Okrutne szczęki - Brad Carter - ebook
NOWOŚĆ

Okrutne szczęki ebook

Brad Carter

5,0

37 osób interesuje się tą książką

Opis

Coś złowrogiego nawiedziło nadmorskie miasteczko Hampton Bay. Coś przerażającego i kolosalnego, co nie przestanie zabijać, dopóki białe piaszczyste plaże nie spłyną krwią. Teraz tylko ekspert od rekinów i pechowy stróż prawa stoją między genetycznie zmodyfikowaną maszyną do zabijania a tysiącami niczego niepodejrzewających turystów. To wyścig z czasem, by powstrzymać morderczego rekina przed zamienieniem wakacyjnego weekendu w koszmar.

 Oparta na krwawym i zabawnym filmie Bruna Matteiego – prawdziwej grzesznej przyjemności – i pełna dreszczyku emocji nowelizacja „Okrutne szczęki” zmiażdży Twoje wyobrażenia o miejscu ludzkości w łańcuchu pokarmowym!

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
Windows

Liczba stron: 330

Rok wydania: 2025

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
5,0 (1 ocena)
1
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
Julia_mistrz

Nie oderwiesz się od lektury

Ekstra.
00


Kolekcje



Tytuł: Okrutne szczęki

Tytuł oryginału: Cruel Jaws

Autor: Brad Carter

Copyright © by Brad Carter

Copyright for the Polish translation

© 2025 by Michał Talaśka, Zeter Zelke

Wszelkie prawa zastrzeżone.

All rights reserved.

Postacie i wydarzenia zawarte w tekście są fikcyjne. Wszelkie podobieństwo do prawdziwych osób, żywych, martwych lub nieumarłych, jest czysto przypadkowe i nie było zamierzone przez autora.

Redakcja i korekta: Zeter Zelke, Anna Dzięgielewska

Przekład: Michał Talaśka, Zeter Zelke

Projekt okładki: Łukasz Białek

Skład i łamanie: Krzysztof Biliński

Wydanie I

Wydawca: Planeta Czytelnika, Łódź 2025

planeta-czytelnika.pl

[email protected]

ISBN 978-83-68702-20-0

Przedmowa

Stephen Scarlata

Po raz pierwszy usłyszałem o Okrutnych szczękach (1995), kiedy pod koniec lat dziewięćdziesiątych szukałem na eBayu gadżetów związanych z filmem Szczęki (1975). Gdy wreszcie na nie trafiłem, zatkało mnie. Rekin z zakrwawioną paszczą, obok którego widniał napis Szczęki 5: Okrutne szczęki, zupełnie mnie wrył. Jak mogłem o tym nie wiedzieć? Co to w ogóle jest? Czy to prawdziwe? W końcu udało mi się zamówić płytę VCD przez Scarecrow Video – sprowadzili ją dla mnie z Tajlandii.

Podczas oglądania stało się jasne, że Okrutne szczęki nie tylko składały hołd, ale też bezwstydnie zapożyczały elementy z poprzednich części. To nie była zwykła zrzynka ze Szczęk – to była zrzynka ostateczna. Przepiękna. Sztuka w najczystszej postaci.

Moim zdaniem największą kopią Szczęk jest włoski horror Ostatni rekin (znany też jako Great White), który przez krótki czas wyświetlano w USA w marcu 1982 roku. Film tak przypominał oryginał, że Universal pozwało producentów i tytuł wycofano z kin. Do dziś nie można go legalnie wyświetlać na dużym ekranie.

Ostatni rekin usilnie starał się oddać ducha Szczęk i kontynuacji, nawet poprzez stworzenie postaci przypominającej Quinta. Co więcej, film nie boi się pokazywać rekina; pokazują go naprawdę często.

Co ciekawe, rekin z Ostatniego rekina pojawia się gościnnie w Deep Blood, włoskiej produkcji z 1990 roku kręconej na Florydzie. Film wykorzystuje to samo ujęcie eksplozji rekina w finale. Deep Blood klimatem przypomina Okrutne szczęki, a fabularnie naśladuje oryginalne Szczęki, włącznie z atakiem na tratwę. Z tą różnicą, że tutaj rekin atakuje matkę zamiast chłopca. Pojawia się też scena, gdzie bohaterowie błędnie sądzą, że złapali rekina odpowiedzialnego za śmierć pływaków.

W moim dokumencie Sharksploitation z 2023 roku Vanessa Morgan opowiada o tym, jak Włosi nakręcili mnóstwo podróbek popularnych filmów, od Mad Maxa, po Świt żywych trupów. Jednym z mistrzów włoskich „hołdów” był Brunon Mattei, reżyser takich znakomitych klonów, jak Strike Commando (1987) wzorowany na Rambo (1985), Robowar (1988) bazujący na Predatorze (1987) czy Shocking Dark (1987) będący połączeniem Terminatora (1984) i Obcego (1986). A potem, w 1995 roku, Brunon Mattei wypuścił Okrutne szczęki.

Film kręcono na południowej Florydzie w 1994 roku. Mattei z początku planował, by trafił do kin w USA. Ta ambicja stanowiła jeden z powodów, dla których nakręcono go po angielsku. Co się stało później, gdy ekipa wróciła do Włoch, pozostaje dla mnie zagadką. Co ostatecznie powstało, przypomina kolaż fragmentów z innych filmów, prawdziwego kinematograficznego potwora Frankensteina.

Scena otwierająca Okrutne szczęki przypomina otwarcie z nurkami ze Szczęk 2 (1978). Lecz tu Okrutne szczęki starają się być oryginalne: najpierw widzimy nurków na pokładzie statku, dopiero później schodzimy z nimi pod wodę, w Szczękach 2 natomiast od razu zaczynamy pod nią.

Kiedy w czterdziestej sekundzie pływacy wskakują do wody, zostaje wykorzystany materiał z Ostatniego rekina, gdzie James Franciscus i Vic Morrow rozpoczynają podmorską ekspedycję. Cała sekwencja została zapożyczona na otwarcie Okrutnych szczęk. Jest i ujęcie zatopionego statku – zapożyczone z Deep Blood.

Wydarzenie rozwija się dokładnie jak w Ostatnim rekinie – ludojad próbuje pogrzebać nurków w jaskini i choć udaje im się uciec i tak giną. Potem widzimy kolejne ujęcie z Ostatniego rekina, gdzie ten uderza w łódź, potem błyskawiczne ujęcie ze Szczęk 3-D (1983), gdzie w paszczy Brucetty1 widać dłoń Simona MacCorkindale’a. Na koniec pojawia się kadr ze Szczęk 2 – rekin z pokrytym bliznami łbem. Niebywałe, że w przeciągu pierwszych czterech minut Okrutnych szczęk dostajemy zapożyczenia z aż czterech różnych filmów.

Schemat się powtarza. W szesnastej minucie pływak zostaje zaatakowany nocą, co przechodzi w ujęcie spod wody z otwarcia Szczęk. Później fragment ataku na postać Lei Thompson ze Szczęk 3-D, by wrócić do ujęcia śmierci Quinta z oryginalnych Szczęk.

Jednak najbardziej szalony kolaż pojawia się w połowie Okrutnych szczęk: zawody windsurfingowe wyjęte z Ostatniego rekina. Co więcej, zapożyczono również finał Ostatniego rekina, gdzie rekin rozwala przystań, zamieniając ją w drewnianą dryfującą platformę. W tej sekwencji użyto też kadrów ze Szczęk 3-D (wpadających do wody ludzi) oraz Szczęk 2 (płetwę Bruce’a Dwa, scenę z narciarką wodną i śmierć Marge).

Zastanawiam się, czy w ogóle podjęto próbę nakręcenia wodnych scen specjalnie na potrzeby Okrutnych szczęk, skoro finał wzięto w całości z Deep Blood. Tam nurkowie umieszczają ładunki wybuchowe wokół wraku. A jak wspomniałem wcześniej, Deep Blood wykorzystuje ujęcie eksplozji rekina z Ostatniego rekina, które pojawia się także w Okrutnych szczękach.

Okrutne szczęki zgłębiają historię rekinów, czerpiąc też bezpośrednio z powieści Petera Benchleya2. Przykładowo scena, gdzie rodzina z Queens przybywa na plażę, by zobaczyć niesławnego rekina, jest niemal jeden do jednego wzięta z książki. Ta scena, której nie ma w oryginalnych Szczękach, pojawia się w Okrutnych szczękach z dialogiem wyjętym wprost z książki.

U Benchleya:

– Gdzie ten słynny rekin?

– Jaki rekin?

– Ten, co zabił tylu ludzi. Widziałem w telewizji i to na trzech kanałach. Jest tu rekin, który zabija ludzi. Właśnie tu.

– Był tu rekin – powiedział Brody. – Ale już go nie ma. I jeśli szczęście nam dopisze, już nie wróci.

W Okrutnych szczękach zaś:

– Przepraszam pana, przepraszam, czy to z tej plaży można zobaczyć rekina?

– Jakiego rekina?

– Tego, co zabił tych ludzi, mówili w telewizji, mówili, że rekin, który zabija ludzi, jest właśnie tu.

– Był tu rekin, ale już go nie ma, i mamy nadzieję, że nie wróci.

Inne motywy zaczerpnięte z książki to powiązania burmistrza z mafią i przekręty nieruchomościowe – oba obecne w Okrutnych szczękach. W powieści Benchleya Matt Hooper opisuje prehistorycznego megalodona słowami: „Przypominałby lokomotywę z paszczą pełną rzeźnickich noży”. W filmie postać podobna do Hoopera mówi: „Cóż, wiemy, że przypominały coś w rodzaju lokomotywy z paszczą pełną rzeźnickich noży”.

Inna ciekawostka na temat Okrutnych szczęk: jeden z aktorów, Richard Dew, robił za dublera Hulka Hogana w filmach Zasadzka na diabelskiej wyspie (1997) i Oddział Widmo 2 (1999). Był też w tym czasie sobowtórem Hogana na Florydzie. Angażowanie sobowtóra do filmu, który sam jest sobowtórem filmu, dodaje kolejnej warstwy surrealizmu do już i tak dziwacznego świata Okrutnych szczęk.

W scenie oddającej hołd Szczękomi Ostatniemu rekinowi Dew objaśnia przy tablicy sposób ataku ludojada. Motyw mocno przypomina słynny moment z Parku jurajskiego, gdzie doktor Alan Grant opisuje dziecku raptora.

W Parku jurajskim:

– Rozcina cię tu lub tu. Albo w poprzek brzucha. Twoje flaki się wylewają. Sęk w tym, że wciąż żyjesz, kiedy zaczynają cię zjadać.

W Okrutnych szczękach:

– Kiedy atakuje tu, tu i pośrodku brzucha, wypadają ci flaki. Kłopot polega na tym, że wciąż żyjesz, gdy zaczyna cię zjadać.

Ostatni szalony element podprowadzania pomysłów w Okrutnych szczękach polega na przywłaszczaniu sobie kultowych motywów muzycznych z hollywoodzkich klasyków w rodzaju Szczęk czy Gwiezdnych wojen. Nie jest to wyjątek; Night of the Zombies (1980) zagarnął muzykę ze Świtu żywych trupów (1978), Virgins from Hell (1987) korzysta ze ścieżki Toto z Diuny Davida Lyncha (1984), a Yes, Madam! (1985) zapożycza fragment muzyki z Halloween (1978).

Łącząc zapożyczone ujęcia i znajome motywy muzyczne, Okrutne szczęki zapewniły sobie miejsce w historii (re)kinematografii jako śmiały hołd dla najbardziej kultowych filmów gatunku.

Stephen Scarlata

Reżyser Sharksploitation (2023)

Maj 2024

Jak zawsze, dla Amber.

Niszczenie zatem, podobnie jak tworzenie,

jest jednym z praw Natury.

Markiz de Sade

Rekin to drapieżnik szczytowy mórz i oceanów. Rekiny wpływają na ewolucję od czterystu pięćdziesięciu milionów lat. Wszystkie ryby, które padają ich ofiarą, zawdzięczają swoje zachowanie, szybkość, kamuflaż i mechanizmy obronne konfrontacjom z rekinami.

Paul Watson

Baby shark, doodoo-de-doo-doodoo…

Tradycyjna piosenka dziecięca

Lato 1995

Rozdział 1Nocny rejs

Była czwartkowa noc. Ramon normalnie siedziałby na kanapie z piwem w ręku, oglądając mecze wrestlingowe w telewizji. Później, o ile piwo nie odebrałoby mu ochoty, poskakałby po kanałach pay-per-view, żeby znaleźć coś, do czego warto zwalić gruchę, chociaż ostatnio zmuszenie oprzyrządowania, żeby stanęło na wysokości zadania, robiło się coraz trudniejsze. Acz pomimo reputacji zgryźliwego marudy w sercu Ramona wiecznie tliła się nadzieja. Jego comiesięczny rachunek za pey-per-view dowodził tego dostatecznie dobrze.

Powinien zażywać relaksu. Zamiast tego był na wodzie. Sterował poobijaną dziesięciometrową łodzią po nieokreślonym kursie kilka mil od wybrzeża Hampton Bay. Popijał ciepłą whisky Cutty Sark z metalowej piersiówki. I starał się jak jasna cholera nie dać po sobie poznać obrzydzenia dwoma bogatymi mieszczuchami, którzy wyczarterowali tę nocną przejażdżkę.

Ramon zapomniał ich imion zaraz po tym, jak się przedstawili. W jego umyśle po prostu byli Nurkiem-Dupkiem Numer Jeden i Nurkiem-Dupkiem Numer Dwa – zestaw ksywek w sam raz dla gówniarzy z północy. Te przesadnie wystylizowane fryzy i błyszczące bielą, zębate wyszczerze. Śmieszny jankeski akcent. Wywalony w kosmos sprzęt do nurkowania, za który opłaciłby kilka miesięcy czynszu. Jednak płacili gotówką i nie robili kłopotów z papierologią, co wystarczało, żeby Ramon stłumił pogardę i poświęcił wolną nockę.

– Prawie dotarliśmy – zabrzmiał podekscytowany, niemal dziecięcy głosik.

Ramon odchylił się, nie spuszczając ręki z koła, i spojrzał na Nurka-Dupka Numer Jeden. Uśmiechnięty pedancik poczuł się na krypie Ramona jak w domu, wchodząc do sterowni bez pukania.

Ramon skinął głową.

– Pływam na tych wodach, odkąd skończyłem szesnaście lat. Umiem odczytać mapę, coś mi ją dał.

– Hej! Ty jesteś tu ekspertem. – Nurek-Dupek Numer Jeden uniósł ręce w udawanej kapitulacji. – Po prostu nie chcę przeoczyć celu.

– Niech cię o to piękna główka nie boli.

Ramon odwrócił się plecami do chamskiego gnojka, ignorując go. Co za tupet u tych dzieciaków. Za jego czasów pasażer trzymał się pokładu albo kuchni pokładowej, pojmując, że sterówka stanowi wyłączną domenę kapitana. Dziś widziało im się, że mają prawo włazić, gdziekolwiek im się podoba. Ramon zrzucał to na karb upadku tradycyjnych wartości, liberalnego gówna, które przeżerało ten kraj na wylot.

Tak czy siak, pięć stówek to pięć stówek. Wystarczyło dostarczyć dwóch pięknisiów na środek morza i zrzucić kotwicę na kilka godzin, podczas gdy szczyle… Cóż, jeśli się nad tym zastanowić, Ramon nie do końca wiedział, czego tu, do diabła, szukali. Wędkować raczej nie zamierzali, a jedynie to przychodziło mu do głowy. Po Hampton Bay krążyło mnóstwo historii o zatopionych okrętach. Zwykłe bzdury o górach skarbów czekających na wydobycie. Ale żadnych opowiastek o czymkolwiek w tej okolicy. Przynajmniej Ramon nie słyszał, a przecież poznać jedną taką baję, to jak poznać je wszystkie.

Ramon sprawdził mapy i cofnął przepustnicę. Silnik gwałtownie zadrżał i zarzęził. Lata świetności łodzi dawno minęły, podobnie termin jej ostatniego przeglądu. Pięćset dolców spokojnie by wystarczyło, aby przywrócić ją do formy.

– Moja dziewczynka – powiedział, głaszcząc ster.

Łódź, Charlotte’s Fancy, towarzyszyła mu od niemal trzydziestu lat. To o dwadzieścia dziewięć lat dłużej niż trwało jego małżeństwo z imienniczką łodzi. Nie, żeby Ramon za nią tęsknił. Baba była kurwą, zanim się z nią ożenił, i, jeśli o niego chodziło, mogła sobie wracać do zawodu.

Wszedł na pokład i obserwował, jak Nurek-Dupek Numer Jeden i Dwa przeprowadzają ostatnią kontrolę sprzętu. Przypominali jednojajowe bliźnięta, wciśnięci w identyczne czarne kombinezony i czepki. Jeden pokazał Ramonowi kciuk w górę.

– Nie schodzimy na długo – powiedział. – Według raportu marynarki wojennej, który przechwyciliśmy, to około pięćdziesięciu metrów.

– Mniej więcej. – Jego partner potrząsnął ręką. – Dość tam nierówno. Szelf opada bardzo stromo. Oby nic się nie przemieściło, odkąd poszło pod wodę.

Pogadali sobie jeszcze. Ramon robił, co potrafił, by wyglądać na zainteresowanego: kiwał głową, gdy któryś przestawał nawijać, pomrukiwał niewyraźnie, kiedy oczekiwano od niego reakcji. W końcu dwóch idiotów zlitowało się nad nim, zsunęło się za burtę i chlupnęło do wody. Ramon przeszedł przez pokład i spojrzał nad relingiem na pomarszczoną powierzchnię czarnej wody. Dla dobra chłopców z miasta miał nadzieję, że ich latarki są dwa razy silniejsze. Było tam ciemno jak w dupie studniarza.

– A, pies im mordy lizał. – Charknął i splunął flegmą do wody. – Cholerne jankeskie pedały.

Wrócił do sterówki i zasiadł w kapitańskim fotelu, kładąc nogi na panelu sterowniczym. Jego przenośne radio nie należało do nowych; uszkodzony głośnik trzeszczał, ale dawało radę z melodiami z KHAM, lokalnej rozgłośni puszczającej klasycznego rocka. Grali już drugi utwór z trzech Bachman-Turner Overdrive1, kiedy Ramon poczuł pierwsze uderzenie.

Było na tyle słabe, że najpierw pomyślał o delfinach wygłupiających się zbyt blisko łodzi. Albo któryś z nurków wynurzył się bezpośrednio pod kadłubem i zawadził o niego butlą tlenową. Ramon powąchał piersiówkę, potem pociągnął łyk ciepłej szkockiej. Siła drugiego uderzenia wystarczyła, aby alkohol utknął mu w gardle i niemal go przydusił. Złapał się konsoli w samą porę, by nie wylecieć z krzesła, gdy nadeszło trzecie uderzenie – tym razem tak potężne i głośne, że miał już pewność, iż coś próbuje przebić kadłub. Jakby Charlotte’s Fancy oberwała torpedą.

– Ja pierdolę – warknął, kiedy łódź przechyliła się w prawo na tyle, by strącić radio na podłogę.

Muzyka BTO ustąpiła gwałtownemu pluskaniu i panicznym krzykom. Ramon wdusił przycisk na konsoli, zapalając światła pokładowe. Wdusił następny i reflektory na szczycie sterówki rozbłysły pełnym blaskiem. Wyskoczył na pokład, zataczając się i ślizgając. Łódź kołysała się tak gwałtownie, że woda przelewała się przez burtę.

Jezu Chryste! – pomyślał. Zaraz się, kurwa, wywrócimy!

Dostrzegł Nurków-Dupków mniej więcej dziesięć metrów od rufy po lewej burcie. Unosili się na wodzie, wymachując rękoma nad głowami. W przypływie paniki powypluwali ustniki i pozbyli się butli. Teraz w przerwach między darciem gardła łykali i krztusili się słoną wodą.

Ramon chwycił koło ratunkowe z wieszaka na ścianie sterówki. Zrobił skręt w pasie, po czym rzucił je nurkom. Koło poleciało, ciągnąc za sobą czerwono-białą linę. Wylądowało daleko od tonących.

– Płyńcie w stronę koła! – krzyknął, przywołując ich gorączkowymi wymachami.

Zdawało się, że jeden zrozumiał. Pluskał i wyrywał się do przodu w spazmatycznej imitacji pływania. Wyciągnął rękę, usiłując chwycić pomoc. Jego palce musnęły białą powierzchnię koła unoszącego się na falach. Był tak blisko.

I wtedy to się stało.

Klinowata głowa, która wynurzyła się z wody, była tak przeogromna, że Ramon początkowo nie zarejestrował jej jako należącej do żywej istoty. Łódź się zakołysała, jeden z reflektorów zakręcił się na obrotowej podstawie. Jasny krąg światła zatańczył na falach, wyciągając na jaw żywe szczegóły otoczenia. Bez dwóch zdań – rekin. Ramon stawiał na żarłacza tygrysiego. Tyle że ten był tak wielki, że to po prostu nieprawdopodobne. Prehistorycznie gigantyczny stwór o paszczy tak szerokiej i głębokiej, że niemal wchłonęła nurka. Potężne szczęki się zatrzasnęły – Ramon dałby sobie palec uciąć, że słyszy jak rzędy piłkowanych, ostrych jak brzytwa zębów zaciskają się na nurku. Rekin połknął za jednym zamachem większą jego część, następnie zniknął pod powierzchnią, pozostawiając po ofierze zaledwie głowę z postrzępionym kikutem szyi.

Zejście rekina wywołało fale na tyle duże, by Charlotte’s Fancy niemal przewaliła się na prawą burtę. Ramon upadł na tyłek i zaczął się ześlizgiwać, kiedy wzburzona woda wyrzuciła na pokład głowę nurka. Poturlała się obok twarzy Ramona niczym groteskowa kula kręglowa. Przez krótką chwilę mógł spojrzeć w oczy martwego mężczyzny. Co w nich dostrzegł, sprawiło, że jego pęcherz się poddał. Po nogach pociekło mu pół litra whisky.

Dowlókł się do relingu na lewej burcie i z trudem wywindował się do pionu. Podniósł wzrok na ocean i natychmiast tego pożałował. Rekin krążył wokół drugiego nurka, jakby bawił się jedzeniem. Biedak wrzeszczał i wymachiwał rękoma, błagając Ramona, by coś zrobił; cokolwiek. Lecz Ramon mógł jedynie tam stać i patrzeć, jak rekin wreszcie decyduje, że dość tej zabawy, i pozbywa się nurka dwoma szybkimi kłapnięciami przerośniętych szczęk.

Łódź dalej uciekała na prawą burtę, pokład przechylił się na tyle, by Ramon stracił równowagę. Charlotte’s Fancy nabierała wody. Choć trudno w to uwierzyć, rekin uszkodził kadłub. Te trzy uderzenia, które Ramon czuł wcześniej, były pewnie dziełem masywnej bestii, taranującej łbem spód jednostki. Charlotte’s Fancy nie zaliczała się w poczet dwukadłubowych liniowców oceanicznych, a zwyczajnych łodzi rybackich. Rekin przebił jej drewniano-aluminiowy brzuch jak otwieracz do konserw.

Ramon leżał na pokładzie, wpatrzony w rozgwieżdżone niebo. Biorąc pod uwagę tempo, w jakim ciekła Charlotte’s Fancy, najpewniej za kilka minut znajdzie się w wodzie. W wodzie z tą ogromną maszyną do zabijania. Jeżeli dopisze mu szczęście, utonie, zanim zeżre go bestia.

Więc tak to się skończy.

Ramon nie mógł powstrzymać się od śmiechu. Przecież to było nawet dość zabawne, kiedy się nad tym zastanowić.

Rozdział 2Z powrotem w domu

Billy Morrison widział to tak: najlepszy w życiu w kamperze jest fakt, że zabierało się dom ze sobą na wakacje. Taką gadkę przynajmniej sprzedał Vanessie, kiedy poznali się w październiku. Ku jego zdumieniu – zadziałało. Z drugiej strony, oto cała Vanessa; skłonna uwierzyć, że Instytut Badań Oceanograficznych Mattei jest legitną organizacją, a nie pomniejszą grupą entuzjastów rekinów. Powiedziała nawet znajomym, że z Billy’ego morski biolog, chociaż w rzeczywistości ukończył dwa i pół semestru na Uniwersytecie Południowej Karoliny, zanim rzucił studia. Teraz mieszkał w kamperze, pracował na część etatu w Instytucie – głównie jako przewodnik wędkarski dla miłośników rekinów – oraz na część etatu w sklepie z gadżetami dla dorosłych, Gniazdko Kupidyna. Właśnie tam poznał Vanessę, stałą klientkę.

– Więc Hampton Bay to jakby miejscowość turystyczna? – zapytała.

Billy zerknął na nią z ukosa. Była z niej – jak mawiali jego kumple z Instytutu – niezła dupeczka. Jeśli chodziło o dziewczyny, Billy mierzył powyżej swojej ligi. Vanessa reprezentowała ten rodzaj kalifornijskiej dziewczyny, o którym śpiewali The Beach Boys: skóra muśnięta słońcem, długie nogi, duże cycki i piorunujący uśmiech. Prawdziwy demon seksu, na domiar taki, który nie wyrażał obiekcji wobec jego łóżkowych dziwactw. Jej intelekt natomiast pozostawiał trochę do życzenia. A nawet dużo. Ale Billy wychodził z założenia, że nie sposób mieć wszystkiego.

Przez ostatnie trzydzieści parę kilometrów strzelała balonami z gumy do żucia i kontemplowała swoje paznokcie, jakby stanowiły jedną z wielkich tajemnic Wszechświata.

– Miejscowość turystyczna? Tak, chyba można tak powiedzieć – odparł Billy. – Bliżej temu do riwiery dla wieśniaków. Nie stać cię na wyjazd z rodziną do Destin czy Orlando, jedziesz do Gulf Shores. Nie stać cię na Gulf Shores, zabierasz żonę i dzieciaki do Hampton Bay.

Vanessa opuściła ręce na kolana i poprawiła się na fotelu, by spojrzeć na Billy’ego.

– Ale plaże są tam fajne, nie?

– Jasne. Biały piasek, wielkie fale, pełen zestaw.

– A sklepy, restauracje i te rzeczy?

Billy zapewnił, że Hampton Bay oferuje większość atrakcji typowych dla miejscowości wypoczynkowych. Prawdopodobnie nie zaimponują dziewczynie, która dorastała w San Diego, ale nie było tam znowu tak źle. Oficjalnie liczyło zaledwie dziewięć i pół tysiąca mieszkańców, ale w przeciętny letni weekend populacja rozrastała się dziesięciokrotnie.

– A ci goście, Sneresonowie? Dorastałeś z nimi? – pytała Vanessa.

– Sorensenowie. – Billy z trudem powstrzymał się przed przewróceniem oczami.

– Mniejsza z tym. Przystojne chłopaki?

– Nie interesuj się nimi. Mówię poważnie. Dag był dla mnie jak ojciec. Dobra, bliżej mu do fajnego wujka. Kiedy tata nas porzucił, pozwalał mi u siebie nocować, gdy mama zaczynała pić i sprowadzać do domu kochasiów. Jego synowie, Bob i Larry, byli praktycznie moimi jedynymi przyjaciółmi. Miałem dość chałowatą rodzinę, nawet jak na standardy Hampton Bay.

Vanessa położyła mu rękę na udzie i ścisnęła.

– A teraz patrz na siebie! Biolog morski! Prawdziwy ekspert od rekinów.

– Tak, to ja.

Dziewczyna opuściła nieznacznie szybę, żeby wypluć gumę. Podniosła ją z powrotem, po czym zapytała:

– Myślisz, że mała mnie polubi?

– Suzie? – Billy wzruszył ramionami. – Dopiero co zaczynała przedszkole, kiedy odwiedzałem Hampton Bay ostatnim razem. Co by oznaczało, że teraz ma z dziewięć, dziesięć lat. Ale radzisz sobie z dziećmi. Na pewno cię polubi.

Wyglądało na to, że zaspokoił jej ciekawość. Majstrowała przy radiu, aż znalazła WHAM, stację Hampton Bay nadającą wyłącznie klasyczny rock przez całą dobę (przynajmniej tak obiecywał DJ). Billy sprawdził lusterka raz, a potem drugi, zanim zmienił pas, żeby zjechać z autostrady. Ostrożności nigdy nie za wiele, kiedy jeździsz swoim domem.

* * *

Plan polegał na tym, aby spotkać się z Dagiem i jego synami, powspominać stare dobre czasy, wypić za dużo piwa i może wypytać o plotki na temat wraku. Po listach mailingowych na temat teorii spiskowych, które subskrybował Billy, rozchodziły się bowiem wieści: marynarka wojenna prowadziła podejrzane prace oceanograficzne z tajnej bazy w pobliżu Pensacoli, a jeden z ich okrętów, Cleveland, zatonął w Zatoce Meksykańskiej. Przyfarciło, że akurat tuż u wybrzeży Hampton Bay. Billy wyczytał z artykułów, że rząd kombinował coś z rekinami, a Cleveland odgrywał w tym jakąś rolę. Władze oczywiście wszystkiemu zaprzeczały, twierdząc, że statek utracono podczas rutynowych manewrów szkoleniowych. W incydencie nie zginął żaden członek załogi, a ponieważ jednostkę i tak pod koniec roku planowano wycofać ze służby, nie podjęto prób odzyskania wraku.

Billy niespecjalnie wierzył w te wszystkie teorie spiskowe. Fajnie pofantazjować o tajnych operacjach z udziałem rekinów, ale rzeczywistość nigdy nie przedstawiała się tak szałowo. Tak czy siak, nie zaszkodzi rzucić okiem, poza tym szukał wymówki, żeby wyjechać z Kalifornii. Z każdym spędzonym tam rokiem nabierał więcej złych nawyków. Lepiej się stamtąd zmyć, zanim naprawdę zrobi się paskudnie. A nuż Dag znajdzie mu robotę w oceanarium. Jeśli nie, namówi Boba i Larry’ego do złożenia się na małą łódź, by zabrali się latem za czarterowe wyprawy wędkarskie dla turystów.

Natomiast Vanessa… Tutaj sprawa się komplikowała. Nie powiedział jej, że ten wyjazd to nie tyle wakacje, ile relokacja. Wpadnie w furię i złapie pierwszy lot do San Diego. Bądź przywyknie do spokojnego życia w Hampton Bay i się z nim ustatkuje. Na dwoje babka wróżyła. Gdyby zdecydowała się zostać, nie wykluczał oświadczyn. Fakt, jej wymagania należały do wygórowanych, ale facet zawsze mógł trafić na znacznie gorszą partię.

* * *

Zameldowali się w hotelu Sunrise Vista, w jednym z krzykliwych wieżowców należących do Sam Lewis Enterprises. Zaserwowali sobie popołudniowy zastrzyk energii pod postacią małej dawki kokainy, zapakowali się z powrotem do kampera i ruszyli do Ocean Adventureland: udającej oceanarium pułapki na turystów należącej do Daga Sorensena. Jeżeli Sea World uchodziło za Disneyland wśród akwarystycznych atrakcji, Ocean Adventureland w porównaniu przypominał rozklekotane objazdowe wesołe miasteczko. Jednak Billy tu dorastał, przechadzka po parku przypominała wślizgnięcie się w wygodne stare buty.

Dag zebrał komitet powitalny przy scenie z pokazami delfinów. Wraz z synami kręcił się przy basenie, obserwując, jak mała Suzie pływa z trzema butlonosami. W pobliżu stał trener, wydawał zwierzętom polecenia, a te wykonywały sztuczki, przyjmując w nagrodę ryby.

– Billy, miło cię widzieć po tylu latach! – Dag powitał go niedźwiedzim przytulasem, po czym klepnął po plecach.

– Ciebie też, Dag.

Najpierw Bob, potem Larry powtórzyli rytuał przytulania i poklepywania. Po wstępnym pozdrowieniu trzej Sorensenowie zaczęli mówić naraz. Billy nie potrafił powstrzymać się od śmiechu. Dag i Bob: wciąż tak hałaśliwi, jakimi ich zapamiętał. Nawet Larry, z reguły małomówny, nie ustępował im pola, wymachując rękami, gdy mówił. Zakola Daga się powiększyły, odkąd Billy widział go po raz ostatni, lecz poza tym postawny Szwed się nie zmienił. Ta sama paskudna koszula w kwiatki, te same starannie przystrzyżone wąsy ułożone w podkówkę.

– Jak się trzymacie ostatnimi czasy? – spytał Billy. – No wiecie, po tym wszystkim…

Pytanie zawisło w powietrzu. Sorensenowie spojrzeli na swoje buty, a potem w dal.

– Co tu kryć – przerwał ciszę Dag. – Łatwo nie było.

Dwa lata temu jego żona odbierała Suzie z lekcji baletu. Akurat przestał padać jeden z tych krótkich, acz intensywnych deszczy znad Zatoki Meksykańskiej i zostawił śliskie ulice. Cheryl Sorensen nie należała do uważnych kierowców i nawet przy optymalnych warunkach pogodowych potrafiła otrzeć się o śmierć. Tamtego dnia spojrzała jej w oczy znacznie głębiej. Walnęła samochodem we wspornik mostu, jadąc z prędkością piętnastu, dwudziestu kilometrów na godzinę ponad limit, jak ustaliła policja. Cheryl zmarła na miejscu, a Suzie doznała tak poważnego uszkodzenia kręgosłupa, że straciła władzę w nogach.

– Tak – potwierdził Bob i przeciągle westchnął. – Różowo nie było.

– I dalej nie jest – dodał Dag.

– Naprawdę? – Billy uniósł brew.

– Nie powinienem w sumie narzekać. Znaczy, wszędzie jest ciężko, co nie? – Dag sapnął. – Skoro jednak pytasz, powiem, że u nas jest szczególnie ciężko. Wpływy z biletów są tak mizerne, że musiałem zwolnić paru pracowników. Robimy przy minimalnej obsadzie. Gdyby nie chłopaki…

– Kurde, przykro słyszeć. – Billy nie wiedział, co zrobić. Czy powinien przytulić dużego Szweda? Poprzestać na męskim ściśnięciu ramienia? Moment na decyzję przeminął, więc po prostu tam stał, słuchając wyjaśnień Daga.

– Skończyłoby się dobrze, gdyby nie ten skurwiel, Sam Lewis. Kiedy wykupił Sweetzer Properties, przejął też oceanarium. Teraz winduje mi cenę dzierżawy na kilka tygodni przed wygaśnięciem umowy. Gdybym tylko dotrwał do końca lata, pewnie wyszedłbym na prostą. A tu nawet nie dotarliśmy jeszcze do Memorial Day1. Nie za dobrze to wygląda.

– Sam Lewis… – Billy pokręcił głową. – Ten zachłanny sukinsyn już posiada większość miasta. Na co mu oceanarium?

– Chce je zlikwidować, by postawić kolejny hotel – wtrącił Bob. – Krążą słuchy, że uruchomił poważne fundusze na lobbowanie w stanowej legislaturze, żeby pozwoliła na działanie kasyn na wybrzeżu. Chce tu urządzić Bellagio dla wsiurów2.

– Może i lepiej, że Cheryl nie dożyła tego, by obserwować, jak wszystko się sypie. – Dag wbił wzrok w ziemię i lekko ją trącił czubkiem buta.

Ponurą atmosferę rozproszyła Suzie, gdy wyszła z basenu i zaczęła szczebiotać. Dag podbiegł i pomógł jej usiąść na wózku inwalidzkim. Jej pośladki ledwie dotknęły siedziska, a już kręciła kołami, pędząc w stronę grupki przyjaciół.

– Widziałeś mnie, Billy? – zaświergotała. – Nieźle pływam, co?

– Pamiętasz mnie? – Uśmiechnął się i potrząsnął głową. – Ostatnim razem, kiedy przebywałem w miasteczku, byłaś jeszcze malutka. – Wskazał palcem swoją dziewczynę. – Suzie, poznaj Vanessę. Myślę, że się zaprzyjaźnicie.

Nie dostali dużo czasu na pogawędkę. Znikąd zmaterializował się Francis Berger; pojawił się niczym dżinn-alkoholik przyzwany z karafki whisky raczej niż z magicznej lampy. Kiedy Billy widział go przed wyjazdem z Hampton Bay, Berger nosił tytuł zastępcy szeryfa. Teraz był szeryfem Bergerem, szefem lokalnych służb porządkowych. W czasach, kiedy wraz z braćmi Sorensenami oddawał się dzikim psotom w miasteczku, zawsze mógł liczyć na to, że zastępca Berger przymknie oko na drobne wykroczenia z udziałem nieletnich w posiadaniu alkoholu i maryśki.

– Billy, słyszałem, że wróciłeś – rzucił szeryf, przecierając spocone czoło.

– Wieści roznoszą się lotem błyskawicy, co? – Billy uścisnął mu dłoń. – Mam nadzieję, że nie jestem aresztowany. Nie przebywam tu dostatecznie długo, żeby nabroić. Zakładam więc, że to wizyta towarzyska.

– Chciałbym. Cholerny traf, żeś akurat dziś zajechał do miasta, biorąc pod uwagę, co morze wyrzuciło na brzeg. – Szeryf ściągnął okulary przeciwsłoneczne i przetarł oczy.

– No już, nie trzymaj nas w napięciu, Francis – powiedział Dag.

– Znaleźliśmy ciało. – Szeryf spojrzał na Vanessę, potem na małą Suzie. Odstąpił na stronę i gestem nakazał mężczyznom, żeby do niego dołączyli. – Kiepsko, naprawdę kiepsko. Może robię z igły widły, ale wygląda mi to na atak rekina. Wysłałem tam zastępcę; zabezpiecza teren, dopóki nie zjawi się koroner. Tymczasem zastanawiam się, czy nie chciałbyś się temu przyjrzeć, Billy. Bo ten, tego, innego eksperta od rekinów nie znam.

Billy zerknął na Vanessę. Wyglądało na to, że świetnie dogaduje się z Suzie.

– Bez obaw. – Bob szturchnął przyjaciela łokciem pod żebra. – Zaopiekujemy się dziewczyną pod twoją nieobecność.

– Tego się właśnie obawiam – odparł Billy. – Don Juan z Hampton Bay. Czy nie taką ksywkę kiedyś sobie nadałeś?

Bob błysnął uśmiechem i rozłożył ręce w geście poddania.

– Hej, nie jest przechwałką, co jest szczerą prawdą! – powiedział.

* * *

Ciało wyglądało jak przepuszczone przez maszynkę do mielenia mięsa. Chociaż poniżej pasa nie zostało wiele, Billy ustalił płeć po poszarpanym strzępie rozerwanej moszny leżącym na piasku niczym smutny sflaczały balonik. Brzuch przypominał krwawą jamę; większość narządów wewnętrznych zniknęła, a te, które się uchowały, zamieniły się w pulpę i tak nasiąkły wodą, że Billy nie potrafił ich zidentyfikować. Jedno ramię, częściowo nienaruszone, wisiało na strzępie chrząstki. Drugie, wraz z barkiem, zupełnie zniknęło. Coś równo przecięło lewą połowę obojczyka oraz większy fragment klatki piersiowej.

– Szeryfie, przynoszę dobrą i złą wiadomość. – Billy przykucnął, by lepiej przyjrzeć się zwłokom; bądź temu, co z nich pozostało.

– Szlag by trafił – mruknął szeryf. – Dobra, najpierw zła.

– Zła wiadomość jest taka, że to nie wypadek na łodzi. Załatwił go rekin, a nie śruba okrętowa. Jeżeli miałbym zgadywać, biorąc pod uwagę temperaturę wody i inne czynniki, obstawiam żarłacza tygrysiego. I to dużego.

Billy nie był ekspertem, za jakiego wszyscy go uważali, niemniej widział mnóstwo zdjęć ofiar ataków rekinów. Czytał artykuły naukowe i raporty autopsyjne. Te zdjęcia stanowiły częste tematy rozmów w Instytucie. Niektórym gościom, prawdziwym maniakom rekinów, prawdopodobnie na ich widok rosły namioty w portkach.

Szeryf westchnął.

– Jak bardzo jesteś pewny? Siedemdziesiąt pięć, osiemdziesiąt procent?

– Coś koło tego. W sensie, żeby się przekonać na sto procent, trzeba sekcji zwłok. Ale obstawiam żarłacza.

– Wspominałeś też o dobrej wiadomości. Z chęcią ją usłyszę.

– Kurczę, Francis – powiedział Billy. – Tak naprawdę nie ma dobrej wiadomości. Tak się tylko mówi.

* * *

Hampton Bay nie było wystarczająco duże, żeby pozwolić sobie na pełnoetatowego koronera. Sporadyczne wypadki z udziałem łodzi w oczach hrabstwa nie uzasadniały wydawania kasy na wynagrodzenie za czterdzieści godzin tygodniowo. Tak więc robota przypadała w udziale na zmianę grupie emerytowanych i częściowo emerytowanych lekarzy. I nie wszyscy oni należeli do lekarzy ludzkich schorzeń. Kiedy szeryf Berger przywiózł ciało z plaży, szczęśliwcem pełniącym akurat dyżur okazał się Rick Rosenthal: emerytowany weterynarz większość dni spędzający na próbach kontrolowania populacji dziko żyjących kotów w miasteczku. Lubił przechwalać się tym, że samodzielnie schwytał, wykastrował i wypuścił ponad setkę futrzaków.

Opowiadał o tym Billy’emu, przysposabiając zaplecze na posterunku szeryfa do przeprowadzenia sekcji. Billy nie potrafił uwierzyć. Raptem kilka metrów dalej, na stole przykrytym gumową płachtą, leżał gnijący, cuchnący stos ludzkich szczątków, a wszystko, o czym stary piernik chciał gadać, to bezpańskie koty. Jednak należało przyznać, że mogło być gorzej. Doktor Rosenthal mógł zabrać się za wcinanie kanapki niczym jakiś patolog ze sztampowego policyjnego serialu.

Szeryf wszedł do środka i odruchowo się cofnął, kiedy fetor uderzył go w nozdrza.

– Jasna cholera, ale wali.

Doktor Rosenthal wyciągnął z torby medycznej niebieski słoiczek i rzucił go Francisowi.

– Rozprowadź trochę pod nosem. To maść rozgrzewająca dla dzieci. Pewnie zasmarkasz się po pas, ale przynajmniej przestaniesz czuć naszego martwego kumpla.

Francis wtarł odrobinę maści pod kichawą, po czym podał specyfik Billy’emu.

– Dzięki. – Chłopak za jego przykładem nałożył środek na górną wargę.

Weterynarz naciągnął niebieskie lateksowe rękawiczki i podszedł do stołu.

– No, no, no – rzucił. – Pokaż, kotku, co kryjesz w środku.

Billy nie zwracał większej uwagi na przebieg sekcji. Chociaż w nosie wiercił go wyłącznie mentolowy i eukaliptusowy smród, koncentrował się na utrzymaniu żarcia w żołądku. Oglądanie zdjęć ofiar rekinów to jedno. Uczestniczenie w rozbieraniu ofiary na części – to coś zupełnie innego. Autopsja nie trwała dłużej niż piętnaście, dwadzieścia minut, lecz Billy’emu wydawało się, że minęło kilka godzin.

Wreszcie, kiedy skończył trącać trupa, dźgać, ciąć i odsączać, doktor Rosenthal odsunął się od stołu. Zdjął rękawiczki i cisnął je do pobliskiego kosza.

– No dobra, Francis – powiedział. – Wygląda na to, że do naszych wód przyplątał się rekin.

[1] Steven Spielberg nazwał model rekina wykorzystanego w Szczękach, Bruce. W kolejnych częściach rekinom nadano imiona Brucette i Brucetta, odpowiednio w drugim i trzecim sequelu (wszystkie przypisy pochodzą od tłumaczy).

[2] Chodzi o powieść Szczęki Petera Benchleya, opublikowaną w 1974 roku, którą Steven Spielberg zekranizował rok później.

[3] Kanadyjska grupa rockowa z Winnipeg.

[4] Memorial Day (Dzień Pamięci) – amerykańskie święto państwowe obchodzone w ostatni poniedziałek maja, dedykowane pamięci żołnierzy poległych w służbie wojskowej USA. Także nieoficjalny początek sezonu letniego.

[5] Oryg. redneck Bellagio – gra słów o kontrastowym znaczeniu. Redneck (pogardliwe określenie na mieszkańców południowych stanów, kojarzonych z pracą na polu i z zaściankowymi poglądami) oraz Bellagio (luksusowy hotel z kasynem w Las Vegas, symbol prestiżu i bogactwa).