Zbyt łatwo… Z sercem walącym jak młot próbuję zahamować jeszcze raz, ale wiem już, że to nie zadziała.

Przypominają mi się twoje słowa. „Pofruniesz jak ptak”.

Przerażenie oblewa mnie niczym fala tsunami.

Samochód przyspiesza coraz bardziej, zbliżając się do ostrego zakrętu.

A potem frunę niczym ptak…

1

Natalie

Teraz

– Śmierć mózgowa? – szepczę, czując, jak omlet, który zjadłam na śniadanie, usiłuje gwałtownie wydostać się z mojego żołądka.

Moja przyjaciółka, Cara, leży bez ruchu na szpitalnym łóżku. Na ten widok wywracają się we mnie wnętrzności. Przypominam sobie pogrzeb Lindsey i znów budzi się we mnie strach.

Dziewięć lat temu wszystkie trzy przeprowadziłyśmy się do Nowego Jorku. Małomiasteczkowe dziewczyny z wielkimi marzeniami.

Potem nagle zostałyśmy tylko we dwie: Cara i ja.

A teraz kolejna moja przyjaciółka walczy o życie.

– Nie to powiedziałem, panno Olsen. – Detektywka stojąca tuż za mną wyjaśnia wszystko rutynowo, jakby robiła to codziennie, zarabiając w ten sposób na życie. – Pacjentka jest w śpiączce, a jej mózg wykazuje niewielką aktywność.

Detektywka jest mniej więcej w moim wieku. Ma niski, chrapliwy głos, jakby przechodziła zapalenie gardła. Nie pasuje to do jej ładnych kobiecych rysów.

– Wkrótce przyjdzie lekarz i wszystko pani wyjaśni – ciągnie. – Podobno pani przyjaciółka po przebudzeniu może cierpieć do pewnego stopnia na amnezję, na skutek działania leku, który wykryto w jej organizmie.

– Jaki lek robi z człowiekiem coś takiego? – wypluwam z siebie, podchodząc bliżej do łóżka szpitalnego. Boję się, że kiedy dotknę Cary, poczuję, że jest zimna niczym trup.

– Coś w rodzaju narkotyku gwałtu, tylko pięć razy silniejszy i potencjalnie śmiertelny.

– Dlaczego? – pytam szeptem.

– Żeby poznać odpowiedź, musimy znaleźć osobę, która zrobiła to pani przyjaciółce. Potrzebujemy pani pomocy.

– Już wam mówiłam, nie mam pojęcia, kim on jest.

– Zakładając, że to był mężczyzna.

– A kto inny mógłby zrobić coś takiego? Jak już mówiłam, byłyśmy w klubie. Piłyśmy alkohol. Cara rozmawiała z rudym facetem, o którym pani wspomniałam. Nie powiedziała mi, jak miał na imię, tylko tyle, że siedział w sekcji dla VIP-ów.

– Przyjrzała się mu pani? Z kim tam przyszedł?

– Nie wiem. Cara powiedziała tylko to, że był VIP-em.

I jeszcze to: „Jest moim wygranym losem na loterii. Wkrótce będziemy się mogły wydostać z tego piekła w Jersey. Obiecuję ci, kochana!”.

Ale policja nie musi tego wiedzieć.

Nadal mam kaca po wczorajszej imprezie, a Cara… Cóż, Cara poszła do domu z obcym facetem i została znaleziona nieprzytomna na przystanku autobusowym dzisiaj wcześnie rano.

– Czyli było tak. Pani koleżanka piła – mówi detektyw spokojnie – poznała jakiegoś faceta, o którym nie wiedziała absolutnie nic, nawet nie znała jego imienia. A pani tak po prostu, bez wahania, puściła ją z nim do domu?

– Niech pani posłucha… – Zamykam oczy, próbując ułożyć myśli.

Cara lubiła się bawić, kochała seks i pieniądze, ale jak mam to wyjaśnić, żeby mnie nie osądzano? Cara lubiła spotykać się z przygodnymi facetami.

Oczywiście pani detektyw tego nie zrozumie. I rzeczywiście, jej kolejne słowa potwierdzają moje podejrzenia.

– Właśnie tak kończą młode kobiety nieprzytomne na przystankach autobusowych nad ranem. Szczerze mówiąc, najprawdopodobniej miała szczęście, zważywszy na…

Oglądam się przez ramię i napotykam obojętne spojrzenie policjantki.

– Zważywszy na co?

– Zważywszy na to, że nie została zgwałcona, co potwierdziły badania. Pani koleżanka nie odbyła stosunku płciowego w ciągu ostatnich dwudziestu czterech godzin. Dlaczego więc została naszpikowana tak mocnym środkiem? Mam przeczucie, że w tej historii kryje się coś więcej, panno Olsen.

– Czy możecie sprawdzić kamery w klubie?

– Nie doszło do żadnego przestępstwa per se. Nie ma dowodów wskazujących na to, że sprawcą był mężczyzna z klubu.

– Czyli nie zamierzacie rozpocząć dochodzenia?

– Jesteśmy zainteresowani sprawą z innego powodu.

– A jaki może być inny powód? – wypluwam z siebie gniewnie, chociaż wiem, że nie ma sensu się z nią kłócić. Rozumiem. Nie doszło do przestępstwa per se.

– W tym samym szpitalu przebywa aktualnie inna młoda kobieta w podobnym stanie – mówi detektywka. – Wywołanym działaniem dokładnie tego samego narkotyku. Z jednym wyjątkiem. U tej pacjentki nie wykryto aktywności mózgu.

Robi mi się niedobrze.

– Sądzi pani, że obie sprawy są powiązane?

– Ostatnio mieliśmy dwa podobne przypadki kobiet zatrutych tym samym środkiem. Żadnych tropów, żadnych dowodów sugerujących, co się wydarzyło. Substancja, o której mówimy, nie jest lekiem na receptę, lecz środkiem nielegalnym w Stanach Zjednoczonych.

– I tamte kobiety nie wyjaśniły, co się stało?

– Nigdy nie doszły do siebie.

Żółć podchodzi mi do gardła, ale przełykam strach. Dopiero po dłuższej chwili odzyskuję mowę.

– A jaki jest aktualnie stan Cary?

– Lekarze nie są jeszcze w stanie tego powiedzieć. Nie minęło wystarczająco dużo czasu. Pani przyjaciółka musi odzyskać przytomność, zacząć mówić, a potem przejść serię badań. Na razie szanse są pół na pół.

– Co to znaczy?

– Albo pacjentka dojdzie do siebie bez żadnych wspomnień dotyczących kilku ostatnich dni, albo…

To drugie „albo” sprawia, że znów czuję mdłości.

Cara leży spokojnie na szpitalnym łóżku. Jej monitor serca cicho pika. Wszystko jest dokładnie tak, jak gdy umierała Lindsey. To chore déjà vu mrozi mnie do szpiku kości.

Ale nadzieja jest zwodnicza i często sprawia, że wierzymy w to, że mimo wszystko się uda. Carze na pewno się uda. Musi. Dasz radę, kochana.

– Albo dozna trwałego uszkodzenia mózgu – kończy detektywka.

Przygryzam dolną wargę, żeby powstrzymać łzy cisnące się do oczu.

– Musimy znaleźć osobę odpowiedzialną – mówię, mimo „braku przestępstwa per se”.

– Czy na pewno powiedziała mi pani wszystko, panno Olsen? – naciska detektywka, przez co czuję się tak, jakbym to ja była kryminalistką.

Czeka na odpowiedź, ale ja mam dość tej konwersacji.

– Cóż, niech pani to przemyśli – rzuca jeszcze policjantka. – Proszę do mnie zadzwonić, jeśli coś sobie pani przypomni.

Ignoruję ją i zaciskam zęby, kiedy wręcza mi swoją wizytówkę i wychodzi bez pożegnania.

„Detektyw Lesley Dupin, Wydział Policji w Jersey”, odczytuję na karteluszku.

Nic mnie to nie obchodzi.

Nagle czuję, że ciężko mi oddychać. Dopiero teraz dociera do mnie, że moja najlepsza przyjaciółka może wcale nie dojść do siebie. Może już nigdy nie będzie nocnych pogaduszek, wypraw do klubów, strojenia się, marzeń o podróżach po świecie, o wakacjach w Grecji albo o wycieczce samochodowej i kampingu w Appalachach.

Najpierw Lindsey, potem Cara. Co my takiego zrobiłyśmy, żeby na to zasłużyć?

Ocieram łzy i modlę się, żeby Cara się obudziła. Nie mam pojęcia, kim jest mężczyzna, który jej to zrobił. Jest igłą w stogu nowojorskiego siana. Jak mam znaleźć rudowłosego nieznajomego, który najprawdopodobniej wstrzyknął mojej przyjaciółce niebezpieczny narkotyk i porzucił ją na przystanku autobusowym?

2

Natalie

Każdego dnia, w ciągu kilku sekund Manhattan może się stać śmiertelną pułapką. Obie strony Trzydziestej Pierwszej ulicy są pełne Nowojorczyków nerwowo drepczących przed przejściem dla pieszych, gotowych do wkroczenia w sam środek potwornego korka, mimo że nadal mają czerwone światło.

To właśnie jest Manhattan. Ludzie i samochody poruszają się po ulicach z szokującą niecierpliwością.

Mój kiepski nastrój nie pasuje do słonecznej pogody. Rozmowa kwalifikacyjna na posadę barmanki w hotelu Hyatt poszła dobrze, ale pomimo doskonałego CV moje częste zmiany miejsca pracy budzą podejrzenia.

Światło sygnalizatora zmienia się na żółte i ktoś natychmiast zaczyna napierać na mnie z tyłu, przez co wpadam na stojącego przede mną młodego mężczyznę, trzymającego kawę i wpatrzonego w telefon w drugiej dłoni. Jego woda kolońska ma uwodzicielsko gorzkawy zapach. Mężczyzna ma gładko przyczesane jasnobrązowe włosy, bielutką koszulę, spodnie od garnituru i skórzane buty w szpic. Najprawdopodobniej jest bankierem lub kimś w tym stylu. Wygląda nienagannie, nawet mimo wrześniowego upału. Sądząc po tym, że prawie nie zwraca uwagi na ruch uliczny, jest zapewne rodowitym Nowojorczykiem.

Rusza przed siebie i wtedy dostrzegam, że światło zmieniło się na zielone.

Instynktownie robię krok do przodu.

Dokładnie w tym samym momencie słyszę pisk opon. Szybko spoglądam w bok na czerwonego Oldsmobile’a, który skręca z dużą prędkością na czerwonym świetle prosto w naszą ulicę.

Tłum przechodniów rozstępuje się szybko. Ludzie odskakują do tyłu albo rzucają się do przodu niczym stado mrówek.

Z wyjątkiem młodego mężczyzny.

Bez namysłu chwytam go za ramię i odciągam do tyłu. Samochód mija go dosłownie o milimetry.

Kawa wystrzeliwuje w powietrze. Auto zahacza o krawężnik, ale nie zatrzymuje się i odjeżdża, nabierając prędkości.

– Chryste – wyrzuca z siebie mężczyzna, spoglądając na mnie rozszerzonymi oczami.

Tłum rusza do przodu, potrącając nas co i rusz. Nikt nie wydaje się w żaden sposób poruszony wypadkiem, do którego o mały włos nie doszło. Ja stoję w miejscu, uwięziona spojrzeniem niesamowicie niebieskich oczu nieznajomego.

Jest czarująco przystojny.

– Ufff. – Przystojniak oddycha z ulgą. Jego wzrok błądzi po mojej twarzy. – Chyba właśnie ocaliłaś mi życie. – Chichocze, a jego usta rozciągają się w pięknym uśmiechu.

– Albo zaoszczędziłam ci sporego rachunku za pobyt w szpitalu – odpowiadam.

Ktoś znów mnie potrąca. Ruszam przed siebie, a nieznajomy idzie za mną.

– Co najmniej! – mówi podekscytowany, zupełnie jakbyśmy przed chwilą byli świadkami cudu. – Pieprzeni kierowcy w tym mieście. Czyste wariactwo, co nie? Chyba muszę kupić nową kawę – dodaje, zaglądając do pustego już teraz kubka. – Jestem ci winien przysługę.

– To nic takiego – mamroczę.

Tym niemniej idea kawy brzmi dobrze. Nie mam pracy, nie stać mnie na luksusy, inaczej nie będzie mnie stać na czynsz.

– Nick. – Nie zatrzymując się, nieznajomy wyciąga do mnie rękę.

– Natalie.

Wymieniamy uścisk. Mężczyzna kiwa głową w kierunku Starbucksa.

– Chodźmy. Pozwól, że kupię ci kawę. – Szybko zerka na zegarek, a ja mam wrażenie, że nie było to zaproszenie na randkę, tylko zwykła uprzejmość. Ale czemu nie skorzystać?

– Jest lepsza kawa niż ze Starbucksa. – Myślę, że może jednak nie jest rodowitym Nowojorczykiem. Wskazuję na budkę z kawą PapaBean. – Najlepsza kawa w okolicy. Etiopska. Jasno palona.

– Naprawdę? – Nick uśmiecha się do mnie szeroko. Jego niebieskie oczy wydają się nabierać jeszcze bardziej intensywnego koloru w blasku słońca. – Jak sobie życzysz, szefowo. Chodźmy. – Zaczyna przeciskać się przez tłum w stronę budki z kawą. – Poproszę to samo, co ta pani – mówi do sprzedawcy w średnim wieku, z wąsami, w fartuchu.

Składam zamówienie.

– Powiedz mi, Natalie, co porabiasz tego pięknego dnia? Oprócz ratowania życia nieznajomym i krytykowania ich gustu co do kawy? – pyta głosem, który potrafiłby roztopić czekoladę.

Jego uśmiech jest zaraźliwy, więc również się uśmiecham.

– W zasadzie to właśnie odbyłam rozmowę kwalifikacyjną. Znacznie lepiej idzie mi ratowanie życia niż utrzymanie pracy.

Nick wybucha śmiechem, a ja uśmiecham się szerzej, chociaż z definicji powinnam mieć zły dzień. Nie wspominając o tym, że moja najlepsza przyjaciółka jest w śpiączce od trzech dni.

– Jakiej pracy szukasz? – pyta Nick.

Wzruszam ramionami.

– W tej chwili jakiejkolwiek. Bez względu na poziom edukacji i kwalifikacje.

Poddałam się z szukaniem pracy związanej z moim dyplomem z zarządzania już kilka lat temu. Okazuje się, że praca za barem w miejscach przeznaczonych dla zamożnej klienteli opłaca się znacznie bardziej. Oczywiście pod warunkiem, że potrafisz utrzymać posadę.

– Aż tak źle?

– Niestety.

Z własnej winy straciłam pracę w barze z tapas przez to, że byłam zbyt niegrzeczna i obcesowa wobec – uwaga, uwaga – wulgarnych dupków z Wall Street, którzy rzucali seksistowskie komentarze. Jakby tego było mało, stan Cary zupełnie się nie poprawiał. Doktor powiedział, że i tak miała szczęście, nawet jeśli jeszcze się nie obudziła.

Wygląda na to, że w tym miesiącu sama będę musiała zapłacić za wynajem mieszkania.

Kiedy to sobie uświadamiam, mina mi rzednie. Bezmyślnie lustruję stoisko z gazetami stojące obok budki z kawą, próbując odgonić negatywne myśli.

I wtedy widzę jego.

W Nowym Jorku jest mnóstwo rudowłosych facetów, niespecjalnie się wyróżniających. Z wyjątkiem tej jednej twarzy, z charakterystycznie uniesioną prawą brwią i zielonymi oczami wpatrującymi się we mnie z okładki magazynu.

Przełykam gulę w gardle, zastygam. To on.

– Pani kawa, młoda damo – mówi Nick, stając obok mnie.

Ale ja nadal wlepiam wzrok w czasopismo, a potem powoli zdejmuję je z półki.

Nie ma wątpliwości: twarz zdobiąca okładkę tygodnika „Weekly Tech” należy do faceta, z którym Cara poszła do domu po imprezie w klubie. Wreszcie wiem, jak się nazywa – Geoffrey Rosenberg.

CZŁOWIEK ROKU.

CEO FIRMY IXRESEARCH.

KRÓL KRYPTOWALUTY.

NAJNOWSZY MĘŻCZYZNA NA LIŚCIE 40 NAJBARDZIEJ WPŁYWOWYCH I UTALENTOWANYCH MŁODYCH LIDERÓW PONIŻEJ 40. ROKU ŻYCIA.

W głowie rozbrzmiewają mi słowa Cary: „Jest moim wygranym losem na loterii”.

I najprawdopodobniej drapieżcą seksualnym, dodaję w myślach.

3

Natalie

– Rany, tak się zauroczyłaś, że nawet nie chcesz kawy? – Pytanie wyrywa mnie z osłupienia.

Przystojniak uśmiecha się do mnie, przenosząc wzrok z magazynu na mnie. Odbieram od niego kawę.

Nick wskazuje brodą na okładkę tygodnika.

– Jesteś zainteresowana kryptowalutą?

– Nie, nie – odpowiadam.

Chcę mu powiedzieć, że mężczyzna z okładki być może ma coś wspólnego z otruciem mojej przyjaciółki i być może również innych kobiet. Powstrzymuję się jednak. Serce zaczyna mi walić i sięgam do torebki, szukając telefonu. Muszę zadzwonić do pani detektyw.

– To mój szef – mówi Nick.

– Hę? – Zastygam, wpatrując się w niego zszokowana.

Nick zerka znacząco na okładkę magazynu.

– To mój szef – powtarza z dumą.

Wiedziałam, że ten gość ma coś wspólnego z najbogatszymi.

– Niemożliwe – wyrywa mi się.

– Naprawdę. Jestem jego osobistym kierowcą.

Och. Czyli jednak nie jest bankierem.

– To pewnie miłe. – Odkładam magazyn na półkę z zamiarem wyszukania Człowieka Roku w internecie zaraz po powrocie do domu.

– Co jest miłe? – Nick marszczy czoło.

Kierowca czy nie, musi nieźle zarabiać, sądząc po nienagannym ubraniu i wypolerowanych na błysk butach.

– Pracować dla milionera – mówię. – Dobrze ci płaci?

– Raczej tak. – Nick chichocze. – To porządny gość. I przy okazji obrzydliwie bogaty.

Jego ostatnie słowa powodują zmianę mojego spojrzenia na sprawę.

Historia dowodzi jednej rzeczy – bogaczom uchodzą często na sucho różne przestępstwa. Król Kryptowaluty Rosenberg prawdopodobnie ma wystarczające fundusze, żeby przekupić policję i cały system sądowniczy. Skontaktowanie się z detektywką niczego nie zmieni. Absolutnie nic z tego nie wyniknie, poza tym, że mogę skończyć jak Cara. Już na samą myśl o tym czuję zimny dreszcz wzdłuż kręgosłupa.

Ogarnia mnie natychmiast mnóstwo wątpliwości. Z jakiego powodu gość, który jest bogaty i sławny, który znalazł się nawet na okładce magazynu, miałby zabrać do siebie jakąś dziewczynę, nafaszerować ją narkotykami, a potem wypuścić? Według lekarzy Cara nie miała żadnych śladów napaści seksualnej – nawet jednego zadrapania. Zastanawiam się, czy ten człowiek z okładki rzeczywiście może mieć coś wspólnego z całą tą sprawą.

– A ten porządny gość szuka może pracowników? – rzucam żartem bez zastanowienia. Nie wiem nawet, dlaczego to powiedziałam.

– Nie. – Nick chichocze, ale jego mina natychmiast się zmienia, zupełnie jakby zapaliła mu się w głowie żaróweczka. – Słuchaj, a jaką pracę chciałaś dzisiaj zdobyć?

Pracę w barze, niemal mi się wyrywa. Mam wprawdzie dyplom z zarządzania, ale w dzisiejszych czasach nie wiąże się to z dobrą płacą.

– Dlaczego chcesz wiedzieć? – pytam zamiast tego, żeby zbytnio się nie odsłonić.

– Mój szef organizuje przyjęcie biznesowe w ten weekend. Oczywiście ma catering i takie tam, ale jedna z jego gosposi musiała wziąć nagle urlop. – Krzywi się w wyrazie przypominającym współczucie.

No nieźle. Czyli sądzi, że szukam tego rodzaju roboty.

Zamierzam właśnie powiedzieć coś nieprzyjemnego Panu Ważniakowi. To prawda, że moje proste, zapinane na guziki dżinsy i włosy zebrane w kucyk nie sprawiają wrażenia, że aplikowałam na pozycję asystentki CEO, ale sprzątaczka? Serio?

Nie mówię nic. Spojrzenie Nicka nie jest aroganckie, nawet w najmniejszym stopniu. Patrzy na mnie słodko, z wyczekiwaniem i nagle zdaję sobie sprawę, że autentycznie chce mi pomóc.

– Pytasz mnie, czy chciałabym spróbować szczęścia na etacie sprzątaczki w biurze twojego szefa? – pytam ostrożnie, zastanawiając się, czy jednak przypadkiem nie stroi sobie żartów.

– Nie w biurze, tylko w jego rezydencji. W Jersey, jakieś dwadzieścia minut drogi od centrum, zaraz za rzeką.

Nick znów marszczy nos. Rozumiem go – za rzeką jest już inny stan. Tak się składa, że ja też mieszkam w Jersey City, tuż za rzeką.

Nick wzrusza ramionami.

– Szef ma sześcioosobową obsługę plus mnie. Tak czy owak, to tylko tymczasowa posada. Po prostu próbuję pomóc, jeśli jesteś zainteresowana.

Naprawdę rozpaczliwie potrzebuję pieniędzy. Na wczoraj.

– Ale czy sprawdzenie mnie nie potrwa zbyt długo? – pytam niepewnie. – Rozmowa kwalifikacyjna? CV?

Naprawdę nie mam na to czasu.

– Nie, jeśli się zna odpowiednie osoby – odpowiada Nick, puszczając do mnie oczko. – To minimum, co mogę zrobić dla kogoś, kto ocalił mi życie. Poza tym byłoby miło widywać tam kogoś ładnego.

Nie wiem, co odpowiedzieć. Dziś rano, kiedy wyszłam z mojego mieszkania i pojechałam pociągiem na Manhattan, posada sprzątaczki nawet nie przeszła mi przez głowę. Ale to nie jest przeciętna robota. Mogę szybko zarobić pieniądze, chociaż nie to w tej chwili jest największą pokusą. Chodzi o pracę dla Geoffreya Rosenberga, mężczyzny, który być może jest zamieszany w otrucie Cary. Jeżeli istnieje szansa, żeby się czegoś dowiedzieć, to właśnie teraz.

Przygryzam policzek w zastanowieniu.

– Mówisz, że będę w stanie dostać tę pracę przed weekendem i od razu mi zapłacą?

Nick zerka na zegarek. Dokładnie w tym samym momencie odzywa się jego telefon. Nick przekłada kubek z kawą do drugiej ręki i odbiera.

– Jestem prawie na miejscu – odpowiada, a jego twarz natychmiast poważnieje. – Tak. Będę za pięć minut. Miałem małe opóźnienie… Tak. Nie ma sprawy, szefie.

To jego pracodawca! Musi rozmawiać z Człowiekiem Roku! Wnętrzności nagle skręcają mi się ze zdenerwowania.

– O której godzinie zaczyna się telekonferencja? – Nick wskazuje dwoma palcami na mój telefon, nie przerywając rozmowy z szefem. Podaję mu komórkę, a on wpisuje swój numer i wysyła esemesa z moim imieniem do siebie samego.

– Zadzwoń do mnie później – mówi bezgłośnie, a potem rzuca do słuchawki: – Rozumiem… Tak… Tak. Nie ma problemu.

Znów puszcza do mnie oczko i rusza przed siebie, znikając w tłumie przechodniów.

Jeśli to nie szczęśliwy traf, to nie wiem, jak to nazwać. Mam szansę spotkać Człowieka Roku, może nawet go poznać i dowiedzieć się, co się wydarzyło tamtej nocy, kiedy Cara została nafaszerowana narkotykami.

Sprzątanie śmieci nie potrwa długo. A jeśli Rosenberg okaże się śmieciem, wtedy wymyślę, jak się z nim rozprawić.

Muszę tylko zachować ostrożność.

4

Natalie

Koniec końców kupuję tygodnik z rudowłosym diabłem na okładce, mimo że powinnam oszczędzać każdy grosz na opłatę czynszu. Potrzebuję zdjęcia Człowieka Roku gwoli przypomnienia, że będę w stanie odnaleźć tego drapieżcę seksualnego, jeśli rzeczywiście się nim okaże.

Dzielnica Jersey City Heights rozciąga się tuż za rzeką, po drugiej stronie Manhattanu. Droga pociągiem zajmuje tam piętnaście minut. Cara i ja mamy samochód, którym przyjechałyśmy tutaj z domu, ale korzystamy z niego, tylko kiedy wybieramy się na wycieczki za miasto.

Podczas krótkiej podróży pociągiem przeglądam artykuł o Geoffreyu Rosenbergu. Nie ma w nim zbyt wielu informacji o jego przeszłości, z wyjątkiem tego, że po rzuceniu studiów parał się interesami kryptowalutowymi i cyfrowymi. Na scenie kryptowalutowej pojawił się ponownie rok temu. Od tamtej pory jego firma IxResearch stała się najbardziej wziętą platformą wymiany kryptowalutowej w Stanach.

Nie znam się zbytnio na walucie cyfrowej, a już na pewno nie wiem, jak można założyć firmę, która zaledwie po roku ma inwestorów z całego świata i jest wyceniana na dziesięciocyfrową kwotę. Podobno trzydziestoczteroletni Geoffrey Rosenberg jest geniuszem przedsiębiorczości. Mieszka w Jersey, rzadko pojawia się publicznie. Jest czarujący, niezwykle inteligentny i skryty, a jego firma wkrótce ma wejść na giełdę, co, wedle przewidywań analityków, zwielokrotni jej wartość. Mowa tu o dziesiątkach miliardów dolarów.

Najwyraźniej, tak jak wielu młodych milionerów, pan Rosenberg nie stroni od klubów nocnych i podawania młodym dziewczynom narkotyków.

Tylko dlaczego?

Całe to zdarzenie z Carą nadal nie ma sensu, ale bardzo chcę dowiedzieć się więcej o człowieku, który, jak podejrzewam, był sprawcą.

Zaraz po przybyciu do mieszkania przesuwam styropianową głowę pod perukę na bok stolika kawowego i otwieram laptop. Potem usuwam ubrania z sofy i robię sobie miejsce, żeby usiąść.

Nasze mieszkanie składa się z dwóch ciasnych sypialni na parterze dwukondygnacyjnego szeregowca. Gdyby zależało to tylko ode mnie, panowałby tu idealny porządek, ale Cara jest projektantką kostiumów. Każdy kąt naszego mieszkania jest zarzucony próbkami tkanin, różnymi częściami garderoby i cekinowymi paskami. W rogu znajduje się stojak z poduszką na szpilki i forma krawiecka, a w drugim manekin. Cara jest utalentowana, ale wolałabym, żeby nie miała aż tylu dorywczych robótek, które sprawiają, że nasze mieszkanie wygląda niczym garderoba w klubie burleski.

Chrobotanie przyciąga moją uwagę do klatki stojącej w rogu pokoju.

– Fuj, Trixy. – Wstaję z westchnięciem i idę do kuchni po liść sałaty i cukinii. Zawsze dostajemy zmaltretowane, przywiędłe warzywa za darmo z małego sklepiku za rogiem, specjalnie dla Trixy.

Trixy to nasza szczurzyca – inteligentna, zadziorna i szczerze powiedziawszy, zupełnie do niczego, ale kocham ją z całego serca. Obserwowanie jej jest całkiem niezłą rozrywką. Zamek do drzwi klatki zepsuł się jakiś czas temu, więc teraz blokujemy wyjście za pomocą pudełka na drobiazgi.

Karmię Trixy, a potem szybko wracam do komputera.

– Geoffrey Rosenberg – szepczę, szperając w internecie.

Znajduję dziesiątki artykułów o nim, głównie dotyczących jego biznesu, a także kilka zdjęć z konferencji i wywiadów z blogerami. Wszystkie oficjalne media społecznościowe Rosenberga zawierają wyłącznie informacje branżowe.

Przez dwie godziny czytam wszystko, co znalazłam o tajemniczym milionerze. Szykuję sobie rosół z torebki i zjadam go z roztargnieniem, przeglądając sieć.

Nie znajduję zbyt wielu informacji o życiu Rosenberga z okresu szkoły i studiów. Został wychowany w Vermoncie przez samotną matkę, która zmarła, kiedy był na pierwszym roku studiów. Rosenberg rzucił studia, zaczął interesować się kryptowalutą i niedawno zawojował świat finansowy.

Ktoś na internetowym forum dotyczącym kryptowalut opublikował zdjęcie Rosenberga z czasów studiów.

– Witam pana – mruczę, przyglądając się dwudziestoletniemu Geoffreyowi Rosenbergowi. Bardzo się zmienił z chudego przeciętnego rudzielca, którym kiedyś był.

Ale nie interesuje mnie jego przeszłość, tylko chwila obecna.

Trixy zaczyna trząść głośno klatką. Robi to dość często. Ma charakterek. Cara mawia żartem: „Ona jest zupełnie jak my, kiedy byłyśmy w domu. Próbuje wydostać się z klatki. Może pewnego dnia podarujemy jej wolność”.

Zamykam oczy i wstrzymuję oddech, czując łzy napływające do oczu.

Cara, Lindsey i ja. Kiedy przeprowadziłyśmy się do Nowego Jorku, byłyśmy takie młode. Bardzo się starałyśmy osiągnąć sukces, zapomnieć o ponurym życiu w naszym małym miasteczku na odludziu.

Cara zawsze pakowała się w kłopoty. Lindsey z kolei była najinteligentniejsza z naszej trójki. Miała najwyższe oceny w szkole i dostała pełne stypendium na studiach, w przeciwieństwie do wsparcia finansowego na edukację dla osób o niskich dochodach, które trafiły się nam. Niestety, nieuleczalny nowotwór ma w głębokim poważaniu czyjeś osobiste cele życiowe.

Lindsey nie dożyła dwudziestych trzecich urodzin.

Przed jej śmiercią nigdy nie uczestniczyłam w pogrzebie. Nieliczni obecni na nim mieszkańcy naszego miasteczka spoglądali z gniewem na mnie i Carę, zupełnie jakbyśmy to my odebrały jej życie. Przed wyjściem z cmentarza ojciec Lindsey zatrzymał się przed Carą i mną.

„To miasto ją zabiło”, powiedział rozgoryczony.

Łzy szczypią mnie w oczy. Trixy nagle zastyga w klatce, jakby wyczuwała mój smutek.

Nie mogę stracić również Cary. Nie chcę zostać tą jedyną ocalałą. Jedyną, która przeżyła. Jedyną, która „zawojowała świat”, tak, jak to sobie obiecywałyśmy dziewięć lat temu, jadąc starą Toyotą przez kraj w drodze do Wielkiego Jabłka. Mój Boże, byłyśmy takie infantylne.

Może nadal jestem naiwna, ale muszę się dowiedzieć, dlaczego Rosenberg zrobił to, co zrobił, Carze. A to oznacza, że muszę się jakoś do niego dostać.

Biorę do ręki telefon i wybieram numer przystojnego nieznajomego, Nicka. Od razu włącza się poczta głosowa, więc wysyłam do niego esemes.

JA: Jakieś wiadomości na temat potencjalnej pracy dla mnie? Jeszcze raz dzięki za twoją pomoc. Mam nadzieję, że wkrótce się odezwiesz.

Nick odpowiada po dwóch minutach.

NICK: Niebawem dam ci znać.

Mój optymistyczny nastrój znika. „Niebawem” ciągnie się jak flaki z olejem, zabieram się więc do sprzątania w dużym pokoju. Przenoszę wszystkie rozpoczęte projekty Cary do jej sypialni, w której prawie nie ma miejsca. Nawet plakaty Lady Bunny i jednej z modelek Alexandra McQueena są obwieszone różnymi bibelotami.

Kiedy mój telefon pika, oznajmiając nadejście wiadomości, rzucam się ku niemu jak ninja.

NICK: Jutro o dziewiątej rano. Spotkasz się z Julienem, zarządcą domu.

Dalej jest adres, w pobliżu Alpine – zamożnej dzielnicy w Jersey – co nie jest wcale zaskoczeniem.

NICK: Ochroniarz przy bramie będzie wiedział, że masz się pojawić.

Ochroniarz? Cóż, to pewnie ma sens, zważywszy na bogactwo Rosenberga.

NICK: Do zobaczenia jutro.

Wybieram jego numer, ale odrzuca połączenie.

NICK: Nie mogę teraz rozmawiać, laleczko ;-)

JA: Dzięki, przystojniaku! Naprawdę doceniam twoją pomoc! Muszę wiedzieć coś jeszcze przed rozpoczęciem pracy?

NICK: Ludzie tutaj są dość sztywni, ale poradzisz sobie.

Pracowałam w wielu miejscach obsługujących bogaczy, gdzie panowała napięta atmosfera. Dopiero subtelny przekaz kolejnej wiadomości sprawia, że budzi się we mnie niepokój.

NICK: Pamiętaj tylko, żeby przestrzegać wszystkich zasad.

DZIEŃ 1

5

Natalie

„The Splendors Mansion”, głosi elegancki napis na gigantycznych wrotach, za którymi kryje się rezydencja Geoffreya Rosenberga.

Zatrzymuję samochód przed bramą. Nie dostałam kodu wjazdowego, więc biorę telefon z zamiarem napisania do Nicka. Nagle drzwi budki strażniczej się otwierają i ze środka wychodzi potężnie zbudowany ochroniarz.

Opuszczam okno.

– Przyjechałam na rozmowę kwalifikacyjną.

Gładko ogolona twarz, kwadratowa szczęka, którą można by tłuc orzechy, i gęste brwi pod daszkiem czapki bejsbolowej – strażnik wygląda jak buldog.

Wpatruje się we mnie z wyraźną dezaprobatą, jakbym przyjechała tutaj, żeby odebrać mu posadę.

– Nie sądzę – mówi powoli. – Proszę zaczekać tutaj.

Przeciska się przez drzwi z powrotem do budki, sprawdza coś w notatniku, a potem wychodzi na zewnątrz i kręci głową.

– Nie mam żadnej wiadomości o pani w moich notatkach. – Kręci palcem w powietrzu. – Proszę zawrócić.

– To nieporozumienie – odpowiadam i dzwonię do Nicka.

Odbiera natychmiast.

– Hej, laleczko.

– Nick, jestem przed bramą rezydencji, ale strażnik twierdzi, że nic nie wie o mojej rozmowie kwalifikacyjnej.

– Och, poczekaj chwilę. Nie ruszaj się z miejsca.

Rozłącza się, a ja przepraszam niemiłego ochroniarza.

– Proszę mi dać kilka minut. Tak przy okazji, jestem Natalie. Jak się pan nazywa?

Strażnik zastyga i spogląda na mnie gadzimi oczami, jakbym właśnie potwornie go obraziła.

– Dave.

Tężeję i wbijam wzrok w moje dłonie, zaciśnięte na kierownicy. Czekam.

Telefon strażnika zaczyna dzwonić.

– Zrozumiałem – odpowiada sucho po odebraniu. – Tak. Tak. Nie ma problemu, proszę pana. – Rozłącza się i przenosi gniewne spojrzenie na mnie. – Proszę zaparkować po zachodniej stronie budynku i skorzystać z wejścia dla obsługi. Będzie pani rozmawiać z Julienem – mówi niechętnie, zupełnie jakbym zrobiła coś złego. Wchodzi z powrotem do budki i otwiera bramę.

– Dziękuję, Dave! – wołam z nadzieją, że będzie to jedyne drobne potknięcie w pracy, której nawet jeszcze nie zaczęłam.

Wjeżdżam powoli przez bramę, zerkając w lusterko wsteczne. Widzę, że Dave znów rozmawia przez telefon, nie spuszczając ze mnie wzroku.

– Jak sobie chcesz, człowieku – mamroczę. – Jestem tutaj, żeby pracować, dokładnie tak jak ty.

Humor poprawia mi się znacznie, kiedy podjeżdżam pod rezydencję.

Proszę, proszę.

Splendors jest jednopiętrową współczesną willą z fontanną przed domem i ogromnym trawnikiem wypielęgnowanym do perfekcji, jakie widywałam do tej pory jedynie w stylowych magazynach. Przed rezydencją stoi czarny Maybach z przyciemnianymi oknami. To pewnie samochód Rosenberga prowadzony przez Nicka.

Cieszę się na ponowne spotkanie z Nickiem. Wspomnienie jego uroczego uśmiechu sprawia, że serce zaczyna bić mi mocniej.

Co ważniejsze jednak, myślę o Rosenbergu. To jego terytorium, a mi udało się tu znaleźć, dzięki szczęśliwemu zbiegowi okoliczności. Jestem tak blisko spotkania z człowiekiem, który… Właśnie, może być potencjalnie niebezpieczny, więc pewnie powinnam trochę przystopować ze swoim podekscytowaniem.

Dalsza część książki dostępna w wersji pełnej

Spis treści

Okładka

Karta tytułowa

Karta redakcyjna

PROLOG

Rozdział 1

Rozdział 2

Rozdział 3

Rozdział 4

DZIEŃ 1

Rozdział 5

Punkty orientacyjne

Okładka

Strona tytułowa

Prawa autorskie

Meritum publikacji