Ogród Makabry - Wojciech Kopyciński - ebook
NOWOŚĆ

Ogród Makabry ebook

Wojciech Kopyciński

0,0

Opis

„Ogród Makabry” to zbiór opowiadań grozy. Króluje tu śmierć, krew, brutalność i lęki, a gore i body horror splatają się z horrorem psychologicznym. Książka jest skierowana do osób pełnoletnich.
 
 
Dziewięć historii przeniesie Cię do złowrogich, wypaczonych krain, w których potworność ciała i duszy stanowi nierozerwalny motyw przewodni. Wybierz się w podróż pociągiem z trędowatymi, odkryj mroczny sekret wiecznej młodości, rozsmakuj się w ludzinie, spróbuj uciec z Ogrodu Makabry, zamieszkiwanego przez słowiańskie stwory. Te i wiele innych opowiadań nie tylko zaskoczą licznymi zwrotami fabularnymi oraz elementami dziwności, ale też zmuszą Cię do przekroczenia własnych barier i wyjścia ze strefy komfortu. Pytanie brzmi: czy dasz radę? 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
Windows

Liczba stron: 456

Rok wydania: 2025

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Tytuł: Ogród Makabry

Copyright © by Wojciech Kopyciński, Łódź 2025

Wszelkie prawa zastrzeżone.

All rights reserved.

Redakcja i korekta: Zeter Zelke, Anna Dzięgielewska

Projekt okładki i ilustracje: Łukasz Białek

Skład i łamanie: Krzysztof Biliński

Wydanie I

Wydawca: Planeta Czytelnika, Łódź 2025

planeta-czytelnika.pl

[email protected]

ISBN 978-83-68702-18-7

Opus Magnum-I-

Witold tonął.

Tsunami kwiatów spadło na niego lawiną, nim zdołał zaczerpnąć oddech. Choć wyciągał ręce ku górze i wiosłował nogami z całych sił, nie był w stanie wydostać się na powierzchnię. Grzązł w ruchomej łące jak w bagnie. Kwiaty obłapiały go płatkami, dusiły wyrazistymi zapachami. Zbyt przesłodzone sprawiały, że ślinianki Witolda kurczyły się od ciągłej stymulacji. Łodygi oplatały jego kostki. Kotwiczyły się kolcami i cierniami niczym pułapki na niedźwiedzie, dziurawiąc skórę, by spić krew z kruchych, przeciętych żył. Płatki róż, z początku porcelanowe, nasiąkały żywą czerwienią.

Przypominające rozwścieczoną tęczę morze stawało się coraz bardziej wzburzone. Fale sięgały chmur, gdzieniegdzie rozlegał się bulgot, tworzyły się wiry. Gdy Witold otworzył usta w poszukiwaniu tlenu, kwiaty niespodziewanie wpełzły mu do gardła. Listki o parzących włoskach wślizgnęły się w głąb, ciągnąc za sobą sznur nieprzerwanej łodygi jak chustę magika, tylko że z odchodzącymi na boki pędami i kwiatostanami. Witold czuł, że go wypełniają. Że zapuszczają korzenie w przewodzie pokarmowym, rozrastając się w jelitach. Miał wrażenie, że jeden z pędów nagle skręcił do tchawicy i zaczął kwitnąć w jego oskrzelach.

Jednak wciąż się nie poddawał. Wyrywał z siebie roślinny sznur, nie zważając na podchodzący do gardła żołądek i starał się wyzwolić nogi ze splątanych niczym wodorosty łodyg, które usiłowały zaciągnąć go na samo dno. Chryzantemy zamykały się nad jego głową, jakby tkwił już pod płytą nagrobną i właśnie odbywała się uroczysta ceremonia jego pochówku. Wąchał je od spodu. Cuchnące śmiercią, kwaśno-gorzkie.

Odpuść, Witoldzie. Odpuść – powtarzały wysuszonymszeptem.

Wiedział, że chcą go pożreć. Nakarmić się minerałami z jego rozłożonego ciała i dzięki temu uzyskać stan pełnego rozkwitu. Ale mimo ciężaru lat, który dodatkowo ściągał go niczym balast statku w tę surrealistyczną powódź, staruszek nie odpuszczał. Nie potrafił pogodzić się z myślą, że nadszedł jego czas.

– Nie dzisiaj! Nie teraz! Jeszcze za wcześnie! Ja… muszę to dokończyć!

Zawołał o pomoc, rozglądając się w poszukiwaniu łodzi. Lądu. Czegokolwiek, co mogłoby go uratować przed tym nieokiełznanym żywiołem.

Balansował na skraju wyczerpania, gdy nagle, na horyzoncie, dostrzegł niewyraźny zarys ukochanej szklarni. Jego azyl. Wybawienie. Zaczął płynąć ku niej kraulem, przedzierając się przez piszczące kwiaty, na przekór cofającym go falom.

Prawie jej dotykał. Już wyciągał żylastą dłoń do porośniętej gęstym bluszczem ściany i wczepiał kruche, żółtawe paznokcie w liście, kiedy niespodziewanie… szklarnia stanęła w ogniu. Płomień zagarnął ją z odgłosem pękających w kakofonii szyb, jakby została oblana benzyną. Żywioł strawił budynek niczym zapałkę, a potem spłynął wodospadem do morza, w którym wciąż dryfował zszokowany Witold. To brzmiało jak pstryknięcie. Jak dźwięk przedzieranej kartki. Jak syk żmii.

Staruszek przez krótką chwilę smażył się w ognistej łące wśród czerniejących kwiatów. Płomienie lizały i podwijały płatki w szare pięści, trawiły włókna celulozy, łamały łodygi, trzaskając niczym próchniejące deski. Ani się obejrzał, a ze wszystkiego zostały wyłącznie popioły. Jego, kwiatów, szklarni.

Nie do odróżnienia.

Przebudził się o świcie, zlany zimnym potem. Usiadł zbyt gwałtownie i jego kręgosłup rozdzwonił się natarczywym bólem. Syknął przez zaciśnięte zęby, swoje, bo sztuczna szczęka wciąż pływała w mętnej wodzie na szafce nocnej, a następnie spojrzał na lewą część łóżka. Po stronie Heleny pościel leżała starannie zasłana, materac zdążył zapomnieć kształt jej ciała, a poduszka biła chłodem, gdy przesunął po jej powierzchni dłonią usianą plamami wątrobowymi.

Witold tonął w łące kwiatów co noc. Co noc śnił o swojej śmierci, umierał i zamieniał się w popiół tylko po to, by odrodzić się o poranku niczym feniks. Istna tortura. Zastanawiał się, ile jeszcze razy przetrwa tę odrealnioną powódź, nim naprawdę spłonie w kwiatach i rozwieje się na wietrze, by już nigdy nie otworzyć oczu na jawie.

Nagle jego twarz wykrzywił kolejny paroksyzm bólu i staruszek przyłożył zaciśniętą pięść do piersi. To serce szarpało się w jego klatce niczym uwięziony ptak; dzięcioł, który od dawna wystukiwał sobie drogę na zewnątrz, ryjąc w mięśniach i nerwach jak w drewnie. Witold często odnosił wrażenie, że widzi ostry dziób uwypuklający się przez bladą skórę na wysokości piątego międzyżebrza. Na pogarszające się samopoczucie ledwo pomagały mu leki przepisane przez kardiologa. Witold wiedział, że powinien posłuchać się żony i umówić wizytę kontrolną w celu zwiększenia dawek, ale ciągle to odkładał. Może nie chciał pogodzić się z myślą, że jedynie garść łykanych dzień w dzień tabletek pozwala mu się nie przekręcić i przetrwać kolejną dobę?

Jego ukochana Helena. Zawsze troskliwa, uśmiechnięta. Witold spojrzał na wiszące nad komodą czarno-białe zdjęcie ślubne, na którym otaczał ją ramionami, w garniturze i tych komicznie nażelowanych włosach; oraz na nią, promieniejącą w koronkowej sukni ślubnej. Od razu poczuł emanujące z fotografii ciepło i nostalgię. Mimo że w ostatnich latach kłócili się coraz częściej, jak typowe stare małżeństwo, wciąż porównywał ją skrycie do kwiatu lilii. Niewinnego i delikatnego.

Słońce skradało się za haftowaną firanką, a pierwsze złote promienie w końcu sięgnęły jego twarzy i zaszczepiły w niej odrobinę spokoju. Witold pochylił się i zaczął głęboko oddychać, a gdy już zdołał opanować galop serca, podrapał się po łysinie i spuścił nogi z łóżka. Stawy kolanowe strzyknęły, kiedy obciążył je przy wstawaniu.

Choroba zwyrodnieniowa. Do tego niewydolność serca, nerek, postępująca zaćma i początki demencji. Witold się sypał. Zamieniał się w porcelanę i pozostawało mu błagać, by sieć pęknięć, która go pokrywała, jeszcze dziś nie rozbiła pomarszczonego ciała na dobre. Sam nie miał pewności, czy bardziej boi się śmierci, procesu umierania, czy też tego, co nastąpi później. Piekło? Niebo? Zwykła czerń i nicość? Bez względu na dalsze losy jego duszy, najbardziej przerażała go perspektywa odejścia w niepamięć tu, na ziemi.

Chyba jak każdego artystę.

Witold pragnął zapisać się w historii. Dokończyć dzieło, które rozpoczął wiele lat temu. Wydarzenia wczorajszej nocy stanowiły znak i nawet ślepiec potrafiłby go odczytać. To dar od Stwórcy, prawdopodobnie ostatni na tym ziemskim padole, którego nie wolno zmarnować.

Kolejny raz zerknął na zdjęcie nad komodą, a kurze łapki odcisnęły się na jego skórze. Zaścielił łóżko po swojej stronie, a następnie, drobiąc, doczłapał się do okna w sypialni i odsunął szarą firankę.

Dach szklarni zamigotał radośnie w blasku poranka, a iskierki niemalże dziecięcego podniecenia zatańczyły w oczach Witolda.

* * *

Kiedy przeprowadził poranną toaletę, założył wysłużony ciemnozielony szlafrok i skierował kroki do kuchni. Od razu nastawił wodę w czajniku, nasypał dwie czubate łyżeczki kawy do kubka i zabrał się za przygotowanie kanapek z dżemem porzeczkowym. Mieli całą spiżarnię zapasów dzięki ciężkiej pracy Heleny, która uwielbiała robić nie tylko przetwory, ale też piec ciasta, dlatego ich kuchnia zwykle przypominała małą, rodzinną cukiernię.

Tego dnia panowała jednak inna atmosfera. Okno pozostało otwarte, więc pomieszczenie przywitało staruszka chłodem, wszelkie zapachy zwietrzały, a kurz z zewnątrz zdążył osiąść na drewnianym blacie, na którym zalegały rozsypane przyprawy i resztki pokrojonych warzyw. Na kuchence gazowej stała wczorajsza zupa pomidorowa, a w zlewie piętrzyły się brudne naczynia.

Przydałoby się tu posprzątać – stwierdził Witold. Niestety Helena nie zdążyła wczoraj wszystkim się zająć.

Kawa o poranku stanowiła dla niego rytuał, bez którego dzień nie mógł się dobrze rozpocząć. Witold zawsze siadał przy stole naprzeciwko okna, by podziwiać swoją szklarnię na podwórku, która wołała go z utęsknieniem, szeleszcząc bluszczem porastającym jej ściany. Już po niecałych pięciu minutach zajął ulubione miejsce. Złapał kanapkę w dygoczącą dłoń, a w drugą, tę sprawniejszą – kubek z parującą kawą. Sielankowość obrazka dopełniła lecąca w tle piosenka Édith Piaf – La vie en rose, którą Witold puścił na płycie ze swojego trzeszczącego gramofonu. Dorwał go na wyprzedaży garażowej.

Nie potrafił usiedzieć na krześle przez buzującą we krwi ekscytację. W końcu nadarzyła się okazja, żeby stworzył nową kompozycję kwiatów do swojej rozległej kolekcji. Przybywające na karku lata sprawiły, że od dawna zajmował się wyłącznie roślinami, które posiadał. Nie miał siły na to, co kiedyś. Mimo że nigdy nie zaniedbywał kwiatów, nieustannie je pielęgnował, podlewał, przesadzał, a nawet opowiadał im historie z młodości i skarżył się, kiedy Helena suszyła mu o coś głowę, zawsze brakowało mu tego ostatniego elementu. Czegoś… spektakularnego. Wisienki na torcie. Dziś wreszcie dostał szansę, by nadać realny kształt marzeniu, które odkładał przez dekady.

Żałował, że zawsze przesuwał je na później. Odpowiedni czas minął już dawno. Teraz kurczył się nieubłaganie, przesypywał jak piasek w klepsydrze, o czym co noc przypominał mu prześladujący go koszmar, więc Witold nie wątpił, że jeśli chce wziąć byka za rogi, to albo teraz… albo nigdy.

Na szczęście pozostało mu jeszcze nieco siły i wigoru mimo pogłębiających się codziennie zmarszczek i wyginających się pod dziwnymi kątami pleców. Gdy chodziło o jego kwiaty, umiał walczyć z dokuczającym bólem. Przecież szklarnia stanowiła obecnie jego jedyną pasję i zajęcie. Porzucenie jej ze względu na problemy zdrowotne równałoby się rezygnacji z samego siebie.

Witold żywił nadzieję, że kiedy odejdzie z tego świata, ktoś, może znany krytyk sztuki, wejdzie do jego szklarni i oniemieje z zachwytu. Spojrzy na bukiety, ekscentryczne kompozycje, na które nie zdecydowałby się przeciętny florysta, zaciągnie się ich gęstym, duszącym wręcz zapachem i nie zdoła wyjść z podziwu nad jego wielkim dziełem.

Właśnie o tym marzył. Do pełnej satysfakcji brakowało mu tylko tej jednej kompozycji kwiatów.

Nawet nie zauważył, kiedy piosenka dobiegła końca, a kubek kawy odsłonił pokryte fusami dno. Spojrzał na zegar ścienny i od razu zerwał się z siedzenia, podpierając się o blat. Szybko łyknął tabletki z niebieskiego organizera z opisanymi dniami tygodnia i popił je wodą z kranu. Czekała go przejażdżka do sklepu ogrodniczego po parę worków ziemi, a nigdy nie lubił wybierać się tam w późniejszych porach ze względu na tłumy, ciągnące się w nieskończoność kolejki i problemy ze znalezieniem miejsca na parkingu.

Wytarł usta w rękaw szlafroka i po raz ostatni rozejrzał się po bałaganie w kuchni. Wyłączył gramofon, a następnie wyszedł na korytarz.

Czekał go pracowity dzień.

* * *

Witold ciągnął ostatni worek ziemi przez podwórko. Był naprawdę ciężki, więc staruszek robił przerwy co kilka kroków. Oddychał głębokimi haustami, by złapać jak najwięcej tlenu, i pozwalał kropelkom potu swobodnie spływać po twarzy. Nagle wiatr zakołysał gałęziami starej jabłoni, budząc szepty między liśćmi. Witold zaciągnął się, przymykając powieki. Uwielbiał rześkie, wiosenne powietrze. Od razu poczuł dodatkowy zastrzyk energii do pracy i znów chwycił za worek, mimo że kręgosłup coraz bardziej odmawiał mu posłuszeństwa.

Kiedy jabłoń zaszumiała ponownie, prosząc go o odrobinę uwagi, Witold przystanął w miejscu i przyjrzał się drzewu. Pamiętał, jak siedzieli pod nim godzinami z Heleną, sącząc czerwone wino i czytając kiepską poezję. Nie raz debatowali nad bardziej adekwatnym wersem, rymem, skreślali linijki, usuwali i przywracali te same słowa lub zmieniali ich szyk i brzmienie, póki nie zastawał ich zachód słońca i brzęczące naokoło komary. Była też huśtawka, zawieszona na trzeszczącej gałęzi. Witold po dłuższej chwili przypomniał sobie, że zamontował ją świeżo po ślubie na prośbę żony, bo chciała poczuć się jak na jednym z jej ulubionych obrazów Fragonarda, na którym elegancka kobieta huśtała się beztrosko w ogrodzie w różowej, jedwabnej sukni. Witold oczyma wyobraźni widział Helenę śmiejącą się w powietrzu, kiedy najpierw krzyczała Wyżej i Wyżej, by wkrótce błagać go, żeby zwolnił. Niestety lata świetności huśtawki dawno minęły. Rozpadała się jak wszystko wokół nich.

Jak oni sami.

Nagle ruda kuna zburzyła wspomnienie, wskakując na huśtawkę. Naderwana lina pękła. Zwierzę wywróciło się na grzbiet, po czym czmychnęło między krzaki, nawet nie odwracając łebka w stronę Witolda. Siedzisko zakołysało się żałośnie na samotnym uchwycie.

Witold pokręcił głową ze smutkiem i dowlókł ostatni worek przed wejście do szklarni.

Szklarnia. Azyl z jego snu. Staruszka przebiegły ciarki, kiedy przypomniał sobie, jak płonęła, jak pękały jej szyby, a rdzewiejący szkielet grzebał wnętrze pod swoim ciężarem. Na szczęście to tylko koszmar. Budynek stał tutaj, cały i zdrowy, i choć porządnie nadgryziony zębem czasu, nie wyglądał, jakby miał się zaraz zawalić. Ściany, niegdyś przejrzyste i wpuszczające światło, obecnie zupełnie zasłaniał gęsty płaszcz zielonego bluszczu. Splątane pnącza wiernie skrywały pracę Witolda przed światem zewnętrznym, póki ta nie zostanie ukończona. Jedyne promienie słońca docierały z góry, przez spadzisty dach pokryty równie zmatowiałym szkłem, które wciąż pamiętało wczorajszą ulewę. Właśnie dlatego Witold zamontował w środku sztuczne naświetlenie.

Kiedy już ułożył wszystkie worki przed drzwiami, przetrzepał kieszenie roboczych spodni w poszukiwaniu klucza do mosiężnej kłódki.

Do środka mógł wejść tylko on.

W końcu wygrzebał go spomiędzy znoszonych rękawiczek i zdjął kłódkę z łańcucha. Parę kliknięć i brzdęków, i jego mały raj znów stanął przed nim otworem. Witold momentalnie się rozpromienił i zapomniał o zmęczeniu.

Wszedł do szklarni.

Wszystko wyglądało tak, jak zostawił to wczoraj w nocy. Helena wciąż leżała na brzuchu z widłami wbitymi głęboko w plecy, otoczona obfitą kałużą skrzepniętej, czarnej krwi. Gdyby nie fakt, że przedziurawił żonę na wylot, to mimo bladej skóry wciąż wyglądała jak żywa z tymi wytrzeszczonymi oczami i rozwartymi do niemego krzyku ustami. Jakby chciała zaraz zrobić mu awanturę.

Witold zawsze jej powtarzał, żeby nie wchodziła do środka. Tłumaczył, że to jego święte miejsce. Wyłącznie jego! A wczorajszej nocy żona złamała tę zasadę. On też popełnił duży błąd, oczywiście, miał tego kompletną świadomość. W końcu Helena zrobiła się znacznie ostrożniejsza po jego niedawnym zawale i momentami traktowała go jak jajko w cienkiej skorupce, nad którym trzeba nieustannie czuwać. Przez nieostrożność Witold wczoraj przysnął tu w bujanym fotelu i niestety zapomniał o zamknięciu za sobą drzwi, więc obudził go jej wrzask, jazgot bezgranicznego przerażenia, który rozbrzmiał tuż po tym, gdy przekroczyła próg. Nie zostawiła mu wyboru. Należało ją uciszyć, nim zaalarmuje sąsiadów. Wiedział, że nigdy nie zdoła jej przygotować na ten widok. Że go nie zrozumie. Że się wystraszy i zadzwoni na policję. Chciał ją chronić, ale przecież nie mógł na to pozwolić.

Dlatego leżała teraz jak worek ziemniaków, sztywna i zimna, na próchniejących deskach.

Witold wyminął kałużę krwi i zbliżył się do ukochanych kwiatów, które stały w doniczkach rozmieszczonych zarówno na metalowych półkach, jak i na głównym stole naprzeciwko wejścia. Odcięte głowy, wypełnione po brzegi kwiatami, jak co dzień uraczyły go słodkimi zapachami płatków zmieszanymi z nutami zgnilizny. Od tej burzy różnorodnych woni, tego kontrastu życia i śmierci, narodzin i rozkładu staruszkiem zawsze wstrząsała przyjemna fala dreszczy.

Bez jego wyjątkowych doniczek z ludzkich głów te kwiaty pozostałyby tylko kwiatami. To on łączył je w wyszukane bukiety, w kompozycje, które następnie z ogromną pieczołowitością zasadzał w wysypanych ziemią czaszkach i nadawał im wyższy wymiar.

Zawsze z nostalgią wspominał czasy młodości, kiedy jeszcze polował w lasach na wędrujących samotnie ludzi. Czaił się na nich jak na dziką zwierzynę. Między drzewami. Za krzakami. Pod osłoną liści i nocy. Celował im ze strzelby prosto w tors, by momentalnie pozbawić życia, a potem, przy pomocy tasaka, odcinał głowy i uciekał z miejsca zdarzenia. Nigdy nie zabierał całego ciała, bo wiedział, że zatarcie śladów stanowiłoby wtedy znacznie trudniejsze wyzwanie.

Po paru zbrodniach dorobił się pseudonimu w mediach. Nic wyszukanego, nagłówki gazet zwykle krzyczały do czytelników z pierwszych stron zdaniami pokroju: Łowca Głów znów atakuje! Witolda w ciemię nie bito, rozumiał, że nie da rady mordować w nieskończoność niezauważony i że przyjdzie mu zejść ze sceny, zanim padną podejrzenia na niego i jego szklarnię.

Z pomocą przyszedł mu wieloletni przyjaciel, Zenon, który, o dziwo, zrozumiał pasję Witolda, kiedy mężczyzna zaryzykował i wygadał mu się po pijaku w barze. Zenon dostrzegł jego wizję. Pojął to, czego nikt inny nie potrafiłby przetworzyć. Witold w końcu tworzył sztukę. Oscylował na krawędzi życia i śmierci. Był artystą.

A artysta potrzebuje materiałów do pracy i cóż począć, że w jego przypadku to akurat ludzkie głowy.

Zenon zaczął podrzucać mu co parę miesięcy głowy zmarłych z Requiem, zakładu pogrzebowego, w którym pracował. Zawsze starannie wybierał samotnych ludzi, którzy i tak zostali skierowani na kremację. W zamian za trochę gotówki ich układ trwał w najlepsze. Niestety współpraca dobiegła kresu, kiedy przyskrzynili Zenona za nekrofilię, na której przyłapano go podczas stypy.

Witold stracił bogatą żyłę materiałów. Postarzał się, powrót do polowania nie wchodził w grę. Nowe głowy stały się towarem deficytowym i poza zasięgiem, więc zajmował się tymi, które posiadał.

Aż do dziś.

Przybliżył się do jednej z ulubionych doniczek. Głowa nastoletniej dziewczyny z ustami wypchanymi po brzegi korą, z której wyrastały dwa białoróżowe storczyki. Ich korzenie rozpychały kruchą, sczerniałą buzię trupa, przebijając się przez policzki na wylot. W oczodołach błyszczały fiołkowe, szklane gałki, a delikatny makijaż idealnie podkreślał barwę kwitnących w niej kwiatów. Staruszek już dawno temu zaplótł z włosów dziewczyny dwa złociste warkocze.

Owo dzieło napawało go szczególną dumą. Z każdą kolejną kompozycją Witold ulepszał metody konserwacji, by głowa służyła jako doniczka jak najdłuższej bez czerwi i roju much, które momentalnie pożarłyby tkanki, pozostawiając po zakończonej uczcie gołą czaszkę. Oczywiście skolekcjonował i takie eksponaty. Gnijące, od których odpadały oślizgłe płaty mięsa. Witold systematycznie je przyszywał, a następnie maskował ubytki makijażem. Z większości doniczek zdjął również część mózgoczaszki, by sadzić w środku petunie, pelargonie i róże.

Gałki oczne zawsze szybko gniły, więc wydłubywanie ich stanowiło konieczność. Jeśli Witold nie wstawiał w ich miejsce szklanych oczu, jak tej dziewczynie – wypełniał oczodoły sztucznymi kwiatami, które niemalże tryskały z wnętrza głów, stwarzając niezwykłą iluzję. Staruszek wielokrotnie odnosił wrażenie, że kwiaty w oczach jego doniczek obserwują go podczas pracy w szklarni.

W końcu odwrócił się do żony i zatrzymał nad nią. Tak dawno nie wypełniał ludzkiej skorupy ziemią, nie kroił miękkiej tkanki i nie wyciągał wnętrzności na światło dzienne. Nie mógł się doczekać, aż rzuci się w wir pracy. Helena przeobrazi się w jego pierwszą pełnowymiarową rzeźbę! Witold już wizualizował sobie, jak rozbierze ją do naga, opróżni jej trzewia, wszystko odpowiednio zakonserwuje, by wypełnić ciało podłożem i zasadzić w nim lilie. Ustawi martwą żonę na środku szklarni na drucianym stelażu, w pozie rodem z rubensowskich „Trzech Gracji”, tak by wpadające z góry światło zawsze spływało wokół jej twarzy niczym aureola, i będzie podziwiał odradzające się spod jej pomarszczonej skóry piękno i życie.

Pogładził Helenę po siwych włosach. Wyciągnął z masywnych pleców widły, posyłając w górę kropelki krwi, odstawił je w kąt i chwycił za ogromny nóż leżący na stole roboczym.

– Kochanie, staniesz się moim Opus Magnum – wyszeptał z uczuciem, po czym poprowadził pierwsze cięcie.