Ebook i audiobook dostępne w abonamencie bez dopłat od 18.08.2026
Oferta wyłącznie dla osób z aktywnym abonamentem Legimi. Uzyskujesz dostęp do książki na czas opłacania subskrypcji.
29,98 zł
14,99 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką: 29,98 zł
HISTORIA, KTÓRA WCIĄGA JAK NOCNY MAJAK I NIE POZWALA SIĘ OBUDZIĆ
Współczesne Chicago. Miasto, które nigdy nie śpi, tylko czasem zapada w półsen. Brudny, zmęczony, trochę desperacki.
Radek Rudy Kowalski, detektyw w departamencie policji w Des Plaines, zna to miasto od podszewki. Niepijący alkoholik, republikanin, katolik uwikłany w trudną relację z Bogiem i człowiek, który kurczowo trzyma się zasad, żeby nie rozpaść się od środka. W pracy bezkompromisowy. Po godzinach prowadzi mityngi AA, próbując ratować innych przed tym, co zna najlepiej: powolnym osuwaniem się w ciemność.
Od kilku nocy budzi się o 1:37.
Zlany potem, z głową pełną krwawych obrazów, które nie przypominają zwykłych koszmarów. Są zbyt realne.
Kiedy zostaje wezwany na miejsce rozszerzonego samobójstwa, odkrywa coś, co wywraca jego świat do góry nogami. Ofiary to ci sami ludzie, których zabijał w snach.
Śledztwo wciąga go coraz głębiej w mroczne podziemia miasta i zamkniętej grupy Unus Mundus, do świata, w którym religia miesza się z obłędem, a przemoc i uzależnienia splatają się w hipnotyczny, transowy rytm. Gdy granica między jawą a wizją powoli się zaciera, Rudy zaczyna podejrzewać, że nie jest tylko przypadkowym świadkiem tej historii.
A co, jeśli od początku był jej częścią?
"Ostatni koniec świata" to hipnotyczny kryminał z literackim nerwem – przeszywająca, transowa opowieść o winie, wierze i przeznaczeniu.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 372
Rok wydania: 2026
Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Opieka redakcyjna: Paweł Sajewicz
Redakcja: Ewelina Korostyńska
Korekta: Ewa Gładysz-Jeż
Projekt okładki: Rafał Kucharczuk
Opracowanie graficzne i skład: Maciej Trzebiecki
Redaktor prowadzący: Marcin Kicki
Producent: Agora Książka i Muzyka sp. z o.o.
ul. Czerska 8/10, 00-732 Warszawa
www.wydawnictwoagora.pl
Copyright © by Grzegorz Dziedzic, 2026
Copyright for this edition © by Agora Książka i Muzyka sp. z o.o., 2026
Wydanie pierwsze
Wszelkie prawa zastrzeżone
Ten e-book jest zgodny z wymogami Europejskiego Aktu o Dostępności (EAA)
Niniejsza publikacja jest chroniona prawem autorskim. Publikacja może być zwielokrotniona i wykorzystywana wyłączenie w zakresie dozwolonym przez prawo lub umowę zawartą z Wydawcą. Zwielokrotnianie i wykorzystywanie treści publikacji w jakiejkolwiek formie do eksploracji tekstów i danych (text and data mining) lub do trenowania modeli sztucznej inteligencji, bez uprzedniej, wyraźnej zgody Wydawcy jest zabronione.
Warszawa 2026
ISBN: 978-83-8380-402-6
Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórcy i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.
Szanujmy cudzą własność i prawo!
Polska Izba Książki
Konwersja publikacji do wersji elektronicznej
Babci Zosi
mojej pierwszej duchowej
przewodniczce
Kto zupełny – zrozumiały;
w głębi Prawda się ukrywa.
Friedrich Schiller, tłum. Józef Dionizy Minasowicz
Postawiłam stopę na powietrzu,
A ono mnie uniosło.
Hilde Domin, tłum. Grzegorz Dziedzic
Budzi mnie spazm, ciało spina się tak strasznie, że skurcz włazi w łydkę i nadaje jej twardość drewna. Prostuję nogę i z całej siły ciągnę palce w kierunku goleni. Skurcz puszcza. Z gardła wyskakuje skrzek, ni to krzyk, ni kaszel. Poduszka jest mokra od potu jak za starych, niedobrych czasów. Czerwone cyfry budzika rażą w oczy. Pierwsza trzydzieści siedem. Kurwa, co jest? Budzę się o tej samej godzinie trzecią noc z rzędu. Żeby to była trzecia trzydzieści trzy czy tam jedenasta jedenaście, to jeszcze bym zrozumiał, widziałem takie rzeczy w filmach o duchach. Ale pierwsza trzydzieści siedem? Nie będę się nad tym zastanawiał ani dobierał do głowy. Patrzę w sufit i myślę o śnie, o koszmarze, z którego właśnie się wybudziłem.
Byłem w jakimś domu, u ludzi, których znam i jednocześnie nie znam, nie wiem, czy to Polska, czy Stany, chyba trochę miks, jak to w snach bywa. No i oni, ci ludzie, znaczy się facet, taki w moim wieku gdzieś, tylko szczawik, jego żona i dzieci, chłopczyk i podrośnięty chłopak, klęczeli przede mną i robili posłusznie, co im kazałem. Po kolei wyciągali do mnie ręce, a ja czerwonym grubym Sharpie gryzmoliłem im coś na wewnętrznych stronach dłoni. Nie pamiętam, co to było, ale czułem, że jest potrzebne. Niezbędne do czegoś. Był pogodny dzień, światło wpadało do wnętrza przez duże okno i miękko osiadało na ciemnozielonych liściach kwiatów doniczkowych. Oni, ta rodzina, patrzyli na mnie z uwielbieniem, szeptali dziwne słowa w języku, którego nie znam, choć to na pewno byli Polacy. Nagle, jak na komendę, wyciągnęli ręce przed siebie, skierowali wnętrza dłoni w górę, jakby czekali na błogosławieństwo albo wznosili modły. A ja wtedy sięgnąłem pod pachę, wyjąłem Glocka z kabury, odbezpieczyłem, przymierzyłem i strzeliłem temu klęczącemu facecikowi w twarz. Tył jego głowy rozbryzgnął się niczym gruszka klapsa na asfalcie, a szczawik osunął się na lśniący parkiet. Jego żona i dzieci nawet nie drgnęli, pogrążeni w jakimś zjebanym nabożnym transie. Kobieta złapała mój wzrok i w jej oczach błysnęło zaproszenie. Szatański pomiot, jak nic robota kosmatego. Koniuszkiem języka zwilżyła usta i rozchyliła je, a ja doskoczyłem i z rozpędu wbiłem czarną lufę Glocka w jej gardło. Kiedy nacisnąłem na spust, moim ciałem targnął skurcz. Obudziłem się.
Leżę i jeszcze trochę się trzęsę. Od kiedy zacząłem brać melatoninę, sny mam wyraźniejsze od jawy. Ze spania nic już raczej nie będzie. Obok mnie leży Elka i coś jej się śni, bo mamrocze i co rusz się podśmiechuje. Elka to wesoła dziewczyna i często się śmieje, zresztą za to ją lubię. Ma, jak to sama określa, odblaskową osobowość, i tylko czasami osuwa się w bezdenną rozpacz. Śpi na plecach. Jest duża i ciepła, emituje z kilowat energii. Biorę z szafki telefon. Sprawdzam maile, samo dziadostwo, subskrypcje, reklamy i newslettery, bo w tych sparszywiałych czasach nawet sklep z butami wydaje newsletter. Swoją drogą, ciekawe, czy ktokolwiek to czyta. I jak musi czuć się wydawca takiego bezużytecznego gówna, choć pewnie w ogóle się nie czuje, bo jest pieprzonym botem. Sprawdzam prognozę pogody na nadchodzący dzień. Ciepło i słonecznie, możliwe przelotne opady, ale dopiero wieczorem. Wilgotność powietrza w normie. Odpalam Newsmaxa, bo jebanie lewactwa jednak zawsze przynosi ulgę. Potem fejsbuczek, ale jest noc, więc tylko jakieś czerstwe wiadomości z Polski, filmiki z typami spadającymi z dachów i rusztowań, trochę cycatych lasek generowanych przez sztuczną inteligencję. Cyfrowe krągłości inspirują mnie, więc odpalam porniaki. W wyszukiwarkę wpisuję „cycki”, „mamuśki”, „anal”, czyli to, co tygryski lubią najbardziej. No też nie, za bardzo mnie to nakręca, a nie będę się brandzlował przy śpiącej obok Elce, bo nie jestem jakimś zboczuchem. A poza tym pornografia to jednak grzech i robi sałatkę majonezową z mózgu. Odkładam telefon i sięgam na szafkę po różaniec. Mam go od wuja, który był w Polsce proboszczem. Różaniec poświęcił papież. Nasz polski jedyny, nie ten przebieraniec na usługach rogatego. Całuję krzyżyk i obracam w palcach chłodny koralik. Ave, Maria, gratia plena, Dominus tecum. Od kiedy się nawróciłem, modlę się po łacinie. Inaczej nie wypada. Nie wolno obrażać Pana Boga modlitwą po polsku, bo to tak, jakby iść do opery w gumofilcach. Kiedy kończę czwartą dziesiątkę, Elka odwraca się na bok. Jej ciepły tyłek dotyka mojego uda. Kończę odmawiać ostatnią tajemnicę. Sen nie nadchodzi, ale po koszmarze pozostały tylko niesmak i marne powidoki. Odwracam się do Elki. Oblizuję palce, choć nie trzeba, bo Elka jest zawsze mokra i za to też lubię ją bardzo. Wchodzę w nią, a ona lekko się wypręża i mruczy. Nie protestuje, bo Elka nigdy nie protestuje, to zresztą lubię w niej najbardziej. Nie spieszę się. Chłonę jej ciało, jakbym chciał je połknąć. Jakbym chciał się w niej schować, zanurkować w ciemnym oceanie, którego ja, Radek Kowalski, jestem jedynym mieszkańcem.
Parkuję mojego Jeepa Gladiatora przed pokrytym białym sidingiem budynkiem klubu Alano w podmiejskim Des Plaines. Mityng zaczyna się o ósmej trzydzieści, ale od kiedy go prowadzę, przyjeżdżam pół godziny wcześniej. Znaczy się przyjeżdżamy, bo Elka przyjeżdża ze mną, odkąd nocuje u mnie z soboty na niedzielę. Tutaj się poznaliśmy, ale umówiłem się z nią dopiero, kiedy pyknął jej rok trzeźwości, żeby nie było, że posuwam nowicjuszki, bo to nie halo. Wysiadamy z samochodu, Elka zapala papierosa i macha wesoło w kierunku dwóch stojących przed wejściem mężczyzn. To moje ziomy z AA, Robercik Ziemianka i Kazik Patyczak. Każdy z nas ma tutaj swoją ksywkę, bo anonimowość wyklucza stosowanie nazwisk. Roberta nazywają Ziemianką, bo kiedy był bezdomny, przez siedem lat mieszkał w parku w dziurze w ziemi, którą sam sobie wykopał. Kazik jest po prostu przeraźliwie chudy, same żyły i ścięgna obciągnięte skórą, brązową od roboty na dachu. Elka jest z Rabki i mówią na nią Elka Góralka, choć w Zakopanem była raz w życiu, na zimowisku w piątej klasie podstawówki. Od gór woli morze. We wrześniu wybieramy się na Florydę, oczywiście jak nie przywali tam znowu jakiś huragan.
Na mnie mówią Gruby, bo kiedy przyszedłem do programu, ponad siedemnaście lat temu, ważyłem coś circa trzysta funtów. Teraz ważę dwieście piętnaście, pięknie wyrzeźbiony v-shape z trybalami na łapach. Polish power, strach się bać. Podkręciłem ostatnio akcent na bardziej ruski i typy podczas zatrzymań srają po butach, jak tylko się odezwę, bo z ryja wyglądam jak ze specnazu albo z mafii. Gdzie jak gdzie, ale w Chicago robi to wrażenie. Elka zostaje na zewnątrz z chłopakami, a ja wchodzę do kantorka. Wkładam filtry do dwóch ekspresów, wsypuję kawę, dużo, bo kawa na mityngu ma kopać jak spirytus, odpalam i po chwili przyjemnie bulgoczą. Wyciągam z szafki pudełko z czytankami, książeczką 24 godziny i szkatułkę z medalami, gdyby zdarzyły się jakieś rocznice. Idę na salę i sprawdzam, czy wystarczy styropianowych kubków, czy jest cukier i śmietanka w proszku. Służba to filar, podstawa trzeźwienia, bez służby ani rusz.
Mityng zaczynam punktualnie co do minuty, bo mityng to rzecz święta. Za każdym razem, zanim się odezwę, przedstawiam się: „Radek, alkoholik”. Kiedyś myślałem, że to głupie, a dziś wiem, że nie mogę o tym smutnym fakcie nigdy zapomnieć. Ziomy czytają na głos Jak to działa, Dwanaście kroków i Dwanaście tradycji. Wszyscy słuchają w skupieniu, jakby mieli nadzieję, że za tysięcznym razem usłyszą w tych tekstach coś nowego. Podczas czytania medytacji drzwi do sali otwierają się i wchodzi przez nie jakiś młody łebek, trochę speszony faktem, że się spóźnił. Gestem daję mu znać, żeby siadał, gdzie wolne. Nigdy wcześniej go nie widziałem, więc kiedy Anka Barmanka kończy czytać 24 godziny, pytam, czy jest na sali ktoś, kto po raz pierwszy w życiu jest na mityngu AA. Młody wstaje i wygląda jak uczeń wywołany do tablicy.
– Ja jestem.
– Czy możesz się przedstawić?
– Jestem Hermes, mówią na mnie Herm. Cisze...
– Nazwiska nie trzeba – przerywam mu w pół słowa. – Masz problem z alkoholem, Herm?
– Tak, chyba, znaczy się miałem...
– Chcesz się dzisiaj nie napić?
– Chcę.
– To siadaj, dobrze, że jesteś. Brawa dla Hermesa.
Wszyscy klaszczą, ktoś klepie go przyjacielsko po ramieniu. Jako prowadzący mam prawo zaproponować temat, więc mówię, że skoro jest z nami nowy kolega, to może pogadajmy o pierwszym kroku i co nam daje wspólnota. Wszyscy po kolei mówią właściwie to samo. Że wódka prawie ich zabiła, przeciągnęła przez piekło, i dopiero program uratował im życie, a w pierwszym kroku zrozumieli, że jedynym wyjściem jest przestać walczyć i wywiesić białą flagę. Zejść z ringu, zanim padnie ostateczny, śmiertelny cios. Mówimy jeden po drugim i w końcu przychodzi czas na młodego.
– Jestem Hermes, alkoholik i narkoman. – Chłopak szybko się uczy, jak gadać po naszemu. – Przyszedłem tutaj, bo boję się, że zwariowałem, a wy się chyba znacie na takich rzeczach. To opowiem może. Mam dwadzieścia osiem lat i od kiedy skończyłem gimnazjum, a może i wcześniej, piję i ćpam. Wszystko. Dope[1], koks, GBH, ketaminę, zioło to wiadomo, bo wszyscy palą, w sumie to cokolwiek, byle ryło łeb. Miesiąc temu odstawiłem heroinę, bo miałem już dość. Dwa tygodnie temu pojechałem z kolegą na ryby. Do Wisconsin, nad jezioro. I na kempingu wrzuciliśmy grzyby, no wiecie, magiczne, shrooms. Całe białe, takich jeszcze nie widziałem. Zjedliśmy, ale coś nie kopały, to dorzuciliśmy jeszcze i wtedy się zaczęło. Wywaliło mnie z butów. Latające talerze, jacyś celtyccy bogowie, rozpadłem się na kawałki i wróciłem jako kropla wody. Na drugi dzień chciałem napić się piwa i spalić blanta, ale nic nie smakowało, odrzucało mnie, jakbym już tego nie potrzebował. Coś się we mnie zmieniło. Dwa dni temu poszedłem do znajomego i próbowałem pić wódkę, ale porzygałem się po trzecim szocie. A wczoraj wieczorem to się stało.
Hermes robi pauzę i się rozgląda. Kilkanaście par oczu wpatruje się w niego, jakby był inkarnacją samego założyciela AA, Billa Dablju. Na mityngach w kółko klepiemy to samo, więc takie historie to cymes. Młody kontynuuje.
– Wczoraj nic nie brałem ani nie piłem. Byłem w pracy, a potem pograłem na konsoli i poszedłem spać. I obudziłem się w środku nocy. Coś mnie obudziło i, kurwa, można przeklinać? I to coś nie było z tego świata, jak babcię kocham.
Włosy na rękach stają mi dęba, jakbym właśnie wszedł do warzywnej lodówki w Costco. Młody mówi dalej.
– Coś przyszło do mnie, nie potrafię tego opisać słowami. Chyba nie ma na to słów. Taki zachwyt mnie chwycił od środka, że aż się przestraszyłem. Po raz pierwszy w życiu poczułem, że naprawdę istnieję, tak jakbym do tej pory żył w grobie, zasypany ziemią. Nie wiedziałem, że tak się da na trzeźwo, bez żadnych substancji. Wstałem z łóżka, zapaliłem światło i podszedłem do okna. Na parapecie mam kaktusa, takiego pękatego z kolcami, i on mi się wydał taki piękny, że się popłakałem, a potem poczułem, że ja i ten kaktus to jedno, że się od siebie nie różnimy, bo nic się od siebie nie różni. Potem mi przeszło i najpierw siedziałem jak głupi i wpatrywałem się w ścianę, a potem zacząłem guglować, o co kaman. I znalazłem to spotkanie, i przyszedłem, bo może ktoś z was też tak miał.
Mówi coś jeszcze, ale przestaję go słuchać. Ze stuporu wyrywa mnie Elka, pstryka mi palcami przed twarzą, śmieje się i szepcze, że trzeba kończyć, bo godzina już minęła. Wstajemy, bierzemy się za ręce i odmawiamy „Ojcze nasz”. Potem stoimy na chodniku przed wejściem, śmiejemy się ze starych dowcipów i gadamy o dupie Maryni, bo tak każe tradycja. Podchodzi ten młody i wyciąga do mnie rękę. Mówi, że ma sprawę i że chce chwilę pogadać. Odchodzimy na bok. Hermes częstuje mnie Newportem, ale ja nie palę, dziękuję, bo to paskudny nałóg, gorszy niż wóda.
– Potrzebuję sponsora – wali Herm bez ogródek. – Wyczytałem, że tak trzeba. Jakieś kroki trzeba robić. To chcę robić, ale nie mam pojęcia, o co tu się rozchodzi.
Wskazuję palcem na tłumek przed budynkiem.
– Widzisz tego gostka z wąsami, w siatkowej bejsbolówce? To Szymek, mówią na niego Ojciec Dyrektor. Trzydzieści trzy lata trzeźwości, chodząca aowska encyklopedia. I już na emeryturze. Idź do niego, ucieszy się, sponsorowanie to jego pasja. Ja nie bardzo mam czas, sorry. A tak w ogóle to naprawdę masz na imię Hermes?
– Pojebane, nie? Naprawdę. Mój stary był w Polandzie wykładowcą na uniwerku. Zrobił doktorat z mistyki w mitologii greckiej, więc to pewnie stamtąd. Tutaj jeździ truckiem.
Hermes zaciąga się dymem, ale po trzech pociągnięciach rzuca peta i go przydeptuje. Patrzy na mnie dużymi bladoniebieskimi oczami. Otwiera usta, żeby coś powiedzieć, kiedy nagle rozlega się ostry dźwięk policyjnych kogutów i mijają nas dwa radiowozy. Grzeją chyba z osiemdziesiąt mil na godzinę, a ograniczenie na Oakton to trzydzieści pięć, więc musiało się stać coś grubego. Kiedy syreny cichną w oddali, Herm mówi: – Wolę ciebie. Zostaniesz moim sponsorem?
Kiwam głową i sięgam do kieszeni po telefon, żebyśmy wymienili się numerami. Zapisuję go jako Hermes Nowy AA, ale kasuję końcówkę, bo mało prawdopodobne, żebym spotkał kogoś innego o tym imieniu.
– Jak chcesz, młody, ale ze mną nie ma srania po krzakach. Jestem aowskim szowinistą, ajsisem trzeźwości.
– Pasuje mi.
– No jak chcesz. Dzwoń do mnie codziennie, a jakbyś miał jakieś chcice, to o każdej porze. Tylko trzeźwy, pijany i porobiony już nie dzwoń, rozumiesz? Zanim się napijesz i naćpasz, dzwoń, jasne?
Kiwa głową, że jasne, i wtedy mój telefon wibruje. Patrzę na ekran. Wiadomość od starej.
Wiem, że jest weekend, ale mamy tu niezły rozpierdol.
Kiedy dojeżdżam na miejsce, wszyscy już są. Straż, pogotowie, pięć radiowozów, żółte taśmy rozciągnięte pomiędzy drzewami. Technicy pstrykają foty i opierdalają wszystkich, żeby nie zadeptywać śladów. Mam déjà vu. Czuję, że już tu byłem, że przeżywam coś po raz wtóry. Nie mam czasu się nad tym zastanawiać, bo Louis macha do mnie. Jego łysa głowa lśni od potu. Louis to mój partner, spoko ziom jak na Meksyka. Przechodzę pod taśmą.
– Co tu się odpierdala, papi? – pytam.
– Straszny syf. Rozszerzone samobójstwo, a przynajmniej na to wygląda.
– Ile ofiar?
– Dwie. Nastoletni syn i matka. Zaatakowała go w łóżku, kiedy jeszcze spał. Nożem do sushi. Po wszystkim podcięła sobie gardło.
Czyli jest grubo. Rzadziej od rozszerzonych samobójstw zdarzają się tylko seryjni.
– Poważnie? – Robię zdziwioną minę. – Z reguły to tatusiowie nie wytrzymują ciśnienia. Albo nastoletni synciowie. Ktoś przeżył?
– Pięcioletni chłopiec. Ponoć matka zawiozła go godzinę przed jatką do dziadków. Mówię ci, Rudy, masakra, jakiej jeszcze nie widziałeś.
– Wszystko już widziałem, papi.
W robocie mówią na mnie Rudy. Taka naciągnięta amerykańska wersja Radka. Po prawdzie wolę Rudy, bo Radek to paździerzowe imię. Wyjmuję blachę i wchodzę do środka. I już wiem, skąd to déjà vu. Byłem w tym domu. To tutaj strzelałem do ludzi w moim śnie. Wnętrze parterowego domu jest tuż po generalnym remoncie. Ściany w różnych odcieniach szarości, parkiet z brazylijskiej wiśni, listwy podłogowe i przysufitówki nowe i białe jak zęby Trumpa. Na ścianie wielki telewizor, chyba z osiemdziesiąt pięć cali, za duży do tego pomieszczenia. Ciemnobrązowe kanapy i włochaty beżowy dywan, wciąż pachnące nowością. Czarne worki leżą przy wyjściu do ogródka, obok stołu z Ikei z krzesłami dla ośmiu osób.
Technicy pracują bez pośpiechu, bo i po co się śpieszyć. Pytam jednego, czy mogę zobaczyć ciała. Nie patrząc na mnie, odpowiada, żebym się nie krępował. Otwieram worek i zamieram. To kobieta z mojego snu, rozpoznaję ją, choć jej twarz pochlapana jest krzepnącą krwią. Ma na ustach ten sam lubieżny uśmieszek ze snu, który sprawia, że przechodzą mnie ciarki. W takich chwilach dziękuję za zdolność do dysocjacji. Potrafię znikać, oddzielać się od samego siebie, ilekroć potrzebuję. Suwak wydaje cichy terkot i z worka wypada ręka. Dotykam jej, ciało jest wciąż sprężyste. Odwracam jej dłoń. Widzę czerwoną literę A narysowaną wodoodpornym pisakiem. Gdyby wziąć ją w okrąg, wyglądałaby jak symbol anarchistów. Platfusy z Antify mają takie na flagach. Rozpinam drugi worek. Chryste, ale siekanina. Zaczynam liczyć rany, ale przestaję, gdy dochodzę do dwudziestu. Chłopak wygląda jak ofiara głodnego grizzly albo sprawca zamachu bombowego. Też ma na dłoni literę A. Kiwam na technika, który zdejmuje odciski palców z futryny.
– Rozumiesz coś z tych malunków na dłoniach?
– To proste. – Szczerzy się uśmiechem właściwym technikom kryminalnym, patologom i zboczeńcom. – Dzisiejsze rozszerzone samobójstwo sponsoruje literka A.
Głupi kutas. Ale ma rację, to mi płacą za odpowiadanie na takie pytania. To ja jestem detektywem. W takich momentach jak ten żałuję wyboru kariery. Mogłem zostać przy kładzeniu płytek albo zrobić CDL[2] i wozić paliwo cysternami, jak moje ziomki z programu, ale za młodu naoglądałem się Policjantów z Miami i mam, co mam.
Sypialnia młodego to typowy pokój amerykańskiego nastolatka. Zaschnięte talerze z całego tygodnia i bateria szklanek nie doczekały się zmywarki, ubrania porozrzucane po podłodze. Na ścianach jakieś japońskie cudaki, chyba anime to się nazywa. Konsola do gier, na oparciu krzesła wisi strój do lacrosse. W rogu pojedyncze łóżko. Materac i pościel wyglądają, jakby ktoś wylał na nie wiadro bordowej farby. Krwawe rozpryski na ścianach i suficie. Kolejna plama na podłodze, na kremowej wykładzinie, wygląda niczym kontury zatopionego kontynentu.
Drzwi otwierają się i wchodzą przez nie stara, znaczy się kapitan Angela Rodriguez, i powiatowy koroner, ryży facet o energii gościa z reklamy mrożonych steków. Ryży w kąciku ust ma drewnianą wykałaczkę i pewnie wydaje mu się, że jest twardy jak Cobra, co podkreślają dodatkowo lustrzane pilotki. Witają się ze mną, po czym koroner kiwa na paramedyków, a ci ładują ciała na nosze i pakują do karetek.
– Co myślisz, Rudy? – Szefowa trzyma fason jak zawsze. To najtwardsza sucz na Środkowym Zachodzie. Od sterydów ma mocne, prawie męskie rysy, usta napompowane kwasem hialuronowym. Czarne loki spięła w kok, zostawiając opadający na twarz kosmyk. Muskularne przedramiona pokrywają florystyczne kolorowe tatuaże. Kapitan Rodriguez wygląda jak postać z komiksu porno, ale nie daj Boże, żeby ktoś się na to nabrał.
– Komuś puściły nerwy – odpowiadam. – Zdarza się. Żyjemy w takich czasach, ludzie nie wytrzymują gonitwy, niektórzy się odpalają. Po co mnie tutaj wezwałaś w wolny dzień? Będziesz płacić za nadgodziny. – Jesteśmy na ty oprócz sytuacji wysoce służbowych.
– Chciałam, żebyś zobaczył ten pierdolnik na własne oczy. To polski dom, ofiary to Polacy. Nazwisko Karas.
Chyba Karaś, poprawiam ją w myślach. Dopiero teraz dostrzegam szczegóły wystroju, te oczywiste domowe świadectwa etnicznej i narodowej przynależności. Kilka polskich książek na półce, jakieś albumy z malarstwem i fotografią, trochę kryminałów, jednego nawet słuchałem. Na komodzie stoją zdjęcia w ramkach. Karasiowie uśmiechnięci przed Kościołem Mariackim i na Krupówkach. Karasiowie nad morzem, ona z małym na rękach, starszy syn skacze przez fale, ojciec z lodem na patyku. Na ścianach kilka obrazów. Akwarela z jakimś ratuszem, chyba tarnowskim, druga przedstawia ulicę pełną nocnych świateł, kolejna to widok z okna zalanego deszczem. Do lodówki z podwójnymi drzwiami magnesem przypięty jest kalendarz z polskiej szkoły oraz laurka z nabazgranym kwiatkiem i koślawym napisem: „Kuba kocha mamusię”. Kurwa, no przecież. Kropki łączą mi się w wyraźny obraz. Przecież ja ich znam, mieszkali u mnie na osiedlu, dwa bloki dalej. Wyprowadzili się ze trzy lata temu. Ten młody chodził z Gabi do gimnazjum, razem grali w szkolnej orkiestrze. Gabi na klarnecie, a chłopak na puzonie. Gabi to moja córka.
– Mów do mnie, Rudy. Widzę po twojej minie, że coś kminisz. – Angela sonduje mnie spod permanentnych brwi, jakbym to ja był tutaj głównym podejrzanym.
– Nie, nic, po prostu słabo spałem, jestem jeszcze przed śniadaniem. W sumie to może dobrze, nie wiem, czy coś dzisiaj przełknę. Wielkie, kurwa, dzięki, Angela. Nikt nie potrafi mi tak zrobić dnia jak ty.
Nie powiem jej przecież, że co noc budzę się o pierwszej trzydzieści siedem, a dzisiaj śniło mi się, że zabijam Karasiów ze służbowej broni. Nie potrzebuję łatki wariata. Wystarczy, że jestem Polakiem, katolikiem, republikaninem i niepijącym alkoholikiem, więcej grzechów nie pamiętam.
– Zajmij się, czym trzeba, nie muszę ci mówić, co masz robić. Pogadaj z sąsiadami, poszukaj rodziny, będziemy potrzebowali wyników obdukcji, balistyki i wyciągu medycznego. Stawiam steka, jeśli pani Karas nie ma rekordu psychiatrycznego. Masz tu wstępny raport. – Angela podaje mi papierową teczkę.
– W sensie, że dajesz mi tę sprawę? – pytam.
– A komu mam dać? Do roboty.
– Yes, ma’am. A wiadomo, gdzie jest mąż?
– Podobno w trasie, jeździ ciężarówką.
Kapitan Rodriguez wychodzi, kręcąc kształtną dupą, twardą jak skała od siłowni i kick-boxingu. Zaglądam do raportu. Marzena Karaś, lat trzydzieści pięć, Daniel Karaś – siedemnaście.
Odmawiam dwa razy „Wieczne odpoczywanie”, po jednym za duszę każdego z nich. A potem swoją modlitwę do Świętego Jana z Dukli, patrona uzależnionych, chorych psychicznie i rycerstwa polskiego. Mam jego wizerunek wytatuowany na klacie. Proszę go, żeby uchronił mnie od obłędu.
Wychodzę na zewnątrz, prosto na gostka z włączoną kamerą. To ekipa z ABC News, ci z NBC trochę się zagapili, ale też biegną, lalka w szarym kostiumie i czerwonych szpilkach mało nie połamie obcasów. Rozglądam się, ale nikt nie kwapi się, żeby z nimi gadać.
– Proszę się przedstawić – mówi reporterka, czarna dziewczyna z zadbanym afro.
– Detektyw Rudy Kowalski, departament policji Des Plaines.
– Czy może pan powiedzieć, co tu zaszło? Sąsiedzi słyszeli przerażające krzyki.
Ciśnie mi się, żeby może zapytała sąsiadów, ale w końcu ma prawo wiedzieć i nie będę czekał, aż poniży mnie, powołując się na ustawę o wolności informacji.
– Mamy dwie ofiary. Matka i nastoletni syn. Wszystko wskazuje na rozszerzone samobójstwo. Z uwagi na dobro śledztwa nie mogę podać więcej szczegółów.
– Kto jest sprawcą? Jakie mogą być motywy tak drastycznego kroku? – nie odpuszcza reporterka.
– To emigranci z Polski. Tożsamość ofiar zostanie podana do wiadomości publicznej, kiedy koroner wyda akty zgonu. Szczegóły zajścia wyjaśni śledztwo, będziemy państwa informować na bieżąco, proszę kontaktować się z rzecznikiem. A teraz państwo wybaczą, ale obowiązki wzywają. – Mijam ich, nie odpowiadając na kolejne pytania.
Idę w kierunku sąsiedniego domu pokrytego kremowym sidingiem. Ruch zasłon zdradza, że mieszkańcy obserwują wszystko z nosami przyklejonymi do szyb. Dzwonię do drzwi.
– Dzień dobry. Detektyw Kowalski, policja. W sąsiednim domu doszło do tragedii, nie żyją kobieta i jej nastoletni syn. Chciałbym zadać pani kilka pytań, jeśli to nie problem.
Kobieta stojąca w drzwiach jest w pełnym makijażu i ma fryzurę, jakby urwała się z planu tureckiej telenoweli, takiej sprzed dwóch dekad. Zaprasza mnie do środka. Siadamy przy okrągłym stole w jadalni. Proponuje mi coś do picia, proszę o wodę z lodem. Z głębi holu obserwuje mnie dwóch identycznych chłopców. Bliźniacy mają nie więcej niż jedenaście lat. Przejęci do rozpuku szepczą coś do siebie.
– Jak się pani nazywa? – Wyjmuję z kieszeni notes i długopis.
– Nikol Kostov.
– Bułgarka?
Kiwa głową, że tak. W liceum miałem dziewczynę Bułgarkę. Też miała na imię Nikol.
– Mąż w domu?
– Jestem wdową. Mąż zginął w wypadku samochodowym w zeszłym roku.
– Bardzo mi przykro. Proszę mi opowiedzieć, co pani widziała i słyszała.
Nikol siada na krześle i kładzie ręce na kolanach. Wygląda jak pin-up girl z lat pięćdziesiątych.
– Co się tam wydarzyło, panie oficerze? – pyta nieśmiało. Jej broda drży z przejęcia. Nerwowym ruchem poprawia włosy.
– U pani sąsiadów doszło do, jakby to powiedzieć, eskalacji przemocy. Wie pani, co to jest rozszerzone samobójstwo?
– Wiem. – Kiwa głową. – To ona to zrobiła, prawda?
Patrzę na nią z zaciekawieniem. Sąsiedzi zawsze są bogatym źródłem informacji, dzięki Bogu za ludzką wścibskość.
– Skąd pomysł, że to ona, w sensie Marzena Karaś, jest sprawczynią?
Kobieta wzrusza ramionami.
– Zwykła intuicja, to wszystko.
– Tylko tyle? Jak dobrze się pani z nią znała?
Nikol zaciąga się elektronicznym papierosem. Dym ma truskawkowy aromat.
– Mieszkamy tutaj od dwunastu lat, kupiliśmy dom, jeszcze zanim chłopcy się urodzili. Sąsiedzi, ci Polacy, Chris i Marzena, wprowadzili się jakoś w lipcu, cztery lata temu. Albo nie, trzy, tak, trzy lata temu. Na początku wszystko było dobrze. Normalni ludzie. On jeździł ciężarówką w dalekie trasy, czasem nie było go i po dwa tygodnie. Marzena pracowała w szpitalu, tu niedaleko, na Talcott. Mówiła, że jest pielęgniarką, ale chyba była tylko pomocą pielęgniarską, wiem, bo mam tam koleżankę i mi mówiła. Ale ostatnio to raczej nigdzie nie pracowała. Tak mi się wydaje, bo odkąd wróciła do domu, to mało co wychodziła. Dzieci grzeczne, zawsze „dzień dobry” mówiły. Spotykaliśmy się czasem, wie pan, tak przez płot, zdarzało się, że na grilla zaprosili, ze dwa czy trzy razy mój mąż się nawet z Chrisem napili, ale bez wielkiej przyjaźni. Potem ona od niego odeszła. Jakoś na wiosnę rok temu.
– Jak to odeszła? Do innego mężczyzny?
– A bo to ja wiem? Ale pewnie tak, bo jak inaczej? Pytaliśmy Chrisa, ale widać było, że nie chce o tym mówić. Tłumaczył, że wyjechała na kontrakt do Wisconsin, do szpitala. Czasami jeździł ją odwiedzić, tak mówił. I wtedy jego matka z dziećmi zostawała. Jak ruszał w trasę, to ona też przyjeżdżała, miła pani, ale po angielsku słabo, a ja po polsku nie mówię za dobrze, to nie pogadałyśmy.
– Rozumiem. Ale Marzena w końcu wróciła, tak?
– Wróciła kilka tygodni temu, może miesiąc.
– Mówiła coś? Gdzie była, jak jej nie było?
Nikol Kostov kręci głową. Widać, że sąsiadka niespecjalnie dawała się lubić.
– Po powrocie rzadko się odzywała. Przemykała do samochodu i nawet na człowieka nie spojrzała. A jak już, to z pretensjami, że niby jej psa chcemy otruć, że zatrute mięso przez płot rzucam, że róże jej kwasem podlałam i usychają, że jakieś bułgarskie uroki rzucam, takie bzdury, że aż uszy puchły, jak człowiek słuchał. W końcu kamery założyła wokoło domu.
– Dała jej pani jakieś powody do tego typu podejrzeń?
Wydyma usta i prycha, to cała jej odpowiedź.
– Na miejscu zbrodni nie było żadnego psa – zauważam i kończę pić wodę. Rozgryzam kostkę lodu.
– Bo go dzisiaj rano do samochodu wsadziła i wywiozła. Psa i młodszego synka. Wróciła dwadzieścia minut później, widziałam, bo śniadanie robiłam, a okno z kuchni mi wychodzi na ich podjazd.
– I co się potem stało? Marzena zachowywała się jakoś inaczej, była wzburzona? Słychać było jakieś krzyki, hałasy?
– Nie, była spokojna, nawet jakby bardziej spowolniona niż zwykle. Patrzyła w ziemię, jak zawsze. Niczego nie było słychać, dopiero wrzask. Straszny, przechodzący w wycie, nieludzki. Aż czuję w kościach ten krzyk. To ja wezwałam policję.
– Widziała pani kogoś jeszcze z tego okna? Ktoś wchodził do domu, podjeżdżał, kręcił się?
– Nie, nikogo nie widziałam, ale też nie stałam przy oknie non stop, nie wtykam nosa w nie swoje sprawy.
Zapisuję wszystko, co mówi. Bliźniacy podeszli bliżej i obserwują nas z kuchni. Wyciągam z portfela wizytówkę i kładę na stole.
– Dziękuję za informacje, pani Kostov. Gdyby przypomniała pani sobie coś jeszcze, proszę o kontakt.
Wstaję od stołu, ona też wstaje i idzie za mną. Mówię „do widzenia, miłego dnia” i wychodzę, ale nagle słyszę: – Panie oficerze.
Odwracam się, Nikol Kostov ma na twarzy i w postawie ciała wypisaną niepewność.
– Tak?
– To może głupie, co powiem, ale Marzena, ona miała takie złe oczy.
Przed domem Karasiów parkuje srebrna Toyota Sienna. Wysiada z niej niewielki, przygarbiony facecik z siwą brodą. Staje przed żółtą taśmą i rozgląda się na boki, niepewny, czy może ją przekroczyć. Od razu widzę, że to Polak, bo Polaka w Chicago zawsze poznam. Po rysach, stroju, po wycofaniu i nieufności w spojrzeniu i ruchach.
– Dzień dobry – odzywam się po polsku i podchodzę bliżej. Przedstawiam się.
Facet jest dobrze po sześćdziesiątce. Ma podkrążone, błyszczące oczy człowieka, którego trawi wysoka gorączka. Wyciąga do mnie kościstą, wykrzywioną artretyzmem dłoń. Jest silny siłą człowieka, który ani jednego dnia w życiu nie przepracował w biurze.
– Waldemar Karaś. Jestem ojcem Krzysztofa.
– Zatem wie pan już, co się stało...
Kiwa głową i zaciska usta najmocniej, jak potrafi, żeby nie wybuchnąć niekontrolowanym płaczem.
– Bardzo mi przykro. Wyobrażam sobie, jak bardzo trudna musi być taka strata. Proszę przyjąć wyrazy współczucia.
Takich formułek uczą nas na szkoleniach o komunikacji z rodzinami ofiar. Dobrze, że uczą, bo bez nich stałbym jak kołek i nie wiedział, co powiedzieć. Co można powiedzieć, kiedy synowa zarzyna ci wnuka i siebie? Nie wymyślono na to słów.
– Ciała pojechały już do zakładu medycyny sądowej. Dostaną państwo wezwanie w sprawie identyfikacji. To formalność. Będziemy musieli przeprowadzić autopsję, to rutynowa procedura przy tego rodzaju incydentach.
Gryzę się w język. Incydentach, kurwa, Radek, człowiek stracił przed chwilą bliskich, a ty mu pierdolisz o incydentach? Karaś milczy, widać, że próbuje pozbierać części, na jakie się rozpadł. Przeczesuje dłonią rzadkie włosy, zamyka oczy, oddycha świszcząco, układając usta w dzióbek.
– Proszę mi wybaczyć. Wciąż nie dochodzi do mnie, co się stało. To takie trudne – mówi łamiącym się głosem.
Empatycznie kiwam głową i dotykam jego ramienia dokładnie tak, jak uczyli na szkoleniu.
– Pańska synowa, Marzena, dopuściła się straszliwego czynu. Zamordowała starszego syna, a potem odebrała sobie życie. Nazywamy to rozszerzonym samobójstwem. To taka sytuacja, kiedy sprawca decyduje targnąć się nie tylko na swoje...
– Wiem, co to znaczy. – Karaś przerywa mój wywód. I dobrze. O wiele lepiej wychodzi mi ściganie i przesłuchiwanie bandytów niż empatyczne gadki.
– Jak ona to zrobiła?
– Kuchennym nożem.
– I co ja mam teraz robić, może mi pan powiedzieć?
– Proszę jechać do domu i poczekać na mnie, przyjadę do państwa za godzinę. – Otwieram teczkę i odnajduję adres, pytam, czy prawidłowy. – Prowadzę śledztwo w tej sprawie. Będę musiał zadać państwu kilka pytań.
Idzie do samochodu, powłócząc nogami. Wsiada i zatrzaskuje drzwi. Przez szybę widzę, że jego twarz zamienia się w wykrzywioną bólem maskę. Waldemar Karaś wybucha bezsilnym płaczem, z wściekłością wali otwartą dłonią w kierownicę. Spoglądam na telefon. Trzy wiadomości od Elki. Dopytuje, czy wszystko w porządku. Odpisuję, że robota i żeby nie przyjeżdżała dzisiaj, bo się narobiło i nie wiem, o której skończę. Odpisuje spoko, misiu i przesyła dwa czerwone serduszka. Dochodzi południe. Dopiero teraz czuję, jak bardzo jestem głodny. Jadę do śniadaniowni przy Dempster, bo tam śniadania serwują do drugiej po południu. Zamawiam omlet z szynką, papryką i grzybami. Do tego bekon i kiełbaski. Żadnego chleba, zero cukru. Gdyby otaczający mnie klienci jadłodajni zobaczyli dwie ofiary zaszlachtowane nożem do sushi, pewnie nie tknęliby żarcia przez kilka dni. Ale nie ja. Za długo robię w tej branży, żeby wpadać w jadłowstręt.
Pięć po pierwszej parkuję przed budynkiem z czerwonej cegły. To porządne osiedle, niedaleko mojego liceum. Strzeżone, w sensie z cieciem w budce przy wjeździe, który skrzętnie notuje, do kogo się jedzie, i zapisuje tablice rejestracyjne. Wchodzę do klatki i szukam nazwiska w spisie lokatorów. Trochę Amerykanów, Ruskich i Ukraińców, poza tym Hindusi i Polacy. Dzwonię i odzywa się bzyczek zwalniający blokadę zamka. Wjeżdżam windą na trzecie piętro. Drzwi do mieszkania są uchylone. Pukam i wchodzę, głośno mówię „dzień dobry”. Doskakuje do mnie niewielki pies o sierści w kolorze kawy z dużą ilością mleka. Ma krótkie łapki i nadwagę. Krzyżówka chihuahua i czegoś bardziej przysadzistego. Ma obrożę wysadzaną sztucznymi diamentami. Macha ogonem i staje na tylnych łapach, przednie opierając o moją nogę.
– Duśka, nie molestuj pana – strofuje ją właściciel, ale Duśka niewiele robi sobie z reprymendy.
Waldemar Karaś prowadzi mnie do salonu. Dwa fotele obite butelkowozielonym aksamitem, taka sama kanapa pod oknem. Na niej sterta ozdobnych poduszek i narzuta z wizerunkiem dziecka, w którym rozpoznaję małego Daniela. Po przeciwległej stronie podłużna, niska szafka, na niej telewizor, a w nim jakiś polski serial ze ściszonym głosem. Na fotelu siedzi starsza kobieta ubrana w szary sportowy komplet, zbyt ciasno opinający fałdy bujnego ciała. Ma zapłakane oczy i ziemistą twarz. Jej spojrzenie i bezruch zdradzają, że wzięła podwójną, a może i potrójną dawkę leków uspokajających. Jej mąż wskazuje na kanapę, siadam.
– Gdzie jest Kuba? – pytam.
– Wnuk jest w sypialni, ogląda bajki na tablecie. Jeszcze o niczym nie wie. Nie mam pojęcia, jak mu powiedzieć – odpowiada Karaś.
Też nie mam pojęcia, więc nie podejmuję tematu i postanawiam, że przed wyjściem dam mu namiar na policyjnego pracownika socjalnego, niech ktoś inny się z tym buja.
– Zawiadomiliście już państwo syna? – pytam.
– Rozmawiałem z nim. Krzysiek jest w trasie, gdzieś na Zachodnim Wybrzeżu. Ma złapać najbliższy samolot, będzie z powrotem dzisiaj wieczorem. Jest wstrząśnięty.
Karasiowa znowu zaczyna płakać. Zanosi się, aż ją zatyka. Mąż kuca przy niej, gładzi po policzku, ociera łzy chusteczką wyciągniętą z tekturowego pudełka. Po czym bierze ją za rękę i prowadzi do drugiego pokoju, zamyka drzwi.
– Tak będzie lepiej, proszę mi wierzyć. Daniel był jej oczkiem w głowie, pierwszym wnuczkiem – tłumaczy, kiedy wraca do salonu i siada w fotelu.
– Rozumiem. To straszna tragedia dla rodziny. Nie zajmę panu wiele czasu. Proszę mi powiedzieć, czy synowa miała jakieś problemy ze zdrowiem. Może leczyła się psychiatrycznie?
Waldemar Karaś bierze głęboki oddech. Chwilę myśli, a kiedy się odzywa, słychać, że waży słowa.
– Marzena nie wierzyła w psychiatrów ani w leki, ani w żadne terapie. Wie pan, ja się na tym nie znam, jestem prostym tokarzem. Ale od kiedy wróciła do domu, była inna.
– Skąd wróciła? Może pan konkretniej?
– Ja do końca nie wiem, bo Krzysiek nie chciał o tym rozmawiać, a ja się w ich życie nie wtrącam. Kiedy Marzena się wyprowadziła, na początku twierdził, że wyjechała do pracy do innego stanu. Ale wiedziałem, że to nieprawda, bo ona w tym szpitalu była tylko pomocą pielęgniarską, wie pan, tyłki pacjentom podcierała. To mi nie pasowało, żeby na jakiś kontrakt miała wyjechać, ale nie drążyłem, bo Krzysiek i tak by mi prawdy nie powiedział. Dopiero jak już wróciła do domu, Krzysiek do nas przyjechał na Wielkanoc i trochę wypiliśmy. Wtedy mi się zwierzył.
Milknie i przygryza dolną wargę. Kręci głową z niedowierzaniem.
– Co panu powiedział?
– Że Marzena uciekła do sekty.
– Do jakiej sekty? – W głowie zapala mi się znajoma kontrolka, właśnie zrobiło się ciekawie.
– Ja się na tym nie znam. Ta sekta ma siedzibę na farmie gdzieś w Wisconsin, w okolicach Monroe. Czekają tam na koniec świata, zdaje się. Wie pan, świrów na świecie nie brakuje. – Mężczyzna robi palcem kręćka wokół skroni.
– Ma pan adres? Jakoś się nazywa ta sekta?
– Krzysiek panu powie, jeździł tam do niej, przekonywał, żeby wróciła, prosił i groził rozwodem. Ale ona nie chciała go słuchać, tak jej tam mózg wyprali. W końcu nawet rozważał, żeby się samemu tam z dziećmi przeprowadzić. On, proszę pana, bardzo był za nią. Bardzo.
– Dobrze, sam go zapytam. A jak się między nimi układało?
Karaś wzrusza ramionami.
– Wie pan, jak to jest na emigracji. Trzeba ciężko pracować, żeby do czegoś dojść. Krzysiek się bardzo starał, w kółko jeździł, czasem tylko na jeden dzień do domu wpadał i znowu w trasę. A jak cię nie ma wiecznie w domu, to nie może być dobrze.
– Uciekał w pracę? To pan ma na myśli?
– A pan byś nie uciekał? Ona z tej sekty odmieniona wróciła. Wiecznie zamyślona, z pretensjami do całego świata, kłótliwa. Z nami praktycznie nie rozmawiała, tyle co czasem Kubusia podrzuciła. Trzymała nas na dystans i jego też. Nie było między nimi dobrze. Myśmy mu zresztą zawsze powtarzali, że to nie dla niego dziewczyna. Suszyliśmy mu z żoną głowę, żeby się z narkomanką nie wiązał, bo same kłopoty z tego będą. I się sprawdziło.
– Narkomanką?
– A jakże. Marihuanę paliła, proszę pana, non stop. I inne narkotyki brała, ale ja się na tym nie znam. Krzyśka trzeba pytać, on panu powie. Dobrze, że syn się przy niej w nałóg nie wciągnął.
– Rozumiem. I zgadzam się, narkotyki to zguba ludzkości. A proszę mi powiedzieć, o której dzisiaj Marzena przyjechała do państwa z wnukiem.
– Jakoś zaraz po ósmej.
– Zauważył pan coś niepokojącego w jej zachowaniu?
Karaś wzrusza ramionami.
– W sumie to nie. Była nieobecna, jak zawsze.
Kładę wizytówkę na ławie.
– Będę w kontakcie. Proszę przekazać synowi, żeby zadzwonił do mnie jutro z samego rana.
Budzę się o pierwszej trzydzieści siedem. Boli mnie głowa, ostatnio często mnie boli, zupełnie jakby ciśnienie chciało od środka rozsadzić czaszkę. Biorę dwie tabletki Paracetamolu i wypijam duszkiem szklankę wody. Wiem, że ze snu nic nie będzie, dopóki ból nie przejdzie. Patrzę na telefon. Nieodebrane połączenie od Hermesa, tego młodego z mityngu, który poprosił mnie o sponsorowanie. Dzwonił niecałe pół godziny temu. Zapomniałem mu powiedzieć, że codziennie kładę się o dziesiątej. Sen i dieta to połowa sukcesu, reszta to robota na siłowni. Rośniesz, kiedy śpisz. Piszę do niego.
Wszystko okej?
Odpisuje od razu.
Nie wiem
Dzwonię.
– Co tam? Trzeźwy jesteś?
– Tak, ale mnie nosi.
– Co cię nosi?
– Co mnie nosi? Heroina mnie nosi, człowieku, ćpać mi się chce, jak psu szczekać. Jak napisałeś, to właśnie miałem wykręcać do dilera.
– To czemu nie wykręcasz? Tylko mi dupę po nocy zawracasz?
W ten sposób daję mu znać, że AA to nie łaskotki. Tutaj nie dbamy o elegancję wypowiedzi. Trzeźwość jest prosta. Jak nie chcesz pić albo ćpać, to będziesz jadł gips ze ścian, a nie pójdziesz. Wykładzinę z podłogi będziesz żarł, a nie pójdziesz. Jak chcesz pić i ćpać, to i tak nic i nikt cię nie zatrzyma.
– Bo coś mi powiedziało, żeby do ciebie zadzwonić – odpowiada Hermes, a w jego głosie słyszę przepraszający ton.
– I pięknie. Modliłeś się dzisiaj?
– Nie modlę się, jestem ateistą. W sensie, że nie wierzę w żadnego boga.
– Pierdolenie. Bóg wierzy w ciebie. W programie modlimy się, niezależnie od tego, czy wierzysz, czy nie wierzysz. Rano prosimy o trzeźwy dzień, a wieczorem dziękujemy za trzeźwy dzień. To nie takie trudne. Musisz tylko pozbyć się dumy, trochę spuścić z ego i będzie gitara. Aha, w razie potrzeby modlitwa o pogodę ducha. Znasz?
– Boże, użycz mi i tak dalej? Pamiętam z jakiegoś rehabu.
– To na kolanka i jedziesz. Nic ci nie będzie, jak trochę pokory złapiesz. Co dzisiaj robiłeś, że cię tak wieczorem skręciło?
Hermes milczy przez chwilę.
– Nic takiego, po mityngu pojechałem do malla, kupiłem sobie buty i czapkę. Potem z matką do Aldiego.
– Masz tu matkę?
– No mam. Mieszkam u niej w Prospect Heights.
– Czym ty się właściwie, Hermes, zajmujesz, co?
– Robię w IT. To znaczy robiłem, bo ostatnio rzuciłem to w pizdu. Potrzebuję przerwy. Piszę kod, bazy danych, takie tam. Nudy, ale da się z tego żyć. A ty?
– Jestem detektywem. Pracuję w policji w Des Plaines.
Milczenie. Chyba go zaskoczyłem.
– Ja pierdolę – mówi po chwili.
– Nic się nie martw, młody. Sponsorowanie to rzecz święta. Wszystko zostaje między nami. Nawet grube rzeczy. Opowiedz mi o swojej matce.
– To skomplikowane.
– Życie jest skomplikowane, bracie. Ale okej, jak nie chcesz, to nie mów. Do twojej matki i tak dojdziemy przy czwartym i piątym kroku. A potem przy zadośćuczynieniu. Coś jeszcze chcesz mi powiedzieć?
– Chcę – Hermes na chwilę pauzuje – ale to głupie, całkowicie nieracjonalne.
– Wal, chłopie, ja już wszystko w życiu widziałem, a słyszałem jeszcze więcej.
– No dobra, najwyżej pomyślisz, że jestem pierdolnięty w głowę. Od kilku nocy mam ten sam sen. Ty mi się śnisz.
– Przecież poznaliśmy się dzisiaj rano.
– No mówię, że to pojebane. Jak wszedłem na mityng, to od razu cię poznałem. Dlatego chciałem, żebyś to ty mnie sponsorował.
– Co ci się konkretnie śni?
– Każdej nocy to samo. Jest ciemno i płyniemy łodzią po jakiejś wodzie, chyba rzece, ale nie jestem pewien, bo w ciemności nie widać brzegów. Jesteśmy tylko ty i ja. Łódź jest taka zwykła, drewniana, na dwie osoby. Ja wiosłuję, a ty siedzisz przede mną na ławce i patrzysz. Nic nie mówisz, ale ja wiem, że muszę cię dowieźć do celu, że to bardzo ważne.
– Tyle?
– Tyle. Nigdy nie dopływamy do lądu.
– I co? Mam ci ten sen zinterpretować?
– Co to dla ciebie znaczy, Radek?
– Że masz problem z oddaniem kontroli. I jeszcze, że rzeczywiście płyniemy na tej samej łodzi.
Jeśli zaczynasz trening o szóstej rano, to o siódmej masz wrażenie, że najtrudniejsza część dnia jest już za tobą. Po siłce wpadam do domu, przygotowuję śniadanie. Smażone białka jajek i brokuły na parze, do tego shake proteinowy. W dni powszednie sobie nie odpuszczam, odpuszczanie jest dla słabych. Dyscyplina to podstawa. Jeszcze prysznic i do roboty. Wchodzę na posterunek, a tu marazm, jak zawsze w poniedziałek, wszyscy zmarnowani, wstali za karę i przyszli odbębniać pańszczyznę, kurwa. Skrzywdzeni przez życie. Biedni ludzie, poważnie, żyją w najwspanialszym państwie świata, zarabiają może nie kokosy, ale nikt biedy nie klepie, do tego wszystkie świadczenia i najlepsze ubezpieczenie, jakie można sobie wymarzyć. Dalej nieszczęśliwi. Za dużo gorzały, cukrów prostych, przetworzonego mięcha i telewizji. Biedny naród. Za dużo mają i nie znają biedy, to im się w dupach poprzewracało.
Idę do swojego biurka, Louis już siedzi u siebie, posyła mi pytające spojrzenie i wykonuje palcami gest, który na całym świecie oznacza to samo. Louis bez przerwy gada o ruchaniu, jakby miał szesnaście lat, ale podejrzewam, że jest wpieprzony w seks po uszy, choć jeszcze o tym nie wie. Pokazuję mu środkowy palec i siadam. Dioda automatycznej sekretarki miga na czerwono. „Masz dwie nieodsłuchane wiadomości”, mówi automatyczny kobiecy głos, a ja zastanawiam się, czy Louis fantazjuje o seksie z jego wyimaginowaną właścicielką, ilekroć odsłuchuje nagrania. Pierwsza wiadomość jest z soboty, od mojego informatora, że spotkanie aktualne i że ma dla mnie coś, co awansuje mnie na kapitana. Jasne, pewnie znowu wystawi mi jakichś licealistów handlujących ziołem i żenioną kokainą, swoją konkurencję zresztą. Frajer. Kasuję. Druga wiadomość jest po polsku. „Witam, z tej strony Krzysztof Karaś, miałem się skontaktować, pan wie, w jakiej sprawie. To proszę o telefon, mój numer…” i tak dalej. Zapisuję. Swoją drogą, to rozpierdalają mnie goście zaczynający zdanie od „witam”. Dzwonię, odbiera po trzecim sygnale.
– Dzień dobry, z tej strony detektyw Kowalski.
– Witam.
– Proszę przyjąć wyrazy współczucia.
– Dziękuję.
– Chciałbym z panem porozmawiać. A tak przy okazji, to my się znamy. Moja córka i pański syn chodzili razem do szkoły.
– Możliwe. Mały świat.
– Możemy się spotkać? Na przykład za godzinę?
– Tak, oczywiście.
– Gdzie pan nocował?
– U rodziców.
– Tam niedaleko jest Dunkin’ Donuts, wyślę panu lokalizację esemesem.
– Wiem, gdzie to jest.
Godzinę później siedzimy naprzeciwko siebie i siorbiemy kawę. Ja czarną niesłodzoną, on ze śmietanką i podwójnym cukrem, do tego wziął donuta z nadzieniem budyniowym, w czekoladowej polewie. Mówią, że jesteś tym, co jesz, i to się zgadza. Krzysztof Karaś wygląda może nie jak pączek, ale jak koleś, który na czterdziestkę powinien dostać talon na by-passy. Ma z pięćdziesiąt funtów nadwagi, do tego brzusznej. Widać, że od wczoraj nie spał i w sumie mu się nie dziwię. Patrzy na mnie przekrwionymi od płaczu i niewyspania oczami, w których nie ma żadnych emocji, w ogóle żadnych wyższych uczuć. Tylko ból i zmęczenie.
– Pamiętasz mnie? – Od razu przechodzimy na ty. – Widywaliśmy się na koncertach szkolnej orkiestry. Gabi to moja córka, grała na klarnecie. Wtedy jeszcze byłem z jej mamą, z Aśką.
Kiwa głową, że pamięta. Ale nie przyszedł tutaj, żeby wspominać fałszujących gimnazjalistów. Wyjmuję notes i długopis.
– No dobra, Krzysiek. Wiesz, co tam się stało?
– Tyle co od teścia.
– To ja ci powiem. Wczoraj rano Marzena odwiozła do twoich rodziców Kubę i psa. Wróciła do domu. Daniel jeszcze spał. Zaszlachtowała go w jego łóżku. Nożem do sushi. Z oględzin ran wynika, że próbował się bronić, ale nie miał szans. Zadała mu kilkadziesiąt ciosów, w szyję, brzuch, klatkę piersiową, w twarz i ręce, bo się zasłaniał. Potem w jego sypialni podcięła sobie gardło. Policję zawiadomiła sąsiadka, która usłyszała jego krzyki, ta Bułgarka.
Krzysiek Karaś słucha tego wszystkiego, jakbym był dyspozytorem z jego firmy transportowej i przekazywał mu informacje o kolejnym ładunku do odebrania tu i tu, a potem do zawiezienia tam i tam. Dysocjacja to dar od Pana Boga, bez kitu. W jego twarzy jest jeszcze coś, całkowity brak zaskoczenia czy szoku. Tak jakby wypełniło się coś, czego od dawna się spodziewał. Siorbie kawę, patrzy na mnie tępo, jakbym opowiadał mu przebieg meczu bejsbola, którym absolutnie się nie pasjonuje.
[...]
