Ostatni smrek - Gąsienica-Zawadzka Maria - ebook + książka

Ostatni smrek ebook

Gąsienica-Zawadzka Maria

0,0
14,99 zł

Ten tytuł znajduje się w Katalogu Klubowym.

DO 50% TANIEJ: JUŻ OD 7,59 ZŁ!
Aktywuj abonament i zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego, aby zamówić dowolny tytuł z Katalogu Klubowego nawet za pół ceny.


Dowiedz się więcej.
Opis

Płomienie wdzierają się do domów niewinnych ludzi, pozostawiając po sobie zgliszcza. Raporty biegłych wskazują tę samą przyczynę pożarów: nieszczęśliwy wypadek. Jagna Biernacka, dziennikarka „Tygodnika Podhalańskiego”, odkrywa, że prawda jest znacznie bardziej mroczna. W hermetycznej społeczności panuje zmowa milczenia, a ten, kto zadaje zbyt wiele pytań, przestaje być w niej mile widziany.

Gdy w kolejnym pożarze ginie małżeństwo, Jagna dostrzega powiązania, jakie ktoś za wszelką cenę stara się ukryć. Każde kolejne odkrycie rodzi nowe pytania...

Jak daleko posunie się miejscowy ksiądz w obronie wiary? Skąd nowy fotograf „Tygodnika” wie, kiedy zjawić się na miejscu pożaru, by jako pierwszy udokumentować zdarzenie? Jakie tajemnice skrywa lokalny biznesmen?

W Kościelisku jest ktoś, kogo ręce splamione są krwią, kto od lat kroczy ścieżką, z której nie ma powrotu. Pewne jest tylko jedno: tam gdzie tradycja, lokalne układy i nowe interesy tworzą niebezpieczną sieć, trudno odróżnić sprzymierzeńców od wrogów.

„Ostatni smrek” to niepokojący, trzymający w napięciu thriller o tym, do czego może doprowadzić wiara i fałszywie rozumiana lojalność.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi

Liczba stron: 512

Data ważności licencji: 3/25/2031

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Copyright © by Maria Gąsienica-Zawadzka

Copyright © for this edition by Wydawnictwo Otwarte 2026

Opieka wydawnicza: Ewelina Tondys

Redakcja tekstu: Beata Słama

Adiustacja i korekta: d2d.pl

Promocja i marketing: Dominika Szczerek

Projekt okładki: Paweł Panczakiewicz / PANCZAKIEWICZ ART.DESIGN (front), Monika Drobnik-Słocińska

Fotografia świerka na okładce: lauraadaiphoto / Unsplash

ISBN 978-83-8399-540-3

www.otwarte.eu

Wydawnictwo Otwarte sp. z o.o. ul. Smolki 5/302 30-513 Kraków

Wydanie I, 2026

Dystrybucja: SIW Znak. Zapraszamy na www.znak.com.pl

Na zlecenie Woblink

woblink.com

plik przygotowała Katarzyna Ossowska

Smrek – świerk w gwarze podhalańskiej

Prolog

Las wokół niewielkiej polany stał bezszelestnie, a jedynymi odgłosami przecinającymi ciszę były świergoty ptaków. Na pniu powalonego przez halny drzewa siedziało trzech górali. Najstarszy z nich – osiemdziesięciodwuletni Staszek, wysoki, chudy, żylasty – uniósł do słońca pooraną zmarszczkami twarz i zamknął oczy, lecz po chwili spojrzał na swoich towarzyszy spod lekko uchylonych powiek. Władek i Jędrek podobnie jak on wystawiali twarze do słońca i cieszyli się pierwszym ciepłym dniem tej wiosny. Wiedzieli, że zima na Podhalu nie powiedziała jeszcze ostatniego słowa, jednak w tej chwili nie miało to znaczenia. Było ciepło i błogo.

Znali się od zawsze. Wszyscy trzej urodzili się i wychowali w Kościelisku, które było ich miejscem na ziemi. Tam znaleźli żony i się pobudowali. Tam urodziły się ich dzieci, wnuki i prawnuki. Tam dorobili się majątków, które pomnażali, by zapewnić swoim rodzinom dostatnie życie. I wiedzieli, że tam umrą.

Staszek włożył do ust ostatni kawałek moskola*, którego dała mu na drogę żona. Przeżuwając, wytarł dłonie o bukowe portki. To była jego dwudziesta druga para i wiedział, że już ostatnia. Nosił takie portki, odkąd pamiętał, i nie wyobrażał sobie, że mógłby nosić inne. Nie ma nic lepszego od solidnych bukowych portek. Z czarnym lampasem, z paradnymi parzenicami przy przyporach są nieodłącznym elementem stroju góralskiego. Ale dla niego to po prostu portki. Miał dwie pary, jedną do ciorania na co dzień, drugą do kościoła – w tych go pochowają.

Za młodu Staszek fiakrował, woził panów dorożką, a wieczorami uczył się od ojca kowalstwa artystycznego. Zarobione pieniądze mądrze inwestował w działki nie tylko w Kościelisku, ale i w Zakopanem.

Wyjął z kieszeni portek fajkę, nabił, zapalił i głęboko się zaciągnął. Spojrzał najpierw na potężny świerk wznoszący się ku niebu pośrodku polany, a później na swoich kolegów.

Władek zajmował się stolarstwem i snycerką, a meble, które robił, zdobiły nie tylko prywatne domy, ale także pensjonaty, hotele, a nawet muzea. Wyróżniały go wysoki wzrost i przygarbione plecy. Po latach ciężkiej pracy brakowało mu kawałka serdecznego palca u lewej dłoni i kawałka środkowego u prawej, mimo to wciąż przesiadywał w swoim warsztacie. Najstarszy syn poszedł w jego ślady, a dwóch młodszych prowadziło dużą firmę hydrauliczną.

Jędrek był najmłodszy z nich, miał siedemdziesiąt osiem lat. Niski, z dużym brzuchem i łysiną, rzadko ubierał się po góralsku. Ponieważ dokuczał mu reumatyzm, tego dnia miał na sobie ocieplane dżinsy, wełniany sweter, a na nim puchową kurtkę. Pierwszych dużych pieniędzy dorobił się na karczmie i pensjonacie, które pobudował w Zakopanem. Potem przyszły kolejne inwestycje. Wszyscy jego trzej synowie pracowali w hotelarstwie i gastronomii.

– Władziu – przerwał milczenie Staszek – pociągnij ze jednom niewysokom.

Władek uśmiechnął się szeroko i przez krótką chwilę pod bujnymi wąsami widać było jego żółte od palenia papierosów zęby.

Odchrząknął, nabrał głęboko powietrza i zaśpiewał:

Kie my sie tu ześli…

Gdy tylko wybrzmiał pierwszy wers, Staszek i Jędrek dołączyli do niego, śpiewając drugim, niższym głosem:

Zaśpiewojmy razem

Potem se pódziemy

Zielonym upłazem.

Potem se pódziemy

Zielonym upłazem…

Śpiewali głośno, a rzewna melodia niosła się przez polanę ku wierzchołkom drzew. Gdy skończyli, Jędrek wyjął z wewnętrznej kieszeni kurtki piersiówkę ze śliwowicą i puścił ją w obieg. Wódka była mocna, aż zatykało, ale przyjemnie grzała od środka. Po trzech kolejkach wypitych w pełnym powagi milczeniu Staszek spytał:

– Jendrek, godołeś z wnukiem?

Jędrek kiwnął głową i wyciągając ręce z kieszeni kurtki, żeby poprawić opadającą na oczy czapkę, odparł krótko:

– Godołek.

– I co? – chciał wiedzieć Władek.

– Pedzioł, ze my, starzy, momy siedzieć z boku. Ze nase casy juz mineny. Ze teroz oni, młodzi, gazdujom i bedom to robić po swojemu.

– Niedobrze. – Staszek pokręcił głową. – Niedobrze. To ich gazdowanie źle sie skońcy. Trza sie nom, chłopy, pomodlić, coby nasym młodym chłopcom rozumu nie brakło.

– Rozum to oni majom, ino cierpliwości im brak – stwierdził Jędrek.

– To co robimy? – spytał Władek.

– Cekomy i uwidzimy, co bedzie – zdecydował Staszek. Martwił się. Młodzi chcieli żyć inaczej niż ich dziadkowie. Z jednej strony było to zrozumiałe, a z drugiej niepokojące. Stary dobry porządek sprawdzał się przez lata i Staszek przeczuwał, że zmiany ściągną na nich kłopoty i żadne modlitwy nie pomogą. – Jo wiym, Jendruś, ze oni chcom dobrze – dodał – ale musimy zbacyć, co by sie nie zatracili.

– Bedem na nik zbacowoł – obiecał Jędrek.

Staszek kiwnął głową na znak, że się zgadza i że uważa temat za zamknięty.

– To co? Jesce jednom, zakiela pódziemy w chałupe?

Władka nie trzeba było dwa razy prosić. Zamknął oczy i zaśpiewał:

Byli chłopcy byli

Ale sie mineni

I my sie miniemy

Po malućkiej kwili.

I my sie miniemy

Po malućkiej kwili.

Wypili jeszcze po łyku śliwowicy i wolno ruszyli w drogę powrotną do swoich domów. Szli przez las wąską, ledwie widoczną ścieżką, aż dotarli na polanę Kosarzyska, gdzie zawsze odpoczywali. Usiedli pod szałasem i w milczeniu spoglądali na panoramę Tatr. To był ich świat. Świat gór, świerkowych lasów i polan, świat starych nut, bukowych portek i tradycji kultywowanej z dziada pradziada.

Po godzinie dotarli do głównej drogi, gdzie zostawili samochód.

Staszek czuł niepokój. Nadciągało coś złego, coś, czego nie potrafił opisać. Nim wszedł do domu, wyjął z przewieszonej przez ramię torby pasterskiej sadzonkę małego świerka, którą wykopał w lesie, znalazł dla niej miejsce w ogrodzie i umieścił ją w ziemi, szepcząc przy tym słowa, które miały ochronić i sadzonkę, i mieszkańców domu.

Wszedł do starej drewnianej chałupy, tej, którą pobudował jego ojciec i w której Staszek się wychował. Nie potrzebował luksusów i wygody. Po śmierci ojca wrócił tu z żoną, a majątki i okazałe domy zostawił dzieciom i wnukom. Z każdym kolejnym rokiem coraz bardziej doceniał prostotę i klimat starego domostwa. Płazy poprzecinane były pęknięciami podobnymi do zmarszczek, takich samych, jakie znaczyły jego twarz. Gdy wstawał rano z łóżka, drewniana podłoga skrzypiała jak jego kości. A w obrazach na szkle, podobnie jak w jego oczach, odbijała się historia jego rodu.

Zdjął w sieni kożuch i kapce, wszedł do kuchni, usiadł przy stole, sięgnął do kieszeni portek i wyjął z niej świerkowe igliwie.

– Hanka – zwrócił się do żony, która postawiła przed nim talerz pomidorowej – trza by mi to wsyć do kosuli, wiys ftorej, tej nowej.

– Dobrze, Stasiu, zrobiem to jutro. A teroz zjedz zupe – odparła, zgarniając do garści rozsypane na stole drobne igiełki.

– A to, co ostanie, zanieś do Jadźki, niek nowemu dziecysku włozy pod poduske, co by urosło silne i wysokie jako drzewo.

Hanka kiwnęła głową, zawinęła igły w wyjętą z szuflady komody chusteczkę i schowała do kieszeni fartucha. Gdy Staszek skończył jeść, pozmywała, po czym poszła do dużego pokoju. Mąż leżał na kanapie i drzemał, w telewizji leciały wiadomości, nawet nie spojrzała, jaka to stacja, zresztą nie lubiła polityki. Usiadła w fotelu, wyjęła z koszyka druty i wełnę i zaczęła dziergać skarpety dla prawnuka, nucąc coś pod nosem.

* Moskole – placki z ziemniaków i mąki pieczone na blasze.

Teraz

To miał być wyjątkowy dzień. Jagna Biernacka rozpoczęła swój trzydziesty rok życia. Spodziewała się życzeń, kwiatów i tortu, a tymczasem nic nie szło po jej myśli. Artur, wychodząc rano do pracy, pożegnał ją szybkim cmoknięciem w policzek, zupełnie jakby nie pamiętał o jej urodzinach. Rozczarowana jego zachowaniem, dwa razy spaliła tosty i zachlapała sobie bluzkę kawą. Dzień zakończył się awarią samochodu, który utknął na parkingu przed redakcją „Tygodnika Podhalańskiego”.

Całą winą za to, że przed północą wracała do domu na piechotę, obarczała artystę, który spóźnił się na zaplanowany na ten dzień wywiad. Umówili się w kawiarni „Tygodnika” w Granicie wczesnym popołudniem i o siedemnastej powinna mieć materiał do artykułu do działu kultury. Kolejne dwie godziny zamierzała spędzić na pisaniu go i wrzuceniu na makietę. O dwudziestej powinna być w domu.

Tego dnia jednak los zdecydował się pokrzyżować wszystkie jej plany. Artysta malarz nie zjawił się o umówionej porze, a gdy wreszcie odebrał telefon, przełożył spotkanie o trzy godziny. W ten sposób do redakcji dotarła po dwudziestej. Nie byłoby w tym niczego strasznego, gdyby nie to, że gdy wyszła z pracy, okazało się, że jej dwudziestoletni Opel nie chce zapalić. Od kilku miesięcy mówiła Arturowi, że akumulator ledwie zipie, on za każdym razem obiecywał, że kupi nowy, i na obietnicach się kończyło.

Tymczasem wieczorem znów złapał mróz. Marzec roku 2025 nie mógł się zdecydować, czy chce być wiosną, czy jeszcze pozostać zimą, więc był na zmianę jednym i drugim. Tego dnia zrobiło się przenikliwie zimno i akumulator ostatecznie odmówił współpracy.

Jej urodzinowy pech nie skończył się jednak na unieruchomionym samochodzie. Artur nie odbierał telefonu, a wezwanie mechanika o tej porze nie wchodziło w grę. Na dodatek w chwili, gdy Jagna wreszcie zdecydowała się zadzwonić po taksówkę, bateria w jej smartfonie padła, zupełnie jakby zmówiła się z akumulatorem.

I dlatego kwadrans przed północą Jaga szła przemarznięta pustą, ciemną ulicą, a jedynym jej pocieszeniem było to, że nie pada śnieg ani deszcz. Gdy dotarła do końca Żeromskiego, skręciła w lewo w Makuszyńskiego. Do bloku, w którym mieszkała z Arturem, pozostały jej nieco ponad dwa kilometry. Szła Grunwaldzką, gdy nagle usłyszała za sobą kroki. Zatrzymała się, kucnęła, udając, że zawiązuje sznurówki, i zerknęła za siebie. Miała nadzieję, że ktokolwiek za nią idzie, wyminie ją. Tymczasem ten ktoś również się zatrzymał. Ciemność nie pozwalała jej dostrzec, co on robi i dlaczego się nie rusza. Odczekała chwilę i postanowiła iść dalej. Osoba za nią również ruszyła. Serce Jagny zaczęło walić jak młotem, poczuła, że pocą jej się dłonie. Szła najszybciej, jak mogła, lecz facet – tak, to musiał być facet, duży i silny – zamiast zostać w tyle, skracał dystans.

Wytarła prawą dłoń o poły krótkiego płaszcza i sięgnęła do torebki. Pomiędzy portfelem, chusteczkami, pomadką, grzebieniem i kluczami do domu namacała twardy przedmiot. Zacisnęła na nim palce, nie wyciągając ręki z torebki. Szła już tak szybko, że prawie biegła, i zaczynało jej brakować sił. Panika powoli przejmowała kontrolę nad ciałem i umysłem, a nogi robiły się coraz cięższe. Najgorszy był jednak słodkawy posmak w ustach, który sprawił, że zrobiło jej się niedobrze. Idąca za nią osoba coraz bardziej się zbliżała. Jagna słyszała już nie tylko odgłos jej kroków, ale też ciężki oddech. Zwolniła, postanawiając, że stawi czoło zagrożeniu, po czym zatrzymała się gwałtownie i odwróciła, jeszcze mocniej zaciskając dłoń na twardym przedmiocie w torebce i zamierzając zaraz go użyć.

Jej prześladowca również stanął. I Jagna usłyszała… dziewczęcy głos:

– O Jezu, ale mnie pani wystraszyła!

Przed nią stała nastolatka w puchówce i szerokich spodniach. Dlatego wyglądała jak mężczyzna.

Jagna z ulgą wypuściła powietrze.

– Ty mnie też!

– Ja? Panią?

– Idziesz za mną od jakiegoś czasu. Dlaczego się wcześniej zatrzymałaś?

– Bo nie byłam pewna, czy pani jest kobietą, czy mężczyzną. Chciałam zachować dystans. Nie lubię chodzić tędy sama. Niby w tym mieście jest w miarę bezpiecznie, ale mimo wszystko jakoś tak strasznie chodzić samej o tej porze ciemnymi ulicami.

Jagna powoli się uspokajała, lecz strach, który zmroził jej ciało, jeszcze nie odpuszczał.

– To co? Pójdziemy dalej razem? Będzie nam raźniej – zaproponowała.

– Chętnie – zgodziła się dziewczyna.

Ruszyły, dając sobie nawzajem poczucie bezpieczeństwa.

– Jestem Ewa – przedstawiła się dziewczyna. – Wracam od koleżanki, uczyłyśmy się, bo zaraz matura.

– Jagna, choć wszyscy mówią Jaga. Miło mi. – Nagle poczuła, że musi wyrzucić z siebie frustrację, która narastała w niej przez cały dzień: – Wracam z pracy, auto mi wysiadło, mój facet nie odebrał telefonu, który zresztą zaraz potem zdechł, i przez kilka minut myślałam, że ktoś mnie napadnie!

– Brzmi jak kiepski dzień.

– Żebyś wiedziała. Gdzie mieszkasz?

– Na Kościeliskiej.

– Ja na Stolarczyka.

Przez resztę drogi gadały o maturze i o remoncie mostu w centrum Zakopanego, który władze dopiero co zapowiedziały, więc zanosiło się na lato z jeszcze większymi korkami.

Pożegnały się w połowie ulicy Kasprusie i każda poszła w swoją stronę. Pięć minut później Jagna zamknęła za sobą drzwi mieszkania.

– Jestem! – rzuciła w stronę dużego pokoju, w którym na kanapie przed telewizorem siedział Artur. – Dzwoniłam, dlaczego nie odebrałeś? – dodała z wyrzutem, gdy zdjęła buty i stanęła w progu.

– Dzwoniłaś? – zdziwił się i sięgnął po telefon. – Faktycznie, nie słyszałem, musiałem wtedy być pod prysznicem, a zaraz potem poszedłem odgrzać sobie obiad.

– Akumulator mi padł, musiałam wracać na piechotę – oznajmiła.

– Cholera…

– A żebyś wiedział, że cholera. Tyle razy cię prosiłam, żebyś coś z tym zrobił. Tyle razy…

– Jutro się tym zajmę.

Jaga przewróciła oczami.

– Zawsze tak mówisz. Chyba masz hiszpańskich przodków, bo twoje drugie imię to mañana – rzuciła zgryźliwie i poszła do kuchni.

Stres powoli odpuszczał, choć mimo rozmowy z Ewą wciąż krążył w jej krwi i domagał się odreagowania. Jej dziąsła i język wciąż oblepiał słodki smak strachu. Nalała do szklanki wody z kranu i wypiła duszkiem. Bardzo nie chciała wyżywać się na Arturze, ale nie było nikogo, kto mógłby być jej workiem treningowym, więc znowu stanęła w drzwiach dużego pokoju i wyrzuciła z siebie:

– Wiesz co, nie pamiętam, kiedy ostatnio zrobiłeś to, o co cię poprosiłam. Miałeś naprawić samochód, dorobić klucze, zapłacić rachunki… i nic. Nawet głupich śmieci nie wyrzucisz.

Artur oderwał wzrok od telewizora i spojrzał na nią nieprzytomnie.

– O co ci chodzi?

– O to, że nigdy nie mogę na ciebie liczyć ani o nic cię prosić!

– Na pewno o to?

Uderzyła pięścią we framugę.

– Nie, nie o to! – krzyknęła. – O to, że musiałam wracać sama po ciemku i o mało nie posrałam się ze strachu! A obiecałeś, że już nigdy nie będę się bała. A poza tym mam dzisiaj urodziny.

– Chodź tu do mnie. – Artur poklepał kanapę obok siebie, a gdy Jaga niechętnie usiadła, objął ją i powiedział: – Kotku, przepraszam, ale mam tyle roboty, że zupełnie wyleciało mi to z głowy. Wszystkiego najlepszego. Wynagrodzę ci to w weekend. I przepraszam, że nie odebrałem. Ale przecież mogłaś odczekać i zadzwonić do mnie jeszcze raz – zauważył, jakby chciał, żeby jednak jego było na wierzchu.

Jaga odsunęła się i spojrzała na niego uważnie. Coś jej nie grało, coś w tonie jego głosu. Zawsze miała dobre ucho, słyszała to, czego nie dało się rozpoznać. Artur pachniał niby tylko płynem do kąpieli i pastą do zębów, lecz ona wiedziała swoje.

– Dzwoniłam dwa razy, myślałam, że wezwali cię do pracy i dlatego nie możesz odebrać. – Milczała przez chwilę, nie spuszczając z niego wzroku. – Ile drinków już wypiłeś?

– Nie przesadzaj – prychnął Artur. – Dwa, no, może trzy, po pracy. To chyba nie przestępstwo? I nie zmieniaj tematu. Lepiej powiedz, dlaczego nie zadzwoniłaś do Łukasza?

– Było późno, nie chciałam zawracać mu głowy, a poza tym padł mi telefon, zapomniałeś?

– To mój brat i zawsze możesz zawracać mu głowę, przecież wiesz. Kto jak kto, ale moja narzeczona zawsze może to robić. On o tym wie i nigdy ci nie odmówi.

– Nie lubię prosić ludzi o przysługi.

– Aaa… to już nie moja wina – rzucił Artur z przekąsem, czym tylko znów ją zdenerwował.

– Jasne, zawsze wszystko to moja wina – mruknęła i wstała z kanapy.

Zanim poszła do łazienki, zatrzymała się w progu i chciała jeszcze rzucić jakąś złośliwą uwagę, lecz się powstrzymała i tylko patrzyła przez chwilę na Artura. Na jego wyraźnie zarysowane pod podkoszulkiem barki, na mocny kark i krótko ostrzyżone włosy, w których pojawiało się coraz więcej srebrnych refleksów. Starszy od niej o piętnaście lat, komisarz wydziału kryminalnego zakopiańskiej policji, nie był może miłością jej życia i wymarzonym partnerem, ale dawał jej to, czego najbardziej potrzebowała – poczucie bezpieczeństwa. Dlatego gdy pół roku temu jej się oświadczył, pozwoliła założyć sobie na palec pierścionek. Przecież zaręczyny do niczego nie zobowiązują.

Poszła do sypialni i podłączyła telefon do ładowarki. Gdy weszła do łazienki, było już dobrze po północy. Spojrzała w lustro. Nie uważała siebie za piękną, nie wyglądała jak laski z Instagrama, mimo to przyciągała wzrok niemal każdego mężczyzny. Mocno zarysowanych kości policzkowych mogłaby jej pozazdrościć niejedna modelka. Pełne usta wabiły, nawet nieumalowane. Ale tym, co najbardziej przykuwało uwagę, były oczy. Jedno zielone, a drugie niebieskie. Heterochromię odziedziczyła po matce, podobnie jak inne przypadłości związane z zespołem Waardenburga: pasmo białych włosów na czubku głowy pomiędzy ciemnobrązowymi gęstymi lokami i plamy bielacze na dekolcie, plecach, brzuchu i rękach.

Związała gumką włosy, zrzuciła ubranie i krzywiąc się na widok swojego ciała w lustrze, weszła do wanny. Zmyła z siebie brud i pot przesycony strachem. Nie zamierzała już nic jeść, więc wyszorowała zęby. Stres sprawił, że na myśl o jedzeniu robiło jej się niedobrze, choć jeszcze dwie godziny temu była głodna jak wilk. Włożyła flanelową piżamę, zabrała z kuchni butelkę wody mineralnej i wślizgnęła się pod kołdrę. Artur wciąż oglądał telewizję. Gdy po kwadransie usiadł na łóżku i spytał: „Śpisz?”, nie zareagowała.

Ryszard i Barbara poznali się na studiach i od zawsze marzyli o domku w górach, jednak ich marzenie spełniło się dopiero wtedy, gdy przeszli na emeryturę. Wcześniej oboje byli związani zawodowo z Uniwersytetem Jagiellońskim – on jako profesor romanistyki, ona jako wykładowczyni językoznawstwa. Całe życie poświęcili nauce i nauczaniu kolejnych pokoleń studentów z pasją i zaangażowaniem, więc dla ukochanych Tatr czas mieli tylko w wakacje. Obowiązkowo raz w roku, na przełomie lipca i sierpnia, przyjeżdżali do Zakopanego i chodzili po górach. Kiedy zaczęło przybywać im lat i brakować sił na długie wycieczki, a tłok, hałas i wszechobecna tandeta w Zakopanem stały się nie do zniesienia, zaczęli jeździć do Kościeliska, gdzie zatrzymywali się u zaprzyjaźnionej gaździny.

Gdy wreszcie nadszedł czas emerytury, sprzedali mieszkanie w Krakowie i kupili w Kościelisku działkę, na której zbudowali drewniany parterowy domek. Taki, o jakim marzyli od zawsze: z kominkiem w salonie, werandą i dużym ogrodem, w którym Barbara hodowała rozmaite krzewy i kwiaty, w tym ulubione hortensje.

W zimie domek był ogrzewany piecem olejowym, a gdy tylko mróz odpuszczał, a dni stawały się cieplejsze, Ryszard rozpalał w kominku. Tego chłodnego wieczoru, tuż przed pójściem spać, dołożył do ognia kilka szczap i postawił przed kominkiem stalową kratkę przeciwiskrową. Drzwi prowadzące z salonu do sypialni zostawił szeroko otwarte, żeby ciepło paleniska mogło dotrzeć i tam. Położył się obok żony i jak zawsze sięgnął po tablet i słuchawki.

Być może to podcast kryminalny, którego wysłuchał, sprawił, że Ryszardowi przyśnił się koszmar. Obudził się spocony i roztrzęsiony w środku nocy i od razu poczuł, że coś jest nie tak. Z trudem sięgnął po telefon, żeby sprawdzić godzinę – była trzecia trzydzieści. Spróbował usiąść, lecz okazało się, że nie ma siły. Serce waliło mu tak mocno, że zastanawiał się, czy to zawał, czy echa sennego koszmaru.

– Basiu… – szepnął i pomacał ręką kołdrę po swojej prawej stronie.

Barbara nie odpowiedziała. Nie zdziwił się, bo od lat używała zatyczek do uszu, żeby nie słyszeć jego chrapania.

– Basiu… obudź się… coś jest nie tak… źle się czuję…

I tym razem nie usłyszał odpowiedzi. Zebrał wszystkie siły, z trudem usiadł i włączył lampkę nocną. Zakręciło mu się w głowie, więc opadł na oparcie łóżka i powoli odwrócił się do żony.

– Basiu…

Nie poruszyła się ani nie otworzyła oczu. Szturchnął ją jeszcze mocniej. Nic. Zero reakcji. Odrzucił kołdrę i spojrzał na jej pierś – unosiła się i opadała ledwie zauważalnie. Spróbował wstać, lecz znów zakręciło mu się w głowie i opadł na poduszkę. Poczuł nudności, w ostatniej chwili udało mu się pochylić tak, że zwymiotował na podłogę, a nie na łóżko.

Wiedział, że dzieje się coś naprawdę złego. Odszukał w fałdach kołdry komórkę, a gdy podniósł ją do oczu, okazało się, że ikony na wyświetlaczu wirują i zlewają się w jedną kolorową plamę. Stukał palcem w ekran, mając nadzieję, że jakimś cudem trafi w książkę adresową i kontakt do kogoś, kto odbierze w środku nocy.

Ryszard nie wiedział, że czad, który przywędrował do sypialni, dokonał już spustoszeń w jego organizmie i osłabił go tak bardzo, iż nie było już dla niego ratunku.

Tymczasem w pewnej odległości od domu, w samochodzie zaparkowanym za dużą kępą krzewów siedział mężczyzna. Od stóp do głów ubrany na czarno, byłby zupełnie niewidoczny, gdyby nie białka jego oczu wpatrzonych w ekran smartfona. Kamery, które dwa miesiące temu zainstalował w sypialni emerytów, przekazywały na żywo obraz tego, co się dzieje. Ryszard od kilku minut leżał nieruchomo na łóżku, a telefon wypadł mu z ręki na podłogę.

Mężczyzna obserwował małżeństwo od wielu tygodni i dobrze poznał rozkład ich dnia. Wstawali bardzo wcześnie, tuż przed szóstą rano, i rozpoczynali poranek od filiżanki kawy. W ciągu dnia zajmowali się drobnymi pracami domowymi, robili zakupy, czytali książki i oglądali telewizję. Punktualnie o osiemnastej jedli kolację i brali leki, potem siadali na kanapie i oglądali serwis informacyjny, a później jakiś film. Koło dwudziestej pierwszej brali prysznic i kładli się do łóżka. Ona zazwyczaj czytała jeszcze przez pół godziny, a on w tym czasie dokładał do kominka ostatnią porcję drewna i słuchał czegoś przez słuchawki. Zasypiali po dwudziestej drugiej.

Tego wieczoru, gdy tylko mężczyzna upewnił się, że Ryszard i Barbara już śpią, wspiął się ostrożnie na dach, wrzucił do komina zdechłego kota, po czym wsiadł do samochodu i czekał. Czas mijał, a zabójczy czad rozpoczął wędrówkę po domu. Kiedy dotarł do sypialni starszych państwa, przyniósł im śmierć.

Gdy tylko mężczyzna zobaczył, jak Ryszard wymiotuje, wiedział, że szanse na to, by ci ludzie przeżyli, są zerowe. Przymknął oczy i kładąc dłoń na sercu, wyszeptał po raz trzeci tej nocy:

– Przebacz mi, Boże. Przebacz mi to, co musiałem uczynić. Gdy stanę przed tobą, osądzisz mnie i moje czyny. Bądź wtedy miłosierny dla twojego sługi.

Kilka minut później rozejrzał się, by sprawdzić, czy nikt nie nadchodzi. Na szczęście o czwartej rano większość ludzi jest pogrążona w głębokim śnie. Tylko nieliczni wstają, żeby pójść do pracy na poranną zmianę – jednak w tym regionie nie było fabryk ani zakładów, do których mogliby spieszyć o tak wczesnej porze mieszkańcy Kościeliska, a dwie osoby pracujące w zakopiańskiej piekarni mieszkały w innej części wsi.

Wysiadł z samochodu. Jego ostatnim zadaniem tej nocy było usunięcie ukrytych w domku kamer. Wszedł do środka, używając klucza, który dorobił jakiś czas temu, i ruszył prosto do pokoju, gdzie snem wiecznym spali Ryszard i Barbara. Poruszał się sprawnie i szybko, bo przed wejściem nabrał głęboko powietrza i zamierzał je wypuścić dopiero na dworze. Zabrał kamerę z sypialni oraz drugą z salonu i wybiegł z domku. Rozejrzał się po raz ostatni, wsiadł do samochodu i ruszył do domu, mając nadzieję, że uda mu się zdrzemnąć, zanim przyjdzie czas na pobudkę i codzienne obowiązki.

Jaga zaspała. Wieczorem była tak zestresowana i wściekła, że zasnęła dopiero przed czwartą rano. Gdy o ósmej zadzwonił budzik, wyłączyła go i nawet nie zauważyła, jak znów zapadła w drzemkę. Obudził ją sygnał komórki. Przetarła oczy i spojrzała na wyświetlacz. Była dziewiąta trzydzieści, dzwoniła naczelna.

– Słucham – powiedziała, starając się, by jej głos brzmiał rześko i energicznie, ale chyba nie bardzo jej to wyszło.

– Biernacka! Czy ty śpisz? Za pół godziny zaczynamy kolegium, a ty miałaś być dzisiaj u mnie o dziewiątej. Zapomniałaś?

Zapomniała. Przez ten cholerny stres zapomniała o wszystkim.

– Nie, szefowo, nigdy w życiu. Samochód mi wysiadł, a do tego od rana mam kłopoty żołądkowe, ale na kolegium zdążę, jestem prawie gotowa, taksówka podjedzie pod dom lada chwila – skłamała bez mrugnięcia okiem.

– Lepiej, żeby tak było. – Naczelna rozłączyła się, nie dając dziewczynie możliwości brnięcia w kłamstwo.

– Cholera! – zaklęła Jaga, wyskoczyła z łóżka i popędziła do łazienki.

W ekspresowym tempie umyła twarz i zęby, włosy związała w kucyk i nałożyła podkład na twarz. Nie miała czasu zastanawiać się nad tym, w co się ubrać, więc wciągnęła dżinsy, a gdy rzuciła okiem na termometr za oknem – były trzy stopnie – wyjęła z szafy gruby granatowy golf i puchową kamizelkę.

W przedpokoju złapała torebkę i już miała wyjść, gdy przypomniała sobie, że jej samochód stoi unieruchomiony na drugim końcu miasta. Zadzwoniła na Radio Taxi i zbiegając po schodach, miała nadzieję, że kierowca zjawi się na czas.

Gdy dotarła do redakcji, wybiła dziesiąta. Rzuciła kamizelkę na swoje biurko i zbiegła na dół, gdzie znajdował się spory pokój z dużym stołem, przy którym siedzieli już wszyscy pracownicy „Tygodnika Podhalańskiego”.

Czwartek to dzień, w którym ukazuje się nowy numer „Tygodnika”, to także dzień, w którym odbywa się kolegium, planowany jest kolejny numer, a naczelna przydziela tematy. Jaga usiadła na swoim stałym miejscu, nie podnosząc wzroku, żeby nie napotkać jej karcącego spojrzenia.

Anka Sołtys była ostra jak brzytwa i nie lubiła braku dyscypliny. Dwadzieścia lat, które przepracowała w zakopiańskim liceum ogólnokształcącym jako nauczycielka języka polskiego, sprawiły, że dyscyplinowanie innych weszło jej w krew. Choć nie uczyła już od dekady, to wciąż odzywała się do swoich podwładnych, jakby nie zauważała, że to dorośli. I prawie zawsze po nazwisku. Jak w szkole. Od razu naskoczyła na Jagę:

– Biernacka, dobrze wiesz, że nie tolerujemy w naszej redakcji spóźnialskich.

– Szefowo, jest punkt dziesiąta. Nie spóźniłam się. – Jaga próbowała się bronić, choć dobrze wiedziała, że to na nic.

– Chyba zapomniałaś, że pyskówek też nie tolerujemy. Owszem, jest dziesiąta, ale nie wpadamy w ostatniej chwili.

– Przepraszam, szefowo.

Dyskutowanie z Sołtysową nie miało sensu. Jaga wiedziała, że najlepszym sposobem na przetrwanie kryzysu będą pokora i przeprosiny.

Przy stole siedziały jeszcze cztery osoby i każda z nich wbijała wzrok w stół. Pierwszy wyłamał się zastępca naczelnej, Grzegorz Staszel, który podniósł głowę i oznajmił rzeczowo:

– W tym tygodniu na jedynkę dajemy artykuł o radnym Kilińskim i jego przekrętach z działkami. Mariusz, masz już wszystko?

Mariusz Krupski, będący w zespole dziennikarzem śledczym, pokiwał głową i potwierdził:

– Tak, prawie skończyłem. Muszę jeszcze tylko, proszę ja ciebie, zweryfikować kilka danych w geodezji.

– A zdjęcie? – spytała naczelna. – Mamy dobre zdjęcie?

– Tak. Mam takie, na którym radny stoi z jakąś mapą i wskazuje coś palcem. Możemy je podpisać: Radny Kiliński sam już nie wie, ile ma działek.

Anka Sołtys nie wyglądała na zachwyconą.

– Nie, nie, wymyśl coś innego. No, ale dobrze, to jedynkę mamy. Lecimy dalej. Wczoraj w Kościelisku doszło do zaczadzenia małżeństwa emerytów. Trzeba się tym zająć, pojechać, popytać, dowiedzieć się, co tam zaszło. Na dzisiaj potrzebuję krótkiej notki na stronę internetową i na media społecznościowe, ale chcę większy materiał do kolejnego numeru.

– Ja! – wyrwała się Jaga. – Ja się tym zajmę.

Naczelna zmrużyła oczy i powoli pokręciła głową.

– Nie. Zajmie się tym Kałucka.

– Renata? – Jaga nie kryła zdziwienia. – Ona dopiero zaczęła tu pracę. Miała zajmować się sportem i kulturą. Szefowo, szefowa wie, że ja potrafię w śledcze tematy. Proszę!

– Nie! – ucięła naczelna. – Powiedziałam, że zajmie się tym Renata, i koniec. Żadne śledztwo nie jest potrzebne. To zwykłe zaczadzenie, zdarza się. Ty, Jaga, zajmiesz się świętami.

– Świętami? – jęknęła Jaga.

Sołtysowa prychnęła zniecierpliwiona:

– Tak, świętami. Przecież niedługo Wielkanoc. Zrobisz duży artykuł do działu kultury na temat podhalańskich zwyczajów i tradycji wielkanocnych. Pojedziesz do Bukowiny czy tam Białki albo innego Dzianisza i pogadasz z góralami. O palmach, koszyczkach, malowaniu jajek i wszystkim, co się wiąże z tymi świętami. Masz na to dwa tygodnie.

– Ale ja…

Naczelna nie pozwoliła jej dokończyć:

– Powiedziałam „nie”. – Odwróciła głowę i spojrzała na siedzącego po jej lewej stronie Grzegorza.

– A ty – zwróciła się do niego – zajmiesz się samowolą budowlaną na Bachledzkim Wierchu. Znowu coś się tam dzieje. A przy okazji quadami. Tymi, co jeżdżą po cudzych polach.

Jaga siedziała z rękami skrzyżowanymi na piersi, ukryte pod pachami dłonie zaciskała w pięści i raz po raz rzucała gniewne spojrzenia w stronę Renaty Kałuckiej, która dołączyła do ich zespołu zaledwie dwa miesiące temu. Śliczna filigranowa blondynka, świeżo upieczona pani magister kulturoznawstwa, która przyjechała do Zakopanego, bo wydawało jej się, że to wciąż miasto cyganerii i inteligencji, na początek miała się zajmować sportem, horoskopami i pisać jakieś zapchajdziury, więc temat o zaczadzonych emerytach powinna dostać Jaga. Pracowała w „Tygodniku” od trzech lat i bardzo starała się udowodnić, że jest sprytna i dociekliwa, jak na dziennikarza śledczego przystało, jednak naczelna pomijała ją przy przydzielaniu najciekawszych tematów.

Nie mogąc ściągnąć wzrokiem Renaty, która uparcie coś notowała i udawała, że nie czuje na sobie wrogiego spojrzenia, Jaga przerzuciła się na Grześka, jednak i on wbijał wzrok w leżącą przed nim kartkę. Jedyną osobą, która nawiązała z nią wreszcie kontakt wzrokowy, był Mariusz. Wzruszył lekko ramionami, jakby chciał powiedzieć: „Przykro mi, ale co zrobisz, nic nie zrobisz”, po czym puścił do niej oko, co się Jagnie nie spodobało, ponieważ Krupski, gwiazda śledcza „Tygodnika”, miał żonę, a od takich trzymała się z daleka.

Ostatnią osobą, u której spróbowała znaleźć wsparcie, była Gośka Dubiel. Niewiele brakowało jej do emerytury, pracowała w „Tygodniku” od samego początku i zajmowała się publicystyką i kulturą. Ona jednak całą swoją uwagę poświęcała guzikom żakietu i ani myślała spojrzeć na Jagę.

Gdy tylko naczelna rozdzieliła tematy, Jaga zerwała się z krzesła i do niej podeszła.

– Nawet ze mną nie dyskutuj, Biernacka! – warknęła szefowa, nim Jaga zdążyła się odezwać.

Ale ona nie zamierzała łatwo się poddać.

– Proszę dać mi ten temat. Za tym stoi coś więcej – przekonywała. – W tym roku w Kościelisku były już dwa pożary. Czuję, że to coś dla mnie.

– Jaga, dość! Bo wylądujesz w dziale reklam i ogłoszeń. – Sołtysowa obróciła się na pięcie i wymaszerowała z pokoju, głośno stukając obcasami.

Co za pinda, pomyślała Jaga, usiadła przy stole i ukryła twarz w dłoniach, żeby się uspokoić.

– Nie załamuj się – usłyszała nad sobą cichy głos Mariusza. – Jeszcze dostaniesz swoje śledztwo. Wkurzyła się na ciebie już rano. Podobno, proszę ja ciebie, miałaś być u niej o dziewiątej.

– Noo…

– Chcesz jechać na kawę?

– Z tobą?

– Nie, z papieżem. Opowiem ci o tym radnym, jaki z niego kawał chuja.

– Dzięki, ale nie. Muszę ogarnąć samochód, wiesz, mechanik, akumulator… – Westchnęła.

– Jakby co, masz mój numer. – Już się odwracał, żeby odejść, gdy nagle zatrzymał się i rzucił: – A wiesz, jak odróżnić byka od krowy?

Jaga przewróciła oczami. Wiedziała, że za chwilę usłyszy nieśmieszną puentę kolejnego seksistowskiego dowcipu, bo tylko takie opowiadał.

– Nie. I w ogóle mnie to nie interesuje – odparła z nadzieją, że tą odpowiedzią pozbędzie się namolnego kolegi.

– Jak doisz byka, to on się uśmiecha. – Mariusz wybuchnął śmiechem, odwrócił się i wreszcie sobie poszedł.

Był w wieku Artura, w połowie drogi między czterdziestką a pięćdziesiątką, i od roku przechodził kryzys wieku średniego. Za wszelką cenę próbował udowodnić innym i sobie, że wciąż jest atrakcyjny i ma branie. Zaczął oglądać się za młodszymi kobietami, zamienił spodnie w kant na dżinsy z dziurami na kolanach i kupił sobie motor. Zrzucił dziesięć kilo i zaczął się strzyc bardziej nowocześnie. Oprócz przemiany wizerunkowej nastąpiła także mentalna: pozwalał sobie na coraz mniej wybredne komentarze dotyczące wyglądu żeńskiej części zespołu redakcyjnego i coraz częściej rzucał seksistowskimi żartami i tekstami. W Jadze czasami budził wstręt, a czasami politowanie, zwłaszcza gdy co chwila wtrącał „proszę ja ciebie”, jak jakiś stary pierdoła, co było dziwne, bo artykuły pisał niezłe. Zastanawiała się, jakim cudem przetrwał studia i dobrnął do magisterki.

Gdy wreszcie zniknął, do Jagi podeszła Renata.

– Jaga, przepraszam, nie wiem, co powiedzieć, no głupio wyszło. Przysięgam, że nie prosiłam o ten temat – powiedziała, nawijając jasny kosmyk włosów na palec wskazujący.

– Jasne – odparła Jaga tonem, który wyraźnie świadczył o tym, że jej nie wierzy.

– Jaga, serio. Oddam ci ten temat. Z przyjemnością.

– Tak, a naczelna zje mnie na kolację. Zatrzymaj go sobie.

Wstała i odwróciwszy się plecami do Renaty, poszła w stronę schodów. Tam zatrzymał ją Grzesiek.

– Jaga, głowa do góry. Stara pojedzie w maju na urlop, ja będę przydzielał tematy i dam ci coś, żebyś mogła się wykazać. Dostaniesz swoje pięć minut.

– Dzięki, Grzesiu. – Uśmiechnęła się i położyła mu dłoń na ramieniu.

Lubiła tego doświadczonego dziennikarza. Zawsze pogodny, z dobrym słowem, wspierał każdego bez wyjątku. Był dobrym duchem „Tygodnika”, wszystkim tym, czym nie była naczelna, i to do niego zwracali się pracownicy redakcji ze swoimi problemami. I choć do siedemdziesiątki zostały mu już tylko dwa lata, nikt nie chciał słyszeć o jego odejściu na emeryturę. On chyba też nie.

Jaga usiadła przy swoim biurku i oparła głowę na rękach, wbijając wzrok w klawiaturę komputera. Zwyczaje wielkanocne obchodziły ją tyle co zeszłoroczny śnieg. No ale co robić, jakoś to ogarnie, napisze pasjonujący artykuł o polewaniu się wodą z wiader. Najpierw jednak musi się zająć unieruchomionym samochodem. Właściwie nie miała do kogo zadzwonić, więc wybrała numer Łukasza, żeby jej przyszły szwagier mógł się wykazać.

Mężczyzna ubrany w czarny dres czekał, aż zacznie zmierzchać, żeby zabrać się do rozpoznania nowego celu. Ostatnia akcja zakończyła się sukcesem. Małżeństwo emerytów odeszło z tego świata prawie bezboleśnie. Z doniesień prasowych wynikało, że nikt nie podejrzewa celowego działania. Wstępnie ustalono, że doszło do zatrucia czadem. Zdarza się. I to dość często.

Biegnąc ulicą Królewską i udając, że uprawia jogging, zastanawiał się nad kolejnym zadaniem. Ono również nie powinno być trudne. Gdy dobiegł do spożywczaka U Lejbusia, natknął się na kobietę, którą dość często tam spotykał.

– Szczęść Boże – powiedział i skinął głową.

– Daj Boże, daj Boże – odpowiedziała.

Nie przejął się tym spotkaniem. Przecież jest mieszkańcem Kościeliska tak samo jak ona. Zresztą nieopodal znajdował się stadion biathlonowy, na którym zawsze ktoś biegał i trenował.

Z Królewskiej skręcił w prawo w Groń. Minął szeregowiec z apartamentami na wynajem po prawej, a po lewej stadion. Na szczęście o tej porze nikogo tam nie było. Przebiegł jeszcze kawałek i wkrótce zobaczył swój cel: domek jednorodzinny z ogrodem i sporą altaną. Mieszkała w nim rodzina z dwójką dzieci. Zwolnił i truchtając, przyjrzał się budynkowi i jego otoczeniu. Był nowy, zaledwie kilkuletni, murowany, z drewnianymi elementami zdobiącymi elewację. Nic szczególnego. Tym, co przyciągało wzrok i robiło wrażenie, była ogromna sześciokątna altana oddalona od domu o kilkanaście metrów. Pięć z jej sześciu ścian stanowiły ażurowe panele, dach zrobiono z prawdziwych gontów, nie z jakiejś blaszanej czy plastikowej imitacji. Pod jedną ścianą stał murowany grill, pośrodku duży stół i ławy, mogło na nich usiąść ze dwadzieścia osób. Idealne miejsce na imprezy.

Mężczyzna uśmiechnął się do siebie na myśl o płomieniach, które pochłoną drewniane elementy altany.

Minął dom i pobiegł dalej. Postanowił, że w drodze powrotnej przyjrzy się dokładniej bramie i ogrodzeniu. Poszuka również psiej budy, bo pies trzymany na podwórku byłby przeszkodą, oczywiście nie taką nie do usunięcia, ale jednak.

Wspomniał poprzednie zadania, które wykonał w tym roku. W styczniu spalił w Kirach stodołę z sianem. Straż pożarna zdołała ją jednak ugasić, nim ogień objął dom. Nie szkodzi. Osiągnął to, co zamierzał.

Efekt kolejnego zadania zrobił bardziej spektakularne widowisko: wywołał pożar w garażu, co w konsekwencji doprowadziło do wybuchu samochodu, a dokładnie zbiornika z paliwem. Na szczęście dla mieszkańców garaż mieścił się w oddzielnym budynku, a nie w dobudówce do domu.

Trzecie zadanie, sprzed kilku dni, było pierwszym, w którym zginęli ludzie, i pierwszym, w którym ogień nie odegrał głównej roli. I to było najważniejsze. Bo wszystkie te zdarzenia nie mogły zostać ze sobą powiązane i sprawiać wrażenia zaplanowanych. Po prostu nieszczęścia chodzą po ludziach. Niestety od kilku dni wracały do niego obrazy, które obserwował przez kamerę w domu emerytów. Ryszard próbujący wezwać pomoc. Usiłujący obudzić żonę. Słabnący i tracący przytomność…

Zatrzymał się, potrząsnął głową i wyszeptał:

– Wybacz, Boże, swemu słudze. Wybacz mi to, co musiałem uczynić, i to, co jeszcze będę musiał zrobić. Ty wiesz, że musiałem. A gdy przyjdzie czas sądu, poddam się twojej woli.

Zawrócił i po chwili znów mijał dom z altaną. Tym razem dostrzegł w ogrodzie jakąś postać. Maleńki świecący punkt pojawiający się od czasu do czasu na wysokości głowy oznaczał, że ktoś z domowników wyszedł na papierosa.

Mężczyzna przyspieszył, nie chcąc przyciągać niczyjej uwagi. Przed nim było jeszcze wiele zadań do wykonania. Musi być bardzo sprytny, bardzo cierpliwy i bardzo ostrożny. Zbyt wiele zależy od powodzenia jego misji. Zbyt wiele…

W środę nowy numer „Tygodnika” powędrował do drukarni, a pracownicy czekali na przydział tematów. Jaga siedziała przy biurku, stukała długopisem o blat i miotała straszne przekleństwa. Oczywiście w myślach. Skończyła czytać tekst Renaty o ofiarach czadu w Kościelisku. Był źle napisany i powierzchowny. Młoda nawet nie zadała sobie trudu, żeby porozmawiać z sąsiadami emerytów i dowiedzieć się o nich czegoś więcej. Wyszła sucha notka stwierdzająca, że to ich wina, bo pewnie nie mieli ważnego przeglądu komina. Mało tego – naczelna klepnęła ten pseudodziennikarski twór bez żadnych uwag. Jaga gotowała się ze złości. Kłótnia z szefową wydawała się nieunikniona.

Tego dnia przypadał jej dyżur, podczas którego koordynowała wrzucanie nowych informacji na stronę internetową „Tygodnika”, na Facebooka i Instagram. Poza nią w redakcji nie było nikogo. Gdy redagowała kolejną notkę, zabrzęczała jej służbowa komórka. Zerknęła na WhatsAppa. Numer nieznany. Ktoś donosił, że w centrum miasta właśnie rozpoczęła się nielegalna wycinka stuletnich drzew. Takie informacje napływały do redakcji regularnie. Na życzliwych bądź zatroskanych mieszkańców zawsze można było liczyć.

Westchnęła, zgarnęła z biurka torebkę, włożyła płaszcz, wyszła z redakcji i wsiadła do auta. Na szczęście Łukasz okazał się pomocnym szwagrem i pod maską starego Opla zamontował nowiutki akumulator.

Na miejscu zgromadzili się już nie tylko spora grupka mieszkańców, lecz także straż miejska, policja, a nawet jeden z radnych. Zanim wysiadła z samochodu, usłyszała krzyki. Wiedziała, że po jednej stronie są mieszkańcy buntujący się przeciwko wycince starych drzew, a po drugiej najpewniej jakiś bezczelny deweloper, który zamierza zbudować kolejny hotel czy pensjonat i ma wszystko gdzieś, a stare świerki to już na pewno.

Jaga podeszła do starszej kobiety otulonej grubym swetrem z kapturem. Stała nieco z boku i przyglądała się zajściu.

– Dzień dobry – zagaiła. – Jestem z „Tygodnika Podhalańskiego”. Powie mi pani, co się tutaj dzieje?

– Co się dzieje? – Kobieta złapała się za głowę. – Pani kochana, te skurwysyny wszystko zniszczą w tym mieście. Skrawek zieleni nie zostanie. Znowu drzewa chcą ciąć pod kolejny apartamentowiec. Czy to się nigdy nie skończy? Czy mało już tego tu mamy?

Nie, pomyślała Jaga, mamy tego już za dużo, a będzie jeszcze więcej. I nie, nikt tego nie zatrzyma.

– Czy pani mieszka w sąsiedztwie?

– Tak, tuż za płotem. Pani wie, ile pięter tutaj ma być? Sześć! Jak nam tu takiego molocha postawią, to my słońca przez cały dzień w mieszkaniu nie zobaczymy. Cały rok cień. Jak żyć?

– A czy protestowali państwo przeciwko tej budowie na etapie planowania?

– Kochana, oczywiście, że tak. Ale jesteśmy za mali na takich wielkich biznesmenów, co wszystkich łapówkami przekupują. Bo że jest brane pod stołem, to pewne jak amen w pacierzu. Robią, co chcą, a nam chyba przyjdzie stąd wyjechać.

Problem z niekontrolowaną zabudową Zakopanego nie był nowy i nie zaczął się wczoraj. Od lat w mieście ubywało mieszkańców, w ciągu ostatnich dwóch dekad ich liczba skurczyła się o czternaście procent. No ale jak żyć w mieście, w którym od lat dobro mieszkańców w ogóle się nie liczy?

Podziękowała kobiecie i ruszyła w stronę radnego, który akurat odszedł na bok, żeby zadzwonić.

– Dzień dobry, panie Gugała. Możemy chwilkę porozmawiać na temat tego, co się tutaj dzieje?

Radny opuścił rękę z telefonem i popatrzył na nią jak na natrętną muchę.

– Inwestor dostał wszystkie niezbędne pozwolenia, więc nie ma tematu, pani redaktor. Niech pani idzie szukać afery gdzie indziej – powiedział tonem nieznoszącym sprzeciwu.

Jaga dobrze go znała, więc nie była zdziwiona jego chamstwem i nie zamierzała odpuścić.

– A nie martwi pana, że kolejnym mieszkańcom naszego miasta wyrośnie tuż przed oknami betonowy moloch? Nie martwi pana to, co dzieje się w Zakopanem? Niekontrolowana deweloperka, zła architektura, nieszanowanie potrzeb mieszkańców?

Radny popatrzył na nią z niechęcią.

– Dopóki inwestor działa w granicach prawa, nic nie możemy zrobić. Żegnam – rzucił oschle i odwrócił się do niej plecami.

Zrobiła kilka zdjęć i zadała jeszcze parę pytań osobom zaangażowanym w kłótnię. Już w samochodzie włączyła laptop i sporządziła notatkę ze zdarzenia, załączyła zdjęcia, wrzuciła wiadomość do sieci, po czym wróciła do redakcji.

Miała nadzieję, że będzie spokojnie i uda jej się napisać kawałek artykułu o wielkanocnych obrzędach, ale od razu natknęła się na szefową.

– Gdzie byłaś? – warknęła Sołtysowa, gdy tylko ją zobaczyła.

– W terenie. Wycinają drzewa pod nową zabudowę. Dostałam cynk na WhatsAppa. Materiał już jest na stronie.

Naczelna nabrała powietrza, widać było, że chce się do czegoś przyczepić, ale że nie za bardzo miała do czego, wypuściła powietrze i powiedziała:

– No dobra. Wpadłam tylko na chwilę, zaraz przyjdzie nowy pracownik, przywitam go, a ty, skoro już tu jesteś, pokażesz mu, co i jak. Ja nie mam czasu.

– Nowy pracownik? – zdziwiła się Jaga. Od pandemii liczba osób zatrudnionych w „Tygodniku” regularnie malała.

– Fotograf. Grzesiek go polecił, podobno się znają i można na nim polegać.

– Fotograf? – powtórzyła Jaga.

– Biernacka, do jasnej cholery, co z tobą? Za echo robisz dzisiaj? Czego nie rozumiesz? Przecież wiesz, że Kacper, odkąd zaczął chorować, ciągle jest na zwolnieniu. Nowy pomoże z fotoreportażami i zdjęciami na jedynkę. Na razie na pół etatu. No i Gośka niedługo odejdzie. Przyda się ktoś młody. Może przejmie też sport? A zresztą, co ja ci się tłumaczę. O, chyba idzie.

Drzwi redakcji się otworzyły i stanął w nich na oko trzydziestoletni przystojniak. Wysoki, dobrze zbudowany, krótkie czarne włosy, trzydniowy zarost. Czarne dżinsy, czarny golf, czarny płaszcz do kolan, czarne sznurowane buty z cholewką i finezyjnie zawiązany czarny szalik. Przez ramię przewieszona torba na aparat. Też czarna.

A to kto? Książę ciemności? Woland?, pomyślała Jagna.

Szefowa, jakoś dziwnie podniecona, ruszyła energicznie w stronę nowego.

– Witam, witam serdecznie w skromnych progach naszej redakcji. Cieszę się, że jest pan punktualnie. Punktualność to jedna z najbardziej cenionych przeze mnie cech. Pan rozumie, brak punktualności to brak szacunku dla osoby, z którą się umówiliśmy…

Odwróciła głowę i popatrzyła znacząco na Jagę.

– Dzień dobry, Jakub Topór. Miło mi i cieszę się, że dołączę do zespołu.

– Nam również, nam również. – Sołtysowa wdzięczyła się jak dzierlatka. – O właśnie, proszę poznać jedną z naszych redaktorek, pracuje z nami już od trzech lat.

– Jaga.

Nowy uścisnął jej dłoń i spojrzał w oczy, a ona poczuła lekkie ukłucie w żołądku. Ukłucie, którego nie czuła od… od bardzo dawna. A którego nie powinna poczuć. Była bliska paniki, tymczasem nowy powiedział:

– Jaga? Jak…

– Jak Baba Jaga – weszła mu w słowo. – Miejmy ten żarcik już z głowy.

Nowy wydawał się zbity z tropu. Patrzył jej prosto w oczy, a jego usta pozostały lekko uchylone.

– Tak, mam jedno oko niebieskie, a drugie zielone. To też już miejmy z głowy – dodała, nie dbając o to, że swoim zachowaniem nie zyska jego sympatii.

– Mam jedno oko zielone, a drugie oko niebieskie, patrzę na drogę, którą idą demony, co nie śpią jeszcze* – zanucił. – Heterochromia – stwierdził. – Tylko pozazdrościć. Natura wie, jak stworzyć coś pięknego.

Jaga zamarła. Czy gość robi sobie z niej jaja, czy ją podrywa?

– A co to ma być? – prychnęła i poczerwieniała.

– Piosenka ze sztuki Smok, którą wystawialiśmy w kółku teatralnym w liceum – wyjaśnił z lekkim uśmieszkiem i dodał: – Ciekawe, czy do pani pasuje.

– Ja nie jestem żadnym… – zaczęła Jaga, ale szefowa weszła jej w słowo:

– Jaga, panie Jakubie, często bywa zbyt bezpośrednia i mało taktowna. Niech jej pan wybaczy. – Spojrzała na Jagę i dodała takim tonem, jakby ta była uczennicą: – Bądź miła i nie zniechęcaj pana Jakuba do pracy w naszej redakcji już pierwszego dnia. Pokaż mu nasze biuro i pokój, gdzie zbieramy się na kolegium.

– Tak jest! – Jaga wyprostowała się jak żołnierka, co Jakub znów skwitował uśmieszkiem, tym razem ironicznym.

– Panie Jakubie, pan wybaczy, ale mam ważną sprawę na mieście – zaszczebiotała Sołtysowa. – Jaga się panem zajmie, wprowadzi. To widzimy się jutro o dziesiątej na kolegium. Pozna pan resztę załogi. Grzegorza pan oczywiście zna. Słyszałam od niego wiele dobrego na pana temat. I przypominam: zaczynamy punktualnie o dziesiątej.

Ostatnie słowa naczelnej znów były skierowane do Jagi, która kiwnęła głową i nie ruszając się z miejsca, czekała, aż szefowa wyjdzie. Gdy tylko została sam na sam z nowym, westchnęła głęboko.

– Powinienem się martwić? – spytał.

– A niby czym?

– Tym, że będę tu pracował.

– Nie, nie ma się pan czym martwić…

– Może przejdziemy na „ty”? – zaproponował. – Kuba.

– Okej. Jaga. Po prostu rób swoje i będzie dobrze. Chodź, pokażę ci twoje biurko, to znaczy biurko Kacpra, ale skoro masz go zastąpić, to pewnie przypadnie tobie.

– Ej, dla jasności, nikogo nie wygryzłem.

– Taa, na pewno…

Poprowadziła go w najbardziej odległy kąt pokoju i zdziwiła się, gdy zobaczyła, że biurko jest uprzątnięte. Ktoś musiał się tym zająć wczoraj.

– No to tu masz swoje miejsce. Zostaw torbę i płaszcz i chodź na dół – rzuciła, machając ręką w stronę schodów.

Kuba poszedł za nią posłusznie i po chwili znaleźli się w pokoju z dużym stołem.

– Tutaj odbywają się nasze kolegia. Te najważniejsze są w czwartki, dostajemy wtedy nowe tematy. Kolejne mamy w poniedziałki. Sprawdzamy, czy wszystko gra przed puszczeniem gazety do druku. Czasem trzeba dołożyć jakieś ważne wiadomości, czasem brakuje tekstu do kilku modułów, wtedy coś się wymyśla. Ogarniesz.

– Mam nadzieję.

– To nie fizyka kwantowa. Zresztą masz robić zdjęcia, raczej nikt nie będzie wymagał od ciebie pisania tekstów.

– Całe szczęście.

Zerknęła na niego.

– A co? Pisać nie umiesz?

– Powiedzmy… – zaczął – że praca w gazecie i pisanie nie idą w parze z moim wykształceniem ani umiejętnościami.

– A jakie masz umiejętności i wykształcenie? Oprócz tego, że jesteś gwiazdą teatru – spytała Jaga, ostatnie zdanie wymawiając z przekąsem.

– Nie takie, jakie by mi się teraz przydały – odrzekł tajemniczo. – To co, widzimy się jutro na kolegium? Punktualnie o dziesiątej? – Puścił do niej oko.

– Yhm… widzimy się…

Patrzyła na Kubę i nie mogła go przejrzeć. Czy to ktoś, z kim będzie się dobrze pracowało, czy będzie się sadził i chodził swoimi ścieżkami? A może to przydupas naczelnej? Zatrudniła go po to, żeby ich szpiegował i donosił? A może obleśny lowelas, tak jak Mariusz, tylko że młodszy i, no cóż… przystojniejszy? Nie lubiła tego puszczania oczek. Bo niby jak miała je rozumieć? Hej, jestem taki super? Hej, mała, a może masz ochotę na numerek?

– Wiesz co – dodała, nim wróciła do swojego biurka – jeśli będziesz się zajmował tylko swoją robotą, to na pewno sobie poradzisz.

– Dzięki za radę.

Uśmiechnął się i patrzył jej prosto w oczy kilka sekund dłużej, niż powinien. Poczuła się skrępowana tym spojrzeniem i kolejnym ukłuciem w żołądku. I znów nie potrafiła odczytać, czy nowy robi sobie z niej jaja, czy ją podrywa.

– Aha, a tę piosenkę w sztuce śpiewał kot, nie smok.

Czwartkowe kolegium i tym razem nie poszło po myśli Jagi. Wszystkie najciekawsze tematy naczelna dała innym. Dla niej został tekst o zbliżającym się remoncie mostu za Rondem Dmowskiego.

Kuba usiadł przy stole dokładnie naprzeciwko niej i raz po raz na nią zerkał. Jemu z kolei przyglądał się Mariusz, który prawdopodobnie od pierwszego uścisku dłoni uznał go za konkurencję, oraz Renata, ostentacyjnie, co trochę zirytowało Jagę.

Nie mogła się doczekać końca zebrania. Miała wrażenie, że powietrze wokół stołu gęstnieje od testosteronu. Gdy tylko naczelna dała znak, że na dzisiaj to wszystko, Jaga wstała, głośno odsuwając krzesło. Nie miała ochoty na pogaduszki z kolegami, więc pobiegła na górę, złapała płaszcz i torbę i wyszła na dwór.

Pech chciał, że nie mogła znaleźć w torebce kluczyków do auta i gdy przetrząsała jej przepastne czeluście, nagle jak spod ziemi wyrósł Mariusz.

– Hej, piękna, dokąd się tak spieszysz? Może skoczymy wreszcie na kawę?

– A może na tę kawę poszedłbyś z żoną? – warknęła Jaga, przestając grzebać w torbie i podnosząc głowę. – Mariusz, ile razy mam ci powtarzać, że ja, ty i kawa to połączenie, do którego nigdy nie dojdzie?

– Nigdy? Nie przesadzaj… Podaj mi choć jeden powód, proszę ja ciebie, dla którego nie moglibyśmy pójść na koleżeńską kawę i lepiej się poznać? Na gruncie prywatnym. – Mówiąc to, gapił się bezczelnie na jej usta.

Gdy już miała rzucić kolejną ciętą ripostę, zza jej pleców dobiegł głos Jakuba:

– A choćby dlatego, że to mnie Jaga obiecała kawę po kolegium.

Mariusz uniósł brwi i się skrzywił.

– Szybki Bill z ciebie, młody – mruknął. – No to cześć wam.

Gdy odszedł kilka kroków, Jaga otworzyła usta, żeby spławić Kubę, lecz on ją uprzedził:

– Spoko, nie dziękuj. On zawsze taki namolny? Zresztą nie moja sprawa. Trzymaj się i do zobaczenia.

Tego się nie spodziewała. Gdy po kilku sekundach odzyskała mowę, Jakub był już kilka metrów od niej.

– Hej! – zawołała. – Podwieźć cię dokądś?

– Nie trzeba! – rzucił przez ramię, nie zatrzymując się.

Kwadrans później Jaga parkowała samochód w ogrodzie przed starym drewnianym domem przy Kościeliskiej. Zanim zdążyła wyłączyć silnik, na ganku pojawił się lekko przygarbiony mężczyzna. Miał na sobie wytarte sztruksy i gruby sweter z owczej wełny. Drobna budowa ciała i niewielki wzrost sprawiały, że wyglądał jak chłopiec uwięziony w ciele starca. Spojrzał na Jagę łagodnymi niebieskimi oczami, a jego gładko ogoloną twarz rozjaśnił uśmiech.

– Jaguś, dziecko, chodź szybko do środka, bo zimno – powiedział, gdy weszła po trzech schodkach na ganek.

Objęła go mocno, uściskała, pogłaskała po siwych włosach i cmoknęła w czubek głowy.

Dziadek zawsze był dla niej Franusiem. Nikt nie pamiętał, kiedy zaczęła tak do niego mówić i dlaczego, a on nigdy nie miał nic przeciwko temu. Franciszek Pawlik przyjechał do Zakopanego w połowie lat sześćdziesiątych i został na zawsze. Tu poznał swoją przyszłą żonę i założył rodzinę. Pracował jako zdun i przez te wszystkie lata wymurował w Zakopanem i na Podhalu tyle pieców i kominków, że sam już nie pamiętał ile. Był dobrym fachowcem i wszyscy go lubili. Odkąd jego żona zmarła pięć lat temu, mieszkał w drewnianym domku sam.

Weszli do środka. Jaga usiadła w kuchni przy starym dębowym stole pod oknem, na tym miejscu, co zawsze, a Franuś wstawił wodę na herbatę.

– Co u ciebie? – spytał.

– Dobrze… To znaczy niedobrze. – Przed dziadkiem nie potrafiła udawać. – Naczelna mnie ignoruje. Wszystkie najlepsze tematy daje innym, nawet tej nowej smarkatej, a ja dostaję jakieś ochłapy. Jak mam zdobyć doświadczenie jako dziennikarka śledcza, skoro ten babsztyl każe mi pisać o cholernych pisankach? Słyszysz? Pisanki i zające!

Franciszek po chwili postawił na stole dwa kubki z herbatą i usiadł naprzeciwko wnuczki.

– Jaguś, nie denerwuj się. Może w tej chwili nie ma tematu wymagającego śledztwa?

– Zawsze są tematy wymagające śledztwa, tylko trzeba je znaleźć. Na tym polega misja dziennikarza. Szukać, drążyć, wyjaśniać, informować!

Bez względu na to, co się działo, dziadek zawsze próbował dostrzec jakieś plusy. Tymczasem Jaga wciąż gotowała się ze złości.

– W Kościelisku zaczadziło się dwoje emerytów. Wszyscy mówią, że to wypadek, ale dom, w którym mieszkali, jest nowy, nie ma nawet pięciu lat. Jakim cudem nowy dom miał zatkany komin? – wyrzuciła z siebie z prędkością karabinu maszynowego i spojrzała na dziadka, nachylając się w jego stronę.

– Dziecko, przecież przyczyny takich wypadków bada policja i biegły od pożarnictwa. Gdyby to nie był wypadek, z pewnością by się zorientowali.

– Pewnie tak. – Jaga opadła na oparcie krzesła i utkwiła wzrok w kwiatkach na ceracie. – Nie wiem dlaczego, ale to nie daje mi spokoju. A ta nowa napisała o tym zdarzeniu zdawkową notkę, jakby tam nie doszło do tragedii. Może to mnie tak wkurza.

– Napij się herbaty. Mama dzwoniła do ciebie ostatnio? – Dziadek zmienił temat.

– Nie, a do ciebie?

– Też nie.

Zauważyła w jego oczach smutek. Teresa, jej matka, a jego jedyna córka, już niemal od roku przebywała w Irlandii, gdzie z mężem i dwójką dzieci mieszkała siostra Jagi.

Beata była od niej starsza o dziesięć lat, a do Irlandii wyjechała dwie dekady temu. Tam wyszła za mąż i urodziła dwóch synów. Teresa zaczęła jeździć do córki, żeby pomagać przy dzieciach, jednak polubiła Irlandię i nie przestała tam latać, nawet gdy wnuki dorosły i nie wymagały już opieki. Od kilku lat więcej czasu spędzała na wyspie niż w domu. Najbardziej cierpiał z tego powodu Franciszek, który musiał wtedy radzić sobie sam.

Franuś, mama i siostra to była cała rodzina Jagi. Ojciec, który zmarł dziesięć lat temu na raka, był sierotą i nigdy nie poznała żadnych krewnych z jego strony.

– Mama wkrótce przyjedzie – spróbowała pocieszyć dziadka. – Już długo jej nie ma. Wiesz co? Zadzwonię do niej dzisiaj. Ostatnio miałam dużo na głowie, ale dzisiaj zadzwonię i spytam, jakie ma plany.

Dziadek znów nieoczekiwanie zmienił temat:

– A może zjadłabyś zupy?

– A jaką masz?

– Pomidorową.

– Z makaronem czy z ryżem?

– Jasne, że z makaronem. Przecież tylko taką lubisz. – Na pomarszczonej twarzy dziadka pojawił się uśmiech.

– To w takim razie bardzo chętnie. – Jaga nie była głodna, ale wiedziała, że zjadając talerz pomidorówki, sprawi dziadkowi przyjemność.

Wstał, podszedł do lodówki, wyjął z niej rondelek i postawił na kuchence. Szukając w szufladzie chochli, rzucił:

– Wiesz, Jaguś, jeśli zmienisz sposób, w jaki patrzysz na rzeczy, to rzeczy, na które patrzysz, się zmienią.

Jaga wiedziała, że to z pewnością cytat z jakiejś książki lub słowa kogoś znanego. Dziadek miał w głowie setki takich aforyzmów i cytatów, lecz ona nigdy nie potrafiła rozpoznać autora.

– Co masz na myśli?

– A to, że źle patrzysz na to, co się wokół ciebie dzieje.

Uniosła brwi, oczekując dalszych wyjaśnień. Dziadek zamieszał zupę, zmniejszył ogień pod rondelkiem i wrócił do stołu.

– Powiedziałaś, że masz napisać artykuł o zwyczajach wielkanocnych. To pisz. Ale kto ci broni pojechać do Kościeliska i tam zbierać materiały, a przy okazji porozmawiać z ludźmi o tym wypadku? Może na coś natrafisz? Może okaże się, że temat wróci i to ty się nim zajmiesz?

Jaga popatrzyła na niego z uznaniem i szeroko się uśmiechnęła.

– Franuś, jesteś genialny! Muszę częściej do ciebie wpadać!

Ten pomysł zaświtał także w jej głowie, a to, co powiedział dziadek, utwierdziło ją w przekonaniu, że dobrze kombinuje.

– Jaguś, wiesz, że moje drzwi są zawsze dla ciebie otwarte.

– Wiem, dziadku, wiem. Obiecaj mi, że będziesz żył wiecznie, że zawsze będę mogła na ciebie liczyć.

– Mogę ci, dziecko, tylko obiecać, że będę dbał o siebie najlepiej, jak potrafię, żeby ci to zapewnić. Reszta jest w rękach Boga.

– Którego? – wyrwało jej się. Zapominała, że dziadek nie lubi, gdy żartuje z wiary.

– Jest tylko jeden Bóg – zaczął poważnie – tylko w różnych miejscach na świecie różnie go nazwaliśmy. Kiedy ludzie to zrozumieją, skończą się kłótnie i wojny na tle religijnym. I nie żartuj sobie z tego. Ja ci nie mówię, w co masz wierzyć. Szanuję twoje poglądy, a ty szanuj moje.

Zrobiło jej się głupio.

– Przepraszam. Kocham cię, Franuś – szepnęła, spuszczając wzrok.

– Ja ciebie też, skarbie – odparł dziadek i podszedł do kuchenki, żeby nalać zupę.

Zjedli, a później usiedli w dużym pokoju i obejrzeli odcinek nowego sezonu serialu Krew z krwi, który Jaga poleciła dziadkowi jakiś czas temu.

Gdy po dwóch godzinach wróciła do domu, Artur dopiero co wyszedł spod prysznica. Otworzyli wino, Jaga zrobiła kanapki i rozsiedli się na kanapie.

– Odwiedziłam dzisiaj dziadka i dał mi doskonałą radę – powiedziała.

– A jaką?

– Pojadę do Kościeliska zbierać materiały do artykułu, a przy okazji podpytam ludzi o tych zaczadzonych emerytów.

– A po co?

– Sama nie wiem, ale ta sprawa nie daje mi spokoju.

– Z tego, co wiem, raport biegłego potwierdził nieszczęśliwy wypadek. Niedrożny przewód kominowy. Bywa.

– Wiem… Ale Renata, wiesz, ta młoda, potraktowała ten temat tak powierzchownie. Przecież nic się nie stanie, jeśli pogadam z sąsiadami.

– Nie, kotku, nic się nie stanie, ale raczej nie znajdziesz tam niczego podejrzanego. Moim zdaniem szkoda czasu. A, byłbym zapomniał, dzisiaj rano dostaliśmy zgłoszenie o włamaniu do kolejnego straganu z oscypkami na Krupówkach. Może zajmiesz się tym i wyprzedzisz kolegów z redakcji?

– Serio? To już chyba trzeci taki przypadek.

– Tak.

– Dobra, rozeznam się w temacie. Wydaliście już oficjalny komunikat?

– Wydamy jutro rano.

– To od rana zajmę się sprawą.

Resztę wieczoru spędzili, oglądając kolejny odcinek The Last of Us, ale Jaga nie mogła się skupić. Jej myśli wciąż uciekały do Kościeliska, do dwójki emerytów, dla których wymarzony dom, zamiast spokojną przystanią na stare lata, stał się śmiertelną pułapką.

Dalsza część książki dostępna w wersji pełnej

* E. Szwarc, Smok, tłum. J. Pomianowski, spektakl Teatru Telewizji, reż. K. Zaleski, teksty piosenek J. Górzański, muzyka J. Satanowski, premiera 11 kwietnia 1981 r.

Osiem lat wcześniej

Dostępne w wersji pełnej

Teraz

Dostępne w wersji pełnej

Sześć lat wcześniej

Dostępne w wersji pełnej

Teraz

Dostępne w wersji pełnej

Cztery lata wcześniej

Dostępne w wersji pełnej

Teraz

Dostępne w wersji pełnej

Trzy lata wcześniej

Dostępne w wersji pełnej

Teraz

Dostępne w wersji pełnej

Dwa lata wcześniej

Dostępne w wersji pełnej

Teraz

Dostępne w wersji pełnej

Rok wcześniej

Dostępne w wersji pełnej

Teraz

Dostępne w wersji pełnej

Pół roku wcześniej

Dostępne w wersji pełnej

Teraz

Dostępne w wersji pełnej

Epilog

Dostępne w wersji pełnej

Od Autorki

Dostępne w wersji pełnej

Podziękowania

Dostępne w wersji pełnej