Uzyskaj dostęp do tej i ponad 250000 książek od 14,99 zł miesięcznie
Nocna, ryzykowna obyczajowo, kąpiel. Lecz nie w romantycznym blasku księżyca nad jeziorem, tylko w oślepiającym nagle świetle reflektora łodzi patrolowej… Tak oto spotkali się ponownie: dziennikarka po przejściach i milicjant z przeszłością. Rzecz dzieje się w egzotycznych już dzisiaj realiach PRL-u, które autor dobrze pamięta. Bohaterów ścigają jednakże mary przeszłości jeszcze odleglejszej…
Co spowodowało tragiczny wypadek na pomoście przystani? Jaką tajemnicę kryje stara, poniemiecka fabryka chemiczna? Na czym polegała wojenna „Operacja Pelagia”? Kto zwycięży w grze sił dawnych i nowych? Jaki rezultat przyniesie szalony pościg po jeziorze? I wreszcie - jak się to wszystko skończy? Albo i nie skończy..?
Książka, pisana pod koniec panowania komuny, zawiera realia tamtych czasów, jak choćby styl życia bohaterów w warunkach ciągłych niedoborów. Dziś nabierają one „dostojnej” patyny, która może być atrakcyjna, nawet wręcz egzotyczna dla młodszych czytelników. Starszych zabierze w świat rodem z serialu „07 zgłoś się”.
"Operacja Pelagia" to absorbująca historia, która wciąga bez pamięci i trzyma w niesamowitym napięciu niemal do ostatniej strony. Dajcie się wciągnąć w ekscytujące śledztwo, zatraćcie się w tym tajemniczym klimacie i bądźcie świadkami, jak bardzo ludzkie życie potrafi być ironiczne. - Anna Rydzewska (Z fascynacją o książkach)
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 405
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Operacja Pelagia Aleksander Bukowiecki - okładka
Copyright © by W. L. Białe Pióro
Copyright © by Aleksander Bukowiecki
Projekt okładki: Izabela Surdykowska-Jurek
Skład i łamanie: WLBP
Redakcja i korekta: Elżbieta Rogucka, Maja Szkolniak
Wydawnictwo Literackie Białe Pióro
www.wydawnictwobialepioro.pl
Wydanie: II, Warszawa 2026
ISBN: 978-83-66945-84-5
Rozdział 1. UWIĘZIONA
Trudno, postanowiła wykąpać się nago.
Rozbierając się, raz jeszcze, z pełną złości bezradnością, trawiła wspomnienia wydarzeń sprzed paru godzin. A raczej dojmującego braku pożądanych wydarzeń!
Stacja benzynowa, ku której pod wieczór Joanna, dziennikarka Polskiego Radia, zjechała z drogi przed wjazdem do miasta, wyglądała na zamkniętą od początku świata. Szyby dwóch przysadzistych dystrybutorów – żółtego i niebieskiego – pokrył kurz. Przez jego warstwę z trudem można było dostrzec, że licznik żółtego wyzerowano, ale niebieskiego – nie. Przed potopem ktoś zatankował tu jeszcze ostatnie 30 litrów etyliny 78. Może Noe? Lecz i to nie mogło mu starczyć na długo. Dzielny mąż w dalszej wędrówce musiał odpychać się drągiem, a słoń i słonica stojące po obu burtach stawiały uszy na wiatr, czyniąc z nich żagle.
Jeszcze było widać wodę. Najwyraźniej od tamtego czasu nie ustąpiła całkowicie. Stacja stała na wzgórku. Nieco niżej, pomiędzy drzewami, prześwitywały migotliwe lśnienia damasceńskiej stali, z lekka pozłacanej. Słońce stało już po stronie zachodu.
Joanna puściła kłódkę, na którą jakiś benzyniarz w epoce paleolitu zamknął brudnobiało-brudnobłękitne drzwi przysadzistego kiosku z daszkiem i napisem CPN. Okna budki, co prawda, nie były zabite deskami, a tylko osłonięte gęstą siatką. Mętnie igrało w nich późne słońce. Spomiędzy pni nadbrzeżnych sosen sięgało promieniami aż do półek w głębi, na których nie było nic, poza rozłożonym trójkątem ostrzegawczym, który błysnął nagle krwawo, gdy Joanna popatrzyła pod pewnym kątem. Bliżej za zakurzoną szybą tkwiła tabliczka:
„Godziny otwarcia: dni powszednie 8.00-20.00, niedziele 8.00-15.00”.
Był dzień powszedni, parę minut po siedemnastej.
Joanna wróciła do samochodu, raz jeszcze przekręciła kluczyk. Wskazówka paliwomierza ledwie drgnęła. I pali się to żółte drażniące światełko. Rezerwa. Już od jakichś trzydziestu kilometrów.
Na tylnym siedzeniu leżał kryminał w lichej, czarnej okładce. Raymond Chandler. Bezmyślnie wzięła książkę do ręki. „Zadzwoniłem do zaprzyjaźnionego garażu, żeby – jeżeli nie zadzwonię do południa – przysłali kogoś po mój wóz. Robili to już tyle razy, że zostawiłem im zapasowe kluczyki” – przeczytała. Westchnęła i odłożyła czarny tomik.
Między wciąż stojącym na zaolejonym podjeździe samochodem a milczącymi dystrybutorami przebiegło nagle żółte psisko. Z tych, które nie mając rodowodu, mają rozlegle znajomości. Jedno ucho miało opuszczone, a drugie stojące. Mijając fiacika, zwierz zwrócił pysk w stronę Joanny. Niestety, poziom usług w poszczególnych krajach – mówiła jego morda – pozostał znacznie zróżnicowany.
Za psem, choć nie wiadomo, czy był to jego pies, biegł drobnej budowy, może siedmioletni chłopiec, coś pokrzykując.
– Ej, chłopcze! – Joanna wychyliła głowę ponad opuszczoną boczną szybą. Wieczorna bryza zarzuciła jej włosy na twarz i zerwała z powrotem. – Nie wiesz, gdzie tu jest poczta?
– Na Bohaterów Westerplatte – odrzekł chłopiec rezolutnie, zatrzymując się, lecz kręcąc w miejscu. Pies zatrzymał się nieopodal, w przyzwoitej odległości, jakby czekał. Usiadł, obwijając puszysty ogon wokół tylnych łap i pyskiem zwrócony ku wodzie węszył pod wiatr, jakby spodziewał się wykryć ławicę już wędzonych sielaw. Woda ściemniała o pół tonu.
– Ale poczta to już zamknięta. Tylko do trzeciej – informował mały jednym tonem.
– A jakaś budka telefoniczna tu jest? Z aparatem strefowym. Wiesz, takim dużym.
– Budka jest. W centrum. Ze zwykłym.
Chłopiec patrzył na nią, z wyraźną chęcią dalszego biegu w oczach. Wyglądał na trochę zaniedbanego. Pies postawił prawe ucho, dotychczas kłapciate. Od strony jeziora nadpłynął niski dźwięk, podobny do buczenia trzmiela. Joanna zerknęła w tamtą stronę. Daleko, na tafli wody, zobaczyła ciemny kształt. Po obu jego bokach wznosiły się białe łuki, niby skrzydła ogromnego ptaka.
– Pan Jurek leci – powiedział chłopiec, opadając na pięty, gdyż przez chwilę patrzył, uniesiony na palcach, ponad dachem samochodu.
Ciało buczącego ptaka zniknęło za drzewem, by na chwilę znów się pojawić. Refleks słońca błysnął na wypukłej przedniej szybie, gdy motorówka robiła zwrot. Niski, nieco bulgotliwy dźwięk ścichł, białe odkosy piany opadły. Łódź trwała nieruchomo na wodzie, pomiędzy dwoma pniami rosnących na stoku sosen. Przecinała czarną kreską falisty miecz odbitego w toni słońca. Gdzieś u dołu, do niewidocznego stąd brzegu, przebiegło, jedna po drugiej, kilka fal. W ciszy słychać było ich niecierpliwe chlupnięcia. Po chwili motorówka ruszyła ponownie, wykręciła i oddalała się teraz ku drugiemu brzegowi, gdzie rosło, dobrze stąd widoczne, duże drzewo o żółtych już liściach. Znów zadarła dziób do góry i znów od jej rufy odchodziły skosem duże fale. Wyglądało, jakby wlokła je za sobą. Joannie wydało się, o ile patrząc pod słońce, można było to osądzić, że obok sternika łodzi siedzi co najmniej jeszcze jedna osoba. Nie, chyba dwie.
– Pooszedł! – oznajmił chłopiec z podziwem. – Wiezie panią z Warszawy i jej synka – dodał jakby z cieniem zazdrości w głosie.
– Panią z Warszawy…? – Joanna prędko porzuciła ten temat, choć w pierwszej chwili odruchowo zareagowała na słowo Warszawa. – A może jest tu gdzieś inna stacja benzynowa? – wróciła do kwestii najbardziej ją obchodzącej.
– Jest. Na trasie. Tak z sześćdziesiąt kilometrów. Ale też pewnie będzie zamknięta – dodał chłopiec z nieuświadomionym okrucieństwem.
– Więc co mam robić? Nie mam benzyny, nie dojadę, muszę jeszcze dziś zadzwonić do Warszawy. – Skarciła się natychmiast w myślach. Też pomysł, pytać takiego małego o radę! Może pani z Warszawy – pomyślała niespodziewanie. – Jeśli przyjechała z Warszawy samochodem, to może ma zapas benzyny…
Chłopiec miał jednak inną propozycję.
– Pani idzie na posterunek – rzucił i ruszył biegiem, jakby go nigdy nie przerywał.
Pies zerwał się ochoczo i popędził przed nim. Przecięli na skos wąską asfaltówkę, która prowadziła do stacji od głównej drogi. Wpadli pomiędzy drzewa i zaraz zniknęli, zbiegając w dół, ku jezioru, na którym nie było już widać ani słychać skrzydlatej łodzi.
***
Łódź patrolowa MO-Y-01, już stojąc w miejscu, kołysała się lekko na fali, którą przed chwilą jeszcze sama wytwarzała. Całe jezioro parowało. Nisko ścieląca się mgła – gdzieniegdzie półprzejrzysta, gdzieniegdzie skupiona w zgęszczonych mlecznych tumanach, uwięziona w ciasnych zatoczkach – zaczynała coraz bardziej różowieć, rozświetlona oranżowym blaskiem jakby od wewnątrz. Na brzegu zajaśniały miedzią, górujące ponad oparami, kolumny wysokopiennych sosen, zapłonęły cynobrem jarzębinowe kandelabry. Z ciemnej gęstwy na wyspie kłuło oczy diamentowe lśnienie. Trudno było uwierzyć, ale te błyskowe sygnały na taką odległość nadawała latarnia jedyna w swoim rodzaju: zroszona pajęczynka potrącana wstającą wieczorną bryzą. Był i „buczek mgłowy” – jakiś ptak, mieszkaniec wyspy, głosił swe orędzie na całe jezioro. A jednak było cicho…
Stało się jaśniej. Słońce, niskie już, złociło i różowiło barankowy relief pojawiający się z nagła tu i ówdzie na wypolerowanej ciszą gładzi. Mgła już prawie nie psuła widoczności, przylgnęła do samej powierzchni jeziora. Toteż uwiązane na bojach Omegi w dalekiej zatoce jakby unosiły się znacznie smuklejszymi niż zwykle kadłubami nieco nad wodą, i tak trwały, trzymając złote maszty na baczność, nieporuszone w panującym tam bezwietrzu, uniesione niczym palce w geście: uwaga!
Nagle motorówka zakołysała się gwałtownie. Chlupnęło u burt.
– Przestań! – zasyczała Grażyna z wściekłością.
– Daj spokój – powiedział Jerzy. Odłożył lornetkę i spokojnie zdjął z deku chłopca, który dopiero co tam przelazł ponad szybą ochronną.
– Nie po to ci włożyłem kapok, żebyś wpadł do wody, bosmanmacie.
Postawił chłopca obok siebie, na siedzeniu przedniej kanapy, niewiele dbając o jej obicie z zielonej dermy. Ten natychmiast chwycił za maszt z dwoma światłami, białym i niebieskim, nad którym sterczała jeszcze antena radiostacji, i szarpiąc nim w lewo i w prawo, usiłował ponownie rozbujać motorówkę.
– Jacek, przestań, słyszysz czy nie? Bo wrócisz do ośrodka! – Kobieta stojąca po drugiej stronie chłopca omal nie trzepnęła go po głowie. – Najpierw koniecznie płynąć i płynąć, a teraz nic, tylko przeszkadza – zwróciła się do Jerzego.
Odnalazł jej dłoń za plecami małego i chwilę przytrzymał w swojej.
– Tak bywa, pani Grażyno – powiedział tylko.
– A wcale że nie wrócę! – chłopiec patrzył na Jerzego, pewny siebie.
– Owszem, wrócisz, jeśli nie będziesz się zachowywał jak marynarz – powiedział spokojnie Jerzy, znów podnosząc lornetkę do oczu.
– Ja też, ja też! – Chłopiec sięgał w górę.
– Chwilę! – Kobieta wzięła szkła ponad głową chłopca.
Podskakiwał teraz do jej ręki. Wreszcie przypiął się do okularu. Grażyna z Jerzym podtrzymywali czarne tuby z obu stron. Jerzy obracał pokrętłem.
– Teraz dobrze? Dobrze widzisz? – pytał.
Chłopiec cofał twarz, mrużył oko, wreszcie kiwnął głową.
– Ktoś płynie – powiedział nagle i cały wychylił się do przodu, tak że ledwie go przytrzymali.
– Pokaż – Jerzy łagodnie wyjął mu przyrząd z rąk. – Rzeczywiście. To łoszak. Właśnie na niego polujemy.
– Polujemy?! – wykrzyknęli Grażyna i chłopiec niemal jednocześnie.
– No, tak bez strzelania. Bezkrwawe łowy. Była taka książka. Celujemy tylko z lornetki.
Patrzyli teraz na zmianę, wodząc szkłami za płynącym spokojnie o kilkaset metrów od nich zwierzęciem.
– Co to łoszak? – zapytał mały, choć widział dokładnie piękną głowę, odrzuconą do tyłu, sunącą w zachodzącym słońcu tuż nad gładką tonią.
– Synek łosia. Mały łoś. Widziałeś łosia na obrazku?
– Widziałem w ZOO – pochwalił się chłopiec. – Taki jeleń. Z żoną. Ale nie mieli synka. Ten jest ich?
– Nie, nie ich. Jakichś tutejszych łosi. Z lasu.
– Łosiu, łosiu!
– Cii, bo go spłoszysz.
– A po co on tak tu sobie pływa?
– Na wyspie ma smaczną trawę. No i nikt mu tam nie przeszkadza. Rano przypływa na nią, wieczorem wraca.
– Nie było widać, jak schodził do wody – zauważył chłopiec bystro.
– Bo zrobił to z niewidocznej dla nas strony. I bardzo cicho. Jest ostrożny. Może tu bliżej się bał, bo hałasowałeś? Ale i tak go zauważyłeś. I to pierwszy!
– Można by go oswoić?
– Może i można. Ale lepiej nie. Oswojony przestałby być taki ostrożny i ktoś mógłby mu coś zrobić.
– To ja bym go wziął.
– Do miasta? Łosie nie mogą żyć w mieście, chociaż czasem wchodzą do miast. Ale są wtedy bardzo przerażone, bezradne i trzeba je usypiać, żeby odstawić do lasu. Wyrośnie na dużego i co z nim zrobisz?
– Mieszkałby sobie na działce u babci.
Roześmiali się.
„Jak ona ładnie się śmieje – pomyślał Jerzy. – Gdy nie jest zła”.
– Tam też byłoby mu za ciasno. A poza tym jego rodzicom tutaj byłoby smutno.
Mały zamyślił się.
– On ma tu mamusię i tatusia?
– Pewnie tak.
Grażyna dotknęła ostrzegawczo ręki Jerzego. Zrozumiał, lecz musiał jakoś brnąć dalej.
– To dlaczego tu z nim nie przychodzą? – pytał wciąż mały.
– Nie wiem. Mają inne zajęcia albo nie lubią pływać. On już radzi sobie sam, więc nie muszą go pilnować.
Nie chciał mówić, że rodzice łoszaka zapewne nie żyją. Inaczej – o ile miał dobre informacje – opiekowaliby się jeszcze takim młodzikiem.
– A może tatuś patrzy teraz na niego z lasu?
– Może…
– Nie ma go! Nie ma go! On się utopił. Popłyń tam! Trzeba go ratować!
– Nie, tylko zanurkował. Łosie świetnie nurkują.
– Po co?
– Podobno umieją jeść pod wodą. Wodorosty.
– Może niech pan nie opowiada dziecku! – wtrąciła Grażyna.
– Czytałem o tym. Że pasą się na podwodnych łąkach. Umieją przy tym jakby zamykać nozdrza.
– O, jest! – wykrzyknął chłopiec, łapiąc oddech. Właśnie próbował zamknąć nozdrza.
– Cii.
Lecz dopiero co wynurzony łoszak najwidoczniej ich usłyszał. Zastrzygł uchem, zerknął ku łodzi, parę metrów jeszcze popłynął, tyle że szybciej niż przedtem. Ale był już blisko brzegu. Po chwili zaczął iść po dnie, by wreszcie z chlupotem, lśniący, miedziany od słońca, w rozbryzgach oranżowych diamentów, przebiec płyciznę i zniknąć w nadbrzeżnej gęstwinie.
– To miała być ta niespodzianka? – spytał chłopiec.
– Tak. No, bosmanmacie, zapalamy światła i płyniemy do portu. Zimno się robi.
Jerzy odczekał jeszcze moment, przekręcił kluczyk i wcisnął starter. Silnik zaskoczył za drugim razem.
– Słaby akumulator – stwierdził mały poważnie.
– Racja. Coś mi chyba ładowanie nawala.
– Myślałem, że niespodzianka to będzie, jak wystrzelisz rakietę! Wystrzel teraz!
– Przestań! – powiedziała Grażyna.
– Teraz nie – zaoponował Jerzy. – Nie można strzelać rakiet bez powodu i to wieczorem. Ktoś pomyśli, że jakiś wypadek. I potem nikt nie przyjdzie, jak naprawdę będzie alarm. Ale jutro…
Znów dotknięcie ręki Grażyny. Do licha z tą jej konspiracją. Zwlekaniem. Przyjechała tu właśnie po to, więc na co czeka?
– Co jutro? – podchwycił błyskawicznie chłopiec.
– Nic – odpowiedział Jerzy. „Jak nie, to nie”.
Zanim ich pożegnał, stojących na pomoście, musiał obrócić motorówkę na wodzie trzy razy. Mały chciał koniecznie zobaczyć światła pozycyjne z każdej strony.
– Przypłyniesz jutro? – krzyczał.
– Cicho bądź! – syczała Grażyna, ciągnąc go za rękę. – Chodź już!
– Przypłynę! – Jerzy pomachał dłonią. – Na syrenie!
Mały wracał pomostem, podskakując.
***
„Uwaga! W dniu jutrzejszym (15 sierpnia) kąpielisko strzeżone będzie nieczynne (niestrzeżone) z powodu uroczystości wręczenia nagród ratownikom WOPR. Uroczystość odbędzie się przy posterunku wodnym MO, ul. Nadbrzeżna 1, o godz. 10.00. Wszystkich chętnych zapraszamy na uroczystość”.
Na tej samej kartce, przypiętej trzema już tylko pinezkami (dolny lewy róg drgał w podmuchach wieczornej bryzy idącej od jeziora) na tablicy u wejścia na pomost, czyjaś ręka dopisała czarnym flamastrem: „A wiele taka nagroda wynosi?” Na co inna, czerwonym: „Nie bój nic, na połówkę starczy”. „To idziemy!” – cieszyła się trzecia, zwykłym ołówkiem. U samego dołu czyjś długopis podsumował wielkimi kulfonami: „Obywatelu, skorzystaj z okazji! Jutro możesz się topić zgodnie z wszelkimi przepisami!”.
Wszystkie odcienie społecznej reakcji na ważny komunikat były dobrze widoczne, gdyż nad tablicą, na tym samym słupie, paliła się jedyna w najbliższym otoczeniu, za to bardzo jasna, rtęciowa latarnia. Lecz w ogóle było już całkiem ciemno.
Woda chlupotała cichutko o pale pomostu. Joanna nie miała paliwa do samochodu, łączności z redakcją ani noclegu, za to była po kolacji, zjedzonej w jedynej tutejszej knajpie „Wczasowa”. Podano jej tam zupę „z obiadu”, zimną, acz przypaloną, smakującą, jakby ją gotował harcerz, który dopiero opanowywał sprawność kucharza, a do dyspozycji miał tylko chrust, wodę, obierki i gwóźdź. Potem było mięso z puszki nazwane gulaszem, z czymś suchym, nazwanym chlebem. Masło wyszło. Do picia słomkowa herbata, Citron lub wódka. Joanna wybrała herbatę. Miała smak kotła w starej elektrociepłowni. Reszta towarzystwa, głównie męskiego, wolała to trzecie. Joanna sama zamówiłaby jednego, gdyby nie irracjonalna nadzieja, że może jeszcze tej nocy ruszy dalej.
Resztki owej nadziei właśnie rozwiewał nocny oddech jeziora. Po trzech stopniach z desek przytrzymywanych kołkami, potem pochyłością ubitą na klepisko, Joanna zeszła na drewniany pomost. Rozległ się dziwnie głośny stuk jej pantofli. Księżyc stał nad lasem ciemniejącym na przeciwległym brzegu. W poświacie jego albo lampy połyskiwały po lewej stronie pomostu wychylone z wody bojki, wyznaczające kąpielisko. Bliżej białe, wskazujące granicę brodzika dla dzieci, dalej – zapewne – czerwone, mające powstrzymać dorosłych przed wypływaniem na zbyt głębokie wody. Na końcu pomostu stała niewielka drewniana wieżyczka, a u jej stóp miarowo stukała o pal, przypięta łańcuchem, pękata, biało-czerwona łódź z plastyku. Obie dla ratownika, którego jutro nie będzie. Nie było go oczywiście i teraz, o tej porze. Joanna przykucnęła i zanurzyła rękę w wodzie – zaskakująco ciepłej i miłej. Uświadomiła sobie, że tego lata nie miała prawie wcale urlopu, a pływała tylko raz czy dwa na zatłoczonym basenie Legii. Obejrzała się. Nie widać stąd było budynku ośrodka wczasowego, gdzie, podobnie jak w innych, odmówiono jej noclegu. A więc i ona nie powinna być stamtąd widoczna.
Rozebrała się więc do naga i wolno po drabince weszła do wody. Rozkosz!
Przepłynęła pod liną łączącą białe boje, potem czerwone, i sunęła teraz, niespieszną żabką, prosto po srebrnej drodze, wyznaczonej na wodzie przez księżyc.
Było cudownie.
A jednak czuła jakiś niepokój.
Rozdział 2. BIAŁY SILNY REFLEKTOR
Niepokój Joanny okazał się dźwiękiem buczącym w uszach, jakby uciskającym bębenki. Ten szum, ucisk rósł, zbliżał się, potem nagle ustał. Wychyliła twarz ponad powierzchnię wody. Poprzez kaskadę płynnych pereł staczających się po jej oczach, przebił się skupiony blask, tak biały, że aż błękitny. Czyżby Księżyc zbliżył się do Ziemi?
– …robi? – usłyszała koniec zdania, gdy również jej uszy znalazły się nad wodą. „Stojąc” nad głębiną, otrząsała włosy z kropel i mimo rażącego światła, odgarniała je z oczu, próbując się zorientować, co się dzieje.
– Co pani tu robi? – spytał głos ponownie. Jego właściciel nadal krył się za oślepiającym kręgiem.
– Czy musi pan tak świecić? – Zasłoniła oczy dłonią. Drugą poruszała lekko, pomagając sobie w utrzymaniu pozycji.
Reflektor obrócił się nieco, rzucając snop światła o metr, dwa od niej. Teraz, w jego poświacie, zobaczyła dopiero burtę motorówki z niewyraźnym napisem na dziobie. Dostrzegła też inne, słabsze światła: czerwone na burcie, białe na maszcie i rufie. W pobliżu reflektora majaczyła biała czapka, twarz mówiącego wciąż jednak kryła się w cieniu.
– Milicja – wyjaśnił, jakby nadal potrzebowała tego wyjaśnienia. I pewnie na dowód, włączył na moment jeszcze jedno światło: niebieskie, na samym szczycie masztu.
– Proszę do łodzi! – dodał nakazującym tonem.
– Niestety, aktualnie, jak mówią w telewizji panowie w krawatach, jest to niemożliwe. Nie mam na sobie nie tylko, jak pan zapewne widzi, czepka, ale i reszty kostiumu!
Ciemność zastanawiała się chwilę.
– W takim razie – powiedział wreszcie nieubłagany głos – proszę płynąć do brzegu. Będę panią ubezpieczał. Potem chwilę zaczekam. Proszę się wtedy ubrać i przygotować dokumenty.
– A zgasi pan reflektor, kiedy będę wychodzić?
– Zgaszę. Ale proszę na zbyt wiele nie liczyć. Ten fiacik na brzegu należy do pani?
– Tak.
– Uprzedzam, że oświetliłem go sobie z wody i obejrzałem przez lornetkę. Numer zanotowałem. Zaparkowany nieprawidłowo.
– To pan służy też w drogówce? Dwa etaty?
Nie było odpowiedzi. Tylko silnik, dotychczas cichy, gdaknął i zaskoczył.
Płynąc z powrotem, słyszała za sobą, w pewnej odległości, mrukliwe buczenie i jakby chlupot przelewanej wody. Wiedziała, że tak działa chłodzenie silników milicyjnych łodzi, słyszalne przy niskich obrotach. Przed wspięciem się na pomost zerknęła do tyłu. Motorówka, z wygaszonym już reflektorem, dyskretnie obracała się rufą do brzegu.
Joanna chwyciła ubranie i popędziła do samochodu, żeby wyszarpnąć z rzeczy ręcznik. Drżała z zimna albo ze zdenerwowania. Znalazł się, glina! Wciągnęła trykotową bluzkę i długi luźny sweter. Farmery natomiast przyszło założyć na gołe ciało. Dopiero w wozie zorientowała się, że coś z garderoby zostało na pomoście. A może zgubiła to po drodze? Nie było czasu szukać zastępstwa. Motorówka już dobijała.
– Salut pięknej pani! – Do daszka białej czapki zbliżyły się dwa palce, a spomiędzy nich…
– Co to zna… – zaczęła z oburzeniem i w tym momencie roześmiała się.
– Poznałem cię prawie od razu, Świtezianko – powiedział Jerzy, wrzucając na tylne siedzenie samochodu maleńkie damskie figi uszyte z białej mgiełki obrębionej wąziutką koroneczką. – A ty mnie nie?
– Właściwie powinnam też. Po głosie. Ale tu się ciebie nie spodziewałam. Więc ty...?
– Tak.
Zapadło milczenie.
Wiatr, chłodny teraz i wilgotny, wzmagał się. Jezioro coraz gniewniej rozmawiało z palami pomostu. Jerzy obszedł samochód, otworzył (Joanna uniosła zatrzask) prawe drzwi i usiadł obok niej. Zdjął czapkę.
– Może dlatego cię nie poznałam – mówiła w zamyśleniu, wycierając włosy i zerkając co chwila w skręcone ku sobie lusterko wsteczne – że na studiach prawie cały czas przedrzeźniałeś ludzi w mundurach. Najpierw oficerów ze studium wojskowego, a potem… gliniarzy.
Dopiero teraz przyjrzała mu się dokładnie. Trzymał czapkę na kolanach. Nie był to jednak wyraz nadmiernego uszanowania. Po prostu źle się w niej mieścił w fiaciku. Był równie duży, jak wtedy. Może jeszcze bardziej rozrośnięty w barach. I może trochę, tak, lecz tylko trochę, tęższy w pasie. W świetle małej lampki nad lusterkiem lśniły jego krótko ostrzyżone – jak i wówczas, czym się zawsze bardzo wyróżniał – włosy. Był blondynem, więc w tym oświetleniu nie mogła się zorientować, czy nabrały już choć trochę siwizny. Chyba tak. Nie było to jednak sreberko na choinkę. Raczej nierdzewna stal. Krąg od noszenia czapki z trudem dawał się zauważyć. Mogłoby to znamionować stosunkowo krótki staż służbowy, gdyby nie dystynkcje starszego sierżanta na pagonach. Na lewym rękawie widniała też oznaka milicji wodnej: kotwica i koło ratunkowe. Przeciwwagę dla tego przyjaznego, niosącego nadzieję emblematu stanowił czarny pas obciążony kaburą z pistoletem, przepleciony przez patki u dołu mundurowej wiatrówki. I jeszcze jedna różnica z Jerzym, jakiego pamiętała z dawnych lat: tamten był wesołkiem.
Dziś nie uśmiechnął się jeszcze ani razu. To prawda, roześmieli się chórem z „figowego” salutu. Ale sam jakby nie umiał ułożyć twarzy w odpowiedni grymas. A może jej się tylko tak wydawało? Tu, w nocy, pod szumiącymi coraz głośniej drzewami.
Właśnie, drzewa! Samochód stał bokiem do jeziora, częściowo ukryty za wzniesieniem porośniętym sosnami.
– Naprawdę widziałeś z wody mój numer rejestracyjny? – Na głowie miała zawiązany turban z ręcznika, wcześniej podkręciła szybę, bo ciągnął chłodny powiew.
– Tylko dach. Reszta to taki stary chwyt policyjny. Świetnie wyglądasz. Nie zmieniłaś się.
Teraz to on jej się przyglądał. Ta sama szczupła sylwetka, odznaczająca się jednak wcale wydatnym biustem. Te same włosy o lekko miedzianym połysku. I przede wszystkim te same oczy: zielone – piękne, lecz nie zawsze dobre. Może trochę zmarszczek w ich kącikach. Lecz one tylko pogłębiały wrażenie. Jej twarz, jak zwykle, miała wyraz chytrej niewinności.
– O, komplementy! To też chwyt policyjny? Dużo ich znasz? – zapytała po chwili.
– Parę.
– A więc ty musiałeś się bardzo zmienić.
– Musiałem.
Odruchowo zgasiła lampkę nad lusterkiem, jakby nie chcąc go zmuszać do wymiany spojrzeń. Patrzył zresztą teraz przed siebie, w ciemność, rozpraszaną już tylko światłem dość odległej latarni. Księżyc już dawno zaszedł za chmury. Psy się uśpiły.
– Zamknij okno ze swojej strony. Wieje – poprosiła.
– Nie mogę. Jestem stale na nasłuchu. Muszę słyszeć, gdyby mnie wołali. Przez radio, rozumiesz.
– Rozumiem. Ale… o tej porze?
– O każdej porze.
– Jurek, nie chrzań. Jestem dziennikarką. Kiedyś nawet trochę robiłam o was i wiem doskonale, że posterunki wodne na ogół zamykają się na głucho koło osiemnastej i możesz się topić, ile chcesz.
– Teraz są inne czasy.
– Ach, to! Więc do tego jesteście zawsze silni, zwarci, gotowi? Nawet służba wodna. Natomiast jutro na plaży nie będzie komu ratować, bo ratownicy dostają jakąś nagrodę za... ratowanie, tak? Paradne!
– Za profilaktykę. Tu nikt się nie utopił od pięciu lat.
– Byleś nie powiedział w złą godzinę. Ale widzę, że wiesz coś o tym absurdzie.
– Jestem szefem tutejszego koła WOPR. Odbieram jutro nagrodę razem z nimi.
– Też na nasłuchu?
– Łódź będzie w pobliżu. Z wyłączoną radiostacją, żeby oszczędzać akumulator. Ale na posterunku jest telefon. Koło działa przy posterunku wodnym właśnie.
– Koło ORMO-WOPR?
– Nie, tylko WOPR. Do ORMO nie chcieli należeć.
– I mimo to mogą się kręcić w pobliżu obiektu służbowego? Może odbierać telefony, podsłuchiwać rozmowy przez radio?
– Było z tym trochę kłopotu. Musiałem to i owo wyjaśnić przełożonym.
– Co powiedziałeś?
– Że jeśli ludzie, którzy często dotychczas nic nie robili, chcą coś robić, to już dobrze.
– Teraz wszyscy chcą coś robić, ale to znów niedobrze.
– Zależy, co się chce robić.
– Też tak sądzę! Więc teraz koło się obróciło i twoi przełożeni cię nagradzają?
– Nie przełożeni z milicji. Zarząd Wojewódzki WOPR. Ale pułkownik będzie.
– Przełknie to?
– Będzie serwował uśmiechy, a nawet palnie mowę.
– Twoi ludzie wysłuchają go, stojąc na baczność?
– Tak.
– A może pułkownik liczy jednak na nowy nabór?
– Wątpię, pani redaktor. Pułkownik jest realistą.
– Czy ta feta musi być w sezonie? Czy u nas uroczystości zawsze muszą przeszkadzać w pracy?
– Trochę tak jest w tym przypadku. Ale może nawet i dobrze się stało. Normalnie nagrody dla przodujących ratowników i kół WOPR wręczano gdzieś w zimie. Prasa nawet o tym wspominała, ale kogo w zimie interesują sprawy bezpiecznej kąpieli i tak dalej? Po tamtym sezonie, wiesz, nikt nie miał głowy do podsumowań, liczenia punktów, kupowania pucharów. Zrobiono to dopiero niedawno. I postanowiono już nie odkładać. A to, że może ludzie zobaczą i usłyszą, co i za co dostajemy, tu, nad wodą… Może się to jakoś w głowach lepiej pokojarzy.
– A wy dostaniecie puchar.
– Tak, po raz trzeci, na własność. Wojewódzki. Po krajowy też może sięgniemy. Raz już mieliśmy sporo punktów, ale ci z Mazur nas wykołowali, jak przeciągnęli sobie na Śniardwy pełnomorski statek ratowniczy. Upieprzyli się chłopaki, rzeczywiście. Tylko że tam na taki statek jest w wielu miejscach za płytko!
– Bo my Polacy lubim fasady! Uroczystości i gości!
– Ja lubię. W takim miasteczku jak to mało jest okazji, żeby…
– Wypić?
– Tak, oczywiście, wieczorem coś chlapniemy. Ale to dopiero wieczorem.
– Z panem pułkownikiem?
– Pan pułkownik zmyje się szybko do swoich obowiązków.
– Wyobrażam sobie, że ma ich teraz sporo. Wracam właśnie stamtąd, wiesz? To w tym samym województwie.
– Skończyli już?
– Ty powinieneś wiedzieć lepiej. Jesteś na nas…
– Daj spokój. Mogę być, owszem, przywołany. W ostateczności. Ale nie jestem informowany na bieżąco. A sam nie interesowałem się za bardzo. Chociaż radio sporo podawało. Zaraz, to ty?!
– Między innymi ja. Nie, oni tam nie skończyli. Sytuacja jest patowa. Nadawałam na bieżąco do „Sygnałów dnia”, chociaż najwięcej robi regionalna rozgłośnia. Teraz wracam z materiałem na duży reportaż. Ale nigdzie po drodze nie było benzyny. Tu też nie.
– Masz nocleg?
– Nie.
– Załatwi się.
– Pan władza ma wpływy?
– Oczywiście. Ale chciałbym, żebyś przyszła jutro do nas. Chłopakom nie udało się ściągnąć nikogo z rozgłośni wojewódzkiej ani z tutejszej prasy. O telewizji już nie wspomnę.
– Teraz są ciekawsze tematy. I inne zmartwienia.
– Wiem. Ale skoro już tu utkwiłaś…
– Mowy nie ma! Załatw mi raczej benzynę i pojadę. Masz chyba zapas do tej swojej łajby?
– Niewielki. I moja łajba chodzi na niebieskiej. Nasz tutejszy wóz, UAZ, wiesz, taki terenowy, także. Można wlać do fiacika niebieską, przestawiłbym ci zapłon, ale to się jednak mści. Silnik się przegrzewa, zaraz potem trzeba zawsze wymienić co najmniej olej, jeśli nie wszystkie uszczelki. Kłopot! Lepiej jednak załatwię ci nocleg.
– U ciebie?
Spojrzał jej po raz pierwszy prosto w oczy. Podczas gwałtownego zwrotu głowy odblask dalekiej lampy liznął jego włosy, wydobywając z nich chłodne, srebrzyste lśnienie.
– Nie – powiedział cicho.
„Czyżby jednak był siwy?”
– A rano, mimo wszystko, zapraszam cię do nas na kawę. Możesz sobie pójść, zanim zjadą się prominenci, żeby wręczyć nam puchar. Który zresztą przedtem wyjmą z naszej szafki, bo to puchar przechodni, który zdobyliśmy już dwa razy – dodał i spróbował się jakby uśmiechnąć.
Gdzieś z dołu dobiegło rytmiczne postukiwanie. To obie łodzie – Jerzego i wiosłówka ratownika – niecierpliwiły się jak konie w stajni.
– Pojedziesz – powiedział po chwili – o, w tamtą stronę, dookoła jeziora, przez mostek nad rzeczką obok zamku. Widzisz tę wieżę, o tam? I do miasta. Znajdziesz się na głównej ulicy. Nazywa się Bohaterów Westerplatte. I w trzecią przecznicę w lewo. Ulica Powstańców. Nie wiem, jakich. Zawsze są jacyś powstańcy. Zjedziesz prawie nad samo jezioro, tam będzie równoległa do głównej, Nadbrzeżna…
– Chcesz mnie zapudłować na posterunku?
– Można by nawet. Mamy leżankę, koce, pod głowę znalazłby się kapok. Ale nie, to nie. Posterunek ma numer Nadbrzeżna 1. A, jak dla ciebie, nieco wcześniej jest domek Nadbrzeżna 5. Numeru możesz nie dostrzec, tabliczki są małe, ale poznasz go: drewniany, z werandą oplecioną winem. Ja tam zresztą będę wcześniej, wodą mam krócej. I dam ci znak latarką, bo możesz go jednak przepuścić w deszczu. No, pędzę postawić budę, bo będę musiał potem pompować wodę z kokpitu.
– Skąd wiesz, że będzie padało?
– Stąd. – Wskazał palcem w górę. Może w niebo, może na swój nos. W tym momencie pierwsze krople zabębniły po dachu samochodu. Jerzy wyskoczył, naciskając czapkę, którą chciał mu zerwać wiatr.
Joanna przekręciła kluczyk. Pojawiły się dwa czerwone światełka i to cholerne żółte. Jerzy na dole szarpał się z brezentem, potem miał jakieś trudności z uruchomieniem silnika. Jego motor zagrał chyba dopiero chwilę po fiaciku Joanny. Ale zanim wykręciła w wąskiej alejce, omiatając reflektorami pnie drzew bliższych i groźniejszych niż w dzień, on już był na środku jeziora. Deszcz tymczasem zdążył się rozpadać na dobre i szybciej przesłonił światło rufowe łodzi, niż odległość pochłonęła jej niskie buczenie.
– No to z deszczu pod rynnę – westchnęła Joanna.
Przyszło jej raz jeszcze mijać wymarłą stację benzynową. Już w zupełnej ulewie.
Rozdział 3. DRUGI BRZEG
A jednak obudziło ją słońce. Spała twarzą do ściany i kiedy otworzyła oczy, zobaczyła na bielonym murze szachownicę kolorowych kwadratów: czerwonych, zielonych, żółtych i niebieskich.
Dom miał dwie werandy. Od strony ulicy małą, z winem pnącym się po skośnie zbitych kratkach. Stąd błysnęła ku niej wczoraj latarka Jerzego, wskazując zbawczą przystań. Druga weranda, duża, znajdowała się po przeciwnej stronie domu, od strony jeziora. Miała okna z drobnych, kwadratowych szybek, przy czym dwa rzędy górnych zrobione były z kolorowego szkła, co Joanna wprost uwielbiała. Teraz właśnie fragment tego „witrażu” wyświetlił jej się na ścianie, filtrując promienie słoneczne.
Wstała, wsuwając bose, nieco zziębnięte stopy w jeszcze zimniejsze japonki. Podeszła do okna. Częściowo rozsunięte zasłony z kretonu w pepitkę pozwalały dostrzec pochyły, uperlony wilgocią, jakby nieco posiwiały trawnik schodzący ku jezioru, rosnące po drodze drzewo o liściach jeszcze inkrustowanych kroplami nocnego deszczu, a dalej już igrającą złotem i srebrem gładź, z wrzynającym się w nią małym pomostkiem, przy którym spokojnie drzemała prawie pełna wody łódka-pychówka.
Tym razem Joanna założyła kostium kąpielowy, choć był on właściwie prawie niezauważalny. Otworzyła oszklone drzwi i zrzuciwszy klapki, pobiegła do wody, czując w stopach chłodne ukłucia zeszronionej rosy. Kąpiel była marzeniem, ale po kąpieli pojawiło się jeszcze jedno: „Kawy!”– rozmarzyła się.
Niestety, wyszperany w torbie słoiczek po nesce okazał się, zgodnie z przewidywaniami, wyskrobany do ostatniej grudki. Po takim maratonie jak tam!
Gospodyni, przemiła, pulchna, starsza pani, też nie mogła jej pomóc.
– U nas kawy to już chyba pół roku jak nie ma. Zresztą ja nie piję. Serce, wie pani. Ale może herbaty?
– Nie, dziękuję.
Joannie skręcał się żołądek na samą myśl o piciu pełnej garbników herbaty na czczo. Co innego kawa. Spryciarz ten Jurek. Przecież właśnie wspominał o kawie. Chociaż… pewnie też nie ma. Teraz tak się tylko mówi: na kawę. Z przyzwyczajenia. Ale jest tam telefon. A posterunek jest przy tej samej ulicy. Na pewno bliżej niż poczta, kto zresztą wie, czy już otwarta. Spojrzała na zegarek.
– Czuję, że się złamię – westchnęła, wiedząc, że już się złamała. Tak, Jurek to spryciarz. Zawsze był bystry, wiedział, skąd wiatr wieje, a jednak…
„Posterunek wodny MO – Lubice” – jak głosił napis – na oko przedstawiał się nawet dość sympatycznie. Był to po prostu postawiony samotnie nad wodą, w pobliżu niewielkiej plaży, domek campingowy. Z tych mających też szczodrze przeszkloną werandę. Oczywiście wychodziła na jezioro. Domek był czyściutko pomalowany na biało, z niebieskimi framugami okien, odrzwiami, lamówką dachu. Na ślepej ścianie obok drzwi wisiały dwie oszklone gabloty. W jednej były jakieś ogłoszenia, plakat WOPR tłumaczący wodne znaki ostrzegawcze, częściowo teraz przysłonięty komunikatem o dzisiejszej uroczystości, tym razem napisanym bardzo starannie, równym technicznym pismem. W drugiej widniała mapka jeziora i dwóch sąsiednich – z napisem „Tu jesteś” obok dużej niebieskiej kropy z literkami MO.
– No właśnie, jestem tu. – Wzruszyła ramionami Joanna, nie przestając się dziwić samej sobie. Pasek od „Uhera” uciskał jedno z tych ramion. Po co wzięła magnetofon? Żeby nagrywać pogawędkę przy kawie?
Na mapie były też zaznaczone inne charakterystyczne punkty wokół jeziora, ośrodki wypoczynkowe, a w miasteczku apteka, poczta, ośrodek zdrowia, miejski posterunek MO, urząd miejsko-gminny i nawet – na rynku – jedyna tu chyba budka telefoniczna. Musiało być do niej dość daleko, mimo to napis pod mapą zalecał dzwonienie pod podany numer, gdyby potrzebujący nie zastał nikogo na posterunku wodnym. Posterunek miejski był czynny całą dobę. Obok mapy wisiał jeszcze „Lokalny komunikat meteo dla Jeziora Długiego na dzień dzisiejszy”. Przewidywał pogodę raczej ładną, z możliwym zachmurzeniem po południu. Podawał też aktualną temperaturę wody i powietrza, siłę i kierunek wiatru. Dane te pokazywały dające się obracać strzałki na malowanych okrągłych wskaźnikach i róży wiatrów.
Była to robota pedanta, chcącego zwrócić na siebie uwagę. Ale przyciągała oko.
Joanna pamiętała jednak Jerzego zwracającego na siebie uwagę w inny sposób.
Teraz stał przy pomoście o kształcie litery T, w samych slipach, po kolana w wodzie, może nie najlepiej opalony, wciąż jednak dobrze umięśniony. Do spółki z innym facetem, też w slipach, nieco niższym, ale jeszcze bardziej umięśnionym i lepiej opalonym szorowali motorówkę.
– Cześć. Więc przyszłaś. Kawa już się parzy. Poznaj Wilka. To jest właśnie Joanna.
Facet spojrzał na nią spod daszka pomarańczowej czapeczki z biało-błękitnym emblematem WOPR, wyrażając oczyma niewątpliwie należne jej zaciekawienie, ale nie uśmiechając się. Podali sobie ręce. Ona – nieco wychylona z pomostu, przytrzymująca się słupka z kołem ratunkowym, oni z twarzami uniesionymi do góry, przy czym Wilek musiał bardziej zadrzeć głowę, Jerzy prawie nie.
– Myjecie łódź po deszczu?
– Właśnie po deszczu trzeba ją myć – odpowiedział Wilek. Miał ładny głos. – Nawet tu już pada brudny deszcz, niosący sadze.
– Wilek – odezwał się Jerzy, wyciskając gąbkę – ja tu skończę, a ty zaprowadź gościa do budy. Ja też zaraz przyjdę.
Wilek skinął głową, szybko ochlapał wodą lekko spocony tors, przemył też twarz, kark, pachy i jednym skokiem był na pomoście.
– To proszę – powiedział bez sekundy skrępowania. – Robi się ciepło – dodał z lordowską uprzejmością. – Jurek mówił, że jesteś dziennikarką – stwierdził obojętnie, przechodząc od razu na „ty”.
– Tak.
Byli już u drzwi. Poniżej oficjalnego, białego na czerwonym tle, napisu milicyjnego, widniała na nich duża okrągła tarcza z błękitnym krzyżem i złotą kotwicą. Pod spodem napis: „Stanica WOPR – Jezioro Długie”.
Drzwi się uchyliły i kobiecy głos zaprosił:
– Chodźcie, chodźcie.
Lecz jeszcze bardziej zapraszający był cudowny zapach kawy.
Właścicielką głosu okazała się młoda dziewczyna o smukłym ciele pływaczki i kruczoczarnych włosach. Jej sportowemu wyglądowi nieco przeczyły okulary. Oprócz niej w pomieszczeniu byli jeszcze dwaj młodzi ludzie.
– Joanna.
– Majka. Marek, Andrzej – kolejno przedstawiała się trójka.
Wnętrze „budy” składało się z głównego pokoju, który tu pełnił raczej rolę zaplecza, zapełnionego wszelkiego rodzaju sprzętem ratowniczym, porządnie zresztą poukładanym na półkach, wiosłami i bosakami, pomarańczowymi kołami i kamizelkami ratunkowymi. Zaraz przy drzwiach wisiała na ścianie duża biała apteczka, pod nią na małym stoliku znajdował się aparat telefoniczny. Przy dłuższej ścianie, po prawej, rzeczywiście stało łóżko polowe, równo przykryte kocami. W głębi, naprzeciwko drzwi wejściowych, była, oddzielona przepierzeniem, mała kuchenka na butlę gazową. W lewo natomiast przechodziło się na oszkloną werandę, podobną do kapitańskiego mostku na statku. Było tu parę krzeseł, pulpit z rozpiętą dużą mapą jeziora z powbijanymi chorągiewkami, drugi aparat telefoniczny, zapewne tak zwany równoległy z tamtym. Jeszcze lampa na wyginanym kabłąku.
Domek stał na wzniesieniu i było stąd widać doskonale znaczną część jeziora.
Mimo uchylonych dwóch szyb w wielkim oknie, na werandzie robiło się coraz gorącej. Majka otworzyła już termos z kawą – jak to miło, że nie podawała obrzydliwej sypanki parzonej w szklankach – ale teraz zamknęła go z powrotem i zaproponowała przeniesienie się „pod drzewko”.
Opodal posterunku rósł, cichutko szemrzący liśćmi, wiekowy buk. U jego podnóża znajdował się stolik i dwie ławy z bierwion. Wynieśli jeszcze ze dwa krzesła. Kawa, w przesianym słońcem szelestliwym cieniu, smakowała wybornie. Majka podała też jabłka i ciasteczka. Jezioro dziś chlupotało cichutko, widoczny stąd czubek masztu zacumowanej przy pomoście łodzi służbowej właściwie się nie kołysał.
Po chwili dołączył do nich Jerzy, już ubrany, w śnieżnobiałej wyprasowanej kurtce mundurowej, z galowym sznurem, w ciemnych okularach. „Amerykański żołnierz” – tak go czasem nazywali na studiach ze względu na krótko strzyżoną głowę. Wyglądał teraz trochę jak amerykański policjant z jakiegoś południowego stanu.
Siadając, zdjął czapkę i położył obok siebie na ławce. Potrącił przy tym leżący tam magnetofon Joanny. Pokiwał głową, ale zapytał tylko:
– No jak, podoba ci się tutaj?
– Owszem.
– To zostań parę dni.
– Musiałabym zadzwonić. Można od was?
– Oczywiście nie. Ale dzwoń, oczywiście.
– Czy jest stąd połączenie automatyczne z Warszawą?
– Nie, trzeba zamawiać. Ja zamówię. Telefon jest służbowy i mogą mieć…
– Moja sprawa też jest służbowa. Muszę się porozumieć z redakcją.
– Zamówię pilną.
– Błyskawiczną. Zwracam koszta.
– Nie wiem, czy to będzie szybciej, a koszta trudniej rozliczyć, niż o nich po prostu zapomnieć. Spróbuję.
Jerzy podniósł się, ale zanim zrobił krok, odezwał się dzwonek nad drzwiami domku.
– Oho, do mnie dzwonią.
– Nie jesteś na nasłuchu?
– Mówiłem ci, że jeśli tylko mogę, wyłączam radiostację w łodzi, bo żre prąd. Zgłaszam, że jestem pod telefonem.
Oddalił się szybko. Wszedłszy do „budy”, dokładnie zamknął drzwi za sobą. Wrócił po dłuższej chwili.
– Zamówiłem ci błyskawicę, ale to i tak potrwa. Linie przeciążone.
I zwracając się już nie do Joanny, dodał:
– Zaczyna się.
– Co? – zapytała jednak Joanna.
– To, co wszędzie – odrzekł niechętnie, jakby niezadowolony z jej wścibstwa.
– Strajk? – rzucił Wilek, łamiąc tę ich konspirację.
– Pogotowie strajkowe. Pewnie właśnie wkładają biało-czerwone opaski.
– Gdzie? – zapytała znów Joanna.
– Tam – wskazał ręką Wilek.
Jakby teraz dopiero zauważyła komin z pociemniałej czerwonej cegły, wyłaniający się zza lasu na drugim brzegu. Czy dlatego padał tu brudny deszcz?
– Zakłady chemiczne – wyjaśnił Marek. – Stare, poniemieckie.
– Bardzo zatruwają?
– Nie słyszałem. Co, Jerzy, chyba nie?
– Komin trochę kopci, ale to tylko kotłownia, sadze. Ze ściekami nie jest źle. Niemcy zbudowali jakby oczyszczalnię. Ścieki idą z góry takim krętym strumyczkiem po kamyczkach. Za ich czasów podobno był nawet ogrodzony siatką, teraz czasem bawią się tam dzieci, ale nic nigdy im się nie stało. A dodatkowo to wszystko jest spuszczane do wody tuż przed jazem. Tam, stąd nie widać… – wskazał na prawo.
– Wiem, na przejściu do kolejnego jeziora.
– A, widziałaś mapę! W jazie woda, spadając z góry, powoduje szybsze utlenianie zanieczyszczeń. Stary sposób. Na dawne czasy wystarczający.
– A dzisiaj?
– Trudno powiedzieć. Trochę się przebranżowili. Chyba jednak nie zwiększyli za bardzo produkcji. A więc i zrzutów. Zresztą – to nie moja broszka.
– Milicja wodna nie kontroluje takich rzeczy?
– Nie mamy odpowiedniego sprzętu. I właściwie – uprawnień. Od tego są…
– Wiem, urzędnicy. Jak od wszystkiego.
– To go nie będzie? – wtrącił Wilek.
– Kogo, pułkownika? – spytała Joanna.
– Niee, dyrektora. Dyrektora zakładów.
– Powinien być – powiedział Jerzy. – Jeśli nie zrobią okupacyjnego, to go chyba puszczą na tę godzinkę.
– A co tu ma do roboty dyrektor jakiejś brudnej fabryczki? – zdziwiła się Joanna.
– On nam tak trochę jakby patronuje – wyjaśnił Andrzej.
– Po prostu musicie zaprosić wszystkich prominentów?
– Jego chcemy. Ufundował nam…
– Dobra, mniejsza o to – przerwał Jerzy. – Przyjdzie, to przyjdzie. Jest tu poza tym szefem koła Ligi Ochrony Przyrody. Żyjemy z nim dobrze.
– Ochrona ochroną, a Dziadek coś mówił o śniętych rybach – powiedziała nagle Majka.
– Dziadek ma trochę hyzia – mruknął Marek. – Wyżej nad Czarną Rzeczką też są różne zakłady. Jeszcze ponad Ostoją. Mleczarnia… Ale o wilku mowa.
Na jeziorze pojawiła się biała wiosłowa łódź, płynąca powoli z tej strony, w której gdzieś dalej był jaz. Wiosłował ktoś w ciemnym ubraniu i białej czapce. Na rufie łodzi Joanna dostrzegła – tak, chyba niewielką biało-czerwoną banderę.
– Kto to jest?
– Właśnie Dziadek. Strażnik wodny. Były. Ale nadal mieszka przy jazie. Ponieważ jest jakby poprzednikiem Jerzego, więc zapraszamy go na takie uroczystości.
– Sam chyba nie umie pływać, ale niejednego kajakarza zdążył ostrzec przed burzą i może dzięki temu uratował. Zna tu każdy „kawałek” wody.
– Bywają tu burze? Sztormy pewnie!
– Jeszcze zobaczysz.
– No, chłopaki, zbierać się – zakomenderował Jerzy, zakładając czapkę. – Dziadek jest punktualny. Zobaczycie: gdy dobije do kei, akurat zjedzie się cała wierchuszka.
Chociaż powiedział tylko „chłopaki”, pierwsza ruszyła się Majka. Zaczęła zbierać plastykowe filiżanki. Joanna wstała, żeby jej pomóc. W kuchence strzeliły sobie jeszcze po pół kawy z dna termosu. Potem zmywały naczynia, a za przepierzeniem chłopaki ubierali się gorączkowo i odświętnie.
***
Rzeczywiście, kolejne wozy zaczęły zajeżdżać, gdy dziób białej łodzi stuknął o keję. Marek chwycił rzuconą cumę i szybko obłożył ją na pachołku. Na pomost wyszedł stary człowiek w ciemnym dwurzędowym mundurze i białej czapce z czarnym otokiem. Tułów trzymał wyprostowany, lecz lekko utykał. Przyjął podaną mu przy wychodzeniu z łodzi rękę, ale uczynił to z pewnym widocznym zażenowaniem. Na Joannę spojrzał chłodnym, jakby bardzo dalekim wzrokiem. Do pozostałych uśmiechnął się jednak – tak, ten się uśmiechał – i zaczął się z nimi witać monosylabami kodu, który musiał się tu między nimi rodzić przez lata. Poczuła się obca i niepotrzebna.
Chłodno przywitała się z pułkownikiem, całym w orderowych baretkach oraz z paroma innymi mężczyznami, którzy wysiedli z fiatów i polonezów, pozostawiając kierowców za kierownicami. Kierowcy nie otwierali im drzwi. Tyle było demokracji. Żaden z notabli nie spytał żadnego z kierowców, czy nie chciałby się czegoś napić albo załatwić czegoś w miasteczku. Kierowcy mieli czekać. Mogli ewentualnie drzemać. Tyle było feudalizmu.
Ulicą Nadbrzeżną nadchodzili tymczasem wolni kmiecie – ratownicy z ośrodków wypoczynkowych. Joanna szybko zorientowała się, że grupa Jerzego składa się z młodzieży miejscowej. Natomiast „ośrodkowi” są przyjezdni, raz ci, raz inni. Nagroda nie jest dla nich, mieli tylko wystąpić w roli klakierów. Mimo ogłoszeń, więcej chętnych do klaskania nie zgłosiło się.
Jeśli nie liczyć chłopca z psem.
Tych dwóch Joanna już znała. Przycupnęli pod drzewem w pobliżu stolika, chłopiec nie śmiał usiąść na ławeczce. Nieruchomy, chłonął wszystko, co się działo, szeroko otwartymi oczyma. Pies początkowo nieco się niecierpliwił, wreszcie ułożył się w cieniu, z pyskiem na łapach.
– Czekamy jeszcze na kogoś? – zapytał pułkownik.
– Na dyrektora Nowakowskiego. Miał być, ale może mieć kłopoty – odpowiedział Jerzy.
– Może – potwierdził pułkownik.
– Jednak płynie – rzucił ktoś.
Na wodzie widać było teraz elegancką motorówkę w kolorze mahoniu z czarnym przyczepnym silnikiem i panoramiczną szybą. Zbliżała się szybko, ale tak przy tym cicho, że Joannie wydawało się, iż ciągnie ją ukryta pod wodą lina.
– Ten ma silniczek! – mlasnął naczelnik miasta i gminy. – Nie to, co ty, Jurek.
– Kwestia regulacji – orzekł szef WOPR na województwo.
Był tęgi. Wbity w garnitur, ruszał poważnie grdyką pod węzłem krawata. Joanna nie potrafiła go sobie wyobrazić w kąpielówkach, skaczącego po kogoś do wody.
– Nie tylko – mówił Jerzy. – Ja do swojego od początku sezonu nie mogę dostać…
– Wiem – przerwał mu pułkownik. – Czasem czytam te wasze pisma. Ale to już schodzący typ, trzeba się z tym pogodzić, chociaż dobre były łajby, te SMK.
– Sam chętnie bym dostał nową, strugowodną. Mógłbym nareszcie przepływać Czarną na Ostoję. A tak mam za duże zanurzenie.
– Wiem – powtórzył pułkownik. – Na Ostoję. Tam was jeszcze nie widzieli.
– Widzieli, widzieli. Tyle że…
– Dobra, pogadamy później. – Pułkownik zerknął na magnetofon Joanny.
Dobiła mahoniowa motorówka.
W tym momencie Dziadek już chyba po raz drugi mówił, że jakieś ryby usnęły.
– Wszystkie! – podkreślał uparcie.
– Jakie ryby? – interesował się ktoś.
– A u mnie, rybki. W akwarium. Nabrałem wody z jeziora i…
– Dobrze – powiedział Jerzy. – Dobrze, Dziadek. Zajmiemy się tym później. Teraz zaczynajmy już, skoro jest pan dyrektor.
Ktoś dyskretnie przyniósł puchar, ktoś inny wyniósł z domku przenośną, ręcznie obracaną, syrenę. Jerzy skinął na chłopca z psem. Ten stanął pod masztem w niebieskie i białe pasy i czerwony z przejęcia zakręcił korbą z całych sił. Przy akompaniamencie zawodzącego dźwięku na maszt wjechała flaga WOPR. Ciągnący flaglinkę Wilek błyskawicznie dołączył do szeregu na pomoście. Wszyscy byli w pomarańczowych, „służbowych” strojach z emblematami błękitnego krzyża. Stali na baczność. Jerzy wystąpił, zasalutował i zameldował pułkownikowi grupę gotową do inspekcji specjalnej.
W tym momencie, za ich plecami, gdzieś po drugiej stronie jeziora, rozległ się nieco stłumiony, ale jednak głośny huk. Wszyscy spojrzeli w tamtą stronę i zdążyli jeszcze zobaczyć opadający gejzer wody w pobliżu pomostu ośrodka naprzeciwko. Tego, z którego wczoraj Joanna zeszła się kąpać. Maszty kilku żaglówek stojących nieopodal na bojach, chybnęły się w lewo i prawo jak pijane.
Jerzy skoczył do motorówki i podniósł do oczu lornetkę. Patrzył przez chwilę, potem spojrzał na zegarek, jakby notując w pamięci godzinę zajścia. Ale nie sięgnął po notes służbowy.
– Wilek i ratownik z tamtej plaży – do mnie. Marek, ty do telefonu, wołaj pogotowie, bo mogę się nie połączyć radiem.
– Ja się połączę – powiedział pułkownik. – Ale co się stało?
Jerzy w milczeniu podał mu lornetkę.
– Aha – rzucił pułkownik i szybkim krokiem skierował się do swego nieoznakowanego samochodu z dwiema antenami.
Silnik motorówki już pracował, Andrzej i Majka zrzucili cumy z pachołków. Nagle rufa przegłębiła się.
– Ty tutaj? – zapytał Jerzy, zerknąwszy tylko w lusterko.
– Tak – odpowiedziała Joanna, włączając magnetofon. Jednym gestem wymusiła na Wilku zamianę miejsc i przelazła na przód, przez bak dzielący tylną kanapę od przedniej. Nie pytając, sięgnęła po lornetkę. Zobaczyła drobne ciało rozciągnięte na tamtym pomoście, pochyloną nad nim w spazmach kobiecą postać, rosnący tłumek.
Wypłynęli na pełnym gazie. Joanna obejrzała się. Na kei przed posterunkiem chłopiec z psem stał wciąż i machał im ręką. Pies nagle uniósł pysk ku niebu i zawył, zanim jeszcze odezwała się przeraźliwym głosem syrena motorówki.
– Masz temat, co? – powiedział Jerzy
Rozdział 4. NIEWYPAŁ
– L-13, tu L-1. Jesteś już tam? Odbiór – odezwał się głośnik radiostacji pokładowej. Joanna natychmiast podsunęła mikrofon w jego stronę.
– Za chwilę będę – odpowiedział Jerzy. – Jak z pogotowiem?
– Karetka idzie do ciebie.
– Zwykła? Zorientuj się, czy wojewódzka stacja nie ma gdzieś w pobliżu erki. To duża sprawa.
– Wykonuję. Bez odbioru.
I po chwili:
– Tu L-1 do wszystkich w moim rejonie. Cisza na kanałach drugim i czwartym. Duży wypadek na Jeziorze Długim Lubickim w pobliżu ośrodka nauczycieli. Koordynatorem na miejscu jest G-3. On – kanał drugi. Ja w tej sprawie – czwarty.
– G-3 to wóz pułkownika – wyjaśnił Joannie Jerzy.
Znów odezwało się radio:
– L-1 woła L-12. L-12, L-12, gdzie jesteś, odbiór.
– L-12, woła cię L-1 – włączył się pułkownik. Jego polonez śmigał gdzieś między drzewami, objeżdżając jezioro. Za nim telepały się wozy władz miasta i gminy oraz WOPR-u. Doganiała ich karetka z miejskiego ośrodka zdrowia, która też musiała objechać kawał jeziora. Słyszeli jej przemienny sygnał, widzieli błyski szafirowych świateł na dachu. Nawet samochód pułkownika ją przepuścił. Zresztą formalnie nie był uprzywilejowany w ruchu.
– Tylko L-12 nie ma. To nasz UAZ z posterunku – stwierdził Jerzy.
– Gdzie jest?
– Gdzieś, gdzie nas nie słyszy. Czasem coś ekranuje…
– Jerzy, nie pieprz. Wiem, kiedy kłamiesz. Gdzie jest?
– U dziewczyny. Mógłbym to przypomnieć naszemu dyżurnemu, ale nie mogę. Pułkownik słucha. Zresztą dyżurny przypomni sobie sam, jak będzie miał wolną chwilę.
Dobijali. Podchodząc do kei, motorówka roztrąciła dziobem kilka pływających po powierzchni wody martwych lub ogłuszonych ryb.
Na pomoście wciąż leżało nieruchomo niewielkie ciało kilkuletniego chłopca. Ktoś bez skutku próbował odciągnąć pochyloną nad nim kobietę. Klęczała, kiwając się do przodu i do tyłu, zawodząc cicho, to znów wybuchając głośnym łkaniem, z twarzą ukrytą w dłoniach. Nie zareagowała na stuknięcie dziobu łodzi o belkę, na cichnący pomruk syreny, na coraz głośniejszy sygnał karetki, na nic.
– Wilek, aparat. Ty, apteczka.
Jerzy wyskoczył wraz z ratownikami, nie cumując łodzi. Joanna została. Przytrzymując się ręką brzegu pomostu, nie wiedziała, co robić. Chciała towarzyszyć Jerzemu, który właśnie bez ceregieli rozgarniał tłumek wokół dwóch postaci na pomoście, ale w radiu też działy się ciekawe rzeczy… – i może bardziej radiowe.
– Gdzie ten wasz L-12 – głos pułkownika zionął chłodem.
– Na interwencji. Pewnie jeszcze nie skończył.
Pewnie nie – pomyślała Joanna.
– To wołajcie go selektywnym.
– My tu nie mamy selektywnego.
– Dobra. Co z erką?
– Skierowana do nas. Ale jest jeszcze daleko.
– Dobra. Łączcie się z wojewódzką, niech tu organizują saperów i płetwy. Ja dojeżdżam, wychodzę. Zostaje kierowca. Meldujcie.
Na krawędzi wysokiego brzegu ukazał się przód karetki pogotowia z zapalonymi reflektorami głównymi i przeciwmgłowymi. Teraz zgasły. Jedno niebieskie światło błyskało jeszcze przez chwilę, drugie chyba musiało się zaciąć. Zwierciadło w środku widocznie się nie obracało, skoro żarówka płonęła stałym blaskiem. Zaraz potem, w tumanie kurzu, hamował tuż obok polonez pułkownika, też dopiero tutaj przymykając rozjarzone ślepia reflektorów.
Lekarz w białym rozwianym fartuchu zbiegał już po schodkach na pomost. Za nim ostrożnie drobiła kroczki na wysokich obcasach pielęgniarka w świeżo nakrochmalonym czepeczku. Pułkownik, zanim zszedł, rzucił obu kierowcom:
– Zróbcie miejsce dla erki.
Polonez i kremowy fiat kombi cofnęły się, wykręciły, pojechały kawałek dalej i zaczęły mozolnie mościć sobie miejsce na maleńkim placyku między drzewami, gdzie wczoraj parkowała Joanna. Umundurowany kierowca poloneza natychmiast wyskoczył i zaczął przywoływać w to samo miejsce nadjeżdżające pozostałe samochody i pomagać im się ustawić.
Trzy białe plamy – galowo odprasowany letni mundur Jerzego, fartuchy lekarza i pielęgniarki – trwały skupione nad leżącym ciałem. Kobieta klęczała gdzieś z boku, płacząc już ciszej, zachrypnięta i drżąca. Nikt się nią nie zajmował. W pewnej chwili zrobiła ruch, jakby chciała przechylić się przez krawędź pomostu i wpaść do wody. Joanna zerwała się z miejsca, ale Jerzy był szybszy. Musiał kątem oka obserwować kobietę przez cały czas, skoro zdążył przyskoczyć i chwycić ją za ramiona.
– Może zajmij się panią – zwrócił się do stojącego teraz bezczynnie miejscowego ratownika.
– I pani też – fuknął lekarz na pielęgniarkę. Ta dotknęła włosów, jakby rozpacz kobiety mogła zburzyć jej kunsztowną fryzurę.
Ujęła jednak kobietę pod ramię i już podniesioną z klęczek, bezwolną, razem z ratownikiem zaczęli prowadzić ku wyjściu z pomostu, pewnie do karetki. Tam musiały być środki uspokajające, nie w kieszeni fartucha pielęgniarki, bo coś przecież mogłoby się wylać z buteleczki.
– To pompowanie nic już nie pomoże – zwrócił się lekarz do Wilka, wciąż obsługującego aparat do sztucznego oddychania. – I masaż serca też nie, mówię panu – to było do Jerzego, który tylko na moment przytrzymania kobiety przerwał rytmiczne uciskanie klatki piersiowej chłopca. – Zejście w szoku. Albo od rany i z upływu krwi.
– Z szoku można wyprowadzić – sapnął Wilek.
Zamienili się z Jerzym.
– Doktorze, niech pan uciska tę tętnicę, skoro nic innego nie może pan zrobić – powiedział Jerzy.
Lekarz nie cofnął ręki z szyi chłopca, ale powiedział:
– To nie ma sensu.
Powiedział to cicho, ale i tak za głośno dla czyjegoś słuchu, nagle wyczulonego na sygnały grozy.
Kobieta, będąca już dość daleko, wyrwała się prowadzącym i z krzykiem:
– Ja muszę się z nim pożegnać! – biegła z powrotem.
Tym razem przytrzymał ją pułkownik, coś jej powiedział – cicho, szybko – i oddał ponownie w ręce opiekunów. Potem sięgnął do kołnierzyka, jakby chcąc rozluźnić krawat.
Joanna wreszcie zobaczyła twarz tamtej. Na co dzień na pewno ładną: owalną, okoloną długimi kasztanowymi włosami, przytrzymywanymi opaską. Teraz jednak brzydką w grymasie płaczu, a w ostatniej chwili, po słowach pułkownika, jakby osłupiałą.
Joanna miała dość. Chciała oderwać wzrok od tego wszystkiego. Bezwiednie wzięła lornetkę Jerzego z półki nad deską rozdzielczą i spojrzała na jezioro. Najpierw zobaczyła, już całkiem blisko, pomarańczową łódź z niebieskim krzyżem na dziobie. Andrzej i Marek gięli grzbiety, ciągnąc z całej siły wiosłami, Majka siedziała na rufie, trzymając coś błyszczącego na kolanach. Termos? Tak, termos. Joanna mimo woli uśmiechnęła się. Tych troje wiedziało, że powiększając tłok, będą tylko przeszkadzać. Fachowców na miejscu było już pod dostatkiem. Majka więc, żeby tam się znaleźć, musiała wymyślić gorącą kawę, która rzeczywiście mogła się przydać. Wszystkim. Po tym wszystkim.
Joanna pomachała załodze łodzi i przeniosła uzbrojony w szkła wzrok dalej, na przeciwległy brzeg. Na pomoście posterunku, przy którym wciąż cumowały mahoniowa motorówka i długa biała łódź wiosłowa z biało-czerwoną banderą, stali dwaj mężczyźni. Dyrektor słuchał z uwagą Dziadka, potem coś odpowiedział, czemuś przeczył, dyskusja trwała.
O czym mówili, Joanna słyszeć nie mogła. Za to w jej mózgu odezwał się skaczącą falą wizg sygnału karetki reanimacyjnej. Miejscowy lekarz odetchnął z ulgą i chciał puścić szyję chłopca, ale Jerzy powstrzymał go gestem. Pracowali z Wilkiem nieprzerwanie, choć Joanna już ze dwa razy przechwyciła ich zmęczone porozumiewawcze spojrzenia, nieprzekazujące sobie wzajem żadnej nadziei. Minęło jeszcze kilka minut, zanim nysa z czerwonym dachem i z dużą literą „R” na drzwiczkach zatrzymała się na brzegu. Niebieski młynek nad przednią szybą zgasł. Po schodkach, z walizeczką w ręce, zbiegał już lekarz. Za nim schodzili sanitariusz i kierowca z noszami.
– Tlen i defibrylator – krzyknął Jerzy, podnosząc głowę.
– Nie ma sensu – powtórzył lekarz miejscowy.
– Jedno i drugie mamy w karetce. Łatwiej go przenieść niż targać wielką butlę tutaj – orzekł lekarz z erki.
– My mamy małą butlę – szczebiotnęła pielęgniarka, która tymczasem już wróciła, poprawiając włosy. Towarzystwo kogoś chorego z rozpaczy wyraźnie jej nie odpowiadało. Podała kropelki i zostawiła tam ratownika. Jak taki ratownik, to niech ratuje. Zresztą niezły z niego kawał chłopa. Jeszcze go nie widziała w przychodni. Nic dziwnego, ratownicy mają zdrowie. Do przychodni to się przywlecze stary dziad, stara baba śmierdząca albo młoda baba z piekielnym bachorem. Taka ciekawa akcja jak dziś trafia się rzadko.
– Więc mieliście tlen?! – Jerzy patrzył na lekarza z ośrodka
