Uzyskaj dostęp do tej i ponad 240000 książek od 14,99 zł miesięcznie
18 osób interesuje się tą książką
„Operacja Bosfor” to fascynująca powieść szpiegowska i trzymający w napięciu thriller polityczny, który przenosi słuchacza w jeden z najbardziej niebezpiecznych momentów najnowszej historii Europy — czas rozpadu Związku Sowieckiego i narodzin nowego porządku świata.
Gdy wycofujące się z Polski wojska sowieckie pozostawiają po sobie dwie tajne głowice jądrowe SS‑20, sprawa natychmiast wymyka się spod kontroli. Ich los trafia w ręce generała Dubynina, który w obliczu chaosu i upadku imperium decyduje się na desperacki krok — sprzedaż broni masowego rażenia na czarnym rynku.
W samym centrum tej niebezpiecznej gry staje Andrzej — były opozycjonista, a dziś oficer polskiego wywiadu. Rozpoczyna się wyścig z czasem, w którym stawką jest bezpieczeństwo Polski i całej Europy. Ale to coś więcej niż tylko pościg — to bezwzględna walka wywiadów, prowadzona w cieniu polityki, przestępczości zorganizowanej i międzynarodowych interesów.
Akcja prowadzi przez miasta Europy i Rosji, odsłaniając sekrety gabinetów władzy, kulisy działań CIA, UOP i FSB oraz operacje elitarnych jednostek — Delta Force i GROM-u. Weźmiecie udział w tajnych naradach rządu, polecicie wojskowym Herculesem i zmierzycie się z zagrożeniem, które nigdy nie powinno ujrzeć światła dziennego.
„Operacja Bosfor” to opowieść oparta na faktach, inspirowana prawdziwymi wydarzeniami i doświadczeniami autora. Jej mottem jest przekonanie, że współczesny świat nie potrzebuje nauczycieli, lecz świadków — tych, którzy byli blisko i widzieli więcej, niż zapisano w oficjalnych dokumentach.
Jeśli chcecie poznać nieznaną historię, która wydarzyła się naprawdę — ta opowieść jest dla was.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 535
Rok wydania: 2026
Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Copyright © Mariusz Furmanek, KMH Media Group, 2026 rok
Projekt okładki: Jacek Goliatowski
Wydanie I
Warszawa 2026
ISBN 978-83-979987-0-4
MARIUSZ FURMANEK
OPERACJA BOSFOR
Był mroźny ranek siódmego grudnia 2021 roku. Jak podało moskiewskie biuro meteorologiczne, grubość pokrywy śnieżnej w Moskwie osiągnęła trzynaście centymetrów. Śnieg padał od kilku godzin. Zastępca mera Piotr Burakow mówił wcześniej, że w niektórych częściach Moskwy śniegu może napadać nawet do piętnastu centymetrów. W związku ze złymi warunkami pogodowymi służby miejskie pracowały w trybie nadzwyczajnym. Opady, jak podano w komunikacie radiowym, mogły potrwać co najmniej do dwudziestej pierwszejJedząc pospiesznie śniadanie Natasza Poliakowa postanowiła zastosować się do apelu, jaki departament transportu wydał do mieszkańców stolicy, by w związku z warunkami pogodowymi powstrzymali się od jazdy prywatnymi samochodami i przesiedli się do środków transportu publicznego. Zresztą lubiła czasem jeździć metrem pośród zwykłych ludzi, przysłuchiwać się ich rozmowom i utyskiwaniom. Wtapiała się w ten anonimowy tłum wlewający się do wejść podziemnych. Czuła się pośród niego jak nadczłowiek. Większość ludzi była wesoła i Natasza wiedziała dlaczego. Byli weseli, bo nic nie wiedzieli. Patrzyła na nich czasem zatopiona we własne myśli i wspomnienia, czasem zaś zupełnie beznamiętnie. Jedno było pewne, odzyskiwała pośród tych obcych ludzi spokój. Nikogo i niczego nie grała. Przywykła myśleć, że są jej anonimową, losowo wybraną rodziną. Czas spędzany w wagonie metra pozwalał jej zapominać o samotności. Gdyby wiedzieli, jak ja nienawidzę tej stacji – pomyślała Natasza wysiadając na Placu Łubieńskim.
Pułkownik Poliakowa, jak co dzień z wyjątkiem niektórych sobót i niedziel, po wyjściu z metra skierowała się do siedziby FSB. Potężny, jakby wykuty z jednej bryły kamienia gmach w stylu represjansu stalinowskiego przyozdabiała flaga Federalnej Służby Bezpieczeństwa. Nienawidziła tego budynku. Po odwołaniu przez Prezydenta jej przełożonego, zastępcy szefa FSB, generała armii Karamazowa za nieudolną próbę wyeliminowania Aleksandra Niewolnego, została osobistą asystentką Sekretarza Rady Bezpieczeństwa Federacji Rosyjskiej Nikołaja Płatonowicza Patronowa, łysiejącego siedemdziesięciolatka, również w randze generała armii. Co do wieku nowego szefa – cóż, nie mogła mieć zastrzeżeń, sama od dawna nie była już młoda. Zresztą doświadczenia życiowe czyniły z niej niemal staruszkę, choć z wyglądu nikt nie dawał jej więcej niż pięćdziesiątki. Zresztą nie miało to dla niej żadnego znaczenia. Od czasu, kiedy w tragicznych okolicznościach straciła narzeczonego, przestała się czuć jak kobieta. No może jedynie z rodzaju, jak bowiem nazwać inaczej boginię zemsty?Bogini to bogini i chciał nie chciał ma rodzajnik żeński. Ale to było tylko tyle i aż tyle, jeśli chodzi o płeć Nataszy.Wtorek zapowiadał się bardzo ciekawie. Od kilku dni, nie pomijając weekendu, wiele musiało się dziać na rosyjskich szczytach władzy. Mimo iż prezydent z najbliższymi współpracownikami i generalicją spotkał się przez ostatni tydzień kilka razy, jej nowy szef nie potrzebował asysty. Czuła, że szykuje się coś niezwykłego i bardzo sekretnego. Coś, o czym rządzący Rosją kagiebiści mogli rozmawiać wyłącznie w najbardziej zaufanym gronie. Choć była pułkownikiem FSB i asystentką przyjaciela prezydenta, do najbardziej zaufanego grona nie należała. Była jednak wystarczająco dobrym oficerem wywiadu i zbyt inteligentną kobietą, by nie rozumieć, że szykuje się coś wielkiego. Z zasłyszanych rozmów i dokumentów, do których miała dostęp wynikało, że Rosja zmierza do rozwiązania siłowego, do którego Prezydent przygotowywał się już od kilku lat. Ze strachem przyglądała i przysłuchiwała się tym snom o potędze, obłędnym wywodom brodatego mentora elit rosyjskich, współczesnego Rasputina, Aleksandra Durnina.
Trzeci Rzym, zbawienie świata, dziejowa misja, nostalgia sierot po upadłym na zawsze sowieckim imperium. Wiedziała, że Rosja od ponad dwudziestu lat podąża ścieżką wytyczoną przez Iwana Groźnego i Stalina. Wykąpana we krwi własnej i cudzej, na siłę próbująca swymi zwycięstwami z przeszłości przykryć swe zbrodnie. Wchodząc na obłąkańczą drogę walki z urojonym złem w oparach cerkiewnych świec i kadzideł rozpalanych przez duchownych – byłych współpracowników KGB – podąża ku zagładzie. Cóż, jeśli nie urojone zwycięstwo nad złem może zjednoczyć Rosję – pomyślała Natasza. Przecież ten kraj spłynął krwią dziesiątków milionów zamęczonych, pomordowanych i torturowanych ludzi. Sami siebie przecież nie pomordowali. Niemal każdy miał udział w ich śmierci. Ale żaden człowiek nie chce i nie potrafi żyć z takim brzemieniem. Nie chce być spadkobiercą, synem ani wnukiem diabła, donosiciela, kata lub mordercy. Natasza świetnie to rozumiała, choć z pochodzenia, z krwi nie była Rosjanką, ale potomkiem polskiego powstańca z 1863 roku. Stopniowo poznawała historię Rosji dwudziestego wieku i im mocniej się w nią zagłębiała, tym bardziej była przerażona. Najpierw pierwsza wojna światowa i miliony trupów, potem rewolucja, wojna domowa i kolejne miliony trupów. Obłęd, bieda, terror i przegrana wojna z Polską. Potem znowu terror, czystki, celowo zagłodzone miliony ludzi w Ukrainie. Rosjanie, Ukraińcy, Polacy i Żydzi – miliony ludzi z obłędem w oczach szły z głodu do piachu. Potem druga wojna światowa i kolejne miliony trupów, terror podczas wojny i terror po tej wojnie. Obozy koncentracyjne archipelagu Gułag i morze spirytusu, strach, strach, przerażenie i podlenie. Na koniec rozpad tego imperium, upokorzenie, bieda i bandytyzm. Co, jeśli nie zwycięstwo nad złem, złem faktycznym i urojonym, może pozwolić Rosjanom zaliczać siebie do gatunku ludzkiego? Nic, poza tym, że po wypiciu zakąszają ogórkiem i wąchają chleb. Lecz ogórki i chleb to zbyt mało, aby poczuć się człowiekiem, dumnym człowiekiem. Do tego potrzebne jest zwycięstwo uosabianego przez świętą matkę Rosję dobra nad złem. Dobra zawłaszczonego propagandowo, dobra urojonego i ukradzionego. Opiewanego przez pisarzy i intelektualistów, zbałamuconych, uwiedzionych żurnalistów i pożytecznych idiotów. Tego samego totalitarnego dobra, które reprezentowało NKWD 1 w czasie wojny domowej w Hiszpanii. Wszystko, co temu dobru przeszkadza, jest skazane na pogardę i zniszczenie. Jest złem. A jeśli zła nie ma w pobliżu, to trzeba je znaleźć, wykreować, nazwać i pokonać, zwalczyć i zwyciężyć. Zwyciężyć po to, by znowu być dumnym i poczuć się lepszym niż reszta świata. Nic więcej się nie liczy, no może poza wódką.
Natasza była zmęczona swoimi konstatacjami. Nie potrafiła już żyć pośród tych ludzi. Wiedziała, że cel jej życia – zemsta – musi dopełnić się do końca tak, jak sobie to przed laty obiecała. Mimo, że jej były szef Karamazow znajdował się na przymusowej emeryturze, nadal utrzymywał z nią kontakt, nawet nie domyślając się, że poza strukturami służby bezpieczeństwa będzie stanowił dla niej o wiele łatwiejszy cel. Był ostatnim na liście Nataszy. Dziś jednak zupełnie co innego zaprzątało jej myśli. Wczoraj przed północą obudził ją dźwięk smartfona. Dzwonił Patronow.
– Nadia, proszę byś była jutro około dziesiątej u Aleksandra Wasiliewicza.
– Tak jest towarzyszu generale! – odparła.
Nikołaj Płatonowicz miał zmęczony i bardzo poważny głos. Zachodziła w głowę, cóż tak ważnego będzie miała do zrobienia, skoro sekretarz rady bezpieczeństwa wezwał ją na spotkanie z dyrektorem FSB Botanikowem. Punktualnie o wyznaczonym czasie zameldowała się w sekretariacie Aleksandra Wasylewicza. Po paru chwilach została zaproszona do gabinetu. Obaj generałowie byli już zapewne od dłuższej chwili razem, świadczyły o tym puste filiżanki po kawie. Ale nie to przykuło uwagę Nataszy. Ze zdumieniem zauważyła stojącą pod oknem, odwróconą do niej plecami postać w ciemnym garniturze. Mężczyzna przypominał… nie, nie tylko przypominał… była pewna: pod oknem stał sam prezydent! Zastygła przez chwilę w bezruchu speszona, zupełnie nie wiedząc jak ma się zachować. W sukurs przyszedł jej głos szefa FSB.
– Siadaj, Natasza – odezwał się Botanikow i ruchem prawej dłoni wskazał jej fotel naprzeciwko. – Zamówiłaś już sobie coś do picia? – i nie czekając na odpowiedź zasugerował: – Podwójne espresso, jak zawsze?
Uśmiechnęła się i skinęła potakująco głową. Generał podniósł słuchawkę telefonu stacjonarnego i wydał sekretarce dyspozycję.
– No, Natasza, nowy szef się ciebie nachwalić nie może! – i tu Aleksander z zadowoloną miną puścił oko do Patronowa. – Ale, jak się domyślasz, nie po to cię tu wezwaliśmy.
Natasza spoważniała.
– Jesteś jedną z najlepszych, jeśli nie najlepszą analityczką w departamencie bezpieczeństwa ekonomicznego naszej kochanej firmy. Jeśli jeszcze nie wiesz, to właśnie się dowiesz, że musimy przygotować państwo na skutki sankcji, które niebawem zostaną na nas nałożone przez zachód.
A jednak się nie myliłam – pomyślała. Szykuje się coś wielkiego. Nadal nie mogła się otrząsnąć ze zdziwienia.
– Widzisz, Nataszo – kontynuował Botanikow – nie dość, że od kilku lat mamy wyjątkowo niesprzyjający nam rząd w Kijowie, to jeszcze, jak wynika z informacji wywiadu – i tu nieco ściszył głos – Ukraińcy kończą chyba prace nad bronią jądrową.
Natasza struchlała z jeszcze większą uwagą wsłuchując się w głos generała i nie odrywała oczu od pleców Prezydenta. Ten wydawał się niemal nieobecny. Po chwili odezwał się cały czas wyglądając przez okno.
– Zasadniczo podjęliśmy już decyzję o końcu przygotowań do operacji zakończenia tej groźnej dla nas farsy. Nie wywoziliśmy od nich tych głowic w 1994 roku, by dać im poczucie niezależności.
– Towarzyszu Prezydencie, ale przecież w porozumieniu z Budapesztu... – niemal wyszeptała Natasza.
Przerwał jej Patronow.
– Kobieto, zostaw papiery! Co z tego, że podpisaliśmy? Oni też się papierów napodpisywali, a robią swoje licząc na to, że my będziemy słabi.
– Nikołaj Płatonowicz ma rację – wtrącił Prezydent jednocześnie odwracając się od okna. – Nie jesteśmy słabi. Nie możemy do tego dopuścić. To nasze tereny, nasz świat. Nasz ruski świat. Nie oddamy go nazistom ani banderowcom. Oni są dla nas śmiertelnym zagrożeniem. Sama wiesz, że wrogie państwo polskie, ta ich Rzeczpospolita wielu narodów, osłabła i upadła, kiedy przejęliśmy Ukrainę. Bez tego państwa nie odbudujemy naszej potęgi. Będziemy się cofać i kurczyć, demoralizować i niewieścieć. Zafałszują naszą historię, już zrobili ze Stalina ludobójcę. Już napluli na naszą sowiecką ojczyznę.
Patronow i pozostali z uwagą patrzyli na prezydenta, a ten mówił coraz głośniej:
– Jesteśmy ostatnią wyspą tradycyjnych wartości! My tych wartości musimy bronić!
Była przerażona stanem umysłu głowy państwa. Wiedziała o jego fascynacji Stalinem, ale żeby tyle bredni mieściło się w jednej głowie? Rany boskie, to jakiś obłęd i na dodatek te głupoty o ukraińskiej broni jądrowej! Udawała, że słucha z uwagą i zrozumieniem. Tymczasem zaczęły jej drętwieć dłonie.
– Towarzyszko pułkownik, będziemy musieli przygotować się na potężne sankcje. Opracowanie strategii tego zagadnienia chcemy powierzyć wam i zespołowi, którym będziecie kierować. Natasza zebrała się, by nie dać po sobie poznać, w jakim stanie ducha się znajduje. To dla mnie zaszczyt, towarzyszu Prezydencie.
– Jaki tam zaszczyt, ciężki zapierdol! – rzucił Patronow.
– Macie niewiele czasu, może miesiąc może dwa wliczając w to Boże Narodzenie i Nowy Rok, który – i tu prezydent uśmiechnął się mówiąc – jak wiecie, nie sprzyja wytężonej pracy, zwłaszcza u mężczyzn.
Obaj generałowie wybuchli śmiechem i jak na komendę obrzucili wzrokiem kolekcję dobrych alkoholi ustawionych w gabinetowej witrynie. Dopiero teraz uświadomiła sobie, że w gabinecie rozbrzmiewa cicho sącząca się z głośników muzyka cerkiewna.
– Będziecie pracować pod bezpośrednią opieką Aleksandra Wasylewicza. Jednym słowem wracacie na stare śmieci. Gabinet już na was czeka. Wszystko będzie dobrze. Powiemy wam coś w sekrecie, towarzyszko pułkownik. Tak dla pokrzepienia. – Patronow spojrzał na Prezydenta tak, jakby oczekiwał jakiegoś znaku przyzwolenia.
Ten leciutko skinął głową.
– No więc powiem wam i tylko wam, że Prezydent niedawno wrócił z Jakucji. Nie wszyscy szamani są nienormalni jak ten Gabyszew.2 To ten, któremu Bóg miał niby powiedzieć, że nasz Prezydent to… – i tu generał czujnie spojrzał na przełożonego, zrobił głęboki wdech by po chwili powiedzieć cicho i nieśmiało – nie człowiek, a demon. Wyobrażasz sobie, Natasza? Natasza patrzyła milcząc, lecz – wbrew zdziwionej i zniesmaczonej minie –wyobrażała to sobie doskonale, i to niejednokrotnie. Prezydent zbliżył się do siedzących na parę metrów. – Widzicie, towarzyszko pułkownik, wybieramy się na wojnę. Zwyczajem syberyjskim, wódz, który się na nią wybiera, wedle szamanów winien złożyć ofiarę z orła i niedźwiedzia, bo tak nakazuje tradycja. Taaak… Taką ofiarę złożyłem – prezydent wyglądał tak, jakby przyglądał się swoim myślom. – Tak, Natasza, wybieramy się na wojnę. Na zwycięską wojnę!
Poliakowa była wstrząśnięta. Dwudziesty pierwszy wiek, rany boskie! Muzyka cerkiewna stała się nieco głośniejsza. W jej wyobraźni pojawił się nagle obraz świec kościelnych oświetlających człowieka tańczącego nago przed ołtarzem. Człowieka w wilczej skórze, który pląsa nad trupem orła i niedźwiedzia co raz podskakując i podrzucając do góry ręce. To czysty obłęd, obłęd! Ostatkiem sił zapanowała nad sobą. Zupełnie nie wiedziała, co ma powiedzieć i jak się zachować. Po chwili odezwała się niezbyt pewnym głosem:
– Bardzo dziękuję za zaufanie.
W gabinecie na chwilę zapadła martwa cisza nie licząc śpiewu cerkiewnego dobiegającego z umieszczonych w ścianie głośników. Prezydent podszedł do siedzącej w osłupieniu Nataszy, położył jej rękę na ramieniu mówiąc:
–Liczymy na ciebie!
Niemal bezwiednie, odruchowo wyrzuciła z siebie:
– Tak jest, towarzyszu Prezydencie!
Prezydent lekko się uśmiechnął i poklepał Nataszę po ramieniu.
– Późno już, a my tu musimy z towarzyszami generałami omówić parę spraw.
Zrozumiała. Ze zdenerwowania jednym łykiem dopiła zimną już kawę i z kamiennym wyrazem twarzy, jak przystało na oficera FSB, pożegnała się z obecnymi. Po drugiej stronie drzwi czekała już na nią umundurowana sekretarka, która zaprowadziła ją do jej nowego gabinetu. Dopiero gdy została sama i kiedy poziom adrenaliny opadł, Natasza rozpłakała się. Patrzyła na pokój, który w niczym nie przypominał standardowego trącającego bezguściem lat siedemdziesiątych gabinetu na Łubiance. Zamiast stołów i szaf na wysoki połysk pamiętających czasy Breżniewa i udrapowanych zasłon w oknach powitał ją nowoczesny minimalizm i drewniane wąskie żaluzje. Na biurku stały dwa ekrany komputera o wygiętych ekranach. Szybko wzięła się w garść. Usiadła w skórzanym fotelu na kółkach i zalogowała się do systemu. Jak się miało za chwilę okazać, zasłużyła na zaszczyt dostępu do najwyższej klauzuli tajności, również z danymi czysto wojskowymi. Odjechała od biurka, podeszła do okna i otworzyła je. Ostry chłód wyrwał ją z chwilowej maligny. Wyciągnęła papierosa i po chwili zaciągnęła się głęboko szarym dymem, który niemal natychmiast uciekł przez otwarte okno w kierunku placu przed budynkiem. Wiedziała, że jej czas się kończy. Wytrzyma jeszcze może miesiąc lub dwa, ale co potem? Świat zwariował, a sprawca śmierci jej narzeczonego nadal żył. Próbowała trzy razy w ciągu ostatnich trzydziestu lat. Raz niemal się udało. Nie widziała jakim cudem jej były przełożony generał Karamazow przeżył wypadek, ale – kurwa – przeżył. Przed oczami stanęła jej twarz Aleksieja Dońskiego. Pamiętała wyraz jego oczu i układ ust w chwili, kiedy się jej oświadczał. Nie była już w stanie dłużej udawać. Kompletnie nie interesowały ją sankcje, a obłęd przywódców przerażał. No cóż, posymulujemy jeszcze chwilę – pomyślała. Zdawała sobie sprawę, że musi kupić czas potrzebny do wyeliminowania Karamazowa. Tym razem musi się udać.
Pod koniec grudnia 2021 roku w wystąpieniach przedstawicieli najwyższych władz Rosji zaczęły pojawiać się informacje o planach ćwiczeń wojskowych szczebla operacyjno-strategicznego w europejskiej części Rosji. Podczas kolegium ministerstwa obrony z udziałem Prezydenta dwudziestego pierwszego grudnia dowodzący wojskami Południowego Okręgu Wojskowego generał Aleksandr Durnikow zapowiedział ćwiczenia dowódczo–sztabowe ze zgrupowaniami wojsk na południowo–zachodnim kierunku strategicznym.
Święta Bożego Narodzenia spędziła jak zawsze samotnie i nostalgicznie. Nie była przesadnie religijna, ale w pierwszy dzień świąt jak co roku poszła się pomodlić do kościoła św. Ludwika – jednej z dwóch katolickich świątyń w Moskwie. Skromna klasycystyczna budowla znajdowała się na ulicy Mała Łubianka, o ironio! – w pobliżu siedziby FSB. W jej duszy nie były to święta wybaczenia i pojednania, alenie czuła się tym zażenowana. Dwudziestego dziewiątegogrudnia prezydent na spotkaniu z Alaksandrem Dłubaszenką poinformował o wspólnych rosyjsko-białoruskich ćwiczeniach na terytorium Białorusi. Osiemnastego stycznia rozpoczął się przerzut rosyjskich wojsk i sprzętu, głównie ze Wschodniego Okręgu Wojskowego na dalekim wschodzie Rosji. Napięcie rosło, groźba operacji militarnej przeciwko Ukrainie stawała się coraz bardziej oczywista nawet dla prostych ludzi. W kierunku ukraińskiej granicy zmierzały cztery armie, 1. Pancerna i 20. Armia Ogólnowojskowa Zachodniego Okręgu Wojskowego oraz 8. i 58. Armia Ogólnowojskowa Południowego Okręgu Wojskowego. W stan gotowości postawiono także 22. Korpus Armijny na Krymie. Rosja przerzuciła na Białoruś około 30 tysięcy żołnierzy, a także systemy rakietowe S–400, szturmowce Su–25, 12 myśliwców Su–35S, systemy artyleryjsko–rakietowe Pancyr–S, a także systemy artylerii rakietowej Uragan i rakiety Iskander. Dotarły także wozy opancerzone, bojowe wozy piechoty, czołgi, moździerze i inny sprzęt. Czas płynął szybko. W czwartek 10 lutego na Białorusi rozpoczęły się białorusko–rosyjskie manewry wojskowe „Związkowa Stanowczość 2022”. Wedle informacji przekazywanych do opinii publicznej manewry miały potrwać do 20 lutego.
Natasza doskonale orientowała się w rozwoju wypadków. Przez cały styczeń ciężko pracowała nad planem awaryjnym, którego wdrożenie miało zminimalizować rosyjskie straty wywołane ewentualnymi i – jak się wydawało – nieuchronnymi sankcjami. Wiedziała, że kolejne dwa tygodnie zadecydują o jej dalszym losie. Postanowiła najbliższy weekend 12 lutego spędzić na planowaniu swojej prywatnej operacji. Czuła, że nie będzie czasu na finezję, konspirację ani zacieranie śladów. Jej były szef zalecał się do niej latami. Postanowiła to wykorzystać.
Po kolejnym dniu pracy wyszła z budynku FSB. Na ulicy czekał już na nią czarny mercedes. Kierowca otworzył jej tylne drzwi auta mówiąc: „Witam Pani pułkownik, dokąd jedziemy? Do domu na Puszkina, czy może do Pani ulubionej restauracji, Twins Garden?
Spojrzała na szofera o ponadprzeciętnym wzroście i wyglądzie płatnego mordercy. Uśmiechając się ironicznie pod nosem odparła: – Widzę, że jesteś przygotowany. Jak ci na imię? Iwan... No tak, Iwan... Zawieź mnie do domu.
Jadąc przez Moskwę nostalgicznie patrzyła przez okno na spokojne miasto i wiedziała, że zaraz wszystko się zmieni, kraj znajdzie na wojnie. Od niechcenia wyszeptała pod nosem stare rosyjskie porzekadło: „Wojna mieniajet wsio...” – (wojna wszystko zmienia).
– Słucham, Pani Pułkownik?
– Nic nic. Przypomniał mi się stary wiersz – odparła przestraszona, że kierowca zacznie dopytywać, o jakiej wojnie mówi. Dalsze dywagacje przerwał dzwonek telefonu Nataszy. Spojrzała na wyświetlacz i przesunęła palcem po ekranie. Dzwonił „generał Karmazow”.
– Witam, generale! – powiedziała.
– Jaki tam generale? – emerytowany generale! Brr... strasznie to brzmi! Mów lepiej co tam u ciebie, Natasza? – Głos byłego przełożonego był niezwyczajnie niski. Nie czekając na odpowiedź Karamazow rzucił do słuchawki: – Może byśmy się spotkali jutro? Wiem, że masz dużo pracy, ale kiedyś trzeba odpocząć. Zresztą tak dawno się nie widzieliśmy! Nie daj się prosić, Nataszka.
Natasza leniwym, nieco zmęczonym głosem przyjęła zaproszenie. Fakt, w sumie dawno się nie widzieliśmy ... To jak, dwudziestego o dziewiętnastej w Twins Garden?
– Może być.
Może być? – ze śmiechem ciągnął generał. – Ta restauracja ma dwie gwiazdki Michelina!
– Wiem, znam szefów kuchni, bliźniaków Iwana i Siergieja Berezuckich – powiedziała Natasza.
– Oj widzę, że nieźle wam się tam powodzi w FSB! Za moich młodych czasów nie było tam takich luksusów. Zapiekanka w Rembertowie – to było cudo! Eee…, szkoda gadać!
– Byłeś vice szefem FSB, to raczej samej kaszy nie jadłeś – ironicznie rzuciła Natasza.
– Jak zostałem pierwszym zastępcą w 2003 luksusem było sushi, ale na pospolite sushi byś się nie skusiła, co? Natasza... Stolik już zarezerwowałem. Do zobaczenia!
– Do zobaczenia!
Karmazow, wyraźnie nie chcąc się rozłączyć rzucił jeszcze radosnym i podekscytowanym głosem: – Nawet nie wiesz, jak się cieszę!
– Ja też, od dawna chciałam się z tobą spotkać!
– Oj, bo sobie coś pomyślę! No, kończę! Na razie!
– Na razie, do zobaczenia!
Emeryt wyraźnie się ucieszył. Nareszcie! – pomyślał. Mimo swych siedemdziesięciu lat nadal czuł się mężczyzną i od zawsze podkochiwał się w niedostępnej towarzyszce pułkownik. Generał służył w organach bezpieczeństwa od września 1974 roku. Zanim zaczął robić karierę w Moskwie był w Polsce dowódcą grupy Narew 3 w Warszawie i w podwarszawskim Rembertowie. Przez dwa lata kierował dyrekcją FSB w Petersburgu. W czerwcu 2003 został pierwszym zastępcą dyrektora FSB Rosji. Koordynował tam prace wydziału kontrwywiadu wojskowego, służby bezpieczeństwa gospodarczego i służby ochrony porządku konstytucyjnego – „drugiej służby” – Federalnej Służby Bezpieczeństwa. Latem 2019 roku w mediach rosyjskich o Karamazowie zrobiło się głośno w związku ze sprawą przeciwko pracownikom departamentu "K" – Służby Bezpieczeństwa Gospodarczego, Kiryłowi Ch., Dmitrijowi F. i Andriejowi W. Przy tej okazji mówiło się, że mógł mieć także związek z zabójstwem wiceprezesa Centralnego Banku Rosji Andrieja Baranowa w 2006 roku. Baranow został postrzelony w głowę, klatkę piersiową i brzuch, gdy wychodził z krytego stadionu piłkarskiego Spartaka Moskwa, we wschodniej części stolicy Rosji. Zmarł nie odzyskawszy przytomności. W zamachu zginął też kierowca–ochroniarz Baranowa, który próbował zasłonić go przed strzałami zamachowców. W roku 2006 za sprawą Baranowa Centralny Bank Rosji odebrał licencję 44 bankom komercyjnym. Było się za co mścić! Wszyscy wiązali zabójstwo bankiera z jego walką z procederem prania brudnych pieniędzy. Rosyjski urzędnik przed śmiercią ostrzegał, że do tego procederu wykorzystywane są kraje bałtyckie. Po publicznym ostrzeżeniu, które Baranow wygłosił podczas podróży do Estonii, SEB – jeden z działających na jej terenie szwedzkich banków rozpoczął walkę z tym procederem i natychmiast znalazł się w centrum skandalu związanego z praniem rosyjskiej, niekoniecznie czystej, kasy. Okazało się bowiem, że za pośrednictwem estońskich spółek–córek tej bądź co bądź instytucji zaufania publicznego w Estonii i innych krajach bałtyckich, rosyjscy przestępcy wytransferowali z kraju olbrzymie ilości pieniędzy. Karamazow znał liczby. W sumie w latach 2005–2018 przez estoński oddział tylko tego banku przeszło około 93 miliardów dolarów. Oddziały Danske Bank wyprały około 220 miliardów, Swedbank zaś ponad 155 miliardów. Niemal pół biliona zielonych to w sumie sporo…
Na tyle dużo, by ktoś zechciał uciszyć gadułę Baranowa.
Generał był bezpośrednio zamieszany w sprawę tego morderstwa, ale toczące się śledztwo zatuszowano. Był zbyt zasłużony dla organów bezpieczeństwa, by ponieść jakąś karę. Poza tym Baranowa trzeba było wyeliminować tak czy inaczej, bo dokopał się do… – zresztą on sam nie chciał tego wiedzieć. Oficjalnie za winnego zlecenia zabójstwa uznano Frenkiela, byłego szefa małego prywatnego banku. Motywem miała być zemsta.
Zła, prawdziwie zła passa zaczęła się dla Karamazowa, gdy podlegli mu oficerowie spartaczyli robotę nieskutecznie trując Niewolnego. Miarka się przebrała. To on nadzorował tę nieudolność. Mleko się wylało, a na domiar złego Aleksander Niewolny żył. Za generałem zaczął po Moskwie chodzić wstyd. Prezydent odwołał go ze stanowiska dekretem w 2020 roku – oficjalnie ze względu na podeszły wiek – i teraz nudził się w swojej willi na Rublowce. Wkurwiały go korki i doskwierała mu samotność. Jak każdy w jego sytuacji wspominał młodość. Lubił wracać myślami do Polski, przede wszystkim dlatego, że służył tam jako czterdziestolatek. Pamiętał bazar w Rembertowie i te tłumy, które go odwiedzały. Sam tam czasem kupował markowe, jak mu się wtedy wydawało, dżinsy firmy Baron. Dobrze, że się zgodziła! – pomyślał radośnie. Dołożył drewna do kominka i usiadł w fotelu naprzeciwko. Jak zawsze pod wieczór sięgnął po ulubioną butelkę A5, pięciogwiazdkowego Araratu4 . Zapalił papierosa i nie wiedzieć czemu pomyślał o nieżyjącym generale Chołmskim, swoim wrogu, którego we współpracy z Wesołowiczem wyeliminował. No, oficjalnie Chołmski zachorował, lecz ze stu procentowym uszczerbkiem na zdrowiu. Co ta swołocz, ulubieniec ówczesnego ministra obrony i prezydenta Bielcyna, kombinowała nigdy się już nie dowiem, bo wszyscy związani z nim oficerowie nie żyją. Jaka szkoda, że się żywcem nie dało wziąć tego skurwysyna Dońskiego! Wtedy we Wrocławiu spaprali robotę. Wiedział, że Natasza była z nim zaręczona. To właśnie w trakcie jednego z jej przesłuchań zobaczył ją po raz pierwszy. Była piękna! – nie, ona nie była piękna, ona była boska! Karamazow zamknął oczy i w cieple płonącego naprzeciwko drewna starał się ją zobaczyć taką, jaką zapamiętał. Wysoka, lecz nie za wysoka blondynka o potarganych włosach, lekko wystających kościach policzkowych i zielono szarych oczach oprawionych w dyskretne brwi. No i ten leciutko zadarty nosek, kształtne usta i delikatna broda. Piękna, nie za długa szyja przechodząca w proste, trochę chłopięce ramiona. Niewulgarne piersi i wąskie biodra. I te dłonie wysmukłe, cudne, namiętne i delikatne. Takie kobiety są potwierdzeniem istnienia Boga! – pomyślał. Po czwartej lampce brandy zrobił się nieco sentymentalny. Jakie ona miała roziskrzone źrenice, kiedy patrzyła na przesłuchującego ją oficera! I jeszcze ten ujmujący tembr głosu… Kurwa! – dlaczego mi się nigdy nie udało, choć próbowałem przez trzydzieści lat. Eee…, kto tam za babami nadąży! Zapracowana, wyniosła i niedostępna, ale świetna analityczka. Wypił jeszcze jeden pełny kieliszek i zasnął w fotelu naprzeciw rozpalonego kominka.
Po kilkudziesięciu minutach, mercedes zaparkował pod domem Nataszy.
Kierowca wyszedł z auta na świeży śnieg otwierając tylne prawe drzwi tak, by Natasza mogła spokojnie wysiąść.
Poliakowa wysiadła rozglądając się dyskretnie po ulicy.
– Dziękuję Iwan – rzuciła uśmiechając się służbowo. Nie będziesz mi już dzisiaj potrzebny. Do jutra!
– Do jutra pani pułkownik!
Natasza podeszła do drzwi kamienicy i otworzyła je kartą magnetyczną. Obejrzała się za odjeżdżającym mercedesem coś niewyraźnie do siebie mrucząc. Z twarzy spadła jej służbowa maska, zagościły na niej stres i zmęczenie. Zadbanym eleganckim korytarzem wyremontowanej secesyjnej kamienicy przeszła do windy, by wjechać nią sama na swoje piętro.Po chwili była już w swoim minimalistycznie urządzonym salonie. Wewnątrz panowała całkowita cisza. Nie zdejmując butów rzuciła torebkę na uszaty, obity pluszem fotel. Przez chwilę wahała się czy zdjąć płaszcz, czy zdjąć jedynie rękawiczki i szal, i usiąść na bliźniaczym uszaku naprzeciwko torebki swego niemego interlokutora. Z wyraźną ulgą zapadła się w fotel z lekko odchyloną do tyłu głową. Po chwili, nie zdejmując płaszcza, sięgnęła po pilot do telewizora i włączyła go. Na ekranie pojawił się program Rasia today. Wydobyła z kieszeni paczkę Marllboro i zapalniczkę benzynową. Wyjęła papierosa i w zamyśleniu wsadziwszy go między kciuk a palec wskazujący pokręciła nim tak, by rozluźnić tytoń. W końcu zapaliła. Pokój wypełnił się dymem. Paliła łapczywie i szybko, tak jakby sobie przypomniała, że ma jeszcze coś pilnego do załatwienia. Po chwili energicznie gasząc papierosa w kryształowej popielnicy sięgnęła do torebki po telefon, by niemal natychmiast zrozumieć, że to ostatnia rzecz, której powinna teraz użyć.
Nagle stała się jednym kłębkiem nerwów. Pochyliła się i podpierając na łokciach schowała twarz w dłoniach. Choć prawie nigdy dotąd jej się to nie zdarzało, zaczęła płakać. Przez chwilę. Potem spojrzała na zegarek. Była punktualnie dziewiętnasta. Podeszła do okna, by zasunąć żaluzje. Na chodniku naprzeciwko jej kamienicy dostrzegła postać wysokiego mężczyzny. Jej twarz wyraźnie pojaśniała. Odprężyła się, rzucając na głos do siebie: – Na szczęście, jak zawsze punktualny! Rozebrała się i poszła do łazienki, by wziąć szybki prysznic. Przebierała się w luźny strój: szerokie spodnie, obszerny sweter i wygodne buty. Założyła szal, czapkę i puchową kurtkę z kapturem. Wszystko szaro–czarne – nie rzucające się w oczy. Do niewielkiego plecaczka wrzuciła papierosy, zapalniczkę i trochę gotówki. Stojąc pośrodku salonu spojrzała na pozostawiony na stoliku telefon jak na narzędzie zbrodni. Pośpiesznie wyszła z domu udając się w stronę metra. Po paru chwilach za gotówkę kupiła bilet w automacie i zeszła na peron. Wsiadła do ostatniego wagonu. Pociąg ruszył. Natasza odwróciła się do okna i obserwowała przesuwające się ściany tunelu. Wysiadła na stacji Gorki Park, by udać się do parku o tej samej nazwie. Po kilku minutach dotarła do zasypanej świeżym, puszystym śniegiem alejki prowadzącej do nieczynnej o tej porze roku fontanny. Zatrzymała się obok niej spoglądając na zegarek. Była 20:00. Chwilę potem podszedł do niej mężczyzna w futrzanej czapce z nausznikami o twarzy częściowo zakrytej szalem. Przywitali się serdecznie.
– Priwiet, Andrzej! Jak dobrze, że jesteś tak nieprzyzwoicie niezawodny i punktualny! – uśmiechnęła się szeroko.
– Priwiet! Dzięki Bogu oboje tacy jesteśmy! I zawsze w innym miejscu. Można by powiedzieć, że spotykamy się jak turyści, którzy chcą obejrzeć w Moskwie jak najwięcej miejsc!
Patrząc na Andrzeja Natasza uniosła nieco głowę starając się wyczuć jego nastrój.
– Taaak… jak turyści. Chodźmy! – fontanna wszak nieczynna…
– Chto sluochilos? (co się stało?) Wszystko zgodnie z planem? Spytał patrząc przed siebie i nie zwalniając kroku.
– Tak, wszystko w porządku, tylko musimy przyśpieszyć. Umówiłam się na kolację z Karamazowem na wieczór dwudziestego.
– Chcesz to zrobić tego dnia?
– Tak. Po wszystkim będę się musiała natychmiast ewakuować. –Głos Nataszy stał się zdecydowany, zdeterminowany, niemal metaliczny.
– Gdzie zamierzasz z nim „zatańczyć”?
– W jego w willi na Roblowce, w nocy z dwudziestego na dwudziestego pierwszego.
Zapadła nieco kłopotliwa, przedłużająca się cisza.
Oboje milczeli idąc przed siebie i trzymając się pod ramię. Pod butami skrzypiał śnieg, latarnie rozświetlały alejkę, rzucając na nią ich cienie. Od czasu do czasu mijali spacerowiczów.
Milczenie przerywała Natasza. Podniosła nieco głowę mówiąc:
– Będziesz musiał na mnie czekać w pobliżu. Przygotuj wszystkie papiery, gotówkę i zatankuj do pełna. Pozałatwiaj ostatnie sprawy, bo to będzie też twoja ewakuacja.
– Będę czekał w pobliżu. Skończysz do północy?
– Punktualnie o północy będzie już po wszystkim. Twarz Poliakowej spoważniała i nabrała demonicznego wyrazu.
Natasza odruchowo wtuliła się w Andrzeja i pocałowała go w policzek.
Dla spacerowiczów wyglądali jak para zakochanych, bo tak też mieli wyglądać.
Po kilku chwilach spędzonych w parku, wyczekawszy aż nikt nie będzie zwracał na nich uwagi, rozeszli się, każdy w swoją stronę.
Dwudziesty lutego przywitał Moskwę słońcem, które odbijając się w bieli śniegu rozświetliło stolicę. Natasza od rana przygotowywała się na spotkanie z generałem.
Około siedemnastej była gotowa. Z zadowoleniem przejrzała się w lustrze. Wszystko było bez zarzutu: makijaż, strój i skromna biżuteria. Usiadła w fotelu i paląc papierosa sięgnęła po telefon:
– Chciałam zamówić taksówkę na dwadzieścia przed szóstą.
– Adres domowy czy służbowy? – zapytał beznamiętnym głosem operator.
– Domowy.
– Oczywiście, pani Nataszo, będziemy punktualnie. Do usłyszenia!
– Dziękuję, do usłyszenia! Poliakowa rozłączyła się i nie przestając palić zaczęła się przygotowywać do wyjścia.
Pończochy, mała czarna, wysokie zamszowe kozaki na 11 centymetrowej szpilce. Na palec włożyła pierścionek z niewielkim, ale bardzo czystym jednokaratowym brylantem, a do uszu brylantowe sztyfty. Usiadła jeszcze na chwilę przed lustrem toaletki, by poprawić makijaż. Spojrzała na zegarek, była siedemnasta trzydzieści. Rzuciła ostatnie spojrzenie na salon, by upewnić się, że niczego nie pominęła. Oczywiście! Zatopiona we własnych myślach omal nie zapomniała o najważniejszym! Olśniona skierowała się do sypialni, podeszła do sejfu, wstukała kod dostępu i otworzyła niezbyt duże drzwiczki skrytki. Wewnątrz, poza kilkoma dokumentami i gotówką, spoczywała ośmiostrzałowa CZ50 i dwa magazynki. Kaliber może mało zachwycający, ale 7,65 mm powinno wystarczyć, przecież nie wybieram się na wojnę, a na randkę – pomyślała Natasza.
Szybko wrzuciła broń i gotówkę do torebki. Założyła eleganckie futro i wyszła z domu zamykając za sobą drzwi. Zjechała windą i po chwili znalazła się na ulicy.
Wyglądała zachwycająco! Wysokie kozaki do połowy przykrywały dół pięknego czarnego futra z depilowanych norek od Gianfranco Ferrè. Futro zostało uszyte na wzór munduru ze stójką, ortalionowymi wszywkami, wcięte w talii. Miała ze sobą, stosownie dobraną do wieku, sporą torebkę od Hermesa. Dostrzegła stojącego czarnego Daimlera. Wyraźnie czekał na nią już od paru minut –świadczyły o tym czarne ślady na śniegu po spalinach z rur wydechowych.
Kierowca dostrzegł zbliżającą się pasażerkę i wybiegł z auta. Usłużnie otworzył tylne prawe drzwi czarnego mercedesa. Pani pułkownik zgrabnie ulokowała się na fotelu.
– Twins Garden, proszę.
Benzynowy daimler cichutko ruszył w kierunku centrum. Kierowca nie należał do gawędziarzy. Natasza patrzyła w zamyśleniu na mijane ulice jakby przez mgłę, czas mijał szybko. Z zamyślenia wyrwał ją głos kierowcy:
– Jesteśmy na miejscu.
– Dziękuję, ile płacę?
Nie czekając na odpowiedź wręczyła taksówkarzowi banknot studolarowy, wyszła z taksówki i kołysząc biodrami skierowała się do restauracji. Dookoła panował gwar, sporo bardzo wytwornie ubranych ludzi podjeżdżało limuzynami.
Poliakowa podeszła do kelnera. – Rezerwacja na nazwisko Karamazow – powiedziała stanowczym głosem.
Kelner popatrzył na nią z uniżeniem i wykonując gest zaproszenia prawą ręką powiedział z uśmiechem: – Zapraszam serdecznie, generał jak zawsze wybrał najlepszy stolik! Proszę za mną!
– Stolik jest zarezerwowany na dziewiętnastą, ale oczywiście jest już do Pani dyspozycji – wyrecytował usłużnie kelner i odebrawszy od Nataszy futro zaprowadził ją do najbardziej ekskluzywnej części i tak najbardziej ekskluzywnej restauracji Rosji. – Czego się pani napije na początek?
– Proszę o lampkę Moëta.
Zamówiła lampkę szampana i nostalgicznie patrzyła na noc iluminowaną światłami wielkiego miasta.
Po chwili pojawił się Siergiej Michaiłowicz Karamazow. W ręku trzymał piękny bukiet herbacianych róż. Kelner zgrabnie odstawił mu krzesło i umieścił na stoliku wazon na kwiaty. Natasza zauważyła, że nie było to zwykłe szkło, lecz cudo od Lalique. Gdyby nie to, że wiedziała w jakiej roli się znajduje, byłaby oczarowana. Z uwodzicielskim uśmiechem wstała, by przywitać się z generałem.
Karamazow, wyraźnie pobudzony, najpierw ucałował ją w podaną dłoń, a potem rosyjskim zwyczajem trzy razy w policzki.
– Pięknie wyglądasz, Nataszo.
– Dziękuję, szefie! – Poliakowa uśmiechnęła się leciutko. Wiedziała, że w małej czarnej i długich kozakach wygląda pięknie.
– Wybieraj, wybieraj, Kochana! Może coś konkretnego? Strasznie dziś zimno!
– Sam szef wie, dla kobiety linia jest najważniejsza… Może ryba i białe wino?
Na twarzy generała pojawił się lekki grymas. Nie był zachwycony, bo miał ochotę na kawałek porządnego mięsa. Ale niezmąconym głosem oświadczył: – zjem to, co Ty!
Uchwyciwszy wzrok kelnera przywołał go do stolika i zaordynował: – Dwa razy filet z dorady i butelkę Chablis.
– Oczywiście!
– Opowiadaj, jak tam sobie beze mnie radzisz z tym staruchem Patronowem?
Natasza widziała, jak patrzy na jej usta i skromny dekolt. Ta rozmowa, widok wnętrza restauracji, ludzie, uwijający się personel – wszystko było tłem dla myśli Nataszy. Tłem widzianym jakby przez lekką mgłę.
– Nie jest tak źle! Mój nowy szef jest tak zajęty, że i ja nie mam czasu na roztrząsanie głupot. Strasznie tylko sztywny i poważny, nie lubi żartów.
– Nudziarz znaczy. Wiem, wiem Natasza, znam go, zawsze był sztywny jak kij. Na czym ty tak tymi całymi godzinami pracujesz, Natasza?
– Nad szczęściem ludzkości! – uśmiechnęła się od ucha do ucha.
– Czyli tak, jak my wszyscy – rzucił ironicznie generał. – No, może ja już trochę mniej…
– Nataszka, czy ty wiesz, jaki ja się bez ciebie samotny czuję? Nuda jak cholera! W luksusie, ale nuda.
– No to niech szef może pamiętniki zacznie pisać.
– Pamiętniki?! W naszym zawodzie? Oj, to by dopiero było! – zaśmiał się Karamazow.
– Szef wie, że Władimir Władimirowicz był ostatnio na Syberii u szamanów?
– Że ostatnio, to nie wiem. Ale, że tam regularnie bywa, to wiem. Nawet jeden taki wybrał się do niego. Słyszałaś? Z Kremla go chciał wariat przepędzić!
– Słyszałam, pieszo szedł z tej Syberii, twardziel. Ale kto normalny do Moskwy na piechotę z tej dziczy idzie? No tak, ale czasem to mi się wydaje, że normalni to u nas w czasie rewolucji wyginęli.
– Taki się jakiś sentymentalny, Nataszka, na starość zrobiłem, że mi się nawet ta Polska zaczęła cknić.
– Cóż, wspomnienia z młodości są zawsze najtrwalsze – tu Natasza jakby się na chwilę zawiesiła. Twarz jej sposępniała, a tembr głosu nieco się obniżył – i często najmilsze – dokończyła.
– Oj, tam! Zjemy deser?
– Chętnie! Łasuch ze mnie! Jaki macie tu najlepszy deser?
– Polecam Crème brûlée.
– Nataszka, może być?
– Oczywiście, nawet bardzo lubię!
– No to może jeszcze po lampce koniaczku i espresso?
– Niech tam! Po lampce i espresso bez mleka, poproszę – powiedziała Natasza uśmiechając się do generała.
– Miła moja! Wiem, że już późno, ale może dasz się namówić jeszcze na lampkę czegoś pysznego u mnie?
– No nie wiem – mitygowała się Natasza – późno już i zimno.
– Rozpalę w kominku, posłuchamy muzyki. Strasznie mi ta moja samotność doskwiera. Wiesz, że nie mam nikogo, a i starzy znajomi, odkąd odszedłem w odstawkę, nie za często dzwonią.
– Dobrze, jedźmy do ciebie! Między Bogiem a prawdą jutro nie mam nic do roboty. Popatrzyła na niego ciepło, choć on owo ciepło zinterpretował po swojemu. Ucieszyła się, że niezbyt często ktoś do niego zagląda i dzwoni. Zanim go znajdą, minie kilka dni – pomyślała.Siergiej był wniebowzięty!
– Dziękuję, bardzo mi ciebie brakowało!
Karamazow skinął na kelnera, uregulował rachunek z sutym napiwkiem w dolarach i przez telefon zamówił taksówkę.
– Będzie za dwadzieścia minut. Mówili mi, że miałaś przyjemność rozmawiać z prezydentem.
– Tak, istotnie. To było dla mnie wielkie przeżycie– (Gdybyś wiedział, jakie przeżycie – jak spotkanie psychopaty nocą w podziemnym garażu – pomyślała). To niezwykły człowiek. Mąż opatrznościowy – Cezar. On jest, szefie, mistykiem – łgała, grając przez cały czas swoją rolę lojalnej i poprawnej politycznie oficer wywiadu. Ciekawe skąd wiedział? – pomyślała jednak. Pewnie od Botanikowa, wszak od lat byli przyjaciółmi.
Patrzył na nią roziskrzonym wzrokiem. Mistyk – srystyk. Gnój o świńskich oczkach, który wszystkich wyruchał. Kim on kurwa był, kiedy ja już byłem generałem? Wszystkich oszukał. Wszyscy mu zaufali, od Bielcyna począwszy po mnie. Zresztą, czy to ma dziś jakieś znaczenie? Najważniejsze, że żyję i ona przyjechała do mnie. Tak długo na to czekałem! Myślał o tym, co – jak sądził – niebawem nastąpi. W głowie mu się kręciło, i to bynajmniej nie od wypitego szampana. Gdybym tak miał choć o dwadzieścia lat mniej, niech by tam piętnaście…
Z zamyślenia wyrwał go głos kelnera: – Proszę państwa, taksówka już czeka.
Po chwili byli już w samochodzie. Karamazow usiadł obok Nataszy Podał kierowcy adres i ruszyli przez ośnieżoną Moskwę.
– Czym tak pięknie pachniesz, Kochana? Pewnie czymś robionym na zamówienie?
– To perfumy od Nicole Mather, “House of Sillage”.
Nie były robione na zamówienie, ale niewątpliwie były bardzo luksusowe i niezwykle upajające. Zresztą nie znał się na perfumach, był odurzony jej zapachem. Przełamując nieśmiałość delikatnie dotknął jej dłoni. Nie protestowała. Rozmawiali o polityce, o firmie i o zimie. Nie było w tym dialogu nic osobistego ani erotycznego. Tak bardzo pragnął, by było inaczej, by odwzajemniła się uśmiechem, ciepłym uściskiem dłoni, zalotnym spojrzeniem, czymkolwiek.
Każdy w końcu, jeśli mu na kimś zależy, chce czuć, że jest – jeśli nie upragnionym i pożądanym – to przynajmniej akceptowanym. Może jest nieśmiała – pomyślał, – może się krępuje kierowcy. Może to przyzwyczajenie zawodowe i lata pracy w firmie czynią ją tak oficjalną i zdystansowaną. Wypijemy, posiedzimy w cieple kominka przy muzyce, to na pewno się rozluźni – pomyślał odganiając od siebie pesymizm.
Kiedy taksówka parkowała pod willą generała była już niemal jedenasta w nocy. Wysiedli, śnieg skrzypiał pod nogami. Wokoło panował dyskretny półmrok i cisza. Karamazow otworzył drzwi i ukłoniwszy się skinął na Nataszę:
– Wchodź, Kochana, bo zimno! Jeszcze mi się przeziębisz. Tylko mi butów nie zdejmuj!
Natasza popatrzyła na niego nieco zdziwiona.
Światło w holu zapaliło się automatycznie, by zgasnąć po paru chwilach, gdy byli już w salonie.
Było to wnętrze nowobogackiej rosyjskiej rezydencji urządzonej jednak stylowo i ciepło:
fotel, wielka kanapa, stolik, kominek; Na ścianach zdjęcia generała z różnymi ważnymi postaciami z życia publicznego i oczywiście z Prezydentem i generalicją. Ogień w kominku tlił się nieśmiało.
– Siadaj, proszę, dołożę trochę buczyny. To tylko chwilka.
Natasza usiadła na sofie naprzeciwko ognia i patrzyła, jak Karamazow uwija się z bierwionami i szczapami drewna, jak klęka przed paleniskiem, by rozdmuchać ogień.
Odruchowo sięgnęła dłonią w głąb torebki, CZ 50 leżał na swoim miejscu. Poczuła metaliczny chłód broni. Wzdrygnęła się. Nie jestem przecież Rosjanką. Nie strzelę mu w tył głowy. Trochę jeszcze poflirtujemy. Chcę patrzeć na jego zdziwioną gębę, gdy będzie umierał. Na ten ostatni żywy blask oczu, na wyraz twarzy, na zdziwienie. Czekała na tę chwilę trzydzieści lat, więc chciała się nią delektować. Po paru sekundach ogień buchnął w kominku tak, że w salonie zrobiło się jasno i ciepło. Poczuła zapach drewna. Karamazow wziął do ręki pilota i włączył muzykę.
Musiał się do tej chwili długo przygotowywać – pomyślała Natasza.
Z głośników popłynęły dźwięki fado. Generał usiadł na chwilę naprzeciw niej z rozkochanymi oczami.
– Czego się napijesz, Kochana? Mam tu wszystko…
– Może po prostu wódki? Wszak jesteśmy w Moskwie – odparła lekko odsłaniając białe jak śnieg zęby w dyskretnym i wyglądającym na zmysłowy uśmiechu.
Gospodarz jak na komendę udał się do kuchni. Po chwili wrócił z pojemnikiem wypełnionym lodem, z którego wystawała butelka najprzedniejszej rosyjskiej wódki. – Jeszcze chwileczkę, przepraszam, przyniosę białego kawioru.
– Ot i porcelanowe miseczki i łyżeczki do ikry z jesiotra, a to nasze stakańczyki5.
Karamazow z wielką wprawą, nie spuszczając wzroku ze swego gościa, nalał do stojących na stoliku szklaneczek stosowne porcje zimnej wódki.
– Przyjemnie tu u ciebie, szefie! Wypijmy! Wypijmy nie za zdrowie, ale za szczęście!
– No, kochana! Za szczęście, za nasze szczęście! Może bruderszaft?
– Niech tam będzie i bruderszaft!
Kiedy wypili gospodarz wstał, podszedł do Nataszy i obejmując ją pocałował kolejno w oba policzki.
– Natasza.
– Siergiej. No to teraz, skoro już jesteśmy „na ty”, może sobie zatańczmy?
– Ale fado?
– Nie, Kochana! Zatańczymy tango.
Emeryt pokrzątał się przy krążkach CD i po chwili z głośników popłynęło tango. Tango wśród moskiewskiego mrozu i śniegu. Tańczyli może pół godziny. Tańczył wyśmienicie i bardzo zmysłowo. Po pół godzinie wiek dał mu o sobie znać. Spocony, uśmiechając się i sapiąc bezradnie rozłożył ręce i wyrzucił z siebie:
– Wybacz! Muszę odpocząć.
– Oczywiście! Świetnie tańczysz…
Komplement połechtał mu ego, rozpromienił się i uśmiechnął szeroko.
– Siergiej, daj mi, proszę, chwilę. Gdzie jest łazienka?
– Prosto i pierwsze drzwi na prawo.
Podniosła się z fotela i teatralnym krokiem – pewna, że patrzy na taniec jej bioder – ruszyła we wskazanym kierunku. Zamknęła drzwi, przejrzała się w lustrze i sięgnęła do torebki. Po chwili CZ 50 znalazła się za koronką samonośnej pończochy. Wracając do salonu była już gotowa i zdeterminowana.
Sprawca jej osobistego nieszczęścia, niczego się nie spodziewając, rozanielony siedział w fotelu naprzeciw kominka i odstawiał właśnie pustą szklaneczkę po wódce.
Natasza stanęła naprzeciw, spojrzała na niego zalotnie i lekko kołysząc biodrami zaczęła podciągać do góry sukienkę. Patrzyła w jego rozszerzone źrenice, które wypatrywały hipnotycznie czegoś poniżej pasa. Czekała na tę chwilę. Zamiast widoku, którego się otumaniony podnieceniem spodziewał, zobaczył – ni stąd, ni zowąd – wycelowaną w siebie lufę pistoletu, który Natasza szybkim ruchem wyciągnęła spod sukienki.
Karamazow w pierwszej chwili myślał, że to żart, gra, rodzaj perwersji, lecz wzrok, jakim na niego patrzyła pozbawił go wszelkich złudzeń.
– Co ty Nat? Co chcesz zrobić?
Omiotła go wzrokiem pełnym obrzydzenia i pogardy.
– To samo co ty, skurwysynu, zrobiłeś z Aleksiejem Dońskim. Pamiętasz go jeszcze? To było moje jedyne szczęście w tej waszej zajebanej Rosji!
– Pułkownik Poliakowa, opamiętajcie się!
Próbował się poderwać w kierunku sejfu z bronią, ale przerażenie i zdziwienie przykuły go do fotela. Natasza, proszę… – bełkotał załamanym, niemal płaczącym głosem.
– Natasza? Jaka Natasza, ty skurwysynu, brudny psie, skorumpowany gnoju!
Ostatnie, co zobaczył, to płomień wystrzału z lufy CZ. Huku już pewnie nie słyszał.
Dla pewności, czy też z noszonej latami nienawiści, Natasza pociągnęła za spust trzykrotnie. Trafiła dokładnie między oczy. Beznamiętnie patrzyła na krwawiącą twarz Karamazowa i ściekające po oparciu fotela fragmenty mózgu. Po chwili zrobiło jej się niedobrze. Sięgnęła po butelkę stojącej na stole wódki i wypiła duży łyk. Na efekty nie trzeba było długo czekać, niemal natychmiast poczuła się rozluźniona, ale i pijana. Pijana od wódki i pijana z wrażenia.
Odruchowo spojrzała na zegarek. Dochodziła północ. Jeszcze raz wypiła łyk wódki prosto z butelki i chowając broń do torebki z zawodowego przyzwyczajenia zaczęła zacierać ślady swojej obecności. Znajdą go pewnie po paru dniach, ale ja będę już daleko. Przez kilka minut siedziała w salonie w towarzystwie trupa. Zemsta nie uczyniła jej wolną, ból pozostał bólem. Miała tylko poczucie dobrze spełnionego obowiązku. Zrezygnowana patrzyła na bezwładne ciało w fotelu. Z maligny wyrwały ja światła i odgłos nadjeżdżającego samochodu. To Andrzej, – pomyślała. Szybko włożyła futro, poszukała kluczy, zamknęła nimi drzwi wejściowe i wybiegła na ulicę. Była pijana. Na zewnątrz było niemal zupełnie ciemno, instynktownie skierowała się na lewo. Szukała wzrokiem toyoty Andrzeja.
Ten po chwili zauważył ją jakieś sto metrów przed sobą. Przekręcił kluczyk, mignął światłami i ruszył w jej kierunku.
Mimo noszonych szpilek Natasza niemal biegiem rzuciła się mu naprzeciw. Otworzyła drzwi auta i runęła na przedni fotel. Była zupełnie roztrzęsiona.
– Cała jesteś? Widzę, że chyba tak. Już po wszystkim? Sprawdziłaś czy na pewno nie żyje?
– Nikt nie żyje trafiony trzema kulami między oczy. Jedź spokojnie, jak najdalej od tego miejsca. Zabrałeś moje rzeczy?
– Oczywiście, wszystko jest w bagażniku. Zatrzymam się gdzieś w ustronnym miejscu, to się przebierzesz.
Natasza przytuliła się do Andrzeja i po kilku chwilach zasnęła. Niedługo potem ich auto zniknęło w ciemności.
Opuszczając Moskwę skierował się na południowy zachód. Droga była słabo oświetlona i miejscami pozawiewana śniegiem. Po ponad trzech godzinach postanowił zjechać do Tuły.
– Kiedyś robili tu piękne samowary – powiedział niemal bezgłośnie sam do siebie.
Z głównej drogi skręcił w ulicę Oboronną, potem w lewo w Sowietskoją, by po chwili znaleźć się na Turgieniewskiej przed hotelem o tej samej niemal nazwie – Turgieniew. Lubił ten hotel, jak niemal każdy butikowy hotelik, bez względu na miejsce na świecie. Podjechał na parking i obudził Nataszę.
– Gdzie my jesteśmy?
– W Tule, Kochana.
– W Tule – powtórzyła za nim tak, jakby nie bardzo mogła sobie przypomnieć skąd się tu wzięli.
– W Tule. Musimy odpocząć. Jest po trzeciej w nocy i ja już nie dam rady jechać dalej. Spojrzała na niego całkiem przytomnie, po pijanym zamroczeniu nie pozostało ani śladu. Przez głowę przeleciały jej wypadki dzisiejszej nocy. Na chwilę znowu stanęła przed twarzą Karamazowa uperloną kroplami strachu. Zamknęła oczy, przypomniała sobie wystrzał i mara odeszła. Wzięła głęboki oddech i zaczęła się trząść. Andrzej objął ją i przytulił do siebie.
– Już dobrze, Natasza, już po wszystkim.
Zaczęła płakać.
Nie próbował jej pocieszać ani uspokajać. Czekał aż odreaguje. Po kwadransie pozbierała się najwyraźniej w sobie, bo ni stąd ni zowąd zakomenderowała – idziemy do hotelu spać. Wysiedli z Toyoty i po kilku chwilach wchodzili przez piękny zabytkowy żeliwny baldachim do pustego holu. Trochę trwało zanim pojawił się zaspany recepcjonista i zameldował ich pod fałszywymi nazwiskami Tamary i Piotra Jakuszynów. Była niemal czwarta nad ranem, gdy wykończeni padli na wielkie małżeńskie łoże. Sen nie kazał im na siebie długo czekać. Gdyby nie boy hotelowy, który obudził ich nieco po 12:00, pewnie przespaliby pół dnia.
– Proszę państwa, doba hotelowa trwa do 12. Czas już na państwa.
– Tak tak, przepraszamy, już się zbieramy, kwadrans i już nas nie ma – powiedziała Natasza.
Oboje wstali i Natasza jako pierwsza udała się do łazienki. Andrzej siedział jeszcze chwilę w fotelu odziany w szlafrok i wyglądając przez okno przypomniał sobie fragmenty powieści Turgieniewa „Ojcowie i dzieci”. Dziwna ta Rosja i ci ludzie. Brutalni i liryczni… Turgieniew mieszkał niedaleko stąd, potem była dobrowolna emigracja i po latach śmierć w Paryżu. Tak daleko stąd… To on jako pierwszy użył słowa nihilizm. Nihilizm, który odrzuciwszy wszelkie prawdy i wartości, zastąpił Boga człowiekiem, jego uznając za miarę wszechrzeczy i twórcę sensu istnienia. Skoro to człowiek tworzy prawdy i wartości, to on jest stwórcą tego, co go otacza. Przecież nie kto inny jak Nietzsche w "Wiedzy radosnej" pisał: "Bóg umarł! Bóg nie żyje! Myśmy go zabili! Jakże się pocieszymy, mordercy nad mordercami? Najświętsze i najmożniejsze, co świat dotąd posiadał, krwią spłynęło pod naszymi nożami – kto zetrze z nas tę krew? Jakaż woda obmyć by nas mogła? Jakież uroczystości pokutne, jakież igrzyska święte będziem musieli wynaleźć? Nie jestże wielkość tego czynu za wielka dla nas? Czyż nie musimy sami stać się bogami, by tylko zdawać się jego godnymi?"6
No i kurwa wynaleźli, wymyślili uroczystości pokutne, igrzyska święte, by stać się równymi bogom, by stać się bogami… Gułagi i obozy …Lenin, Hitler, Stalin…
Z zamyślenia wyrwało go trzaśnięcie drzwi. Natasza, która wyszła z łazienki, bacznie mu się przyglądała.
– Co z tobą?
– Nic, takie tam moje durnoty, co się mnie czasem czepiają. Daj mi chwilę.
Około pierwszej zjedli ni to śniadanie ni to obiad i po zapłaceniu gotówką za pokój wsiedli do samochodu, by udać się w dalszą drogę.
– No to teraz Orzeł i dalej na Żeleznogorsk i Niżne Muchanowo, tam będziemy musieli odbić w kierunku Magnitnego i granicy. Ile ci to zajmie?
– Jeśli nic się po drodze nie wydarzy, to około sześciu godzin.
Droga niezmierne im się dłużyła. Natasza rzadko się odzywała, mimo wielu godzin snu była wyraźnie wykończona, a może po prostu nie chciało się jej gadać. W końcu znowu zasnęła. Po szóstej postanowił ja obudzić. Byli już około godziny jazdy od przejścia granicznego.
– Natasza, obudź się, proszę!
0tworzyła oczy, znowu otaczał ją mrok.
– Która jest godzina?
– Minęło wpół do siódmej. Musimy się przygotować na niespodzianki. Kiedy spałaś, mijałem całe kolumny czołgów i ciężkiego sprzętu. Może to jednak tylko ćwiczenia. Odwróciła do niego głowę i stanowczym głosem oznajmiła: – Oni nie jadą na ćwiczenia. Oni jadą na wojnę. Przez chwilę w aucie słychać było tylko cichą muzykę. Słowo wojna było dla Andrzeja abstrakcją. Jedyne, co mu przyszło na myśl, to migawki zapamiętane z filmów o drugiej wojnie światowej. To nie może dziać się naprawdę! Przecież to już było!
Z zamyślenia wyrwał go widok prowizorycznie ustawionej rogatki ze szlabanem. Żołnierz w długim płaszczu z pistoletem maszynowym przewieszonym przez ramię wyszedł mu naprzeciw zatrzymując lizakiem. Andrzej zwolnił i spojrzał pytająco na Nataszę.
– Spokojnie, ja się nim zajmę.
Sołdat podszedł do samochodu. – A wy gdzie? – zapytał arogancko.
Nie wahając się, Natasza wyciągnęła legitymację FSB i ryknęła: pułkownik Jakuszyn, Federalna Służba Bezpieczeństwa. Na inspekcję do Trojebortne. Poszoł won!
Żołnierz wyprężył się, zasalutował i wyjąkawszy „tak toczno!” pobiegł podnieść ramię szlabanu. Po chwili, minąwszy posterunek, obserwowała w lusterku jak tłumaczy coś oficerowi.
– Pośpiesz się! – rzuciła do Andrzeja, a nuż przyjdzie im do głowy sprawdzić pułkownik Jakuszyn.
Andrzej dodał gazu. Po dwóch kwadransach dojechali do instalacji rosyjskiego przejścia granicznego. Ruchu prawie nie było. Większość rosyjskiej obsady zajęta była sprawdzaniem zawartości bagażników kilku samochodów odstawionych na bok. Kilku pograniczników grzało się przy koksowniku. Dwóch stało przed zaporą. Podjechał na kilkanaście metrów przed nią i nie wyłączając silnika czekał, aż jeden z nich podejdzie do samochodu:
– „Kuda i odkuda?” – Dokąd i skąd? – zapytał wyraźnie pijany kapral. Wychoditie! Kontrol budiet!
Natasza wylegitymowała się i zakomunikowała spokojnie, że jedzie z misją specjalną na Ukrainę, a dokąd „to chuj wam do tego, żołnierzu!”
Ten, wyraźnie, czy to przez wódkę, czy przez fakt, że opierdala go baba, zatoczył się, zdjął kałasznikowa z ramienia i ryknął:
– Wychodzić! Może ty szpieg?!
– Zawołaj mi oficera! – ryknęła na niego Natasza.
– A na chuj mnie oficer! Ja ciebie suko… Nim zdążył dokończyć zdanie, powietrze rozdarły trzy wystrzały z Cezetki Nataszy. Pijany strażnik graniczny padł po chwili na ziemię z rozczapierzonymi do tyłu rękoma.
– Jedź! – wrzasnęła.
Andrzej wrzucił jedynkę i z całej siły nacisnął pedał gazu. Nataszę odrzuciło do tyłu. Po kilku sekundach rozległ się huk przełamywanej zapory. Auto podryfowało w prawo. Przednia szyba wyleciała na zewnątrz. Po chwili pierwsze rosyjskie kule zaczęły dudnić po karoserii. Nad głowami mignął im ukraiński napis z nazwą przejścia granicznego Bachivsk. Przełamali kolejny szlaban, by zatrzymać się już po ukraińskiej stronie granicy. Andrzej jak przez mgłę widział nadbiegających ukraińskich żołnierzy, z czoła spływała mu stróżka krwi. Zemdlał. Nad ranem następnego dnia pierwsze rosyjskie pociski artyleryjskie trafiły w ambulatorium, do którego go przewieźli. Huk wyrwał go z letargu. Otworzył oczy, podniósł się na łokciach szukając wzrokiem Nataszy. Lecz kolejny wybuch znowu odesłał go w ciemność.
Styczeń 1989 był jednym z najcieplejszych w historii pomiarów meteorologicznych w Polsce, szczególnie na południu kraju. Ku powszechnemu zdziwieniu, jesień niemal zupełnie płynnie przeszła w wiosnę, z pominięciem zimy. Kraków wyglądał ponuro. Andrzej wyjrzał przez okno swojej kamienicy. Przed sklepem spożywczym, jak co dzień, od rana kłębiła się ciżba źle ubranych, smutnych ludzi. Włączył Radio Wolna Europa, by dowiedzieć się, że na plebanii w Warszawie odnaleziono ciało zamordowanego kapelana Rodziny Katyńskiej, księdza Stefana Niedzielaka. Przeszył go dreszcz. Nawet zdychając są niebezpieczni – pomyślał. Był dwudziesty drugi stycznia. Kończył w tym roku przerwane na dwa lata studia. W kraju panowała atmosfera zwątpienia, zmęczenia i zniechęcenia, choć czuło się napięcie w wyczekiwaniu na zmianę. Ale czy to pierwszy raz?
Zawsze, gdy dopadała go chandra, wracał do lat dzieciństwa. I tym razem nie mogło być inaczej. Dorastał na łowickiej wsi, w domu dziadków, a dokładniej mówiąc babci i wuja. Do dwudziestego roku życia spędzał tam wszystkie wolne chwile. Pokazali mu, jak smakuje wolność i czym jest odpowiedzialność. Tam poznał zapach przeoranej ziemi, strach przed burzą i tam nauczył się szacunku do ciężkiej pracy. Dom nie był, delikatnie rzecz ujmując, zasobny, był za to magiczny, z mnóstwem książek i przedwojennych bibelotów. Miał też swoje tajemnice, jak mauzer dziadka Jana, czy niemieckie gazetki propagandowe o Katyniu. Od tych gazetek się zaczęło. Dziwne było, że interesując się historią nic na ten temat nie wiedział.
Babcia wielokrotnie opowiadała jedną historię. Przed wojną Jan był sołtysem, a babcia prowadziła małą bibliotekę. Krótko po wybuchu wojny ludzie ze wsi przyprowadzili przed oblicze dziadka jako przedstawiciela władzy jakiegoś mężczyznę. Wykrzykiwali, że to szpieg i dywersant. Dziadek sprawdził dokumenty jegomościa, zadał mu kilka pytań, porozmawiał przez chwilę i kazał puścić go wolno.
– Janie, zastrzel go! – krzyczeli.
Jan popatrzył na nich surowo.
– Jeśli taka wasza wola i weźmiecie śmierć tego człowieka na wasze sumienia, to sami sobie go zastrzelcie! – odwrócił się na pięcie i poszedł swoim zwyczajem w pole.
Potem była bitwa nad Bzurą i musieli uciekać. W drugim roku okupacji, pod koniec czerwca 1941 roku, pod dom dziadków podjechał wojskowy samochód z oznaczeniami SS. Dziadek siedział na schodkach przed drzwiami i palił papierosa, którego na taki widok wypuścił z ust. Drzwi auta otworzyły się i wysiadł z nich umundurowany oficer. Jan wstał, przez usta nie mogło mu przejść zwyczajne dzień dobry, które w tej konkretnej sytuacji zakrawałoby na kpinę. Mężczyzna wyciągnął do gospodarza rękę i uśmiechając się powiedział czystą polszczyzną:– Dzień dobry. Proszę się nie obawiać. Pan mnie zapewne nie poznaje.
Istotnie tak było, Jan nie kojarzył tego człowieka.
– Panie sołtysie, dwa lata temu ocalił mi pan życie. Jadę na front wschodni, przyjechałem podziękować i pożegnać się. Może państwo czegoś potrzebujecie?
Jan podziękował mówiąc, że niczego w domu nie brakuje.
– No to może inaczej, czy możemy się przejść?
Jan nie śmiał odmówić. Poszli drogą przez łąkę. Nie było ich około pół godziny. Jan wrócił ze zmienionym wyrazem twarzy.
– To żegnam! – powiedział oficer i uścisnąwszy dłoń Jana odjechał.
– O czym on z tobą, Janie, rozmawiał? – zapytała Katarzyna.
– Powiedział, że ma dar widzenia przyszłości – odparł dziadek po chwili milczenia. – Wie, że zginie na tej wojnie, którą Niemcy przegrają i żebyśmy niczego się nie bali, bo nic nam się nie stanie. Mówił, że za kilka lat wkroczą tu Sowieci i będą chcieli mnie rozstrzelać, ale przeżyję.
Rzeczywiście, w 1945 roku czerwonoarmiści postawili dziadka pod ścianą. Uratował go jakiś sowiecki żołnierz – Polak, siłą wcielony do Armii Czerwonej. Te i inne opowieści, książki, wygrzebane pamiątki, przywiązanie do ziemi oraz niemiecka gazetka o Katyniu ukształtowały młodość Andrzeja. W 1979 roku wraz z kolegą z Konfederacji Polski Niepodległej wpadli na pomysł obalenia komunizmu siłą. Do dyspozycji mieli dwie domowej konstrukcji bomby, dubeltówkę, lugera 08/15 i schmeissera z dwoma magazynkami. Na szczęście przed wprowadzeniem stanu wojennego wywieźli je do ciotki Antka, która ukryła je tak skutecznie, że nie dało się z nich skorzystać. Potem była podziemna drukarnia i palenie radiowozów. Myślał o zamordowanym księdzu i o przyszłości. Czy to się, kurwa, nigdy nie skończy?
Wbrew pesymizmowi Andrzeja wypadki w Polsce zaczęły się toczyć w szalonym tempie. Dwudziestego siódmego stycznia rozpoczęły się rozmowy w Magdalence. Podczas spotkań i libacji w „obiekcie specjalnym nr 135” należącym do Departamentu I MSW (wywiad cywilny) doszło do nieformalnej zmowy pomiędzy komunistami a częścią elity solidarnościowej. Andrzej przypuszczał, jakie mogą być tego konsekwencje. Lider opozycji dążył do jakiejś formy porozumienia już od września 1988 roku. Pierwszym formalnym krokiem w tym kierunku było jego spotkanie z generałem Miszczakiem w willi MSW przy ulicy Zawrat na warszawskim Mokotowie. Dzień później doszło do pierwszych rozmów w Magdalence.
Generał Czesław Miszczak był znakomicie przygotowany. Wieloletni oficer kontrwywiadu i wywiadu wojskowego od chwili powołania go przez Karuzelskiego na ministra spraw wewnętrznych nadzorował również Służbę Bezpieczeństwa i Milicję Obywatelską. Czesław doskonale znał wszelkie słabości swoich rozmówców, nie wspominając o kompromitujących ich materiałach z archiwów wszystkich służb. Andrzej nie domyślał się, że to tajne służby PRL stają się akuszerem transformacji ustrojowej. Jak się miało później okazać, to szef wywiadu generał Smorawicz i szef SB Darkowski dysponując hakami na wszystkich, rozgrywali swoją grę operacyjną. Prowadzona przez SB operacja „Brzoza" miała doprowadzić do porozumienia z wybranymi i prominentnymi działaczami „Solidarności”. Operacja powiodła się znakomicie. Gra dobiegła końca. Polską zaczynał rządzić nowy warszawski salon, nowa szlachta, nowa kasta uprzywilejowanych. Jak na ironię od widma krążącego nad Europą od czasu pojawienia się „Manifestu Komunistycznego” świat został uwolniony właśnie przez komunistów.Rozmowy przy okrągłym stole trwały do piątego kwietnia. Na czerwiec wyznaczono termin prawie wolnych wyborów parlamentarnych. Nie było zaskoczenia: Solidarność je wygrała. Koledzy poszli do polityki lub pracy w służbach. Andrzej swoje miejsce odnalazł w Fundacji Republikańskiej, która stanowiła zaplecze merytoryczne dla jednej z partii politycznych. Całe dorosłe życie interesował się problemami bezpieczeństwa. Jak na skromne możliwości opozycjonisty miał w tym zakresie sporą wiedzę. Był niezłym analitykiem.
Z tygodnia na tydzień coraz trudniej rozmawiało mu się z przyjaciółmi. Nie rozumieli go lub po prostu przestawali słuchać. Jak w kalejdoskopie migały problemy współczesnego świata – problemy, o których większość Polaków nie miała wtedy pojęcia. Szybko przekonał się, że wiara pokładana w triumf człowieka nad złem, była wiarą zupełnie naiwną. Okazało się, że zło posiada o wiele więcej kolorów niż czerwony, a świat za żelazną kurtyną nie jest taki doskonały, jak mu się kiedyś wydawało. Andrzej przyglądał się zażenowany, jak przestępcze struktury zaczęły przenikać do świata służb specjalnych, polityki, policji, show businessu, celebrytów, rekinów finansjery i ubezpieczeń. Gdy część społeczeństw odrabiała polityczno-literackie zaległości wczytując się w „ABC demokracji”, „Koniec historii” Fukuyamy i „Rozważania o polskiej demokracji”, pozostali ruszyli w pogoń za lepszym statusem materialnym.
Ani jedni, ani drudzy nie byli przygotowani do zderzenia z nieznaną, brutalną rzeczywistością. Andrzej z troską myślał o ludziach, którzy obudzili się w nowych rolach społecznych bez pracy, bez pieniędzy i bez perspektyw. Byli nikomu niepotrzebni, nikt co prawda niczego od nich nie chciał, ale i oni nie mogli na nikogo i na nic liczyć. Patrzył na spauperyzowanych nauczycieli akademickich, bojowników o wolność i część ich prześladowców. Wszyscy stali się zbędni z dnia na dzień. Obserwował, jak inteligencja – sumienie zniewolonych narodów, zbiorowy bohater „Dnia Świra”, staje się grupą niepraktycznych, rozegzaltowanych jednostek o niskim statusie społecznym. Status zaczął się bowiem kojarzyć wyłącznie z wypchanym portfelem. Trudno było nie zauważyć kilkucyfrowej inflacji, źle opłacanych urzędników i funkcjonariuszy oraz rozpadających się struktur państwowych. Więzi społeczne zastępować zaczął wyścig szczurów. Brak elit, doświadczenia i wiedzy potęgowały chaos i rozprzężenie moralne. Paranoicznie, nieprzystające do nowej rzeczywistości prawo i jego kolejne kulawe metamorfozy wszystkim utrudniały życie. No może poza światem przestępczym.
W takich realiach powstawały niepełnosprawne, kartonowe państwa-sieroty po zimnej wojnie, w tym Polska. Proces transformacji ustrojowej we wszystkich krajach byłego bloku wschodniego przebiegał bardzo podobnie, z uwzględnieniem różnicy skali. Andrzej często podróżował pomiędzy Niemcami a Rosją i widział, że to ona została najbardziej dotknięta patologiami okresu przejściowego. Przegrana wojna w Afganistanie, żołnierze wracający do domu, nie jako bohaterowie, ale jako przestępcy wojenni pogardzani przez cały świat. Rozpad państwa sowieckiego, szalejąca inflacja, wszechobecny brud i nędza. Wycofujące się z Niemiec, Polski, Węgier i Czechosłowacji wojska sowieckie nie bardzo wiedzące, co dalej ze sobą począć, sprzedawały po drodze wszystko, co przedstawiało jakąkolwiek wartość, w tym bogate arsenały broni, być może nie tylko konwencjonalnej.
Był przerażony tempem i skalą procesów, które obserwował. Targało nim poczucie przegranej, jakie odczuwa człowiek, który z poczuciem bezsilności przygląda się wszechobecnej przemocy wchodzącej w miejsce jego ideałów. Był naiwny, nie przypuszczał, że konsekwencją upadku ustroju będzie wszechogarniająca niemoc władzy i walki wszystkich ze wszystkimi o kontrolę nad wszystkim, co może przynieść pieniądze. Nikt nie mógł przewidzieć rabunku majątku narodowego na tak niewyobrażalną skalę. Część kolegów, których przekonywał, że trzeba z coś z tym zrobić, wolała dyskutować o głównych nurtach marksizmu Leszka Kołakowskiego. Czuł się zawiedziony, osamotniony i bezradny.
Na jego oczach, na obszarze Eurazji od Władywostoku przez Syberię, od wybrzeża Morza Czarnego i Adriatyku, aż po mur berliński rodziła się nowa, brutalna, międzynarodowa przestępczość zorganizowana. Kwitły prostytucja, nielegalny handel bronią, ludźmi i narkotykami. Wszystko na skalę, jakiej świat przed rozpadem ZSRR nie poznał. Można by rzec: na skalę globalną, zgodnie z epoką globalizacji. Rolę szczególną w rozwoju nowych struktur przestępczych miała odegrać Rosja. Wpływy ZSRR w Europie środkowej i wschodniej budowane przez niemal pięćdziesiąt lat od zakończenia drugiej wojny światowej głęboko wrosły w strukturę państw tej części świata, przenikając do administracji, armii, policji, tajnych służb, organizacji gospodarczych, politycznych i kulturalnych.
W czasie trwania zimnowojennych zapasów blok wschodni chroniczne cierpiał na brak dewiz i technologii. Jedną z metod ich pozyskiwania poza oficjalną wymianą handlową były operacje służb specjalnych. Mniej więcej od drugiej połowy lat osiemdziesiątych, od czasu pierestrojki, służby specjalne państw Układu Warszawskiego miały, jak się wydaje, pełną świadomość, że budowany dziesiątkami lat przez ZSRR komunistyczny porządek świata chyli się ku upadkowi. Większość zakładanych wtedy w Europie wschodniej przedsiębiorstw tworzona była przez ludzi związanych ze służbami bezpieczeństwa. Nie było w tym nic dziwnego. Nikt dobrze poinformowany i zorganizowany nie czekałby bezczynnie, aż rzeczywistość wyrzuci go na margines życia politycznego i gospodarczego. Trzeba było działać. Służby, takie jak bułgarskie DS, polskie SB czy WSI, rosyjskie KGB czy GRU posiadały zarówno struktury organizacyjne, jak też potrzebne środki. Miały więc czas, by przygotować się na nadejście nowego świata. Dysponowały kanałami przerzutowymi, mieszkaniami operacyjnymi, pieniędzmi, wiedzą i – co najważniejsze – siecią kontaktów. Co jednak bardziej istotne, miały doświadczenie w handlu narkotykami, bronią, dziełami sztuki i wykradanymi technologiami.
Pod koniec lat siedemdziesiątych Bułgarzy powołali Zarząd Ukrytego Tranzytu, za pomocą którego ich służby kontrolowały około 80% przemytu heroiny przewożonej z Turcji do Europy zachodniej. Nie inaczej było z działaniami podjętymi przez służby PRL w celu pozyskania twardej waluty służącej finansowaniu ich działań. Jak się miało okazać w ramach operacji „Żelazo”, służby zlecały napady i morderstwa dokonywane w Europie zachodniej w celu zasilenia budżetu. Wraz z upadkiem komunizmu dziesiątki tysięcy funkcjonariuszy i współpracowników aparatu bezpieczeństwa, komandosów, weteranów wojny w Afganistanie i celników, od Władywostoku po Berlin, znalazło się nagle na bruku. Niemal z dnia na dzień ludzie ci zaczęli borykać się z niedostatkiem graniczącym z biedą. W świecie przestępczym wszystkie ich umiejętności były na wagę złota. Zresztą byliby niezwykle cenni, nawet gdyby nic nie potrafili. Mieli kontakty, kolegów nadal pracujących w służbach, wiedzę o ludziach i ich słabościach. W świecie, który się rodził, należało ich mieć pod kontrolą. Stało się jednak inaczej. Komunizm upadł, ale siatka kontaktów, kanały przerzutowe, agenci i kompromitujące materiały pozostały. Pozostały w rękach i głowach ludzi, którzy zasadniczo z dnia na dzień pozostawieni sami sobie musieli jakoś sobie radzić.
Kto jak nie byli pracownicy aparatu bezpieczeństwa w sojuszu z – nazwijmy to – nowym typem biznesmenów, mogli budować infrastrukturę przestępczą? Nędza, spryt, bezwzględność i chęć szybkiego wzbogacenia się stworzyły mieszankę wybuchową. Protekcjonistyczne praktyki EWG i nieokiełznana chciwość światowych korporacji niszcząca konkurencję na nowych rynkach zbytu pomogły w upadku całych sektorów gospodarczych w byłym bloku sowieckim, doprowadzając do dwucyfrowego bezrobocia. Wszechobecna bieda, dezorientacja, poczucie bezsilności i walka o przetrwanie stawały się akuszerami zorganizowanej przestępczości o gigantycznej skali. Ta zaś była „ojcem chrzestnym” nowo narodzonych państw. Błyskawicznie korumpujący się politycy i urzędnicy państwowi wykorzystując aparat władzy zaczęli przejmować strategiczne działy gospodarki państwowej. Widok strzelaniny na ulicy nikogo nie dziwił. Podobnie jak kradzieże samochodów, wymuszenia czy porwania dla okupu.
Początek III RP dał też początek dwóm największym organizacjom przestępczym w Polsce – gangom Pruszkowa i Wołomina. Ogromne pieniądze przynosił gangsterom handel alkoholem. Sprzedaż TIR–a wypełnionego spirytusem dawała około dziesięciu tysięcy dolarów czystego zysku. Krociowe zyski pochodziły też z narkotyków. Specjalizowały się w nich zarówno Pruszków jak i Wołomin. Przemyt papierosów przynosił miesięcznie około sześciu milionów dolarów. Automaty do gier – „jednoręcy bandyci” mniej więcej milion zielonych. „Wykupki”, czyli odzyskiwanie skradzionych aut – sto tysięcy dolarów. Haracze – dwadzieścia pięć tysięcy dolarów. Numery, czyli szantaże i wymuszenia również około dwudziestu pięciu tysięcy dolarów. Grupy te zarabiały prawdopodobnie około trzydziestu milionów dolarów miesięcznie, co w skali roku dawało równowartość mniej więcej jednego miliarda złotych polskich. Za takie pieniądze można było kupić w Polsce niemal wszystko i niemal każdego.
Mało kto, poza bezpośrednio zainteresowanymi, zdawał sobie sprawę z zachodzących procesów, przecież wreszcie mieliśmy wolność i demokrację. Andrzej czuł podskórnie, że coś idzie nie tak. Ze strzępków wiedzy, jaką posiadał, wyłaniał się ponury obraz rzeczywistości dalekiej od wymarzonych ideałów. Czym były wolność i demokracja dla biednych, bezrobotnych i nikomu niepotrzebnych ludzi? Niczym innym, jak drwiną z ich losu. Po solidarności społecznej, po więzach międzyludzkich nie pozostało ani śladu. Andrzej poczuł, że też przestaje być potrzebny. Coraz częściej nie potrafił rozmawiać z większością kolegów, dla których jego sceptycyzm stawał się niewygodny. Tak szybko powchodzili w te swoje nowe role, że oślepieni blaskiem władzy przestali widzieć rzeczywistość. Patrzył na swoje stojące na biurku zdjęcie z budki na krakowskim rynku, w której na tle plakatów kandydatów rekomendowanych przez lidera opozycji wraz z Pawłem i Wojtkiem agitował za „Solidarnością”. Dopadło go zwątpienie, rodzaj kryzysu wiary, a może już zupełnie przestał wierzyć? Postanowił odpocząć.
Po kilku miesiącach starań Andrzejowi udało się uzyskać stypendium i jesienią 1989 roku znalazł się w Niemczech. Mieszkał w Duisburgu pracując jako stażysta w Landtagu w Düsseldorfie. Z niemieckiej perspektywy obejrzał pierwszą wojnę w Iraku i atak sowieckich komandosów na wieżę telewizyjną w Wilnie. W prywatnych okolicznościach spotkał się z szefem komunistycznej partii Libanu Hamedem, przyjacielem syna rumuńskiego przywódcy Niko Czauczescu. Dwa tygodnie po tym obaj nie żyli. Niko został rozstrzelany przez chłopaków z Securitate7, a Hamed – cóż, padł ofiarą zamachu bombowego w Paryżu.
Potem była wystawa „Prokofiew i jego dzieła” połączona ze spotkaniem z synami kompozytora. Jeden przyleciał z Moskwy, drugi z Londynu. Dodatkowo parę wernisaży i rozmowy o ruchu chasydzkim w przedwojennej Polsce, który nikogo poza narratorką nie interesował, dywagacje na tematy bliskowschodnie, opowieści o izraelskich nalotach na Liban, szczera rozmowa z niebieskookim ochroniarzem chrześcijańskiego generała Aouna8, wspomnienia Syryjczyka z izraelskiego więzienia i utyskiwania Turków na kiepski klimat w Niemczech. Czas szybko mijał. Po paskudnej wiośnie pojawiło się cudowne lato.
Był piękny dzień lipcowy 1991 roku. Jak przystało na niemiecki porządek, wstał równo o szóstej trzydzieści, umył zęby, wziął prysznic i zjadł niewielkie śniadanie, by nieco po siódmej udać się z Duisburga w kierunku Düsseldorfu. Mimo wczesnej pory było upalnie. Większość mieszkańców stolicy Nadrenii-Północnej Westfalii odpoczywała na wakacjach na Majorce, w pociągu nie będzie więc tłoku. Kolejny nudny dzień, interesujące mogło być tylko oglądanie kolekcji ikon atrakcyjnej Frau Morin Spieleke, której mąż szczęśliwie poszukiwał złóż ropy naftowej w Brazylii. Nic nie zapowiadało zdarzeń, które miały radykalnie odmienić życie Andrzeja. Stał na peronie, kiedy z megafonu rozległ się komunikat:
– Düsseldorf Hauptbanhof über Düsseldorf Flughafen.
Wsiadł nie wiedząc jeszcze, że to pociąg jego przeznaczenia. Zwykle nie korzystał z transportu publicznego, ale poprzedniego dnia zabalował na kolacji, wypił sporo wina i musiał zostawić samochód na parkingu naprzeciw Tonhalle – pięknej sali koncertowej zbudowanej w 1926 roku przez architekta Wilhelma Kreisa. Andrzej był estetą i nadwrażliwcem, bardzo podobnym do głównego bohatera „Wilka Stepowego” Hermana Hessego. Brzydził się dotykać klamek, poręczy, opierać głowę o zagłówki siedzeń w zbiorowej komunikacji. Publiczne toalety były dla niego prawdziwym koszmarem.
Pociąg, jak na godziny szczytu, był rzeczywiście niemal pusty. Patrząc przez okno rozmyślał o sytuacji w Polsce. To już dwa lata – pomyślał Andrzej. Pociąg dojeżdżał do Viktoriaplatz. Jeszcze tylko Nordstrasse i będzie wysiadał. To nie był jego najlepszy poranek. Po wczorajszej rozpuście był cholernie niewyspany. Nigdy w życiu nie miał kaca, ale pospać po imprezie lubił. Tym razem niestety nie mógł: nie była to sobota tylko czwartek, więc – chcąc nie chcąc – musiał wracać do zawodowych obowiązków. Był poirytowany nie tylko brakiem snu, ale i zachowaniem siedzącego naprzeciw Niemca, który niemal od początku podróży co jakiś czas wyciągał powietrze z ubytków w zębach. Sądząc po odzieniu i stanie uzębienia nie należał do elity. Szlag mnie, kurwa, chyba trafi! Kilka razy miał ochotę się przesiąść, ale był na to nazbyt zmęczony. Chuj z nim! I tak zaraz wysiadam – pomyślał ziewając. Pociąg zatrzymał się na Victoriaplatz. Drzwi otworzyły się z sykiem, spojrzał w ich kierunku leniwie i wtedy pojawiła się w nich Ona… Natychmiast otrzeźwiał, wbił w nią wzrok i nie potrafił go już od niej oderwać.
